— Mogliśmy jednak nie marnować całego poranku... — mruknął Gondor, wciąż nie otwierając ślepiów. Nawet nie drgnął. Nawet kiedy ptak wzbił się w powietrze prosto nad ich głowami. Ten sam dźwięk postawił jego partnerkę na równą łapę.
Zadarła łeb wysoko w górę i odprowadziła dzięcioła wzrokiem. Ile by dała, by móc go pochwycić… By móc wzlecieć i udać się w pogoń. Przez ten krótki marzycielski moment całkowicie zapomniała, co mówił biały.
— H-huh? — wydukała, przesuwając wzrok na puchaty pysk. Jedno żółte oko nieco się rozchyliło.
— Mówiłem, że mogliśmy wyruszyć wcześniej. Wtedy słońce tak nie piecze w grzbiet — doprecyzował, jakby fakt, że dopowie coś jeszcze, sprawi, iż jego partnerka skupi się nieco bardziej na jego słowach.
— Ale to ty się ślimaczyłeś. Ja chciałam wyjść wcześniej — powiedziała, siadając ponownie na kamieniu. Zmarszczyła nieco oczy. Była to prawda. Najprawdziwsza. Nawet sam fakt, że wymaszerowali przed południem, był małym cudem, gdyż norka, którą znaleźli, była niesamowicie przytulna i przyjemnie chłodna.
— Serce, ty chciałaś wychodzić w momencie, kiedy usłyszałaś pierwszego ptaka — przypomniał, układając się na boku i wyciągając łapy. Jedna z tylnych złapała delikatnie cienki ogon.
— H-huh? — wydukała, przesuwając wzrok na puchaty pysk. Jedno żółte oko nieco się rozchyliło.
— Mówiłem, że mogliśmy wyruszyć wcześniej. Wtedy słońce tak nie piecze w grzbiet — doprecyzował, jakby fakt, że dopowie coś jeszcze, sprawi, iż jego partnerka skupi się nieco bardziej na jego słowach.
— Ale to ty się ślimaczyłeś. Ja chciałam wyjść wcześniej — powiedziała, siadając ponownie na kamieniu. Zmarszczyła nieco oczy. Była to prawda. Najprawdziwsza. Nawet sam fakt, że wymaszerowali przed południem, był małym cudem, gdyż norka, którą znaleźli, była niesamowicie przytulna i przyjemnie chłodna.
— Serce, ty chciałaś wychodzić w momencie, kiedy usłyszałaś pierwszego ptaka — przypomniał, układając się na boku i wyciągając łapy. Jedna z tylnych złapała delikatnie cienki ogon.
— No i pomyśl, jak daleko byśmy już wtedy byli — jęknęła, wyrywając kitkę spomiędzy pazurków kocura. Uderzyła nią głucho o gładką posadzkę. — Nie miziaj mnie!
— Ale gdzie my mamy dotrzeć? Gdzie nam tak śpieszno? — zapytał, a ogon sunął mu to w górę, to w dół.
— N-no... No nie wiem, ale na pewno nie tutaj. — Rozejrzała się. Byli na skraju lasu, z niedaleka docierał do nich szum rzeki; musiała być dosłownie za wysokimi trawami, które wirowały niedaleko ich pysków. Zdołali tego dnia jedynie przemknąć przez drogę, a następnie, chowając się przed słońcem, pokonać kawałek zielonych łąk. Kierowali się zapachem wody i żywicy, czując już od samego początku, że nie mogą za długo iść w tym skwarze. W momencie, w którym dotarli do lasku, padli na kamień i odpoczywali. Rohan myślała, że oszaleje.
— N-no... No nie wiem, ale na pewno nie tutaj. — Rozejrzała się. Byli na skraju lasu, z niedaleka docierał do nich szum rzeki; musiała być dosłownie za wysokimi trawami, które wirowały niedaleko ich pysków. Zdołali tego dnia jedynie przemknąć przez drogę, a następnie, chowając się przed słońcem, pokonać kawałek zielonych łąk. Kierowali się zapachem wody i żywicy, czując już od samego początku, że nie mogą za długo iść w tym skwarze. W momencie, w którym dotarli do lasku, padli na kamień i odpoczywali. Rohan myślała, że oszaleje.
— Mhm... Jak dla mnie, to miejsce jest urokliwe, ciche, pachnie myszami... — mruczał sennie żółtooki.
— Mam ci przypomnieć myszy? — zapytała, podnosząc jedną brew do góry w rozbawieniu.
— Złapie je. Muszę po prostu poćwiczyć — zapewnił, ale po głosie słychać było, że komentarz ugodził jego kruchy honor.
— Mam ci przypomnieć myszy? — zapytała, podnosząc jedną brew do góry w rozbawieniu.
— Złapie je. Muszę po prostu poćwiczyć — zapewnił, ale po głosie słychać było, że komentarz ugodził jego kruchy honor.
— Oczywiście, mój drogi. — Przysunęła się bliżej i położyła brodę na jego karku. Skrzące oko znów otworzyło się na moment. — Alem głodna... — miauknęła cicho, a w oczach widać było zalążki strachu i poczucia winy. W końcu to był jej pomysł, a w domu na pewno czekała na nich pyszna puszka z kurczaka. Ba! Może nawet dostaliby zwykłe mięso po takiej nieobecności. Ich człowiek na pewno tęskni.
— Dam radę. Obiecuję, że upoluję — powtórzył zapewnienie. Kotka wiedziała, że o ile uporu miał w sobie wiele, tak nigdy nie musiał niczego szukać, łapać… zabijać. Zwyczajnie nie umiała sobie wyobrazić tej białej mordki ubrudzonej krwią zdobyczy.
— Wiem, że obiecujesz, ale... — zamilkła. Nie chciała rozgniewać partnera ani go zasmucić, a najbardziej nie chciała, żeby przez następny dzień jedyne, co robił, to próbował złapać jedną mierną mysz. Wtedy też poczuła coś. Coś, co znała tak dobrze, a nawet napotykała w trakcie drogi. Teraz jednak pachniało nieco inaczej. — Koty... Czujesz?
Nie był to swąd wychudzonego, pokiereszowanego kota z ulicy, którego ropiejące rany powoli odbierały rozum. Nie był to też chowający się po krzakach zdziczały mieszkaniec lasu, którego mieli okazję dojrzeć jeszcze za drogą. Ten zapach był mocny i bardzo specyficzny.
— Czuje. Ale nie wiem, czy mi się to podoba… — mruknął pod nosem, podnosząc w końcu głowę. Buraska stanęła na równych łapkach. — Zniż się. Nie wiemy, co się może stać.
— To na pewno za rzeką. Zapach idzie stamtąd — zauważyła. Ześlizgnęła się z kamyka i ruszyła w stronę bylic. Gondor chciał pomknąć za nią, ale zatrzymała go ruchem ogona. — Tylko zerknę. Nie zobaczą mnie. Jeśli w ogóle tam ktoś będzie.
Wcisnęła się między trawy i przylgnęła brzuchem do wilgotnego brzegu. Starała się nie ruszać. Cierpliwie czekała dłuższy moment, aż w końcu faktycznie ujrzała trzy kocie sylwetki. Nie widziała ich zbyt dobrze; rzeka była dość szeroka, na pewno nie daliby rady jej pokonać, nawet jeśli nurt nie był zbyt wartki. Jedyne, co mogła dojrzeć, to kolory futra i wielkość. Dwójka była dorosła, a trzeci nieco mniejszy, chociaż na pewno nie było to kocię. Na przodzie szedł jasnobrązowy, zlewający się z suchymi trawami kot, a za nim jaśniejszy, posiadający szary pysk. Młody był kremowy. Przez moment zastanawiała się nawet, czy nie krzyknąć do nich; może pomogliby im w odnalezieniu się w tej nowej sytuacji.
"Może nauczyliby Gondora polować na myszy..." — pomyślała, a ta wizja napełniła ją nadzieją. Jednym susem odwróciła się i wyskoczyła z zarośli. Hałaś zaalarmował zwiadowców idących po przeciwnej stronie koryta, ale nie ujrzeli, co go spowodowało.
"Może nauczyliby Gondora polować na myszy..." — pomyślała, a ta wizja napełniła ją nadzieją. Jednym susem odwróciła się i wyskoczyła z zarośli. Hałaś zaalarmował zwiadowców idących po przeciwnej stronie koryta, ale nie ujrzeli, co go spowodowało.
— Trzy koty, to trzy koty! — szeptała, ale ton był pełen entuzjazmu, niczym zawołanie.
— Gdzie? Daleko? — zapytał kocur.
— Tak. Po drugiej stronie rzeki. Dwa starsze, jeden był młodszy, albo po prostu bardzo niski — opowiedziała, przeskakując z łapy na łapę. — A-ale rzeka jest za szeroka. Nie damy rady przejść przez nią.
— Skąd w ogóle pomysł, że byśmy mieli to robić, serce..? — Podniósł brew do góry.
— To nie były piecuchy. Jestem pewna! Może nauczą cię łapać myszy — gdybała. Zrobiła jeszcze jeden krok w kierunku partnera, który teraz stał już na równych łapach pod kamieniem. Zamyślił się. Próbowała być cierpliwa, ale już po kilku uderzeniach serca jęknęła. — No proszę. Pójdźmy brzegiem, pod drzewami. Może znajdziemy jakieś zwężenie. Jeśli nie, to wrócimy, okej? — zaproponowała z nieśmiałym uśmiechem.
— Od kiedy to ty jesteś tą odważną? — zapytał. Było to faktycznie mądre pytanie. Nieco się zawstydziła i zmieszała.
— No bo... To moja wina, żeśmy trafili na takie odludzie... A sami sobie nie poradzimy, więc jedyne wyjście to spróbować znaleźć kogoś, kto wyciągnie do nas łapę, albo wrócić do domu i liczyć, że jeszcze ktoś na nas czeka… Dlatego to ja muszę znaleźć sposób, abyśmy nie musieli przerywać naszej przygody. — Szurała łapą w sypkiej, mokrej ziemi.
— Gdzie? Daleko? — zapytał kocur.
— Tak. Po drugiej stronie rzeki. Dwa starsze, jeden był młodszy, albo po prostu bardzo niski — opowiedziała, przeskakując z łapy na łapę. — A-ale rzeka jest za szeroka. Nie damy rady przejść przez nią.
— Skąd w ogóle pomysł, że byśmy mieli to robić, serce..? — Podniósł brew do góry.
— To nie były piecuchy. Jestem pewna! Może nauczą cię łapać myszy — gdybała. Zrobiła jeszcze jeden krok w kierunku partnera, który teraz stał już na równych łapach pod kamieniem. Zamyślił się. Próbowała być cierpliwa, ale już po kilku uderzeniach serca jęknęła. — No proszę. Pójdźmy brzegiem, pod drzewami. Może znajdziemy jakieś zwężenie. Jeśli nie, to wrócimy, okej? — zaproponowała z nieśmiałym uśmiechem.
— Od kiedy to ty jesteś tą odważną? — zapytał. Było to faktycznie mądre pytanie. Nieco się zawstydziła i zmieszała.
— No bo... To moja wina, żeśmy trafili na takie odludzie... A sami sobie nie poradzimy, więc jedyne wyjście to spróbować znaleźć kogoś, kto wyciągnie do nas łapę, albo wrócić do domu i liczyć, że jeszcze ktoś na nas czeka… Dlatego to ja muszę znaleźć sposób, abyśmy nie musieli przerywać naszej przygody. — Szurała łapą w sypkiej, mokrej ziemi.
— No dobrze... Możemy tak zrobić, zgadzam się — powiedział i ruszył przed siebie. Koteczka dobiegła do niego prędko, ocierając się o biały, puchaty bok.
* * *
— I skąd niby przyleźliście? — zapytała nieufnie srebrna kotka, szczerząc wrogo kły. Rohan stała nieco z tyłu, pozwalając partnerowi czuć, że to on kontroluje sytuację.
— Zza rzeki, zza drogi — rzuciła bura, robiąc niewielki kroczek. — Widziałam was z drugiego brzegu i pomyślałam, że gdzieś może być jakieś przejście. No i było, więc przeszliśmy przez mostek.
— Zza rzeki, zza drogi — rzuciła bura, robiąc niewielki kroczek. — Widziałam was z drugiego brzegu i pomyślałam, że gdzieś może być jakieś przejście. No i było, więc przeszliśmy przez mostek.
— Więc to ty byłaś? Myśleliśmy, że to jakiś zmutowany sum z nogami — palnął kremowy młodzik.
— Ty tak myślałeś — odpowiedział niebieski point, nie spuszczając z oczu dwójki nieznajomych. — Śledziliście nas, więc? — zapytał, marszcząc ślepia.
— Zależy, jak to rozumiesz… Zobaczyłam was i poszliśmy tak, żeby była szansa, że was znajdziemy. — Poskrobała się za uchem. Może faktycznie nie wygląda to za dobrze.
— A w jakim niby celu, co? — warknęła znów kotka z oklapniętymi uszami. — Jaki niby jest wasz interes na terenach Owocowego Lasu?
— Ty tak myślałeś — odpowiedział niebieski point, nie spuszczając z oczu dwójki nieznajomych. — Śledziliście nas, więc? — zapytał, marszcząc ślepia.
— Zależy, jak to rozumiesz… Zobaczyłam was i poszliśmy tak, żeby była szansa, że was znajdziemy. — Poskrobała się za uchem. Może faktycznie nie wygląda to za dobrze.
— A w jakim niby celu, co? — warknęła znów kotka z oklapniętymi uszami. — Jaki niby jest wasz interes na terenach Owocowego Lasu?
— Niech Pani wybaczy, ale nie wiedzieliśmy, że to jakieś szczególnie nazwane miejsce — wtrącił się Gondor, a jego partnerka pokiwała głową na znak, że to musi być prawda. Nie zdało się to przekonać Figi.
— To źle wiecie. Wynocha stąd. Nie potrzebujemy problemów z jakimiś zbiegłymi piecuchami. Wracajcie na swoje posłanka i do swoich paskudnych rarytasków — prychnęła i już chciała się odwrócić, ale Rohan wyciągnęła do niej łapę. Czekoladowa najeżyła się; była gotowa na atak ze strony buraski.
— H-hej spokojnie... My nie chcemy wracać tam, skąd przybyliśmy. Dlatego chcieliśmy do was teraz dotrzeć. — Próbowała załagodzić atmosferę.
— Ale nas, w sensie naszej trójki, czy nas, ale w sensie Owocowego Lasu? — dopytał najmłodszy, przekręcając łebek.
— To źle wiecie. Wynocha stąd. Nie potrzebujemy problemów z jakimiś zbiegłymi piecuchami. Wracajcie na swoje posłanka i do swoich paskudnych rarytasków — prychnęła i już chciała się odwrócić, ale Rohan wyciągnęła do niej łapę. Czekoladowa najeżyła się; była gotowa na atak ze strony buraski.
— H-hej spokojnie... My nie chcemy wracać tam, skąd przybyliśmy. Dlatego chcieliśmy do was teraz dotrzeć. — Próbowała załagodzić atmosferę.
— Ale nas, w sensie naszej trójki, czy nas, ale w sensie Owocowego Lasu? — dopytał najmłodszy, przekręcając łebek.
— Nie rozumiem — rzuciła znów dawna pieszczoszka. — Owocowy Las?
— To nasza społeczność! — krzyknął wręcz kocurek. Zwiadowca obok uciszył go spojrzeniem. Odchrząknął i sam powiedział.
— Owocowy Las zamieszkuję te tereny i wy, nieważne, czy identyfikujecie się jako samotniczy, czy jako pieszczochy, nie możecie przekraczać naszej granicy. Dla waszego dobra. — Mimo że był on najspokojniejszy z całej trójki, słowa były chłodne i pełne przestrogi.
— Dlatego won — dodała jeszcze zielonooka.
— A-a — jąkała się Rohan. Czuła, jak serce jej waliło w piersi; nie umiała działać pod naciskiem stresu i paniki.
— A jeśli chcielibyśmy zgłosić swoją kandydaturę? Czy są wolne miejsca w tym Owocowym Lesie? — Gondor przejął pałęczkę. Była mu niesamowicie wdzięczna. Nawet jeśli nie była całkowicie pewna, czy tego chciała. Chociaż... Była to przygoda, prawda?
— Owocowy Las zamieszkuję te tereny i wy, nieważne, czy identyfikujecie się jako samotniczy, czy jako pieszczochy, nie możecie przekraczać naszej granicy. Dla waszego dobra. — Mimo że był on najspokojniejszy z całej trójki, słowa były chłodne i pełne przestrogi.
— Dlatego won — dodała jeszcze zielonooka.
— A-a — jąkała się Rohan. Czuła, jak serce jej waliło w piersi; nie umiała działać pod naciskiem stresu i paniki.
— A jeśli chcielibyśmy zgłosić swoją kandydaturę? Czy są wolne miejsca w tym Owocowym Lesie? — Gondor przejął pałęczkę. Była mu niesamowicie wdzięczna. Nawet jeśli nie była całkowicie pewna, czy tego chciała. Chociaż... Była to przygoda, prawda?
* * *
Faktycznie zaprowadzono ich do miejsca, które okazało się sercem tego całego Owocowego Lasu. Tam stanęli przed znacznie milszą kotką, której na imię było Pieczarka Nie była ani trochę podobna do kotki, która warczała na nich niemal za każdym razem, kiedy wypowiadała jakieś słowo, ani do kocura, którego stoicki spokój skuty był wiecznym lodem. Była spokojna, łagodna, niczym owieczka, a co najważniejsze, bardzo chętnie przyjęła ich pod swoje łapki. Bura miała wrażenie, że gdyby mogła, samodzielnie wepchnęłaby im myszy do pysków, aby napełnili brzuchy, a następnie sama nagrzała im mech, na którym mieli odpoczywać. Co prawda zadała im kilka pytań, ale na żadną z ich odpowiedzi nie pokręciła nosem, a sympatyczny uśmiech nigdy nie schodził jej z pyszczka. Obiecała im, na koniec rozmowy, że jutro z samego rana będą mogli poczuć się jak prawowici Owocniacy, ale dzisiejszą noc będą musieli spędzić jeszcze w miejscu, które nazwała legowiskiem stróżów, gdyż było w nim najwięcej miejsca oraz nie znajdowało się w koronach drzew, a to mógłby być niemały kłopot, zwłaszcza dla tak zmęczonych kotów jak oni.
Tak więc swoją pierwszą noc w Owocowym Lesie spędzili ściśnięci w kącie gęstwiny, w której leżało jeszcze kilka innych kotów. Wtuleni w siebie, ignorując zapewnienia, że każde z nich może zająć swój własny kawałek mchu, słuchali jeszcze jakiś czas historyjek czarnego, chudego kota, który przedstawił im się jako Fruczak. Potem zasnęli, czując miły chłód nocy i bezpieczny zapach innych śpiochów.
* * *
Był wczesny poranek. Ona nie miała problemu ze wstawaniem ze słońcem, ale śpiochy w kącikach oczu Gondora pokazywały, że nie była to ich wspólna cecha.
Kazano im wstać wcześnie. Nie chcieli od razu pokazywać się od złej strony. W końcu tego dnia mieli stać się "prawdziwymi Owocniakami". Cokolwiek miało się z tym wiązać.
Okrągła, biała kotka siedziała teraz na drzewie, które rosło w centrum obozu, a wokół niego zbierały się kolejne koty. Niektórzy zadziwieni, inni, zwłaszcza ci, którzy wczorajszego wieczora widzieli nieznajomą parę, nieco bardziej sceptyczni niż zaskoczeni. Wszyscy jednak, niezależnie od tego, czy widzą nowe nabytki po raz pierwszy czy nie, szeptali pod nosem. Nawet kiedy głos liderki przebiegł między zebranymi, to mamrotanie nie ucichło całkowicie.
— Owocowy Lesie, zebraliśmy się tutaj, gdyż wczorajszego wieczoru Wszechmatka podrzuciła na nasze tereny dwa koty, które chętne są, aby zasilić nasze szeregi — zaczęła. Nie pozwoliła rozmowom wezbrzeć, więc kontynuowała: — Niech jedno z was wystąpi.
Gondor zrobił krok do przodu.
Gondor zrobił krok do przodu.
— Dobrze, a więc... Gondor, chociaż masz zapewne więcej niż sześć księżyców, witam cię w gronie uczniów Owocowego Lasu. Wczoraj wyraziłeś chęć wkroczenia na ścieżkę wojownika, a więc twoim mentorem zostanie Topola. Jestem pewna, że przekaże ci całą wiedzę, a przy tym podzieli się wszystkimi swoimi doświadczeniami. — Uśmiechnęła się najpierw do białego kocura, a następnie do rzekomego Topoli, który wyłonił się powoli z grupy. Zwróciła się do niego: — Topolo, jesteś gotowy na szkolenie kolejnego ucznia. Na pewno uda ci się wykrzesać z niego wszystko, co najlepsze i sprawić, że będzie przykładnym członkiem naszej społeczności. Pokazałeś nam już, że twój duch jest równie silny co twoje ciało. Pokaż Gondorowi, jak tego dokonałeś.
Dwójka dotknęła się nosami, a następnie przeszli na bok. Rohan pozostała sama na środku, a zewsząd otaczały ją obce jej koty. Na początku podobało jej się, że partner przejął inicjatywę i poszedł "pod pazury" jako pierwszy. Teraz przeklnęła go w myślach.
— Rohan, ty powiedziałaś mi, że znacznie bardziej chciałabyś poznać, co kryje się w miejscach zwykle kotom niedostępnych, a więc szkolić chcesz się pod okiem jednego z naszych gibkich zwiadowców. Twoim treningiem więc zajmię się Figa, która przyprowadziła was tutaj wczorajszego popołudnia. Niech kotka, która zaprowadziła cię pod obóz Owocowego Lasu stanie się też tą, która przeprowadzi cię przez tajniki sztuki zwiadu. Na pewno nauczy cię wszystkiego, co potrafi — oznajmiła, a przez grzbiet koteczki przebiegł malutki dreszcz. Na samo wspomnienie nastroszonej, syczącej Owocniaczki zalewała ją obawa o własny ogon. Pieczarka jednak nie zauważyła tego i zwróciła się do zielonookiej, która stała teraz na równi z swoją nową uczennicą. — Figo, jesteś gotowa przyjąć pod swoje łapy kolejnego ucznia. Na pewno nie zawiedziesz nas i sprawisz, że ta terminatorka stanie się prawdziwym, cennym członkiem Owocowego Lasu, dla którego żadna jabłoń ani inne drzewo nie będą obce.
— Rohan, ty powiedziałaś mi, że znacznie bardziej chciałabyś poznać, co kryje się w miejscach zwykle kotom niedostępnych, a więc szkolić chcesz się pod okiem jednego z naszych gibkich zwiadowców. Twoim treningiem więc zajmię się Figa, która przyprowadziła was tutaj wczorajszego popołudnia. Niech kotka, która zaprowadziła cię pod obóz Owocowego Lasu stanie się też tą, która przeprowadzi cię przez tajniki sztuki zwiadu. Na pewno nauczy cię wszystkiego, co potrafi — oznajmiła, a przez grzbiet koteczki przebiegł malutki dreszcz. Na samo wspomnienie nastroszonej, syczącej Owocniaczki zalewała ją obawa o własny ogon. Pieczarka jednak nie zauważyła tego i zwróciła się do zielonookiej, która stała teraz na równi z swoją nową uczennicą. — Figo, jesteś gotowa przyjąć pod swoje łapy kolejnego ucznia. Na pewno nie zawiedziesz nas i sprawisz, że ta terminatorka stanie się prawdziwym, cennym członkiem Owocowego Lasu, dla którego żadna jabłoń ani inne drzewo nie będą obce.
Niektóre koty zaczęły wołać ich imiona, inne pozostały milczące. Zobaczyła, że zwiadowczyni zbliża się do niej.
"Mam dotknąć ją nosem. Gondor i jego mentor tak zrobili, ale... boje się, że odgryzie go odgryzie" — pomyślała. Przełknęła ślinę. W końcu usłyszała szept. Niekoniecznie przyjemny.
— Przecież cię przy wszystkich nie użrę — prychnęła cicho, marszcząc ślepia. Rohan niepewnie pochyliła się do przodu, a kiedy poczuła na swoim nosie wilgoć nosa nauczycielki, odsunęła się, może nieco zbyt szybko.
"Mam dotknąć ją nosem. Gondor i jego mentor tak zrobili, ale... boje się, że odgryzie go odgryzie" — pomyślała. Przełknęła ślinę. W końcu usłyszała szept. Niekoniecznie przyjemny.
— Przecież cię przy wszystkich nie użrę — prychnęła cicho, marszcząc ślepia. Rohan niepewnie pochyliła się do przodu, a kiedy poczuła na swoim nosie wilgoć nosa nauczycielki, odsunęła się, może nieco zbyt szybko.
Chciała uciec do partnera i nawet jej się to udało, ale nie spodziewała się, że Figa podąży blisko za nią. Zanim cokolwiek powiedziała, wtrącił się Topola.
— Możemy zorganizować jutro pierwszy trening wspólnie, co wy na to? — zapytał pogodnie.
— Możemy zorganizować jutro pierwszy trening wspólnie, co wy na to? — zapytał pogodnie.
Już od pierwszych chwil zazdrościła nieco Gondorowi. Jego mentor wydawał się być bardzo sympatyczny i spokojny, a na pewno bardziej wyrozumiały. Nie to co ta sycząca, wiecznie sceptyczna kocica przy jej boku.
— Według mnie to znakomity pomysł. Z tego, co rozumiem, to nieważne, na jakiej ścieżce szkolenia się jest, każdy musi znać podstawy oraz tereny, tak? — dodał biały, a łaciaty przyznał mu rację skinieniem mordki.
— Mi też się ten pomysł bardzo podoba — zgodziła się srebrna buraska. Milczał tylko jeden kot. I bardzo jej się to nie podobało. Zmusiła się do przełamania ciszy i zapytała: — Figo? Po-podoba ci się taki pomysł?
— Mi też się ten pomysł bardzo podoba — zgodziła się srebrna buraska. Milczał tylko jeden kot. I bardzo jej się to nie podobało. Zmusiła się do przełamania ciszy i zapytała: — Figo? Po-podoba ci się taki pomysł?
<Figa?>
[2314 słów]
[Przyznano 46%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz