Zimny wiatr poranka zdawał się wciskać pod futra kotów Klanu Burzy niczym niewidzialny cień, który z każdą chwilą odbierał resztki ciepła i pozostawiał po sobie jedynie nieprzyjemny chłód. Niebo szczelnie zasnuwały ciężkie, ołowiane chmury, spod których nie przebijał się nawet najdrobniejszy promień słońca, przez co całe obozowisko tonęło w szarej, przygaszonej poświacie. Powietrze wydawało się ciężkie od wilgoci, a poruszane wiatrem wrzosy kołysały się ospale, szeleszcząc cicho pomiędzy kamieniami. Był to jeden z tych dni, podczas których najrozsądniej byłoby po prostu pozostać pod ziemią i przeczekać kapryśną pogodę z nadzieją, że kolejny świt okaże się znacznie łaskawszy.
Ruda Lisówka najwyraźniej nie zamierzał jednak pozwolić swojej uczennicy na taki luksus.
Rudy wojownik wsunął się do legowiska uczniów spokojnym, równym krokiem, a jego błękitnawe spojrzenie szybko odnalazło białą sylwetkę Kameliowej Łapy. Przez kilka uderzeń serca przyglądał się jej w milczeniu, jak gdyby sam fakt, że siedziała już wyprostowana, zamiast spać wraz z pozostałymi uczniami, wydał mu się czymś zaskakującym. Wokół nich wciąż panowała cisza, przerywana jedynie miarowym oddechem śpiących kotów i cichym szelestem mchu, gdy któryś z uczniów poruszał się przez sen.
— Nie śpisz? — zapytał łagodnie, zerkając przelotnie na pozostałe legowiska. — Przecież ledwo zaczął się ranek.
Kameliowa Łapa zastrzygła uchem. Jej spojrzenie powoli odnalazło sylwetkę mentora, lecz nie potrafiła utrzymać z nim kontaktu wzrokowego dłużej niż przez krótką chwilę. Niemal natychmiast spuściła oczy na własne łapy.
— Ach... no tak... — odparła z bladym uśmiechem, w którym słodycz mieszała się z wyraźnym zmęczeniem. — Nie mogłam zasnąć. Próbowałam kilka razy, ale im dłużej leżałam, tym bardziej miałam wrażenie, że moje myśli po prostu... nie chcą się uspokoić.
Na moment zamilkła, po czym odwróciła głowę w stronę Tojada, który spał spokojnie z nosem schowanym pod ogonem. Serce Kameliowej Łapy biło zbyt szybko jak na tak cichy poranek, a niepokój, którego nie potrafiła nazwać, coraz mocniej zaciskał się wokół jej piersi.
— Jak myślisz... ile jeszcze księżyców spędzę jako uczennica? — zapytała w końcu cicho, kładąc uszy po sobie. — Mam wrażenie, że to trwa w nieskończoność. Codziennie uczę się czegoś nowego, codziennie robię wszystko, czego ode mnie oczekujesz, a mimo to nadal stoję w tym samym miejscu.
Jej oddech lekko przyspieszył.
— Czuję się... bezużyteczna. Jakbym nie robiła wystarczająco dużo dla klanu. Wszyscy wokół wykonują swoje obowiązki, polują, patrolują granice, opiekują się innymi, a ja wciąż słyszę tylko, że jeszcze nie jestem gotowa.
Każde kolejne zdanie wypowiadała coraz szybciej, a jej głos niebezpiecznie wspinał się ku wyższym tonom. Choć usiłowała nad sobą panować, nie potrafiła zatrzymać narastającej desperacji. Najbardziej przerażała ją myśl, że pozostali mogli dostrzegać w niej dokładnie to samo, co ona sama widziała każdego ranka — uczennicę, która potrzebowała znacznie więcej czasu niż powinna.
Ruda Lisówka nie odpowiedział od razu.
Pozwolił, by cisza wybrzmiała pomiędzy nimi, a dopiero po chwili skinął lekko głową.
— Chodź — powiedział spokojnie. — Wyjdźmy stąd.
Odwrócił się i wyszedł z legowiska, zatrzymując się dopiero kilka ogonów dalej. Kameliowa Łapa zawahała się jedynie przez moment, po czym ruszyła za nim posłusznie. Gdy stanęła u jego boku, uniosła ku niemu wzrok z cichą nadzieją, że znajdzie odpowiedź na pytania, których sama nie potrafiła już uciszyć.
Coraz częściej miała wrażenie, że bez czyjegoś wsparcia rozsypałaby się na kawałki.
Nie wiedziała jednak, czy taka była od zawsze.
Być może wszystko zmieniło się dopiero na wyspie Klanu Nocy, gdzie strach i bezsilność na dobre wrosły w jej pamięć. Odkąd wróciła, wspomnienia sprzed tamtych wydarzeń stawały się coraz bardziej zamglone, jakby należały do zupełnie innej kotki.
Lisówka zatrzymał się dopiero przy wyjściu z obozu. Przez chwilę wpatrywał się w szare niebo, jak gdyby sam szukał odpowiednich słów.
— Nie wszystko da się przyspieszyć — odezwał się w końcu cicho. — Wiem, że chciałabyś już odzyskać wojownicze imię i znowu poczuć się częścią patroli, ale pośpiech bardzo rzadko prowadzi do czegoś dobrego. Czasami trening trwa dłużej, niż sami byśmy tego chcieli, jednak długość szkolenia nie świadczy ani o twojej wartości, ani o tym, jakim wojownikiem zostaniesz.
Odwrócił ku niej pysk, a jego spojrzenie złagodniało.
— Robisz postępy, Kameliowa Łapo. Być może sama ich nie dostrzegasz, ponieważ patrzysz na siebie znacznie surowiej niż ktokolwiek inny, ale uwierz mi... dzień, w którym ponownie otrzymasz wojownicze imię, zbliża się z każdym kolejnym wschodem słońca.
— Ale ja... nie jestem w stanie powtarzać sobie tego przez następny księżyc... — jęknęła, a jej uszy przywarły do głowy, podczas gdy ogon nerwowo smagnął ziemię. — Ja naprawdę muszę w końcu otrzymać wojownicze imię. Błagam, powiedz mi... czego mi brakuje? Co robię źle?
W jej głosie pobrzmiewała desperacja, której nie potrafiła już ukryć. Nie pytała z ciekawości. Szukała odpowiedzi, której mogłaby się uchwycić, choćby była bolesna.
Ruda Lisówka zadrżał ledwie dostrzegalnie.
Przez krótką chwilę przyglądał się swojej uczennicy w milczeniu, jak gdyby starannie dobierał słowa, które nie pogłębiłyby jej niepokoju. W końcu na jego pysku pojawił się łagodny, niemal ojcowski uśmiech.
— Niczego ci nie brakuje — odparł spokojnie. — Po prostu potrzebujesz jeszcze trochę cza—
— Nie. — przerwała mu natychmiast.
Jej odpowiedź przecięła powietrze szybciej, niż zdążył dokończyć zdanie.
— Nie potrzebuję czasu. Potrzebuję rozwiązań.
Zapadła cisza.
Lisówka westchnął cicho, po czym odwrócił wzrok ku wrzosowiskom falującym pod naporem wiatru. Przez kilka uderzeń serca wydawał się nad czymś zastanawiać, aż w końcu przechylił lekko pysk i ponownie spojrzał na Kameliową Łapę.
— Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć... — odezwał się w końcu, jakby każde kolejne słowo musiał najpierw dokładnie przemyśleć. — Nadal największą trudność sprawiają ci biegi długodystansowe.
Kotka milczała przez dłuższą chwilę, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, jakby próbowała znaleźć w jego słowach coś, czego mogłaby się uchwycić. Wiedziała, że miał rację — przynajmniej częściowo — lecz gdzieś głęboko w niej narastało zmęczenie ciągłym czekaniem. Nie chciała już słyszeć, że potrzebuje więcej czasu. Chciała wreszcie udowodnić, że jest gotowa, chciała stanąć przed całym klanem i usłyszeć słowa, na które czekała od tak wielu księżyców.
— Dobrze. Więc zaczynajmy. — Jej głos zabrzmiał bardziej stanowczo, niż się spodziewała. — Jeśli trzeba, poświęcę cały dzień na naukę.
Lisówka przyglądał jej się przez moment, po czym jedynie lekko skinął głową.
— W porządku.
***
Wiatr uderzał w nią ze wszystkich stron z uporem, którego nie sposób było zignorować. Sunął szerokimi falami ponad rozległą polaną, przeczesując wysokie źdźbła traw i wprawiając je w jednostajny, kołyszący taniec, po czym z całą siłą rzucał się na Kameliową Łapę. Szarpał jej gęste, śnieżnobiałe futro, wciskał się pomiędzy pojedyncze włosy i chłodził rozgrzane od wysiłku ciało, jak gdyby usiłował zmusić ją do zatrzymania się, zanim jeszcze zdoła nabrać właściwego tempa.
Zimne podmuchy raz po raz uderzały ją w bok lub smagały pysk, zmuszając do mrużenia oczu, lecz mimo to nie zwalniała. Zaciskała szczęki i biegła dalej, starając się ignorować narastające zmęczenie mięśni oraz nieprzyjemne napięcie, które od samego rana nie opuszczało jej ciała. Miała wrażenie, że ciężar spoczywa nie tylko na barkach, lecz także gdzieś głęboko pod żebrami, skąd rozlewał się po całym wnętrzu niczym zimno wsiąkające w kamień podczas jesiennego deszczu.
Jej futro, które zazwyczaj skutecznie chroniło ją przed chłodem nawet podczas najzimniejszych nocy, tym razem wydawało się zaskakująco bezużyteczne. Każdy powiew bez trudu przenikał przez gęstą sierść, pozostawiając po sobie nieprzyjemny dreszcz. Po chwili doszła jednak do wniosku, że to chyba nie wiatr był prawdziwym źródłem tego uczucia.
To nie pogoda sprawiała, że drżała.
To własne myśli.
Stres ściskał ją mocniej niż lodowaty podmuch, przez co nawet najprostsze czynności wydawały się dziwnie obce i trudniejsze niż zwykle. Otwarta polana, na której trenowała już niezliczoną ilość razy, dziś nie wydawała się znajoma. Rozległa przestrzeń sprawiała wrażenie większej niż kiedykolwiek wcześniej, a ciężkie chmury wiszące nad głową potęgowały uczucie niepokoju, jakby cały świat obserwował ją w milczeniu, czekając na wynik próby.
Na razie jednak nic szczególnego się nie działo.
Rozgrzewała mięśnie spokojnym truchtem, pozwalając, by ciało stopniowo przyzwyczajało się do wysiłku. Co pewien czas zatrzymywała się, wyciągała przednie łapy, rozluźniała barki, wyginała grzbiet i ostrożnie napinała mięśnie zadu, dokładnie tak, jak uczono ją przez ostatnie księżyce. Każdy ruch wykonywała niemal odruchowo, lecz myśli wcale nie podążały za ciałem. Krążyły gdzieś daleko, nieustannie wracając do jednego pytania.
Czy naprawdę jest gotowa?
Serce biło jej gwałtownie, odbijając się echem w uszach. Miała wrażenie, że za chwilę wyrwie się z piersi i pogna przed siebie szybciej od niej samej, zostawiając ją samą z własnym zwątpieniem.
Nie rozumiała tego uczucia.
Przecież podobne ćwiczenia wykonywała już wcześniej. Biegała z Lisówką niezliczoną ilość razy. Wielokrotnie ścigali się przez wrzosowiska, pokonywali nierówności terenu i ćwiczyli wytrzymałość, a jednak żaden wcześniejszy trening nie sprawiał, że oczekiwanie stawało się niemal nie do zniesienia.
Dzisiejszy dzień był inny.
Nie potrafiła wyjaśnić dlaczego.
Po prostu to czuła.
Zatrzymała się na moment i wzięła kilka głębokich oddechów. Chłodne powietrze wypełniło płuca, lecz zamiast przynieść ukojenie, jedynie jeszcze wyraźniej uświadomiło jej, jak szybko bije serce. Powoli uniosła wzrok.
Lisówka właśnie kończył rozciąganie. Przeciągnął się leniwie, rozluźniając barki, po czym wyprostował sylwetkę. Gdy spojrzał w jej stronę, ich oczy spotkały się na krótką chwilę.
Kameliowej Łapie przemknęło przez myśl, że jego spojrzenie jest zadziwiająco przenikliwe. Nie było w nim ani surowości, ani niecierpliwości, lecz coś znacznie trudniejszego do opisania — spokojna uważność wojownika, który potrafił dostrzec znacznie więcej, niż sam dawał po sobie poznać. Przez jedno uderzenie serca miała wrażenie, że Lisówka widzi wszystkie jej obawy, choć nie wypowiedziała ich na głos.
Nie zapytał jednak o nic.
Może rozumiał, że istnieją lęki, z którymi każdy kot musi zmierzyć się sam.
— Przyśpieszymy trochę, a później przejdziemy do pełnego sprintu — odezwał się spokojnie, ruszając przed siebie pewnym, równym krokiem. — Nie rzucaj się od razu całym ciałem do przodu. Najpierw znajdź własny rytm. Dopiero później pozwól, by szybkość przyszła sama.
Kameliowa Łapa słyszała każde słowo, które wypowiadał Lisówka, choć jego głos zdawał się docierać do niej z oddali, przytłumiony przez szum wiatru, szelest wysokich traw oraz przyspieszone bicie własnego serca. Wiedziała, że powinna uważnie słuchać, ponieważ zawsze starała się to robić. Szacunek, którym darzyła swojego mentora, sprawiał, że jego rady przyjmowała z powagą i skupieniem, chłonąc każde pouczenie niczym wyschnięta ziemia pochłaniająca pierwsze krople długo wyczekiwanego deszczu. Tym razem jednak słowa Lisówki nie chciały pozostać w jej pamięci, jakby jej umysł nie był w stanie zatrzymać żadnego z nich na dłużej.
Nie wynikało to z braku szacunku ani z niechęci do słuchania. Przeciwnie, Kameliowa Łapa bardzo chciała zrozumieć wszystko, co mentor próbował jej przekazać, lecz pod powierzchnią tej chęci narastało coś znacznie silniejszego, coś, czego nie potrafiła już dłużej ignorować. Pragnienie biegu wypełniało ją od środka i zdawało się płynąć razem z krwią, wprawiając mięśnie w delikatne napięcie oraz każąc łapom niecierpliwie przesuwać się po wilgotnej ziemi.
Polana rozciągała się przed nią szeroko, niemal bezkresnie, a jej powierzchnię pokrywały wysokie trawy, które pod naporem chłodnego wiatru pochylały się raz w jedną, raz w drugą stronę. Ich źdźbła ocierały się o siebie z cichym, jednostajnym szelestem, tworząc dźwięk przypominający odległy szept lasu. Ziemia była jeszcze wilgotna po wcześniejszym deszczu i pachniała świeżością, mokrymi korzeniami oraz mchem, którego woń unosiła się gdzieś pomiędzy zapachami traw.
Jej pierwsze kroki były jeszcze pełne ostrożności, lecz z każdym kolejnym susłem ciało zaczynało przypominać sobie naturalną lekkość ruchu. Pazury lekko zagłębiały się w wilgotną glebę, zapewniając jej stabilne oparcie, a mięśnie pracowały coraz płynniej, reagując na każdy ruch niemal bez udziału świadomości.
Wraz z biegiem zaczęło ustępować napięcie, które od wielu dni nie pozwalało jej zaznać spokoju. Kameliowa Łapa czuła, jak ciężar zalegający gdzieś pod żebrami stopniowo się rozprasza, jakby każdy kolejny krok pozostawiał za nią cząstkę niepokoju. Myśli, które jeszcze przed chwilą tłoczyły się w jej głowie, traciły swoją ostrość i znaczenie, rozpływając się pod wpływem rytmicznego ruchu. Przypominały ślady pozostawione na wilgotnej ziemi, które wiatr zacierał niemal natychmiast po tym, jak się pojawiły.
Jeszcze przed chwilą każda z tych myśli wydawała się ciężka niczym mokry kamień, lecz teraz Kameliowa Łapa nie potrafiła już przypomnieć sobie większości z nich. Pozostał jedynie rytm jej oddechu, miarowe uderzenia łap o ziemię oraz szum wiatru przesuwającego się przez trawy.
Z każdym kolejnym krokiem przyspieszała.
Jej łapy zaczęły uderzać o twardą ziemię z coraz większą pewnością, wzbijając spod opuszek drobne grudki wilgotnej gleby, które rozpadały się w powietrzu, zanim zdążyły opaść na trawę. Mięśnie barków, grzbietu i tylnych łap pracowały zgodnie, napinając się i rozluźniając w płynnym rytmie, który pozwalał jej poruszać się szybko bez utraty równowagi. Nawet gdy pod jedną z łap przemknął ukryty pod trawą korzeń, jej ciało zareagowało natychmiast, korygując krok, zanim zdążyła o tym pomyśleć.
Wiatr, który wcześniej smagał jej futro i wciskał chłód między włosy, przestał wydawać się przeciwnikiem. Zamiast tego zaczął towarzyszyć jej w biegu, chwytając za sierść na bokach i karku, rozwiewając ją za plecami oraz chłodząc rozgrzaną skórę. Przynosił ze sobą zapach mokrych traw, odległego lasu i deszczu, który prawdopodobnie wkrótce miał ponownie spaść na ziemię. Kameliowa Łapa wciągała głęboko powietrze, pozwalając, by chłód wypełniał jej płuca, a następnie wypuszczała je w rytmie kolejnych susów.
Jej serce biło coraz szybciej, lecz zamiast niepokoju przynosiło jej to dziwną, niemal upajającą pewność. Każde uderzenie zdawało się mówić jej, że jest silniejsza, niż sądziła, a każdy kolejny oddech dodawał jej sił. Strach, który jeszcze niedawno zaciskał się wokół jej wnętrza niczym cierniowy krzew, powoli odsuwał się coraz dalej. Nie zniknął całkowicie, lecz przestał mieć nad nią władzę.
Kameliowa Łapa biegła coraz szybciej.
Otwarta przestrzeń rozciągała się przed nią, a granica polany zdawała się oddalać z każdym kolejnym susem. Wysokie trawy rozmywały się po bokach w zielonoszare smugi, pojedyncze krople wody strącone z ich źdźbeł osiadały na jej sierści, a chłodny wiatr przeciskał się pomiędzy włosami. Gdzieś wysoko nad polaną przemknął samotny ptak, którego ciemna sylwetka na moment odcięła się od szarego nieba, zanim zniknęła za koronami drzew.
Kameliowa Łapa nie zwracała jednak uwagi na nic poza drogą przed sobą.
Ciężkie niebo przestało mieć znaczenie, podobnie jak chłód, wilgoć i narastające zmęczenie. Wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało jej się ważne, zostało gdzieś daleko za nią. Liczył się jedynie ruch, który pozwalał jej przez chwilę zapomnieć o wątpliwościach i obawach. Po raz pierwszy od dawna czuła, że jej ciało oraz myśli poruszają się w tym samym kierunku, bez żadnego oporu.
Nie zauważyła nawet chwili, w której zrównała się z Lisówką.
Dopiero kiedy dostrzegła go kątem oka, zdała sobie sprawę, że mentor biegnie teraz tuż obok niej. Jego oddech był cięższy niż wcześniej, a sierść na bokach poruszała się przy każdym szybkim wdechu, lecz spojrzenie pozostawało skupione i czujne. Kameliowa Łapa rzuciła mu krótkie spojrzenie, które trwało zaledwie kilka uderzeń serca, po czym ponownie zwróciła wzrok przed siebie.
Wtedy poczuła, że może pobiec jeszcze szybciej.
Nie zastanawiając się nad tym, wysunęła się przed mentora. Jej ciało samo znalazło właściwy rytm, a łapy niosły ją z niezwykłą lekkością, jakby przez wszystkie księżyce treningu czekała właśnie na ten moment. Nie obejrzała się za siebie, ponieważ po raz pierwszy nie czuła potrzeby sprawdzania, czy ktoś za nią nadąża.
Biegła dalej, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej futro, a ziemia usuwała się spod łap w szybkim, niemal nieprzerwanym rytmie.
Wtedy zza pleców dobiegł ją donośny głos Lisówki.
— Kameliowa Łapo! Wystarczy!
Zwolniła dopiero po kilku kolejnych susach, ponieważ jej ciało potrzebowało chwili, by podporządkować się rozkazowi. Najpierw wydłużyła odstępy pomiędzy krokami, potem stopniowo zmniejszyła tempo, aż w końcu zatrzymała się na środku polany. Przez moment stała z pochyloną głową, ciężko dysząc, podczas gdy jej boki gwałtownie unosiły się przy każdym oddechu.
Chłodne powietrze wypełniało jej płuca, lecz gardło wciąż piekło od wysiłku. Czuła wilgoć na sierści oraz delikatne drżenie mięśni, które przypominało jej o tym, jak wiele sił włożyła w ostatnią część próby. Mimo zmęczenia nie czuła jednak żalu, że się zatrzymała. W jej wnętrzu wciąż pozostawała lekkość, której nie zaznała od bardzo dawna.
Odwróciła się i spojrzała na mentora.
Lisówka zatrzymał się kilka kroków dalej, również ciężko dysząc. Jego boki unosiły się szybko, a oddech przez chwilę zagłuszał nawet szum traw. Mimo zmęczenia na jego pysku pojawił się jednak uśmiech, niewielki, lecz pełen szczerego zadowolenia.
Przez kilka chwil nie mówił nic.
Po prostu patrzył na nią.
Kameliowa Łapa znała to spojrzenie. Widział ją jako uczennicę, która przez wiele księżyców popełniała błędy, potykała się, podnosiła i próbowała ponownie, lecz tym razem w jego oczach dostrzegła coś więcej niż zwykłą aprobatę. Dostrzegła dumę, której Lisówka nawet nie próbował ukrywać.
— Brawo... udało ci się... — powiedział w końcu pomiędzy ciężkimi oddechami. — Przeszłaś test na wojowniczkę, Kameliowa Łapo.
Kameliowa Łapa znieruchomiała.
Przeszła.
Naprawdę przeszła.
Wszystkie księżyce treningów, wszystkie porażki i chwile zwątpienia, każde bolesne ćwiczenie oraz każdy sukces nagle połączyły się w jedną, niezwykle prostą prawdę. Wszystko, przez co przeszła, doprowadziło ją właśnie tutaj.
Przypomniała sobie pierwsze treningi, kiedy każda nowa umiejętność — niezwykle prosta dla każdego innego burzaka — wymagała od niej ogromnego wysiłku. Pamiętała dni, w których wracała do obozu ze zmęczonymi łapami i obolałym ciałem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek stanie się wojowniczką, jaką chciała być. Pamiętała również te nieliczne chwile, gdy udało jej się zrobić coś lepiej niż wcześniej, a Lisówka pozwalał sobie na krótkie, dumne spojrzenie.
Teraz wszystkie te wspomnienia wróciły jednocześnie.
W jej gardle pojawiło się wzruszenie, tak silne, że przez chwilę nie była w stanie odpowiedzieć. Serce nadal biło jej szybko, lecz tym razem nie miało to nic wspólnego z wysiłkiem. Czuła ciepło pod powiekami i delikatne drżenie wąsów, gdy próbowała powstrzymać napływające łzy.
Nie chciała płakać, ponieważ wydawało jej się, że powinna powiedzieć coś godnego tej chwili.
Nie znalazła jednak żadnych odpowiednich słów.
Lisówka nie naciskał.
Po chwili odezwał się ponownie, tym razem znacznie ciszej.
— Wiem, wiem… Mówiłem ci, żebyś poczekała. Jednak… Naprawdę dobrze opanowałaś większość umiejętności. Zasługujesz na to, by w końcu zyskać nowe imię.
Kameliowa Łapa uniosła na niego wzrok, lecz odpowiedź nadal nie chciała przejść jej przez gardło. Wszystko, co mogła powiedzieć, wydawało jej się zbyt małe wobec tego, co czuła. Przez wszystkie księżyce marzyła o tej chwili, a teraz, kiedy wreszcie nadeszła, rzeczywistość wydawała się niemal zbyt wielka, by mogła ją objąć.
Jeszcze przed chwilą była uczennicą, która ciągle próbowała udowodnić, że jest gotowa, by zostać wojowniczką. Teraz wiedziała, że jej czas jako Kameliowej Łapy powoli dobiega końca. Niedługo stanie przed całym klanem, a imię, które nosiła przez tak wiele księżyców, zostanie zastąpione imieniem, które będzie należało już tylko do niej.
***
— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go ją jako kolejnego wojownika.
Kameliowa Łapa słyszała każde słowo, lecz niemal żadne nie pozostawało w jej myślach na dłużej.
Siedziała nieruchomo, próbując zachować powagę należną ceremonii, jednak jej wnętrze przepełniało tak wielkie szczęście, że trudno było jej skupić się na czymkolwiek.
— Kameliowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Kameliowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Kameliowy Wianek. Klan Gwiazdy ceni twoją dobroć i rozwagę oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Burzy.
Wokół niej zaczęły rozbrzmiewać głosy klanu.
— Kameliowy Wianek!
Imię powtarzało się coraz głośniej, podchwytywane przez kolejne koty, aż w końcu cała przestrzeń obozu wypełniła się wołaniem. Kameliowy Wianek słuchała go z szeroko otwartymi oczami, czując, jak serce przepełnia jej się dumą oraz wdzięcznością.