BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest (OL). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agrest (OL). Pokaż wszystkie posty

20 lipca 2024

Od Agresta

Budził się z coraz mniejszą ilością energii, mimo stopniowo wydłużającego się czasu poświęcanego na sen. Jego problemy z oddechem i zawrotami głowy tylko przybierały na sile, a drętwienie i skurcze kończyn stały się codzienną normą. Nie wiedział kiedy ani w jaki sposób, ale jedno było pewne: jego koniec nieuchronnie się zbliżał. Pogodził się z tą myślą i już nie przejmował się nią tak, jak kiedyś. Przez cierpienie fizyczne niekiedy nawet zdarzało mu się jej pragnąć. Niezależnie więc od daty wyroku natury, był na to gotowy. Nie miało to jednak zbyt wielkiego znaczenia, kiedy dostrzegał wyraźnie, że osoby obok wyraźnie nie były – jego dzieci.
Mirabelka zdawała się wszystkiemu zaprzeczać, Malinka zawsze zmieniał temat, a Migotka nagle cichła. A ostatnim, czego aktualnie pragnął, było zdruzgotanie ich swoją śmiercią. To pozostawało jego największą, a zarazem jedyną obawą.  
Zdawał sobie sprawę, że nie zdoła tak po prostu zmienić ich odczuć, ale istniała jeszcze jedna rzecz, którą mógł zrobić – postarać się bardziej oswoić ich z tą myślą. 
Przy następnej rozmowie z szylkretami podjął więc taką próbę. 
— Jest jedna kwestia, którą chciałbym z wami poruszyć — zaczął, mówiąc ostrożnym głosem. — A mianowicie fakt, że niedługo odejdę z tego świata. 
Nie musiał długo czekać na reakcję. 
Mirabelka od razu się ożywiła, cała się strosząc, a Migotka wraz z Malinką spojrzeli na ziemię. 
— Tato czy możesz proszę nie… — jęknęła najmłodsza córka. 
— Wiem, że jest to dla was trudne, ale chociaż mnie wysłuchajcie. — Spojrzał im głęboko w oczy. — Jak dla mnie unikanie tego tematu nie ma sensu, powinniście się do niego chociaż trochę przyzwyczaić. Tak będzie wam łatwiej. 
I wtedy Malinka wypowiedział słowa, które trafiły go prosto w serce. 
— Nie wiem, czy na takie coś da się kiedykolwiek przygotować — wyszeptał niemalże niesłyszalnie.
Źrenice Agresta się rozszerzyły, a on sam zamilkł na chwilę. Spostrzeżenie calico rzeczywiście zawierało w sobie jakiś element prawdy. Bardzo gorzkiej prawdy. 
Sam starszy mimo wszystkich sygnałów o zbliżającej się śmierci partnera, gdy ta wreszcie nastąpiła, ani trochę nie potrafił się z nią pogodzić. Akceptacja przyszła dopiero z czasem. Bardzo długim czasem.
— Coś w tym jest — przyznał, drapiąc się po głowie. Mimo tej całej wiedzy nie chciał myśleć w taki sposób. Nie potrafił przyjąć do siebie prawdziwej, a zarazem tak smutnej kolei rzeczy. — Ale niezależnie od tego, chciałbym podkreślić parę spraw, dopóki mam jeszcze na to szansę. — Pragnął po prostu się z nimi pożegnać. Właściwie to bolało go, iż nie mógł się spotkać z Krogulcem i Gracją, aby zrobić to samo. Jedno rozstanie nie wystarczyło do powiedzenia wszystkiego, co mógł i podzielenia się swoimi refleksjami. 
Trójka jego potomstwa momentalnie się skrzywiła.
— No dobrze, przepraszam, może to faktycznie nie jest pomocne — westchnął, nie za bardzo mając pomysł, jak sobie z tym poradzić. — Po prostu… nie zapomnijcie, że duchowo zawsze będę z wami, niezależnie od tego, co się stanie, dobrze?
— M-my z tobą też — odpowiedziała cicho Migotka.
Staruszek uśmiechnął się na to słabo.
— Dbajcie o siebie. Dbajcie o mamę. Dbajcie o Owocowy Las — poprosił z powagą. — I nigdy nie dajcie sobie wmówić, że was na coś nie stać, bo to oczywista nieprawda. Zasługujecie na wszystko, czego zapragniecie. — Patrzył na nich troskliwie. — Kocham was najmocniej na świecie i nic tego nie zmieni, jasne? 
Sapnął zaskoczony, kiedy Migotka rzuciła mu się na szyję. Po uderzeniu serca zmienił swój wyraz twarzy na łagodny i objął córkę ramieniem. Zaraz dołączył do nich Malinka, a potem jako ostatnia Mirabelka, w ten sposób tworząc jeden, wielki, czteroosobowy przytulas. 
Agrest zamruczał głośno. Był im wdzięczny.
Był z nich dumny. Był… szczęśliwy. 
— My ciebie też.

***

Wszystko zaczęło się od lęku. 
Nie rozumiał, dlaczego nagle poczuł się w ten sposób. Obecny dzień był przecież jednym z najzwyklejszych wschodów słońca. Nic nadzwyczajnego nawet nie miało miejsca – żadne zaskoczenia, żaden stres ani żadne przykrości. Nie miał nawet czym się przejmować. 
Następnie poduszki jego łap zaczęły się pocić, jak nigdy wcześniej. Wytarł je o trawę, jednak wilgoć szybko powróciła. Zrobił więc to ponownie, lecz rezultat był taki sam.
Później z kolei nadeszło coś, co już bardzo dobrze zdążył poznać – duszność. Paradoksalnie było to dla niego pocieszające. Pomyślał, że to zapewne jeden z jego „momentów, w których ma problem ze złapaniem oddechu” i niebawem wszystkie objawy znikną.
Nie mógł być jednak bardziej w błędzie.
Natychmiastowo zginął się w pół, kiedy doświadczył kolejnego symptomu. Ostrego bólu w klatce piersiowej.
Co się z nim działo? Dlaczego było to tak dotkliwe? Czy to kara za złe postępowanie? 
Akurat wtedy do legowiska weszła jego sąsiadka i najwidoczniej od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
— Agreście, wszystko z tobą w porządku?
Bicolor spojrzał na nią wielkimi oczami. 
— Boję się, Jarząb — wykrztusił z siebie, podczas gdy w jego ślepiach zalśniły łzy. Cały się trząsł. — Tak bardzo się boję.
Albinoska nie wahała się ani chwili. Wybiegła z legowiska, zapewne zamierzając sprowadzić medyka.
On z kolei przyłożył łapę do swojej klatki piersiowej, z wysuniętymi pazurami ściskając ją w tym miejscu. Potrzebował się uspokoić. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak szaleńczo bije mu serce. Dudniło ze złowrogim echem, jakby właśnie odliczało ostatnie sekundy jego życia.
Pierwszy raz doświadczał czegoś takiego. Nic z tego nie rozumiał. Nie miał pojęcia jak ani dlaczego tak się czuł. Był tak bezradny. Czemu jego własny organizm właśnie wypowiedział mu wojnę?
Nim się zorientował, po jego białym nadbrzuszu spływały ciemnoczerwone strużki krwi. Tak silnie uciskał skórę na klatce piersiowej. 
A ból nie ustępował. Piekł tak mocno, jakby we wnętrzu właściciela szalał ogromny pożar, powoli wypalając każdą z jego tkanek mięśniowych. 
Do legowiska wpadła Jarząb i Murmur wraz z trójką jego dzieci. 
— Boli cię serce, tak? — zapytała medyczka, jednak on nie był w stanie wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Coraz bardziej tracił kontakt z otoczeniem. — Agreście, proszę, daj mi znak. 
Na to staruszek pokiwał głową. 
Nie wytrzymywał tego. Miał wrażanie, jakby zaraz mógł stracić możliwość oddychania. Opadł na ziemię, nie potrafiąc już dłużej utrzymać się na łapach. 
— Proszę, spróbuj położyć się na plecach. 
Spełnił polecenie z zaciśniętymi zębami, wydając przy tym zduszony jęk. Nigdy nie czuł się aż tak okropnie. 
Przestał się orientować, co się wokół niego dzieje. Wiedział tylko, że jego pociechy są tuż obok. Nie miał natomiast pojęcia, czy aktualnie robiono mu coś z ciałem, czy nie. Czuł jedynie ból. 
Trudno jednak określić, co było gorsze – samo cierpienie fizyczne, czy lęk mu towarzyszący.
Przez to drugie z paniką zaczynał kwestionować przekonania, nabyte podczas ostatnich księżyców, a także całego życia. 
Czy wszystko załatwił do końca? O niczym nie zapomniał? Czy jego dzieci sobie poradzą? Czy Wszechmatka aby na pewno zechce wziąć go do siebie? Czy jego starania rzeczywiście były wystarczające, żeby wybaczyć mu wszystkie winy? 
Huragan pędzących myśli czekoladowego, natychmiastowo ustał, gdy wyczuł przy sobie obecność nowej osoby. Owiewającej go chłodną bryzą, pozbawionej fizycznego ciała. A jednocześnie tak bardzo mu znajomej.
Rozszerzył źrenice. 
Niemożliwe. 
Kamień…? 
„Dziękuję” – wyszeptała mu do ucha, a on po raz pierwszy od ataku duszności, potrafił całkowicie rozluźnić swoje mięśnie. Jednym słowem dała mu wszystko, czego potrzebował w tej chwili – poczucia bezpieczeństwa. Pojednał się z osobą, za którą tęsknił od tak dawna. 
Mimo przeszywającego bólu Agrest dał radę uśmiechnąć się do siebie blado. Już był spokojny. 
„Ja tobie też, Kamień” – odpowiedział jej w myślach, czując, jak zaczyna go ogarniać większe ukojenie. 
Ostatecznie uwolnił się od wszelkich uwięzi, jakie kiedykolwiek go trzymały.
Nareszcie odetchnął i pozwolił swoim powiekom się zamknąć.

***

Kiedy ponownie się obudził, nie czuł żadnego bólu. Właściwie to… nie czuł niczego. Spróbował poruszyć swoją łapą, ale ona już nie zachowywała się, jakby wciąż miała właściciela. I wtedy właśnie zdał sobie sprawę. 
Umarł. 
Ale nie umarł? 
Nadal żył.
Jego ciało nie przetrwało, ale dusza tak. 
Z niemałym zaskoczeniem odkrył, że wystarczyła jedna myśl, aby uniósł się do góry. Ujrzał Murmur i trójkę swoich dzieci z napięciem wpatrujących się w jego zwłoki. Po kolei przytulił każde z nich, mimo świadomości, że nie są w stanie tego poczuć. Będzie za nimi tęsknić. 
Następnie uniósł wzrok na niebo, próbując dostrzec na nim jakiekolwiek znak. Na razie jednak nic takiego się przed nim nie ujawniło. 
Wędrował, podążając tylko i wyłącznie za własnym przeczuciem. Jego jedynym kierunkowskazem. 
Cieszył się lekkością oraz płynnością każdego ze swoich ruchów. Wszystkie ograniczenia nagle tak po prostu zniknęły. Ból, zmęczenie i bezsilność na zawsze odeszły w niepamięć. 
I właśnie wtedy zobaczył ją. Drogę. Ścieżkę łączącą świat duchowy z materialnym. Z uniesioną głową postawił na niej swe kroki i z zapartym tchem obserwował, coraz drastyczniej zmieniający się przed nim krajobraz. To wszystko było takie niezwykłe. 
Serce niemal mu stanęło, kiedy w pobliżu wyczuł obecność Kuklika. Za chwilę również Krecik i Jaskółka ewidentnie dołączyły do bezsłownego wołania syna. 
Puścił się pędem, czując, jak ciepło oblewa całą jego duszę. Musiał być już blisko! 
Kiedy nareszcie dotarł do celu ostatecznego, doświadczył uczucia tak niesamowitego, że nie dało się go opisać nawet milionem wyrazów. Połączył się ze swoim najdroższym partnerem, kochającymi mamami i samą Wszechmatką. Stał się jednością z całym wszechświatem. Każdym jego elementem i wymiarem, doznając go w pełni. 
Szczęście, jakie teraz czuł Agrest, było bezgraniczne.

Od Agresta

*Opowiadanie poświęcone pożegnaniu Krecik*

— Babciu, babciu! — Malinka wskoczył na grzbiet Krecik, łapkami obejmując jej szyję. — Opowiedz nam jakąś historię! 
Staruszka uśmiechnęła się delikatnie. 
— Och, ja nie wiem, czy to dobry pomysł. — Łaciatą opuszką zaszurała w ziemi. — To Jaskółka jest znacznie lepsza w opowiadaniu historii. 
Calico przekręcił główkę z niezrozumieniem. 
— Ale ja chcę usłyszeć od ciebie! 
— Albo opowiedzcie coś razem! — zawtórowała Mirabelka. — Prosimy! 
— No dobrze — zaśmiała się cicho. — To co by tu wam opowiedzieć… 
Agrest przysiadł się bliżej obu mam i spojrzał na swoje kocięta łagodnie. 
— Wiecie, że wasze babcie były pierwszymi zwiadowczyniami w historii Owocowego Lasu?
Oczy dwójki zabłysły. 
— Naprawdę? — Tortie oparła łapki na przedramieniu czarnej. 
— Tak, tak — potwierdziła Krecik. — Po prostu byłyśmy dobrze wyszkolone. 
Jaskółka wychyliła się z boku partnerki. 
— I nie tylko! — zamruczała. — Wysłano nas nawet na misję zawarcia pokoju między naszą społecznością a miejscową grupą lisów! 
— I udało się wam? — Mirabelka prawie podskoczyła w miejscu. 
Zwiadowczyni drgnęła ogonem. 
Oj. Czekoladowy pamiętał, że niestety nie przepadała za tematem lisów. 
— Udało, ale to było bardzo stresujące. — Spięła się. — I ryzykowne. Mogliśmy wszyscy nie wrócić z tego żywi. Nie mieliśmy pojęcia, jak one postąpią.
Malinka mimo to zdawał się patrzyć na obie kotki z dumną. 
— Liczy się, że ostatecznie odniosłyście sukces! — wykrzyknął, prostując się z zuchwałością. — Czyli to znaczy, że możemy dzisiaj pójść się pobawić z liskami? 
— Och, nie, nie — powiedziała pośpiesznie Krecik. — Tamte lisy zdecydowały się zostać na starym terytorium, kiedy się przeprowadzaliśmy. Tutejsze nie są z nami zaznajomione. 
Dwójka kociąt wydawała się zawiedziona. 
— Wszystkie, oprócz jednego! — dodała Jaskółka. — Mój przyjaciel Piołun dotarł do nas po dłuższej chwili i z nim jak najbardziej można spędzić miło czas. Ale uważajcie! — Zniżyła ton głosu, przybierając poważny wyraz twarzy. — Odkąd rozprzestrzeniła się epidemia wścieklizny, nasz kontakt jest niestety bardzo ograniczony. Co do reszty lisów, to nawet już nie ma o czym mówić. Więc pod żadnym pozorem nie zbliżajcie się do nich samemu.
— Szkoda, że tak to się potoczyło — westchnęła Mirabelka. — Chciałabym się przyjaźnić z kimś tak wielkim. 
— A mi się już marzyła przejażdżka na którymś z nich, widok z góry musiałby być super! 
Tata dwójki parsknął śmiechem na to wyobrażenie. 

***

Krecik wraz z postępem wieku marniała mu przed oczami. Problemy zdrowotne coraz bardziej zaczęły dokuczać staruszce, a Agrest zauważał w jej oczach, przez jak wiele cierpienia musiała przechodzić. To jednak nie było najgorsze. Ostatnio oprócz typowych bóli i podatności na choroby pojawiło się… zapominanie. Zapominanie, które tylko postępowało z czasem. Zaczęło się od zwykłego gubienia myśli. Jeszcze wtedy nie wydawało się to nikomu niepokojące. Później doszło powtarzanie tych samych pytań oraz kłopot w przypominaniu sobie niedawnych wydarzeń. A potem…? Nastąpiło najgorsze. Gubiła się w obozie, jakby nigdy wcześniej w nim nie mieszkała. Nie rozpoznawała swoich bliskich, za każdym razem zachowując się, jak gdyby widziała ich po raz pierwszy. To było tak strasznie przykre.
Witka twierdziła, że czasem tak się zdarza w bardziej podeszłym wieku i niestety nie ma na to lekarstwa. Mimo to przybrany syn się nie poddawał. Codziennie ją odwiedzał, próbując dawać kotce ogrom wsparcia, jak bardzo nie bolałoby fakt, że go nie pamięta. Wnuczęta także składały wizyty czarno-białej, co chociaż trochę pocieszało ich tatę w ciężkiej sytuacji. 
Okropnie obserwowało się również Jaskółkę, która mimo sprawnego umysłu, została zmuszona do obserwowania postępu choroby partnerki. Z nią czekoladowy także starał się jak najczęściej rozmawiać, zauważając, jak bardzo to jest dla szamanki trudne. Nikomu z bliskiego otoczenia nie było łatwo. Nie zmieniało to jednak tego, że nadal bardzo kochali Krecik i nie zamierzali jej opuścić. 
Wszedł do legowiska starszyzny, uśmiechając się czule na widok byłej zwiadowczyni. 
— Hej mamo — przywitał się z ledwo słyszalną nutą smutku w głosie. Serce zawsze mu się krajało, kiedy dostrzegał to zagubienie w jej oczach. — Przyniosłem ci śniadanie. — Podsunął orzesznicę pod pyszczek kotki.
Ta zamrugała na niego tępo, po czym rozszerzyła źrenice.
— Żbiku? — sapnęła. — Nie spodziewałam się, że tu jeszcze wrócisz.
I wtedy doznał szoku. Czy Krecik właśnie… pomyliła go ze swoim „biologicznym” synem? Co gorsza, tym, który już od dawna nie żył, wygnanego po akcji Larwy przez samego Agresta?
Przełknął ślinę, zastanawiając się, co robić. Próby wyprowadzenia jej z błędu, czy przypomnienia niektórych zdarzeń, zawsze kończyły się tym, że tylko niepotrzebnie się denerwowała. Musiał więc udawać, iż rzeczywiście jest… nim. Niezależnie od tego, jak niekomfortowo się czuł, robiąc coś takiego.
— Tak, to ja. Ogromnie się za tobą stęskniłem. — Ostatnie zdanie wypowiedział wprost ze swojego serca, ale jako zupełnie inna osoba, która niestety nigdy nie zdobyłaby się na takie słowa. Jaskółka i Krecik nie miały szczęścia do tego miotu. 
Na pyszczku staruszki zakwitł delikatny uśmiech.
— Bardzo mnie to cieszy — wyszeptała. — Bałam się, że możesz już nie żyć.
Uszy bicolora natychmiast opadły. To było po prostu brutalne. Nie wiedział, że czarna jeszcze za nim tęskniła, mimo tych wszystkich… działań kocura.
— No widzisz, a ja wciąż jestem tutaj z tobą. — Drgnął ogonem. — I nawet mogę cię przytulić!
Uradowana Krecik rozłożyła ramiona.
— Och, byłoby wspaniale.
Przywódca ostrożnie objął ją obiema łapami, będąc na skraju rozklejenia się. Tak bardzo tęsknił za przybraną mamą, jednocześnie mając tuż przed sobą. Był jednak wdzięczny Wszechmatce, że przynajmniej ma jeszcze okazję ją przytulić.
— Dziękuję — zamruczała z wyraźnym wzruszeniem w głosie.

***

Wtulony w Kuklika, moczył jego futro strugami łez.
Dzisiaj nastał ten dzień. Krecik odeszła. I to tak niemiłosiernie go bolało. Przecież tyle razem przeżyli. Zaczęło się od tego, że została jego troskliwą mentorką, a końcowo to jemu przypadła rola opiekowania się nią. To, co zrobił dla mamy w ostatnich księżycach, nie było jednak ani odrobinę porównywalne do tego, ile on jej zawdzięczał. Wspierała go, gdy wymordowano mu połowę rodziny, miał problemy z treningiem, zupełnie zagubił się i stracił wiarę w siebie, był trzymany na uwięzi przez Komara, omal nie poderżnięto mu publicznie gardła, został ojcem i musiał się mierzyć z dylematami przywódcy. Czyli zawsze. Zawsze, kiedy mogła. I nawet mimo tego, jak on czasem ją traktował, nigdy z niego nie zrezygnowała. Stała się jedną z najbliższych mu osób. Jego prawdziwą mamą. 
Tyle go nauczyła przez te wszystkie księżyce. Nie tylko umiejętności praktycznych, ale także zdolności takich jak empatia, cierpliwość i większe zrozumienie dla samego siebie. Nie wspominając już o zapoznaniu Agresta z wiarą we Wszechmatkę, kiedy tego potrzebował. Zdecydowanie była jednym z najwspanialszych kotów na świecie.
A obecnie? Obecnie nie mógł już nic dla niej zrobić. Jedynie dopilnować, żeby pochowano ją z godnością.
Podszedł więc do czarnej i przy jej łapach upuścił śliski kamyczek, który okazała się trzymać w swoim legowisku. Nie zapomniała o jego prezencie.
Zaciskając oczy, dotknął rozgrzanym czołem tego zimnego, żegnając się z nią po raz ostatni. Nigdy nie przestanie jej kochać.

Od Agresta cd. Krwawnika

*Opowiadanie z dalekiej przeszłości – opis wydarzeń fabularnych i przebytej drogi do stania się przywódcą*

— Ale gdy zdałem sobie sprawę, że oboje straciliśmy kogoś z rodziny, zrozumiałem, że nie powinienem widzieć w tobie wroga.
Agrest przytaknął mu, z przejęciem przełykając ślinę.
Jego wytłumaczenie było wystarczające. W Owocowym Lesie grasowało ogromne niebezpieczeństwo i jego ofiary nie powinny oskarżać siebie nawzajem. Zamiast tego należało się wspierać. W końcu jedynie osoba, która sama straciła kogoś bliskiego w wyniku morderstwa, była w stanie zrozumieć kogoś, kto znalazł się w takich samych okolicznościach. Tego potwornego bólu nie dało się tak po prostu opisać. 
— Cieszę się, że udało ci się to zrozumieć — odpowiedział cicho. — To dla mnie ogromna ulga. 

***

Nie mógł w to uwierzyć. Osoba, która niegdyś oskarżała go o morderstwo i sama straciła swoich bliskich w jego wyniku, okazała się teraz najprawdopodobniej stać za nimi wszystkimi. Krzemień od początku miał rację. Jak Agrest mógł być tak głupi, żeby ponownie mu zaufać?
Wstrząs przeszedł przez ciało zastępcy, gdy lodowate spojrzenie niebieskich ślepi przeniosło się wprost na niego, podczas wymienienia imienia zmarłego brata. Nie. To przecież nie mogło być możliwe! To Janowiec zabił Gronostaja, sam Komar zresztą tak mu powiedział. Jakkolwiek jednak nie chciałby temu zaprzeczyć, w głębi duszy już znał prawdę. Błyskała ona z błękitnych oczu oskarżonego. To Krwawnik pozbawił życia jego brata. 
A naiwny Agrest ponownie dał się oszukać. 
Z kompletnym sparaliżowaniem obserwował rozlew krwi, plamiący każdą roślinę na środku obozu. Niegdyś idea bliska jego sercu o karaniu potworów, tym samym, co oni uczynili swoim ofiarom – właśnie teraz w całości rozpadała się na jego oczach. A końcowo zupełnie rozprysła się w powietrzu, jakby od samego początku nie miała najmniejszego sensu. Nie miała, bo na jej skutek najbardziej cierpiały niewinne osoby, a nie sam oprawca. Zwyrodnialec pozostawał na to wszystko obojętny, gdyż nie posiadał sumienia, na życiu mu nie zależało. Był nietykalny. 
Śledził wzrokiem, jak Miodunka rzuca się na mordercę jego brata, doszczętnie rozszarpując mu gardło. Pragnienie sprawiedliwości młodszego Agresta nareszcie zostało spełnione. 
Mimo to nie czuł żadnej satysfakcji. 

***

Absolutnie zdziczałe koty, obłąkane spojrzenia, pyski pełne piany, dziury izolacyjne i zapłakane oczy całych rodzin. Tak właśnie można było podsumować ostatnie księżyce w Owocowym Lesie. 
Niezadowolenie z rządów Komara rosło. Oddzielnie od bliskich, coraz więcej śmierci i stale rozprzestrzeniająca się choroba, nie stawiały go w dobrym świetle. Wszystko wydawało się pozbawione nadziei. 
Sam Agrest był przerażony całą sprawą. Błagał Wszechmatkę, żeby jeszcze nie odbierała mu Kuklika, Jaskółki, czy Krecik. Nie przeżyłby takiego rozwoju wydarzeń. Nie mógł ich stracić. Nie w taki sposób. 
Jedyne, na co nadal liczył, to pomysłowość obecnego lidera. Musiał przecież coś w końcu wymyślić… Jednak jak na ironię, tym, co przelało czarę goryczy, był rozkaz przywódcy. Rozkaz o zgładzeniu wszystkich zarażonych. 
Komar ogłosił, że ustalił to razem z zastępcami, ale z nim nikt nic nie omawiał. Ogarnięty szokiem udał się więc do legowiska lidera, domagając się wyjaśnień. 
— Komar? — zawołał niepewnie do kocura, odwróconego tyłem. — Ja rozumiem powody i całą logikę, ale czy to na pewno jest konieczność? 
— Kwestionujesz moją decyzję? — odpowiedziało mu znajome prychnięcie. 
Przełknął ślinę, zaraz jednak wbijając pazury w ziemię. Nie. Nie mógł się wycofywać po raz kolejny, kiedy już znalazł się tak blisko. Powinien w końcu zacząć zachowywać się jak prawdziwy zastępca. Walczyć za sprawy swoich pobratymców, zamiast siedzieć z podkulonym ogonem i ograniczać się do roli biernego obserwatora. 
— Kwestionuję czas jej podjęcia — zaczął, spoglądając na niego ostrożnie. — Wiem, że znaleźliśmy się w niezwykle trudnym położeniu, ale skazywać ich na śmieć tak szybko? To nie jest w porządku. 
— Szybko? — parsknął z drwiną, odwracając się do niego. — Minęła ponad pełna pora roku, odkąd Cyprys została ugryziona. Gdybyśmy zwlekali drugie tyle, to zamiast kilku dziur na chorych, mielibyśmy całą dolinę. — Strzepnął ogonem. — Jedyne co robimy, to ukrócanie im cierpienia. Przestań panikować. 
Czekoladowy westchnął ciężko. Argument z cierpieniem był jedynym, który do niego przemawiał w tej sprawie. Nie oznaczało to natomiast, że mu się podobał. 
— Czyli Witka jest pewna, że nie ma dla nich żadnego ratunku…? — zapytał cicho, nadal mając w sobie krztę nadziei. 
Przywódca aż zjeżył się z frustracji. 
— Tak, czy wy wszyscy jesteście głusi? — syknął. — Ile razy mamy to jeszcze powtarzać? 
Bicolor zamilkł, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie dało się walczyć o coś, nie mając lepszej propozycji na rozwiązanie problemu. Mimo to tak bardzo chciał w jakikolwiek, nawet najmniejszy sposób ulżyć osobom zmagającym się z niedługą utratą swoich najbliższych. Tylko jak…? I wtedy wpadł na pomysł. Pomocny w minimalnym stopniu, lecz zawsze lepsze to, niż nic. 
— To może przynajmniej dajmy rodzinom trochę więcej czasu na pożegnanie? — podsunął. — Bo zakładam, że chcesz rozpocząć tę akcję jutro, prawda? Więc może dajmy im jeszcze parę wchodów słońca. Tak będzie wszystkim łatwiej, można nawet zrobić jakieś święto na cześć żegnanych kotów. I wtedy każdemu ułatwimy oswojenie się ze stratą. 
Komar skrzywił się wyraźnie, po części wydając się widzieć w Agreście swojego przeciwnika, po części zwykłego głupca. 
— Nie bądź śmieszny. To wywoła jeszcze więcej emocji, których nadmiaru aktualnie nie potrzebujemy. — Położył po sobie uszy. — A teraz wyjdź, skończyłem już z tobą rozmawiać. 
Uniósł brwi, aby za chwilę je zmarszczyć. Dlaczego do niego nic nigdy nie dochodziło? Miał już dość tego, że każdą propozycję wychodzącą od kogoś innego, kocur traktował jako jakiś personalny atak. 
— Nie — wykrztusił, napinając swoje mięśnie.
Lider gwałtownie obrócił głowę w stronę zastępcy, wyglądając, jakby miał ochotę wyrwać mu język. Zamiast tego, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, niebieski zaczął powoli zbliżać się do swojego rozmówcy. W jego ślepiach płonął gniew. 
Każdy włosek sierści czekoladowego stanął dęba. Co on zamierzał zrobić?! 
W pewnym momencie znalazł się na tyle niebezpiecznie blisko, że Agrest z przestrachu aż cofnął się o krok, omal nie spadając z topoli. 
— Jak ci mówię, że masz mi zaufać, to masz mi zaufać, a nie nagle zachowywać się jak twój tchórzliwy ojciec — splunął z pogardą. — Zrozumiano? Powinieneś być mi wdzięczny, że mam do ciebie jeszcze cierpliwość. 
Bicolor mocno zacisnął szczękę, przypominając sobie, czym jeszcze niebieski mógł mu zagrozić. Walka z nim w jego przypadku nigdy nie oznaczała wygranej – jedynie brutalne rozgrzebywanie starych ran. 
Pokiwał głową pokonany. 
— Doskonale — zamruczał Komar, wtem uśmiechając się szeroko. — Widzimy się jutro. — Wyminął zastępcę, końcówką ogona przejeżdżając po jego boku. 
Agrest spuścił wzrok na swoje łapy, pozostawiony samotnie w legowisku. 
Był bezsilny.

***

Bezradnie opadł obok Krecik, aktualnie spożywającej wychudzoną nornicę. 
— Przepraszam mamo — wyszeptał — nie udało mi się go przekonać. Tak mi przykro z powodu Żurawinka i Maczek. 
— Nie winię cię — odpowiedziała mu ledwo słyszalnie, wpatrując się w ziemię. — Nazajutrz się z nimi pożegnam. Dzisiaj… jeszcze nie jestem w stanie. 
Serce Agresta boleśnie się ścisnęło. Obserwowanie jej w takiej sytuacji było okropne. 
— Rozumiem — wydusił z siebie, niepewnie kładąc ogon na plecach mentorki. Miał nadzieję, że to da jej chociaż odrobinę otuchy. 
Od tego momentu pozostali w przygnębiającej ciszy, rozmyślając o przyszłości Owocowego Lasu. Przyszłości, która nie malowała się dobrze. 
— Czasy rządów Komara zbliżają się ku końcowi — przerwała milczenie czarna, podczas gdy jej syn uniósł głowę, zaskoczony. — Będziesz wolny.
Czekoladowy mimowolnie skrzywił się na tę myśl. Nie chciał jeszcze zastanawiać się nad tym w… taki sposób. 
— Tak…? — Spojrzał na nią pytająco. Miał dziwne wrażenie, że do czegoś dąży. 
— Nikt już nie może cię uwięzić na wysokim stanowisku — stwierdziła, rozglądając się na boki. — Więc po prostu zastanawiam się… czy wtedy zamierzasz zrezygnować? Bo chcę, abyś pamiętał, że jak najbardziej masz taką możliwość i to nie jest żaden powód do wstydu. — Widząc, jak zupełnie oniemiał na jej słowa, Krecik zamyśliła się na chwilę. — To może inaczej. Czy władza jest naprawdę tym, czego pragniesz? 
Zastępca poruszył się nerwowo. Zadawała zbyt trudne pytania, żeby tak zwyczajnie… znał odpowiedź od razu. To wszystko było skomplikowane. 
— Nie wiem — przyznał szczerze, o włos unikając zakrztuszenia się. — Myślę, że chciałabym móc zmienić parę rzeczy, będąc z boku. A może bardziej dopilnować, aby nie dopuszczono do kolejnych masakr. — Przełknął ślinę. Przez to wszystko, co działo się podczas rządów Komara, czuł się brudny. Ledwo miał cokolwiek do powiedzenia, ale i tak uznawał się za współwinnego. — Nie muszę przecież być od razu przywódcą, prawda? 
Mama przytaknęła mu skinieniem. 
— Lecz to tylko jeśli skład byłby normalny! — sprostował szybko. — Przynajmniej jedna osoba miła. Nie wytrzymałbym kolejnego Komara — zarzekł się, mimo wszystko czując gorzki posmak w ustach. 
— To się jeszcze zastanów, dobrze? — Mentorka przeniosła na niego zatroskany wzrok. — Widzę, że się wahasz. 
— Dobrze — obiecał, przyznając jej rację. W jego umyśle zaczęły pojawiać się mroczniejsze wizje noszenia takiej odpowiedzialności. Zaraz jednak gwałtownie pokręcił głową. Miał jeszcze czas, żeby nad tym wszystkim pomyśleć. Obecnie powinien przejść do innego tematu. — Hej, Krecik? 
W oczach zwiadowczyni pojawiła się iskra ciekawości. 
— Tak? 
Spod swojego futra wyciągnął okrągły, biały kamyczek, który zabrał z myślą o niej. Niby nic wielkiego, ale chciał nareszcie jakoś inaczej wyrazić swoją wdzięczność, niż samymi słowami. 
— To dla ciebie. — Nieśmiało przysunął otoczaka w kierunku kotki. — Nie wiem, czy ci się podoba, ale zobaczyłem go potoku, zaraz rytuale oczyszczania, i jakoś skojarzył mi się z tobą. Ja… po prostu chciałbym wyrazić, jak bardzo jestem ci wdzięczny. Za wszystko. — Uniósł na nią łagodny wzrok. — I pomyślałem, że może to byłby dobry pomysł, żebyś o tym nie zapominała? Ale oczywiście mógłbym spróbować znaleźć też coś znacznie lepszego! — Zakłopotał się, bo jego prezent nie był najbardziej niespotykanym przedmiotem na ziemi. Jeju, mógł z tym jeszcze poczekać! 
— Jest śliczny — westchnęła z rozmarzeniem, przerywając każdy, natrętny szept w jego głowie. Łapą przetarła swoje oczy, błyszczące ze wzruszenia. Wyglądała na szczęśliwą. — Dziękuję ci Agreście, naprawdę ci dziękuję. 
Ciało bicolora otuliło przyjemne ciepło. 

***

Nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że Komar pod osłoną nocy wykonał swój okrutny wyrok na zarażonych. Zrobił to bez wiedzy praktycznie nikogo. Łącznie z samym Agrestem oraz Fretką. I to wszystko nim rodziny zdążyły pożegnać się ze swoimi bliskimi, nim cały Owocowy Las dał radę przyzwyczaić się do myśli o stracie współbratymców. Niebieski oszukał ich wszystkich. 
Niemal zachwiał się na własnych łapach, widząc martwe ciało przywódcy. Okazało się, że on także poniósł śmierć podczas tej straszliwej nocy, zapewne walcząc z którymś skazanym. Futro miał posklejane z krwi, pysk pozbawiony charakterystycznego grymasu. 
Zastępca czuł się całkowicie choro, spoglądając na jego zwłoki. Nienawidził siebie za to, że główną emocją, jaka aktualnie w nim wrzała, było… zranienie. W końcu to lider odkrył przed wojownikiem prawdę o Janowcu, uwolnił go spod szponów ojca i czasowo rozmowy z nim stały się dla niego jedyną ucieczką od brutalnej przeszłości. Później współpracowali przez wiele księżyców i mimo że w tych dalszych bicolor zdecydowanie miał niebieskiego coraz bardziej dość, to… nadal był do niego w dziwny sposób przywiązany. Dopiero teraz zdawał sobie z tego sprawę. I przeklinał się za to, że kiedykolwiek mu ufał oraz w niego wierzył. 
Komar tyle razy deklarował, że jest inny od Janowca. Lepszy, jako jedyny mogący uratować Agresta od pójścia w jego ślady. Ciekawe jednak, czy nadal pamiętał o swojej nienawiści do zbrodniarza, kiedy wyśmiewał się z wojownika, szantażował go i zlecał innym zabójstwa. Albo kiedy zdradzał ich wszystkich, stając się masowym mordercą? Cóż za zaskoczenie, że wszystkie działania niebieskiego okazały się charakteryzować także jego własny antyautorytet. Najwidoczniej nie różnili się od siebie aż tak bardzo. 
Agrest prychnął, kopiąc na zwłoki opadły przy nich pył. 
Oboje byli siebie warci.

***

— Pozostała jeszcze jedna kwestia. — Jaskółka przeleciała po obu z nich wzrokiem. — Kto teraz zostanie nowym przywódcą?
Fretka odezwała się natychmiastowo. 
— Ja nie dam rady — wychrypiała z bólem — nie teraz.
W jednej chwili cała uwaga przeniosła się na wojownika, który zupełnie nie spodziewał się takiego obrotu zdarzeń. Przecież… to zawsze zwiadowczyni bardziej zależało na tym wszystkim. A teraz, skoro nawet ona nie chciała… czy to oznaczało, że on nim musi zostać? Poczuł, jak na barki opada mu ciężar. 
Zdezorientowany zamrugał na czarną.
— Będę cię wspierać na każdym kroku, Agreście. Obiecuję. — Schyliła przed nim głowę. — Ale ostateczna decyzja należy do ciebie.
Czekoladowy spoglądał to na liliową, to na czarną. Widział tę nadzieję błyszczącą w ich oczach. Czy był jednak gotowy, żeby wziąć na siebie taką odpowiedzialność? Nie miał pojęcia. Wiedział natomiast, iż chciałby pomóc. Jaskółce, Fretce i całemu Owocowemu Lasowi. Obecnie chyba każdy miał już dość liderów, którzy albo ignorowali tragedie, albo sami do nich dopuszczali. Gdyby to on rządził, mógłby osobiście dopilnować, żeby już nigdy więcej coś takiego nie miało miejsca. 
Z drugiej strony, co jeśli doprowadziłby do nich przez własną niekompetencję? 
— Myślisz, że naprawdę mogę być w tym dobry? — Zatrzymał wzrok na przybranej mamie. 
— Szczerze uważam, że tak. Miałeś trudne zarówno dzieciństwo, jak i dorosłość, Agreście. A mimo tego, zawsze udało ci się podnieść. Podnieść i nie zabłądzić na dobre w mroku, który nieraz cię otaczał. — Położyła mu łapę na ramieniu. Jej dotyk dodał mu odwagi. — Widzę także, jak bardzo się starasz, aby stać się najlepszą wersją siebie i to doceniam. Naprawdę to robię. — Przeniosła spojrzenie na Fretkę. — A jeśli się zdecydujesz, my pozostaniemy u twojego boku, kiedy będziesz się wszystkiego uczył. Nikt nie jest od razu mędrcem. 
Uśmiechnął się do Jaskółki z wdzięcznością. Powiedziała mu wszystko, czego potrzebował usłyszeć. Przywództwo może i nigdy nie było jego przeznaczeniem, ale póki miał przy sobie wsparcie oraz pomoc ze strony bliskich – mógł na siebie wziąć tę rolę. A przynajmniej spróbować. Owocowy Las potrzebował kotów, które nareszcie prawdziwie się o niego zatroszczą. 

***

Jaskółka ogłosiła go nowym liderem społeczności, a jej członkowie zaczęli skanować jego imię. 
Z determinacją uniósł głowę w stronę nieba. 
Nie był Janowcem. Nie był Komarem. Nie był Brzoskwinką ani Błysk. Nie zamierzał w najmniejszym stopniu podążać ich ścieżkami. 
Teraz nastały jego czasy.

Od Agresta

*Opowiadanie z dalekiej przeszłości – opis ewolucji jego wiary i domknięcie wątku z Janowcem*

— Często mam problem z kontrolowaniem złości — przyznał się Agrest, podczas jednego ze spotkań wyznawców Wszechmatki, gdy rozmawiali w mniejszych grupkach. — Czy jest coś, co mógłbym z tym zrobić? Czasami boję się, że któregoś dnia po prostu nie wytrzymam i rzucę się na któregoś z tych irytujących liderów na skale. 
— Myślę, że praca z oddechem mogłaby pomóc w takich sytuacjach — stwierdziła Jaskółka, owijając ogon wokół łap. 
— Czy to byłoby coś podobnego do moich ćwiczeń na obniżenie stresu? — Krecik przechyliła głowę. 
— Tak! Właściwie to ta sama technika, w obu przypadkach po prostu chodzi o rozluźnienie mięśni — potwierdziła. — Tata mnie jej nauczył, pomaga na każdego rodzaju spięcie w ciele. 
Czekoladowy przyjrzał się jej uważniej. 
— Czyli co mam zrobić? 
— Najpierw weź głęboki wdech i jednocześnie policz w myślach do trzech. Zatrzymaj go na trzy uderzenia serca, a potem zrób długi, powolny wydech, licząc do sześciu. 
— Ja czasem także potrzebuję powtórzyć to kilka razy, żeby zadziałało — dodała jego niegdysiejsza mentorka. — Niektórym pomaga również zamknięcie oczu podczas. 
Wyraźnie niepewny, lecz skupiony zastępca starał się jak najlepiej wykonać ćwiczenie. Nabrał powietrza w płuca i przymknął ślepia. Mimo tego nadal czuł na sobie wzrok obu kotek, które wpatrywały się w niego z nadzieją. Zaraz, czy on policzył do trzech? Czy to one na początku miały tego pilnować? Niepewny otworzył jedno oko, by ujrzeć obie przybrane mamy, spoglądające na niego wyczekująco. Kurcze, to chyba on miał to liczyć! Chwila, ile minęło, odkąd nie zrobił wydechu? Ta cisza go stresowała… 
Wypuścił powoli powietrze, nie chcąc się już dłużej kompromitować. Właściwie to czuł się mniej zrelaksowany, niż przed rozpoczęciem tego ćwiczenia… 
— Trochę za szybko skończyłeś, ale jak na pierwszy raz to nieźle! — skomentowała brązowooka, zaraz marszcząc brwi. — Jedyne co mnie martwi, to wyraz twojego pyszczka, który teraz wydaje się bardziej zmartwiony. 
Bicolor przybrał minę, jakby właśnie został złapany na gorącym uczynku. 
— Wydaje ci się tylko, haha! 
Krecik w odpowiedzi na te słowa posłała mu jednak tak przejęte spojrzenie, że od razu przedarła się przez jego fasadę. 
— Uch, no dobrze! — odezwał się sfrustrowany. Przy nich nie mógł uciekać się do kłamstw, chroniących jego wizerunek. — Po prostu… zestresowało mnie to. Nie wiem, czy dobrze policzyłem, starałem się, ale jakoś w trakcie się rozproszyłem i nie wiem! Za bardzo byłem świadom wszystkiego dookoła, a może właśnie jego braku. Taka cisza mi chyba nie służy. 
Jaskółka położyła łapę na ramieniu kocura. 
— Wiesz, to liczenie uderzeń serca jest bardziej, by pomóc ci odmierzyć optymalny czas. Nie oznacza to, iż absolutnie musisz się tego kurczowo trzymać — wyjaśniła, pocierając jego sierść. — Możesz to robić bardziej na wyczucie. To też nie jest tak, że natychmiastowo będziesz wykonywać wszystko perfekcyjnie. Czasem potrzeba trochę czasu, by się przyzwyczaić i nabrać wprawy. 
Wielkimi oczami rozglądnął się po obu kotkach. 
— Naprawdę? 
Zwiadowczyni nieśmiało przytaknęła. 
— Tak, mi też trochę zajęło, nim odczułam zmianę. 
Przybrany syn partnerek, uśmiechnął się do nich z ulgą. 
— Dobrze. W takim razie nie warto się teraz poddawać, spróbuję — zadeklarował, pochylając łebek z szacunkiem. — Dziękuję. 

***

Z biegiem czasu rzeczywiście nabierał wprawy w tych ćwiczeniach oddechowych. Postępy co prawda robił powoli, ale liczyło się to, że nie stał w miejscu. Nie miał jednak jeszcze szansy wypróbować ich w praktyce, wobec czego pojawiało się pytanie, w jakim stopniu wtedy faktycznie mu pomogą. 
— Agreście, ja wszystko słyszałem. — Serce zastępcy chwilowo stanęło. Co takiego mógł usłyszeć? Obrócił głowę zaskoczony, by zobaczyć Ślimaka, wypinającego dumnie pierś. — Ja doskonale wiem, jak ci pomóc. 
— Pomóc? W czym? 
Point uśmiechnął się z zadowoleniem. 
— W kontrolowaniu twojej irytacji! Wynalazłem świetną metodę, wymyśloną specjalnie dla ciebie! 
Bicolor zmarszczył brwi skonfundowany. Od kiedy Ślimaka interesowały takie rzeczy? Zawsze wydawał się mu… bardziej przyziemny. Aczkolwiek skoro wpadł na jakiś rewolucyjny pomysł, to wojownik był chętny go wysłuchać! 
— No dobrze, to na czym ta metoda polega? 
Czarny w odpowiedzi nachylił się niebezpieczne blisko niego i… wyrwał mu kawałek futra! 
Czekoladowy natychmiastowo cały się najeżył. 
— Co ty robisz! — wrzasnął z oburzeniem. — To niby ma mi pomóc?! 
— Jak najbardziej! Teraz musisz się tylko uspokoić i odniesiesz sukces! — Uniósł ogon. — To perfekcyjny test twoich umiejętności w praktyce.
— Nie ma mowy! — krzyknął w odpowiedzi, nieskutecznie zamachnąwszy się na kocura, próbując odebrać mu fragment wyrwanej sierści. — Oddaj mi to, to moje! 
Pointowi przez cały czas udawało się jednak robić zwinne uniki, tym bardziej działając na irytację bicolora. Czy on naprawdę musiał być taki szybki?
— Agreście, nie rozumiesz! Ja tylko uczę cię relaksacji w praktyce, zaufaj mi. 
— Wyrywanie mi futra uważasz za trening relaksacyjny?! — Skoczył na niego ponownie, jednak tym i razem zrobił to za wolno. — Oddawaj!
Wtedy zwiadowca zerknął w bok, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym zaczął biec. Zastępca rzucił się za nim w pogoń, głośno przy tym warcząc. Na jego nieszczęście smukła sylwetka natychmiastowo wskoczyła na najbliższe drzewo i wspięła się na jedną z wyższych gałęzi. 
Wojownik fuknął na ten widok, oburzony. Przecież nie będzie jak głupiec wchodzić na taką wysokość! 
— Wybacz, ale musiałem zastosować środki bezpieczeństwa — zawołał Ślimak z góry. — Nie najlepiej idzie ci ten pierwszy dzień szkolenia… 
Cały się najeżył. 
— Bo twoje pomysły na to są idiotyczne! 
— No widzisz, przez to, że mnie oceniasz, tylko niepotrzebnie się denerwujesz. Skup się na ćwiczeniach odprężających. Na pewno w końcu ci się uda! 
Agrest wydał z siebie gniewny ryk. Jeśli nie chciał latać za kocurem, jak za zbyt prędkim zającem, musiał się poddać i przynajmniej stworzyć pozór, że już się uspokoił. Zamknął oczy, oddychając głęboko i jednocześnie planując w myślach straszliwą zemstę. Co za bezczelność! 
— I jak, czujesz już różnicę? 
— Tak, ogromną — parsknął sarkastycznie. 
— No widzisz! — Uśmiechnął się szeroko czarny, najwidoczniej nie wyłapując ironii. — I teraz możesz każdemu się pochwalić, że dzisiaj jesteś zwycięzcą! Schodzę do ciebie! 
Czekoladowy uniósł brwi, nie mogąc uwierzyć w tego kolesia. Z tej całej jego durnowatości zagubił się, czy nadal ma ochotę warczeć, czy raczej zasłonić swoją twarz z zażenowania. 
Ślimak wreszcie pojawił się przy nim, na co zastępca natychmiastowo wyrwał swoją sierść z jego łap. To doświadczenie było straszne. 
— Jeszcze chyba nad cierpliwością powinieneś popracować. — Zamrugał na niego zaskoczony. — Ale przynajmniej zaliczyłeś pierwsze zadanie. 
Wojownik prychnął pod nosem, mimo wszystko teraz mając ochotę chichotać. Lekcja z dzisiaj: nigdy nie ufaj pomysłom Ślimaka. 

***

— Czy tamto „coś złego, co zrobiłeś” ma związek z Komarem? — zapytała go Krecik po jednym z zebrań, gdy już oddalili się od reszty. 
Bicolor omal nie zakrztusił się powietrzem. 
— Nie jestem jeszcze gotowy, aby o tym rozmawiać — wydusił, nieświadomie zaczynając kręcić kółka końcówką ogona. 
— Czy on cię szantażuje? — Zmarszczyła brwi. — B-bo przysięgam, że jeśli to robi t-to pójdę do niego i mu powiem, że ma zostawić w spokoju mojego s-syna. 
— Nie idź do niego! — krzyknął od razu, rozszerzając źrenice. 
Sama myśl o czarnej biorącej udział w tej sprawie, już przyprawiała go o ciarki. Nie chciał, by się narażała na gniew lidera, a szczególnie tak nieprzewidywanego jak niebieski. Jemu samemu na pewno również by się dostało. Możliwe nawet, że przywódca obrałby najboleśniejszą drogę, aby pozbyć się kotki i powiedziałby jej prawdę. Agrest straciłby ją już na zawsze. 
— Ja mam wszystko pod kontrolą, nie ma potrzeby, abyś interweniowała — dodał spokojniejszym, jednakże ochrypłym głosem. 
— Przecież widzę, że coś jest nie tak — upierała się Krecik. — Nie musisz przede mną udawać. 
— To najwidoczniej źle widzisz. — Odwrócił się od niej, chcąc jak najszybciej ulotnić się z tej konwersacji. 
Naprawdę nie zamierzał jej odrzucać, ale ona… zwyczajnie nie dawała mu innego wyboru, prawda? Nie chciał wchodzić w ten temat, a nadal naciskała, więc musiał jakoś jej uniknąć! 
— I znowu robisz to samo co poprzednio — głos mentorki się załamał. — Znów przede mną uciekasz. A myślałam, że… że zrobiliśmy jakiś postęp. Co mam zrobić, żebyś wreszcie zrozumiał, iż nie musisz nikogo zgrywać w moim towarzystwie? 
To zabolało. Wydawało mu się, że dostrzegała to jak się zmienił, jak zaczął pracować na swoje dobre imię. Tak bardzo pragnął, żeby to dostrzegała. A ona obecnie zaprzeczyła temu wszystkiemu. 
— Zrobiliśmy postęp! Zrobiliśmy…! — bronił się, bo naprawdę w to wierzył. Tylko w tym jednym temacie nie posunął się do przodu… A we wszystkim innym już aktywnie starał się poprawić. — Tylko ja po prostu… nieważne. 
Krecik odwróciła wzrok, po czym wykrztusiła:
— Ciężko mi jest go dostrzec, gdy po raz kolejny za wszelką cenę unikasz ze mną rozmowy. 
Uszy natychmiast mu opadły, a żołądek skręcił się w bolesnym uścisku. 
Tak bardzo chciał jej udowodnić, że się myli, tak bardzo nie chciał jej smucić. Ale to wszystko było okropnie skomplikowane, czego jego mama nawet nie mogła zobaczyć. Niewiedza sprawiała, iż nieświadomie grzebała w głębokim, pełnym brudu i najprawdopodobniej śmiercionośnym bagnie, myśląc, że zamacza łapę w płytkiej sadzawce. 
— Bo ty nie rozumiesz! Nie rozumiesz, więc bez sensu jest–! Bez sensu jest w ogóle to poruszać! — wykrzyknął na swoje usprawiedliwienie. 
— To mi to wytłumacz! — sapnęła błagalnym tonem. Nie zamierzała się wycofywać. Nie tym razem. — Jedyną przyczyną mojego zdezorientowania jest to, że ukrywasz przede mną fakty. — Stanęła na wprost przybranego syna. — Nie musisz się wstydzić, jeśli nie potrafisz sobie z nim poradzić. Jak tylko mi powiesz, o co chodzi, to na spokojnie wszystko omówimy i jakoś spróbujemy cię stamtąd wyciągnąć — obiecała, patrząc mu prosto w oczy. — Dlatego też chciałam cię zachęcić do filozofii Wszechmatki. Żebyś dostrzegł, iż można inaczej rozwiązywać problemy. Razem. 
Agrest spuścił głowę.
Nie był w stanie już dłużej się z nią nie zgadzać. Miała oczywiście rację przez cały ten czas, jednak on tak straszliwie się bał. Tak potwornie się bał, jak przystało na potwora, iż ją straci, że… po prostu nie mógł. Nie, nie, nigdy przenigdy… 
— Znienawidzisz mnie jeśli ci powiem! — wyjęczał, mając nadzieję, że w końcu odpuści. — Więc proszę– proszę przestań. 
— Po prostu powiedz mi. Nie jestem przecież niewyrozumiałą osobą, nie wierzę, że cokolwiek mogłoby zmienić–
Wbił pazury w podłoże. 
— To się mylisz — stwierdził gorzko — przerazisz się mnie. 
Mentorka westchnęła ciężko. 
— Proszę, zlituj się — wezwała błagalnym tonem. — Ja naprawdę teraz jestem bardziej przestraszona, bo nie wiem, o co chodzi. Nie wiem, jak ci pomóc! 
Agrest zacisnął mocno oczy. 
Słuchanie tego sprawiało mu fizyczne cierpienie. Była tego wszystkiego taka pewna, że aż miał ochotę jej uwierzyć. Chciała mu pomóc, lecz kompletnie nie wiedziała, o czym mówiła. Okropnie się czuł, widząc, jak się o niego troszczyła, nie mając świadomości, że on–
Z całej siły ścisnął ziemię, znajdującą się pod jego poduszkami. 
Nie był w stanie już dłużej wykorzystywać jej dobrego serca.
— To ja go zabiłem — wykrztusił.
Zapadła cisza. 
— Nie rozumiem. — Usłyszał tylko lekko drżący głos.
Otworzył na to powieki, spoglądając prosto w jej zdezorientowane ślepia.
— To ja zabiłem Janowca — wychrypiał, tym razem znacznie bardziej zdecydowanie. Miał dość udawania. — Żadnego Nocniaka tam nie było. Tylko ja i Komar.
Krecik w kompletnym szoku mrugała na niego przez dłuższą chwilę, a jej pysk z każdym momentem przebierał wyraz coraz większego zrozumienia dla całego kontekstu sytuacji, w jakiej on się znalazł. Wszystkie wcześniejsze słowa zastępcy w jednym uderzeniu serca nabrały perfekcyjnego sensu. Po przetworzeniu tej informacji, ku jego zaskoczeniu, w oczach czarnej zabłysł… czysty smutek. 
— Och, Agreście — wyszeptała, wyglądając bardziej nieszczęśliwie niż kiedykolwiek — co ty sobie zrobiłeś.
Łzy mimowolnie zaczęły napływać mu do oczu. Nienawidził siebie za to wszystko. Nienawidził jej za to, że nawet nie wydawała się być na niego zła. Czy to oznaczało, iż koty w Owocowym Lesie popierały takie zachowania? Było to dla nich normalne i zrozumiałe? Tak przecież nie powinno być! 
— Nie wiem! — wyjęczał, mając wrażenie, jakby jego szalejące myśli, miały zaraz go wysadzić. — Dowiedziałem się, że to on stał za tymi wszystkimi morderstwami! I potem zaczął mi rozkazywać, iż nie mam nikomu tego mówić, bo… bo tylko on ze mną zostanie do końca. Tylko on jest w stanie kochać kogoś takiego jak ja — zaskrzypiał, ze wstydem nisko pochylając głowę. — I wtedy… wtedy jakby wszystko we mnie nagle zapłonęło. Byłem tak wściekły. Zaczęliśmy się bić i… w taki sposób się skończyło.
Jego mentorka milczała zarówno w trakcie jego opowieści jak i po jej zakończeniu. Agrest spojrzał na nią niepewnie. Co ona teraz z tym zrobi? Zignoruje, znienawidzi mordercę, doniesie innym, przestanie się odzywać, już nigdy nie spojrzy w jego stronę?
Cały zadrżał.
Bał się odpowiedzi.
— Potrzebuję… potrzebuję czasu — powiedziała w końcu, ledwo słyszalnie. Starła mokrą strużkę ze swojego policzka. — Muszę– muszę to wszystko przemyśleć.
Agrest miał wrażenie, jakby właśnie ktoś dźgnął go kawałem lodu prosto w serce.
Z gulą w gardle patrzył, jak oddaliła się w swoją stronę. Chciał za nią krzyczeć, błagać, żeby przynajmniej pozwoliła mu się z nią pożegnać, ale nie był w stanie.

***

Ostatnie wschody słońca były jednymi z najgorszych w jego życiu. Tak bardzo przerażało czekoladowego to, co wydarzyło się po spotkaniu wyznawców Wszechmatki. Czy jego mama rzeczywiście mówiła prawdę? Czy rzeczywiście potrzebowała przerwy? Czy może jednak tym sposobem chciała zakończyć z nim relację, nie sprawiając mu natychmiastowo przykrości? 
Nie minęło nawet ćwierć księżyca, a on już za nią tęsknił, jakby nie widział jej co najmniej przez kilkanaście pór roku. Tak bardzo pragnął się do niej przytulić, nawet jeśli miałby być to ten ostatni raz. Przynajmniej zamienić jedno słowo i na zawsze zniknąć z jej życia. Pożegnać się i przekazać jak wiele dla niego znaczyła. 
Szanował jednak mentorkę za bardzo, żeby sprzeciwiać się jej prośbie, kiedy jasno powiedziała mu, że potrzebuje czasu. Nie śmiałby się tak narzucać czarnej, bez względu na to, jak bardzo tego chciał. 
Pozostało mu więc tylko czekać. Czekać, a potem pogodzić się z jej decyzją, niezależnie jak trudna dla niego by ona nie była. To on tutaj zawinił, nie ona. 
— Agreście, chciałabym z tobą porozmawiać. — Prawie podskoczył w miejscu, słysząc znajomy głos. Już dokonała wyboru? — Masz teraz czas? 
Bicolor przełknął ślinę. 
— Tak, oczywiście — odparł pośpiesznie, zaraz podążając za nią w kierunku Owocowego Lasku. Miał ochotę rzucić jakimś niezręcznym żartem, byleby tylko odwrócić swoją uwagę od tego, co miało się niebawem okazać. Jego gardło obecnie było jednak zbyt ściśnięte, żeby wydać z siebie choćby najcichsze skomlenie. 
— Najpierw chciałbym ci podziękować za cierpliwość — Uśmiechnęła się niepewnie Krecik, kiedy usadowili się w ustronniejszym miejscu. — Potrzebowałam sobie ułożyć to wszystko w głowie. I doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie… — Serce zastępcy momentalnie stanęło. Nie jest w stanie… co? Dłużej na niego patrzeć? Więcej z nim rozmawiać? Widzieć w nim coś innego poza potworem? Nie nienawidzić go? — Ja nie jestem w stanie być na ciebie zła. 
Kocur rozszerzył powieki, nieumyślnie wydając sapnięcie z zaskoczenia. 
— Nie wiem, jak to świadczy o mnie moralnie, lecz ja tobie nie mam nic do wybaczenia. Nie mam, bo to nie mnie to najbardziej skrzywdziło. Nie potrafię mieć żadnej urazy, widząc, że to ty najbardziej ucierpiałeś przez swoje działania — wydyszała, patrząc się na niego z ogromną dozą współczucia. — Kocham cię jak mojego syna i przykro mi, że to w ten sposób się potoczyło. 
Agrest natychmiastowo się do niej przytulił, już czując pieczenie ślepi. Nie wierzył, że rozwiązało się to w ten sposób, ale tak bardzo potrzebował takich słów. Nareszcie czuł się przez kogoś widziany i zrozumiany. Kochał Kuklika za wszystko, co dla niego zrobił, ale przy nim za bardzo miał wrażenie, że ten go po prostu idealizował. Krecik natomiast? Dostrzegała wszystkie kawałki duszy syna i mimo to go akceptowała. 
Wtulił się jeszcze bardziej w krótkie futro mentorki i powoli wypuścił z siebie długo wstrzymywane powietrze. Tak bardzo mu ulżyło. 
Naprawdę się o niego troszczyła. Naprawdę go kochała. 
— Nadal myślisz, że Wszechmatka mi wybaczy…? — wyszeptał w jej futro po dłuższym momencie. 
Mama delikatnie chwyciła jego ramiona i lekko odsunęła od siebie, żeby móc spojrzeć mu w oczy.
— Nie jestem w stanie niczego zagwarantować — odparła łagodnie. — Ale na pewno nie jest to nieosiągalne, masz w końcu dobre serce. To się liczy najbardziej. Właściwie… Jaskółka ostatnio wspominała, że będzie odprawiać rytuały oczyszczenia. Dla kotów, które poszukują szansy na odkupienie.
Oczy wojownika zabłysły.
— Czyli ja się na to kwalifikuję, tak?
Krecik objęła go ogonem, patrząc na syna z czułością, ale i ziarnem smutku. 
— Tak myślę.
Bicolor uniósł uszy do góry.
Nie wszystko jeszcze było stracone.

***

Jaskółka dowiedziała się wszystkiego i na szczęście zgodziła się mu pomóc. 
Siedział teraz nią, obserwując jej ruchy z zainteresowaniem. Mimo ciekawości trochę się stresował. Zjadł przed chwilą grzyby mające otworzyć jego umysł na własną podświadomość. Tylko czy to wszystko było bezpieczne? Co jeśli jego podświadomość będzie dla niego okrutna? Nie był zresztą pewien, czego powinien się spodziewać po całym obrządku. Szczególnie że przechodził go jako pierwszy ze wszystkich wyznawców. 
Czarna zamoczyła łapę w jednej z mikstur, sporządzonych wcześniej za pomocą owoców lub płatków kwiatów i kropli wody. Wysunęła łapę w kierunku jego policzka, nakładając na niego wilgotną substancję. 
— Wyciąg z fioletowego hiacynta na znak bólu i skruchy za wyrządzone czyny. 
Zadrżał na kontakt swojej skóry z chłodnym preparatem, który teraz oblepił kosmyki grubego futra.
— Wyciąg z jagody cisu na znak cierpienia i śmierci — kontynuowała głębokim, spokojnym głosem, tym razem nakładając miksturę od dołu jego nosa w górę czoła. — Oraz wyciąg z białego tulipana na znak przebaczenia, odrodzenia i na nowo zyskanej czystości. — Rozprowadziła ostatnią substancję wzdłuż jego drugiej kości policzkowej.
Rozluźnił się, kiedy szamanka odsunęła się od niego. Teraz nastał czas na drugą, najważniejszą część rytuału.
Zaprowadziła uczestnika do pustego legowiska starszych i na jego środku położyła pióro jaskółki, mające prowadzić zastępcę podczas całego rytuału. Miał spędzić tu całą noc i zmierzyć się z każdym wyzwaniem, jakie nada mu podświadomość. Był spięty przez to wszystko, ale pomagała mu wiedza, że w razie czego zawsze mógł się zwrócić do szamanki, czuwającej nad nim przy wyjściu z legowiska.
Na początku nie czuł nic nadzwyczajnego. Trwało to na tyle długo, że w pewnym momencie zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno spożył odpowiednie grzyby. 
Gdy jednak ogarnęło go nagłe mrowienie – wiedział, że to właśnie to. Zaczęło mu się robić lżej na łapach, jakby wręcz dłużej nie potrzebował ich do stania w miejscu. Wszystko wydawało się mieć żywsze, bardziej atrakcyjne barwy. Nawet zwykłe źdźbło trawy zdawało się w tym momencie piękniejsze. Czuł się spełniony, zrelaksowany, zachwycony i…
Jego ciąg radosnych myśli wtem przerwało pojawienie się dziwnie znajomej postaci w kącie legowiska. Kojarzył ją, jednocześnie nie potrafiąc określić, kim jest ta osoba. Wszystko jednak się zmieniło, gdy kotka odwróciła głowę w jego kierunku.
Zamarł.
Stokrotka.
Uczennica, którą nieumyślnie pobił w napadzie gniewu na tajemniczego mordercę. O której zabicie na początku podejrzewał go Krwawnik.
Przełknął ślinę. Co miał zrobić? 
Podążając za swoim instynktem, wyciągnął łapę przed siebie. Kotka powoli podeszła do niego i odwzajemniła gest. Kiedy ich opuszki się zetknęły, z szylkretki wydobyło się jasne światło, które niedługo później zniknęło razem z nią. 
Agrest zamrugał na to zdezorientowany. Tyle wystarczyło? Przeszedł pierwsze wyzwanie? 
Oczekiwał w napięciu na następną osobę. Przez dłuższy czas jego jedynym doświadczeniem było jednak słyszenie urwanych szeptów, czy odgłosów wiatru, świszczących na zewnątrz legowiska. Na chwilę odetchnął z ulgą, że być może na tym skończą się jego halucynacje i resztę rytuału zapamięta jako przyjemną. Zaskoczyło go więc tym bardziej, gdy zamiast zmarłego ujrzał… kota wciąż żywego. 
— Winogrono? — zapytał zdziwiony. 
Zjawa mimo to nawet nie obróciła głowy w jego stronę. Stała tak nieruchomo, obojętna nawet na dalsze wołania zastępcy. O co chodziło? Jak miał postąpić, kiedy na nic nie reagowała? 
— Jaskółko? — zwrócił się do swojej przewodniczki. — Mogłabyś mi pomóc? 
Czarna z uwagą wysłuchała jego wątpliwości, po czym spojrzała na niego z czymś w rodzaju współczucia. 
— Jeśli nie odpowiada i sama nie znika, to moim zdaniem przekaz jest jasny — stwierdziła, owijając ogon wokół łap. — Powinieneś pogadać z prawdziwą Winogrono. Musisz mieć jakieś poczucie winy wobec niej. 
Czekoladowy przytaknął na to z namysłem. Rzeczywiście czuł się dziwnie przy burej kotce, szczególnie od kiedy zmarł Irys. Zdawał sobie sprawę, że miała mu za złe, jak traktował brata. Najwidoczniej musiało mu to siedzieć gdzieś z tyłu głowy. 
— Dziękuję — wymamrotał, wracając do centralnej części krzewu. 
Może wcale nie było się czego bać? Jego dotychczasowe omamy nie chciały go skrzywdzić, bardziej przekazać mu jakąś wiadomość. Informację, która miała pomóc w odkryciu swoich żali i przerobieniu ich. A to ułatwiało proces odkupienia uczestnika obrzędu. 
Posiadał jednak w sobie lęk, że ukaże mu się jakiś obraz z wywołanej przez niego wojny. Czy gorzej, widok osób, które w niej poległy. Nie miał pojęcia, czy wtedy potrafiłby sobie z tym poradzić. 
Nic takiego nie wydawało się natomiast szykować. Wizje były bardzo znikome, dopóki nie ujawnił się przed nim ktoś, kogo najbardziej obawiał się tutaj zobaczyć. 
Janowiec. 
Syn niebieskookiego cały się skulił, czekając na nadejście słów pełnej pogardy, obrzydzenia i gniewu od biologicznego ojca. Takie coś jednak nie nastąpiło. Co więcej, liliowy wydawał się w ogóle go nie zauważać. Nie przypominało to, aczkolwiek tego, co miało miejsce w przypadku Winogrono. Jego oczy, zamiast jak zamrożone wpatrywać się w jedno miejsce, zdawały za czymś podążać. Nawet nie tylko same oczy, lecz całe ciało starszego! 
Bicolor prześledził jego linię wzroku i… och. Przy łapie kocura, znajdowała się pyzata, entuzjastycznie podskakująca kulka. Mały Agrest. 
Nie rozumiał tego. Czemu jego umysł postanowił, że wyświetlenie mu wspomnień z dzieciństwa, zanim jeszcze poznał prawdziwe oblicze swojego ojca, było dobrym pomysłem? 
Z bólem obserwował wizję młodszej wersji siebie i to, jak wiernie podążała za krokami Janowca. Jak śmieje się przy tacie, naśladuje go, podziwia oraz… zwyczajnie jest szczęśliwy. 
I właśnie wtedy dotarła do niego wiadomość, ukryta za tym przedstawieniem. Po morderstwie rodziciela skupiał się tylko i wyłącznie na nienawiści do niego, za wszystko, co zrobił. Za wszelką cenę wypierał fakt, że oprócz wzgardy i miliona negatywnych emocji… nadal był do niego mocno przywiązany. Kochał go, mimo wszystko, mimo że tak bardzo tego nie chciał. I właśnie to było dla syna najbardziej rozdzierające. 
Z pulsującą gulą w gardle podszedł do swojej małej halucynacji i po prostu ją przytulił. Nie obchodziło go to, że ani on, ani ona tego nie poczuje. Liczył się sam gest. 
Pozostał w tej dziwnej pozycji przez dłuższy czas, a gdy otworzył ślepia, żadnego złudzenia już przed nim nie było. Niewielkie promienie słońca zaczęły wpadać przez ścianę legowiska, sygnalizując upływ godzin. Podane mu grzyby definitywnie przestały na niego działać, co rozpoznał po bardziej wyblakłym, ale i mniej rozmazanym obrazie. Czuł się jednak zupełnie inaczej, niż przedtem. Jakby faktycznie został wyzwolony z pętających go cierni. 
Podszedł do Jaskółki, posyłając jej wyczekujące spojrzenie. 
— Jesteś gotowy — stwierdziła od razu, robiąc mu wystarczająco miejsca. — Możesz wyjść na światło.
Agrest spełnił jej polecenie, zaraz mrugając szybko, by przyzwyczaić się do blasku otoczenia. Wszystko zdawało się znacznie jaśniejsze, niż przedtem. 
— Chciałbym jeszcze móc się przejść do strumienia — oświadczył szamance. — Czy to dozwolone? 
— Oczywiście — odpowiedziała, ustawiając się u jego boku. — Pójdę z tobą. 
Kiedy znaleźli się na miejscu, zastępca powoli wszedł do lodowatej wody, czując, jak każdy jego mięsień pobudza się do działania. Pozostałe na nim drobinki brudu po kolei odlepiały się od dwukolorowego futra za sprawą nurtu rzecznego. Wkrótce nie pozostała na nim już żadna skaza. 
Wynurzył się i spojrzał w swoje odbicie, malujące się na tafli potoku. 
Nareszcie było ono nieskazitelnie czyste. 
Zrobił głęboki wdech i uniósł wzrok na rozpościerające się przed nim błękitne niebo. 
Żył. 

13 lipca 2024

Od Agresta cd. Traszki

— Może... może poszukamy razem lisów? To super pomysł, serio. Wystarczy spojrzeć, ile radości przyniósł jeden. A jak będzie ich więcej? Jejku, Jaskółka chyba oszaleje ze szczęścia. Albo szczeniaczki!! One są pewnie jeszcze śliczniejsze! 
Uśmiechnął się szeroko. 
— To ekscytująca wizja Traszko! — Uniósł ogon. — Tylko ja nie mam za dużego doświadczenia w kontaktach z lisami. Myślisz, że to będzie wystarczająco bezpieczne? 
— Nie ma się o co martwić! — wykrzyknęła radośnie pointka. — Jaskółka na pewno przekaże wszystko Piołunowi, a on innym! Jak zobaczą, że jesteśmy przyjaźnie nastawieni, to sami też tacy będą. Ucieszą się! 
Jej zapewnienie było dla niego wystarczające, chociaż nadal zamierzał pozostać ostrożnym i skonsultować się Krecik przed wyprawą. 
— W takim razie przyjmuję propozycję! — ogłosił uroczyście. — To co, jesteśmy umówieni na jutro? 
Uczennica aż podskoczyła z radości. 
— Tak! — pisnęła, śmiejąc się. — O wysokim słońcu! 
— Zatem postanowione! 

***

Wyruszyli na poszukiwania pełni entuzjazmu. Po dłuższej próbie znalezienia tropu udało im się zauważyć jednego lisa na ich terytorium, będącego aktualnie w trakcie polowania. Nie chcieli mu więc przeszkadzać. Za to wspólnie z zafascynowaniem obserwowali jego zgrabne ruchy oraz skupienie, z jakim zbliżał się do ofiary. Posiadanie kogoś takiego za sojusznika byłoby zaszczytem i chwałą. 
Kiedy rudy z powodzeniem złapał zdobycz, Uczennica wystąpiła naprzód. 
— Hej! — przywitała się wesoło. — Ja jestem Traszka, a to mój towarzysz Agrest — Dumnie wskazała na niego łapą. 
Zaalarmowany lis rozszerzył źrenice i nie czekając ani uderzenia serca więcej, czmychnął z pola ich widzenia. 
— Och — uszy młodszej momentalnie oklapły — czemu przed nami uciekł? 
Zastępca poruszył się nerwowo. 
— Może nie jest przyzwyczajony do kotów? W sumie niewykluczone, iż pomyślał, że chcemy mu się odpłacić za przekroczenie naszych granic. A może po prostu się przestraszył? 
— Nie wiedziałam, że wyglądam na straszną — miauknęła, spoglądając na niego smutnymi oczami. — Posłałam mu przyjazną minkę. Może to ty powinieneś pierwszy się z nim przywitać…? 
— No co ty, ja to dopiero bym go przestraszył! — Uśmiechnął się łagodnie, próbując dodać jej otuchy. — Musiał ogólnie bać się kotów, nie miałaś na to wpływu. 
Uczennica zamrugała na niego niepewnie. 
— Tak sądzisz? 
— Nie sądzę, tylko wiem! Nie ma się czym przejmować — zapewnił. — Mamy przecież jeszcze wiele dni, aby ich z nami oswoić. Może na początku nie będzie to za dobrze wychodzić, ale po jakimś czasie na pewno uda nam się zdobyć przynajmniej jednego lisiego przyjaciela. 
Traszka na szczęście rozpogodziła się na jego słowa i przytaknęła mu z nową motywacją. 
Wtedy niestety nie wiedzieli jeszcze, co takiego miało niedługo nastąpić. 

***

Relacja Agresta z Traszką niestety nie wytrzymała próby czasu. Po dramatycznych wydarzeniach w Owocowym Lesie pointka ciężko przeżywała śmierć rodziców, a czekoladowego przytłoczyły obowiązki lidera. Cieszył się jednak, zauważając, że z kotką od jakiegoś czasu jest wyraźnie lepiej. Ona i Kamyczek stali się praktycznie nierozłączni, wkrótce nawet wspólnie zakładając rodzinę. Miło się patrzyło, jak kotka wręcz odżywała w towarzystwie kociąt. Niewątpliwie to przy nich najbardziej przypominała dawną siebie. 
Mimo że ich drogi już dłuższy okres temu się rozłączyły – staruszek życzył jej jak najlepiej. 

***

— Myślę, że święto mirabelkowe można byłoby powtórzyć — oznajmiła Świergot, rozglądając się po grupie wyznawców. — Dobrze przyjęło się w całej społeczności, umacniało więzi pomiędzy członkami. Realizowało wartości istotne z punktu widzenia nie tylko nas wszystkich, ale także kluczowe dla samej Wszechmatki. 
Bicolor uniósł brwi w zaskoczeniu.  
— Jak najbardziej! — poparła ją Jarząb. — To była bardzo miła inicjatywa, dobrze ją wspominam. Nasza boska opiekuna również by to doceniła. 
Szamanka zwróciła się w kierunku kocura:
— Co ty na to Agreście, wyraziłbyś zgodę? 
— Och, jak najbardziej — wykrztusił, wciąż w lekkim szoku. Nie spodziewał się, że jego mała chęć uczczenia powrotu córki zyska taką popularność. — To byłby zaszczyt. 
Świergot uśmiechnęła się łagodnie. 
— Dziękuję — lekko schyliła przed nim głowę — zadbam, aby zapamiętano o historii tego wydarzenia — zadeklarowała zdecydowanie, zaraz przenosząc wzrok na resztę zgromadzonych. — Mam zresztą wrażenie, że ostatnio niestety zaniedbaliśmy nasze wyjątkowe tradycje. Pięć osób niedawno zmarło tragicznie, a my ledwo co byliśmy w stanie czuwać przy dwójce z nich — westchnęła, przywołując wspomnienia najbardziej nieszczęsnego patrolu w znanej mu historii. — Nieumyślnie oddaliliśmy się od naszych zmarłych członków i Wszechmatki, zbyt zajęci własnymi problemami. I teraz… należy to naprawić. 
Odpowiedziały jej pomruki aprobaty. 
Owocowy Las zdawał się gotowy na kolejne zmiany. Zmiany jeszcze bardziej pchające go w stronę wiary. 

Od Agresta cd. Sówki

— Ją nazwałam mrowiskiem — Wskazała łapą na konstelację gwiazd. — Każda z jego części składowych także ma swoją osobną nazwę. Mam wrażenie zresztą, że to tam przybywa najwięcej gwiazd. Rozwijają się, budują coś większego — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Czasem zastanawiam się, czy w ten sposób Wszechmatka nie próbuje nam czegoś przekazać, wiesz? — Zachwycona wpatrywała się w nocne niebo. — A może właśnie nas pochwalić za dokonane postępy cywilizacyjne? Kto wie. 
— Myślę, że to jest możliwe — mruknął z namysłem. Przyjemnie mu się siedziało tutaj z kotką. Może i była dość osobliwa, ale to mu nie przeszkadzało. Dzięki temu prowadzili interesujące konwersacje. — Jarząb, a czy ty myślisz, że… — zawahał się — albo nieważne, może to nie jest odpowiednie pytanie. 
Albinoska zerknęła na niego z ukosa. 
— Nie ma się czego wstydzić, Agreście — zapewniła, zrelaksowanym głosem. — Ja nie oceniam – jestem zresztą już na to za stara. 
Czekoladowy parsknął pod nosem. 
— Ja chyba z wiekiem też nabrałem coś takiego — stwierdził, następnie przenosząc swój wzrok na nieboskłon. — Skoro tak to… myślisz, że jakie to jest uczucie? Śmierć? Wiem, że samo zjednoczenie się z Wszechmatką jest podobno czymś radosnym, ale jeśli chodzi o proces umierania? Czasem się mnie to niepokoi. 
Biała wydała z siebie pomruk zrozumienia. 
— To normalne, że się nad tym zastanawiasz. Ja także nieraz miewałam dylematy w tej kwestii — przyznała. — Bo może będzie bolała, może nie poczuję nic, może ogarnie mną lęk, a może poczuję ulgę. Oscylowałam zawsze pomiędzy którąś z tych opcji, dopóki nie przyjęłam do wiadomości, że nawet jeśli będzie ona nieprzyjemna, to i tak nie mogę nic z tym zrobić. — Wzruszyła ramionami. — I tak będzie jak będzie, nie? 
— Racja, chyba nie ma sensu się nad tym zastanawiać — westchnął, czując, jak po raz kolejny drętwieje mu łapa. Jeju, czemu tak się działo! Miał ją przecież ustawioną w normalnej pozycji! — W końcu nawet gdybyśmy zgadnęli odpowiedź, to i tak nie mielibyśmy o tym najmniejszego pojęcia. 
Jarząb pokiwała głową. 
— Dokładnie. 
Pozostali resztę wieczoru w przyjemnej ciszy, wspólnie obserwując ruchy gwiazd. 

***

Znowu zrobiło mu się duszno. Nie miał pojęcia, o co chodziło jego organizmowi ostatnio. Wziął kilkanaście głębszych wdechów i tym razem na szczęście mu to pomogło. Po upłynięciu chwili nie czuł już nic nadzwyczajnego. 
Nie zaskoczył go widok Sówki, która często przychodziła do legowiska starszych w celu odwiedzenia mamy. 
— Jeśli to nie problem to poczekam na nią, dobrze? Powinna zaraz być — powiedziała zwiadowczyni, po tym jak poinformował ją o nieobecności albinoski. Położyła mysz na ziemi i przysunęła w jego stronę. – Proszę. 
— Ach, a czy to dla Jarząb nie miało być? — Uniósł brew. 
— Cóż, to prawda — przyznała, drapiąc się po szyi. — Ale jak wróci, to wezmę następną, starczy dla każdego. 
Staruszek skinął głową, przyjmując to do wiadomości i zatopił kły w gryzoniu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jaki był głodny! Niestety coraz częściej mu się zdarzało zapominać o swoich podstawowych potrzebach. 
Cieszył się, że Sówka wybrała akurat mysz ze stosu zwierzyny. Zawsze się obawiał, że jakiegoś dnia ktoś przyniesie mu do zjedzenia ptaka i będzie musiał mu odmówić, niezręcznie się tłumacząc. 
— Dziękuję — wymruczał, po połknięciu ostatnich kawałków żyjątka. — Właśnie Sówko, ja muszę ci pogratulować! 
— Pogratulować? — zdziwiła się. — Czego? 
— Cały obóz szepcze o tym, jak zdolnego masz ucznia! — Posłał jej serdeczny uśmiech. — Mało kto pamięta natomiast, że nawet najbardziej utalentowany uczeń nie zaszedłby daleko bez świetnego mentora! 
— Och, dziękuję. — Odwzajemniła jego pogodny wyraz twarzy. — Myślę, że wcześniejsza praktyka podczas szkolenia Migotki mi dopomogła. 
— O, zapewne — odpowiedział. — Im więcej doświadczenia, tym lepsze metody możesz opracowywać w przyszłości. 
Zwiadowczyni przytaknęła na to, zaraz zerkając na wyjście z legowiska. Niewątpliwie już bardzo chciała porozmawiać ze swoją mamą. Agrest miał jednak jeszcze jedną rzecz do powiedzenia. 
— Nie wiem, jak to zacząć, ale widziałem, że ostatnio dużo spędzasz czasu z Kaczką. — Ku jego zaskoczeniu Sówka na jego słowa niemalże podskoczyła w miejscu. Jeju, czy on znowu jakoś dziwnie ujął, co chciał przekazać? — Nie martw się, nie mam pretensji czy coś! — wytłumaczył szybko, zaraz pragnąc zakopać się pod ziemię. To też nie brzmiało dobrze!
Chrząknął w końcu i podjął kolejną próbę:
— Bardziej mam po prostu prośbę. Dbaj o nią, dobrze? — Spojrzał jej prosto w oczy, po czym się zawahał. Powinien zdradzać zwiadowczyni prawdziwą tożsamość burej? Może lepiej nie, to wojowniczka miała prawo do decyzji w tej sprawie. Zresztą, może już nawet o tym wiedziała. — Widać, że nadal prześladują ją wspomnienia z dawnego domu. Chyba potrzebuje kogoś bliskiego, żeby dojść do siebie w pełni, wiesz? Więc… jakbyś mogła po prostu towarzyszyć jej na tej drodze.

<Sówko? Opiekuj się moją siostrzenicą>

Od Agresta cd. Kniejki

— Jest jeszcze jedno — dodała Mirabelka, chwilę po doniesieniu o śmierci Różanej Przełęczy — Gracji nie mogłam znaleźć, ale dowiedziałam się, że… ma, uch, kocięta.
Agrest uniósł brwi w niedowierzaniu.
— Niemożliwe — sapnął zszokowany. — Mam…? Mam… wnuki?
— Tak, ale może nie ekscytuj się za bardzo bo–
Na to było jednak już długo za późno. 
— Nie, nie, nie rozumiesz! — Uniósł wysoko ogon, natychmiastowo wstając z pozycji leżącej. — To w pełni wyjaśnia, dlaczego nas nie odwiedzała! I w sumie dobrze, że tego nie zrobiła, powinna odpoczywać w tym czasie. 
Szylkretka poruszyła się nerwowo. 
— Tato, naprawdę nie jestem pewna, że to jedyny powód… 
Staruszek zaśmiał się na to krótko, będąc w zbyt dobrym humorze, żeby za dużo o tym myśleć. 
— Ja za to jestem absolutnie pewien! — ogłosił wesoło, mając ochotę zacząć nucić z radości. — Skoro sami nie mogą do nas przyjść, to my musimy ich odwiedzić! 
Wyraz twarzy jego najmłodszej córki w jednym momencie zbladł. 
— Nie — wydusiła z siebie, zaraz przełykając ślinę. — To zły pomysł, tato. 
Czekoladowy rozbawiony poklepał ją po ramieniu, nie biorąc jej słów na poważnie. 
— Wręcz przeciwnie, to cudowny pomysł! Nie chcesz poznać swoich siostrzeńców? 
— Chcę, ale to nie jest takie proste! — powiedziała, niemalże sycząc. — To jest obcy klan, daleko stąd, nie mamy nawet pewności czy pozwolą nam wejść — Zmarszczyła czoło. — Już nawet nie wspominając o borsukach, które wciąż grasują na naszych terenach! To zwyczajnie niebezpieczne — burknęła. — Szczególnie że twoje ciało nie jest już tak wytrzymałe, jak kiedyś. Będzie cię to kosztować ogrom wysiłku, a przy mniejszym szczęściu możesz nawet zginąć! 
Miło mu się słuchało, jak Mirabelka próbowała o niego dbać, ale niestety w tym przypadku nie miał zamiaru odpuścić. Ta kwestia była dla niego zbyt ważna. 
— Doceniam, że się martwisz, ale nawet jeśli, to ja i tak o wiele dłużej nie pożyję, wi– — przerwało mu głośne „TATO”. — No dobrze, dobrze! Przepraszam, nie będę już więcej takich rzeczy mówić. — Przybrał skruszony wyraz pyska. — Ale to jest naprawdę dla mnie ważne, żeby ich zobaczyć. Proszę, nie odbieraj mi możliwości poznania wnuków. Możliwości ostatniego spotkania z drugą częścią rodziny… — Spojrzał na tortie wielkimi, smutnymi oczami. Naprawdę marzył, żeby chociaż raz móc ich zobaczyć. Spełnić swoje ostatnie, większe pragnienie. 
Córka wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę, dopóki nie westchnęła ciężko. 
— Dobrze — skrzywiła się — ale to ma się odbyć moich warunkach. 
Bicolor zaciekawiony przekrzywił łebek. 
— Po pierwsze, ja tam idę z tobą i wówczas bezwzględnie słuchasz się moich poleceń. Jeśli uznam, że występuje jakieś dodatkowe niebezpieczeństwo, to wracamy — oznajmiła stanowczo, a on w odpowiedzi pokiwał głową. — Po drugie, wyruszymy tam dopiero wtedy, kiedy sytuacja z borsukami się uspokoi. 
Czekoladowy zwiesił uszy z obawą. Czy to po prostu nie oznaczało, że nigdy ich nie odwiedzą? 
— A co jeśli to nie nastąpi? 
— Szczerze wątpię, borsuki na naszym terytorium najliczniej pojawiają się w deszczowe i mokre dni. Jak się nareszcie ociepli, to powinno być lepiej — stwierdziła, patrząc na niego intensywnym wzrokiem. — Po prostu… zaufaj mi. Zadaję sobie sprawę z tego, jak jest to dla ciebie istotne, ale zależy mi także na tym, aby zorganizować to bez żadnej szkody. 
— Dobrze, ty tu rządzisz. — Wibrysy Agresta zadrgały. — I dziękuję — Uśmiechnął się i przytulił swoją córkę. 

***

Wraz z nadejściem pory nowych liści, borsuki na szczęście przestały kręcić się po terenach Owocowego Lasu. To mogło oznaczać tylko jedno – realizację spotkania rodzinnego! Krucha i wszystkie dzieci oprócz Mirabelki, niestety rozchorowali się i nie mogli iść razem z nimi. Nie przejmował się tym jednak nad wyraz. Oni jeszcze mieli czas, aby odwiedzić Burzakowych krewnych, w przeciwieństwie do niego…
Wyruszyli o świcie wraz z ziołami na wzmocnienie od Witki, mimo to poruszając się bardzo powoli. Ku jego zaskoczeniu, Mirabelka po odprowadzeniu go pod obóz i dostaniu zgody od Obserwującej Gwiazdy na wejście, zdecydowała się poczekać na niego na zewnątrz. Trochę tego nie rozumiał. Przecież podobno chciała ich zobaczyć? Coś się zmieniło? Kiedy jednak szylkretka zdecydowała się pogonić go słownie, nie zawahał się przed wstąpieniem do środka, nie oglądając się za siebie.
Pokierowany przez jednego z życzliwych wojowników, udał się do żłobka, zlokalizowanego w dość oryginalnym miejscu. Nigdy nie przypuszczał, że nora między korzeniami ściętego drzewa może służyć za legowisko. 
Wesoło przywitał się z Gracją, którą niestety nie przepełniał taki sam entuzjazm, i chwilę później opuściła kociarnię. Kurczę, czy zrobił coś nie tak? 
Jego uwaga została jednak szybko przeniesiona na inne tory, kiedy usłyszał piski bawiących się kociąt. I to właśnie wtedy przeżył największy szok. Maluchy może i miały w sobie trochę z Gracji, ale w głównej mierze wyglądały zupełnie jak… tamten wojownik, którego imienia zapomniał. Liliowy kocur, towarzyszący im podczas ciężkiej rozmowy. Teraz wszystko zaczynało nabierać sensu. No przecież, uczestniczył w tamtej konwersacji, bo był jej chłopakiem! Jak Agrest mógł się tego nie domyślić! 
Okropnie żałował, że dopiero teraz się o tym dowiadywał. Do tego czasu mógłby mieć z nim tyle pogawędek! Poznałby go, zaprosił do odwiedzin i odpowiedział na każde pytanie, jakie ten by mu zadał. To wszystko oczywiście nastąpiłoby po upewnieniu się, że jest w porządku osobą, szczerze dbającą o jego córkę… A teraz nie dość, że nie miał najmniejszej wiedzy o swoim zięciu, to jeszcze nie pamiętał choćby jego imienia! Nie wspominając już o tym, że znacznie łatwiej byłoby mu się pogodzić z całą przeprowadzką, gdyby wiedział, że Gracja nie robi tego wyłącznie z powodu niechęci do nich i Owocowego Lasu. Tak czy inaczej, przynajmniej obecnie zadawał sobie sprawę, że po prostu poznała tutaj kogoś fajnego! 
Wnuczka, z którą próbował nawiązać kontakt, była bardzo nieufna, co może jednak było lepszą cechą niż naiwność, jaką on uosabiał w jej wieku. Zaskoczyło go, gdy jednak podbiegła do przebywającego w żłobku kocura, ewidentnie będącego ojcem tego zięcia i zaczęła zadawać pytania na jego temat. Na szczęście srebrny okazał się na tyle życzliwy, że zachęcił wnuczkę do rozmowy z nim.
— Czemu jesteś stary? — spytała, gdy już podeszła i usiadła naprzeciwko niego. — I czemu nazywasz mamę Gracją? I czemu jesteś „byłym” liderem? Moja babcia też podobno była, ale nie żyje, dlatego już nie jest. Ale ty jeszcze żyjesz, więc czemu? I czemu tu nie mieszkasz? 
— Oj, zadałaś dużo pytań — zaśmiał się cicho. Była przeurocza! — Ale ciekawość jest dobra! — sprostował szybko, nie chcąc jej zniechęcić. — Może zacznę od skrócenia całej historii twojej mamy, to wtedy wszystko stanie się dla ciebie jaśniejsze. Moja córka urodziła się właśnie w Owocowym Lesie, który graniczy z Klanem Burzy i to tam otrzymała imię Gracja — zaczął. — Ma tam tatę, mamę i trójkę rodzeństwa! Jeszcze kiedyś miała jednego tatusia, ale no niestety on już z nami nie jest. — Jego wzrok stał się bardziej odległy, dopóki się nie otrząsnął. — Wracając! W naszym domu nosi się właśnie głównie imiona jednoczłonowe. Taki zwyczaj. Są jeszcze imiona duszy, ale to inna sprawa… No i pewnego dnia twoja mama się zdecydowała na przeprowadzkę w to miejsce! Stąd… takie dziwne rozłożenie rodziny po dwóch społecznościach.
Podrapał się po głowie, niebawem ze zdziwieniem zauważając sporą kępkę sierści, pozostałą na swoich pazurach. Ojeju. Strzepnął ją szybko. 
— Właściwie, opowiadał ci ktoś kiedyś o Owocowym Lesie? — tym razem to on zadał pytanie, chętny do dzielenia się kolejnymi historiami z najmłodszą. Uwielbiał to robić! Nie minęło jednak długo, nim nie zmarszczył nosa w zdezorientowaniu. — Chociaż może najpierw mi powiedz, czy odpowiedziałem na wszystkie twoje dotychczasowe wątpliwości! 

<Wnuczko? ^^>

12 lipca 2024

Od Agresta cd. Czernidłaka

Drobne krople deszczu powoli spływały pomiędzy kosmykami dwukolorowej sierści. Rześkie powietrze wpadało do jego nozdrzy, dając przyjemne uczucie chłodu. Białe łapy niespiesznie stąpały po roślinności okrytej rosą. 
Będąc w starszyźnie, nadal kontynuował swoją małą tradycję wybierania się na spacery. Parę Owocniaków wyraziło sprzeciw wobec takich praktyk, twierdząc, że to zbyt niebezpieczne, jednak na szczęście pozostawał na tyle nieustępliwy, że w końcu odpuścili, zapewne uznając, iż nie ma sensu się kłócić z pragnieniami upartego staruszka. I mieli rację. Nawet gdyby próbowano go zamknąć w obozie, znalazłby sposób, żeby móc wychodzić. 
Powody, dla których spacerował z kolei uległy zmianie. Wciąż zwyczajnie sprawiało mu to przyjemność, lecz poza tym aspektem całe wykonywanie tej czynności przybrało inny wymiar. Przechadzki niegdyś służyły czekoladowemu głównie do ukojenia nerwów. Traktował je także jako formę wypoczynku po ciężkim dniu. Obecnie natomiast czegoś takiego już nie potrzebował. Do tego wystarczyło właściwie niepełnienie roli lidera. Teraz udawał się na spacery, ponieważ… miał świadomość, że jego dni są policzone. Chciał się więc pożegnać z Owocowym Lasem. Każdym jego skrawkiem, każdym źdźbłem trawy, każdym zamieszkałym go żyjątkiem i widokiem z każdego punktu na ich terytorium. Podziwiał to, co miał przed sobą po raz ostatni, z zachwytem, jakby widział to po raz pierwszy. I mimo że jego wzrok był aktualnie znacznie gorszy, dostrzegał więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Zauważał każdy, pojedynczy detal ich domu, bez żadnych wyjątków. Doceniał go w pełni. Dopiero teraz był całościowo świadom jednego – kochał to miejsce, kochał tutejsze koty, kochał to wszystko. 
Zatrzymał się, kiedy zawędrował do granicy z Klanem Burzy. Pozwolił, aby pochodzący stamtąd powiew zmierzwił mu futro. Otulił go zapach wrzosów, który tak bardzo kojarzył mu się z tamtejszymi przyjaciółmi. 
Dowiedział się od Mirabelki, że na ostatnim zgromadzeniu poinformowano o śmierci Różanej Przełęczy. Podczas końcowych księżyców jego przywództwa ich relacja nie była w najlepszym stanie, ale Agrestowi i tak zrobiło się przykro, otrzymując tę wiadomość. A może nawet bardziej niż gdyby dogadywali się świetnie przed jej odejściem? W takim przypadku nie miałby poczucia żalu, że to potoczyło się w ten sposób. 
Wciąż żywił do niej urazę o parę spraw, ale mimo wszystko zapamiętał ją głównie w dobrym świetle. Po cichu liczył, że ona również postrzegała go podobnie. 
Mimowolnie sprowadziło to myśli bicolora na inny tor. Jego rodzina w Klanie Burzy. Czy oni sobie poradzą? Czy będzie im lepiej, niż byłoby im w Owocowym Lesie? Czy są tam bezpieczni? Czy pamięć o ich pochodzeniu nieuchronnie zaniknie? 
Pokręcił gwałtownie głową. 
Żadne z tych pytań nie miało znaczenia, póki byli tam szczęśliwi. 

***

Dłuższy pobyt w starszyźnie był… specyficznym doświadczeniem. Został zwolniony z wszystkich obowiązków, miał pierwszeństwo do jedzenia, darzono go dodatkową troską i część kotów chętnie odwiedzała legowisko, w jakim przebywał. Czasem niemal odnosił wrażenie, jakby ponownie znalazł się w żłobku przez tę szczególną uwagę. Jedyne, co burzyło taki obraz, to codziennie towarzyszące mu bóle oraz umysł bogaty we wspomnienia z dawnych księżyców. Zdarzały się jednakże wschody słońca, w które było ciężej. Mało co się działo, mało kto przychodził, bo wszyscy byli zapracowani i zajęci swoimi sprawami. Podczas takich „zbyt długich wolnych chwil” mimowolnie wydawało mu się, jakby na coś czekał. Zrobił jednak już wszystko, co zamierzał, więc co takiego jeszcze życie mogło od niego chcieć…? Przechodziły go ciarki za każdym razem, kiedy uświadomił sobie, że pozostało jeszcze jedno wydarzenie, na jakie mimowolnie od początku każdy czeka – śmierć. Jedyny pewny rezultat życia wszystkich. 
Spokój psychiczny, jaki zyskał wraz z przyjęciem tej rangi, był natomiast nieporównywalny i wart tych przygnębiających myśli. Nie pamiętał nawet kiedy ostatnio potrafił się tak odprężyć. Jego umysł nie był tak czysty, odkąd znalazł martwą głowę matki na środku obozu. Zwyczajnie… nareszcie mógł się wycofać. Zaprzestać walczyć i oddalić się od tego wszystkiego. Zacząć doceniać małe chwile, zamiast cieszyć się jedynie wyczynami, osiągniętymi własną krwią i potem. 
Malinka, Migotka oraz Mirabelka mimo zmiany roli na szczęście nie wydawali się o nim zapominać. Przychodzili codziennie, zapewne martwiąc się, ile tych wschodów słońca jeszcze mu pozostało. On sam jednak nie przejmował się liczbą. Po prostu cieszył się, że Wszechmatka podarowała mu możliwość spokojnych rozmów z nimi. 
Usłyszawszy dźwięk przy wejściu do legowiska, szybko przetarł ślady zaspanych oczu, po jego ostatniej drzemce. Musiał się przecież dobrze prezentować przed łaskawym kotem, który to postanowił ich odwiedzić! 
Zaciekawiony przekręcił posiwiały łepek, ujrzawszy czarno-białego kocurka. Wyglądał przyjaźnie. 
Zaraz jednak zdezorientowany zamrugał na ucznia, który ten zaczął przyglądać się mu z oczekiwaniem. Powinien go rozpoznać? W umyśle zaczął przeszukiwać bazę spotkanych osób, jednak jakoś w ogóle nie potrafił go skojarzyć…
Odetchnął z ulgą, kiedy młody się przedstawił, oszczędzając mu stresu. Sprawiał zresztą wrażenie miłego. 
— Mógłbyś opowiedzieć mi, jakie przygody cię spotkały, gdy opuściłeś Owocowy Las? 
Starszy przybrał łagodny wyraz twarzy. 
— Och nie wiem, czy to aż takie ciekawe. Ale postaram się nie przynudzać! — wymruczał. Chętnie opowie mu zabawniejsze momenty, z pominięciem wszystkiego, co było dla niego osobiście niewygodne. — Tylko od czego by tu właściwie zacząć… 
— Może od tego jak znalazłeś Mirabelkę? — zaproponował uczeń, z podekscytowania tuptając w miejscu. — A może to ona ciebie znalazła? 
— Wiesz co, trudno określić kto kogo, po prostu na siebie wpadliśmy w pewnym momencie. — Wzruszył ramionami. — Ale to też nie było takie proste. Bo szczerze? Przez całą podróż szedłem na wyczucie. Wiedziałem jedynie, na którą stronę się udała z początku. — Wzrok starszego stał się bardziej nieobecny, jakby właśnie przeniósł się do tamtego momentu. — Krążyłem więc niekiedy w kółko, nie mając pojęcia, czy właśnie zbliżam się do mojego celu, czy oddalam. Niezbyt przyjemne doświadczenie, jeśli o to chodzi. 
— Oj… — Czernidłak rozglądnął się wokoło, po czym zmarszczył brwi. — Ale to jak na nią wpadłeś, powiedz w końcu! 
„Ale niecierpliwy!” – pomyślał z rozbawieniem Agrest. Jednak, jak na ironię, ta cecha w rozmowach ze staruszkiem od niedawna stała się zaletą. Coraz częściej zdarzało się, że zapominał, o czym tak właściwie mówił lub jakie pytanie mu zadano, więc im szybciej ktoś mu przypomniał, tym lepiej. 
— A racja, racja. — Podrapał się po głowie. — No więc w pewnym momencie… cóż, tak mnie to wszystko wykończyło, że zupełnie opadłem z sił! Znalazł mnie wówczas bardzo… specyficzny samotnik. 
Oczy kocurka zabłysły. 
— I co wtedy? Pomógł ci? Nakrzyczał? Wskazał drogę? Brutalnie pobił? 
Czekoladowy zachichotał. Dawno nie rozmawiał z kimś tak zabawnym! I to w pozytywnym sensie oczywiście! 
— Cóż, był bardzo niezadowolony z faktu, że znalazłem się na jego terytorium. — Uśmiechnął się, przypominając sobie jego wielce dramatyczne wzdychania. — Po tym jak nieskutecznie próbował mnie wygonić, zaczął narzekać na odwiedzających te okolice z wielką frustracją! Dzięki jego gadatliwości na całe szczęście udało mi się wyłapać to, czego chce. Obiecałem mu zdać raport z miejsca, którym był zainteresowany, w zamian za podzielenie się ze mną ziołami i wskazania kierunku, w jakim zazwyczaj przegania innych. 
— Myślisz, że może kiedyś podejść blisko Owocowego Lasu? — zapytał młodszy, mrugając na niego z niemalejącą uwagą. 
— Oj, raczej wątpię. To wszystko działo się naprawdę kawałek stąd — odpowiedział szczerze, zaraz po tym milknąc, dopóki nie wygrzebał z umysłu tematu, o jakim rozmawiali. — No w każdym razie, wtedy ją znalazłem! Wszechmatka chyba musiała się w końcu nade mną zlitować — parsknął pół żartem. — Cudowne uczucie, ale naprawdę radzę nie wyruszać na wycieczki w takim wieku, jeśli nie jest to konieczne. Pod koniec wręcz się zacząłem zastanawiać, czy mi się zaraz całe ciało nie rozpadnie. 
Uczeń poruszył się nerwowo. 
— Zapamiętam! — obiecał, ku jego uldze. — A co dokładnie się takiego stało, że tak mówisz?
— Cóż, niestety wiele — przyznał bicolor, krzywiąc się z lekka. — Upadłem na ziemię, skręciłem łapę, jeśli co chwila się nie zatrzymywałem, to potem łapały mnie straszne skurcze, ledwo przeżyłem… 
Czernidłak patrzył się na niego z rozwartymi powiekami, możliwie nie wiedząc, co powiedzieć. Tym razem to jednak staruszkowi wpadł do głowy pomysł. 
— Ale co do tej łapy, to właśnie! Jeszcze inni samotnicy jak mnie zobaczyli, zdecydowali się pomóc z dobrej woli. — Przybrał ciepły wyraz pyska, z czułością wspominając partnerów swojego syna. — Pozwolili nawet zostać nam do czasu regeneracji! Mało tego, urządzili rodzinną ucztę na nasze przybycie! — Celowo pomijał pełny kontekst tego wydarzenia. — I tak naprawdę to stąd wzięła się inspiracja dla tej uroczystości przy mirabelkach, którą zarządziłem. 

<Czernidłaku, bajka się podobała? Chętny na następną?>

11 lipca 2024

Od Agresta cd. Daglezjowej Igły

Po jego rezygnacji zarządzono wybory na przywódcę pomiędzy dwoma zastępcami. Na początku zestresowany zastanawiał się, na kogo powinien oddać swój głos, na siłę starając się obrać czyjąś stronę. Końcowo jednak uświadomił sobie, że… on przecież wcale nie musi brać w tym udziału. A wręcz nie chce! Zwyczajnie nie widziało mu się decydować, który z wyznaczonych przez niego samego kandydatów, jest najlepszy. Nawet nie wiedział, czy w ogóle by potrafił. Każdego z nich wybrał z innego powodu i cenił za inne rzeczy. Wywieranie na sobie presji odnośnie głosowania nie miało sensu w jego przypadku. Był bowiem przekonany, iż zarówno Daglezjowa Igła jak i Lśniąca Tęcza dobrze sprawdzą się na tym stanowisku. On sam już zrobił wszystko, co do niego należało, mianując ich. A ten wybór jako jeden z niewielu nie należał do lidera, dlatego też pozostawał tak wyjątkowy. Mieszanie się w niego, nie wydawało mu się na miejscu. Teraz decyzję powinna podjąć tylko i wyłącznie społeczność Owocowego Lasu. 

***

Nie łatwo było mu się przyzwyczaić do rangi starszego. Często budził się w nocy z paniką, że musi z kimś porozmawiać, nie może zgubić tropu, musi dalej iść, nie może dopuścić do kolejnej tragedii, musi zabezpieczyć każdego przed zagrożeniem i znaleźć swoją córkę żywą. Starał się wtedy skupiać na oddechu oraz głośno powtarzać sobie w myślach, że to wszystko już minęło i nie ma szans powrócić – według tego, co nauczyła go Jaskółka. Pierwsze chwile zawsze były ciężkie, lecz ostatecznie jej metoda pomagała mu na tyle, aby potrafił powrócić do snu. Nie miał niestety pojęcia jak zapobiec nawracaniu tego, przez co jeszcze boleśniej odczuwał brak szamanki. Ona na pewno wiedziałaby, co zrobić w tej sytuacji. 
Oprócz nieobecności kogoś, kto mógłby obdarzyć go zbawienną radą, okropnie wyraźny był dla kocura także brak kogoś bliskiego przy sobie. Już samo fizyczne towarzystwo Kuklika ogromnie pomagało mu w wysypianiu się. Nieustannie chodził wykończony po śmierci partnera, dopóki po paru, ciężkich księżycach, nareszcie bardziej nie przystosował się do spania samemu. Niestety podczas wędrówki z Mirabelką ponownie przyzwyczaił się do ciepła drugiej osoby, szybciej niż chciałby przyznać. Spali obok siebie, aby się nie wyziębić i Agrest nawet nie zauważył, ile to wówczas dawało mu komfortu. Teraz jednak ten okres dobiegł końca i musiał ponownie się przystosować do nowych warunków… 
Poza tym jednym aspektem nie tęsknił jednak za życiem samotniczym, czego na początku się obawiał. Zbyt duża siedziała w nim wtedy niepewność, czy aby na pewno wrócą. Za bardzo czuł się jak niepotrzebny balast, kiedy to przez jego słabą kondycję fizyczną cały czas musieli się zatrzymywać w trakcie drogi. Tutaj natomiast mógł drzemać, ile chciał i nie czuł się za to winny. 
Wręcz przeciwnie, dzięki poddawaniu się temu nieodpartemu pragnieniu, miał wrażenie, jakby wreszcie słuchał się swojego ciała. Organizm ewidentnie był mu za to wdzięczny, bo bolesne napięcie z jego mięśni po kilku dniach od zmiany rangi zupełnie zniknęło, co jeszcze dodatkowo pomogło mu się zrelaksować pod względem psychicznym. 
Doceniał także Wszechmatkę za obdarowanie go współlokatorką. Przed odejściem do starszyzny jakoś nie zdarzyło mu się dłużej porozmawiać z Jarząb, a teraz zyskał do tego idealną okazję. Jeszcze było za wcześnie, żeby cokolwiek stwierdzać, ale kotka zdawała się naprawdę miła i do tego wręcz trochę niezwykła. Miał nadzieję, że uda się im zaprzyjaźnić, mimo co najmniej późnego wieku do zaczęcia takiej relacji. 
Cały się rozpromienił, kiedy pierwszy raz do ich legowiska weszła Daglezjowa Igła. Nie spodziewał jej się tutaj, a już na pewno nie po tak krótkim czasie od jego rezygnacji. I do tego przyniosła mu coś do przekąszenia! 
Rdzawa rozłożyła się przy nim, owijając swój ogon wokół łap. 
— Postanowiłam sprawdzić, jak się czujesz, jak tam zdrowie. Dziś mamy wyjątkowo dżdżysty dzień. Słyszałam, że w kiepską pogodę pobolewają stawy. Mam nadzieję, że ciebie to omija.
— Och, to niezmiernie miło z twojej strony. — Uśmiechnął się ciepło. — Szczerze to obawiałem się, że gdy już zwalą się na ciebie obowiązki przywódczyni, to o mnie zapomnisz — wyznał od razu, dopiero po chwili orientując się, jak smutno to zabrzmiało. Chrząknął niezręcznie, za żadne skarby nie chcąc uzyskać reputacji biednego, opuszczonego staruszka. Zamierzał być właśnie takim pozytywnym, z dystansem do siebie dziadkiem! — To znaczy, żartuję oczywiście! Bardziej miałem na myśli, iż znalezienie na mnie czasu jest dla ciebie teraz zrozumiale trudniejsze. Ale po twojej dzisiejszej wizycie widzę, że nie mam się o co martwić! 
— Ależ oczywiście! — zamruczała. — Dobra organizacja czasu to dla mnie żaden problem. — Wypięła dumnie pierś. Zaraz natomiast zerknęła na niego z wyrazem większej powagi. — Zapomnieć to o tobie byłoby trudno, Agreście. Twoje zasługi z pewnością na długo zostaną w pamięci Owocowego Lasu. O to możesz być spokojny. 
Czekoladowy parsknął na to cicho z dodatkową nutą melancholii. Rzeczywiście nie miał wątpliwości, że niektóre jego odpały zapiszą się we wspomnieniach sporej ilości kotów, nie pozostawiając miejsca na brak opinii. Słowa rudej przyniosły mu jednak trochę ulgi, iż nie tylko te negatywne aspekty jego władzy zostaną zapamiętane. Właściwie jak myślał o tym w całości… to chyba nie było tak źle, prawda? Sam znacznie bardziej preferował rangę zwykłego wojownika, ale mimo to jako przywódca udało mu się zapobiec powtórce koszmarów ze swojego dzieciństwa. Nie dopuścił do masowych morderstw, w razie zagrożenia wprowadzał zasady zwiększające bezpieczeństwo, nie doprowadził do poważnych konfliktów międzyklanowych, a nawet zawiązał trwały sojusz z jednym z nich – czyli wszystko, czego nie potrafili zapewnić Owocowemu Lasowi jego poprzednicy. 
I aktualnie stwierdził, że tylko to się dla niego liczyło. 
— Co za ulga — zaśmiał się, po części odpowiadając na jej słowa, po części na własne myśli. 
Siedzieli przez moment w ciszy, dopóki staruszek nie dostrzegł wyczekującego wzroku liderki. Zaraz, zaraz. 
— Chwilka, pytałaś mnie o coś jeszcze? — Zmarszczył czoło w zdezorientowaniu. Coś zaczynało mu świtać, że poruszyła jeszcze jakiś temat, ale za nic nie mógł sobie wygrzebać z umysłu, co takiego to było. 
— Ach, miałam tylko nadzieję, że nic ci nie dolega w tak deszczowy dzień! 
— O, tak, tak, faktycznie! — powtórzył z entuzjazmem, jakby właśnie odkrył jedną z tajemnic wszechświata. — Cóż, tym razem na moje nieszczęście, ból stawów także o mnie nie zapomniał — zażartował, zaraz trochę się zawstydzając. — Ale to nic takiego! Nie jest to też najgorszy ból ze starości, jaki mi się przytrafił, wiesz… 
Daglezjowa Igła przyjrzała się mu uważnie. 
— W takim razie może wolisz porozmawiać o czymś przyjemniejszym? — zaproponowała, zapewne dostrzegając jego zakłopotanie. 
Starszy często przeklinał siebie za to, że z jego pyska tak łatwo było odczytać emocje, jednak na szczęście miało to też swoje plusy. 
— Chętnie — odetchnął, uświadamiając sobie, że nawet nie ugryzł ani kęsa zwierzyny przyniesionej przez pointkę. Wgryzł się więc w żołędnicę, naprawiając swój błąd. Wąsy aż uniosły mu się z uciechy, jak tylko poczuł smak świeżego mięska na języku. — Jeju, jest przepyszny! Naprawdę wiesz, jak kogoś uszczęśliwić, Daglezjowa Igło.
Wibrysy pointki zadrgały. 
— No ba, nie bez powodu wybrano mnie przywódczynią! 
Agrest parsknął na to życzliwym chichotem, niebawem słysząc, jak ruda również się do niego dołącza. No przecież, teraz to było wręcz jej zadanie, żeby dbać o samopoczucie innych! 
Radosny moment przerwał jednak dźwięk przy wejściu do legowiska. W osobie stojącej naprzeciw bicolor rozpoznał Lśniącą Tęczę. Zaciekawiony zastrzygł uszami. 
— Daglezjowa Igło, jest sprawa do omówienia — oznajmił z jak zwykle kamiennym wyrazem twarzy. — Pilna. 
Liderka przewróciła oczami, powoli podnosząc się z ziemi. Czekoladowemu zrobiło się szkoda, że musiała już iść, ale wiedział, iż postępowała słusznie. Sprawy klanowe były znacznie istotniejsze niż rozmowa z ekscentrycznym staruszkiem. 
Mimo chwilowego smutku, po tym jak dwójka opuściła krzew kaliny, uprzednio żegnając się z nim, kocur uniósł wysoko ogon. 
Zabawnie patrzyło się na to wszystko z perspektywy księżyców. Daglezjowa Igła, niegdyś nowa członkini ich społeczności, którą ze względu na pochodzenie nie akceptowała część kotów, obecnie stała przed nim jako pełnoprawna przywódczyni Owocowego Lasu, wybrana większością głosów obywateli. Dopiero co jako zastępca zmartwiony pytał ją o samopoczucie w ich grupie, dopiero co wojowniczka wspomniała mu o nazywaniu jej zdrajczynią i szpiegiem, przez co poniektórych. Jednocześnie, mimo tych wszystkich przeciwności, kotka nigdy nie spędzała czasu, żaląc się nad swoim losem. Skupiła się na ciężkiej pracy, wierząc, że jest w stanie zmienić nieprzychylną reputację. I rzeczywiście to się jej udało. Ostatnie wydarzenia tylko uwydatniły, jak wiele osiągnęła od momentu przybycia w to miejsce. Obserwowanie całego procesu jej ewolucji było prawdziwie inspirujące. 
Przykład Daglezjowej Igły z hukiem zamykał całą dyskusję na temat honoru osób przybyłych z zewnątrz. Udowadniał, że koty nieurodzone w sadzie potrafiły być niekiedy nawet bardziej Owocniakami, niż Owocniacy z tradycyjnej definicji: zbyt zaślepieni strachem, żeby dbać o to, co w Owocowym Lesie najważniejsze – wspólnotę. 
Na pysku Agresta zawitał szeroki uśmiech. 
Był z niej dumny.

***

— Wiesz, myślę, że to rzeczywiście mi pomogło — wydusił z siebie, wykonując koci grzbiet. — Bez regularnych spacerów na pewno nie byłbym w stanie tyle przejść. Te ćwiczenia, co mi zaleciła Witka, chyba też pozytywnie wpłynęły na moją sprawność. Wiadomo, nie zdziałały cudów, ale to zawsze coś. 
— Dobrze to słyszeć — mruknęła z namysłem Świergot, która obecnie doradzała mu, jakie pozycje przyjmować. — Właśnie zaobserwowałyśmy jakiś czas temu, że im więcej się ruszamy, tym lepiej się czujemy i rzadziej dopadają nas bóle. — Zerknęła na legowisko medyka. — Sądzę, iż należy to rozpowszechnić, skoro u ciebie także się sprawdziło. 
— Och, w takim razie powodzenia! To dobry pomysł — zachęcił ją, kładąc ramiona jak najdalej od siebie i jednocześnie odchylając się do tyłu, zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami. Swój wzrok przeniósł łapy, kiedy przypomniał sobie inny powód, dla którego chciał spotkać się z szamanką. — Jest jeszcze jedna kwestia, którą chciałbym poruszyć. 
Liliowa zastrzygła uchem. 
— Co takiego? 
— Uhm, co się stało z Jarzębinką? — poruszył się niespokojnie, po powrocie do postawy stojącej. — Nie widziałem jej ani razu, odkąd odszedłem szukać Mirabelki. Mogłem się spytać Jarząb, ale, no wiesz, wolałem nie… 
Cętkowana westchnęła ciężko, podczas gdy na jej czoło wkradła się posępna zmarszczka. Milczała przez chwilę, dopóki nie wykrztusiła:
— Nie żyje. 
Mimo częściowego spodziewania się takiej odpowiedzi mometalnie zaschło mu w gardle. 
— J-jak… jak? 
— Atak drapieżnika. Nie wiemy jak ani dlaczego znalazła się poza obozem. 
Agrest zacisnął powieki z bólem. Pamiętał jeszcze, jak na swoim ostatnim zgromadzeniu wziął ją na skałę liderów, a ona podziwiała widok z entuzjazmem. Mało kto zresztą emanował tak pozytywną energią i przyjaznym nastawieniem jak uczennica. 
„Przynajmniej podczas pobytu tutaj miała kochającą rodzinę. Przynajmniej zdążyła spełnić jedno ze swoich marzeń” – powtarzał sobie w myślach, starając się po raz kolejny nie stracić wiary w sens egzystencji każdej osoby. Nic jednak nie było w stanie złagodzić niemiłosiernie kłującego uczucia w żołądku, kiedy roztrząsał to wszystko w swoim umyśle. Podczas jego nieobecności zgasł promyk Owocowego Lasu. 
W jednej chwili stracił wszystkie chęci, żeby wykonywać jakiekolwiek ćwiczenia. Świergot natomiast nadal stała przy nim, więc nie chcąc jej zawieść, zdecydował się zrobić jeszcze jedno i udać się na krótki spacer, aby móc przeprocesować to wszystko. 
Podnosił łapy, jedną, po drugiej, dopóki w trakcie stopniowo nie zaczął czuć się znacznie słabiej, niż przed uderzeniem serca. Zignorował to, myśląc, że zaraz mu przejdzie, jednak niepokojące zjawisko tylko przybierało na sile. Uczucie duszności wypełniło jego płuca. Z tego powodu zupełnie zaprzestał ruchu i usiadł, instynktownie pochylając głowę w dół. 
— Agreście, wszystko w porządku? — zapytała szamanka, natychmiastowo wyłapując, iż coś jest na rzeczy. 
Starszy szybko pokręcił głową, nieruchomo wpatrując się w trawę pod jego poduszkami. 
— Zaprowadzę cię do Witki. — Liliowa bez wahania podjęła decyzję, stając przy jego boku. — No dalej, dasz radę — dodała, widząc, że kocurowi nie spieszyło się do wykonania choćby kroku. 
Czekoladowy na te słowa ruszył przed siebie, oddychając ciężko. 

*Przed masakrą*

Nigdy wcześniej nie miał czasu na słuchanie plotek, aż do teraz. Owocowy Las wręcz zawrzał od najnowszej wieści o przypuszczalnym romansie pomiędzy… jego dwoma byłymi zastępcami. Osobiście zaskoczyły go takie domysły. Sam wcześniej jakoś w ogóle tego nie dostrzegał, ale im dłużej o tym mówiono, tym bardziej zaczynał się zastanawiać, czy to po prostu z nim nie było coś nie tak. Zresztą, on nigdy nie miał dobrego wyczucia w takich sprawach. Zupełnie zaskoczyła go wieść o romansie Mrocznej Gwiazdy z Grzybową i twierdzenia, że srebrna przywódczyni Klanu Nocy chciała z nim coś więcej… 
Prawdziwa czy nieprawdziwa, wiedział, jak to jest być ofiarą plotek o własnym życiu prywatnym. Ani trochę nie zazdrościł aktualnej przywódczyni. 
— Wiesz, ja też doświadczyłem czegoś podobnego — zaczął, podczas jednej z konwersacji, chcąc okazać jej wsparcie. — Nie mam pojęcia dlaczego, kiedy stajesz się liderem, to reszta kotów nagle zaczyna się interesować twoim życiem romantycznym. — Skrzywił się na tamte wspomnienia. — To może się przecież kiedyś źle skończyć! Nikt nie powinien się w takie coś angażować. 
Źrenice Daglezjowej Igły się rozszerzyły.
— Nie wierzę — sapnęła, jakby właśnie spadł jej z nieba. — Agreście, jesteś dosłownie pierwszą osobą, która mnie rozumie. Co za ulga! 
— Tak... — wymamrotał, łapy trzymając blisko klatki piersiowej. — Dla mnie to było też dodatkowo niekomfortowe pod względem, że wówczas miałem Kuklika jako partnera. I oczywiście nikt nie wziął tego pod uwagę, rozpuszczając tę plotkę. Wyobrażasz to sobie? Przez to gadanie biedny zaczął się martwić, czy ja nadal go kocham… 
— Mysie móżdżki — prychnęła z pogardą pointka. 
— Dosłownie! — zgodził się z oburzeniem. — Ja jedynie odmrugnąłem Śnieżnej Gwieździe i już uznano to za jakiś znak. Gdy ja po prostu nie wiedziałem, czego ona ode mnie chce! No i postanowiłem, iż odwzajemnię, bo chyba lepiej odpowiedzieć niż nie. Nie chciałem brakiem szacunku zerwać nici porozumienia między nami. Nie moja wina, że nigdy nie byłem tak zręczny politycznie jak Komar… — Pokręcił głową. — Tę pogłoskę z Kamień to już trochę bardziej jestem w stanie zrozumieć, bo byliśmy fizycznie blisko, ale takie coś też nie od razu oznacza więzi romantycznej — podkreślił, niedługo po tym pesząc się, kiedy zdał sobie sprawę, ile mówił. — Przepraszam. Nie powinienem był się tak rozgadywać o mnie, kiedy to ty obecnie znajdziesz się w trudnej sytuacji. 
Ruda machnęła ogonem. 
— Nie musisz przepraszać. Wolę słuchać o okropieństwie, które nie jest już dłużej aktualne — westchnęła dramatycznie.
— Och… no tak. Mam nadzieję, że to też przeminie. — Zaskrobał pazurem w ziemi. — W każdym razie, chciałbym, abyś wiedziała, iż rozumiem, co czujesz. I niezależnie od tego, czy to, co mówią, jest prawdą, jestem po twojej stronie. — Zdziwił się, gdy w morskich oczach swojej rozmówczyni ujrzał błysk zaskoczenia. Może powinien jeszcze raz zapewnić kotkę o braku oceny z jego strony? — O to nie musisz się martwić. Lubię i akceptuję cię nieważne co. 

<Moja miłość wobec ciebie jest bezwarunkowa, Królowo>