BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rohan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rohan. Pokaż wszystkie posty

22 maja 2026

Od Rohan CD. Smoka

Słodkie miauknięcia, które wydobyły się z pyszczka Smok były niczym miód na jej serce. Chociaż każdego dnia jej dzieciaczki wystawiały jej już i tak nie za dużą cierpliwość na ogromną próbę, a nerwy szargane były niemal nieustannie, to nigdy nie mogła denerwować się na tę kolorową zgraję dłużej niż kilka uderzeń serca. Kochała całą trójkę tak niesamowicie, że nie mogła sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógł kochać cokolwiek mocniej. Złapała szylkretowe ciałko pod brzuszkiem, uważając, aby nie drasnąć córeczki pazurkami, a następnie przycisnęła ją do piersi. 
— Bardzo ładnie — pochwaliła wierzgającego malucha. — Jesteś taka silna, taka dzielna, jak twój tato.
Polizała zmierzwiony policzek, mrucząc głośno. Zawsze starała się, aby jej drżenie było jak najbardziej słyszalne, zwłaszcza odkąd Purchawka wyznała jej, że ma to podobno bardzo uspokajać kocięta. Chociaż nie zauważyła żadnej faktycznej różnicy, zwłaszcza w zachowaniu właśnie małego Smoka, tak nie poddawała się i nie traciła nadziei, że może w końcu uda jej się ją poskromić. Ją i jej ciekawość i zapędy do odkrywania wszystkiego i wszystkich. 
— A powiedz teraz "tata" — zachęciła karmicielka, odkładając przedtem córeczkę na ziemię. Zanim szkrab się nią jakkolwiek ponownie zainteresował, otrzepał przylizane futerko i kichnął potężnie, posyłając swój mały tyłeczek na ziemię. — Ojej, musisz uważać, Smoku. Nie chcemy sobie połamać nóżki czy ogonka, prawda? Co to by był z ciebie za kotek bez ogonka, hm? — Żółtooka strzepnęła uszkiem. Wlepiła ślepka w pysk matki, a ta znów powtórzyła "tata". 
— Ma-ma! — powtórzyła koteczka, a Rohan jedynie uśmiechnęła się pobłażliwie. Próbowała znów złapać ją i przycignąć bliżej, ale szylkretka czmychnęła od niej, uciekając bliżej ciemnego kącika pełna wigoru i chęci do zabawy. 
— Oj nie, moja droga! Teraz mamy czas na odpoczynek i spanie, a nie na charce i swawole. Już i tak ledwo was można zmusić do drzemeczki — skarciła ją, chociaż jej twardy ton brzmiał bardziej jak stłumiony śmiech niż rozkaz. — Chodź tutaj, bo tatuś nie opowie wam bajki, kiedy wróci od Pana Wiciokrzewia. 
To zdało się podziałać, a Smok faktycznie wróciła na swoje poprzednie miejsce. Jej naburmuszony pyszczek pokazywał jednak, jak bardzo nie spodobał jej się ten fakt. Położyła policzek na łapach matki i wpatrywała się z tęsknotą w promienie, które wpadały przez wyjście na obóz. 
— Żebyś się nie nudziła, to możemy poćwiczyć mówienie, a twój tatuś na pewno ucieszy się, kiedy będzie już zdrowy, jeśli powiesz do niego "tata". Co ty na to? Będziesz taka dzielna i podejmiesz się tego wyzwania, Smoczku? — zapytała, wcześniej też kładąc pyszczek na swoich przednich łapkach. 

<Córunia? Słuchaj nie masz psychy powiedzieć "tata">

Wyleczeni: Gondor

Od Rohan CD. Borowika

Uśmiechnęła się szczerze i szeroko do kocurka. 
— Oh, jaki z ciebie miły i słodki dżentelmen, Borowiku — zaśmiała się i poklepała go po policzku swoim ogonem. — Oj, no i się nie martw, że będziesz tęsknić. Obóz nie jest ani wielki, ani pełen zakamarków, w których kot mógłby się całe dnie skrywać, a no na pewno nie byłabym to ja. Ja o wiele bardziej wolę otwartą przestrzeń. Czasami nawet właśnie i samo obozowisko jest zbyt ciasnawe. Rozumiesz, o czym mówię? — zapytała.
— Chyba tak... No tak, tak — wydukał, rozglądając się z gałęzi po znajdującym się pod nim terenie. — Może być nieco... Gwarno i głośno. Czasem i mnie to przytłacza — przyznał. 
— Właśnie dlatego tak fajnie skakać po drzewach, co nie? — Nie czekała na odpowiedź. — Ja to bardzo lubię. To takie wyzwalające! Fajnie jest być zwiadowcą, chociaż jestem nim oficjalnie od kilku krótkich chwil, ale już nie mogę się doczekać, aby wyjść w pojedynkę i poszaleć niczym kociak! No, może wzięłabym Gondora, aby mnie popilnował, bo trochę boję się tych wszystkich lisów czy jadowitych węży. 
— No to też może być kłopot. Zwłaszcza węże, bo ich nie widać i nie czuć. Lisi czuć, no i są wielkie, jak góra — zgodził się młodszy. 
— Kolejny powód, dla którego drzewa są po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Nie widziałam na gałęziach jeszcze ani jednego węża! A taka sikoreczka to nic nie zrobić. Co najwyżej możesz się poobijać, kiedy odleci ci sprzed nosa, a ty przekoziołkujesz prosto z gałęzi na ziemię. Ale to każdemu się zdarza, nawet najlepszym.
— No mi na pewno tak... Chociaż Kurka wydaje się być zadowolony… — zamyślił się. Rohan za to usłyszała wołanie białego wojownika z dołu.
"No tak... Mieliśmy wykorzystać fakt, że w końcu mogę opuszczać obóz bez Jeżyny…" — przypomniała sobie.
 
— Oj, przepraszam cię, Borowiku, bardzo cię przepraszam, ale byłam umówiona na spacer, a kompletnie mi to umknęło. Miałam tylko zabrać swój mech, a tak miło się z tobą gawędzi, że no całkowicie straciłam poczucie czasu. No to papa! — wypluła te wszystkie słowa na raz i momentalnie zniknęła z legowiska uczniów, aby dołączyć do Gondora, który potulnie siedział już przy wyjściu.

* * *
Aktualnie

Siedziała właśnie przed żłobkiem łapiąc promienie wieczornego słońca.  Purchawka zabawiała właśnie wszystkie kocięta jakimiś swoimi pouczającymi opowiastkami, co bardzo doceniała srebrna. Niezwykle ją cieszyło, że miała szamankę do towarzystwa, gdyż najpewniej umarłaby z nudów, gdyby musiała przesiadywać tam całkiem sama przez tyle księżyców. Teraz oczywiście nie narzekała na brak zajęć, gdyż maluchy bardzo dbały o to, aby wiecznie miała na głowie masę rzeczy, ale zwyczajnie miło było mieć kogoś do poplotkowania. Purchawka była też po prostu przesympatyczną i ciepłą osobniczką; wszyscy dobrze czuliby się w jej obecności. 
Przyglądała się przez moment Jaśminowiec, która wychodziła właśnie z legowiska uzdrowicieli. Chwile zastanawiała się nad tym, jak czuję się mały, biedny Gołąbek. Wiedziała, że zniknął na kilka nocy, kiedy przyniesiono do obozu zwłoki Poranka, który był jego drogim mentorem. Było jej żal burego ucznia. Miała nadzieję, że nie mają zbyt dużo pracy, zwłaszcza że Wiciokrzew na pewno zmuszony był wykonywać swoje obowiązki znacznie wolniej z powodu brakującej nogi. Nigdy nie zapytała, co mu się stało; to nie byłoby okej, chociaż zjadała ją nieco ciekawość. Wspomniana przed momenty wojowniczka niosła w pyszczku liści maliny. Chociaż królowa potrafiła je rozpoznać, w ogródku jej dwunożnego rosły owe różowiutkie owoce, tak nie miała pojęcia, na co mogły pomagać. Nigdy nie byłaby dobrą uzdrowicielką, była do tego zbyt roztrzepana i energiczna; najpewniej rozniosłaby składzik zanim udałoby się jej cokolwiek znaleźć na ciemnych kupkach. 
Ktoś inny nagle zasłonił srebrną kotkę. Znajome bure futerko lśniło w zachodzących promieniach. Zastanawiała się, czy terminator robił porządne postępy w swoim treningu na zwiadowcę, a więc dziarsko zawołała:
— Hej, Borowiku! — Skrzące ślepka zwróciły się w jej kierunku. — Jak tam twój trening? Czy odnalazłeś już może nadrzewnego węża?

<Borowik?>

Wyleczeni: Jaśminowiec

13 maja 2026

Od Rohan CD. Puchacza

Nornica, którą przyniósł jej Gondor była bardzo smaczna, a przynajmniej taka wydawała się przez pierwsze kilka gryzów. Z każdym dniem wszystko, co robiła, stawało się cięższe i wymagające od niej większego nakładu sił, nie tylko tej fizycznej. Nie miała ochoty spać, ale nie miała też chęci do spacerowania czy nawet wstawania z legowiska. Przynajmniej miała Topole i jego maluchy, które nieco rozpromieniały jej czas, kiedy ukochany bieluszek przebywał na polowaniach i patrolach. Pogoda robiła się milsza i przyjemniejsza, więc często wszyscy przenosili się bliżej wejścia, aby patrzeć na tętniący życiem obóz. Sama Rohan bardzo polubiła przypatrywanie się nowym… nabytkom? Jeśli mogła w ten sposób nazwać czwórkę nieznanych jej kotów, które od niedawna zamieszkały w więźniarskim legowisku. Zastanawiała się, o co mogło chodzić; w końcu ani ona, ani Gondor nie trafili tam, kiedy ich przyprowadzono. Nie chciała jednak pytać; wolała sama rozwikłać tę zagadkę, ale nie miała za bardzo ochoty na nawet najmniejsze przechadzki po obozie. Purchawka za to jeszcze ją miała i bardzo często tam bywała. Coś musiało być na rzeczy, bo bura dawno nie widziała szamanki tak… zaangażowanej w coś, co dla niej samej było okryte tajemnicą. 
Gryzoń stracił miły smak, a kotka, zmieszana, wydała z siebie charakterystyczny, nieco nienaturalny prych. Zdziwiła się, kiedy odpowiedziało jej ciche piśnięcie i pusty dźwięk upadku. Odwróciła się w stronę siedzącego Puchacza. Wiedziała, że maluch coś od niej chciał, a Topola dał mu zakaz męczenia jej do odwołania. Próbowała przekonać wojownika, że to naprawdę żaden problem, że co jakiś czas kociak wskoczył na nią lub próbował zmusić ją do jakiejś morderczej zabawy, ale pomarańczowooki pozostawał przy swojej decyzji. Rozumiała to; jeśli zgodziłby się i pękł, to najpewniej straciłby te mikroskopijne resztki szacunku, które dzieciaki miały do jego zakazów i nakazów. O ile słowo Figi faktycznie miało dla nich jakieś znaczenie, tak biedny tato był zwyczajnie… delikatną przeszkodą na drodze do destrukcji, często również i samodestrukcji.
— Co to było?! — wykrzyczał kocurek. 
— Słucham? — zaśmiała się karpatka wciąż mając przed oczami jego upadające bez życia ciałko. 
— Czemu to zrobiłaś? Jak to zrobiłaś? — Podbiegł do niej, nie martwiąc się tym, że Topola mógł ujrzeć go z zewnątrz. 
— Prychnęłam sobie, a co? — zapytała, układając się wygodniej. — Czy tatuś też wam tego zabrania, że aż padłeś na ziemię? — zażartowała, kiedy maluch podparł się przednimi łapkami o jej bark. 
— Nie! Nie, ale to dlatego, że nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak robił! To strasznie dziwne — przyznał, patrząc jej prosto w ślepia. — To Łysi tak robią? Pani jest od tych Łysych.
— Niee. Oni nie prychają, a co najwyżej kichają baaardzo głośno — odpowiedziała, przysuwając się bliżej. — Tego to już na pewno byś się przestraszył, uwierz! Czasami, jak spałam sobie spokojnie, a mój właściciel nagle kichał, to myślałam, że normalnie podskoczę pod same chmury! Tylko że no... Nie faktyczne chmury, bo byłam zamknięta w pomieszczeniu, ale rozumiesz. 
— Dlatego umiesz tak skakać po drzewach? — zapytał dociekliwie.
— Może... Aha! Ale! Co do prychania, to ci powiem, bo to chyba mój najulubieńszy temat na całym świecie! — pisnęła niczym kocię. — Wiesz co prycha? 
— Ty?
— No, ale ja prycham, bo jest coś, co również prycha!
— Aha? A co to jest? — Kociak zaczął być równie podekscytowany. 
— Koń! — krzyknęła, jakby odkryła coś niesamowitego. Niebieska ślepka lśniły ze szczęścia, a Puchacz jedynie przekręcił łebek, nieco zmieszany.
— He? Ale ja nawet nie wiem, co to znaczy… 
— To takie wielkie zwierzęta z grzywą i z kopytami. I są takie piękne i pełne majestatu, i ja nigdy nie widziałam na żywo takiego, ale dwunożni mają taki magiczny kamień, który pokazuje ruchome obrazki, których tak naprawdę nie ma, ale je widać, i oglądałam bardzo dużo koni na nich. No i one właśnie prychają i tak śmiesznie podskakują i uszkami ruszają, kiedy są niezadowolone. Ah! Tęsknię za nimi… — Odchyliła głowę nieco dramatycznie do tyłu i westchnęła. — Gdybym miała jak, to na pewno bym ci je pokazała, Puchaczu… 

<Puchacz... Koniara overloud>

09 maja 2026

Od Rohan CD. Puchacza

Życie stało się takie… banalnie proste, od kiedy przeniosła się do ciepłego, bezpiecznego żłobka. Gondor ją odwiedzał od pierwszego dnia, od niemal pierwszego momentu, kiedy pierwszy raz położyła się na specjalnie przygotowanym dla niej mchu. Codziennie przynosił jej najlepsze kąski, które udało mu się zdobyć w tym polowaniu. To karmił ją rudą wiewiórką, to tłuściutką myszką, a raz nawet przyniósł jej kreta. Uśmiała się tego wieczoru po pachy, gdyż partner był niemal cały ufajdany od błota i ciemnej ziemi; zwierzył się, że przekopał niemal pół Owocowego Lasku, gdyż ślepy gryzoń umiejętnie przed nim umykał. Nie była pewna, czy bardziej usatysfakcjonowała go sama zwierzyna czy fakt, że udało mu się wprawić ukochaną (a także Topolę, który wciąż przebywał w kociarni ze swoimi rozbrykanymi dzieciakami) w tak znakomity humor. Była kocurowi niesamowicie wdzięczna. Mimo że biały zdawał się uważać, że skoro to jego kocięta trzymały Rohan przykutą w jedno miejsce, to powinien wykonywać zadania za dwóch, to nigdy nie zapominał, że to właśnie jego świeżo założona rodzina jest najważniejsza. Topola też był znakomitym towarzyszem, chociaż było jej nieco smutno, że nie ma już przy sobie żadnej kotki. Figa, chociaż odwiedzała syna i córkę, to była zdecydowanie zbyt zajęta nowymi obowiązkami, aby robić to regularnie. Nie żeby to za nią karpati tęskniła najbardziej. Jeżyna co jakiś czas wpadała na kilka chwil, ale najczęściej tylko, aby wypytać dawną uczennicę o samopoczucie. Brakowało jej ploteczek… Nie mogła jednak nażekać na ogólny brak wrażeń. 
Odpowiedzialni za to byli Wrona i Puchacz, którzy teraz nie znęcali się wyłącznie nad ojcem, ale i burą karmicielką, która chociaż spodziewała się kociąt, nie była jeszcze na tyle uziemiona, aby nie móc się z nimi poturlać po żłobku od czasu do czasu. Z czasem jednak była coraz bardziej ociężała, więcej sypiała, a zabawy z maluchami zastępczyni wolała trzymać w bardziej statycznym i spokojniejszym tonie. Co niekoniecznie się im podobało.  
Ucinała sobie właśnie krótką, popołudniową drzemkę. Zjadła obiad, a potem odebrała nieco wzmacniających ziół od Wiciokrzewu, które nieco ją znużyły. Nauczyła się już sztuki ignorowania krzyków Wrony, ujadania Puchacza, a nawet żałosnych skomleń ich ojca, który za wszelką cenę próbował postawić ich do pionu. Mimo że słuch miała niesamowicie wyostrzony, to równie umiejętnie potrafiła go wyłączyć. Nie potrafiła jednak nie odczuwać lekkiego, kościstego ciałka, które właśnie wdrapywało jej się na grzbiet. Wiedziała, do kogo należą drobne łapki, nawet zanim podniosła łeb i zwróciła niebieskie ślepka w odpowiednim kierunku. 
— A gdzie mała sówka się ze swoimi pazurkami pcha, hm? — zapytała, wciąż zaspana, wciąż jedną nogą w sennym świecie. Musiała parę razy zamrugać, aby oczy przyzwyczaiły się do rozświetlonego pomieszczenia. Puchacz zatrzymał się, chociaż nie zszedł z posiwiałych pleców karmicielki. — Języka nie zgubiła, bo jeszcze w południe radośnie krzyczała. 
— No! Nie straciłem języka! — odpowiedział w końcu. Kotka zaśmiała się.
— No to całe szczęście, bo z wami, łobuzy, to nigdy nie wiadomo. Już myślałam, że ci go siostra odgryzła i uciekasz przed nią. Podkuliła nieco łapy pod siebie, chociaż powiększony brzuch sprawiał, że z każdym dniem było to trudniejsze.
— Siostra tylko grozi, że odgryzie mi ogon — poskarżył się głośno. 
— To faktycznie niegrzeczna z niej siostra. — Pokiwała głową. — To ciężko tak bez ogona, wiesz? Musisz go pilnować, bo inaczej możesz zlecieć z drzewa lub innych wysokich miejsc. Ogon się bardzo przydaje. 
— A skąd Pani Robal jest taka pewna? — Przekrzywił łebek. Srebrna wybuchła śmiechem. 
— Rohan. Moje imię to Rohan — poprawiła go. Musiała jednak zmienić pozycję. Jak tylko najdelikatniej potrafiła, przewróciła się na bok, nie chcąc jednak zrzucić kociaka. Był na tyle leciutki, że ledwo czuła jego łapki. — Wiesz, ja dużo wiem o skakaniu po drzewach. Jestem jak twoja mama zwiadowczynią. Twoja mama miała mnie nawet uczyć, ale potem zdecydowała, że woli mieć was, więc trafiłam do kogoś innego na trening. No i coś mi się wydaje, że ciebie też pcha do wysokości, więc może fajnie byłoby to wykorzystać, co?

<Puchacz?>

26 kwietnia 2026

Od Rohan Do Borowika

Chociaż od mianowania jej partnera minęły może dwa lub trzy wschody słońca, ona sama nie spodziewała się, że jej dzień nadejdzie tak prędko. Co prawda ostatni trening, który odbyła z Jeżyną, był nieco… podejrzany, ale myślała, że to po prostu rozgrzewka lub próbna próba? Zwłaszcza że nie wyobrażała sobie, żeby Figa pozwoliła, aby ktokolwiek inny przeprowadzał sprawdzian Rohan; w końcu nieważne, kto dłużej zajmował się jej szkoleniem, oficjalnie to srebrna była jej mentorką, a bura jedynie ją zastępowała na czas ciąży i odchowania kociąt. Tym bardziej, że maluchy już biegały po całym obozie, rzucały się na wszystko, na co tylko mogły, no i coraz więcej czasu spędzały pod okiem ojca; to wszystko pokazywało, że powinna się spodziewać powrotu pod łapy zielonookiej w niedalekiej przyszłości. Przynajmniej na sam koniec szkolenia. 
Ale tak się nie stało. Po tym, jak udało jej się dogonić wiewiórkę, za którą goniła przez przynajmniej trzy różne dęby i klony, a ruda kuta w końcu zawisła jej nieżywa z pyska, Jeżyna oznajmiła, że zdała swój test na zwiadowczynię, no i że jutro nie musi wstawać na poranny trening… Że już nigdy nie będzie musiała wstawać na poranny trening, chyba że sama doczeka się terminatora, czego sama jej życzy. 
Tak też się stało. Wróciły wspólnie do obozu, a cała droga minęła im na przyjemnych pogaduszkach i wszystkim i o niczym. Wyjawiła kotce, że bardzo się cieszy z tak szybkiego skończenia treningu, nie tylko dlatego, że obawiała się powrotu Figii i jej temperamentu, ale też dlatego, że znów będzie mogła spędzać czas ze swoim partnerem. Zwłaszcza że zaczynała faktycznie myśleć o zostaniu mamą. Ta wizja już długo mieszkała w jej głowie, ale wolała nie pchać się pod ten sam dach, gdzie aktualnie przebywała jej mentorka, tylko po to, aby potem kontynuować trening. Teraz nie tylko była wolna od obowiązków ucznia, ale i od czekoladowej, która oznajmiła już na samym początku ciąży, że kiedy tylko maluchy skończą być od niej zależne, to wszystkie obowiązki w żłobku przejmie Topola. Wszyscy o tym wiedzieli; pewnie dlatego Czereśnia był tak skłonny mianować ją zastępczynią, kiedy jeszcze przebywała w kociarni. Może też dlatego zaufała Jeżynie w temacie zakończenia treningu Rohan; chciała móc zająć się wyłącznie nowymi obowiązkami, bez potrzeby niańczenia jakiejś dawnej piecuszki. 

Następnego dnia doszło do mianowania zwiadowczyni. Owocowy Las zaczął znów być spokojny i zbalansowany. Koty były zgodne, że Czereśnia będzie dobrym i stanowczym liderem, a oboje, Figa i Kolendra, na pewno zrobią wszystko, żeby się wykazać; społeczność była w dobrych łapach. Chociaż maluchów nie było dużo, tak dwójka była na tyle żywotna i rozbiegana, że wszystkim wydawało się, że po obozie biega ich przynajmniej dziewiętnaścioro. Myśl, że za niedługo to ona mogła zasilić to miejsce, które tak prędko stało się jej domem, sprawiała, że ciepło rozlewało się po jej ciele. Ale teraz musiała skupić się na mianowaniu, potem porozmawia z Gondorem.
— Rohan, wystąp do przodu — przemówił Czereśnia, a kotka wykonała polecenie. W tłumie widziała Figę, która siedziała u boku Jeżyny. Nieco dalej na tyłach biedny Topola próbował uspokoić swoje pociechy; ucho matki nawet nie drgnęło w ich kierunku. Srebrna buraska uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że jej maluchy mogą być podobne, a jej partner musiałby zmagać się z tymi problemami. Musiała zmusić się do powrotu do rzeczywistości; to nie był czas na bujanie z głową w chmurach. — Najwyższy czas, abyś została pełnoprawną zwiadowczynią Owocowego Lasu. Twoim treningiem zajmowała się Figa, ale i również Jeżyna, które obie oświadczyły, że wykazałaś się duża energią do nauki oraz zapałem, aby każdego dnia polepszać sytuację w naszej społeczności. Czy przysięgasz więc, że pozostaniesz jej lojalna i będziesz czuwać nad bezpieczeństwem swoich pobratymców? — zapytał kocur.
— Przysięgam — zawołała, zapewne nieco za głośno. 
— W takim razie witamy cię jako nową zwiadowczynię Owocowego Lasu — zakończył, a jej imię zaczęło rozbrzmiewać wokół tłumu zebranych kotów. Podbiegła do partnera, któremu jeszcze niedawno gratulowała własnej ceremonii mianowania. Potem przyszła do nich Jeżyna, a nieco za nią Figa, która jednak nie powiedziała zbyt wiele. Po chwili wszystko się uspokoiło i wszyscy wrócili do swoich poprzednich zajęć. 
Rohan po raz ostatni skierowała się w kierunku drzewa, gdzie sypiała jako uczennica. Chciała zabrać kilka rzeczy, które trzymała pod zajmowanym przez siebie mchem. Wspięła się prędko po konarze i mrucząc melodyjkę pod nosem, dotarła do swojej gałęzi. Wyciągnęła piórko sójki, popielatego gołębia, a na koniec to należące do rdzawego rudzika. Chciała się odwrócić, ale poczuła, że na kogoś wpada. Odwróciła się niezdarnie, a przed pyskiem wyrósł jej niewielki, bury kocurek. 
— Och, wybacz mi, Borowiku, uwierz lub nie, ale kompletnie cię nie zauważyłam ani nie usłyszałam ani nie poczułam… — wydukała. Nie chciała zrobić mu krzywdy lub, co gorsza, niechcący zrzucić go z drzewa. — Jestem trochę roztrzepana; wiesz, to mój ostatni raz tutaj, więc tylko zabierałam swoje rzeczy. Nie wiem, czy też tak robisz, ale lubiłam trzymać je pod legowiskiem; wtedy nie spadały na dół i nie trzeba ich było gonić po obozie. Ah! A może chciałbyś któreś z tych piórek, co? Nie potrzebuję wszystkich trzech. Wybierz sobie, które podoba ci się najbardziej — zaproponowała, a następnie wyciągnęła łapkę, w której trzymała swoje skarby. 

<Borowik?>

24 kwietnia 2026

Od Rohan

 Po walce z bobrami

— Gondorze, wystąp — rozbrzmiał głos Czereśni, który od poprzedniego dnia oficjalnie piastował rolę przywódcy Owocowego Lasu. Biały kocur zrobił trzy potężne kroki, a następnie wypiął pierś, patrząc prosto w pomarańczowe ślepia. — Nadszedł czas, abyś dołączył do grona wojowników. We wczorajszej bitwie walczyłeś dzielnie i umiejętnie, więc wraz z Topolą zdecydowaliśmy, że ta potyczka była niczym twój wojowniczy test. Społeczność Owocowego Lasu ceni twoją odwagę i siłę, i ma nadzieję, że użyjesz ich jeszcze wiele razy dla jej dobra. Czy przysięgasz pozostać lojalnym względem naszej społeczności i zawsze jej bronić? — zapytał uroczyście.
— Przysięgam.
— A zatem witamy cię jako nowego wojownika Owocowego Lasu — wymruczał czekoladowy. 
Po ceremonii kocura doszło jeszcze do mianowania Całunki, która równie mężnie i zawzięcie walczyła z rzecznymi gryzoniami. Kiedy wszyscy rozeszli się spod drzewnej mównicy, a skandowane imiona ucichły, Rohan podbiegła do swojego partnera, aby przeciągnąć policzek pod jego brodą. 
— A nie mówiłam, że na pewno zostaniesz mianowany jako pierwszy? Wiedziała to, wiedziałam, że mnie uprzedzisz, a ty miałeś czelność mówić mi coś innego, ty mój udawany skromniśku — skarciła go żartobliwie, liżąc futerko pod jego okiem. 
— Zwyczajnie udało mi się mądrze wykorzystać sytuację — wytłumaczył się, chociaż nie potrafił ukryć dumy, która błyszczała w jego oczach, nawet za maską nonszalancji.
— Nie wiem, czy rzucanie się pod wielkie siekacze bobrów można nazwać mądrym wykorzystaniem sytuacji, nieważne, jak dobre okazały się skutki, mój drogi. — Zmarszczyła brwi. 
— Dla ciebie wszystko, co chociaż troszeczkę mnie naraża, jest całkowitą głupotą — zauważył. 
— To prawda; nie będę się nie zgadzać tylko, aby móc się podroczyć — wymruczała. — Ale obiecaj, że to już ostatnia taka decyzja, dobrze?
— Nie słyszałaś, co przysiągłem? Muszę bronić wszystkich nawet za cenę życia! — Wypiął pierś niczym paw.
— Mm... No nie podoba mi się to... Nie mogę ukrywać — wyburczała, odwracając nieco wzrok i wydymając policzki. 
— Nie dąsaj się, nie w mój wielki dzień. — Polizał ją po policzku, a srebrna przewróciła oczami. — Opowiedz mi, co ostatnio robiłaś na treningu. Może ty też za niedługo doczekasz się takiej pięknej, poważnej ceremonii, co?
— No może... Mam nadzieję, bo bardzo bym chciała, żeby to Jeżyna zajęła się moim testem… — Przez grzbiet przebiegły jej ciarki; na samą myśl o powrocie Figi do roli jej mentorki nachodziły ją najgorsze myśli. — Dużo ostatnio ćwiczę siłę przednich łap. Podobno mi to pomoże w... w sumie we wszystkim. 
— To prawda! Może i jesteś prędka jak klaczka, ale nie przed wszystkim można po prostu zwiać — powiedział w taki sposób, jakby to on był jej mentorem. 
— Zignoruje ten ton — skarciła go i kontynuowała: — A w przerwach uczyłam się tworzyć i wić legowiska, których używamy w koronach drzew. To bardzo miła i relaksująca czynność... Chyba moja ulubiona, no oprócz maskowania śladów; to jest moja najulubieńsza...
— Podobają ci się najbardziej te rzeczy, przed którymi ja broniłem się ze wszystkich sił. Nienawidziłem przesiadywania na drzewach, tylko po to, aby te wszystkie mchy i gałązki spadały mi wiecznie na dół. 
— I właśnie dlatego tworzymy taką wspaniałą parę, wiesz? Pomyśl sobie, jakie ogólniewykształcone będą nasze przyszłe dzieci, skoro ich rodzice są dobrzy w tak różnych sferach owocowego życia — rozmarzyła się kotka. 
— Jakie dzieci..? — przeraził się kocur kompletnie ignorując resztę wypowiedzi. 
— Wyimaginowane, wymarzone, wykreowane w mojej głowie; wybierz, który epitet najlepiej ci podpasuje i pamiętaj, że teraz jesteśmy bezpieczni i otoczeni kotami, którzy w razie czego zawsze nam pomogą i nas wesprą — zakończyła i polizała go ponownie po policzku. Zaraz po tym uciekła od niego dziarskim kłusikiem, wysoko podnosząc ogon. 

[562 słowa + Tworzenie legowisk w koronach drzew]

[11% + 5%]

Od Rohan

Przed narodzinami Puchacza i Wrony

Trening pod okiem Jeżyny był znacznie przyjemniejszy niż ten prowadzony przez Fige. Rohan niezmiernie cieszyła się, że czekoladowa kotka postanowiła akurat teraz spełnić swoje marzenie o macierzyństwie i przedłużeniu rodu, zwłaszcza że, jak powiedział nawet Topola, była to ich ostatnia szansa. To również sprawiało jej ogromną radość. Myśl, że koty, z którymi spędza dość sporo czasu, w końcu zrobiły coś, o czym najpewniej mówiły i myślały już od dawien dawna, była bardzo satysfakcjonująca. Obiecała sobie, a Gondor nawet i swojemu mentorowi, że na pewno bardzo chętnie będą odwiedzać kocięta, tym bardziej, kiedy już będą na tyle duże, że będzie można się z nimi nieco pokręcić po obozie, pobawić i poopowiadać im ciekawe historyjki. Miała tylko nadzieję, że Figa nie będzie widziała nic złego w tym, że w barwny sposób planowała przedstawić im to, jak żyło im się w siedlisku Wyprostowanych... Figa nienawidziła, kiedy jej uczennica wspominała o nich na treningach. Może powinna wykorzystać fakt, że jej nauczycielka miała w planach powrócić do swoich obowiązków najszybciej, jak się tylko fizycznie dało? Topola, który potem zajmie jej miejsce w kociarni, na pewno nie będzie miał z tym takiego ogromnego problemu. Ba! Wojownik bardzo lubił, kiedy Gondor wspomina o tym, co porabiali, kiedy byli pieszczoszkami. Tak... Tak to zrobi. 
Z tych miłych przemyśleń wyrwał ją głos Jeżyny. 
— Znowu odlatujesz — odezwała się starsza. W tych słowach nie było wrogości, nie było zganienia, które pewnie wypadłoby z pyska Figi, jeśli byłaby tu zamiast burej. Gdzieś na końcu języka można nawet było wyłapać nutkę rozbawienia. — Musisz być nieco bardziej skupiona na tym, co jest dookoła ciebie. Zwłaszcza tutaj. 
— Tutaj? — dopytała nieświadoma srebrna. Przez moment rozglądała się nieco niepewnie; próbowała zrozumieć, co na myśli miała zwiadowczyni. Jeżyna dała jej moment, aby pozwolić jej samej dojść do tego, co mogło niby czyhać w okolicy. Z każdą chwilą ruchy Rohan stawały się coraz bardziej rozgorączkowane i chaotyczne; bardzo chciała pokazać, że cokolwiek umie i pamięta, ale za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć, o co mogło chodzić starszej kotce. Jedyne, co nie było całkowicie normalne, to dziwny i gryzący zapach, którego jednak nie potrafiła ani zlokalizować dokładnie, ani przypisać do jakiegokolwiek stworzenia, które poznała na terenach Owocowego Lasu. Kiedy zaczęła się na nim trochę mocniej skupiać, a nos zmarszczył się widocznie z powodu smrodu, który z każdą chwilą stawał się bardziej drażniący, nawet jeśli wcale nie przybierał na sile, tymczasowa mentorka przekrzywiła łebek, jakby tym gestem chciała pokazać, że właśnie takiej reakcji oczekiwała i to właśnie na owym tropie powinna się głębiej zastanowić. Rohan próbowała, ale nawet w najdalszych zakamarkach swojej główki nie potrafiła zlokalizować właściciela tej woni. W końcu pokiwała zrezygnowana łebkiem. Jeżyna na moment wydawała się delikatnie zawiedziona, ale nie mogła ganić uczennicy za to, że nigdy nie napotkała na swojej drodze owego rudego drapieżnika. 
— Jeśli nie znasz tego zapachu, uważaj się za niezłą szczęściarę; zwłaszcza patrząc na to, że podobno przebyliście z Gondorem całkiem spory kawałek drogi, zanim tutaj dotarliście — powiedziała spokojnie, po czym z niewiadomych dla młodszej powodów zaczęła chodzić nieco w kółko z oczami wgapionymi w ziemię. Co jakiś czas odgarniała leśne runo, aby odkryć nieco wilgotną posadzkę. W końcu stanęła i dała ogonem znak, że terminatorka ma do niej podejść. Pod cienką warstwą nieco podgniłych liści skryły się odciski sporych, znacznie większych niż u kota, łap o widocznie zaznaczonych pazurach. — Ten zapach, który tak wwiercił ci się w nos, a także te ślady, należą do lisów. Niesamowite z nich szkodniki; kiedy tylko zapominamy o nich na jakiś czas, one przychodzą i sieją zamęt... — mruknęła ponuro. 
— Szkodniki…? Wyglądają na znacznie większe niż taka mysz czy nawet szczur z miasta — zauważyła niepewnie. Przekrzywiła nieco łebek, a uszy drgały jej niecierpliwie. Zwiadowczyni zaśmiała się pod nosem. 
— Szkodnikiem jest wszystko, co nam szkodzi. A taki lis robi o wiele więcej szkód niż mysz może pomarzyć o wyrządzeniu. — Znów skryła odciski pod warstwą liści. — To ważne, żebyś umiała wyłapać tę woń nawet z dużej odległości. Chociaż teraz wszyscy mają głowy pełne bobrów, lisy od zawsze były dla nas uporczywe i niesamowicie niebezpieczne. Nie możemy pozwolić, żeby to, co dzieje się przy rzece, sprawiło, że zaczniemy ignorować wrogów z lasów i łąk. 
— Na pewno będę ostrożna i uważna — obiecała. Może i zapach nie był jej najlepszym zmysłem, tak przynajmniej lepiej szło jej z wyczuwaniem zagrożenia niż z zauważaniem go. Była pewna, że gdyby list stał gdzieś w jesiennych krzakach, przyodziany w tę swoją rdzawą szatę... Jest duża szansa, że go zwyczajnie nie zauważyła, zwłaszcza w biały dzień, kiedy słońce świeci jej prosto w niebieskie ślepię, przebijając się między koronami drzew. Właśnie ten scenariusz wepchnął jej do pyska bardzo znaczące pytanie — A-a... A jeśli spotkam lisa... To co wtedy powinnam robić?
— Hm... To zależy, czy jesteś z patrolem, czy sama, gdzie dokładnie się znajdujesz, czy lis zauważył również ciebie, jak daleko od obozu i innych kotów się znajdujesz… Bardzo trudno o wyczerpującą i pewną odpowiedź — wymruczała i zamyśliła się na moment. — Dopóki nie jesteś sama, to najlepiej czekać na polecenia kota, który przewodzi patrolem. Jest nim zawsze zwiadowca, który na pewno będzie wiedzieć, co w danej sytuacji będzie najlepsze. W kupie też siła, jak to się mówi. Nawet jeśli lis was zauważy, lisy przez większość roku nie zbierają się w grupy ani nawet w pary; istnieje ogromna szansa, że będziecie mieć nad nim przewagę liczebną i sam ucieknie, aby nie narażać się na niepotrzebną walkę — powiedziała, chcąc uspokoić swoją chwilową uczennicą, wiedząc, że ta niekoniecznie zalicza się do najbardziej mężnych kotów w społeczności. 
— A co jeśli... byłabym sama i znalazłabym się w takiej sytuacji, że... no... natykam się na lisa? — zapytała łamiącym się głosem. Sama ta wizja napełniała ją strachem. 
— Pierwszą rzeczą jest to, że wychodzenie w pojedynkę dalej poza obóz jest nierozważne samo w sobie —  zaczęła zwiadowczyni. Rohan kiwnęła głową na znak, że całkowicie się z nią zgadzała. — Ale jeśli z jakiegoś powodu doszłoby do takiej sytuacji lub zostałabyś rozdzielona ze swoimi towarzyszami z jakiegoś powodu, to najlepszym sposobem na uniknięcie niebezpieczeństwa, zwłaszcza dla zwiadowcy, będzie ucieczka na drzewo. Po płaskim terenie raczej nie uda ci się przegonić lisa, a tym bardziej jest to głupi i nierozważny pomysł, jeśli masz zamiar uciec do obozu. Wtedy możesz mieć na sumieniu kocie życia, i to do końca życia. — Ostatnie słowa powiedziała twardo. 
— No tak, ma to sens... — zgodziła się niebieskooka.
— Oczywiście, że ma, a teraz... Wyobraź sobie, że ja faktycznie jestem lisem, który bardzo chętnie skosztowałby tej twojej białej kitki. — Starsza ugięła nieco łapy i naprężyła mięśnie. Rohan na moment nie wiedziała, co ma zrobić, ale prędko zrozumiała: już nie trenuje rozpoznawania lisich tropów, bo "lis" znajduje się zbyt blisko, aby go ominąć; teraz musi jak najprędzej znaleźć się wystarczająco wysoko wśród gałęzi, aby rdzawy zwierz nie zdołał tam doskoczyć. 
W tym samym momencie, w którym bura chciała na nią skoczyć, srebrna koteczka czmychnęła w stronę sporej wielkości konaru. Wiedziała, że to klon. W tej okolicy było sporo klonów, o których opowiadała jej jeszcze Figa. Chociaż wejście na nie było cięższe niż wejście na dąb czy kasztanowiec, tak miała większą pewność, że wyimaginowany lis w postaci Jeżyny nie zdoła wskoczyć na najniżej położone gałęzie. Napięła swoje mięśnie i wyskoczyła do góry, aby jak największą część przebyć z pomocą tego "rozpędu". Udało jej się zaczepić pazury o korę i następnie prędko zaczęła piąć się do góry. Kilka razy zjechała jej łapa, ale udało jej się odzyskać równowagę na tyle sprawnie, że nie straciła zbyt dużo czasu. W końcu czmychnęła na bok, na jedną z grubszych gałęzi. Przylgnęła do niej brzuchem i spojrzała w dół, skąd przyglądała jej się mentorka. 
— Bardzo ładna wspinaczka, Rohan — pochwaliła ją głośno, aby na pewno mogła dosłyszeć. — Możemy jeszcze nieco popracować nad siłą twoich łap; wtedy łatwiej będzie ci się utrzymać, jeśli pazury nie zaczepią ci się odpowiednio o korę. Z dębami czy właśnie klonami to nie taki problem, ale nie zawsze możemy wybrzydzać w wyborze kory, po której chcemy się wspinać. — Rohan kiwała głową na każde następne zdanie, które wychodziło z mordki zwiadowczyni. Ucieszyła się z pochwały, ale w tym momencie nie do końca umiała skupić się na niczym innym niż na uspokajaniu oddechu i łomoczącego serca. Przez krótką chwilę faktycznie czuła się, jakby gonił i zagrażał jej najprawdziwszy lis. — Wracajmy do obozu, dobrze? Zaczyna się ściemniać i zrywa się nieprzyjemny wiatr; lepiej nie kusić losu.
Po tym jak młodsza ostrożnie ześlizgnęła się z drzewa, we dwójkę obrały kurs na obóz, gdzie czekał na nie upragniony posiłek. 

[1395 słów + Rozpoznawanie tropów lisów + Wspinaczka na drzewa]

[28% + 5% + 5%]

06 kwietnia 2026

Od Rohan

Całodzienny skwar i prażące słońce powoli zaczynały ustępować chmurom i przelotnym deszczom. Chociaż końcówki dnia podczas Pory Zielonych Liści były niezwykle przyjemne, a wizja chłodnego wieczoru często była na tyle przyjemna, że można było zapomnieć o fakcie, że najpierw trzeba było przeżyć męczący południa, tak większość Owocniaków z wielką ulgą powitała pogorszenie się pogody. Gondor był jednym z tych kotów. O ile nie musiał się martwić o przegrzanie, które mogło być niezwykle uciążliwe dla tych o ciemnym futrze, tak jego gęsta szata nie pozwalała na ulatywanie potu, który zbierał się zaraz przy skórze i sprawiał, że często miał z nią problemy. Za każdym razem, kiedy przychodził nieco chłodniejszy dzień, kiedy wiatr dął mocniej znad terenów Klanu Burzy i niósł ze sobą lekki zapach morskiej bryzy, ten od razu wykładał się na zacienionym kamieniu i próbował przewietrzyć wszystkie owłosione zakamarki. Rohan często pomagała mu o nie zadbać, nie chcąc, aby partner znów obtarł się między nogami a brzuchem lub piersią. Nie lubiła, kiedy całymi nocami narzekał jej do ucha. Po całych dniach spędzonych osobno wolała, aby ten wspólny sen był czymś przyjemnym, niekoniecznie wypełnionym jego ciągłymi wakrami i zgrzytami. 
Mówił jej wtedy, że ona zwyczajnie nie rozumie, że nigdy nie miała takiego problemu i po prostu nie wie, jak bardzo uciążliwe to może być. No i faktycznie może i była to prawda, ale znowu on nie rozumiał, jak okropne było, kiedy nagle łapie cię deszcz i zamiast pozostawać na wierzchniej warstwie, od razu przenika do skóry i oblepia chłodną pelerynką. O życiu podczas Pory Nagich Drzew nawet nie miała siły wspominać. Aby się nie kłócić, zwyczajnie kończyli przepychanki na tym, że koty powinny posiadać dwie różne szaty, które zmieniałyby się zależnie od pory roku. Wtedy wszystkim lepiej by się żyło. 
Na szczęście teraz panował ta pora, ten czas, kiedy wszystkim żyło się lekko i przyjemnie. Prawda, deszcz mógł zaatakować niespodziewanie w każdej chwili, ale słońce nie parzyło w karki, a mróz nie piekł w łapy i nosy. Zwierzyna grasowała niczym szalona, niczym ślepa na wszelakie patrole łowieckie czy inne drapieżniki. Podobnie jak Owocniacy, była oślepiona wizją pełnego brzucha i wykarmionego potomstwa. Świat obfitował we wszystko. 
W Owocowym Lesie również w nieszczęście...
Kiedy para kotów dołączyła do społeczności, liczyła na spokój, bezpieczeństwo i dostatek. Może i spodziewali się większej liczby zadań i odpowiedzialności, ale nie byli przygotowani na epidemie, która po kolei przenosiła się na kolejne koty. Początkowo nie obawiali się jakoś niesamowicie mocno; w końcu chorzy byli jedynie ci, którym już i tak nie pozostało zbyt dużo czasu. W końcu jednak zachorowali również Czerwiec i Szafran, których Rohan i Gondor zdążyli poznać w obozie lub gdzieś na patrolach. To były zdrowe i silne koty, które powinny mieć jeszcze niezliczone księżyce życia przed sobą, a teraz tarmosiła je przedziwna choroba, jak gdyby również ich pyski były posiwiałe, a oczy przykryte bielmem. Wtedy dawne pieszczochy po raz pierwszy faktycznie zaczęły żałować swojej decyzji. Zwłaszcza że podczas pierwszych treningów dowiedzieli się, że Owocowy Las jest jedynie jedną z pięciu grup dzikich kotów, które zamieszkują okoliczne lasy, łąki i plaże. Czy gdyby poszli gdzieś dalej, to ominęłaby ich ta tragedia? Co jeśli jeden z nich będzie musiał odejść i pozostawić tego drugiego? 
"To był mój pomysł, moje widzimisie, moja przygoda…" — powtarzała w głowie Rohan, wpatrując się w kocura, który szedł obok niej. Nie chciała go martwić. Nigdy nie mówiła takich rzeczy na głos; wiedziała, że kocur od razu by na nią nasyczał i powiedział, że ma przestać wygadywać głupoty, bo on nie jest kociakiem i gdyby sam nie chciał dołączyć do Owocowego Lasu, nie zrobiłby tego. Nawet jeśli nie była to prawda. Gondor zawsze zrobiłby wszystko, aby tylko być u jej boku. 
— Podoba wam się u nas, moi drodzy? — zapytała nagle Purchawka, która tym razem im towarzyszyła. Kocica była przyjemna w obyciu i bardzo ciepła; bardzo za nią przepadała. Nie utraciła swojej pozytywnej iskierki, nawet kiedy po obozie szalała zaraza, a nikt nie wiedział, skąd mogła się wziąć i co mają z nią robić. 
— Jest tu nieco… zamieszania, ale wspaniale jest mieć ciepłe miejsce do spania, do kogo pysk otworzyć i nieco więcej obowiązków podczas dnia. Nuda jest paskudna — odezwał się Gondor, zanim jego ukochana w ogóle zdążyła otworzyć pysk. 
— Fakt, niefortunny czas… — wtrącił się Topola, który prowadził grupkę czterech kotów. Od kiedy jego partnerka przeniosła się do kociarni, gdzie miała wyczekiwać przyjścia na świat swojego późnego potomstwa, szkolenie burej przejęła Jeżyna. Zwiadowczyni była jednak zajęta tego poranka, gdyż musiała iść na patrol. Uczennica miała do wyboru towarzyszyć jej lub wybrać się na zbieranie ziół z partnerem, jego nauczycielem i szamanką. Decyzja była natychmiastowa.
— Tobie to chyba nie wypada tak mówić, Topolo — zganiła go żartobliwie dymna. Kocur zdał się nieco… zakłopotać? Czyżby nawet się zarumienił? Odwrócił wzrok niczym nastoletni zakochany. Zaśmiał się pod nosem. 
— No, może u nas nie jest najgorzej — wymruczał, wpatrując się w ziemię przed sobą. 
— Lepiej późno niż wcale, co? — zaczepił go żółtooki. Oczywiste było, że biały dogadywał się o wiele bardziej ze swoim mentorem niż jego druga połówka. Rohan musiała przyznać, że cieszyła się niesamowicie ze zmiany nauczycielki. Jeżyna zdawała się być o wiele milsza i bardziej wyrozumiała. Może nawet uda jej się dokończyć trening, zanim Figa wymknie się z powrotem do legowiska zwiadowców… To by było niesamowicie piękne… 
"A może macierzyństwo nieco ją ociepli? Nieco załagodzi ten ogień, który skrzy jej w ślepiach, ostudzi gniew, który z niej kipi za każdym razem, kiedy łapa zsuwała mi się z śliskiej, gładkiej gałęzi..." —  rozmarzyła się niemal. 
— A ty, moja droga? Niezwykle cicho sobie tam drepczesz, niczym nie ty! — zaczepiła ją Purchawka. Białe uszy stanęły pionowo i natychmiastowo odwróciły się w kierunku szamanki. 
— Uh... Ja po prostu tak sobie… rozmyślam — wydukała. 
— A o czym to? Czasami dobrze wyciągnąć nasze myśli z głowy i przenieść je na język, rzucić na wiatr, aby Wszechmatka mogła je usłyszeć i odpowiedzieć nam, ukoić nasze nerwy — zachęciła zezowata. 
— Mm... Myślę, że to niepotrzebne, to tylko takie głupotki, nic więcej — zaśmiała się srebrna. Gondor przeciągnął ogonem po jej grzbiecie, ale nic nie powiedział. Był kotem czynu. 
— Skoro tak uważasz — zakończyła Purchawka i ruszyli dalej nieco prędzej. Postanowili zrobić kółko wokół obozu, aby nigdy nie oddalać się zbyt mocno. W każdej chwili ktoś mógł potrzebować szamanki, a ta nie wybaczylaby sobie, gdyby akurat zabrakło jej w najbardziej krytycznym momencie. Nawet jeśli tego samego poranku przywitali kolejnego malucha, który miał szkolić się pod okiem jednego z uzdrowicieli. Nigdy nie było za dużo łap do pomocy; zwłaszcza tych faktycznie przeszkolonych i chętnych do pomocy i poświęceń. 
Nagle Topola stanął. Wryty niemal w ziemię postawił uszy na sztorc i napiął całe swoje ciało. Końcówka ogona drgała mu w skupieniu; zaczął węszyć. 
— Czujecie to? — zaczął niepewnie. Cała pozostała trójka zaczęła głęboko zaciągać się powietrzem. Pyski mieli uchylone, a oczy przymknięte, jakby pozbawienie siebie jednego ze zmysłów miało wyostrzyć pozostałe. Faktycznie zapach był wyczuwalny, cierpki, delikatnie słodki i bardzo duszący. 
— Stęchlizna... Zapach śmierci — wydukała Purchawka, robiąc jeden niepewny krok do przodu, w stronę źródła swądu. — Ale to bardzo, bardzo starej śmierci...
— Może powinniśmy być bardziej ostrożni — wymruczała Rohan, patrząc na szamankę, która z każdym uderzeniem serca zbliżała się do zarośli, które porastały brzeg rzeki.
— Może to znów te parszywe stwory! — ostrzegł Gondor. Topola spiął się jeszcze bardziej; nikt nie chciał, aby kotka skończyła jak biedny Orzeszek. Od śmierci starszego wszyscy unikali bobrów niemal z taką samą pieczołowitością co lisów. — Panno Purchawko, nie wiem, czy to dobry pomysł. — Spróbował zatrzymać ją jeszcze raz. Kotka jednak nic sobie z tego nie robiła. W końcu para kocurów ruszyła za nią. Rohan chwilę stała w bezruchu, ale ostatecznie również ruszyła za resztą. Serce waliło jej w piersi ze strachu. 
Panowała niemal całkowita cisza. Smród nabierał na sile z każdym krokiem. Powoli szczypał w oczy i sprawiał, że do pysków napływała ślina. Karpati miała wrażenie, że łapy się zaraz pod nią ugną i puści pawia prosto pod nie. W końcu jednak stanęli przed bujnymi zaroślami. Muchy brzęczały dziko, a ich śpiew dudnił kotom w głowie. 
— Nie słychać rzeki — zauważył Topola, kładąc uszy po sobie. 
— Tylko śpiew śmierci — wymruczała szamanka, robiąc ostatni krok wgłąb krzaków. Kiedy tylko zrobiła w nich przejście, zapach uderzył w resztę Owocniaków, która stała za nią. Uczennica zakaszlała i zakryła nos łapą. Jej partner, zamroczony, zrobił pół kroku do tyłu. Wojownik udawał niewzruszonego, ale oczy zaszły mu łzami. 
Ich oczom okazało się wielkie jelenie truchło w zaawansowanej fazie rozkładu. Rogacz leżał na boku, a jego nogi, brzuch i pierś (lub to, co z nich zostało) spoczywały w wodzie, której swąd wprawiał całą grupę w zawroty głowy. Nad taflą unosiła się chmara robactwa, która czarną warstwą oblepiała posklejane brązowawe futro olbrzyma. W niektórych miejscach widać było biel kości, gdzieniegdzie zgniłą zieleń zepsutego mięsa lub grubej skóry. Tylne nogi zostały już całkiem ogołocone przez wodne bakterie i inne żyjątka. Łeb za to wydawał się w niemal idealnym stanie. Być może coś jedynie nadgryzło kawałek ucha lub szczęki; oczy jednak wciąż były bystre i zdawały się wpatrywać prosto w grupę kotów. 
Stali w szoku. Nie tego się spodziewali. 
Chociaż tego nie chcieli, mniej zdziwiłby ich widok kota, który został zaatakowany przez bobry i pozostawiony na pastwe robactwa. To nie sprawiłoby, że cała okolica przesiąknie stęchlizną. 
— Spójrzcie na wodę… — odezwała się w końcu Purchawka.
— H-huh... — mruknął zaskoczony biały. 
— Stoi... A powinna płynąć — dodał Topola. — Śmierdzi niczym niewymieniany mech... — Skrzywił się z obrzydzeniem. 
— A-ale czemu? — zapytała Rohan, próbując uciec swądu, ukrywając się za partnerem. Ten jednak zdał sie już przesiąknąć przez ich futra, aż do ich skóry, a nawet kości. 
— N-nie wiem… — powiedziała najpierw szamanka, ale po chwili dodała, odwracając się do nich: — Nie. Jednak wiem... To one, to one i ich obozy na rzekach... Ich konstrukcje z gałęzi nie pozwalają rzece płynąć dalej… O-ostatnio Wiciokrzew i Mistral widzieli je nieco za obozem na rzece. One... One odcięły Owocowy Las od wody. Od dobrej wody. 
— Czy próbujesz powiedzieć, że to wszystko, co dzieje się teraz w obozie, w legowisku starszych, to… to wina bobrów? I tego martwego jelenia? — zapytał wojownik, a jego uszy położyły się płasko. 
— Tak. Jestem niemal tego pewna. — Szok niemal emanował od kocicy. — My musimy coś zrobić... One nas zabiją, wytrują jeden po drugim… 
— Ale dlaczego reszta kotów nie choruje? Tylko ta garstka? Przecież to nawet nie jest zaraźliwe… Kolendra jest zdrowy, chociaż każdą wolną chwilę spędza ze swoją ukochaną — zauważył Gondor, próbując w międzyczasie lepiej przyjrzeć się zwłokom. 
— B-bo nie wychodzą z obozu — wydukała srebrna buraska zza niego. Trzy pary oczu przeniosły się na nią. Zanim powiedziała coś jeszcze, przerwała jej dymna. 
— Tak. Wojownicy, zwiadowcy, uczniowie, a nawet i stróże... Oni wszyscy wychodzą z obozu i piją wodę z rzeki, która wciąż biegnie, która nie jest przesiąknięta larwami i śmiercią. A starsi... A starszych zatruwaliśmy wodą z bliska, zaraz z brzegu przy obozie… — Ostatnie słowa stały się niemal jękiem. Smutek i żal wymalowały się na pysku kotki. Poczucie winy ściskało jej serce. 
— Purchawko... Jakże mogliście wiedzieć? — odezwał się łagodnie Topola. Położył ogon na ciemnym grzbiecie, a zezowata zacisnęła oczy na krótką chwilę.
— To nie wasza wina… Chcieliście jak najlepiej zadbać o swoich przyjaciół — rzekł Gondor. — Teraz najważniejsze, aby jak najszybciej zanieść te wieści do Pieczarki i Czereśni. Nie możemy zwlekać; dla reszty może być jeszcze szansa na wyleczenie. 
— Tak, tak, to nie czas na obwinianie siebie. Najpierw wróćmy i zabrońmy wszystkim picia wody, która nie płynie — zadecydował wojownik. Szamanka w końcu kiwnęła głową. Cała czwórka wystrzeliła w kierunku obozu. 
W końcu mogli coś zrobić. W końcu nie byli bezradni niczym krety pozostawione na powierzchni. W końcu była jakakolwiek szansa, że dotknięte choróbskiem koty będą w stanie wyzdrowieć i powrócić do swoich rodzin, przyjaciół i obowiązków. Musieli tylko działać szybko i sprawnie. Musieli się zmobilizować i wykazać ogromną troskę. A co najważniejsze... Musieli coś w końcu zrobić z tymi przerośniętymi, mokrymi szczurami. Nie mogą czuć się spokojnie, dopóki ich zębiska ścinają ich owocowe drzewka, wgryzają się w ciała kotów i brukają się ich krwią. Nie było na nie miejsca w idealnym świecie, do którego uciekli Gondor i Rohan, w którym Topola chciał wychować swoje pociechy, w którym Purchawka miała szerzyć szlachetną wiarę w Wszechmatkę. 

[1999 słów]

[40%]

21 marca 2026

Od Rohan Do Figi

Południe. Słońce skrzyło się wysoko na szczycie nieboskłonu, uniemożliwiając dalszy marsz. Nawet jeśli niemal dopiero się zaczął. Wyciągnięci na kamieniu, skryci pod rozłożystymi koronami drzewa, okryci przyjemnym cieniem leżeli wspólnie. Biały kocur miał przymknięte powieki; można by było powiedzieć, że jest pochłonięty przez głęboki sen. Mniejsza kotka co kilka uderzeń serca kręciła się i zmieniała pozycje, niezdolna do całkowitej bezczynności. Nie zaraz po tym, jak obudziła się po długim, całonocnym śnie. 
— Mogliśmy jednak nie marnować całego poranku... — mruknął Gondor, wciąż nie otwierając ślepiów. Nawet nie drgnął. Nawet kiedy ptak wzbił się w powietrze prosto nad ich głowami. Ten sam dźwięk postawił jego partnerkę na równą łapę.
Zadarła łeb wysoko w górę i odprowadziła dzięcioła wzrokiem. Ile by dała, by móc go pochwycić… By móc wzlecieć i udać się w pogoń. Przez ten krótki marzycielski moment całkowicie zapomniała, co mówił biały. 
— H-huh? 
— wydukała, przesuwając wzrok na puchaty pysk. Jedno żółte oko nieco się rozchyliło.
— Mówiłem, że mogliśmy wyruszyć wcześniej. Wtedy słońce tak nie piecze w grzbiet — doprecyzował, jakby fakt, że dopowie coś jeszcze, sprawi, iż jego partnerka skupi się nieco bardziej na jego słowach. 
— Ale to ty się ślimaczyłeś. Ja chciałam wyjść wcześniej — powiedziała, siadając ponownie na kamieniu. Zmarszczyła nieco oczy. Była to prawda. Najprawdziwsza. Nawet sam fakt, że wymaszerowali przed południem, był małym cudem, gdyż norka, którą znaleźli, była niesamowicie przytulna i przyjemnie chłodna. 
— Serce, ty chciałaś wychodzić w momencie, kiedy usłyszałaś pierwszego ptaka — przypomniał, układając się na boku i wyciągając łapy. Jedna z tylnych złapała delikatnie cienki ogon. 
— No i pomyśl, jak daleko byśmy już wtedy byli — jęknęła, wyrywając kitkę spomiędzy pazurków kocura. Uderzyła nią głucho o gładką posadzkę. — Nie miziaj mnie!
— Ale gdzie my mamy dotrzeć? Gdzie nam tak śpieszno? — zapytał, a ogon sunął mu to w górę, to w dół. 
— N-no... No nie wiem, ale na pewno nie tutaj. — Rozejrzała się. Byli na skraju lasu, z niedaleka docierał do nich szum rzeki; musiała być dosłownie za wysokimi trawami, które wirowały niedaleko ich pysków. Zdołali tego dnia jedynie przemknąć przez drogę, a następnie, chowając się przed słońcem, pokonać kawałek zielonych łąk. Kierowali się zapachem wody i żywicy, czując już od samego początku, że nie mogą za długo iść w tym skwarze. W momencie, w którym dotarli do lasku, padli na kamień i odpoczywali. Rohan myślała, że oszaleje. 
— Mhm... Jak dla mnie, to miejsce jest urokliwe, ciche, pachnie myszami... — mruczał sennie żółtooki. 
— Mam ci przypomnieć myszy? — zapytała, podnosząc jedną brew do góry w rozbawieniu.
— Złapie je. Muszę po prostu poćwiczyć — zapewnił, ale po głosie słychać było, że komentarz ugodził jego kruchy honor. 
— Oczywiście, mój drogi. — Przysunęła się bliżej i położyła brodę na jego karku. Skrzące oko znów otworzyło się na moment. — Alem głodna... — miauknęła cicho, a w oczach widać było zalążki strachu i poczucia winy. W końcu to był jej pomysł, a w domu na pewno czekała na nich pyszna puszka z kurczaka. Ba! Może nawet dostaliby zwykłe mięso po takiej nieobecności. Ich człowiek na pewno tęskni. 
— Dam radę. Obiecuję, że upoluję — powtórzył zapewnienie. Kotka wiedziała, że o ile uporu miał w sobie wiele, tak nigdy nie musiał niczego szukać, łapać… zabijać. Zwyczajnie nie umiała sobie wyobrazić tej białej mordki ubrudzonej krwią zdobyczy. 
— Wiem, że obiecujesz, ale... — zamilkła. Nie chciała rozgniewać partnera ani go zasmucić, a najbardziej nie chciała, żeby przez następny dzień jedyne, co robił, to próbował złapać jedną mierną mysz. Wtedy też poczuła coś. Coś, co znała tak dobrze, a nawet napotykała w trakcie drogi. Teraz jednak pachniało nieco inaczej. — Koty... Czujesz? 
Nie był to swąd wychudzonego, pokiereszowanego kota z ulicy, którego ropiejące rany powoli odbierały rozum. Nie był to też chowający się po krzakach zdziczały mieszkaniec lasu, którego mieli okazję dojrzeć jeszcze za drogą. Ten zapach był mocny i bardzo specyficzny. 
— Czuje. Ale nie wiem, czy mi się to podoba… — mruknął pod nosem, podnosząc w końcu głowę. Buraska stanęła na równych łapkach. — Zniż się. Nie wiemy, co się może stać. 
— To na pewno za rzeką. Zapach idzie stamtąd — zauważyła. Ześlizgnęła się z kamyka i ruszyła w stronę bylic. Gondor chciał pomknąć za nią, ale zatrzymała go ruchem ogona. — Tylko zerknę. Nie zobaczą mnie. Jeśli w ogóle tam ktoś będzie. 
Wcisnęła się między trawy i przylgnęła brzuchem do wilgotnego brzegu. Starała się nie ruszać. Cierpliwie czekała dłuższy moment, aż w końcu faktycznie ujrzała trzy kocie sylwetki. Nie widziała ich zbyt dobrze; rzeka była dość szeroka, na pewno nie daliby rady jej pokonać, nawet jeśli nurt nie był zbyt wartki. Jedyne, co mogła dojrzeć, to kolory futra i wielkość. Dwójka była dorosła, a trzeci nieco mniejszy, chociaż na pewno nie było to kocię. Na przodzie szedł jasnobrązowy, zlewający się z suchymi trawami kot, a za nim jaśniejszy, posiadający szary pysk. Młody był kremowy. Przez moment zastanawiała się nawet, czy nie krzyknąć do nich; może pomogliby im w odnalezieniu się w tej nowej sytuacji. 
"Może nauczyliby Gondora polować na myszy..." 
— pomyślała, a ta wizja napełniła ją nadzieją. Jednym susem odwróciła się i wyskoczyła z zarośli. Hałaś zaalarmował zwiadowców idących po przeciwnej stronie koryta, ale nie ujrzeli, co go spowodowało. 
— Trzy koty, to trzy koty! — szeptała, ale ton był pełen entuzjazmu, niczym zawołanie. 
— Gdzie? Daleko? — zapytał kocur. 
— Tak. Po drugiej stronie rzeki. Dwa starsze, jeden był młodszy, albo po prostu bardzo niski — opowiedziała, przeskakując z łapy na łapę. — A-ale rzeka jest za szeroka. Nie damy rady przejść przez nią. 
— Skąd w ogóle pomysł, że byśmy mieli to robić, serce..? — Podniósł brew do góry.
— To nie były piecuchy. Jestem pewna! Może nauczą cię łapać myszy — gdybała. Zrobiła jeszcze jeden krok w kierunku partnera, który teraz stał już na równych łapach pod kamieniem. Zamyślił się. Próbowała być cierpliwa, ale już po kilku uderzeniach serca jęknęła. — No proszę. Pójdźmy brzegiem, pod drzewami. Może znajdziemy jakieś zwężenie. Jeśli nie, to wrócimy, okej? — zaproponowała z nieśmiałym uśmiechem. 
— Od kiedy to ty jesteś tą odważną? — zapytał. Było to faktycznie mądre pytanie. Nieco się zawstydziła i zmieszała. 
— No bo... To moja wina, żeśmy trafili na takie odludzie... A sami sobie nie poradzimy, więc jedyne wyjście to spróbować znaleźć kogoś, kto wyciągnie do nas łapę, albo wrócić do domu i liczyć, że jeszcze ktoś na nas czeka… Dlatego to ja muszę znaleźć sposób, abyśmy nie musieli przerywać naszej przygody. — Szurała łapą w sypkiej, mokrej ziemi. 
— No dobrze... Możemy tak zrobić, zgadzam się — powiedział i ruszył przed siebie. Koteczka dobiegła do niego prędko, ocierając się o biały, puchaty bok. 

* * *

— I skąd niby przyleźliście? — zapytała nieufnie srebrna kotka, szczerząc wrogo kły. Rohan stała nieco z tyłu, pozwalając partnerowi czuć, że to on kontroluje sytuację. 
— Zza rzeki, zza drogi — rzuciła bura, robiąc niewielki kroczek. — Widziałam was z drugiego brzegu i pomyślałam, że gdzieś może być jakieś przejście. No i było, więc przeszliśmy przez mostek. 
— Więc to ty byłaś? Myśleliśmy, że to jakiś zmutowany sum z nogami — palnął kremowy młodzik. 
— Ty tak myślałeś — odpowiedział niebieski point, nie spuszczając z oczu dwójki nieznajomych. — Śledziliście nas, więc? — zapytał, marszcząc ślepia. 
— Zależy, jak to rozumiesz… Zobaczyłam was i poszliśmy tak, żeby była szansa, że was znajdziemy. — Poskrobała się za uchem. Może faktycznie nie wygląda to za dobrze. 
— A w jakim niby celu, co? — warknęła znów kotka z oklapniętymi uszami. — Jaki niby jest wasz interes na terenach Owocowego Lasu?
— Niech Pani wybaczy, ale nie wiedzieliśmy, że to jakieś szczególnie nazwane miejsce — wtrącił się Gondor, a jego partnerka pokiwała głową na znak, że to musi być prawda. Nie zdało się to przekonać Figi. 
— To źle wiecie. Wynocha stąd. Nie potrzebujemy problemów z jakimiś zbiegłymi piecuchami. Wracajcie na swoje posłanka i do swoich paskudnych rarytasków — prychnęła i już chciała się odwrócić, ale Rohan wyciągnęła do niej łapę. Czekoladowa najeżyła się; była gotowa na atak ze strony buraski. 
— H-hej spokojnie... My nie chcemy wracać tam, skąd przybyliśmy. Dlatego chcieliśmy do was teraz dotrzeć. — Próbowała załagodzić atmosferę. 
— Ale nas, w sensie naszej trójki, czy nas, ale w sensie Owocowego Lasu? — dopytał najmłodszy, przekręcając łebek. 
— Nie rozumiem — rzuciła znów dawna pieszczoszka. — Owocowy Las?
— To nasza społeczność! — krzyknął wręcz kocurek. Zwiadowca obok uciszył go spojrzeniem. Odchrząknął i sam powiedział. 
— Owocowy Las zamieszkuję te tereny i wy, nieważne, czy identyfikujecie się jako samotniczy, czy jako pieszczochy, nie możecie przekraczać naszej granicy. Dla waszego dobra. — Mimo że był on najspokojniejszy z całej trójki, słowa były chłodne i pełne przestrogi. 
— Dlatego won — dodała jeszcze zielonooka. 
— A-a — jąkała się Rohan. Czuła, jak serce jej waliło w piersi; nie umiała działać pod naciskiem stresu i paniki. 
— A jeśli chcielibyśmy zgłosić swoją kandydaturę? Czy są wolne miejsca w tym Owocowym Lesie? — Gondor przejął pałęczkę. Była mu niesamowicie wdzięczna. Nawet jeśli nie była całkowicie pewna, czy tego chciała. Chociaż... Była to przygoda, prawda?

* * *

Faktycznie zaprowadzono ich do miejsca, które okazało się sercem tego całego Owocowego Lasu. Tam stanęli przed znacznie milszą kotką, której na imię było Pieczarka Nie była ani trochę podobna do kotki, która warczała na nich niemal za każdym razem, kiedy wypowiadała jakieś słowo, ani do kocura, którego stoicki spokój skuty był wiecznym lodem. Była spokojna, łagodna, niczym owieczka, a co najważniejsze, bardzo chętnie przyjęła ich pod swoje łapki. Bura miała wrażenie, że gdyby mogła, samodzielnie wepchnęłaby im myszy do pysków, aby napełnili brzuchy, a następnie sama nagrzała im mech, na którym mieli odpoczywać. Co prawda zadała im kilka pytań, ale na żadną z ich odpowiedzi nie pokręciła nosem, a sympatyczny uśmiech nigdy nie schodził jej z pyszczka. Obiecała im, na koniec rozmowy, że jutro z samego rana będą mogli poczuć się jak prawowici Owocniacy, ale dzisiejszą noc będą musieli spędzić jeszcze w miejscu, które nazwała legowiskiem stróżów, gdyż było w nim najwięcej miejsca oraz nie znajdowało się w koronach drzew, a to mógłby być niemały kłopot, zwłaszcza dla tak zmęczonych kotów jak oni. 
Tak więc swoją pierwszą noc w Owocowym Lesie spędzili ściśnięci w kącie gęstwiny, w której leżało jeszcze kilka innych kotów. Wtuleni w siebie, ignorując zapewnienia, że każde z nich może zająć swój własny kawałek mchu, słuchali jeszcze jakiś czas historyjek czarnego, chudego kota, który przedstawił im się jako Fruczak. Potem zasnęli, czując miły chłód nocy i bezpieczny zapach innych śpiochów. 

* * *

Był wczesny poranek. Ona nie miała problemu ze wstawaniem ze słońcem, ale śpiochy w kącikach oczu Gondora pokazywały, że nie była to ich wspólna cecha. 
Kazano im wstać wcześnie. Nie chcieli od razu pokazywać się od złej strony. W końcu tego dnia mieli stać się "prawdziwymi Owocniakami". Cokolwiek miało się z tym wiązać. 
Okrągła, biała kotka siedziała teraz na drzewie, które rosło w centrum obozu, a wokół niego zbierały się kolejne koty. Niektórzy zadziwieni, inni, zwłaszcza ci, którzy wczorajszego wieczora widzieli nieznajomą parę, nieco bardziej sceptyczni niż zaskoczeni. Wszyscy jednak, niezależnie od tego, czy widzą nowe nabytki po raz pierwszy czy nie, szeptali pod nosem. Nawet kiedy głos liderki przebiegł między zebranymi, to mamrotanie nie ucichło całkowicie. 
— Owocowy Lesie, zebraliśmy się tutaj, gdyż wczorajszego wieczoru Wszechmatka podrzuciła na nasze tereny dwa koty, które chętne są, aby zasilić nasze szeregi — zaczęła. Nie pozwoliła rozmowom wezbrzeć, więc kontynuowała: — Niech jedno z was wystąpi. 
Gondor zrobił krok do przodu.
— Dobrze, a więc... Gondor, chociaż masz zapewne więcej niż sześć księżyców, witam cię w gronie uczniów Owocowego Lasu. Wczoraj wyraziłeś chęć wkroczenia na ścieżkę wojownika, a więc twoim mentorem zostanie Topola. Jestem pewna, że przekaże ci całą wiedzę, a przy tym podzieli się wszystkimi swoimi doświadczeniami. — Uśmiechnęła się najpierw do białego kocura, a następnie do rzekomego Topoli, który wyłonił się powoli z grupy. Zwróciła się do niego: — Topolo, jesteś gotowy na szkolenie kolejnego ucznia. Na pewno uda ci się wykrzesać z niego wszystko, co najlepsze i sprawić, że będzie przykładnym członkiem naszej społeczności. Pokazałeś nam już, że twój duch jest równie silny co twoje ciało. Pokaż Gondorowi, jak tego dokonałeś.
Dwójka dotknęła się nosami, a następnie przeszli na bok. Rohan pozostała sama na środku, a zewsząd otaczały ją obce jej koty. Na początku podobało jej się, że partner przejął inicjatywę i poszedł "pod pazury" jako pierwszy. Teraz przeklnęła go w myślach. 
— Rohan, ty powiedziałaś mi, że znacznie bardziej chciałabyś poznać, co kryje się w miejscach zwykle kotom niedostępnych, a więc szkolić chcesz się pod okiem jednego z naszych gibkich zwiadowców. Twoim treningiem więc zajmię się Figa, która przyprowadziła was tutaj wczorajszego popołudnia. Niech kotka, która zaprowadziła cię pod obóz Owocowego Lasu stanie się też tą, która przeprowadzi cię przez tajniki sztuki zwiadu. Na pewno nauczy cię wszystkiego, co potrafi — oznajmiła, a przez grzbiet koteczki przebiegł malutki dreszcz. Na samo wspomnienie nastroszonej, syczącej Owocniaczki zalewała ją obawa o własny ogon. Pieczarka jednak nie zauważyła tego i zwróciła się do zielonookiej, która stała teraz na równi z swoją nową uczennicą. — Figo, jesteś gotowa przyjąć pod swoje łapy kolejnego ucznia. Na pewno nie zawiedziesz nas i sprawisz, że ta terminatorka stanie się prawdziwym, cennym członkiem Owocowego Lasu, dla którego żadna jabłoń ani inne drzewo nie będą obce. 
Niektóre koty zaczęły wołać ich imiona, inne pozostały milczące. Zobaczyła, że zwiadowczyni zbliża się do niej.
"Mam dotknąć ją nosem. Gondor i jego mentor tak zrobili, ale... boje się, że odgryzie go odgryzie" — pomyślała. Przełknęła ślinę. W końcu usłyszała szept. Niekoniecznie przyjemny.
— Przecież cię przy wszystkich nie użrę — prychnęła cicho, marszcząc ślepia. Rohan niepewnie pochyliła się do przodu, a kiedy poczuła na swoim nosie wilgoć nosa nauczycielki, odsunęła się, może nieco zbyt szybko. 
Chciała uciec do partnera i nawet jej się to udało, ale nie spodziewała się, że Figa podąży blisko za nią. Zanim cokolwiek powiedziała, wtrącił się Topola. 
— Możemy zorganizować jutro pierwszy trening wspólnie, co wy na to? — zapytał pogodnie. 
Już od pierwszych chwil zazdrościła nieco Gondorowi. Jego mentor wydawał się być bardzo sympatyczny i spokojny, a na pewno bardziej wyrozumiały. Nie to co ta sycząca, wiecznie sceptyczna kocica przy jej boku.  
— Według mnie to znakomity pomysł. Z tego, co rozumiem, to nieważne, na jakiej ścieżce szkolenia się jest, każdy musi znać podstawy oraz tereny, tak? — dodał biały, a łaciaty przyznał mu rację skinieniem mordki. 
— Mi też się ten pomysł bardzo podoba — zgodziła się srebrna buraska. Milczał tylko jeden kot. I bardzo jej się to nie podobało. Zmusiła się do przełamania ciszy i zapytała: — Figo? Po-podoba ci się taki pomysł?

<Figa?>
[2314 słów]

[Przyznano 46%]