Przeszłość, czasy żłobkowe (czyli kiedy kocięta miały po 5 księżyców)
✩ ★ ✩ ★ ✩
Był deszczowy, chłodny wczesny poranek. Krople wody rytmicznie uderzały o ziemię, wzbijając kurz, którego zapach przyjemnie opatulał mój nosek. Tak, może i miałam aromaty, które lubiłam dużo bardziej, jednak ten też był dla mnie zdecydowanie jednym z tych przyjemnych, które nie wadzą swoim pojawieniem się. Powoli otworzyłam zaspane ślepia, aby ujrzeć obraz wyjątkowo przyjemny, ale tym razem dla oka. Mgła łagodnie unosiła się w całym obozie, a powietrze było przyjemnie wilgotne. Tuż obok wejścia do żłobka siedział liliowy kocurek, który uważnie obserwował obóz. Sądząc po braku odgłosów typowych dla porannej krzątaniny, nawet pierwszy patrol jeszcze nie zaczął zbierać się do wymarszu. Starając się jak najmniejsze szeleścić, aby nie zbudzić mamy czy siostry, delikatnie podniosłam się z posłania i sprawnie przemknęłam między pustymi legowiskami, czekającymi na nowe karmicielki, oraz różnymi zabawkami — oczywiście w większości (jeśli nie w 100 procentach) należały do Korzonek lub mnie.
— Co robisz braciszku? — spytałam pół głosem, siadając niedaleko niego.
Spodziewałam się ujrzeć jak zwykle Szepczącą Hipnozę, wtedy jeszcze zwanego Szepczącą Łapą, dbającego o roślinki w obozie, lub po prostu jego samego robiącego cokolwiek, jednak jego tam nie było. W pierwszej chwili trochę się przestraszyłam. Wiem, to brzmi dziwnie, wręcz komicznie, ale to był pierwszy raz, kiedy nie widziałam go rankiem w obozie, jeszcze zanim zdążyło zrobić się w nim tłoczno. Po chwili przypomniałam sobie, co point mówił mi poprzedniego dnia. To wyjaśniło, dlaczego go nie było. W ogóle zapomniałam o zadanym przeze mnie pytaniu, a przypomniał mi o nim błękitnooki.
— Obserwuję obóz.
Przewróciłam oczami, po uderzeniu serca odgarniając grzywkę sprawnym ruchem głowy.
— Przecież widzę… Pytań raczej co robisz tutaj o takiej porze… W sensie- Eh, nieważne. Od kilku dni nie umiem się w ogóle wysłowić. Nikt nie ma pojęcia, o co mi chodzi! No… Prawie każdy.
Pręgus strzepnął nieznacznie uchem i jednocześnie ukradkiem spoglądając na mój pyszczek. Przez kilka chwil siedzieliśmy w ciszy, chyba po prostu ciesząc się chwilą, ale nie dałam rady się nie odezwać. Pewien temat w kółko mącił mi w głowie, jak zazwyczaj nie mogłam się o to nikogo spytać, tak to była idealna okazja, aby to zrobić.
— Martwisz się o nią?... — szepnęłam, oglądając się za siebie, gdzie ona i Borówkowa Słodycz spały w swoich objęciach.
Z pyszczka kocura uleciało westchnienie, który utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie musiałam nawet wymawiać jej imienia, ale obydwoje aż za dobrze wiedzieliśmy o co, a raczej o kogo mi chodzi.
— Oczywiście.
Jego głos w mojej głowie niemal odbił się echem, mimo iż nie byliśmy w miejscu, w którym echo mogłoby powstać. Odwróciłam głowę tak, aby spojrzeć w jego oczy swoimi, po chwili odpowiadając, ze smutkiem, ale i złością, które grały we mnie, od kiedy tylko pamiętałam.
— Czemu inni oceniają ją po kolorze futra? Przecież jest piękne… Ale tak czy siak, nawet jeśli by nie było… Przecież to nie nakreśla jej osobowości czy czegokolwiek innego. Jest zabawna, ciekawska, radosna… Czemu oni tego nie widzą...? Naprawdę tylko my to dostrzegamy...?
Znów cisza.
Którą znów przerwałam drżącym głosem.
Tym razem tylko bez grama złości. W moim tonie grało poczucie winy, żal i coś jeszcze, czego sama do końca nie rozumiałam.
— Ko-konwalio, c-czy… Czy jestem złą siostrą?...
Konwalia odwrócił do mnie głowę, odwzajemniając moje spojrzenie. Czułam, jak pieką mnie oczy, w których powoli zbierały się słone łzy.
— Zrobiłam coś nie tak?... Ona na to nie zasługuje… Jeśli już mieliby mieć problem do kogoś, to niech mają go do mnie...! Nie do niej…
Moje małe ciałko zadrżało, lecz panującą wtedy pogoda nie miała z tym nic wspólnego. To wszystko to były emocje. Emocje, których tak małe kocię nie powinno jeszcze odczuwać. Ale jednak odczuwało.
Kocur otworzył pysk, mając zamiar mi odpowiedzieć, kiedy nagle…
— Mmhmmm…
Obydwoje w tym samym momencie odwróciliśmy się w stronę wydanego dźwięku, skąd padło na nas ciekawskie spojrzenie.
— O czym rozmawiacie? — spytała Korzonek, nawet nie zdając sobie sprawy, jaki stres to we mnie wywołało.
I zapewne nie tylko we mnie.
Zaczęłam bezradnie otwierać i zamykać pysk, szukając jakiegoś słowa wytłumaczenia, kiedy brat na szczęście mnie wyręczył, zanim zdążyłam palnąć jakąś głupotę.
— Słodka właśnie żaliła mi się z tego, że podoba jej się jej koleżanka i nie wie jak do niej zagadać.
Cofam, jednak on palnął jeszcze większą głupotę.
Spiorunowałam liliowego wzrokiem, który mógłby zabić, czując jak płoną mi policzki. Miałam nadzieję, że chociaż ten jeden raz futro zakryło ten odczynnik biologiczny. Szczególnie że niczego nieświadomy Konwalia przez przypadek trafił niemal w dziesiątkę, ponieważ rzeczywiście miałam taki problem. Raz czy dwa nawet próbowałam mu się o nim wyspowiadać i może poszukać jakiejś rady, ale z każdym razem w ostatniej chwili tchórzyłam.
— Oooooo — zachichotała szylkretka, zgrabnie przemieszczając się do nas
— Co to za szczęściarz lub szczęściara, że moja siostra na niego leci, hmm? — zagadnęła, najwyraźniej nie mając zamiaru odpuścić mi tematu.
Brat spojrzał na mnie wzrokiem, mówiącym coś w stylu “skończyły mi się pomysły, pomóż?”
Wzięłam kolejny drżący wdech. No, chociaż to będzie już w 100 procentach prawdziwe, a nie grane na sztukę.
— S-senn-na Łap-pa… — wydukałam, zasłaniając pysk łapami (i uszami, które mi na niego opadły).
Czułam zalewający mnie gorący rumieniec oraz rodzeństwo wypalające we mnie dziurę swoim spojrzeniem.
— OHO, no tego to bym się po tobie nie spodziewała, Słodka! — pisnęła podekscytowana, niczego nieświadoma czekotka.
Pręgus choć próbował, to wpatrywał się we mnie, takim wzrokiem jakby do niego dotarło, że nieświadomie powiedział prawdę.
Naprawdę nie chcąc już dłużej kontynuować tego w moim odczuciu cyrku, szybko obróciłam kota ogonem.
— A wy? Mnie tak wypytujecie, a sami nie piśniecie ani słówka, co? Macie kogoś na oku?
I BOOM, w ten sposób to ja stałam się wypytującym. Nareszcie chwila odpoczynku.
— A czemu wy już nie śpicie?
….UPS.
Bardzo, BARDZO powoli odwróciłam głowę w stronę matczynego głosu, gdzie oczywiście znajdowała się sama rodzicielka.
— Eeee… Obserwujemy sobie obóz i rozmawiamy mamusiu.
Uśmiechnęłam się, trącając ogonem rodzeństwo siedzące obok, aby też się odezwali.
Biała kocica przez chwilę świdrowała mnie wzrokiem, ale na szczęście po chwili też się uśmiechnęła.
— No dobrze… Idę po zwierzynę, zaraz wrócę skarby.
Uff… Wypuściłam powietrze nieświadoma tego, że w ogóle wstrzymywałam swój oddech.
Borówkowa Słodycz, po której dostałam imię, z gracją godną samej przywódczyni sprawnie wyminęła wszystkie przeszkody oraz nas, kierując się tam, gdzie mówiła, że będzie.
Spojrzeliśmy po sobie, po chwili wybuchając gromkim śmiechem, w zasadzie bez powodu, nawet Konwalia zaczął chichotać! Gdyby życie mogło składać się tylko z takich momentów…
Patrol, który przyprowadził Niedźwiedziówkę do Klanu Nocy
✩ ★ ✩ ★ ✩
Było ciepłe popołudnie, a delikatny wietrzyk mierzwił mi futerko, kiedy ja podziwiałam piękny krajobraz, który cieszył oko, jak i nos swoim łagodnym aromatem. Kolorowa Łąka była specyficznym miejscem. Niby nic takiego, niby to nie takie rzadki widok, ale potrafił zaprzeć dech w piersiach.
Nasz patrol graniczny nie różnił się za bardzo od takiego typowego patrolu, jak to zazwyczaj bywało, podzieliliśmy się na dwie grupy, aby poszło sprawniej. Pierwsza składała się ze Zmierzchającej Fali, Wężynowego Splotu, oraz Rozpromienionego Skowronka. Prowadziła ją Wężynka. Druga natomiast posiadała mnie, Ćmie Mżenie, która niedawno dostąpiła mianowania, oraz mój kochany braciszek, Konwaliowa Mielizna, który został wojownikiem niewiele później. Ćma, która była naszą przewodniczką, jeśli dobrze pamiętałam, przyjaźniła się z Szepczącą Hipnozą, więc postanowiłam zagadać. Radosnym krokiem podbiegłam do kotki najwyraźniej cieszącej się przyjemnym spacerkiem z szerokim uśmiechem.
— Cześć! Gratuluję mianowania, masz śliczne imię!
Obok mnie spokojnym krokiem szedł liliowy, którego delikatnie musnęłam ogonem, aby zachęcić do włączenia się w rozmowę. Kocur mógłby zacząć nawiązywać jakieś relacje w klanie! Zamiast jednak się odezwać, jedynie skinął delikatnie głową na moje słowa.
Zamiast mojego brata odezwała się jednak wojowniczka.
— Och, dziękuję! Ty również masz śliczne imię!
Wydawała mi się bardzo miłą kotką.
Mój uśmiech promieniał, kiedy nawzajem komplementowałyśmy się z wojowniczką, podczas gdy Konwalia zostawał milczący. W sumie dla niego to było całkiem normalne. Nie chciałam go dręczyć, więc szybko odpuściłam, po prostu postanawiając cieszyć się jego obecnością. Mimo tak przyjemnej atmosfery czułam, jakby czyjś wzrok podążał za mną łapa w łapę. Czułam się dziwnie obserwowana, a nagle w nozdrzach poczułam nowy zapach. Była to woń kota i to bardzo świeża.
Zwolniłam kroku, chcąc się upewnić.
— Em... czy tylko ja to czuję...?
W końcu byłam tylko głupią uczennicą no nie?
Coś zaszeleściło za nami, więc zanim Konwalia czy Ćma zareagowali, ja już odwróciłam głowę z uszami na baczność (w miarę możliwości przez pędzelki) w stronę dźwięku, kiedy w mojej głowie zakwitła myśl.
"Chyba mamy towarzystwo..."
Kotka obok mnie zesztywniała.
— Poczekajcie, sprawdzę to — szepnęła, wysuwając się delikatnie na przód.
Konwaliowa Mielizna zagrodził jej jednak drogę swoim ciałem.
— Jakie sprawdzę to? Głupiaś? Bezpiecznie będzie trzymać się w grupie. Zauważ, że każde z nas raptem od ziemi odstaje. Szanse dla Ciebie są nikłe, jeśli sama pójdziesz — mruknął, nieco jakby od niechcenia, lecz w jego głosie brzmiała nuta irytacji, którą tak dobrze znałam. — To, że wojownik jesteś, nie znaczy, że teraz cały świat zwojujesz — dodał, robiąc kolejne parę kroków, by najwyraźniej nam obu zagrodzić drogę.
— Jak taki mądry jesteś, to może klanem poprowadź, co? — prychnęła szylkretka, strzepując nerwowo ogonem. — Konwalio, Twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Kiedy brat stanął zarówno przede mną, jak i przed Ćmim Mżeniem, poczułam kilka emocji naraz. Z jednej strony zrobiło mi się miło, że chcę się o nas troszczyć. Z drugiej natomiast nie do końca podobał mi się fakt, że najwyraźniej uważał, że tylko on tutaj myśli racjonalnie. Przecież nie wyrywałam się na kota z pazurami, po prostu głowę odwróciłam, na Klan Gwiazdy! Mimo wszystko rozumiałam jego zachowanie.
— Przecież nigdzie nie idę... — szepnęłam, stając obok liliowego.
Niedaleko nas dostrzegłam kota, który najwyraźniej był źródłem zapachu. Nie byłam w stanie rozpoznać płci ani zobaczyć więcej cech charakterystycznych, jednak kot był bury a woń, jaką za sobą ciągnął, zawierała w sobie nutę Burzaków.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy i czymś jeszcze…
Wojownik, który dalej mroził spojrzeniem swoich błękitnych ślepi najstarszą, z chłodem i sztywnością, odsunął się, robiąc jej przejście.
Bura natomiast wyprostowała się na równe łapy i podeszła wprost do nas, a po chwili usłyszeliśmy jej głos.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — wyrwało się jedynie “liderce” grupy, która z wyraźną intrygą obserwowała każdy ruch kotki.
Ja natomiast z powątpiewaniem spojrzałam na samotniczkę. To nie wyglądało, jakby było prawdziwe. Bardziej takie odstawione. Trochę dramatyczne. Mimo to jednak nie patrzyłam sceptycznie, może po prostu nie wiedziała jak robić to inaczej lub takiego zachowania nauczył ją świat poza klanowy? Stwierdziłam, że przyjazne nastawienie nie zaszkodzi, ale trzeba zachować czujność. W końcu kto wie...
Na moim pyszczku znów zawitał delikatny, przyjazny i zachęcający uśmiech. Taki nie do końca pewny, ale szczery.
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Mimo zewnętrznego spokoju czułam walące serce. Trochę się bałam, mimo wszystko byłam stąd najmniej doświadczona i prawie najmłodsza, ponieważ Konwalia miał tyle samo księżyców co ja. Apropos mojego brata, ten nadal siedział cicho, jakby był jakimś posągiem z kamienia.
Kocica odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie, które jednak tak szybko, jak się pojawiło, tak szybko znikło.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w moją stronę, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła.
Moje ślepka rozszerzyły się na wieść o kociętach i zalśniły w popołudniowym słońcu.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na Twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zadecydowała czy cię przyjąć. Co nie?
Pytanie zadałam jednocześnie do kocura, jak i kotki, w końcu to oni byli tutaj wojownikami! Miałam nadzieję, że jej nie obraziłam w jakiś sposób, bo gdzieś w środku miałam takie ciche wrażenie.
— Przepraszam, a... Jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa!
Rzuciłam szybkie spojrzenia kompanom, mając nadzieję, że mnie poprą i również się przedstawią.
Zastanawiało mnie jedynie, dlaczego samotniczka aż tak intensywnie pachniała innym klanem. Wytarzała się w odznaczeniach granicznych czy co?
Ciemka mruknęła pod nosem coś, czego nie dosłyszałam, po chwili gromiąc mnie wzrokiem. Jak się po chwili okazało, mój brat się do niej przyłączył.
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś? — powiedziała tym razem wyraźnie przyjaciółka mojego najlepszego przyjaciela, kiedy ja odgarnęłam sobie grzywkę sprzed oczu.
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Usłyszałam w głosie przybyszki zwątpienie i trochę zastanowienia, ale uznałam, że zapewne to przez małe zaufanie do naszej trójki. W końcu w ogóle nas nie zna! Na jej przymknięcie oczu poczułam coś na rodzaj wstydu. Moja wypowiedź zabrzmiała trochę, jakbym chciała subtelnie powiedzieć, że jest ona gruba... Przecież nie o to mi chodziło! Ależ skąd! Już otwierałam pyszczek, aby przeprosić, jednak po uderzeniu serca uznałam, że zapewne tylko pogorszę sytuację. Zgromiłam wzrokiem brata i wojowniczkę, aby oni też w końcu się przedstawili. Nie ma co! Zaraz później kolejny raz spojrzałam na Niedźwiedziówkę.
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe!
— Nie patrz tak na mnie — rzucił jedynie liliowy, w odpowiedzi na mój wzrok. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, jakby próbował powiedzieć mi: “Nie i kropka.” — A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie Ćmiego Mżenia, kończąc temat swojego imienia.
Z powrotem spojrzałam na Konwalię, tym razem z figlarną iskierką w oczach, mówiącą:
“Tja? To pa tera."
"Złowieszczo" się uśmiechnęłam i strzepując ogonem, mruknęłam:
— Tja tja... Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna.
Chyba było widać, że jesteśmy jednej krwi...
Zazwyczaj byłam bardzo życzliwa, szczególnie dla mojego kochanego brata, który zwykle bardzo się o mnie troszczył, jednak tym razem trochę przytarłam mu nosa. Ten jeden jedyny raz. Należy mu się za czasy żłobkowe i jego zaczepki! Teraz tylko czekałam, spodziewając się pacnięcia ogonem czy coś takiego.
Niedźwiedziówka w odpowiedzi jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do naszej trójki. Na moją wypowiedź o imieniu Konwalii, tylko skinęła głową.
Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie.
— Zabranie jej do obozu jest równa przeprawie przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi.
Szepnęłam ze zmartwieniem, ogonem sunąć po miękkiej trawie, w odcieniach wpadających w te moich oczu:
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
Przez gęste i długie (jak na mój rozmiar) pędzelki, uszy delikatnie oklapły mi w pół, już tak zostając.
Co prawda to nie ja ostatecznie podejmowałam decyzję co zrobić z kocicą, jednak przejmowałam się jej losem. Empatia jest dobrą cechą, dopóki nie jest zbyt wielka... Tak jak w moim przypadku.
Zaczęłam przestępować z łapy na łapę, próbując wykombinować jakieś rozwiązanie tej sytuacji.
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował kocur, zapewne widząc nieobecną Ćmę, która jakby bujała w obłokach.
Spojrzałam na liliowego z wyrazem pyszczka w stylu: "ty moja mądra kochana mordeczko!", wypuszczając powietrze z pyszczka, w tym samym czasie, uświadamiając sobie, że wstrzymywałam swój oddech. Znowu.
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Radosnym krokiem podeszłam do Konwalii i delikatnie włożyłam nos w jego futro na znak tak jakby podziękowania, po czym szybko podeszłam do nowej kompanii podróży. Ni stąd, ni zowąd, obok mnie z ziemi wyrosła Niedźwiedziówka.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na mnie jakby z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Empatia jest dobrą stroną u każdego kota, jednak jeśli jest jej za dużo, nie jest to najlepsze wyjście... Ja wahałam się między maksimum standardu tego oto uczucia a światełkiem mówiącym swoim błyskiem słowa "za dużo".
Mimo to jednak nie byłam naiwna. O nie. Wiedziałam, że w ten sposób jeszcze bardziej bym sobie zaszkodziła. Mandarynkowa Gwiazda nie przepadała za Borówką, Tojadem, oraz ich dziećmi tylko i wyłącznie przez Korzonek... Chociaż kto wie, może jeszcze coś to spowodowało? Potrząsnęłam lekko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości.
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie Ci pomóc...
Odwróciłam głowę w przeciwnym kierunku i prychnęłam sama do siebie.
— Szczególnie że jestem tylko głupią uczennicą...
Chwilę później jednak się rozchmurzyłam, w końcu nie miałam zamiaru wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery!
Nie wiedziałam jedynie, o czym mogłabym porozmawiać z kocicą... A może ona sama ma coś do powiedzenia? Chociaż? Sama nie wiedziałam co mam o niej sądzić. Spojrzałam w stronę Konwalii, szukając jego wzroku. A co on o tym wszystkim sądził? W pewnym momencie poczułam się bardzo słaba. Zaczęło mi się niebezpieczne kręcić w głowie, a brzuch zachowywał się tak, jakby zaczął identyfikować się jako supeł nie do rozplatania.
— Ko-konwalio? Słabo się czuje… Co-coś jest nie tak…
<Braciszku?>
[2887 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz