BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot u samotników!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 1 marca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

18 lutego 2026

Od Ostowej Łapy

Tej nocy kocur przekręcał się z boku na bok, lecz mimo zmęczenia sen nie chciał przyjść. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej i chłodniej, wiatr szumiał cicho między gałęziami, a zielonooki nawet na uderzenie serca nie zmrużył oka. Wiedział, że rankiem będzie tego żałować, ale w pewnym momencie zaniechał prób zaśnięcia i zaczął rozmyślać. Jak zwykle.
Jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie co? Gdyby nie to wszystko. Zazwyczaj wybierał jedną chwilę ze swojej przeszłości, zastanawiając się, co by było, gdyby akurat ta konkretna sytuacja nigdy się nie wydarzyła. Tym razem skupił się na swoim mianowaniu na ucznia.
Czy gdyby Wiciokrzewowi nie zależało tak bardzo, by mieć go na oku, potoczyłoby się to inaczej? Czy miałby wtedy w sobie dość siły, by odegrać się na Ziemniaku? Jako uzdrowiciel był słaby fizycznie. Nie miał żadnych szans w walce z czekoladowym kocurem. Ale gdyby został wojownikiem… Wtedy mógłby prężyć muskuły i pokazać swojemu wrogowi numer jeden, że nie powinien z nim zadzierać.
Wtem usłyszał cichy stukot łap gdzieś poza uczniowskim legowiskiem. Na moment wstrzymał oddech. Kto wybrał się na przechadzkę po azylu w środku nocy? Czy to ktoś, kto, tak jak on, nie potrafił zasnąć? Byłoby niefortunnie, gdyby zauważył, że Osetek nie śpi. Mógłby go okrzyczeć. Stwierdzić, że rankiem nie będzie miał siły na trening. I miałby rację. Po nieprzespanych nocach czarnofutry przez cały dzień chodził rozdrażniony i ledwo kontaktował, co z pewnością zirytowałoby jego mentora. Dlatego natychmiast wcisnął nos głębiej w posłanie, przymknął powieki i spróbował wyrównać oddech. Zaraz naprawdę uda mu się zasnąć. Myślał o swoim życiu wystarczająco długo, by mózg się zmęczył.
Osetek powoli wypuścił powietrze z płuc.
Podejrzane kroki w końcu ucichły, co odrobinę go uspokoiło. Przynajmniej miał pewność, że nie był to żaden krwiożerczy lis, który przyszedł ich zgładzić.

* * *

Dzień później

Od rana Ostowa Łapa nie mógł nawet normalnie funkcjonować, obawiając się tego, że czyha na niego śmierć. Każdy głośniejszy szmer był dla niego jak zapowiedź ataku, a każde uniesienie głosu zwiastowało problem. Ktoś zdecydowanie z nimi pogrywał – a on miał wrażenie, że dobrze wie kto.
Atmosfera w obozie była na tyle gęsta, że miało się wrażenie, jakby można było przeciąć ją pazurem. Koty wręcz chodziły na palcach, a ponadto szeptały między sobą i obrzucały się podejrzliwymi spojrzeniami. Jednak oceniający wzrok Ostowej Łapy znacznie częściej lądował na niebieskiej szylkretce, która już pierwszego dnia bezpodstawnie go zaatakowała. Tylko ona wydawała się na tyle szurnięta, by zrobić coś takiego jak rozrzucenie narządów obcego kota po obozie.
Oby Jarzębinowy Żar i Mglisty Sen szybko odkryli sprawcę, który tak właściwie był już oczywisty… I oby zadecydowali o jakiejś rozsądnej karze za to wszystko. Według Osetka Rysi Trop mogłaby nawet umrzeć... ale przecież nie po to czarnofutry mentor opowiadał mu o Klanie Gwiazdy i czynieniu dobra, by on wyrastał na tak… brutalnego kota. Choć w słuszność tych ich Gwiezdnych Przodków nigdy nie uwierzy. Zresztą niemal tak samo, jak nie uwierzył we Wszechmatkę – choć do niej było mu mimo wszystko bliżej. Chyba można było powiedzieć, że wyrastał na ateistę. Czy to dobrze? Bo przez to czuł się tu poniekąd jak wróg. Jak zdrajca. W końcu ta grupka składała się z kotów, które tyle oddały, by tu być. Które Klan Gwiazdy traktowały jak drogowskaz i największą wyrocznię. Dawniej może i wierzył w słowa przywódcy Klanu Wilka wypowiedziane na zgromadzeniu, ale po kilku księżycach spędzonych wśród Świetlików przekonał się, że oni wcale nie są źli. Byli tylko skrzywdzeni. Oszukani. No, może prócz Rysiego Tropu. W niej bez wątpienia tkwił promyk nienawiści wyniesionej z Klanu Wilka. Zresztą nawet jej brat przyznał, że to kult ją zmienił.
“Rysi Trop jest moją siostrą z tego samego miotu — przerwał na moment. — Wiesz, ona ma taki ostry charakter, choć przez kult niestety stała się agresywniejsza... Nie zawsze taka była...”
Gdy raz wpoiło się komuś coś do głowy, stawało się to chwastem niezwykle trudnym do wyplenienia. Ostowa Łapa wiedział o tym aż za dobrze. Nieważne, jak długo próbował przekonywać Ziemniaka, że nie jest zagrożeniem – tamten i tak robił swoje. Aż w końcu spróbował go zabić. Jeśli na za dużo się takim pozwala, szybko zaczynają przesadzać. Właśnie dlatego wizja tego, że Rysi Trop nie dostanie należytej kary, stresowała go dziesięć razy bardziej. Jeśli ma jej pilnować własny brat, który i tak widzi w niej niewiniątko, to równie dobrze nikt jej może nie pilnować. A wtedy znowu ktoś może zginąć. Tak jak ten kot, czy inne stworzenie, którego narządy zostały porozrzucane po obozie.
Wtem podszedł do niego Mglisty Sen. Uczeń w pierwszej chwili pomyślał, że wojownik zabierze go na trening, jednak ku jego zdziwieniu padło pytanie:
— Co robiłeś w nocy? Widziałeś coś podejrzanego? — mruknął poważnie.
Zielonooki chyba po raz pierwszy widział go aż tak spiętego. Ale jak mógł mu się dziwić? I tak mieli ciężko w życiu. Takie przeciwności losu dobijały bardziej, niż gdyby wiedli ustatkowane, spokojne życie.
— W nocy nie umiałem zasnąć… Wydawało mi się, że ktoś krąży po obozie, ale nie dostrzegłem konkretów. Uważam, że sprawcą tego… musi być ktoś z nas.
Chciał wręcz krzyknąć, że to wszystko sprawka Rysiego Tropu. Wymienić ją z imienia. Wbić w nią spojrzenie i patrzeć, jak wszyscy prychają na nią z pogardą. Ale powstrzymał się. Zostawi tę robotę specjalistom, czyli Snowi i Jarzębinie. Pewnie sami dojdą do tego, kto dokonał się tak podłego czynu. Nawet kociak by dał radę.
— Trening jest dziś odwołany, ale gdy tylko to wszystko się wyjaśni, nie będzie litości — oznajmił jeszcze Mglisty Sen, półżartem, półserio.
Ostowa Łapa uśmiechnął się niezręcznie i poczekał, aż wojownik pójdzie odpytywać inne koty.
Wtedy podszedł do niego Miodowa Kora. Wyglądał, jakby chciał się do czegoś przydać – jakby poczucie winy za całą tę sytuację mu tak kazało. Zielonooki wzdrygnął się na jego widok; nie spodziewał się tak nagłego najścia.
— Hej, Osetku. Nauczyć się, jak wspinać się na drzewa? — zapytał spokojnie.
Uczeń zamrugał kilka razy zdumiony. Liliowy już wcześniej próbował poduczyć go w polowaniu, ale mimo wszystko czarnofutry nie spodziewał się takiej propozycji właśnie teraz.
— Właściwie to… czemu nie — stwierdził po chwili.
Bardzo chciał już zostać mianowany. A z pomocą Miodowej Kory ten proces mógł się tylko przyspieszyć. Machnął ogonem i ruszył w stronę wyjścia z obozu, licząc na to, że wojownik podąży za nim.
Na szczęście nastała już Pora Nowych Liści. Dawała kotom nadzieję na lepsze jutro. Niedawno było jeszcze deszczowo, szaro i ponuro, lecz przez gęste chmury z każdym dniem przebijało się coraz więcej słońca. Zwierzyna wychodziła ze swoich norek, rośliny zaczęły zakwitać, by wkrótce stać się zdatne do użycia przez medyków.
Ostowa Łapa czasem łapał się na tym, że widząc znajome zioło, nazywał je w myślach i określał jego przydatność. Wciąż nosił też w futrze pajęczyny, jakby w każdej chwili mógł potrzebować ich, by przymocować nimi papkę do czyjejś skóry. Wiedział, że teraz jego ścieżka jest inna. Że nie będzie medykiem. Ale niektóre nawyki u niego pozostały.

* * *

Kroczył teraz przez las, wiedząc, że już za moment będzie musiał upokarzać się przed Miodową Korą, próbując wspiąć się na pień drzewa. “Gdybym został w Owocowym Lesie, nigdy nie potrzebowałbym tej umiejętności” – pomyślał. Mimo że większość legowisk znajdowała się wśród koron drzew, akurat by wejść do lecznicy, nie trzeba było umieć się wspinać. Ostowa Łapa wiedział jednak, że Wiciokrzew miał tę zdolność. Nie dziwiło go to, zważywszy na to, że liliowy nieraz przyznawał, iż zanim został uzdrowicielem, szkolił się na wojownika. To był właśnie powód, dlaczego Rokitnik tak bardzo go nie cierpiał. I pewnie też jeden z powodów, dla których Ziemniak ich prześladował. Oby tylko oba te koty spotkała zasłużona kara. Jeśli nie za życia, to po śmierci. Niech Wszechmatka zamieni ich w jakieś śmierdzące, padlinożerne ptaki. O ile istnieje.
W końcu liliowy wojownik zrównał się z nim krokiem.
— Możemy się już zatrzymać. Te drzewa tutaj wydają się całkiem grube i silne, na takich najłatwiej się uczyć — oznajmił z pełną powagą. Osetek nie znał się na tym ani trochę, ale sam przecież nie wiedział lepiej, więc musiał zaufać słowom Miodowej Kory. — Podejdź do tamtego — mruknął, wskazując pazurem na wysoki, potężny dąb. Śmieszne, że akurat w Świetlikach przebywał kot o imieniu Porywisty Dąb.
Ostowa Łapa posłusznie ruszył w stronę drzewa, choć łapy zaczynały mu lekko drżeć. Czuł, że gdy tylko przyjdzie moment wspinaczki, spali się ze wstydu. Przynajmniej nie było tu Sennej Łapy, bo gdyby była… o rety! Pewnie w ogóle nie potrafiłby się skupić. Dawno jej nie widział, bo dawno nie wędrował nad granicę z Klanem Nocy. Ostatnimi czasy był strasznie zajęty. Same treningi i treningi, ale może to i dobrze. Przynajmniej jeśli następnym razem zaatakuje go Rysi Trop, będzie mógł się bronić. Tak jej skopie tyłek, że już nigdy nie odważy się podnieść łapy na innego kota!
— Co teraz? — rzucił w końcu.
Miodowa Kora strzepnął ogonem i zrobił kilka kroków w przód.
— Oprzyj przednie łapy na pniu — polecił, a w jego głosie słychać było skupienie. Może naprawdę próbował się odkupić po tym, jak nie dopilnował niebieskiej szylkretki. W końcu było wiadome, że to ona była główną podejrzaną. Nikt nie mówił tego wprost, ale każdy dobrze wiedział, kto zawinił.
Ostowa Łapa wykonał polecenie liliowego. Na razie pierwszy krok był wręcz banalny, choć nawet nie oderwał się od ziemi. Jeszcze sporo było przed nim, nim w ogóle się wespnie, a zanim uda mu się opanować tę sztukę porządnie, minie jeszcze więcej czasu. Miał jednak motywację. Jeśli uda mu się mianować przed Senną Łapą, będzie miał czym się pochwalić. Naprawdę nie mógł doczekać się kolejnego spotkania z kotką, choć wiedział, że z każdym kolejnym rosło ryzyko, że ktoś ich nakryje. Co, jeśli przez niego Nocniacy odkryją, że Świetliki zagnieździły się na terenach tuż obok? Wtedy nie potrafiłby spojrzeć w oczy Jarzębinowemu Żarowi i Mglistemu Snowi. Te koty poświęciły tyle czasu, by czuł się wśród Świetlików jak w domu. Nie mógłby ich tak zawieść. Poza tym musiałby znowu szukać miejsca, w którym mógłby się osiedlić. Jako samotnik mu nie wyszło, w Owocowym Lesie też nie. Miał wrażenie, że wszędzie, gdzie się pojawiał, przynosił pecha. Może mimo wszystko Rysi Trop słusznie zrobiła, atakując go…
Nie! Wcale nie. Nic nie upoważniało jej do tego, by bezpodstawnie się na niego rzucać. Skoro chciała przebywać z kotami żyjącymi zgodnie z wolą Klanu Gwiazdy, nie powinna używać przemocy wobec innych. To wszystko dało się załatwić inaczej. Wojowniczka była po prostu chora na głowę i nie dało się tego podważyć. Tym bardziej po tym, co zrobiła tego ranka. To, czego się dopuściła, było wręcz nie do pomyślenia. Nawet Ziemniak nie byłby zdolny do czegoś takiego, choć nieraz posuwał się do radykalnych działań, by uprzykrzyć życie Osetkowi.
— Wbij pazury w korę i spróbuj podciągnąć się w górę. Nie musi być idealnie, nie musisz od razu być niczym wiewiórka. Wystarczy, że choć na moment uda ci się oderwać wszystkie cztery łapy od podłoża — tłumaczył Miodowa Kora, wyraźnie przejęty treningiem młodziaka.
“Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić” – pomyślał Osetek. Ostatecznie jednak przełamał się i udało mu się wspiąć na wysokość lisiego ogona. Po części zrobił to instynktownie. Koty zazwyczaj nie miały większych problemów ze wspinaczką na drzewa – była to bardzo przydatna umiejętność, jakby zapisana w ich genach. I o ile samo wejście w górę okazało się zaskakująco łatwe, to zejście wydawało się znacznie trudniejsze. Z takiej wysokości mógł jeszcze odbić się i spaść na cztery łapy, ale im wyżej będzie, tym gorzej.
— Dobrze ci poszło. Jeśli się nie boisz, możesz spróbować wspiąć się jeszcze wyżej — polecił liliowy.
Żaden problem. Ostowa Łapa raczej nie miał lęku wysokości. Zgrabnymi ruchami zaczął sunąć po szorstkiej korze, czując się jak prawdziwy mistrz. Może naprawdę został do tego stworzony. Wspinaczka nie sprawiała mu większego problemu. Znacznie trudniejsze było polowanie i walka. Może i sam nie wyżywiłby klanu, ale przynajmniej gdyby kiedyś znów zaczęła gonić go rozwścieczona Rysi Trop, mógłby się z nią ścigać po drzewach.
— Miodowa Koro, a nauczysz mnie poruszania się wśród koron? — zawołał z góry.
W odpowiedzi zapadło kilka sekund ciszy, które przerwały dopiero słowa:
— Wiesz co… to już robota dla twojego mentora!
Ostowa Łapa zachichotał.
— Po prostu się przyznaj, że nie potrafisz! — rzucił żartobliwie.
Wtem nagle osunęła mu się łapa i niemal spadł z drzewa, choć w ostatniej chwili udało mu się złapać równowagę. Odłamek kory runął z hukiem na ziemię, a Osetek ledwo powstrzymał pisk.
— Jak stąd zejść? Powiedz mi, szybko! Chcę zejść! — wyrzucił z siebie zielonooki, nagle całkiem zniechęcony do dalszej wspinaczki.
— Musisz ostrożnie opuścić jedną tylną łapę niżej, potem przeciwną przednią też obniżyć! I tak na przemian, aż poczujesz grunt pod sobą! — krzyknął żółtooki, starając się panować nad głosem, by jeszcze bardziej go nie zestresować.
“Co za wstyd…” – pomyślał czarnofutry. Jeszcze przed chwilą szło mu tak dobrze, a teraz znowu stchórzył. Dlaczego zawsze musiał być taką boi-myszką? Gdyby potrafił walczyć o swoje, przeć naprzód i się nie poddawać, tyle rzeczy w jego życiu potoczyłoby się inaczej. Lepiej.
Zejście okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. W pewnym momencie jego łapy odmówiły posłuszeństwa. Stracił przyczepność i w mgnieniu oka runął na ziemię, wpadając przy tym na liliowego wojownika, który wydał z siebie przeciągłe syknięcie. Po ciele młodego ucznia rozszedł się promieniujący ból.
— Tak strasznie przepraszam! — odezwał się, gdy uzyskał już świadomość po tym, jak chwilowo go przyćmiło. — Nie taki był mój plan, ja-
Żółtooki uciszył go machnięciem łapy.
— Żyjesz? Żyjesz. Ja też żyję, więc nie masz za co przepraszać. Każdemu zdarzają się błędy…

* * *

Po treningu Ostowa Łapa na moment rozdzielił się z liliowym, by przejść się nad granicę z Owocowym Lasem. Gdyby tylko udało mu się spotkać na niej Wiciokrzewa, wszystko by mu wyjaśnił… Powiedziałby mu, że to Ziemniak jest odpowiedzialny za jego zniknięcie. Że nie odszedł umyślnie, tylko został do tego zmuszony. Nie wiedział jednak, czy byłby w stanie wrócić do Owocniaków… Świetliki z całą pewnością byłyby nim zawiedzione. Rysi Trop miałaby rację. Pomyśleliby, że jest zdradziecki, że wykorzystał ich, by przeżyć, a potem odejść, gdy sytuacja mu na to pozwoli. Z drugiej strony Wiciokrzew powinien wiedzieć o tym, co stało się z jego przybranym synem i uczniem. Powinien wiedzieć, że jest bezpieczny. W dodatku Owocowy Las także przyjął go, gdy uciekł od rodziców. Dał mu opiekuna, wyżywienie, ciepło. Wszystkim im był dłużny. Ciągle wykorzystywał dobroć innych kotów, bo sam, gdy był mały, okazał się tchórzem. Gdyby nie uciekł, wciąż żyłby z rodziną… Dorastałby wśród nich, uczyłby się rzeczy od ojca. A tak? Latał od jednej przynależności do drugiej, próbując gdzieś znaleźć swoje miejsce.
Wtedy też zdał sobie sprawę z tego, że jednak nie był gotowy na konfrontację z kimkolwiek ze swoich dawnych pobratymców. Jednak było już za późno. Stał właśnie na brzegu chropowatej powierzchni Drogi Grzmotu, wpatrując się w szylkretową kotkę po drugiej stronie. Wiatr szarpał jego futrem i świszczał mu w uszach, jednak wciąż nie był w stanie zagłuszyć dudnienia jego serca.
— O-Osetek…? — usłyszał głos.
Znał tę kotkę. Nazywała się Gąska, była stróżem. Nie był z nią może zbyt blisko, ale wydawała się całkiem fajna. Była trochę nieśmiała, nie zawsze rozmowna, ale sprawiała wrażenie łagodnej, pomocnej duszyczki. Może gdyby nie musiał uciekać, zostaliby znajomymi? Była całkiem podobna do Sennej Łapy, a gdy jeszcze żyli w jednym azylu, zdawała się czasem zawieszać wzrok na Osetku o uderzenie serca dłużej niż inne koty. Czarnofutry westchnął, czując, jak jego przełyk zawiązuje się w supeł.
— Tak… — wydukał w końcu, kładąc po sobie uszy. Świetnie! To nie tak miało wyglądać! Gąska pewnie będzie próbowała go zmusić do powrotu do Owocowego Lasu, a gdy powie jej, że nie może jeszcze wrócić, to wygada wszystkim w obozie! Nieźle się wkopał…
— Wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz! Co ty tu robisz? Ktoś cię porwał? — krzyczała drżącym głosem. W pewnym momencie zrobiła krok do przodu, lecz wtedy Droga Grzmotu zadrżała i kilka uderzeń serca później z hukiem przebiegł po niej potwór Dwunożnych.
— Nikt mnie nie porwał! — odparł zielonooki, gdy warkot potwora ucichł.
— W takim razie wracaj do nas! Wiciokrzew za tobą tęskni! Nie jest sobą, odkąd zniknąłeś! — tłumaczyła, niemal błagalnie.
Każde kolejne słowo kotki kruszyło serce Osetka na mniejsze kawałeczki, ale mimo to wciąż pozostawał przy swoim. Przez sekundę wyobraził sobie nawet, jak przekracza drogę, wraca do znajomych zapachów, do swojego ciepłego, miękkiego posłania w szczelnej lecznicy, do stęsknionego Wiciokrzewa... Jak wszystko nagle wraca do normy. Ale rzeczywistość była inna.
— Czekaj, czekaj! Jeszcze nie mogę wrócić… Póki w Owocowym Lesie znajduje się Ziemniak, nie jestem tam mile widziany… — próbował ją uspokoić, choć sam czuł, że jego głos drży.
Gąska wpatrywała się w niego zdumiona, jakby wahała się, czy powinna wciąż z nim rozmawiać, czy samodzielnie zaciągnąć go za uszy do azylu. W jej oczach połyskiwała ulga, lecz także niecierpliwość i zdziwienie.
Uczeń zdecydował się przekroczyć drogę dopiero wtedy, gdy upewnił się, że z żadnej strony nie nadbiega potwór Dwunożnych. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy stawiał łapy na twardej, szorstkiej nawierzchni. Zakręcił się obok stróżki, wpatrując się w jej ślepia z bólem, jakby próbował udowodnić jej, jak ciężką decyzję podejmuje i jak wiele go ona kosztuje. A mimo wszystko uważa ją za słuszną.
— Proszę, nie mów nikomu o tym, że mnie spotkałaś… Nawet Wiciokrzewowi. Zrozum, to wszystko nie jest takie proste! Nie mogę po prostu wrócić do Owocowego Lasu, ale obiecuję, że jeszcze to wszystko jakoś odkręcę! Musisz tylko dać mi czasu, proszę… — błagał ją żałośnie.
To, co robił, nie było w porządku wobec Wiciokrzewa. Wiedział o tym aż za dobrze. Ale żaden z nich nie potrzebował teraz dodatkowych problemów na głowie. Lepiej będzie, jeśli na razie Owocniaki wciąż będą uważać Osetka za zaginionego. To da mu trochę czasu na zastanowienie się, jak nie skrzywdzić ani Wiciokrzewa, ani Świetlików.
— Nie rozumiem… — wymamrotała pod nosem Gąska. — Uciekłeś z własnej woli? Co ma do tego Ziemniak? — pytała cicho, wlepiając wzrok we własne łapy, jakby bała się odpowiedzi.
— Nie… nie mogę ci teraz wszystkiego wytłumaczyć. Musisz mi zaufać, że jeszcze wam to wyjaśnię — powtarzał dalej, licząc tylko na to, że szylkretka go posłucha. To od niej zależało, czy przez następne księżyce Osetek będzie mógł spać spokojnie. — Jeśli powiesz o tym innym, tylko pogorszysz sytuację. Wywołasz niepotrzebną awanturę i spięcia! Nie chcesz tego, prawda?
Naprawdę czuł się teraz jak podły manipulator. Wykorzystywał jej dobre serce, jej niepewność. Ale co innego miał zrobić? Próbował ratować swój własny tyłek, jak i Świetliki. Jeszcze przed chwilą jeden z wojowników przekazywał mu swoją wiedzę, ufał mu, traktował go jak przyszłość tej przynależności. A teraz miałby ich bez słowa porzucać?
— Nie chcę… — przyznała niepewnie Gąska, wykrzywiając pyszczek w grymasie. Jej ogon drgnął nerwowo. — Mam nadzieję, że mogę ci zaufać… — odparła w końcu, unosząc wzrok na Osetka. — Nie zawiedź mnie.
Zielonooki skinął łebkiem, choć mięśnie wciąż miał nieprzyjemnie spięte.
— Nie zawiodę. Nie jestem taki — mruknął tylko, bardziej do siebie niż do niej.
Odwrócił się od stróżki i czym prędzej czmychnął w stronę terenów Świetlików. Dopiero gdy znalazł się z dala od Gąski, pozwolił sobie na głębszy oddech. Futro wciąż miał nastroszone, a jego łapy delikatnie dygotały. Gdzieś w tych okolicach włóczył się teraz Miodowa Kora, czekając na to, aż uczeń do niego powróci.
Gdy ponownie się spotkali, liliowemu wyraźnie kamień spadł z serca. Jego spojrzenie szybko omiotło sylwetkę młodszego.
— Spotkałeś kogoś? — zapytał, pociągając nosem. Czy wyczuł subtelną woń Owocowego Lasu na futrze ucznia?
Osetek na moment zamarł, lecz już po chwili zmusił się do mruknięcia:
— Nie. Na całe szczęście, bo musiałbym im tłumaczyć, że jestem tu sam! — rzucił, siląc się na lekki ton i subtelny uśmiech. Wyjątkowo łatwo mu się kłamało, co przeraziło go nawet bardziej, niż ta rozmowa z Gąską.
Miodowa Kora skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią, po czym bez słowa ruszył wraz z młodszym do azylu.
Osetek szedł tuż obok niego, czując, jak w jego głowie narastają wątpliwości. Ciekawe, czy w sprawie tych porozrzucanych organów już coś ruszyło.

* * *

Od razu po powrocie jego uwagę przykuł fakt, że Jarzębinowy Żar wraz z Mglistym Snem stali na podwyższeniu, omiatając wzrokiem zebrane wokół koty. Ostowa Łapa pospiesznym krokiem ustawił się obok reszty zgromadzonych i nastawił uszy, ciekaw tego, co mają im do przekazania.
Im dłużej jednak słuchał, tym większe ogarniało go przerażenie. Rysi Trop naprawdę była morderczynią i zdrajczynią. Teraz nie było już co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Widział to od samego początku, przeczuwał to – a mimo wszystko oficjalne potwierdzenie nim wstrząsnęło. Jak mogła być tak bezczelna? Nie próbowała nawet kłamać, by się wybronić. Przyznała się do winy, do swoich zamiarów i intencji. Nikt nigdy nie powinien był jej ufać. Była nie lepsza niż te klanowe koty, które gotowe były zaatakować Świetliki, nawet nie próbując ich wcześniej wysłuchać. Była zagrożeniem.

[3350 słów – trening wojownika]

[Przyznano 67%]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz