BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słodka Łapa x Konwaliowa Mielizna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słodka Łapa x Konwaliowa Mielizna. Pokaż wszystkie posty

17 lipca 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Wymarzonej Słodyczy

Już tyle czasu męczył się pośród innych Nocniaków, że nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz szczerze się uśmiechał. Chyba ostatni raz coś takiego miało miejsce w dniu, kiedy to jego kochana siostrzyczka została w końcu wojowniczką i ze Słodkiej Łapy stała się Wymarzoną Słodyczą. Był z niej wtedy bardzo dumny i skandował jej nowe imię na całe swoje biedne gardło.
Na samo wspomnienie tamtego dnia prychnął pod nosem. Był wtedy tak naiwny i głupi. Myślał, że z czasem się wszystko ułoży i również Korzonek zostanie wojowniczką, lecz do teraz nosiła miano Mysimózgiej Łapy, a Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą odeszli. Uciekli, porzucając swoje jedyne dzieci, jakby były nic niewartym odpadkiem po zjedzonej piszczce. To on wypruwał sobie wręcz żyły, starał się wspierać rodzicielkę w czasie uwięzienia na wyspie, by ta nagle uznała, że ucieknie z ich ojcem i nie powie o tym nikomu. Przez te ich egoistyczne podejście został zrzucony na jego barki obowiązek dbania o rodzinę, która jeszcze pozostała w Klanie Nocy.
Miał po prostu tego wszystkiego dość. Dość klanu, dość rodu, dość obowiązków, dość bycia bratem. To wszystko powoli, dzień po dniu go wyniszczało, aż w końcu pozostał pustą skorupą. Bez życia, energii, emocji. Każdy bodziec stał się dla niego obojętny do granic możliwości. Co ranek zmagał się z kuszącą wizją pozostania na swym posłaniu już na zawsze, jednak jedna rzecz go motywowała. Pozory. Pozory, by nikt nie dostrzegł jego stanu, jego chęci odejścia stąd. Pozory tak ważne w rozmowie ze Słodką, Fląderką czy Widlikiem, by ci niepotrzebnie nie pytali, czy wszystko w porządku. Nic nie było w porządku, nie było i nie będzie, dopóki tkwi w tym przeklętym miejscu. Zaczął nawet żałować, że urodził się jako syn Borówkowej Słodyczy i Tojadowej Kryzy oraz jako brat Wymarzonej Słodyczy i Mysiomózgiej Łapy. Gdyby był potomkiem kogoś z rodu lub jakiejkolwiek innej pary w klanie, jego życie byłoby znacznie prostsze, bez ciągłych zawodów ze strony bliskich.
— Ja już nie daje rady siostro. Staram się, jak mogę, lecz po odejściu rodziców wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Dłużej już nie mogę, czuję, jakbym się dusił w tym miejscu… Nie chce być równie okrutny, co ci zdrajcy, dlatego Ci o wszystkim mówię. Opiekuj się naszą siostrą oraz Fląderką, jesteśmy jej to winni. — W końcu któregoś wieczoru wyznał wszystko szylkretce, czując się podle. Chciał zostawić ją i siostrę niczym ich rodzice. Niczym się od nich nie różnił, nie był w stanie nawet się poświęcić dla sióstr i pozostać w klanie. — Ja… już nie mam sił. Mam dość… Muszę odejść, jeśli chce nadal żyć. Nie wiem kiedy, ale to uczynię, dlatego proszę, nie zatrzymuj mnie.
Po tych słowach z bólem serca zostawił wojowniczkę samą sobie. Czuł, że już nigdy nie będzie mógł spojrzeć jej w oczy, nie po tym, jak okazał się kolejny egoistą w ich rodzinie.

<Przepraszam Słodka>

Sesja wstrzymana/zakończona

24 maja 2026

Od Słodkiej Łapy (Wymarzonej Słodyczy) CD. Konwaliowej Mielizny

Jeszcze zanim Słodycz dostała swędzącej infekcji…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

— Idziesz i nie ma żadnego “ale” — powiedziałam nieco niewyraźnie, kiedy mój brat próbował protestować na wzmiankę o wspólnym patrolu.
W sumie to sama siebie trochę tymi słowami zaskoczyłam, bo zabrzmiały… Agresywniej? No, uznajmy, że agresywniej, niż chciałam — spuściłam swe zielone ślepia, na własne, puchate łapy. Podczas gdy moja mentorka zbierała koty na patrol, ja zostałam z liliowym sam na sam. Między nami cały czas panowała nieprzyjemna cisza, a powietrze wydawało się tak gęste, że można by było przeciąć je jednym ruchem pazurów na wskroś. Po nawet nie wiem ilu uderzeniach serca, które niespokojnie dudniło mi w piersi, nieśmiało skierowałam spojrzenie na jego pysk. On jednak najwyraźniej tego nie dostrzegł, intensywnie wpatrując się w lawendę, posadzoną przez naszych ogrodników, czyli, innymi słowy, moją przyjaciółkę – Szepczącą Hipnozę – oraz jej byłą mentorkę, czyli Pierzastą Kołysankę. Długie, zabarwione na przyciągający spojrzenia fioletowy odcień kwiaty, bujały się wraz z delikatnymi podmuchami wiatru, które równie delikatnie mierzwiły moje puchate futro, w tym grzywkę i kryzę, którą odziedziczyłam po ojcu (z resztą tak samo, jak mój brat siedzący obok). Nad źródełkiem latały dwa piękne okazy ważek. Jedna była czerwona, druga zaś – niebieska. Mimo odległości, jaka nas dzieliła, dało się usłyszeć cichutki trzepot ich skrzydełek, jeśli tylko dobrze się wsłuchało.

Trochę bardziej aktualnie…

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Od kilkunastu dni wszystko strasznie swędziało. Najgorsze w tym było to, że nawet nie do końca wiedziałam czemu, a STRASZNIE mnie to denerwowało. Rozmawiałam sobie z Fląderką, kiedy ona nagle przerwała w pół zdania i spojrzała się na moją łapę. Nie rozumiałam, o co jej chodzi, dopóki nie zorientowałam się, że drapię się za uchem.
— Umm, wszystko okej? W przeciągu naszej rozmowy kolejny raz… się drapiesz.
— Y... Sama nawet nie wiem czemu… — odparłam z zażenowaniem, strzepując rudym ogonem przyozdobionym w czarno-brązowe piegi.
— Może masz jakiegoś kleszcza lub pchły, czy coś...? — odparła czekotka, a jej głos był zabarwiony zmartwieniem.
— … Myślisz?...
— Może? Chodź, pójdziemy razem do Gąbczastej Perły, ona ci pomoże i nas upewni.
— O-okej… Ale wiesz, jak coś to nie musisz ze mną iś-
— Nie muszę, ale chcę i mogę, więc z tobą pójdę. To serio żaden problem.
Uśmiechnęłam się do przyjaciółki, lekko zarzucając grzywką.
— Cieszę się, że cię mam, Fląderko — mruknęłam, na co ona też lekko rozpromieniała.
— Od tego są przyjaciółki, no nie? — rzuciła, a później razem skierowałyśmy się do legowiska medyków, raczej medyczki, o której wcześniej była mowa.

Kilka dni później (czyli poranek w dniu zgromadzenia)

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Okazało się, że była to swędząca infekcja. Mało tego, zdążyła się ona przerodzić w podrażnienie skóry. Dymna kocica z niesmakiem na pysku ostrzegła mnie, abym następnym razem uważała na siebie, bo to kolejny raz, kiedy tam jestem, zaraz po nałożeniu papki stworzonej z pomarańczowo-żółtawych kwiatów. A raczej z płatków owych kwiatów. Tak czy siak, teraz czułam się lepiej i już mnie tak ta nieszczęsna skóra nie swędziała niemal wcale. Teraz siedziałam samotnie przy stercie zwierzyny, mając przed swym łaciatym nosem mysz. Mój pysk leżał jakby bezwładnie między niewielkimi jak na mój wiek łapami, kiedy tak trochę znikąd, mój brat usiadł obok, podsuwając moje posilenie tak, że aż dotknęło nosa.
— Musisz jeść, siostrzyczko — powiedział, a w jego tonie tańcowała stanowczość, ale i nuta zmartwienia.
— Oj, przecież wiem — miauknęłam, wracając się do pozycji siedzącej.
— Nie widzę, abyś wiedziała. Posil się siostrzyczko, bo zacznę się o ciebie martwić — rzucił kocur, wwiercając we mnie spojrzenie swych błękitnych ślepi.
— A ty coś zjadłeś? — spytałam, na co on pokiwał głową.
— Owszem, kilka chwil temu. Nie jestem tak nieodpowiedzialny, jaka ty się nieraz mi zdajesz. Nie sprawiaj mi więcej zmartwień na głowie, już i tak troskam się o tą rodzinę, przyznam lekko nadmiernie…
W pewnym momencie mój aktualny mentor – Ulewny Szkwał oraz ktoś zapewne z patrolu mojego rozmówcy, zaczęli nas wołać.
— Obawiam się, że to koniec pogawędki naszej. Bądź zdrowa siostro i do zobaczenia zapewne w wieczór dzisiejszy.
— Do zobaczenia! — miauknęłam, odwracając się w stronę młodszego kocura.
Kiedy miałam jednak do niego podejść i spytać co zaplanował, przystanęłam w półkroku i gwałtownie zawróciłam. Dwoma susami znalazłam się obok liliowego, wtulając się w jego kryzę.
— Ty też o siebie dbaj, kocham cię — mruknęłam, a zaraz później (znów bez jakiegokolwiek ostrzeżenia), w radosnych podskokach wróciłam do Ulewy.

Następnego dnia po zgromadzeniu

⋆˚。⋆୨✧୧˚ ★ ✩ ★ ˚୨✧୧⋆。˚⋆

Obudził mnie doniosły głos Mandarynkowej Gwiazdy, która zwoływała wszystkie Nocniaki na zebranie. Podniosłam się, szybko sprawdziłam, jak wyglądam, poprawiając grzyweczkę i wyszłam z legowiska uczniów skocznym krokiem. Kiedy wszystkie koty się zgromadziły, Mandi przemówiła:
— Dobrze, skoro wszyscy zdążyliśmy się już zebrać… Słodka Łapo, wystąp.
Lodowate spojrzenie przywódczyni przeszywało mnie na wskroś, kiedy ja siedziałam tam niczym w jakimś amoku.
“Zrobiłam coś nie tak? Musiałam coś zrobić nie tak!”
Z oczami wielkimi jak dwa połyskujące bursztyny, sztywnym i wyjątkowo nerwowym krokiem podeszłam tam, gdzie miałam podejść.
— Według sprawozdania kolejno Świteziankowego Jeziora, jak i Ulewnego Szkwału, jesteś gotowa, aby zostać pełnoprawną wojowniczką.
Mój pysk momentalnie rozpromienił się. Czy w końcu po tylu księżycach doczekałam tego dnia, w którym będę mianowana? Przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie jest po prostu sen, jednak szybko potrząsnęłam głową, aby wyrzucić z niej tę myśl. To musiało dziać się naprawdę. To w końcu działo się naprawdę.
Liderka odchrząknęła i kontynuowała:
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda przywódczyni Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
W tym miejscu kocica zrobiła pauzę, a ja poczułam, jak coś w środku mnie drży z ekscytacji.
— Słodka Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Bez wahania, najodważniej jak tylko umiałam, odparłam:
— Przysięgam!
— W takim razie, mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Słodka Łapo od tej pory będziesz znana jako… Wymarzona Słodycz. Klan Gwiazdy ceni twoją otwartość i chęć pomocy oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.
“Jakie przecudowne imię!” — pisnęłam w myślach niczym małe kocię, kiedy liderka musnęła mój bark swoim pyskiem.
Później usłyszałam, jak między innymi Fląderka, moja siostra oraz brat, a w zasadzie to niemal wszyscy, którzy się pojawili (głośniej lub ciszej) skandowali moje nowe imię.
Najszczęśliwsza na calutkim świecie błądziłam wzrokiem po wszystkich zebranych, szukając w nim przyjaznych pysków. Zatrzymałam się na tym mego liliowego brata, mając na swoim własnym szeroki uśmiech.

< Konwalio, dowierzasz? ⁽⁠⁽⁠ଘ⁠(⁠ ⁠ˊ⁠ᵕ⁠ˋ⁠ ⁠)⁠ଓ⁠⁾⁠⁾ >
[1144 słowa, trening wojownika]

[23%]

Wyleczeni: Słodka Łapa (Wymarzona Słodycz)

28 lutego 2026

Od Konwaliowej Mielizny CD. Słodkiej Łapy

Przeszłość

Znudzony szedł wraz z dwójką kotkę oraz Niedźwiedziówką w stronę ustalonego miejsca spotkania z drugą częścią patrolu. Miał nadzieję, że nie było błędem zabieranie obcej samotniczki do ich obozu — nawet jeśli kodeks nakazywał, co innego, to on nie zamierzał tracić w żadnym wypadku czujności. Coś mu mówiło, że bura nie do końca mówi prawdę, a jedynie to, co chcą usłyszeć. Może to jego jakaś paranoja, przewrażliwienie, lecz uważał, że lepiej być przesadnie ostrożnym, niż zginąć z łap kota, kiedy tylko na chwilę odwrócić wzrok.
Jego przemyślenia przerwał słaby głos Słodkiej Łapy. Nieco zaniepokojony od razu skierował na nią swoje niebieskie ślepia, chwilę przed tym, jak kotka o mało co nie upadła na ziemię. Od razu znalazł się blisko jej boku, starając się ją wspierać. Lekka panika zawitała w jego jasnym spojrzeniu, bojąc się o szylkretkę.
— Ćmie Mżenie, zabierz Niedźwiedziówkę do reszty patrol — oznajmił, nawet nie spoglądając na wojowniczkę.
— A ty to co?
— Zabieram swą siostrę do medyków, teraz. — I nie czekając dłużej, ruszył prosto w stronę obozu, nie mając zamiaru ani chwili zwlekać z obawą, że stan kotki może się jeszcze bardziej pogorszyć.

«★»

— To tylko odwodnienie spowodowane niestrawnością, a następnie wymiotami, jednak dobrze, że w końcu ją przyprowadziłeś.
— W końcu? Nic mi nie było wiadomo, by wcześniej chorowała — zauważył liliowy, obserwując pracę Różanej Woni oraz Gąbczastej Perły. — Głupiaś siostro. Czemu wcześniej nie przyszłaś do medyczek?
— Konwaliowa Mielizno, wiem, że się martwisz o Słodką Łapę, jednak teraz przyda jej się odpoczynek i porządne nawodnienie. — Wojownik doskonale zrozumiał aluzje medyczki: miał wyjść i nie zawracać ogona siostrze. W tej kwestii nie miał nic do gadanie, więc jedynie nieco poirytowany lekceważącym podejściem Słodkiej do swojego zdrowia, zastrzygł uchem, by następnie opuścić lecznicę.
Tuż przy wyjściu nieco zaciągnął się zapachem mięty, który unosił się w legowisku, by następnie odszukać mentorkę szylkretki i przekazać jej wieści o stanie uczennicy. W tym aspekcie dopisało mu szczęście, gdyż zwęglona wojowniczka właśnie wyłoniła się z legowiska wojowników. Żwawym krokiem podszedł do niej i nim otworzył pysk, skinął głową na powitanie.
— Witaj Świteziankowe Jezioro, chcę jedynie przekazać wieści o mej siostrze, Słodkiej Łapie. — Widząc drobne zaciekawienie w żółtych oczach starszej, kontynuował: — Ma głupia siostra zbagatelizowała stan swego zdrowia i obecnie wraca do sił u medyczek.
— Dziękuje Ci, Konwaliowa Mielizna — odpowiedziała cicho, dopiero po paru uderzenia serca, oznaczających wahanie przed wypowiedzeniem jakichkolwiek słów w stronę liliowego. Ten jedynie skinął głowę, by następnie udać się do legowiska.
Miał zamiar przywrócić swoje futro do nienagannego stanu, w którym było, nim wyruszył na patrol z resztą. Przez ten czas do jego długiej szaty zdążył się przyczepić drobne gałązki lub nawet liście, które będzie musiał wyjmować. Nikły grymas pojawił się na jego pysku, kiedy zdał sobie sprawę, że w takim stanie przypadła mu rozmowa ze Świteziankowym Jeziorem. Jednakże wtedy nie miał czasu, by najpierw z grubsza ogarnąć swój wygląd, gdyż wojowniczka musiała w trybie nagłym dowiedzieć się o stanie swojej uczennicy. Na chwilę przerwał wyciąganie elementów lasu z sierści, by spojrzeć na Źródełko, które było przyozdobione lawendą. Musiał uspokoić swoje galopujące myśli oraz określenia cisnąć mu się na język przez nieostrożność Słodkiej Łapy. Bardzo się o nią martwił, nie będąc w stanie pojąć, czemu zwlekała aż tyle z udaniem się do medyczek, przecież trening nie ucieknie, a bez dobrego zdrowia to ten może jedynie się jeszcze bardziej wydłużyć.
Po dłuższej chwili wrócić do przerwanej czynności, przechodząc do rozplątania dłuższych pasm, które zdążyły się ze sobą splątać w trakcie patrolu oraz przeprawy na wyspę ze Słodką.

«★»

Obecnie

Od incydentu z odwodnieniem Słodkiej Łapy minęło trochę czasu, jednak Konwalia nadal miał za złe uczennicy, że tak bagatelizowała swój stan. Treningi szylkretki nieco ułatwiały mu sprawę, gdyż często jedno z nich było na tyle zajęte, że się mijali, bądź nie byli w stanie się załapać i chociaż zamienić kilka słów. Może liliowy zachowywał się nieco, jak kociak, niemal unikając zielonookiej, lecz głównie było to podszyte obawą, że emocje wzięłyby górę i powiedział coś, czego, by później żałował.
Właśnie wychodził ze żłobka po kolejnej wizycie u Złocistego Widlika i kolejnych kociąt, które jakiś czas temu zawitały w Klanie Nocy. Dzieci Niedźwiedziówki w tym czasie zostały mianowane na uczniów, jak ona sama, będąc wprowadzaną przez Wężynowy Kieł w klanowe życie. Natomiast Werwa, Narcyz i Kasztanek mieli łatwiej, gdyż urodzili się tutaj i obecnie byli szkoleni przez Kijankowe Moczary, Lśniącą Ikrę i Zmierzchającą Falę. W głowie liliowego pojawiła się myśl, czy on też kiedyś dostanie własnego ucznia — jego dymny mentor raczej dobrze go wyszkolił, patrząc na to, że dostał kolejnego ucznia, Przypaloną Łapę.
Zmierzając w stronę wyjścia z obozu, przez przypadek wpadł na kogoś drobniejsze budowy od niego. Już chciał przepraszać i przyznawać, że zbytnio nie patrzał, gdzie idzie, lecz widok jego siostry skutecznie powstrzymał wszelkie słowa, które chciał wypowiedzieć. Nieco zmieszany skierował wzrok na kołyszącą się lawendę obok źródełka.
— Konwaliowa Mielizno, może dołączysz? — spytała niespodziewanie wojowniczka, choć było widać na jej pysku zakłopotanie i niepewność po wypowiedzeniu propozycji.
— Nie jestem pewny, nie chciałbym wam przeszkadzać… — mruknął, starając się unikać wzroku Słodkiej Łapy.
— Idziesz i nie ma żadnego “ale”. — Jak widać, zielonooka uczennica podjęła za niego decyzję. A on? Nie miał zbytnio sił się z nią spierać, dlatego też jedynie skinął głową starszej, dając znać, że dołączy.

<Słodka Łapo?>

Wyleczeni: Słodka Łapa

03 lutego 2026

Od Słodkiej (Słodkiej Łapy) Do Konwalii (Konwaliowej Mielizny)

Przeszłość, czasy żłobkowe (czyli kiedy kocięta miały po 5 księżyców)
✩ ★ ✩ ★ ✩

Był deszczowy, chłodny wczesny poranek. Krople wody rytmicznie uderzały o ziemię, wzbijając kurz, którego zapach przyjemnie opatulał mój nosek. Tak, może i miałam aromaty, które lubiłam dużo bardziej, jednak ten też był dla mnie zdecydowanie jednym z tych przyjemnych, które nie wadzą swoim pojawieniem się. Powoli otworzyłam zaspane ślepia, aby ujrzeć obraz wyjątkowo przyjemny, ale tym razem dla oka. Mgła łagodnie unosiła się w całym obozie, a powietrze było przyjemnie wilgotne. Tuż obok wejścia do żłobka siedział liliowy kocurek, który uważnie obserwował obóz. Sądząc po braku odgłosów typowych dla porannej krzątaniny, nawet pierwszy patrol jeszcze nie zaczął zbierać się do wymarszu. Starając się jak najmniejsze szeleścić, aby nie zbudzić mamy czy siostry, delikatnie podniosłam się z posłania i sprawnie przemknęłam między pustymi legowiskami, czekającymi na nowe karmicielki, oraz różnymi zabawkami — oczywiście w większości (jeśli nie w 100 procentach) należały do Korzonek lub mnie.
— Co robisz braciszku? — spytałam pół głosem, siadając niedaleko niego.
Spodziewałam się ujrzeć jak zwykle Szepczącą Hipnozę, wtedy jeszcze zwanego Szepczącą Łapą, dbającego o roślinki w obozie, lub po prostu jego samego robiącego cokolwiek, jednak jego tam nie było. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam. Wiem, to brzmi dziwnie, wręcz komicznie, ale to był pierwszy raz, kiedy nie widziałam go rankiem w obozie, jeszcze zanim zdążyło zrobić się w nim tłoczno. Po chwili przypomniałam sobie, co point mówił mi poprzedniego dnia. To wyjaśniło, dlaczego go nie było. W ogóle zapomniałam o zadanym przeze mnie pytaniu, a przypomniał mi o nim błękitnooki.
— Obserwuję obóz.
Przewróciłam oczami, po uderzeniu serca odgarniając grzywkę sprawnym ruchem głowy.
— Przecież widzę… Pytań raczej co robisz tutaj o takiej porze… W sensie- Eh, nieważne. Od kilku dni nie umiem się w ogóle wysłowić. Nikt nie ma pojęcia, o co mi chodzi! No… Prawie każdy.
Pręgus strzepnął nieznacznie uchem i jednocześnie ukradkiem spoglądając na mój pyszczek. Przez kilka chwil siedzieliśmy w ciszy, chyba po prostu ciesząc się chwilą, ale nie dałam rady się nie odezwać. Pewien temat w kółko mącił mi w głowie, jak zazwyczaj nie mogłam się o to nikogo spytać, tak to była idealna okazja, aby to zrobić.
— Martwisz się o nią?... — szepnęłam, oglądając się za siebie, gdzie ona i Borówkowa Słodycz spały w swoich objęciach.
Z pyszczka kocura uleciało westchnienie, który utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie musiałam nawet wymawiać jej imienia, ale obydwoje aż za dobrze wiedzieliśmy o co, a raczej o kogo mi chodzi.
— Oczywiście.
Jego głos w mojej głowie niemal odbił się echem, mimo iż nie byliśmy w miejscu, w którym echo mogłoby powstać. Odwróciłam głowę tak, aby spojrzeć w jego oczy swoimi, po chwili odpowiadając, ze smutkiem, ale i złością, które grały we mnie, od kiedy tylko pamiętałam.
— Czemu inni oceniają ją po kolorze futra? Przecież jest piękne… Ale tak czy siak, nawet jeśli by nie było… Przecież to nie nakreśla jej osobowości czy czegokolwiek innego. Jest zabawna, ciekawska, radosna… Czemu oni tego nie widzą...? Naprawdę tylko my to dostrzegamy...?
Znów cisza.
Którą znów przerwałam drżącym głosem.
Tym razem tylko bez grama złości. W moim tonie grało poczucie winy, żal i coś jeszcze, czego sama do końca nie rozumiałam.
— Ko-konwalio, c-czy… Czy jestem złą siostrą?...
Konwalia odwrócił do mnie głowę, odwzajemniając moje spojrzenie. Czułam, jak pieką mnie oczy, w których powoli zbierały się słone łzy.
— Zrobiłam coś nie tak?... Ona na to nie zasługuje… Jeśli już mieliby mieć problem do kogoś, to niech mają go do mnie...! Nie do niej…
Moje małe ciałko zadrżało, lecz panującą wtedy pogoda nie miała z tym nic wspólnego. To wszystko to były emocje. Emocje, których tak małe kocię nie powinno jeszcze odczuwać. Ale jednak odczuwało.
Kocur otworzył pysk, mając zamiar mi odpowiedzieć, kiedy nagle…
— Mmhmmm…
Obydwoje w tym samym momencie odwróciliśmy się w stronę wydanego dźwięku, skąd padło na nas ciekawskie spojrzenie.
— O czym rozmawiacie? — spytała Korzonek, nawet nie zdając sobie sprawy, jaki stres to we mnie wywołało.
I zapewne nie tylko we mnie.
Zaczęłam bezradnie otwierać i zamykać pysk, szukając jakiegoś słowa wytłumaczenia, kiedy brat na szczęście mnie wyręczył, zanim zdążyłam palnąć jakąś głupotę.
— Słodka właśnie żaliła mi się z tego, że podoba jej się jej koleżanka i nie wie jak do niej zagadać.
Cofam, jednak on palnął jeszcze większą głupotę.
Spiorunowałam liliowego wzrokiem, który mógłby zabić, czując jak płoną mi policzki. Miałam nadzieję, że chociaż ten jeden raz futro zakryło ten odczynnik biologiczny. Szczególnie że niczego nieświadomy Konwalia przez przypadek trafił niemal w dziesiątkę, ponieważ rzeczywiście miałam taki problem. Raz czy dwa nawet próbowałam mu się o nim wyspowiadać i może poszukać jakiejś rady, ale z każdym razem w ostatniej chwili tchórzyłam.
— Oooooo — zachichotała szylkretka, zgrabnie przemieszczając się do nas
— Co to za szczęściarz lub szczęściara, że moja siostra na niego leci, hmm? — zagadnęła, najwyraźniej nie mając zamiaru odpuścić mi tematu.
Brat spojrzał na mnie wzrokiem, mówiącym coś w stylu “skończyły mi się pomysły, pomóż?”
Wzięłam kolejny drżący wdech. No, chociaż to będzie już w 100 procentach prawdziwe, a nie grane na sztukę.
— S-senn-na Łap-pa… — wydukałam, zasłaniając pysk łapami (i uszami, które mi na niego opadły).
Czułam zalewający mnie gorący rumieniec oraz rodzeństwo wypalające we mnie dziurę swoim spojrzeniem.
— OHO, no tego to bym się po tobie nie spodziewała, Słodka! — pisnęła podekscytowana, niczego nieświadoma czekotka.
Pręgus choć próbował, to wpatrywał się we mnie, takim wzrokiem jakby do niego dotarło, że nieświadomie powiedział prawdę.
Naprawdę nie chcąc już dłużej kontynuować tego w moim odczuciu cyrku, szybko obróciłam kota ogonem.
— A wy? Mnie tak wypytujecie, a sami nie piśniecie ani słówka, co? Macie kogoś na oku?
I BOOM, w ten sposób to ja stałam się wypytującym. Nareszcie chwila odpoczynku.
— A czemu wy już nie śpicie?
….UPS.
Bardzo, BARDZO powoli odwróciłam głowę w stronę matczynego głosu, gdzie oczywiście znajdowała się sama rodzicielka.
— Eeee… Obserwujemy sobie obóz i rozmawiamy mamusiu.
Uśmiechnęłam się, trącając ogonem rodzeństwo siedzące obok, aby też się odezwali.
Biała kocica przez chwilę świdrowała mnie wzrokiem, ale na szczęście po chwili też się uśmiechnęła.
— No dobrze… Idę po zwierzynę, zaraz wrócę skarby.
Uff… Wypuściłam powietrze nieświadoma tego, że w ogóle wstrzymywałam swój oddech.
Borówkowa Słodycz, po której dostałam imię, z gracją godną samej przywódczyni sprawnie wyminęła wszystkie przeszkody oraz nas, kierując się tam, gdzie mówiła, że będzie.
Spojrzeliśmy po sobie, po chwili wybuchając gromkim śmiechem, w zasadzie bez powodu, nawet Konwalia zaczął chichotać! Gdyby życie mogło składać się tylko z takich momentów…

Patrol, który przyprowadził Niedźwiedziówkę do Klanu Nocy
✩ ★ ✩ ★ ✩

Było ciepłe popołudnie, a delikatny wietrzyk mierzwił mi futerko, kiedy ja podziwiałam piękny krajobraz, który cieszył oko, jak i nos swoim łagodnym aromatem. Kolorowa Łąka była specyficznym miejscem. Niby nic takiego, niby to nie takie rzadki widok, ale potrafił zaprzeć dech w piersiach.
Nasz patrol graniczny nie różnił się za bardzo od takiego typowego patrolu, jak to zazwyczaj bywało, podzieliliśmy się na dwie grupy, aby poszło sprawniej. Pierwsza składała się ze Zmierzchającej Fali, Wężynowego Splotu, oraz Rozpromienionego Skowronka. Prowadziła ją Wężynka. Druga natomiast posiadała mnie, Ćmie Mżenie, która niedawno dostąpiła mianowania, oraz mój kochany braciszek, Konwaliowa Mielizna, który został wojownikiem niewiele później. Ćma, która była naszą przewodniczką, jeśli dobrze pamiętałam, przyjaźniła się z Szepczącą Hipnozą, więc postanowiłam zagadać. Radosnym krokiem podbiegłam do kotki najwyraźniej cieszącej się przyjemnym spacerkiem z szerokim uśmiechem.
— Cześć! Gratuluję mianowania, masz śliczne imię!
Obok mnie spokojnym krokiem szedł liliowy, którego delikatnie musnęłam ogonem, aby zachęcić do włączenia się w rozmowę. Kocur mógłby zacząć nawiązywać jakieś relacje w klanie! Zamiast jednak się odezwać, jedynie skinął delikatnie głową na moje słowa.
Zamiast mojego brata odezwała się jednak wojowniczka.
— Och, dziękuję! Ty również masz śliczne imię!
Wydawała mi się bardzo miłą kotką.
Mój uśmiech promieniał, kiedy nawzajem komplementowałyśmy się z wojowniczką, podczas gdy Konwalia zostawał milczący. W sumie dla niego to było całkiem normalne. Nie chciałam go dręczyć, więc szybko odpuściłam, po prostu postanawiając cieszyć się jego obecnością. Mimo tak przyjemnej atmosfery czułam, jakby czyjś wzrok podążał za mną łapa w łapę. Czułam się dziwnie obserwowana, a nagle w nozdrzach poczułam nowy zapach. Była to woń kota i to bardzo świeża.
Zwolniłam kroku, chcąc się upewnić.
— Em... czy tylko ja to czuję...?
W końcu byłam tylko głupią uczennicą no nie?
Coś zaszeleściło za nami, więc zanim Konwalia czy Ćma zareagowali, ja już odwróciłam głowę z uszami na baczność (w miarę możliwości przez pędzelki) w stronę dźwięku, kiedy w mojej głowie zakwitła myśl.
"Chyba mamy towarzystwo..."
Kotka obok mnie zesztywniała.
— Poczekajcie, sprawdzę to — szepnęła, wysuwając się delikatnie na przód.
Konwaliowa Mielizna zagrodził jej jednak drogę swoim ciałem.
— Jakie sprawdzę to? Głupiaś? Bezpiecznie będzie trzymać się w grupie. Zauważ, że każde z nas raptem od ziemi odstaje. Szanse dla Ciebie są nikłe, jeśli sama pójdziesz — mruknął, nieco jakby od niechcenia, lecz w jego głosie brzmiała nuta irytacji, którą tak dobrze znałam. — To, że wojownik jesteś, nie znaczy, że teraz cały świat zwojujesz — dodał, robiąc kolejne parę kroków, by najwyraźniej nam obu zagrodzić drogę.
— Jak taki mądry jesteś, to może klanem poprowadź, co? — prychnęła szylkretka, strzepując nerwowo ogonem. — Konwalio, Twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Kiedy brat stanął zarówno przede mną, jak i przed Ćmim Mżeniem, poczułam kilka emocji naraz. Z jednej strony zrobiło mi się miło, że chcę się o nas troszczyć. Z drugiej natomiast nie do końca podobał mi się fakt, że najwyraźniej uważał, że tylko on tutaj myśli racjonalnie. Przecież nie wyrywałam się na kota z pazurami, po prostu głowę odwróciłam, na Klan Gwiazdy! Mimo wszystko rozumiałam jego zachowanie.
— Przecież nigdzie nie idę... — szepnęłam, stając obok liliowego.
Niedaleko nas dostrzegłam kota, który najwyraźniej był źródłem zapachu. Nie byłam w stanie rozpoznać płci ani zobaczyć więcej cech charakterystycznych, jednak kot był bury a woń, jaką za sobą ciągnął, zawierała w sobie nutę Burzaków.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy i czymś jeszcze…
Wojownik, który dalej mroził spojrzeniem swoich błękitnych ślepi najstarszą, z chłodem i sztywnością, odsunął się, robiąc jej przejście.
Bura natomiast wyprostowała się na równe łapy i podeszła wprost do nas, a po chwili usłyszeliśmy jej głos.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — wyrwało się jedynie “liderce” grupy, która z wyraźną intrygą obserwowała każdy ruch kotki.
Ja natomiast z powątpiewaniem spojrzałam na samotniczkę. To nie wyglądało, jakby było prawdziwe. Bardziej takie odstawione. Trochę dramatyczne. Mimo to jednak nie patrzyłam sceptycznie, może po prostu nie wiedziała jak robić to inaczej lub takiego zachowania nauczył ją świat poza klanowy? Stwierdziłam, że przyjazne nastawienie nie zaszkodzi, ale trzeba zachować czujność. W końcu kto wie...
Na moim pyszczku znów zawitał delikatny, przyjazny i zachęcający uśmiech. Taki nie do końca pewny, ale szczery.
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Mimo zewnętrznego spokoju czułam walące serce. Trochę się bałam, mimo wszystko byłam stąd najmniej doświadczona i prawie najmłodsza, ponieważ Konwalia miał tyle samo księżyców co ja. Apropos mojego brata, ten nadal siedział cicho, jakby był jakimś posągiem z kamienia.
Kocica odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie, które jednak tak szybko, jak się pojawiło, tak szybko znikło.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w moją stronę, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła.
Moje ślepka rozszerzyły się na wieść o kociętach i zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na Twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zadecydowała czy cię przyjąć. Co nie?
Pytanie zadałam jednocześnie do kocura, jak i kotki, w końcu to oni byli tutaj wojownikami! Miałam nadzieję, że jej nie obraziłam w jakiś sposób, bo gdzieś w środku miałam takie ciche wrażenie.
— Przepraszam, a... Jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa!
Rzuciłam szybkie spojrzenia kompanom, mając nadzieję, że mnie poprą i również się przedstawią.
Zastanawiało mnie jedynie, dlaczego samotniczka aż tak intensywnie pachniała innym klanem. Wytarzała się w odznaczeniach granicznych czy co?
Ciemka mruknęła pod nosem coś, czego nie dosłyszałam, po chwili gromiąc mnie wzrokiem. Jak się po chwili okazało, mój brat się do niej przyłączył.
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś? — powiedziała tym razem wyraźnie przyjaciółka mojego najlepszego przyjaciela, kiedy ja odgarnęłam sobie grzywkę sprzed oczu.
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Usłyszałam w głosie przybyszki zwątpienie i trochę zastanowienia, ale uznałam, że zapewne to przez małe zaufanie do naszej trójki. W końcu w ogóle nas nie zna! Na jej przymknięcie oczu poczułam coś na rodzaj wstydu. Moja wypowiedź zabrzmiała trochę, jakbym chciała subtelnie powiedzieć, że jest ona gruba... Przecież nie o to mi chodziło! Ależ skąd! Już otwierałam pyszczek, aby przeprosić, jednak po uderzeniu serca uznałam, że zapewne tylko pogorszę sytuację. Zgromiłam wzrokiem brata i wojowniczkę, aby oni też w końcu się przedstawili. Nie ma co! Zaraz później kolejny raz spojrzałam na Niedźwiedziówkę.
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe!
— Nie patrz tak na mnie — rzucił jedynie liliowy, w odpowiedzi na mój wzrok. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, jakby próbował powiedzieć mi: “Nie i kropka.” — A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie Ćmiego Mżenia, kończąc temat swojego imienia.
Z powrotem spojrzałam na Konwalię, tym razem z figlarną iskierką w oczach, mówiącą:
“Tja? To pa tera."
"Złowieszczo" się uśmiechnęłam i strzepując ogonem, mruknęłam:
— Tja tja... Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna.
Chyba było widać, że jesteśmy jednej krwi...
Zazwyczaj byłam bardzo życzliwa, szczególnie dla mojego kochanego brata, który zwykle bardzo się o mnie troszczył, jednak tym razem trochę przytarłam mu nosa. Ten jeden jedyny raz. Należy mu się za czasy żłobkowe i jego zaczepki! Teraz tylko czekałam, spodziewając się pacnięcia ogonem czy coś takiego.
Niedźwiedziówka w odpowiedzi jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do naszej trójki. Na moją wypowiedź o imieniu Konwalii, tylko skinęła głową.
Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie.
— Zabranie jej do obozu jest równa przeprawie przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi.
Szepnęłam ze zmartwieniem, ogonem sunąć po miękkiej trawie, w odcieniach wpadających w te moich oczu:
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
Przez gęste i długie (jak na mój rozmiar) pędzelki, uszy delikatnie oklapły mi w pół, już tak zostając.
Co prawda to nie ja ostatecznie podejmowałam decyzję co zrobić z kocicą, jednak przejmowałam się jej losem. Empatia jest dobrą cechą, dopóki nie jest zbyt wielka... Tak jak w moim przypadku.
Zaczęłam przestępować z łapy na łapę, próbując wykombinować jakieś rozwiązanie tej sytuacji.
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował kocur, zapewne widząc nieobecną Ćmę, która jakby bujała w obłokach.
Spojrzałam na liliowego z wyrazem pyszczka w stylu: "ty moja mądra kochana mordeczko!", wypuszczając powietrze z pyszczka, w tym samym czasie, uświadamiając sobie, że wstrzymywałam swój oddech. Znowu.
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Radosnym krokiem podeszłam do Konwalii i delikatnie włożyłam nos w jego futro na znak tak jakby podziękowania, po czym szybko podeszłam do nowej kompanii podróży. Ni stąd, ni zowąd, obok mnie z ziemi wyrosła Niedźwiedziówka.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na mnie jakby z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Empatia jest dobrą stroną u każdego kota, jednak jeśli jest jej za dużo, nie jest to najlepsze wyjście... Ja wahałam się między maksimum standardu tego oto uczucia a światełkiem mówiącym swoim błyskiem słowa "za dużo".
Mimo to jednak nie byłam naiwna. O nie. Wiedziałam, że w ten sposób jeszcze bardziej bym sobie zaszkodziła. Mandarynkowa Gwiazda nie przepadała za Borówką, Tojadem, oraz ich dziećmi tylko i wyłącznie przez Korzonek... Chociaż kto wie, może jeszcze coś to spowodowało? Potrząsnęłam lekko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości.
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie Ci pomóc...
Odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i prychnęłam sama do siebie.
— Szczególnie że jestem tylko głupią uczennicą...
Chwilę później jednak się rozchmurzyłam, w końcu nie miałam zamiaru wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery!
Nie wiedziałam jedynie, o czym mogłabym porozmawiać z kocicą... A może ona sama ma coś do powiedzenia? Chociaż? Sama nie wiedziałam co mam o niej sądzić. Spojrzałam w stronę Konwalii, szukając jego wzroku. A co on o tym wszystkim sądził? W pewnym momencie poczułam się bardzo słaba. Zaczęło mi się niebezpieczne kręcić w głowie, a brzuch zachowywał się tak, jakby zaczął identyfikować się jako supeł nie do rozplatania.
— Ko-konwalio? Słabo się czuje… Co-coś jest nie tak…

<Braciszku?>
[2887 słów]

[Przyznano 58%]