Prowizoryczny obóz Świetlików
Pora Nagich Drzew dokuczała strasznie Świetlikom. Ziemia w obozie, którą szykowali do zamieszkania, była niezmiernie twarda, skuta od mrozów. Dlatego też koty starały się ulepszyć swoje prowizoryczne legowiska, żeby te nie uginały się pod ciężkim i mokrym śniegiem. Polowania nie szły najlepiej, jak to bywa o tej porze sezonu. Mglisty Sen nie był pewien, jak sytuacja wyglądała u medyków. Czy czasem nie kończyły im się zapasy ziół?
— Mglisty Śnie? Czemu jesteś taki zamyślony? Co możemy jeszcze zrobić? Ostatni patrol nie znalazł nic, co mogłoby się nadawać do zjedzenia…
Ocknął się z przemyśleń na głos Miodowej Kory. Czemu ten starszy wojownik przychodził do niego z tym wszystkim? Przecież kocur był starszy i bardziej doświadczony. Czyżby większość kotów już przyjęła go jako przywódcę? Szło im naprawdę źle i sam nie wiedział, czy są w stanie przetrwać następny dzień. Nie miał doświadczenia, nigdy nie miał szansy przewodzić tak długo taką grupą kotów. Nie chciał nieść brzemię żyć innych na sobie. I tak stracili jedną członkinię grupy. Nie okazywał tego na co dzień, jednak bolała go śmierć Amorphiny.
— Mglisty Śnie? — powtórzył zaniepokojonym głosem Miodowa Kora, który nadal stał przed nim, wyczekując na odpowiedź.
— Weź kilka kotów, które zdążyło się zagrzać i wyruszcie dalej niż zwykle. Musimy znaleźć, chociaż tyle by każdy z nas coś zjadł…
— Nie jest to zbyt ryzykowne?
— Oczywiście, że jest… Jednak Świetliki są głodne, musimy coś zrobić, żeby nie umrzeć z głodu. — Napuszył lekko futerko, chroniąc się przed chłodem. — Uważajcie też na inne dzikie zwierzęta. Rywalizujemy nie tylko z klanami i innymi samotnikami, ale i lisami oraz borsukami…
Liliowy kocur pokiwał głową ze zrozumieniem, jednak nic nie odpowiedział. Mglisty Sen widział po starszym przyjacielu, że ten ma wiele wątpliwości co do jego poleceń. Nikt nie chciałby zapuszczać się jeszcze dalej w terytorium nieznanego im lasu, gdzie mogło się czaić wszystko. Od domów dwunożnych z psami aż do czyhających lisów.
— Wyruszajcie teraz, póki jest jeszcze jasno. Uważajcie na siebie.
Miodowa Kora wyprostował się i skinął mu głową, po czym zebrał kilkoro wojowników i zniknął z nimi w lesie. Mglisty Sen odprowadził ich wzrokiem. Czuł, że podjął zbyt pochopnie decyzję, jednak nie mógł pozwolić, by reszta głodowała. On mógł zaprzestać jeść, żeby inni mogli się najeść, jednak aktualnie byli w takiej sytuacji, że nie ważne ile by nie jadł, to zawsze ktoś inny również nie dostałby swojego pożywienia.
Z lecznicy wyłoniła się szylkretowa sierść Jarzębinowego Żaru. Kotka również nie wyglądała najlepiej. Była chudsza niż zwykle, jednak chód i wzrok nadal miała twardy. Podeszła do niego i nieśmiało zetknęła się z nim nosem.
— Co porabiasz Mglisty Śnie? Wyznaczyłeś już wszystkie patrole łowieckie?
Usiadła przy nim i owinęła ciasno ogonem swoje łapki, a on cicho westchnął.
— Tak, właśnie wyszedł patol Miodowej Kory, część kotów została w obozie, starają się ogrzać.
Jarzębinowy Żar spoważniała i pokiwała głową.
— Dobrze, że nie zapominają o ogrzewaniu się… Ostatnie czego potrzebujemy w te mrozy, to przemarznięte i chore koty — westchnęła ciężko i spojrzała w stronę lasu. — Ja wysłałam Stroczkową Łapę wraz z Ostową Łapą na szukanie ziół, jednak wątpię, by udało się im coś znaleźć… Potrzebuję więcej chętnych kotów, które mogłyby nam pomóc.
— Ja mogę się zaoferować — zamruczał, posyłając kotce subtelny uśmiech.
— Wiedziałam, że na ciebie mogę zawsze liczyć. — Otarła się o niego bokiem i pierwsza wyruszyła poza obręb ich obozowiska.
Nie czekając na zaproszenie, ruszył od razu za nią, pozostawiając obóz pod opieką Porywistego Dębu.
***
Mglisty Sen stał za Jarzębinowym Żarem, która odkrywała spod śniegu małe kłącza, jakichś ziół, o których istnieniu on nie miał pojęcia. Nie nadawał się na medyka ani na ucznia medyka, nie miał po prostu do takich rzeczy głowy. Tak samo wątpił, że teraz mogliby w takie mrozy znaleźć cokolwiek, co mogłoby przydać się do ich leczenia kotów. Nawet nie wiedział, czego szukają, a medyczka nie starała się nawet mu tego wytłumaczyć.
— Może nie będę ci zbytnio przeszkadzać… Zawsze mogę znaleźć coś przydatnego do budowania posłań. Każdy mech jest na wagę zwierzyny — zauważył, jednak medyczka nie przywiązała do jego słów żadnej wagi. Machnęła po prostu ogonem, pozwalając mu odejść na parę długości lisa. — Przy odrobinie szczęścia mogę znaleźć jakieś zioła.
Nie zdążył zajść daleko, kiedy przez zarośla gwałtownie wyłoniło się wiele kotów, które zdawały się pachnieć słodkimi owocami. Czekoladowa kocica pręgowania dzikiego z akcentami oraz oklapniętymi uszami wraz z czekoladowym kocurem z bielą na pysku prowadzili wielką grupę kotów. Pyski kotów były skupione na ich dwójce i posyłali im groźne spojrzenia, a w szczególności kocica z oklapniętymi uszami, która wyprostowała się, przepuszczając na przód czekoladowego kocura.
Przewodzący patrolem przemówił pierwszy, jego głos był szorstki i ostry.
— Czego chcecie?! Co tutaj robicie? Wiemy wszystko o waszej grupie.
Mglisty Sen, który właśnie przeszukiwali ściółkę w poszukiwaniu materiałów na posłania, odwrócili się w stronę kotów z Owocowego Lasu, których zdecydowanie nie spodziewali się tutaj zobaczyć. Czarnofutry przeniósł wzrok na Jarzębinowy Żar i ostrożnie podeszli do ogromnego patrolu Owocniaków.
— Jesteśmy pokojowi — powiedział pierwszy Mglisty Sen, zasłaniając tym samym medyczkę, która zjeżyła się ze strachu. — Uciekliśmy z krwawych łapsk Klanu Wilka, a nasza grupa... Zostaliśmy tylko my oraz jeszcze jeden kot. Reszta się rozpierzchła po nieznanych terenach, szukając bezpiecznego domu.
Skłamał przed potencjalnymi napastnikami. Nie mógł być pewien, że Owocowy Las nie jest przypadkiem po tej samej stronie, co Klan Wilka. Im obcy mniej wiedzieli o ich grupie, tym lepiej. Tak samo zdawał się rozpoznawać niektóre Owocniaki. Widział ich na zgromadzeniach.
Szylkretowa medyczka, odnajdując iskierkę opanowania, zrównała się z Mglistym Snem.
— Czemu jest was tutaj aż tyle?
Kotka z oklapniętymi uszami fuknęła pod nosem, przepychając się obok czekoladowego kocura, który na nią warknął.
—Ta jasne, pokojowi! — warknęła czekoladowa zwiadowczyni. — Banda z was tchórzy.
— Dlaczego wybraliście akurat to miejsce? — zapytał kocur, ponownie przejmując inicjatywę. — Ostrzegam, że od waszej odpowiedzi zależeć będzie wasz los.
Kocica dostała od zastępcy spojrzenie mówiące jedynie "opanuj się!".
Mglisty Sen przeniósł uważne spojrzenie na jedną Owocniaczkę, która przepychała się na przody. Była aż nadto agresywna. Z opanowaniem, przeczesał swoją brodę i zerknął na Jarzębinowy Żar, która intensywnie myślała nad odpowiedzią.
— Uciekliśmy, żeby znaleźć się jak najdalej od terenów Klanu Wilka. Chcieliśmy się odciąć od tyranii, która tam panuje. Nie chcieliśmy ryzykować naszych żyć, więc wyzwoliliśmy się. Tak nam powiedział Klan Gwiazdy. — Mglisty Sen odpowiedział swoim czysto dyplomatycznym głosem
— Klan Wilka to mordercy... Mówię to ja, była asystentka medyczki... Kult zabija wszystkich, którzy nie wierzą w Mroczną Puszczę, nie mogliśmy tam zostać. — Jarzębinowy Żar patrzyła się śmiertelnie poważnie na Czereśnie, jakby szukała, chociaż iskry zrozumienia. — Dostałam znak od przodków... Musieliśmy uciec, musieliśmy odzyskać wolność, żeby pielęgnować naszą wiarę. Inaczej by nas wszystkich zabili i oddali w ofierze nieczystym duszom Mrocznej Puszczy.
Mglisty Sen pokiwał spokojnie głową.
— Nie wiem, co powiedział o nas Nikła Gwiazda, jednak to nie my tutaj jesteśmy zagrożeniem. Chcieliśmy tylko uwolnić się z krwawych łap kultu. Na pewno nie będziemy zagrażać Owocowemu Lasu. Nie mielibyśmy w tym żadnego interesu.
Czereśnia zdawał się nieco złagodnieć, ale tylko odrobinę. Figa machnęła ogonem arogancko, nie chcąc im do końca uwierzyć. Prawdą jednak było, że mieli słowo przeciwko słowu, o ile Nikła Gwiazda miał autorytet wśród kotów klanowych, tak informacje, jakie właśnie uzyskały koty z Owocowego Lasu, mogły im rozjaśnić sytuację w Klanie Wilka. Nie mieli pojęcia o tym, że koty zrobiły sobie krwawy kult.
— Jaki macie interes w przebywaniu akurat w okolicy Owocowego Lasu? — zapytał dyplomatycznie, mierząc rozmawiającą z nim dwójkę kotów. — Nie mogliście wybrać innego miejsca?
— A gdzie moglibyśmy uciec? Jestem jednym z młodszych wojowników i nie znam za wiele terenów. Poszliśmy wzdłuż Drogi Grzmotów za terytoria innych społeczności oraz za rzekę. Nie chcielibyśmy, żeby Wilczaki nas znaleźli, a ten gęsty las jest idealnym dla nas domem. Tak właśnie znaleźliśmy się tutaj — zauważył Mglisty Sen, zabierając łapki z zimnego śniegu. Zaczęli powoli marznąć.
Jarzębinowy Żar napuszyła futerko z zimna.
— Nie chcieliśmy, żeby pobiegli naszym śladem, na tereny niczyje. Nikt nie chce umierać z łap kotów, które są naszymi krewnymi... A kult nie ma litości... — Medyczka delikatnie przysunęła się do czarnego wojownika, żeby się lekko ogrzać.
Figa posłała mu oceniające spojrzenie. Wszyscy słuchali ich opowieści, a brzmieli wiarygodnie. Czereśnia machnął ogonem, rozluźniając nieco swoją napiętą sylwetkę.
— Czyli dobrze rozumiem, że nie będziecie mieszać się w sprawy klanów, zwłaszcza Owocowego Lasu? — zapytał, unosząc brew. — Ani w ich relacje.
Tym razem pierwsza odezwała się Jarzębinowy Żar.
— My jedynie chcemy nieść światło Klanu Gwiazdy. Wierzymy w kodeks wojownika oraz medyka. Szkodzenie innym jest wbrew tym zasadom. Owocowy Las może czuć się bezpiecznie, nie będziemy naruszać waszych granic. Można nawet nas prosić o pomoc, gdyż tak mówi kodeks.
Czarny wojownik skinął głową.
— Tak, jak mówiłem, przybyliśmy tutaj w pokoju i nie będziemy odmawiać nikomu pomocy, gdyż sami jej potrzebowaliśmy. — Czarnofutry wojownik znów spojrzał się na jedną z kotek patrolu, która patrzyła się głównie na niego oceniająco.
Owocniaki zaczęły szeptać między sobą. Kilka z kotów dalej zdawało się nie wierzyć przybyszom, jednak doskonale zdawali sobie sprawę, iż decyzja finalnie należy do Czereśni.
— Jak nazywacie swoją grupę? — zapytał po kilku uderzeniach serca. — Nie wydajecie się kłamać. Jeśli przyrzekniecie nie zapuszczać się na tereny Owocowego Lasu i nie mieszać w nasze sprawy, puścimy was wolno.
Zastępca myślał jeszcze chwilę, jakby rozważał różne opcje.
— Jak również ma się rozumieć, jeśli będzie przestrzegać tych warunków, nie wydamy was innym klanom — oznajmił wyniosłym, acz spokojnym głosem. Brzmiało to niczym niewypowiedziana głośno groźba. Jeśli koty z Owocowego Lasu znajdą choćby kłębek sierści należący do któregoś z ich grupy, bez wahania przejdą do działania i mogą na nich nasłać wrogo nastawiony Klan Wilka.
— Nazywaliśmy się Świetlikami, jednak nie wiem, czy jest sens nazywania się tak, skoro ostała się nas trójka... Możecie być pewni, że nie zamierzamy przechodzić przez waszą granicę, jednak tyczy się to również was oraz umowy, jaką teraz nawiązujemy. Warunki będą spełnione, jeśli również nie wydacie nas nikomu. My chcemy jedynie iść zgodnie z kodeksem wojownika — zgodził się na stawiane warunki przez Czereśnie.
Jarzębinowy Żar jedynie przyglądała się kotom, które znajdowały się w patrolu. Kotka nie podważała słów młodszego kocura.
Figa złagodniała nieco na pysku, a reszta kotów zrobiła kilka kroków w tył, jakby chcąc utwierdzić Świetliki w przekonaniu o ich zamiarach. Zresztą, chyba nikt poza Figą i drugim kocurem w tłumie, nie bardzo mieli ochotę się bić w tym śniegu. Czereśnia dumnie wyprostowany, poruszył wąsami z aprobatą. Ani na chwilę nie opuścił gardy, a mimo to nie sprawiał wrażenia bycia zagrożeniem.
— Za kogo wy nas uważacie? — burknęła Figa.
Mglisty Sen wraz z Jarzębinowym Żarem zignorowali zwiadowczynię z oklapniętymi uszami. Kotka starała się tylko podburzyć ich ważną rozmowę. Nie wnosiła nic nowego, tylko nieumiejętnie starała się ich sprowokować. Nie zasługiwała nawet na chwilę uwagi. Nie musieli się tłumaczyć przed kimś, kto zachowywał się, jak zrodzony z ciemności Wilczak.
— Jesteśmy uczciwą społecznością, możecie mieć pewność, że nie naruszymy warunków umowy — wypowiedział się Czereśnia.
Skinął głową na słowa zastępcy, a między nimi zapadła cisza. Czereśnia również milczał tak jak reszta jego grupy. Nastała długa, niezręczna cisza, którą przerwał zastępca po odchrząknięciu.
— To chyba będziemy się zbierać — miauknął, będąc gotowym do odejścia.
Gdy dał znać ogonem grupie, iż ruszają, milczący do tej pory kremowy kocur o imieniu Len wyszedł przed szereg. Jego mina była poważna.
— Hola, hola — miauknął niskim tonem. — Oni coś kręcą.
Czereśnia zgromił go wzrokiem.
— Co masz na myśli? — zapytał Czereśnia, marszcząc brwi.
— Doskonale czuć na tym terenie więcej kocich zapachów, niż trójki — wytknął, a mową ciała wyraźnie groził dwójce przybłędów. — Na pewno kłamali! Jest ich więcej i pewnie tylko czekają, by nas zaatakować!
— Możliwe, że tutaj się kręcą jacyś samotnicy, jednak ich nie znamy — zauważył Mglisty Sen zmęczonym głosem. — Mimo że zostaliśmy samotnikami, nie mamy władzy nad innymi kotami, które też przemierzają te lasy. Poza tym nie mielibyśmy niczego dobrego, atakując was, jeśli dokładnie to chcieliście usłyszeć.
Strzepnął delikatnie łapą, do której przykleił się śnieg. Czuł, jak powoli zamarzały mu poduszeczki.
Na dodatek dalszej przepychanki z mniej myślącymi kotami z Owocowego Lasu, wyszedł z szeregu młody czekoladowy kocur pręgowany dziko z akcentami. Wyglądał na kota podobnego wieku, co Mglisty Sen. Możliwe, że Owocniak był lekko starszy.
— Ach tak? — Uniósł brew podejrzliwie. — To, dlaczego macie na sobie zapachy tych domniemanych "samotników"? Jeśli się z nimi nie spoufalacie, to nie powinniście nimi pachnieć!
“Co za mysie móżdżki!” — przewrócił oczyma w myślach. Miał już dość tych przepychanek słownych z kotami, które nie odczuwają powagi sytuacji oraz nie są w stanie się z nimi utożsamić. Nie uciekli z Klanu Wilka dla przyjemności, żeby uprzykrzać innym życie, tylko starają się godnie żyć z dala od tej tyrani. Czy to aż tak dużo?
— Bo przechodzimy tymi samymi drogami, co oni? — zauważył Mglisty Sen, pokazując już widoczne zmęczenie i znudzenie rozmową. — Jesteśmy już w tych lasach tak długo, że nasze zapachy zdążyły się zmieszać. Przybyliśmy na te tereny wczesną Porą Nowych Liści i do tej pory przez te lasy przeszło wiele samotników, jak i zagubionych pieszczochów. Każdy krzew i gałąź pachnie inaczej, a zapachy się mieszają. Nie jesteśmy klanem i nie mamy granicy, żeby pachnieć, jednym zapachem. Toż to podstawy podstaw — odpowiedział już bardziej oschle nieznanemu mu Owocniaka. Przeniósł wzrok na Czereśnie. — Doszliśmy już do porozumienia. Marnujecie nas czas, rzucając w nas oskarżeniami, które się nawet nie pokrywają z realiami, przyszliście do nas, grożąc nam, byśmy to my nie wchodzili na wasze terytorium, jest was dwunastu wojowników, którzy umieją walczyć na nas dwoje, w tym Jarzębinowy Żar jest medyczką. To naprawdę źle wygląda. Uważam to spotkanie za zakończone — odpowiedział już twardo.
Mglisty Sen wstał, będąc gotowym do odejścia. Otrzepał się ze śniegu i szturchnął pyskiem Jarzębinowy Żar, która ewidentnie zaczęła już zamarzać. Medyczka również wyglądała na urażoną wrogością kotów z Owocowego Lasu.
Figa prychnęła pod nosem, a nieznajomy zdawał się nieco... zmieszany, przez co położył po sobie uszy. Czereśnia spojrzał na podwładnego ostro, a Figa trzepnęła ogonem.
— W istocie — odezwał się zastępca. — Spotkanie zakończone.
Koty z Owocowego Lasu dość niezręcznie opuściły ich teren i zniknęły w krzewach w drodze powrotnej na swoje terytorium. Natomiast on wraz z Jarzębinowym Żarem zostali przez chwilę w tym samym miejscu. Oboje nasłuchiwali odgłosów lasu, chcąc się upewnić, że koty z Owocowego Lasu na pewno opuściły ich las. Kiedy byli już pewni, że są sami, odetchnęli z ulgą, jednak napięcie nadal wisiało w powietrzu.
— Musimy przekazać to reszcie Świetlikom… Robi się naprawdę dla nas niebezpiecznie, Klan Wilka musiał o nas nakłamać na zgromadzeniu! Teraz wszystkie klany będą na nas polować! — wysyczała, zmartwiona Jarzębinowy Żar łapiąc jedną łapą za łebek.
Mglisty Sen nie odpowiedział. Wpatrywał się zamyślony w las. Jego również niepokoiła obecna wrogość Owocowego Lasu, w stosunku do nich. Spotkanie może i przebiegło pokojowo, jednak widział bojowe miny kotów, które na jedno skinienie pazura Czereśni, byłyby w stanie rzucić się na nich z zębiskami, jak same Wilczaki.
— Mglisty Śnie wracajmy do obozu… Szybko… — zaniepokojona medyczka szturchnęła go w bok łebkiem i ruszyła po ich śladach do miejsca, gdzie powinny się znajdować teraz wszystkie Świetliki.
Ruszył posłusznie za Jarzębinowym Żarem i ostatni raz zerknął na miejsce, w którym zniknął patrol Owocowego Lasu.
***
Na niebie widniały gwiazdy, a nieprzyjemny mróz znów nawiedził koty. Mglisty Sen wiedział, że tej nocy, wszyscy będą spać ściśnięci, tak by każdy mógł się podzielić wspólnym ciepłem.
Widząc, że wszyscy są już w obozie, zwołał zebranie, na którym mieli być obecni wszystkie Świetliki.
— Niech wszystkie Świetliki się zbiorą! — zawył prosto w Srebrną Skórę, a jego pobratymcy spojrzeli się po sobie i podeszli do niego.
Wskoczył na niewielki kamień, który robił za mównicę i opowiedział im, o rozmowie, jaką przeprowadził z kotami z Owocowego Lasu. Jednak po minach niektórych kotów, mógł powiedzieć, że nie podobały się im jego kłamstwo na temat ich grupy, a bardziej na temat ich ilości.
— Czemu nie powiedzieliście, że jednak jest nas więcej! Zrobiliście z nas tchórzów!
Nie był pewien, kto to powiedział. Czuł, jak w jego żyłach krew szybciej pulsuje z gniewu i niezrozumienia. Czy niektórzy ze Świetlików nie widzą tej oczywistości? Jeśli Owocowy Las i tak by nie dotrzymał obietnicy, to Klan Wilka mogłoby zniechęcić, że jest ich tutaj tak mało lub przyszłaby mniejsza ilość kultystów, z którymi mogliby dać sobie radę.
— Nie podważajcie moich decyzji! Musimy się ukrywać przed innymi społecznościami! — Omal nie warknął na swoich pobratymców. — Nie będziemy łamać umowy z Owocowym Lasem. Wątpię również, żeby któreś z nas śmiało zaryzykować naszym życiem, żeby przekroczyć granicę z nimi. Jednak, żeby to uskutecznić, zabraniam wam zbliżania się choćby długość lisa do pobocza Drogi Grzmotu. Musimy trzymać się między drzewami i nie pozwolić by ktokolwiek z nas został spostrzeżony przez inne klany. — Nie czekając, na zgodę innych albo jakieś zastrzeżenia, zeskoczył z kamienia, tym samym kończąc swoją przemowę.
Nie odszedł zbyt daleko, kiedy dogonił go Miodowa Kora ze zmartwioną miną.
— Myślisz, że ograniczenie nam jeszcze terytorium, które potencjalnie nadawałoby się do miejsca na polowania, jest dobrym pomysłem? Przecież to niedorzeczne! Nikt nie zamierzałby i tak polować na terenach Owocowego Lasu.
Mglisty Sen przystanął i spojrzał się na niego poważnie.
— I tak nikt z nas nie upoluje nic na Drodze Grzmotu albo w jej pobliżu. Zamiast polowania na terenach, gdzie mogą zauważyć nas Owocniaki, to powinniśmy zainteresować się dalszym eksplorowaniem tych lasów. Musimy mieć więcej zwierzyny, a to już jest mniej ryzykowne niż kręcenie się blisko Drogi Grzmotu… — odburknął swojemu przyjacielowi.
Nie czekając na jego następne pytania, zniknął w legowisku.
“Zapowiada się ciężki okres dla Świetlków… Klan Gwiazdy nas każe… Ile minie, zanim się naprawdę rozpadniemy?”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz