BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mglisty Cień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mglisty Cień. Pokaż wszystkie posty

07 grudnia 2016

Od Mglistego Cienia

Nie miałem pojęcia ile czasu minęło od kiedy Cętka zginęła.
Od tamtego czasu stałem się martwy w środku. Byłem chodzącą kocią skorupą. Córka martwiła się o mnie. Była jedynym kotem, który dotrzymywał mi towarzystwa, w moich samotnych obchodach terenów. Potrzebowałem odświerzenia.... Spokoju.
Dzisiejszy dzień był przygnębiający. Chmury przypominały nabrzmiałe, ciemne worki na śmieci Dwunożnych. Zabowiadało się na deszcz. Futro na grzbiecie mi się zjerzyło od wilgoci, gdy wyciągnąłem nos z jaskini. Westchnąłem, wciągając trochę tego cudownego, przeddeszczowego zapachu lasu. Postanowiłem się przejść.
Wyszedłem z obozu. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Widocznie zrozumieli, że lepiej mnie nie drażnić po takiej stracie. Czasem rzucali współczujące spojrzenia, próbowali się lekko uśmiechać. Miałem tego dość. Żałosne.
Zdałem sobie sprawę, że im dalej się zapuszczam, tym bardziej podmokłe tereny się stają. W pewnym momencie miałem po łapy błota. Zapadałem się w mokrą, gęstą wydzielinę, która pod moimi poduszkami wydawała obrzydliwe mlaśnięcia. Westchnąłem poirytowany, wykonując pare skoków, aby się wydostać.
Z nieba zaczęło kropić. Pojedyńcze stróżki wody uderzały o moje futerko, o tafle kałurz czy o blaszki liści. Zdałem sobie sprawę, że jeśli nie zawrócę, może złapać mnie spora ulewa. Lecz szczerze, miałem to gdzieś.
Dlaczego musiałem stracić tyle bliskich? Miętowy Liść, Wilcza Gwiazda, Borsuczy Pazur, Nieśmiertelny Duch, Słoneczny Deszcz, Sowie Skrzydło, Gęsia Łapa, Cętkowany Ogon.... Pamiętałem tak dobrze ich wszystkie pyski - roześmiane, skrzywione w grymasie, czy w żartobliwym uśmiechu. Do moich oczu zaczęły przybywać gorzkie łzy. Straciłem prawie wszystkich. Została mi tylko dwójka kociąt...
Zatrzymałem się na chwilę. Deszcz rozchulał się na dobre. Szum ulewy rozdarł się rykiem przez las. Byłem mokry jak ryba. Futro kleiło mi się do ciała.
Nie zostawię ich. Oni mają teraz tylko mnie. Muszę naprawić swoje błędy. Nie wiedzieć dlaczego, w umyśle ukazał mi się pysk Widmowego Wilka. Jego wiecznie wystraszone oczy, zmierzwiona sierść. Coś ukuło mnie w sercu, jakby niewidzialny pazur przebił się przez mięsień. To wyżuty sumienia...
Zdałem sobie sprawę, jak swoim nastawieniem zniszczyłem mu psychikę. Sam nigdy nie miałem ojca, więc chciałem być jak najlepszym dla niego... Zawiodłem się. Na sobie.
- Klanie Gwiazdy, dlaczego?! - krzyknąłem w stronę nieba. - Czy tak ma wyglądać twoja sprawiedliwość?!
Niebo milczało. Byłem wściekły i zrozpaczony. Zrobiłem w tył zwrot i ruszyłem biegiem przez deszcz do obozu. Topiłem się w błocie oraz wodzie, lecz parłem dalej na przód. Chciałem odwiedzić syna. Zobaczyć go.. Przeprosić. Chciałem się zmienić. Chciałem być lepszym ojcem...
Gdy byłem już niedaleko obozu, przez las przedarł się rażący nerwy krzyk. Koci krzyk. Stanąłem gwałtownie sparaliżowany, nasłuchując.
To był krzyk kotów z klanu Wilka.
Popędziłem przed siebie. Najszybciej jak potrafiłem. Byłem przerażony, lecz determinacja przeważała. Coś co kochałem równie mocno jak rodzinę, był klan Wilka.
Wbiłem do obozu. Panował tam istny chaos. Koty biegały jak opętane po obozie. Zdezorientowany zaczepiłem pierwszą lepszą przebiegającą rudą kotkę.
- Co się tutaj dzieje? - warknąłem. Musiałem wyglądać przerażająco. Cały umorusany błotem, z wytrzeszczonymi oczami i zmierzwionym futrem.
- Rozwścieczony borsuk zaatakował obóz - wydyszała na jednym tchu.
Rozejrzałem się. Nie mogłem złapać oczami żadnego pręgowanego stwora, więc nie byłem pewny skąd to zamieszanie.
Po chwili go zobaczyłem. Ogromny, czarnobiały borsuk o długich ostrych pazurach szedł prosto na Jelenią Gwiazdę. Jego małe czarne, lecz wściekłe oczka były utkwione w brązowej kotce, której wizerunek odbijał się w nich. Wystraszyłem się. Jelenią Gwiazdę znałem od żłobka, była mi jak siostra. Nie pogodził bym się, gdyby zniknęła.
Nie myśląc, ruszyłem przed siebie, rzucając się do ataku. Wygiąłem grzbiet, wyciągając długie łapy przed siebie, o roztrzepionych pazurach, pysk rozwarłem ukazując drapieżnie kły. Tak jak mnie uczył Wilcza Gwiazda.
Wbiłem pazury w pysk borsuka. Zwierzę, które nie spodziewało się ataku rozdarło potworną szczękę w przerażającym ryku, rzucając nią na wszystkie strony, próbując zrzucić napastnika.
Byłem głupi.
Wilcza Gwiazda zawsze wytykał mi moją porywczość.
Każdy mi ją wytykał.
Mówili, że zbyt ryzykuje, że to niebezpieczne.
Byłem głuchy na ich ostrzeżenia.
Nie miałem pojęcia jednak, że ta cecha doprowadzi do mojego końca.
Borsuk zrzucił mnie. Wylądowałem boleśnie na plecach, obijając sobie kręgosłup. Wręcz czułem, jak każda kosteczka przestawia się na inne miejsce.
Zwierzę oślepione wściekłością, rozczapierzyło długie pazury tuż nade mną.Przygotowało się do ciosu.
- NIE! - usłyszałem zrozpaczony krzyk Jeleniej Gwiazdy.
- TATO! - pisk Lisiego Ogona z drugiego końca polanki.
Moje źrenice skurczyły się, gdy brzuch przeorał okropny, tępy ból. Czułem wręcz, jak wnętrzności rozpruwałą się na pół. Po moim brzuchu popłynęła ciepła krew. Kaszlnąłem nią, spłynęła mi po pysku.
Wzrok mi się zamglił. Dźwięki zaczęły cichnąć. Ogarnęła mnie błoga łagodność...Spokój... W końcu...
Nie.
Nie mogłem się poddać.
Nie mogę teraz umrzeć!
Nie mogę zostawić swoich bliskich!
Ogarnęła mnie panika, zacząłem się wiercić. Krew wypływała strumieniami, przewróciłem się na brzuch. Zacząłem się dusić, kaszleć, wypluwając hektolitry krwi.
- Ojcze... - usłyszałem głos nad sobą. Już prawie ślepy wzrok utkwiłem w swoim synie - Widmowym Wilku.
- Wi...Wide... - coś chwyciło mnie za gardło, nie pozwalając mówić dalej. Szary kot położył mi łapę na łopatce.
- Proszę, nie walcz z tym - po jego policzkach spłynęły łzy.
- P..Przepra....szam... - wydukałem, patrząc na świat po raz ostatni.
<> <> <> <><>


Już nie miałem ciała. Materialność mnie nie ograniczała. Byłem niczym płynąca świadomość. Nie wiedziałem dokąd lecę. Dokąd dojdę. I szczerze - nie obchodziło mnie to.
- Mglisty Cieniu - usłyszałem ten słodki głos z moich snów. Z moich niematerialnych oczu spłynęły strumienie łez, które powstrzymywałem jeszcze za życia.
- Cętkowany Ogonie...
Mglista sylwetka na horyzoncie zamajaczała lekką poświatą. Nie byłem pewny, czy to gwiazda, czy tylko ulotna iluzja.
Lecz nie myliłem się. To była ona.
Jej roześmiane, złote oczy, błyszczały od łez. Na pysku malował się anielski uśmiech. Zacząłem sunąć w jej stronę, rzucając się na nią, dotykając nosem jej nosa.
- Tęskniłem....
- Ja też, Mgiełko. - roześmiała się przez łzy.
- Przepraszam... Zostawiłem nasze dzieci.
- Są już dorosłe. Muszą się pogodzić ze stratami.
Milczałem.
- Mglisty Cieniu... - usłyszałem ponownie głos. Nie mogłem w to uwierzyć.
- Wilcza Gwiazdo... - oddech utknął mi w gardle. Przede mną stał dostojny, lśniący kot, który za życia był dla mnie mentorem, lecz nie tylko. Traktowałem go jak ojca.
Obok niego zaczęły materializować się kolejne postacie. Nieśmiertelny Duch i jego wieczne białe futro, Borsuczy Pazur i jego spokojne, ciemne oczy, Sowie Skrzydło jak zawsze skora do droczenia.
Słoneczy Deszcz rzucił mi się w objęcia.
- Tato! - zaśmiał się radośnie. Polizałem go po głowie.
Rozejrzałem się zdezorientowany.
- A gdzie Gęsia Łapa?
Sowie Skrzydło zasmuciła się. Zrozumiałem bez słów. Ogarnął mnie smutek.
Po chwili z tłumu srebrnych duchów wyłoniła się Wojenna Gwiazda. Jej dwukolorowe oczy iskrzyły.
- Witaj w Klanie Gwiazd.

22 sierpnia 2016

Od Mglistego Cienia CD Gęsiej Łapy

Młody uczeń lekko zaspany pobiegł w wybraną stronę. Odczekałem chwilę, grzejąc tyłek na nagrzanej od słońca ziemi, po czym ruszyłem w las jego tropem.
Zapach pozostał świeży, kreśląc ścieżkę którą podążył Gęsia Łapa. Nie śpiesząc się, szedłem powoli, z łapy na łapę.
Las był dzisiaj wariacko spokojny. Ani mocnych wiatrów, błota, czy upałów. Delikatny wicher tarmosił czubki koron sosen, w powietrzu unosił się zapach igliwia oraz grzybów. Na zbitej ziemi odciśnięte były kocie szlaki, którymi poruszały się klanowicze.
Po jakimś czasie, spacerkiem, wyczułem pierwszą ofiarę Gęsiej Łapy, zakopanego przy Piaszczystej Rozpadlinie, wróbla. Odkopałem go. Ptak posiadał krwawy odcisk kłów na karku, oraz skrzydle. Po złamanym kręgosłupie można stwierdzić, że został zmiażdżony uderzeniem o ziemię, lub ciosem z łapy. Uśmiechnąłem się, zakopując zwierzę z powrotem.
Przyśpieszyłem wędrówkę do biegu. Zapach Gęsiej Łapy nasilił się, mogłem stwierdzić, że znajduje się niedaleko. Zdałem sobie sprawę, że teren się zmienił, i zaszedłem aż do Wysokich Sosen.
Ujrzałem Gęsią Łapę. Szylkretowy kocur prawdopodobnie wywęszył coś w krzakach, gdyż opadł nisko na barkach, skupiając się w jednym punkcie. Po chwili zaczął balansować na łapach, szykując się do ataku. Przykucnąłem niedaleko, aby przyglądać się jego poczynaniom.
Kocurek skoczył w krzaki, wybijając się z tylnych nóg. Jego łapy, z wysuniętymi pazurami, poszybowały w powietrze, aby wraz z resztą ciała zniknąć za balustradą krzaków.
Wyciągnąłem szyję, aby móc ujrzeć więcej, lecz nie chciałem się zbliżać, aby nie spłoszyć zwierzyny. Po jakimś czasie szmer w krzakach ucichł, a zza nich z szelestem wyszedł Gęsia Łapa. W pysku dyndała mu spora mysz, a jego pysk okazywał nadmierne zadowolenie. Przeleciał zielonymi oczami po terenie, aż jego wzrok nie zatrzymał sie na mnie. Kotek podskakując znalazł się u mojego boku.
- Mglisty Cieniu, widziałeś? - zapytał podekscytowany. - Udało mi się ją złapać! Jeszcze upolowałem wróbla, którego zakopałem przy Piaszczystej Rozpadlinie!
- Wiem, widziałem wszystko, bardzo ładnie - mruknąłem, a na pyszczku namalował mi się lekki uśmiech. - No, zbieramy się. Pójdziemy jeszcze po tamtego wróbla.
Nagle do moich nozdrzy dobiegł dziwny, obcy zapach. Zamilkłem gwałtownie, postawiłem ogon wysoko. Uniosłem nos i powąchałem powietrze. To co wyczułem, przyprawiło mnie o gwałtowne ciarki. Sierść zjeżyła mi się na grzbiecie i karku, źrenice zwęziły, a z gardła wydobył się głuchy syk. Odsłoniłem zęby, wysunąłem pazury.
Śmierdzący odór psa.
Gęsia Łapa spojrzał na mnie zdezorientowany. Moje bojowe zachowanie udzieliło mu się , bo zaczął się rozglądać po terenie, jego puszysty ogon (który wyglądał teraz jak szczotka do kibla Dwunożnych) poszybował w górę.
Po chwili ujrzałem z daleka smukłą sylwetkę psa. Był wychudzony, ogon miał spuszczony nisko, tak jak łeb, z którego rozwartego pyska, wysuwał się długi ośliniony jęzor. Jedyne co mnie wytrąciło lekko z równowagi, to jego wielkość. Był ogromny.
- Schowaj się! - warknąłem ostro do Gęsiej Łapy, jednocześnie łapiąc go gwałtownie za kark i rzucając brutalnie w krzaki. Sam rzuciłem się w stronę obcego zwierzęcia.
" Przegonie go" myślałem, lecz nagle gwałtownie się zatrzymałem. " Nie, Mglisty Cieniu. Ogarnij się, nie możesz narażać Gęsiej Łapy. Musisz przysłać patrol"
Rozdrażniony, wróciłem po ucznia.
- Wracamy do obozu - warknąłem. - Szybko.
- Ale Mglisty Cieniu! - miauknął zawiedziony kot. - Nie przegonimy go?
- Nie mogę ciebie narażać na takie niebezpieczeństwo - odparłem. - Psy mogą wydawać się nieszkodliwe, lecz w obliczu niebezpieczeństwa, stają się agresywne, że jeden kot nie podoła się walce samemu.
Kocur naburmuszył się, lecz posłusznie skierował się wraz ze mną do obozu. Byłem zestresowany, pierwsze co zrobiłem, po pokonaniu tunelu z paproci, to szybkie udanie się do jaskini przybranej siostry.
- Jelenia Gwiazdo, na nasze tereny wtargnął pies - wydyszałem, zmęczony od biegu. - Obecnie kręci się przy Wysokich Sosnach. Nie okazuje agresji, lecz jest bardzo, bardzo duży.
- Dobrze - odparła spokojnie Jelenia Gwiazda. - Zabierz ze sobą Kruczą Stopę i Popielate Futro. Macie za zadanie przegonić intruza.
- Tak jest - odparłem, wciąż lekko dysząc, chcąc uzupełnić jak najszybciej zapas powietrza. Wychodząc z jaskini, kierując się w stronę legowiska wojowników, drogę zagrodził mi Gęsia Łapa.
- Chcę iść z tobą - postawił stanowczo. Napuszył się cały, jakby próbował z całej siły pokazać swoją wyższość w tej sprawie.
- Nie. - uciąłem krótko, patrząc jak pewność siebie, uchodzi z kota jak z balonika. - To zbyt niebezpieczne.
- Ale ja też chce walczyć, tak!? - warknął, przyjmując postawę jak do ataku, lecz wiedziałem, że nic mi nie zrobi. - Nie chce siedzieć bezczynnie, gdy wy będziecie przeganiać intruza. Też chce coś zrobić! Chce się czuć potrzebny!
- Nie i kropka. - uciąłem po raz kolejny, po czym zwróciłem się do przechodzącej, szylkretowej kotki. - Mysi Wąsie, popilnujesz Gęsiej Łapy aby nie wymykał się z obozu pod moją nieobecność? Będę bardzo wdzięczny.
- Nie ma sprawy - odparła łagodnie. Gęsia Łapa rzucił mi błyskawicami z oczu. Zgarnąłem szybko Popielate Futro oraz Kruczą Stopę z legowiska wojowników. Oba koty dzieliły się językami, lecz przerwały swoje zajęcie, słysząc wiadomość ode mnie.
Wraz z dwoma czarnymi kocurami popędziłem w stronę Wysokich Sosen.
Intruz był tam - z nadzieją obwąchiwał krzaki, trącając je nosem w poszukiwaniu jedzenia. Wykorzystując jego rozproszenie, cali najeżeni, okrążyliśmy go, sycząc.
Pies gwałtownie podniósł głowę, a w jego oczach błysnął strach spanikowanego zwierzęcia, zagonionego w pułapkę. Myśleliśmy, że pójdzie z nim szybko, lecz pies objął drogę walki. Obniżył głowę, stając na rozwartych łapach, odsłaniając kły, a z jego gardła wydobył się warkot, który czułem aż w poduszkach.
Na znak cała nasza trójka rzuciła się z pazurami na psa. Krucza Stopa wbił się mu w grzbiet, Popielate Futro skoczył na pysk, drapiąc pazurami jego nos, powieki, ryjąc przy tym wąskie, krwawe szramy. Ja zaatakowałem łapy, wbijając w nie pazury, zakleszczając szczęki wokół nóg.
Pies szarpał się i gryzł. Udało mu się zrzucić z siebie Kruczą Stopę oraz Popielate Futro z takim impetem, że rzuciło ich na kilka metrów. Popielatemu Futrze udało się zachować równowagę przy upadku, spadając na cztery łapy. Krucza Stopa nie miał tyle szczęścia. Siła popchnięcia miotnęła nim o drzewo, a ten zsunął się z niego niczym szmaciana lalka.
Rozproszony sytuacją, nie zauważyłem, jak ogromne szczęki łapią mnie brutalnie za grzbiet, po czym ciskają daleko od siebie. Przeleciałem kilka metrów, po czym uderzyłem w ziemię z impetem, wydymając wokół kłęby kurzu. Kaszlnąłem, a w oczach wezbrały mi się łzy bólu. Krwawe ślady na grzbiecie zaczęły piec.
Ignorując uczucie, wstałem na trzęsących się łapach. Popielate Futro oraz Krucza Stopa wrócili do walki. Siły się zregenerowały, a ja byłem gotowy zadać kolejny cios.
Nagle coś wystrzeliło mi spod łap. Cienka, szaro-ruda wstęga niczym błyskawica rzuciła się na obolałe zwierzę, wskakując mu na pysk, zadając ciosy.
Gęsia Łapa.
- GĘSIA ŁAPO WRACAJ! - wrzasnąłem wściekły, lecz było już za późno. Rozdrażniony, ranny pies dostając kolejnego bodźca od młodego ucznia, nie wytrzymał. Warknął agresywnie, po czym zrzucił z siebie kota, łapiąc go brutalnie szczękami. Usłyszałem jego jęk i byłem pewny, że jeśli pies mocnej zaciśnie zęby, będzie po nim. Lecz ku mojej uldze zwierzę wyrzuciło Gęsią Łapę na odległość.
Pełen wściekłości rzuciłem się wraz z kompanami do walki. Gryząc go i szarpiąc, w końcu dopięliśmy swego.
Pies zaskowyczał, po czym kulejąc oddalił się pędem. Dyszałem, próbując złapać jak najwięcej powietrza. Łapy mi się trzęsły od ilości ran, zadanych przez kły intruza.
Lecz nie to było teraz ważne. Pognałem w stronę Gęsiej Łapy, pełen najgorszych obaw.
Ciało młodego ucznia, leżało na wznak na ziemi. Sierść miał zmierzwioną, pełną igliwia i kurzu. Był cały poobijany, na grzbiecie malowały się głębokie rany zadane zębami intruza. Oczy miał zamknięte, pysk rozwarty.
- Mglisty Cieniu, tak nam przykro... - łagodnie szepnął Popielate Futro, zbliżając się z Kruczą Stopą w moją stronę.
- Cicho. -warknąłem. - On żyje. Musimy zabrać go do medyka.
< Gęsia Łapo?>

12 sierpnia 2016

Od Mglistego Cienia CD Gęsiej Łapy

Obudziłem Gęsią Łapę na trening. Dzisiaj zamierzałem doszlifować jego wczorajszo nabyte umiejętności. Mam nadzieję, że nie będzie stawiał oporu... Wczoraj całkiem dobrze mi się z nim pracowało, aż byłem mile zaskoczony, lecz nie chciałem jechać po pozorach.
Gęsia Łapa podczas wędrówki po terenach, dziwnie się zachowywał. Był zamyślony, z deka przygnębiony... Nie potrafił się skupić, co mnie martwiło i irytowało jednocześnie.

- Więc w ten sposób poprawniej podchodzimy ptaki.... Gęsia Łapo? Gęsia Łapo! - pacnąłem szylkreta łapką. Kotek gwałtownie podskoczył. Zmarszczyłem brwi.
- Nie uważasz na to co mówię - zauważyłem, w głosie pobrzmiewała mi nutka urazy. Gęsia Łapa przetarł łapką oczy, jakby wybudził się z głębokiego snu.
- Przepraszam, Mglisty Cienia... Cieniu. - odparł szybko. - Ja po prostu... Miałem dziwny sen...
- Koty miewają sny, lecz póki nie jesteś medykiem lub liderem, nie masz się co przejmować - odparłem, następnie pokazałem ogonem na miejsce pełne wolnej przestrzeni. - Pokaż mi teraz poprawny sposób podchodzenia ptaków.
Gęsia Łapa nagle się jakby wybudził. Fuknął z wyższością, po czym opadł nisko na barki. Następnie zaczął szybko przesuwać się w stronę obranego punktu, wyciągając krok i łapy jak najdalej, pilnując, aby łapy nie wydały żadnego dźwięku. Z uśmiechem przyznałem, że nie jest tak źle. Tym bardziej, że jego dzisiejsze roztrzepanie przeszkadzało w pracy.
Po treningu wracaliśmy inną drogą, gdyby w okolicy czaiłaby się jakaś zwierzyna. Szedłem żwawym krokiem, uważnie się rozglądając. Za mną Gęsia Łapa powłóczył nogami, zamyślony. Westchnąłem, niezadowolony ową postawą ucznia. Chcąc go jakoś rozruszać, miałem mu do zaproponowanie próbę wspólnego polowania, lecz z jego pyska wymsknęło się dziwne pytanie:
- Mglisty Cieniu... Czy Sowie Skrzydło jest moją matką?
Zatkało mnie kompletnie. Trzymając emocje na napiętej wodzy, zapytałem najspokojniej jak umiałem, aby nie budzić podejrzeń.
- Dlaczego tak uważasz?
- Przyśniło mi się to. Przyszedł do mnie tajemniczy kocur, i zdradził imię mojej matki. Mglisty Cieniu... Co ci się kojarzy z imieniem Kamienny Pazur...?
Warknąłem.
- Znałem go, Gęsia Łapo. Wiesz kim on był? Podłym, zdradzieckim samotnikiem, który zabił założyciela Klanu Wilka, Wilczą Gwiazdę. Uosobieniem zła, pożądania i mordu. Nie miał honoru, stracił go jak własne oczy. Zabił mnóstwo kotów, bez najmniejszego zawahania. Miałem okazję z nim walczyć, wraz z Wojenną Gwiazdą.
< Gęsia Łapo? XD>

09 sierpnia 2016

Od Mglistego Cienia CD Cętkowanego Ogona

Mimo woli uśmiechnąłem się delikatnie. Lecz szybko spochmurniałem.
- Muszę z nim porozmawiać - odparłem poważniejąc. Cętce również zrzedła mina. Psotne gwiazdki z oczu zgasły, wąsy lekko opadły.
- Ale...proszę, bądź delikatny - położyła swoją delikatną, puszystą łapkę na mojej łapie. Spojrzałem w jej zielone oczy, po czym kiwnąłem lekko głową. Poderwałem się z pozycji siedzącej, wykonałem zwrot i udałem się w stronę siedziska medyczki. Obniżyłem głowę, aby nie zahaczyć łbem o sufit tunelu z paproci, którego obszerne liście niebezpiecznie zbliżały się w moją stronę.
Sowie Skrzydło właśnie opatrywała łapkę ucznia, któremu w poduszkę wbił się spory kawałek drewna. Przybrana siostra objęła pyszczkiem drzazgę, po czym zdecydowanym ruchem wyciągnęła ją z łapy, którą wcześniej rozmiękczyła tajemniczymi maściami, o których kompletnie nie miałem pojęcia. Młody kotek pisnął, lecz gdy było po wszystkim zamruczał z ulgą. Odprowadziłem go wzrokiem.
Sowie Skrzydło nie szybko mnie zauważyła, lecz gdy w końcu zdała sobie sprawę z mojej obecności w jej gnieździe, na jej pyszczku pojawił się wymuszony uśmiech.
- Ohh, Mglisty Cieniu, jakże miło cię widzieć! Co cię tutaj sprowadza? - ton głosu przybrała taki jak przywykła do mnie mówić - zaczepnie, żartobliwie, z deka zgryźliwie.
- Gdzie jest Widmowa Łapa? - zapytałem na wstępie, rozglądając się po polance, mając nadzieje zobaczyć skrawek pręgowanego futra.
- Wysłałam go po zioła - mruknęła Sowie Skrzydło. Nagle westchnęła, lecz w tym krótkim westchnięciu zawarła tyle zmęczenia, że nie mogłem uwierzyć, że to ona je wydała. - Po raz kolejny...Do niczego innego się nie nadaje, lecz mimo to... Zawsze przynosi nie te co trzeba... Mglisty, on nie ma ambicji, chęci, niczego co popchnęło by go do dalszego ciągnięcia treningu. Z nim jest coś nie tak, musisz z nim pogadać.
Złość się we mnie zagotowała. Nie miałem problemów z agresją, mimo ognistego temperamentu, lecz poczułem, jakby ktoś ugodził mnie pazurem w brzuch. Czułem jak cios przebija się przez żołądek, następnie ryje piekącą dziurę z tyłu pleców. Parsknąłem.
- Właśnie po to tu przyszedłem - fuknąłem. - Idę go szukać.
Kakaowo-czekoladowa kotka machnęła ogonem.
- Powodzenia.
Wyszedłem z obozu prawie biegiem. Spod moich łap wzbijały się kłęby kurzu, gdy poduszki uderzały o piach. Głowę miałem wysoko, rozglądając się na wszystkie strony. Nie czułem jego zapachu.
Postanowiłem poszukać go przy rzece, dokładniej przy granicy Klanu Nocy. Pamiętałem kiedyś, jak Sowa opowiadała mi o roślinach rosnących niedaleko terenów podmokłych, rzek, jak i obrzeżach lasów znajdujących się niedaleko zbiorników wodnych. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć krzaczkowatych nazw ziół, lecz nie to było teraz najważniejsze.
<><><>
Był tam. Siedział na obrzeżach granic Klanu Wilka, tuż przy linii drzew. Trzymał przednie łapy blisko siebie, aby nie być za blisko Klanu Nocy, lecz oczy miał utkwione w rzece, rozkładającej się długą srebrną wstęgą po otwartym terenie pól. Zapach Klanu Nocy roznosił się tutaj dość mocno, lecz wiedziałem, że mogę się czuć bezpieczny, bo to wciąż tereny Klanu Wilka. Obok Widmowej Łapy walała się niska kępka ziół. Zebrałem się i podszedłem.
- Widmowa Łapo - fuknąłem, a młody kot podskoczył odwracając się z przerażeniem w oczach. - Musimy porozmawiać.
Sierść na jego karku stanęła dęba, a syn skulił się w sobie. Nie miałem najmniejszej ochoty być delikatny.
- Zacznę krótko - odparłem. - Nie wliczając to, że z wielkim oporem zgodziłem się na nauki ciebie jako medyk. Naprawdę nie wiesz,jak bardzo się wtedy zawiodłem. Wszystko zawdzięczasz matce, bo to ona ostatecznie doprowadziła, abym zachował urazy dla siebie. Pocieszało mnie to, że może chociaż tam odniesiesz sukces, jako zbieracz kwiatków. Może nabiorę do ciebie szacunku znowu, traktując jako kogoś, który otrzymał dar od Klanu Gwiazd uleczania kotów, ratowania życia. A ty co? Nie robisz postępów, mówiąc krótko wszystko masz w dupie. Straciłem do ciebie cały szacunek. Zawiodłeś mnie, tyle powiem.
Czekałem na jego reakcję, czując upust emocji, lecz ten się nie odzywał. Kociak patrzył na swoje łapy, miał szklane oczy. Ból w jego oczach był nie do zniesienia, lecz rządzą wyjaśnienia spraw, i potężne rozczarowanie całkowicie zasłało mi umysł.

Perspektywa Widmowej Łapy

To było jak cios z tyłu głowy. Poczułem masakryczny ból w okolicach czaszki. Niewidzialne sznury zacisnęły mi się na żołądku.
Bałem się tej chwili, jak swojego ostatecznego końca. Chwili, gdy stanę z ojcem twarzą w twarz. Piekły mnie poduszki łap, same łapy trzęsły się niemiłosiernie. Miałem ochotę skulić się i opaść w ciemność, jak najgłębiej, byleby nie musieć patrzeć w te niebieskie oczy, pełne rozczarowania i chłodu, jego wzrok przeszywał mnie na wylot.
Cały ten brak chęci miał jeden, jedyny powód, który więził mnie niczym klatka Dwunożnych: bałem się, że zawiodę ojca. A gdy już to zrobiłem, stając się uczniem medyka, nie miałem siły, aby to ciągnąć. Z każdym ruchem, towarzyszyło mi uczucie, że robię źle. Każde zebrane zioło, każda lekcja Sowiego Skrzydła, opatrzona rana przypominała mi o dnie na którym się znajduję. Przypominała mi jakim śmieciem jestem, że zawiodłem ojca. Jedyne co byłem w stanie robić, to ciągle uciekać. Byłem niczym mała mysz, zagubiona w pszenicy, goniona przez głodnego drapieżnika. Pełna paniki szukała schronienia, którego nie było - cokolwiek by nie zrobiła, ostatecznie wpadnie w szpony zgłodniałej bestii.
Widziałem jego wzrok, gdy patrzył na Słoneczny Deszcz, czy Lisi Ogon. Duma, jaka biła z zwykle zimnych oczu, napełniała jego wizerunek ciepłem. Mój ojciec jest wspaniałym wojownikiem, legendą. Nigdy się nie poddał, nigdy się odwrócił, a urazy będzie trzymać do końca. To klątwa od Klanu Gwiazd, że urodził mu się syn taki jak ja.
Nie radzę sobie w stadzie, nie jestem do tego stworzony - to wiedziałem od początku. Natarczywe zmysły samotnicze, uczucie odpychające prace w grupie, zawsze robiły ze mnie kota, który nadawał się tylko na karmę dla kruków.
Dlatego jedyne co byłem w stanie teraz zrobić, to patrzeć na swoje łapy.
Przerażenie paraliżowało mnie wzdłuż kręgosłupa, mierzwiąc sierść, która stanęła dęba.
- T-Tato, j-ja... - zasób słów jakie miałem w mózgu nagle się skończył. Język zdrętwiał mi, stał się sztywny i niezdolny do pracy. Wydukałem:
- P-przepraszam...j-ja będę się teraz starał...




Perspektywa Mglistego

Te słowa nic nie znaczyły. To tylko puste słowa, wiedziałem o tym. Zmrużyłem oczy, obniżyłem barki.
- Nie chce słyszeć żadnych skarg na ciebie od Sowiego Skrzydła. Słyszysz? Żadnych!
Odwróciłem się i odszedłem, miałem tego wszystkiego dość. Nie miałem pojęcia, że bycie ojcem będzie takie trudne. Musiałem ochłonąć, tak bardzo tego potrzebowałem.
Znalazłem mały strumyczek, cienką odnogę, która odchodziła od rzeki i wpływała na teren Klanu Wilka. Zanurzyłem w niej łapy, czując przyjemny chłód. Położyłem się w wodzie, czując jak lekki prąd obmywa mi boki, spływa po karku. Odetchnąłem głęboko.
- Oh, Klanie Gwiazdy, daj mi siłę...- wzniosłem pysk wysoko do nieba. Wstałem, otrzepałem się z wody.
Wróciłem do obozu. Od razu gdy znalazłem się w polu widzenia innych kotów, Cętkowany Ogon pojawił się u mojego boku. Partnerka spojrzała mi głęboko w oczy, jakby próbowała wyczytać z nich moją przyszłość. Westchnęła, usiadła, po czym ogonem nakazała mi zrobić to samo.
- Jesteś zły, widzę to - odparła spokojnym, opanowanym głosem. - Rozmowa nie poszła dobrze, prawda?
Milczałem, lecz po paru sekundach orzekłem.
- Przepraszam, nie potrafię być delikatny - polizałem ją po głowie, między uszami. Kotka na chwilę zagapiła się w przestrzeń.
- Nie chce, aby nasza rodzina się rozpadła. - miauknęła. - Widzę, co się dzieje z Widmową Łapą. Boje się, że to jest jak wirus, który rozwija się w jego ciele. Tak bardzo chce jego szczęścia, lecz to nie takie proste, jak mi się wydawało. Ciężko być matką.
W głębi duszy uśmiechnąłem się, gdyż przed chwilą myślałem to samo. Rodzicielstwo, wychowanie młodych nigdy nie było proste, a efekty nigdy nie będą widoczne po dłuższej pracy.
Zmieniłem temat.
- A jak idzie Słonecznemu Deszczu i Lisiemu Ogonowi? - zapytałem o resztę kociąt. Zobaczyłem ciepły uśmiech, i blask w oczach partnerki.
- Są już dorosłe i mają własnych uczniów. Niesamowite, prawda? Ten czas tak szybko mija..- nachmurzyła się. - Czas to złodziej.
- Nie zatrzymamy go - westchnąłem.
< Cętka?>

*dostałam cukrzycy Misty przez te ostatnie zdania. Lof ju <3 ;w;

Od Mglistego Cienia CD Gęsiej Łapy

Kolejny dzień zmarnowany na męczeniu się z tym mysim móżdżkiem... Już od samego faktu, że muszę przeżyć z nim jeszcze całe szkolenie napawało mnie odruchami wymiotnymi... Eh, Mglisty, musisz wziąć się w garść! Jeszcze zrobisz z tego kurwiszona kogoś i będziesz mógł się czuć dumny!
Te słowa w mojej głowie brzmiały zabawnie, wręcz żałośnie. Młody kociak nie miał żadnego szacunku do swojego mentora. Z takim okazem, nauka walki może się okazać naprawdę trudna.
Odetchnąłem spokojnie, chcąc nabrać jak najwięcej świeżego powietrza w płuca. Z dotlenionym mózgiem, będzie mi się o wiele lepiej pracowało.
Szarego kociaka zauważyłem od razu, gdy opuściłem legowisko wojowników. Stał zmarnowany przy wejściu do groty, w której spali inni uczniowie. Jego mina wyrażała wszystko: niezadowolenie, poirytowanie i ostrą biegunkę (którą na szczęście nie wyczułem nigdzie w otoczeniu). Dziarskim krokiem podszedłem do Gęsiej Łapy, który na mój widok westchnął teatralnie i fuknął piszczącym głosikiem:
- Nareszcie jesteś. Myślałem, że to zazwyczaj mentorzy oczekują swoich uczniów, a nie uczniowie swoich mentorów.
- Szczyl pysk - warknąłem, może nieco zbyt agresywnie. - Jeśli mam cię czegokolwiek nauczyć, wymagam od ciebie choćby minimalnego szacunku. W innym wypadku pogadamy inaczej, i dam sobie odciąć łapę, że nie będzie już tak przyjemnie.
Młodziak szykował się na odfuknięcie, lecz zagłuszyłem go szybkim poleceniem: "Idziemy", machnięciem ogona i energicznym wyjściu z obozu. Planowałem zabrać go nad Wężowe Skały, toteż przybrałem typ wędrówki jako bieg. Chciałem sprawdzić, czy Gęsia Łapa dotrzyma mi kroku. Ku mojemu zaskoczeniu, młody zręcznie, mimo swojego długiego futra, przemierzał krzaczory krok w krok za mną. Był z deka zmęczony, jego krótkie łapy robiły dwa razy więcej machów od moich, lecz starał się tego po sobie nie poznać. Trzymał wysoko głowę, a oczami pełnymi determinacji i wyższości wpatrywał się w ścieżkę przede mną. Ja nie byłem zmęczony. Miałem długie nogi, dzięki którym przemierzałem trasę o wiele szybciej.
Ścieżka wydeptana przez tysiące pokoleń przemierzających tę trasę wiele lat temu, rozwarła się na otwartą przestrzeń, na której znajdowały się Wężowe Skały. Miejsce to nie było dobrym pomysłem na podstawy walk, lecz ja chciałem go sprawdzić. Pod warstwą złośliwych uwag, egoizmu i plucia jadem na wszystkie strony, wyczuwałem w nim potencjał na zasłużonego wojownika. Trzeba go tylko popchnąć w dobrą stronę. Wiedziałem co się stanie, jeśli się go nie dopilnuje. Tu potrzebna jest odpowiedzialność, za swoje czyny. Wiedziałem, że takie koty jak on, mogą skończyć jak Kamienny Pazur. Wyniszczeni przez ambicje.
- Proszę proszę - fuknąłem, gdy parę sekund później, u wylotu ścieżki, pojawił się Gęsia Łapa. - W końcu jesteś.
Szary kot dyszał cicho, stojąc na szeroko rozwartych łapach i opuszczonych barkach. Zielone oczy z niechęcią utkwił w swoim mentorze. Uśmiechnąłem się złośliwie, widząc zmęczenie ucznia. Zastrzygłem uszami, po czym zaczęliśmy trening.
- Zaczniemy od skradania - powiedziałem. - Bezszelestnie skradanie jest podstawą do dobrego ataku.
Przywarłem do ziemi, aby pokazać Gęsiej Łapie prawidłowy sposób poruszania się. Opadłem nisko na barki, głowę również ułożyłem między trawami, uszy położyłem po sobie, aby nie wystawały z chaszczy, ogon upadły.
- Zależy do jakiej zwierzyny podchodzisz, inaczej się musisz ustawić - pouczałem. Zamknąłem na chwilę oczy, aby zaczerpnąć wiedzę ze wspomnień. Musiałem przypomnieć sobie wszystkie polowania z Wilczą Gwiazdą.
Młodziak słuchał jednym uchem, robiąc niezadowoloną minę z samego stania w tym miejscu, lecz dobrze wiedziałem, że łapy świerzbią go od braku ruchu. Pokazałem mu sposoby poruszania się nisko w trawach, oraz jak przenosić ciężar ciała na tylne łapy, przy podchodzeniu królika.
Przyglądałem się, jak Gęsia Łapa to wykonuje, starając się wyłapać nawet najmniejszy błąd, byleby o coś zahaczyć. Nie miałem na celu, aby kociak poczuł się zbyt pewnie.
Po jakimś czasie uczeń zaczął okazywać natrętną nudę z zajęć.
- Kiedy przejdziemy do ataku? - marudził Gęsia Łapa. - Nie mam ochoty dłużej czołgać się w tych szuwarach i robić z siebie idiotę.
- Dzisiaj pokażę ci podstawy - odparłem, starając się zachować spokój. - Jutro doszlifujemy atak i skradanie, następnie pozwolę ci samodzielnie zapolować. Przed nami długa droga. Musisz też umieć odróżniać zapach zwierzyny, tropić, i wykorzystywać ukształtowanie terenu do swoich korzyści.
- Ale ja już to wszystko umiem - marudził dalej.
- Zobaczymy - mruknąłem pod nosem.
<Gęś?>

19 lipca 2016

Od Mglistego Cienia CD Gęsiej Łapy

Po spotkaniu z młodym, ruszyłem w stronę jaskini, gdyż zbliżał się wieczór. Kto by pomyślał, niedawno skończył u mnie trening jeden uczeń, a teraz dostałem kolejnego. Westchnąłem. Ni chwila odpoczynku, od tych młodych, rozbrykanych kłębków kłaków. W jaskini zastałem moją córkę, Lisi Ogon, oraz syna - Słoneczny Deszcz. Im również przydzielili uczniów, choć sami niedawno nimi byli. Usiadłem w kącie, po czym ułożyłem się wygodnie, podkulając łapki pod brzuch. Nocny patrol obejmował inne koty, toteż mogłem spać spokojnie.
Rano obudziłem się wcześnie, najwcześniej jak się dało. Wyczułem u młodego ucznia dużą smykałkę do(bycia skurwielem) wywyższania się, mimo swojego poziomu, toteż chciałem wprowadzić trochę dyscypliny.
Paroma susami byłem przy jego jaskini. Inni uczniowie jeszcze spali smacznie, skuleni blisko siebie. Gęsia Łapa natomiast spał trochę dalej, z włączonym trybem czuwania. Fuknąłem na niego, aby go obudzić. Niezadowolony młodziak wstał niechętnie, rozciągając grzbiet.
- Dalej, nie mamy chwili do stracenia - pogoniłem szarego kocurka. - Chcę pokazać ci tereny jak najszybciej, aby potem móc przejść do teorii.
- Mówiłem już, że znam tereny jak własną łapę - marudził poirytowany kot. - Chcę móc walczyć!
- W takim razie, skoro znasz wszystkie tereny, oprowadź ty mnie - rzuciłem mu wyzwanie. Gęsia Łapa wydawał się być zbity z tropu tym zadaniem, lecz duma szybko wróciła na jego pysk.
- W takim razie zapraszam na wycieczkę.
Opuściliśmy obóz.
< Gęsia Łapo? Albo Cętkowany Ogonie, bo ją chciałaś do dokończenia  >

13 czerwca 2016

Mglistego Cienia CD Słonecznej Łapy

- Mam zamiar pokazać ci tereny - odrzekłem spokojnie, krocząc energicznie. - Musisz wiedzieć, na jakich terenach jaką zdobycz znajdziesz, oraz jak wykorzystać położenie do polowania.
<><><>

Przebiegliśmy parę kilometrów. Każde napotkane miejsce opisywałem zacięcie, przypominając sobie wszystko z nauk Wilczej Gwiazdy. Miałem nadzieję, że Słoneczna Łapa słucha uważnie i wykorzysta wszystko jak najlepiej. Jednak on wydawał się być tym wszystkim znudzony. Gdy przebiegaliśmy przez Wysokie Sosny, zapytał:
- A kiedy w końcu zaczniemy na coś polować?
- Poczekaj, na wszystko przyjdzie pora... - po czym do głowy przyszedł mi pomysł. Uśmiechnąłem się figlarnie. - W takim razie droga wolna, skoroś taki zachłanny. Upoluj mi coś.
Syn wydawał się być zbity z tropu tym poleceniem. Widocznie, czekał na inną odpowiedź, lecz szybko się ogarnął i zaczął węszyć.
Usiadłem, przyglądając się jego wyczynom. Grunt pod nami był suchy i prawie,że bez traw. Otaczające nas drzewa, oczywiście wysokie sosny, szumiały delikatnie wraz z porannym wietrzykiem. Wsłuchiwałem się w lekki świergot ptaków, ukrytych gdzieś w koronach tych drzew.
Czekałem.
- To.. To nie jest dobry teren do polowania -odrzekł w końcu Słoneczna Łapa. - Poszukajmy ofiar gdzieś indziej.
- Doskonale! - uśmiechnąłem się. - Czyli jednak słuchasz. Tam, gdzie zwierze nie ma się gdzie schować, nie będzie występować. Tu grasują najwyżej szaraki. Myszy musisz znaleźć tam, gdzie są wyższe trawy, lub rośnie pszenica. One uwielbiają pszenice.
Rudy kot rozpromienił się. Po oczach dostrzegłem, że jego satysfakcja wzrosła, gdyż śmiało popędził w stronę innych terenów - tym razem pobiegliśmy bliżej Wielkiego Jaworu.
Kociak szybko wywęszył pierwszą ofiarę - było to nic innego jak mysz polna. Niezbyt pokaźna, lecz idealnie nadawała się na próbę umiejętności młodego ucznia. Kociak opadł nisko na barkach, z czego byłem dumny, bo zawsze to sprawiało mi najwięcej problemów.
- I pamiętaj: liczy się technika, nie szybkość...- szepnąłem jeszcze. Słoneczna Łapa poruszyła z irytacją uchem.
Wystartował z tylich łap. Od razu wyłapałem parę błędów, jakie popełnił przy ataku. Będę musiał mu je wytknąć. Mysz zauważyła go i czmychnęła w pole. Myślałem, że młody odpuści, w końcu nie wiem komu by się chciało ścigać za chudą szczurzycą w trawskach, lecz o dziwo nie poddawał się. Wbił się w ścianę traw, odgarniając je szybko. Uśmiechnąłem się pod nosem. Ambicja, zachłanność. Ma to po mnie.
Po chwili przestałem go słyszeć. Szelest ustał, co mnie lekko zaniepokoiło. Kto wie, co się tam czaiło. Może sidła zastawione przez dwunożnych na szaraki? Już nie raz miałem styczność z ich metalowymi szczękami, lecz przy każdym spotkaniu obeszło się bez szwanku. Czasem były przydatne, gdy coś zakleszczyło się między nimi, było to jak podanie myszy na talerzu. Lecz tym razem nie miałem ochoty oglądać syna w owych pułapkach.
Wlazłem między trawy, rozglądając się na prawo i lewo. Zobaczyłem ścieżkę, którą wydreptał sobie kociak, szukając myszy. Ułatwiając sobie, ruszyłem ową ścieżką.
Byłem zaniepokojony, wąsy mi drgały. Kto by pomyślał, że bycie ojcem przyprawia o takie nerwy.
W końcu ujrzałem rudzielca. Siedział skulony, mając między łapami... mysz. Wyglądał na zadowolonego, próbując ją ubić do końca. Bezszelestnie podszedłem do niego. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się, tłumacząc:
- To nie ta sama mysz, którą goniłem. Tamta dawno mi uciekła, lecz znalazłem kolejną! Upolowałem ją bezbłędnie! Nawet nie zauważyła, że do niej podbiegłem!
Prawił radośnie.
- Szkoda, że mnie wtedy nie było. Mógłbym zobaczyć, czy rzeczywiście było tak bezbłędnie. Posłuchaj, młody. Skradasz się dobrze, masz dobrą siłę odpycha i świetnie skaczesz. Jednak...Zauważyłem, że zbyt bardzo skupiasz się na otoczeniu, co jest dobre! Lecz wtedy tracisz kontrolę nad pogonią zdobyczy. Nie martw się, dobry wojownik jest w stanie zadbać o obie te rzeczy jednocześnie.
Uszy syna lekko opadły. Szybko dodałem:
- Nie martw się, ze mną było o wiele gorzej gdy się uczyłem! Byłem tak narwany i zmotywowany, że wszystko chciałem robić od razu. Po co słuchać mentora, skoro można zrobić tyle różnych czynności w tym momencie.
Słoneczna Łapa zaśmiała się, a ja zdałem sobie sprawę, że ostatniemu zdaniu na pewno przyznał by rację. Po chwili zamilkł i mruknął nieśmiało:
- Tato... Coś mi tu nie pasuje... Mam wrażenie, że czegoś brakuje.. Na naszych terenach...
Zamilkłem, na mój pyszczek wtargnął grymas powagi. Słoneczna Łapa zobaczył to, przez co się speszył swoim stwierdzeniem.
- Chodź, pokażę ci coś... - machnąłem na niego ogonem. Młody kot bez marudzenia podreptał za mną, a na jego pysku malowała się ciekawość.

Zaprowadziłem go na skraj granic, odgrodzonych Drogą Grzmotu. Do nozdrzy od razu dotarł do mnie obrzydliwy zapach spalenizny. Rudzielec kaszlnął, niezadowolony z woni, jak i z dziwnej aury otaczającej to miejsce. Tak. Przy Drodze Grzmotu nie można się czuć bezpiecznie.
- Coś jest nie tak. - zauważył. Kiwnąłem głową, po czym odsłoniłem lekko krzaki, ukazując parujący asfalt.
- Widzisz? - zapytałem cicho. - Pod żadnym pozorem nie możesz podchodzić do tego pasa. Chyba, że od tego zależy twoje życie.
- Nie rozumiem.
- Spójrz.
Przez drogę przemknął potwór. Stało się to bardzo, bardzo szybko. Krótki, lecz potężny ryk to było jedyne ostrzeżenie, jakie raczył nas obdarować. Mignęły światła, potężny prąd powietrza wepchnął nas głębiej w las. Słoneczna Łapa cofnął się gwałtownie. W oczach miał strach, młode ciało miotało się od uderzeń serca.Oddychał ciężko.
- C-Co to było? - pisnął.
- Potwór. - odparłem bez emocji. - Zabijają bezwzględnie. Dlatego masz się trzymać z dala. Ale jest też jeszcze coś.
Kiwnąłem głową, pokazując coś za drogą.
- Podejdź bliżej i powąchaj powietrze.
W jego oczach dostrzegłem nutkę przerażenia, lecz mimo tego, o zastygłych mięśniach wyszedł z linii krzaków, na otwarty pas trawy. Powąchał powietrze, po czym czmychnął z powrotem w las.
- Pachnie.. Dziwnie. Co to za zapach? Czułem go już kiedyś...
- To zapach kotów z Klanu Klifu - odparłem. - To oni zabrali nam tereny po drugiej stronie Drogi Grzmotu. Dlatego mamy taką ubogą zwierzynę. Pamiętasz go, ponieważ gdy byłeś mały, zaatakowali nas, łamiąc sojusz zawarty między Niespodziewaną Gwiazdą, a moim mentorem, Wilczą Gwiazdą. Byłeś zbyt malutki, aby coś pamiętać.
< Słoneczno Łapo?>

03 czerwca 2016

Od Mglistego Cienia CD Cętkowanego Ogona

*wcześniej*
Wyszedłem ze żłobka i tak jak mówiłem, udałem się w stronę grupy patrolowej. Dzisiejszy patrol po terenach miał się odbyć wraz z Jelenim Rogiem oraz Borsuczym Pazurem . Cóż się dziwić - byliśmy jedynymi młodymi wojownikami . Nasz klan ostatkami zmalał, wraz z prądem chorób i zakażeń. Martwiło mnie to. Byliśmy najsilniejszym klanem z całej czwórki, lecz słabniemy z każdą sekundą. Westchnąłem na tę myśl odchylając uszy do tyłu, po czym rzuciłem kontrolne spojrzenie na przybrane rodzeństwo.
Coś wisiało w powietrzu. Nasze ogony były napięte, wąsy drgały. Klan Gwiazd próbował coś nam oznajmić, lecz nigdy nie potrafiłem odgadnąć dziwnych znaków wiszących w powietrzu.
Wtedy to się zaczęło.
Przejmująca cisza została rozdarta wojowniczym skowytem. Moje kończyny spięły każdy możliwy mięsień, a po obozie rozpłynął się obcy zapach - zapach kotów z Klanu Klifu.
Zaatakowali. Wraz z towarzyszącym im pyłem i kurzem, sijąca zamęt armia kotów napadła na nasz obóz, sypiąc się z każdej możliwej strony. Zaalarmowana Wojenna Gwiazda wydała z siebie głośny, przeszywający syk oznaczający atak.
Uczniowie powylatywali z jaskiń. Po ich postawie było widać zmęczenie po porannych polowaniach, lecz widząc zamęt, mimo przerażenia ruszyli nam na pomoc.
Skoczyłem bez ostrzeżenia wraz z resztą kotów. Drogę zagrodziła mi drobna kotka,o myszatej sierści pokrytej plamkami. Atakowała jak dzika kobra, gwałtownie zakleszczając mi się na szyi. Ból katapultował w owej okolicy z ogromną siłą. Czułem jak jej kły przebijają się przez skórę. Syknąłem, po czym z ogromną siłą odepchnąłem napastniczkę od siebie. Wyskoczyłem w górę odbijając się tylnymi łapami, przygniatając ją swoim ciałem. Była zwinniejsza ode mnie, lecz byłem silniejszy. Wbiłem w nią pazury głęboko, aż nie wyczułem cieknącej krwi. Kotka zapiszczała ulegle, wtedy ją puściłem. Czmychnęła mi spod łap niczym królik, znikając w kłębie sierści i kurzu.
Wyplułem krew z pyska, która nazbierała mi się w pyszczku przez ranę na szyi.
Rozejrzałem się. Klan Klifu również posiadał tylko 3 wojowników, plus uczniowie i lider. Szanse były wyrównane.
Zobaczyłem, jak szybki rudy kot o dwukolorowych oczach atakuje z prędkością światła Jeleni Róg. Czym prędzej pobiegłem jej na pomoc.
Z agresją skoczyłem na grzbiet owego kocura. Był słaby, czułem to po wychudłych mięśniach, które chyba bardziej wykształcił na bieganie. Przeorałem jego pysk pazurami, zostawiając szramę. Wraz z użytą na nim siłą, krew z ugryzienia na szyi buchnęła nowym strumieniem.
- Wszystko okej? - zapytała przybrana siostra.
- Ta - burknąłem. Jeleni Róg polizała moją ranę, po czym odbiegła walczyć dalej.
Gwałtowne uderzenie zwaliło mnie z nóg. Kolejny kot z Klanu Klifu rzucił się na mnie.
Był bardzo silny. Przywarł do mnie, przygwożdżając do ziemi, po czym ugryzł w boleśnie kark. Próbowałem się wyrywać, lecz szary kocur nie poddawał się.
Kolejna masa ciała dołączyła się do siłaczki. Był to uczeń - Miodowa Łapa.
Próbowała pomóc zepchnąć ze mnie Szarego Płomienia.
- Miodowa Łapo uważaj! - krzyknąłem, lecz nie wystarczająco szybko. Kocur z Klanu Klifu uderzył ją łapą, a ona zatoczyła się i potoczyła do tyłu ryjąc rów w ziemi. Zdenerwowałem się.
Wygiąłem ciało w łuk pozbywając się kota z siebie, po czym czmychnąłem w stronę uczennicy. Brutalnie podniosłem ją na nogi.
- Wszystko w porządku? - zapytałem. Kotka pisnęła coś w odpowiedzi, oczy miała zamglone.
Odbiegłem.
– Wojenna Gwiazdo! –usłyszałem grzmiący głos. Odwróciłem nieufnie pysk widząc niecodzienną cenę. Potężny rudy lider stał na Wojenną Gwiazdą, gdy ta leżała bez sił na ziemi.
– Kim jesteś? – syknęła. – Gdzie Niespodziewana Gwiazda i Ametystowa Chmura?!
– Niespodziewana Gwiazda i Ametystowa Chmura nie żyją – oznajmił kot – Klan Gwiazd wybrał mnie na nowego lidera Klanu Klifu.
– Jakim prawem łamiesz sojusz zawarty przez twoją poprzedniczkę i mojego ojca? –była wściekła. Żywy ogień zabłysł w jej dwukolorowych oczach. Syknąłem do siebie, podbiegając bliżej, aby w razie czego móc obronić liderkę.
Wielki kocur wziął głęboki wdech. Nagle liderka otworzyła oczy i ociężale podniosła się z ziemi.
– Wojenna Gwiazdo! – zagrzmiał lider po raz kolejny – Pokonaliśmy twój klan w walce. Musicie odejść z tej części terytorium i zamieszkać po drugiej stronie Drogi Grzmotu.
– Dlaczego? – wychrypiała szara kotka słabym głosem.
– Klan Klifu przejmuje wszystkie tereny po tej stronie Drogi Grzmotu – miauknął. – Każda wasza próba odbicia tej części terenów zostanie odparta. Odejdźcie po dobroci, inaczej wygnam was siłą.
– Czemu złamałeś sojusz? – mruknęła Wojenna Gwiazda.
– Klan Klifu nie potrzebuje już waszej pomocy, a terytorium. Wynoście się. Już!
Szara potężna kotka wstała, następnie dała znać do odwrotu. Nie mogłem w to uwierzyć. Wściekłość gotowała się we mnie z ogromną siłą. Czy oni zamierzają tak po prostu się poddać? Nie mogłem przyjąć do siebie wiadomości, że mamy się pożegnać z tym terenem. Z Suchym Drzewem... Te miejsca mają w sobie zapisaną historię pokoleń. Nie mogłem tego tak po prostu zostawić.
Widząc triumf w oczach kotów z Klanu Klifu miałem ochotę rzucić się im do gardeł. Po czym gwałtownie westchnąłem i ochłonąłem, niczym za magicznym dotykiem kotów z klanu Gwiazd. Walczyli zacięcie, pełni odwagi i siły. Lecz ta ambicja kiedyś ich zgubi...
Rzuciłem łbem niczym narowisty rumak, kierując się w stronę żłobka. Zobaczyłem moją rodzinę - cała złość spłynęła ze mnie niczym peleryna, a ja poczułem ogromną ulgę. Nigdy nie czułem większego szczęścia. Są cali.Nikt nie poległ w tej potyczce. Chciałem do nich podbiec, lecz drogę zagrodziły mi opuszczające teren koty z klanu Wilka. Będąc blisko, chwyciłem Słoneczko.
- Mglisty Cień! - usłyszałem Cętkowany Ogon blisko swojego ucha. Uśmiechnąłem się lekko mimo kociaka w pysku. Krew ciekła mi z kącika ust, kapiąc na rude, nieskażone futerko młodziaka. Moja partnerka miała się dobrze - nie licząc nogi którą podwinęła pod brzuch. Zmartwiłem się. Oby to nie było nic poważnego.

Przenieśliśmy się. Zatrzymaliśmy się, budując szybkie małe schronienie na noc tuż przy Wielkim Jaworze. Koty wylizywały się po bitwie. Wyglądaliśmy nędznie. Poległy klan, kupki mokrego futra, skulone w różnych odstępach od siebie. Słońce dawno zaszło, malując niebo na rudo. Niedługo po tym, wszystko zaczęło barwić sie w granat, a na nieboskłonie nie widać było gwiazd. Jedynie księżyc patrzył na nas, bielą swojej pełni.
Usiedliśmy obok siebie. Młodziaki grzecznie usadowiły się obok. Patrzyły na nas nic nierozumiejącymi oczami, pełnymi niepokoju. Trzęsły się z zimna wieczoru, jak i z przerażenia. Nie rozumiały. Bawiły się, czerpiąc radość z dzieciństwa, a nagle wszystko zaczęło się walić niczym ściana.
- Co teraz będzie? - złote oczy Cętkowanej, spojrzały na mnie. Nie odpowiedziałem, patrząc pusto w przestrzeń. Co będzie? Zbudujemy obóz od nowa... Nic innego nas nie czeka.
Krew cicho skapywała z mojej szyi. Powinienem udać się z tym do medyka.
- Mglisty Cieniu, martwiłam się.
- Ja też - odparłem szczerze. Najszczerzej, jak potrafiłem. Czułem się obcy.
- Mglisty Cieniu, ty jesteś ranny! - krzyknęła nagle Cętkowana. Wystraszyłem się bardziej jej zaniepokojonego krzyku, niż fakty iż naprawdę jestem ranny.
- To nic takiego - skłamałem, czując jak wraz z kłamstwem ból w szyi się powiększa. Pulsował wraz z rytmem bicia serca, wypluwając nową dawkę krwi.
- Powinieneś iść z tym do Sowiego Skrzydła.
Nie chcąc się sprzeczać, kiwnąłem tylko głową. Wstałem ociężale, kierując się w stronę Sowiego Skrzydła, siedzącej samotnie niedaleko Drogi Grzmotu, patrzącej się w przestrzeń. Widząc mnie prychnęła:
- A ty znowu musiałeś wpadać w tarapaty. Jakby nie dało się wyjść z tego w jednym kawałku.
Przez wykończenie, żadna sensowna odpowiedź nie przyszła mi do głowy, więc po prostu usiadłem i dałem się obejrzeć kotce. Zrobiła mi opatrunek z liści. Nie poczułem się lepiej, lecz przynajmniej Cętkowana będzie spokojniejsza. A niech cię, Dzika Burzo!
Nie chcąc siedzieć bezczynnie, zacząłem pomagać w budowaniu schronienia. Angażowały się wszystkie koty wraz z uczniami i królowymi. Chwyciłem pęk patyków w pysk, po czym wplątałem je w ogrodzenie. Kątem oka zauważyłem jak Słoneczko i Lisek chwytają osobne gałązki w pysk i próbują wepchnąć je w powstały płot. Rozbawiło mnie to lekko.
- Głupie, nie tak to się robi - poprawiałem je, pokazując dobrą metodę budowania ogrodzeń. Kociaki skorzystały z rad co wyglądało jeszcze bardziej pokracznie.
< Ktoś z rodzinki?>

29 kwietnia 2016

Od Mglistego Cienia CD Cętkowanego Ogona

Nie mogłem uwierzyć własnym uszom - Cętkowany Ogon był w ciąży! Nie miałem pojęcia które uczucie u mnie górouje - ogromna radość, czy zmartwienie.
- Wow... - wydusiła z siebie kotka, nie wiedząc jak powinna zareagować. Po czym uśmiechnęła się szczerze - Nareszcie! Mglisty Cieniu, uwierzysz w to?
Trąciłem ją lekko nosem w odpowiedzi. Sucha Paproć prychnęła, oznajmiając, że powinniśmy już iść.
Wyprowadziłem Nakrapianą z polanki medyka. Słońce powoli hyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na lekkie odcienie fioletu i pomarańczu. Pierwsze gwiazdy zamigały na nieboskłonie. Usiedliśmy przed jaskinią.
- Więc... - zacząłem. - Wiesz, ile ich tam masz?
Kotka spojrzała na swój brzuch.
- Hmm, sama nie wiem. Może 2? 3? - westchnęła lekko, po czym uniosła głowę w stronę nieba. Srebrna Skóra błyszczała jasno nad nami, niczym baldachim chroniący nas przed złem. Często, wpatrując się w nią, widziałem ciepłe oczy Wilczej Gwiazdy. Patrzył na mnie z dumą, lecz jego wzrok był lekko zmartwiony. Zastanawiałem się, co jeszcze ciekawego przyniesie mi życie. Cętkowany Ogon oparła się o moje łopatki.
- Wiesz, jak je nazwiesz? - zapytałem się ponownie. Cętkowany Ogon zastanowił się.
- Jeszcze nie wiem, zobaczymy, jak się urodzą - zaśmiała się cicho. - Jednego jestem pewna - chciałbym syna lub córkę o twoich oczach.
Zmrużyłem ślepia.
- Co w nich jest takiego niezwykłego? Ja tam wolę twoje - odbija się w nich całe życie.
- Twoje są nieskazitelnie niebieskie - przypominają spokojny ocean przed burzą. Jednocześnie tak zimne i poważne...
Zamilkliśmy oboje.
- Zobaczymy, co przyniesie los.. - odparłem.
< kilka miesięcy później>

W końcu nadszedł ten dzień - Cętkowany Ogon urodził. Nie pozwolono mi zostać przy niej, przez co zmieniłem się w kłębek nerwów, jakim jeszcze nigdy nie byłem. Chciałem je zobaczyć. Moje dzieci... Czy będą podobne do mnie bardziej, czy do Cętkowanej? Ile ich będzie? Wiele pytań kłębiło mi się po łepetynie. Sucha Paproć została ze mną aby mnie uspokoić. Jej cierpki głos sprowadził mnie na ziemię.
Po chwili z polanki wyszła Sowie Skrzydło. Jasnozielone oczy utkiwła we mnie - nie widziałem w nich żadnej dogryźliwości, jaką darzyła mnie przez ostatnie miesiące - zamiast tego promieniowały szczęściem i ulgą. Kiwnęła na mnie łebkiem.
Czym prędziej pobiegłem w stronę Cętkowanej. Leżała na boku, szczęśliwa, a obok niej zmięte w kulki leżały trzy kociaki - jeden biały jak ja, o rudej masce pręg na pysku, jak i na ogonie. Drugi był rudy z białym krawatem, trzeci natomiast szary. Kotki miały zamknięte oczka.
Cętkowany Ogon żucił mi uradowane spojrzenie. Kucnąłem, podwijając łapki pod brzuch.
- Co powiesz na imię, Widmowe Kocię?- zapytałem nagle. Zdziwiła ją ta propozycja. . Ale pasowało mi do tego cichego i spokojnego kotka. Poza tym wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłynąć w powietrzu. Gdy na niego patrzyłem, miałem wrażenie, że zaraz wtopi się w tło.
- Jestem za. A spójrz na tego rudego, wygląda jak samo słońce....hej! W sumie pasuje! Co powiesz na imię, Słońce?
- Cóż to ciekawe imię- zaśmiałem się za co oberwałem ogonem( ty nie masz ogona xd) po tylej łapie. Gdy przestałem się śmiać spojrzałem na małą biało-rudą kotkę.
- A to będzie Lisek. Ma taki... lisi ogonek- mruknąłem. Otarła się o mnie i spojrzała znów na nasze kocięta, które aktualnie drzemały.
- Teraz zostaniesz królową, prawda? - zapytałem.
< Cętko?>

"Często, wpatrując się w nią, widziałem ciepłe oczy Wilczej Gwiazdy. Patrzył na mnie z dumą, lecz jego wzrok był lekko zmartwiony."
SIMBA, REMEMBER WHO YOU ARE. YOU ARE MY SON AND THE ONE TRUE KING. REMEMBER WHO YOU ARE.
XDDDDDDD

14 kwietnia 2016

Od Mistyshade'a CD Warstar

Rzuciłem się na Stoneclawa. Miałem dość jego pieprz*nia. Był tylko zazdrosnym śmieciem, i skończonym dupkiem. O tyle ile kontrolowałem się przy Warstar, teraz nie wytrzymałem. Nerwy mi puściły. Nie zamierzałem tego dłużej tolerować.
Zakleszczyłem szczęki na łapie Stoneclawa, przez co on stracił równowagę i upadł z łoskotem. Korzystając z okazji, chwyciłem go za kark, przygniatając ciałem do ziemi. 
Stoneclaw zasyczał, próbując mnie zrzucić. Jednak ja trzymałem się mocno, wbijając mu pazury głęboko w kręgosłup. 
Warstar skoczyła między nas. Odepchnęła mnie tylnymi nogami od przeciwnika. Wylądowałem 2 metry dalej, na czterech łapach. Warstar siłą rozpędu popchnęła Stoneclawa, aż upadł, po czym obezwładniła go szarpiąc pazurami i wbijając szczęki.
- Czy teraz opuścisz nas, i nie wrócisz? - wychrypiała groźnie. Szary kocur przekręcił głowę, próbując tylko uchronić miękki brzuch. 
- Nie.
- Jest nas dwóch. A ty jesteś sam. - podszedłem bliżej, strzelając błyskawicami z oczu. Mój ogon był niespokojny. Przerażała mnie i wkurzała jednocześnie, spokojność jaka wydobywała się z głosu kocura.Jakby w ogóle się nie bał, że może stracić życie. Uszy miał zwrócone ku nam, jednak ślepa głowa podążała w niewiadome strony, jakby próbował nas zlokalizować zasklepionymi oczodołami.
- Odejdź - odparła szara kotka. Z jej głosu powiał chłód, oraz kamienna spokojność.
- Nikt mi nie zabroni - zaśmiał się ochryple. 
- Ja ci zabronię - warknęła Warstar, wbijając pazury głębiej. Po brudnej sierści Stoneclawa popłynęła krew.
- Potrzebuję pożywienia, aby przetrwać. Będę polował na waszych łowiskach. Nie zabronicie mi. Wiecie, że jestem silniejszy. Wiecie, ile jestem kotów w stanie pokonać. Oraz dobrze wiecie, co zrobiłem z waszym kochanym liderkiem.
Syknąłem, robiąc krok do przodu, ale Warstar powstrzymała mnie ruchem ogona.
- Ty również dobrze wiesz, do czego my jesteśmy w stanie. Możesz mi wierzyć, że każdą łapę, którą postawisz jeszcze raz na naszym terytorium, odgryziemy żywcem. 
- W takim razie... zabij mnie teraz - na jego pysk wpełzł szyderczy uśmiech. Przekręcił się w łapach Warstar, pokazując brzuch.
<Warstar? XD>

06 kwietnia 2016

Od Mistyshade'a CD Spottedtail

Zaśmiałem się, po czym sam przewróciłem ją na plecy.
- Skoro tego chcesz... - wymruczałem.
No i...samo się stało.

*nie, małe zboczeńce, konic tego*

Wstałem rano, gdy tylko pierwszy promień słońca połaskotał mnie w twarz - i jak zwykle, trochę wcześniej niż inne koty. Oczy wciąż kleiły mi się, od niedospanej nocy po patrolu. Od razu gdy wyprostowałem łapy, wybudziłem ciało z odrętwienia, poczułem paskudny głód. Zdałem sobie sprawę, jak dawno nie jadłem niczego pożywnego. Spróbowałem go zignorować, lecz się nie dało - wyszarpywał mi wnętrzności jak głodne zwierzę.
Z sypialni wojowników, rozległ się kolejny szelest - poczęli się budzić moi rówieśnicy. Najpierw Deerantler, za nią Badgerclaw i na końcu Immortalspirit. Wyglądał na równie zaspanego jak ja. Nocne patrole nie były przyjemne.
Uczeń z mentorem wrócili z polowania, aby przynieść trochę żarła, dla klanu. Skierowaliśmy się w stronę kupy zwierzyny, lecz powstrzymałem głód na tyle, aby poczekać przed wyjściem na jeszcze jednego kota.
Liście zaszeleściły i w przejściu wyłoniła się rudo-biała kotka. Uśmiechnęła się lekko.
- Cześć!
- Hej, idziemy coś zjeść? - zapytałem szybko. Spotted prychnęła żartobliwie.
- A ty tylko o jedzeniu. Typowy kocur.
- Przepraszam, ale nie jadłem od wczorajszego śniadania - uśmiechnąłem się przepraszająco.
< Spottedtail? Piękne, denne opo default smiley xDD >

03 kwietnia 2016

Od Mistyshade'a CD Warstar

Dzień zaczął się normalnie - wstałem rano, rozciągnąłem się. Postanowiłem trochę popolować, aby rozruszać kości i zdobyć coś na śniadanie dla klanu.
Udałem się w tym celu na moje ulubione miejsce - Suche Drzewo. Chodziłem tam bardzo często - nie tylko z powodów łatwej zwierzyny, lecz i prywatnych. Jako uczeń często chodziłem pod gałęzie starego Drzewa z Wolfstarem. Pamiętam wszystko tak wyraźnie. Każde uczucie jakie mi towarzyszyło.
Szybko wytropiłem pierwszą ofiarę - mała myszka polna, która postanowiła wychylić nosek znad swojej bezpiecznej przystani. Przykucnąłem na tylnych łapach, wbijając wzrok w zwierzątko. Śledziłem każdy jej ruch. Powoli zacząłem przysuwać się do zdobyczy.
Każdy jej niespokojny ruch, każdy powiew jej zapachu sprawiał, że kończyny drżały mi z niecierpliwości, ale - tak, jak mówił Wolfstar - muszę się pilnować, aby adrenalina zbytnio mi nie dokopała. Technika też jest ważna, o czym przekonałem się kilka razy.
Gdy byłem już wystarczająco blisko, przygotowałem się do skoku. Jednak instynkt doradził mi, abym zbliżył się na parę kroków bliżej.
I to był błąd. Myszka uniosła głowę, po czym szybko czmychnęła w zaroślach. Warknąłem z irytacją, po czym wybiłem się, ścigając ją wraz z tropem. Jednak ta zdążyła się już schować.
Westchnąłem. Poszukam innej ofiary.
Nagle sierść na karku zjeżyła mi się znacząco, gdy do uszu dotarł nieznajomy dźwięk. Cichy szelest kocich łap. Do nozdrzy dobiegł mnie dziwny zapach - nienaturalnie znajomy. Po chwili zmrużyłem oczy, odsłaniając kły. Samotnicy.
Nawet wiem który z nich. Stoneclaw, zabójca mojego mentora.
Krew zagotowała mi się w żyłach.Czy on myśli, że jak wejdzie na nasze tereny to nikt go nie wyczuje? Byłem wściekły. On nie ma prawa się tutaj pojawiać. Nie po tym co zrobił.
Wskoczyłem w krzaki. Za nimi rozpościerała się malutka polana, otoczona drzewami. I tak jak myślałem - on tam był. Potężny szary kocur penetrował okolicę, w poszukiwaniu pożywienia. Boki miał zapadnięte z głodu, przez skórę wystawały żebra, lecz wykluczało to masę mięśniową. Oczy miał przeorane bliznami, lecz mimo ślepoty, węch i słuch pozostawał mu dłużny.
Tym razem nie myślałem o technice. W mózgu włączył mi się tryb: Wygonić intruza, bez przycisku OFF. Rzuciłem się na niego.
- Co robisz na naszych terenach? - warknąłem mu w ucho, próbując go przygnieść. Stoneclaw wydał zdziwiony pisk, po czym zrzucił mnie z siebie, jednym potężnym szarpnięciem karku. Miotnięcie uderzyło moim ciałem o najbliższe drzewo. Krzyknąłem.
Wtedy za krzaków wybiegł kolejny kot, zwabiony moim krzykiem. Była to Warstar - szaro pręgowana kotka o złoto zielonych oczach. Widząc mnie walczącego ze Stoneclawem, liderka krzyknęła srogo:
- Mistyshade, zostaw go! Jest dla ciebie za silny!
Odepchnąłem przeciwnika, po czym zwróciłem się do liderki.
- Jestem wojownikiem, a do moich obowiązków należy przeganianie intruzów z terenów klanu.
- Pochwalam twoje chęci, jednak musisz użyć mózgu - warknęła Warstar. - Jego umiejętności przewyższają twoje. Zostałeś wojownikiem nie tak dawno. Sama go przegonię, a ty wracaj do klanu.
- Opuszczenie pola, byłoby tchórzostwem - sprzeciwiłem się. - Zamierzam przegonić go z tobą. On zabił Wolfstara, jest nam coś winny
Zobaczyłem jak szczęki Warstar zaciskają się. Po czym odetchnęła i odparła:
< Warstar? >

29 marca 2016

Od Mistyshade'a CD Spottedtail

Pacnąłem ją łapą i wstałem.
- Wracajmy do obozu, robi się już późno - odparłem, spoglądając na nieboskłon, który barwił się lekkim fioletem. Spotted prychnęła żartobliwie.
- Dobrze panie władzo - przewróciła oczami. Przeszliśmy przez przejście. Większość kotów szykowała się do spania. Wieczorna porcja nas ominęła, jednak moje przybrane rodzeństwo zachowało coś dla nas. Spotted wzięła do pyszczka grubą nornicę, a ja zadowoliłem się chudym wróblem.
Do legowiska wojowników zajrzała Warstar. Omiotła wszystkich zimnym wzrokiem, po czym odparła:
- Immortalspirit, Darkheart i Mistyshade, idziecie dzisiaj jako nocny patrol
Imm i Dark westchnęli, a ja poważnie przytaknąłem. Wstałem energicznie, po czym dotknąłem nosem nosa Spottedtail.
- Śpij dobrze Księżniczko - ruszyłem szybko za oddalającymi się kotami. Darkheart prowadził, jako iż najdłużej był wojownikiem, miał większe doświadczenie. Immortal dorównywał mi kroku. Zdałem sobie sprawę, ża dawno nie rozmawiałem z przybranym braciszkiem. Zagadałem dziarsko.
- No jak tam Duszku? Co tam u twojej tygrysicy, Owl?
Imm wysłał mi kluczowe spojrzenie.
- Jeszcze nie jesteśmy razem, poza tym ona jest uczniem medyka...
- JESZCZE - podkreśliłem, ruszając brwiami. Imm pacnął mnie łapą.
- A jak tam ci się układa ze Spotted? - westchnął rozbawiony. - Nigdy bym nie pomyślał, że znajdziesz sobie kobitkę. Myślałem, ża ambicja całkowicie zasłoniła ci oczy.
- Ja też nie- zaśmiałem się cicho. Darkheart szedł dalej przodem rozglądając się na boki. Skoczyłem parę susów przed obserwując teren. Noc była spokojna, cisza lasu przerywana nielicznymi pochukiwaniami sów. Śnieżne futro Duszka, wydawało się świecić w ciemności.
- Zamierzasz założyć rodzinę? - zapytał poważnie. Przystanąłem. - Wiesz, klanowi przydadzą się nowi wojownicy...
- Wiem - mruknąłem ostrożnie. - Ale obawiam się... siebie. Obawiam się tego, że chcąc być dobrym ojcem, stanę się potworem. Dobrze wiesz jaki mam charakter - potrafię brnąć do celu nie zatrzymując się. To dla kociąt dobre nie będzie. Nie chce być złym ojcem.
Przybrany brat mruknął cicho.
- Byłbyś wspaniałym ojcem.
Nagle stanąłem gwałtownie. Machnąłem ogonem dając znać pozostałym, aby również stanęli. Coś poruszało się w krzakach...
Bez zatrzymania podszedłem do krzaków i rozgarnąłem je. Odetchnąłem tylko gdy ujrzałem, że to tylko zając z potomstwem, który czmychnął z nimi szybko.
<><><><>
Po powrocie zaglądnąłem do Spotted. Spała, uśmiechnąłem się lekko.
< Spotted? XD>
Misty dał do tego linka xD

27 marca 2016

Od Mistyshade'a CD Spottedtail

To było niespodziewane, niczym atak dzisiejszego kruka. Zamilknąłem gwałtownie, nie mogąc wydusić z siebie choćby grama słowa. Patrzyłem się tylko w jej oczy zaszokowany. Osobiście - też coś do niej czułem, jednak myślałem, że to tylko przyjaźń. Że skrywane uczucie jakim ją dażyłem, nigdy nie będzie miłością, dlatego bałem się jej cokolwiek wyznać. Jedyce co zdołałem ostatecznie wydusić to:
- Ja ciebie też.
To była dla mnie nowość, nie znałem tego uczucia. Nagle przestraszyłem się, a co jeśli kotka żartowała?! Jednak szybko moje obawy zostały rozbite w proch, gdyż Spottedtail wtuliła się w moje futro. Nadal byłem oszołomiony i jedyne na co mnie było stać to zwykłe polizanie jej w głowę. Usłyszałem jak kotka mruczy, uśmiechnąłem się w duchu. . Czy to nazywa się szczęście? Nie wiem, jestem chyba zbyt oszołomiony. Położyłem się na nowej, wiosennej trawie. Spottedtail przycupnęła przy mnie i położyła swoją główkę na moich łapkach. Uśmiechnąłem się do niej i polizałem za uszami. -Ja ciebie też- ponownie szepnąłem do jej ucha. Położyłem łeb na jej główce. I tak siedzieliśmy pod osłoną nocy czekając na nowy dzień
< Spotted? Najdłuższe opowiadanie ever, ale nie mam weny xDDD>

26 marca 2016

Od Mistyshade'a CD Spottedtail

Spottedtail zasnęła. Ciało unosiło się łagodnie wraz z jej oddechem. Powolutku wstałem, odstępując od niej. Podeszłem do Owlpaw. Podniosła wzrok, obrzucając mnie dziwnym, niezdentfikowanym spojrzeniem - lekko zimnym, lekko rozbawionym.
- Wyjdzie z tego?
Przybrana siostrzyczka westchnęła lekko.
- Musi odpocząć. Na następny dzień powinna swobodnie już chodzić. Na początku mogą być małe trudności ze wspinaczką na drzewa, ale po dniu powinno być już okej.
Spojrzałem na śpiącą przyjaciółkę. Spuściłem głowę, moje oczy przez chwilę zaszły się cieniem. Po chwili uniosłem wzrok.
- Dzięki - odparłem tylko, po czym wybiegłem z polany medyka. Postanowiłem coś upolować, jeszcze przed posiłkiem. Opuściłem obóz, wbiegając na rozłożyste tereny klanu. Od razu pobiegłem do jednego miejsca - Suchego Drzewa. To moje ulubione miejsce do polowania. Małej ofiary jest pełno w trawie, czasem nadarzy się większy ptak.
Chociaż byłem daleko, do moich nozdrzy dochodził gorzki zapach Drogi Grzmotu. Rzuciłem srogie spojrzenie w tamtym kierunku. Poruszyłem uchem, gdy dotarł do mnie cichy szmer przejeżdżającego potwora. Machnąłem ogonem, po czym skoczyłem przed siebie. Od razu wyczułem cienką woń ptaszyska - po chwili i go dostrzegłem. Kruk. Trudna zdobycz, jednak nie zaszkodzi spróbować.
Opadłem na barki przywierając brzuchem do ziemi, skradając się szybko, sięgając krokami jak najdalej. Czarny ptak zauważył mnie po chwili. Zaskrzeczał, trzepnął skrzydłami po czym wzniósł się na niską wysokość, atakując. Uchyliłem się przed jego dziobem. Po nieudanej szarży kruk odleciał. Westchnąłem, wypluwając pióra, które wyrwałem mu przypadkowo.
Lekko poirytowany spróbowałem poszukać czegoś łatwiejszego. Jako iż zaczęła się wiosna, słońce coraz bardziej dokuczało. Mój grzbiet zmienił się w piekarnik, a ziemia w rozgrzane bryłki węgla. Aby uchronić się przed żarem, postanowiłem schronić się pod Drzewem. Łagodny, chłodny cień spłynął na mnie, dając ulgę. Ułożyłem się pod nim, i zanim się spostrzegłem, zasnąłem...
<> <> <>
Obudził mnie dziwny zapach. Jak na wojownika powstało zbudziłem się zwarty i gotowy. Krew od razu rozpłynęła się po mięśniach. Rozejrzałem się. Nic się nie zmieniło - zasnąłem pod Suchym Drzewem, w upale wiosny. Jednak coś mi nie pasowało. Lekka woń krwi...
Ile spałem? Mam nadzieję, że nie przespałem posiłku. Wstałem, rozprężając kręgosłup i łapy. Wtedy to wyczułem - krew świeżej ofiary. Ktoś tu polował.
Spróbowałem się przejść po okolicy, aby zobaczyć kto to. Coś szurnęło w krzakach. Bez strachu podszedłem do rośliny o odgarnąłem ją. Za nim znajdowała się mniejsza polanka, a na niej...
- Spotted, co ty tu robisz?! - krzyknąłem, paroma susuami znajdując się na polance. - Powinnaś leżeć i odpoczywać!
Rudo-biała kotka daremnie próbowała wdrapać się na drzewo, na które prawdopodobnie czmychnęła ofiara, którą wcześniej zraniła. Dziwne, żadko się zdarzało, aby Spotted pozwalała uciec zdobyczy.
- Nie mogę gnić w jednym miejscu - warknęła. - Nie mam zamiaru tam siedzieć, aż zrosną mi się kości ze sobą, i w ogóle się nie ruszę!
Powoli podszedłem do przyjaciółki. Kotka podskoczyła, wbijając pazury w korę, podciągając się niezgrabnie. Lecz gdy stanęła na gałęzi, straciła równowagę. Ześlizgnęła się gwałtownie, i stety niestety ja stałem na jej drodze. Kotka przygniotła mnie. Prychnęła zirytowana, po czym bez przeprosin wstała otrzepując futro.
- Ogon odpowiada za równowagę. Dzięki niemu kot może balansować bez problemu na cienkich powierzchniach, jak gałęzie, czy płoty. Dzięki niemu mogą też robić dalekie skoki.
- Dzięki, panie wikipedio - warknęła. Siedziałem przez chwilę przyglądając się jak kotka próbuje od nowa wdrapać się po swoją ofiarę. Westchnąłem.
- Nie martw się. Pomogę ci wrócić do formy. Jednak będziesz musiała polować na przyziemne zwierzęta.
<Spottedtail?>

25 marca 2016

Od Mistyshade CD Spottedtail

Wylizywałem kark Spotted. Miała szorstkie futro, jak u każdego normalnego wojownika, lecz miało kompletnie inny smak. Smakowało jak jesienna trawa. Wyplułem sierść przyjaciółki.
- W jakich ty się trawach tarzałaś? - zapytałem ironicznie. Spotted wyglądała na rozbawioną i jednocześnie zdziwioną.
- W żadnych, a co?
Przyłapałem siebie na tym, że po pysku rozlewa mi się rumieniec.
- Ugh, nieważne.
Kotka zaśmiała się, a jej barki zatrzęsły się. Wstała po czym otarła się pyszczkiem o mój policzek.
- Chodź, świerzuchu. Przyniesiemy trochę jedzenia dla klanu.
Prychnąłem, wyskakując z siadu jednym susem.
- Zobaczymy kto tu zostanie świerzuchem w teorii.
Wyprzedziłem ją szybko, wychodząc z obozu. Jako iż zima ustała, śnieg stopniał, zostawiając tylko małe, neutralne kopczyki pod drzewami w cieniu. Trawa była blada, słońce świeciło blado. Lecz ptaki dawno wróciły do kraju, a zwierzyna wystawiła noski z norek. Idealny czas na polowanie.
Zawędrowaliśmy pod Suche Drzewo. Gdy śnieg znikł, wyglądało całkowicie inaczej. Wciągnąłem w nozdrza znane zapachy za czasów ucznia. Za czasów Wolfstara...
Zgubiłem wydech i zatrzymałem się. Poczekałem na Spottedtail, która ociągała się z tyłu. Odetchnęła.
- Szybki jesteś.
- Wiem - uśmiechnąłem się pod wąsem. Kotka pacnęła mnie łapą.
- Rozejrzyjmy się. Jestem pewna, że będzie tu dużo zwierzyny.
- Powodzenia - odparłem krótko. Wyskoczyłem szybko i schowałem się w krzakach. Od razu uderzył mnie zapach pierwszej ofiary - wróbel. Przysiadł niedaleko, aby poszukać ziaren w ziemi. Schyliłem się do pozycji skradania, opadając nisko na barki, po czym zacząłem szybko poruszać się w stronę ptaka, wyciągając kroki jak najdalej. Gdy byłem kilka metrów od niego, wyskoczyłem z tylnych łap, jak najwyżej. Rozwarłem pysk, w momencie gdy wróbel spłoszony zatrzepotał gwałtownie skrzydłami. Agresywnie zacisnąłem szczęki na zdobyczy. Gdy pozbawiłem go możliwości latania, uderzyłem nim brutalnie o ziemię, po czym dobiłem łapą. Podniosłem wygięte stworzenie z ziemi. Skierowałem się w stronę Drzewa, aby zobaczyć jak poszło koleżance.
Kotka właśnie wracała.W pysku trzymała nornicę, lekko zabrudzoną.
- Dobra robota świerzuchu. - pochwaliła mnie. Położyła swoją zdobycz na łapach, i zaczęła wylizywać pazurki od krwi. Ja również przygniotłem swoją ofiare (jakby miała zamiar nagle ożyć) i zacząłem czyścić sobie pyszczek z posoki. O dziwo tryskająca krew wróbla ubrudziła również uszy, gdzie nie mogłem dosięgnąć. Westchnąłem tylko, i podniosłem wróbla na znak, że możemy iść.
- Poczekaj brudasie - mruknęła Spotted. - Ja to zrobię.
Zaczęła lizać moje uszy. Spłonąłem rumieńcem.
- H-hej, c-co ty robisz? - odparłem zmieszany.
- Nie ma za co. - chwyciła swoją nornicę. - Idziesz?
Siedziałem przez chwilę w tej samej pozycji, gapiąc się jak głupi w przestrzeń. Po chwili otrząsnąłem się, a na mój pysk wróciło zdecydowanie.
- Chciałem się zapytać o to samo. Tylko nie wlecz się znowu za mną, księżniczko.
- Księżniczko? - prychnęła żartem. - To przezwisko nie pasuje do mnie.
- A do mnie jakie?
< Spotted?>

13 marca 2016

Od Mistyshade'a CD Spottedtail

- Dobrze, zatem słuchaj. Nie mam zamiaru powtarzać!- warknąłem z udawaną złością. Kiwnęła głową i nadstawiła uszy.

<><><><>

To był ten dzień.
Dzień, gdy stanę się pełnoprawnym wojownikiem.
Stałem przed skałą, z której zawsze ogłaszał spotkania Wolfstar. Lecz teraz stał na niej inny kot. Szara, potężna kotka o zimnym spojrzeniu złoto zielonych oczu...Warstar.
Brakowało mi obecności Wolfstara. Ciepłych, lecz jednocześnie zamglonych oczu mentora, jego głosu, upominającego o dobrej postawie. Było mi smutno, że nie mógł mi towarzyszyć w tej ważnej chwili. Zawsze ją sobie wyobrażałem - Po moich bokach stali inni uczniowie - Jelonka, Badger, Imm. Przedemną stał Wolfstar, patrząc się z dumą. Poczułem ukłucie bólu. Jednak mimo tego czułem jego ducha blisko siebie.
Rozejrzałem się. Nagle złapałem czyjeś spojrzenie - spojrzenie Spottedtail. Rudonakrapiana kotka patrzyła się na mnie, tak jak powinien na mnie Wolfstar - z dumą i radością. Podniosło mnie to na duchu. Uśmiechnąłem się mimo woli, a na pysku wrócił dawny wyraz zdecydowania. Zamachałem ogonem.
-Zgodnie z tradycją, nowi wojownicy odbędą nocną wartę, gdy my będziemy odpoczywać - odparła bezpośrednio Warstar, miotąc nas wzrokiem. - Zebranie zakończone.
Koty rozeszły się do swoich jaskiń. Z polanki medyka wybiegła Owlpaw - pierwsze co zrobiła to podbiegła do Immortalspirit, aby mu pogratulować. Natomiast drugie co zrobiła to spojrzała na mnie z lekką złośliwością w oczach.
- Gratuluje Mistyshade - mruknęła. - Dopiąłeś swego.
Wystawiłem język. Owl prychnęła na mnie żartobiwie. W tym dniu nie było czasu na prawdziwą nienawiść.
Uśmiechałem się do wszystkich z miną zwyciężcy. Koty gratulowały mi ukończenia treningu. Jednak ja czułem dziwną pustkę w sobie. Czekałem na coś.
Nagle to coś uderzyło mnie w serce, niczym cios Stoneclawa. Przecież Wolfstara nie ma... Dlaczego na niego czekam? Świat wokół spowolnił. Dźwięki zniknęły. Pochwały kotów wniknęły głęboko we mnie i zgasły. Otaczała mnie pusta.
- Gratuluje, Mistyshade! - usłyszałem nagle. Podniosłem szybko łeb. To była Spottedtail - uśmiechała się radośnie. Opuściłem ucho w podziękowaniu.
-Nie wyobrażałam sobie ciebie tak, w ten dzień - mruknęła zmartwiona. - Myślałam, że nie dasz mi spokoju.
Zaśmiałem się mimo woli.
- Ja też sobie tego tak nie wyobrażałem - spuściłem wzrok. - Brakuje mi kogoś...
Spotted podeszła blisko. Jej ciepło wypełniło pustkę wokół, rozległ się zapach jesiennej trawy. Liznęła mnie na pocieszenie.
- Nie martw się - jej oczy były pełne pociechy. - Na pewno jest z ciebie dumny. A teraz wracaj do rodzeństwa.
Pewność siebie od razu powróciła. Prychnąłem.
- Jasne, jasne, już lecę. Ale obiecuje, że jutro nie dam ci spokoju.
Po tych paru księżycach, od kiedy ją poznałem, trochę urosłem. Byłem prawie tak duży jak Spotted,więc dorównywałem jej siłą. Koniec traktowania mnie ulgowo.
Paroma susami znalazłem się przed jaskinią wojowników. Przyjaciele czekali na mnie.
Badgerclaw, Deerantler, Immortalspirit... Przez chwilę była i Owlpaw, lecz szybko czmychła.
- Dalej ferajna! - krzyknąłem, że wszyscy podskoczyli. - Przed nami cała noc czuwania.
Imm westchnął.
- Po prostu nie mogę się doczekać.
<> <> <> <>
Zimny podmuch uderzył mnie w twarz. A więc ranek... To była męcząca noc. Jednak przez cały czas czułem przy boku ducha Wolfstara...Tak jakby czuwał ze mną. Srebrna Skóra przyświecała gwiazdami.
Pierwsze koty zaczęły wstawać na poranny patrol : ciemny kocur o zabliźnionym oku - Darkheart, puchata kotka o ślicznym umaszczeniu - Leafstripe oraz długowłosa szara kotka Angelshadow.
Badgerclaw kiwnął głową w pozdrowieniu.
- Skończyła się warta, co? - usłyszałem głos Spotted przy swoim uchu.
< Spottedtail?>

08 marca 2016

Od Mistypaw'a CD Spottedtail

Wygrzebałem się z futra koleżanki, naburmuszony. Czy ona uważa, że taka śnieżyca przeszkodzi mi w normalnym funkcjonowaniu na powietrzu? Chyba się grubo myli. Spottedtail wytrzepała się spod pierzyny śniegu.
- Powinniśmy wracać do obozu - zauważyła. Paroma susami znalazłem się przed nią.
- To na co czekasz? - zapytałem, z iskierką w oczach. - Dogoń mnie jeśli potrafisz!
Ruszyłem z kopyta przed siebie, rozpryskując śnieg wokół. Spotted chyba załapała zabawę bo susami próbowałam mnie dogonić. Pędziłem niczym wiatr, adrenalina poniosła mnie niczym dziki mustang. Nie obchodziło mnie, że zapadam się w świeży śnieg po głowę. Skakałem przez pierzyny niczym zając. Po pewnym czasie śnieg zaczął sięgać mi do uszu, a skoki stawały się coraz bardziej męczące. Nie słyszałem już kroków kotki za sobą. Pewnie się zmęczyła, pomyślałem, kurcze ten śnieg jest naprawdę głęboki.
Nagle coś chwyciło mnie za kark. Podciągnęło mnie w górę. Miotnąłem się przecząco. Po chwili wylądowałem na ziemi. Przede mną stałe Spotted, z lekko uniesioną brwią.
- Młody kocie, Mistypaw, nie powinieneś się zapuszczać w takie wysokie zaspy. Nie zapominajmy, że jako niedawno pasowany uczeń, masz rozmiar wiewiórki. Jesteś bardzo nieokrzesany - prawiła mi kazanie kotka, choć w oczach migotały jej iskierki rozbawienia.
Naburmuszyłem się.
- Nie zachowuj się jak moja mama. Mój mentor zawsze powtarzał, że działam impulsami, i ty nie musisz - burknąłem. Spotted zszedł z pyska sztuczny wyraz powagi, przechodząc na zdziwienie.
- Twój pierwszy mentor..? C-Co się z nim stało? - zapytała. Zacisnąłem powieki.
- T-To był Wolfstar, pierwszy lider klanu Wilka. Został zabity przez swojego brata, Stoneclawa.
Przez głowę przebiegły mnie wspomnienia. Podniecenie, związane z pierwszym polowaniem, duma ze stania się uczniem, zażenowanie gdy wróbel wysunął mi się z pazurów na oczach lidera, poirytowanie, gdy wytykał mi błędy. Tęskniłem za nimi.
- To oznacza, że nie masz mentora - zdziwiła się kotka. Wzruszyłem ramionami.
- Raz poluję z Darkheart i Jelonką, czasem z Immortalpaw i jego mentorem.. Jakoś idę do przodu z nauką.
Nastała cisza. Spuściłem wzrok na śnieg.
- Myślisz, że Warstar pozwoli abym została twoim mentorem? - zapytała nagle.
< Spotted?>

02 marca 2016

Od Mistypaw'a CD Spottedtail

- W takim razie chodź za mną - wyprężyłem grzbiet i skierowałem się ku wyjściu z obozu.
- Jeziorka, które nas otaczają nazywają się Mokre Oczy - spojrzałem w biegu, czy kotka idzie za mną. Łapy topiły mi się w wilgotnym torfowisku towarzyszącym bagnom. - Jest tutaj nawięcej ryb.
Spottedtail zręczym skokiem wygrzebała się z błota. Ruszyliśmy dalej - tym razem w stronę Suchego Drzewa, gdzie przed chwilą byłem na szkoleniu. Poczułem się pewnie, czując w nozdrzach niedawną woń Deerpaw i mentora. Spottedtail chyba też to wyczuła.
- Kim oni są? - zapytała ciekawie, gdy szliśmy ścieżką.
- Mentor Deerpaw, i sama Deer. Jelonka jest moją...przybraną siostrą - zastanowiłem się jak miałem to inaczej określić. Ruda kotka zainteresowała się.
- Nie jesteś z klanu?
- Ja...jestem, tak jakby... - mruknąłem wbijając wzrok w podłoże. Odchyliłem uszy. - Urodziłem się poza klanem, ale wychowałem w nim. Czy to ma znaczenie?
- Ależ skądże - pewność kotki opadła. Wyczułem to. Nastała krępująca cisza. Stąpałem powoli po śniegu. Łapy zapadały mi się w puch. Aby temu zapobiec przyśpieszyłem.
Dotarliśmy. Pusta płaszczyzna, otulona śniegiem, na środku drzewo. Nasze zapachy były tutaj intensywne.
< Spotted? Cierpię na ogromny brak weny :(  >

29 lutego 2016

Od Mistypaw'a

Minęło trochę czasu od śmierci Wolfstar'a a ja wciąż nie mogłem pogodzić się z utratą mentora. Na szkolenia zabierano mnie z innymi - raz miałem polowanie z Deerpaw, raz z Immportalpaw, rzadziej z Badgerpaw, w końcu trenowała go sama Warstar. Jednak to nie to samo. Czułem się jak rzep u ogona. Ile bym dał za indywidualne lekcje... Bym mógł się wykazać, nie ośmielany innymi. Dzisiaj Darkheart zabrał Deerpaw i mnie ze sobą nad Suche Drzewo. Podobno znajduje się tam największa ilość małych stworzonek.
Dreptaliśmy w ciszy. Rzadko gadałem z Deerpaw - moim ulubionym towarzyszem zabaw był Immortalpaw, czasem Badgerpaw, a obiektem dręczenia - Owlpaw. Nie przepadałem za Jelonką, była taka... cicha. Zawsze patrzyła się na mnie tymi wyrozumiałymi oczami, co mnie zniechęciło. Dopiero teraz zauważyłem jakie miała ładne futro - brązowe w ciapki. Jak jelonek.
Pokręciłem głową aby się ogarnąć. Po kilku minutach biegu dotarliśmy na miejsce. Darkheart zatrzymał się z rozpryskiem żwiru. Do mych nozdrzy od razu dotarł zapach zwierzyny - mysz polna....
Bez rozmyślenia, naprężyłem ciało i wyskoczyłem w stronę zapachu. Mentor Jelonki miauknął za mną:
- Mistypaw, poczekaj!
Mysz zauważyła mnie. Nastroszyła futro po czym wysunęła mi się spod łapek, niczym kłębek mchu. Zaryłem z rozpędu ostro w ziemię. Darkheart syknął zirytowany.
- Trochę namysłu, pusta główko - odparł pół żartem, klepiąc mnie ogonem po głowie. Naburmuszyłem się. Deerpaw podeszła bliżej. Słońce oświeciło jej grzbiet, a futro zaczęło mienić się kolorami brązu.Blado zielone oczy utkwiła we mnie z rozbawieniem.
Wyplułem liść który połknąłem w locie. Nagle mentor zesztywniał i dać znać ogonem abyśmy się przygotowali. Cichy szmer zaskrobał niedaleko kory Suchego Drzewa. Mysz polna wróciła.
- Pamiętajcie - pouczał - Nisko na barkach, ciężar ciała na tylne nogi. Kto pierwszy ten lepszy.
Czarny kocur wycofał się w cień. Deerpaw przysiadła do pozycji skradania. Odchyliłem uszy do tyłu, po czym zrobiłem to samo. Musiałem być pierwszy! Jelonka skradała się powoli i ostrożnie, zwracała uwagę na to gdzie stawia łapki, oraz głównie skupiała się na technice. Mnie adrenalina znowu poniosła - skradałem się szybko i byle jak, byle być jak najszybciej. Skoczyłem. Tym razem mi nie ucieknie.
Wybiłem się z tylnych łap, otwierając pysk i wyciągając przednie. Mysz była zbyt pochłonięta próbą wyczucia Deer, i nie spostrzegła, że są tutaj dwa koty. Chwyciłem ją. Krew trysnęła na mój pysk, gdy wbiłem kły w jej mięso. Zacisnąłem szczęki, aż nie usłyszałem chrupotu kości, po czym podrzuciłem ją dwa razy.
Z triumfem odwróciłem się w stronę reszty. Mysz zwisała mi z pyska niczym zabawka.
- Brawo - pochwalił mnie Darkheart. Jelonka po prostu milczała.
***
Po porannym polowaniu wróciliśmy do obozu. Koty kręciły się, zajęte swoimi codziennymi zajęciami. Z polanki medyka wyszła Owlpaw - z wiecznie naburmuszoną miną. Gdy mnie zobaczyła, oczy zwęziły jej się w szparki. Uniosłem mysz wyżej.
Rzuciłem ją na kupkę jedzenia.
Gdy wszyscy się rozeszli zauważyłem coś nowego - a raczej nową. Przy ścianie z roślin stała kotka - jej ciało zdobiły miliony małych rudych plamek, nie licząc ogromnej plamy na grzbiecie. Wyglądała na nową i zagubioną. Postanowiłem zagadać.
- Cześć - przywitałem się i usiadłem obok. Kotka rzuciła mi zdziwione spojrzenie, po chwili zmarszczyła nos i obwąchała mnie.
- Hej - uśmiechnęła się.
- Jesteś tu nowa? Nie widziałem cię wcześniej - machnąłem ogonem. - Nazywam się Mistypaw, jestem uczniem klanu Wilka.
< Spottedtail? >