— Hm... No cóż, rozumiem... — mruknął. Chciał podejść do tego na spokojnie, przynajmniej na początku. Wiedział, że Mandarynka jest blisko z jego matką, tak samo ze swoim synem; dlaczego miałaby więc wiedzieć kompletne nic? Nie mógł sobie wyobrazić, że któreś z jego rodzeństwa mogłoby być tak skryte w sprawie swojej ciąży i partnerstwa. No... Teraz może on by nie był taki wylewny, ale Wężyna sama sobie sprawiła ten los.
— To był dla mnie szok. Nie spodziewałam się tego — wydukała kotka. Żmijowiec zdziwił się, że się odezwała. Nie wyglądała tak, jakby chciała kontynuować tę rozmowę. Teraz to nie wiedział, czy on ma na to ochotę.
— Nie dziwię się — rzucił sucho. Zmrużył oczy; próbował coś wyczytać z jej oblicza, ale nawet w takim stanie była niezwykle skryta i niesamowicie dobrze maskowała swoje prawdziwe emocje. — Ale... Czy to nie dobrze, że ród się rozrasta? Miałaś przecież tylko jednego wnuka, a do tego na stanowisku medycznym. Ktoś będzie musiał zastąpić Błękitną Lagunę, kiedy on zajmie twoje miejsce, prawda? Czy nie ma większej pewności, że na to miejsce wzejdzie kot godny, niż stworzenie potomka samodzielnie? — rzucił, może zbyt żartobliwie i z przekąsem. Mandarynka milczała dłuższą chwilę. Wojownik nie miał czasu na takie zbytkowe rozmowy. Liderka jednak również nie chciała dłużej kontynuować paplaniny, a więc zmieniła temat.
— Poprowadzisz dziś patrol. — Przyjęła swoją codzienną stoicką maskę. — Weź Lśniąca Ikrę oraz Kuni Strumyczek.
— Dobrze. Zabiore Lawendową Łapę — oznajmił. — Ikra pewnie będzie chciał zabrać Narcyzową Łapę. Zgadzasz się, czy wolisz, aby pozostał w obozie i zajął się sprzątaniem?
— Niech zostanie. Idźcie we czwórkę. — Odwróciła się już.
— Jeśli taka jest twoja wola — mruknął. Poszedł szukać swoich towarzyszy oraz ucznia.
— Jeśli taka jest twoja wola — mruknął. Poszedł szukać swoich towarzyszy oraz ucznia.
* * *
Potomek się narodził. Był to kocurek; zapewne wielka radość dla ojca i matki. Zapewne wyrośnie na wielkiego, mocnego młodzieńca; w końcu żaden z jego rodziców nie był chucherkiem. Był jeszcze mały. Wił się jedynie i popiskiwał, próbując przecisnąć się bliżej brzucha matki, wierzgając łapami tak, jakby miał walczyć ze swoim rodzeństwem, które jednak nie istniało. Był to jedynak. Oczko w głowie wszystkich kotów z rodu. A przynajmniej taka powinna być kolej rzeczy.
Nie można było nie zauważyć, że nie wszyscy książęta i księżniczki byli zadowoleni z pojawienia się tego malucha. Nawet sam ojciec nie bywał zbyt często u swojego potomka. Jego kuzyn, za to jeszcze do niedawna najmłodszy członek królewskiej rodziny, kiedy już był zmuszony na niego patrzeć, mordował go wzrokiem. Nie widział zbyt często liderki. Na pewno nie w okolicach kociarni, co też bardzo go zainteresowało. Nie chciała być blisko swojej przyjaciółki, kiedy ta ledwo co została matką, a tym samym wkroczyła do jej szanowanej rodziny? Nawet on odwiedzał co jakiś czas matkę, słuchając jej narzekań i postękiwań.
Właśnie kiedy wracał z jednego takiego krótkiego spotkania, ujrzał przywódczynię siedzącą niedaleko kłody z zwierzyną. Nie jadła, chociaż pod łapami leżał dorodny okoń. Westchnął i skierował się do niej. I tak musiał zdać jej raport z postępów Lawendowej Łapy.
— Dzień dobry, Mandarynkowa Gwiazdo — zaczął, zanim jeszcze doszedł do niebieskiej.
— Dzień dobry — mruknęła. Zerkała w jego stronę, kiedy wyślizgiwał się z kociarni. Wiedziała, że był u Wężynowego Kła. Chociaż wydawało się, że ciężko przechodzi jej to przez gardło, zapytała: — Jak czuje się twoja matka?
— Znakomicie. Oczywiście narzeka na wszystko, na co tylko może, ale znasz ją... Promienieje, a futro lśni jej jak nigdy. Zdradziła mi, że zapędziła do czyszczenia swojego futra córki Tojadowej Kryzy — zaśmiał się sucho.
— Dzień dobry — mruknęła. Zerkała w jego stronę, kiedy wyślizgiwał się z kociarni. Wiedziała, że był u Wężynowego Kła. Chociaż wydawało się, że ciężko przechodzi jej to przez gardło, zapytała: — Jak czuje się twoja matka?
— Znakomicie. Oczywiście narzeka na wszystko, na co tylko może, ale znasz ją... Promienieje, a futro lśni jej jak nigdy. Zdradziła mi, że zapędziła do czyszczenia swojego futra córki Tojadowej Kryzy — zaśmiał się sucho.
— To dobrze... Słyszałam, że poród był szybki i bezproblemowy. To dobrze... — Wciąż wpatrywała się w rybę.
— Nie zapytasz o swojego wnuka?
— Nie zapytasz o swojego wnuka?
— Rozmawiałam o nim ze swoim synem.
— Och. W porządku... Lawendowa Łapa świetnie sobie radzi — powiedział, zmieniając temat. — Poluję już na ryby i pływa coraz lepiej. Musimy jeszcze popracować nad walką i wspinaczką, ale ma bardzo łamliwe pazury. Często chodzi do medyczek.
— Och. W porządku... Lawendowa Łapa świetnie sobie radzi — powiedział, zmieniając temat. — Poluję już na ryby i pływa coraz lepiej. Musimy jeszcze popracować nad walką i wspinaczką, ale ma bardzo łamliwe pazury. Często chodzi do medyczek.
— To dobrze... — powtórzyła ponownie to samo. — Masz łapę do młodych — pochwaliła go dośc machinalnie. Machnął na to ogonem.
— Nic nie knuję — rzucił nagle, cicho, prosto do jej ucha.
— Tojadowa Kryza? — dopytała, aby mieć pewność. Skinął łbem.
— Nieważne, gdzie idzie, co robi... Na razie jest czysty. Oczywiście będę kontynuował, ale czy mamy też może jakieś inne tropy?
— Tojadowa Kryza? — dopytała, aby mieć pewność. Skinął łbem.
— Nieważne, gdzie idzie, co robi... Na razie jest czysty. Oczywiście będę kontynuował, ale czy mamy też może jakieś inne tropy?
<Mandi?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz