*parę dni temu - nadrobimy naszą rozmowę później...)*
Nigdy nie spodziewałaby się śmierci Pajęczej Lilii. Nie w taki sposób.
Wiedziała, że kocica nie należała do najmłodszych kotów, i pomimo tego, że nie dorównywała wiekiem rodzicom medyczki, zdążyła pogodzić się z faktem, że Skowronek lub nawet ona zajmą jej miejsce. Przestaną być jedynie asystentami i staną się głową całego legowiska... Ale nigdy nie myślała, że stanie się to tak prędko.
To ona zajęła się ceremonią pożegnalną kocicy. Starannie nałożyła ziołowa mieszankę na oczy kocicy, tak, jakby opatrywała zwykłe zadrapania... Odmówiła krótką modlitwę, zupełnie tak, jak zrobiłaby to dla pierwszego lepszego chorego kota, do którego zdrowie nie chciało wrócić. Jednak to była inna sytuacja. Ani maści, ani modlitwy nie przywróciły kocicy zdrowia. Nie przywróciły jej życia.
Widziała, jak przybity stał się jej brat. Nawet po paru księżycach do jego oczu nadal nie wróciła ta figlarna iskierka, którą pamiętała. Gdyby miała być szczera - może zniknęła wcześniej, dużo wcześniej, jeszcze gdy w ich gronie uczyła się Motylkowa Łączka? Może ukrywał coś już wtedy? Mogła przywołać zamazane wspomnienia wieczornych czy nocnych spacerów, podczas których kocur próbował jej coś powiedzieć - za każdym razem bez skutku. Później zrezygnował, zamknął się w sobie, aż w końcu nie mogła z nim dłużej porozmawiać. Leżał w legowisku, zajmując się drobnymi rzeczami, aby nikt nie zawracał mu głowy. Zupełnie tak jak teraz.
— Proszę, zajmij jedno z miejsc, o tu pod skałą. Zaraz coś przyniosę — zwróciła się do Brzęczykowego Trelu, wskazując jedno z posłań pod ścianą. Znajdowało się tuż obok tego, które kiedyś zajmowała Pajęcza Lilia - którego Skowronek nie pozwolił wynieść. Poczuła na sobie jego wzrok, gdy podniósł spojrzenie znad swoich łap, jakby pomyślał zupełnie o tym samym. Po chwili odwrócił głowę w stronę wyschniętego gniazda; z pomiędzy kłębków mchu, trawy i króliczego puchu nadal wystawały skrawki sierści Pajęczej Lilii. Nie zdziwiłaby się, gdyby zobaczyła go śpiącego w tym posłaniu, zamiast własnego...
Skierowała się w stronę składniku. Wybrała trochę kocimiętki na biały kaszel wojownika, jak i odrobinę korzenia żywokrostu i aksamitki dla Zawilcowej Korony, aby kocur mógł zabrać je do żłobka; słyszała, jak jedno z kociąt skarżyło się na swędzącą skórę.
Już parę chwil później zioła zostały rozdane, a ona upewniła się tylko, że Zawilec dał coś Burzowym Chmurom na infekcję ucha - zanim przeszła z powrotem do części legowiska bliżej składu ziół, gdzie znajdowały się ich posłania. Usiadła na swoim, ignorując zmęczone spojrzenie brata, i zaczęła czyścić jego sierść.
— Jak się czujesz? — spytała pomiędzy liźnięciami, nie patrząc mu w oczy. Skupiała się jedynie na zabrudzonych kosmykach czekoladowego futra. — Ja... Wiem, że to nie jest łatwe. Ale minęło już naprawdę sporo czasu. Nie widziałam cię takiego przybitego nawet... Nawet wtedy, gdy Pierwomrowka... Nie wróciła do domu. To nie jest zdrowe.
Cisza. Wzrok kocura wbity był w kamienną podłogę przed nim, a jeden z jego pazurów wydrapywał w niej wzory, tworząc okropny dźwięk.
— Skowronku, proszę. Porozmawiaj ze mną — podniosła spojrzenie zielonych oczu, wbijając je w bok głowy kocura. — Coś innego cię trapi. Czuję to, już od dawna.
<Skowronku? Możesz mi powiedzieć o swojej kochance i dzieciach trust>
wyleczeni; Brzeczykowy Trel, Biały, Burzowe Chmury
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz