— Rozumiem… — Z lekkiego poddenerwowania Trzcina oblizała wąsy.
— Jednak nie rozmyślaj dużo nad tym — westchnęła Gąbczasta Perła, ucinając tym samym temat. — W czymś jeszcze ci pomóc?
— Tak, chcesz jeszcze gdzieś wyjść na spacer? Oczywiście, po moim patrolu. Inni jeszcze się zbierają… — Pokręciła głową z dezaprobatą. — Może do tej pory zmieni się pogoda i chociaż na chwilę znajdzie się luka pogodowa. Co ty na to?
Dymna kotka w pierwszym odruchu rozejrzała się po lecznicy. Jej wzrok zatrzymał się na kilka uderzeń serca przy składziku, po czym wrócił do burej szylkretki.
— Tak się składa, że wszystko jest względnie poukładane — odparła brązowooka, uśmiechając się do kotki.
— A to znaczy? — zapytała Trzcinowy Szmer, przechylając nieznacznie głowę.
— To znaczy mniej więcej tyle, że mam czas dla siebie — mruknęła rozbawiona. — Więc odpowiadając na twoje pytanie: tak, z chęcią pójdę z tobą na spacer. Po patrolu, oczywiście.
Wojowniczka skinęła głową. Przez moment siedziały w milczeniu, jednak już po chwili Gąbczasta Perła spostrzegła, że przy wyjściu z obozu zaczynają zbierać się Nocniacy. Wyglądali na zniecierpliwionych, jakby kogoś szukali.
— Wydaje mi się, że to już czas na ciebie — miauknęła medyczka, unosząc jedną brew.
Trzcina spojrzała za siebie, a widząc grupę kotów przy wyjściu, wyprostowała się i zadarła brodę.
— Masz rację. Będę już szła — oznajmiła bura, wycofując się z lecznicy.
— Powodzenia na patrolu! Będę czekać, aż wrócicie — krzyknęła za nią Gąbka, poruszając wibrysami z ekscytacji. Wreszcie będzie miała okazję rozprostować łapy! W Porze Nagich Drzew nie było sensu wychodzić na zbieranie ziół, a dymna wolała nie ryzykować samotnych spacerów bez celu w takiej pogodzie. Nie wiadomo, co mogłoby ją spotkać poza obozem. Gdyby zasłabła, mogłaby umrzeć z wychłodzenia! Tego bardzo nie chciała – zresztą tak samo, jak jej pobratymcy, którzy mimo wszystko potrzebowali kotów dbających o ich zdrowie.
Doszły ją słuchy, że na terenach Klanu Nocy odnalezione zostało ciało medyczki z Klanu Klifu. Gąbczasta Perła domyślała się, że chodziło o Ćmi Księżyc. Myśl o tym, że kotka, z którą jeszcze jakiś czas temu spotkała się na zgromadzeniu medyków, wydała już swój ostatni dech, nie dawała jej spokoju. Wydawała się taka niepokojąca, niekomfortowa – przywodziła na myśl fakt, że Gąbka także kiedyś zamknie swoje ślepia już na wieki. Na szczęście głęboko wierzyła w to, że po swoim odejściu z tego świata trafi do Klanu Gwiazdy, więc wizja śmierci nie była dla niej aż tak bardzo przerażająca. Na Srebrnej Skórce życie będzie jeszcze lepsze niż tu. Bez bólu, bez obowiązków. Mimo wszystko wolała jeszcze nie wybierać się na drugą stronę. Powiedzmy, że miała tu kilka spraw do załatwienia i kotów do wyleczenia. Na przykład, no właśnie, Przypaloną Łapę.
Kocur wszedł powoli do lecznicy. Wszystkie znaki jasno wskazywały na to, że odczuwał dyskomfort – miał lekko położone uszy, jego wibrysy smętnie chyliły się ku dołowi, a oczy były nieznacznie zmrużone. Gąbczasta Perła po latach praktyki była już wyczulona na takie zachowania, dlatego też od razu zmartwiła się stanem ucznia i podeszła do niego.
— Dzień dobry. Co takiego cię tu sprowadza? — zapytała spokojnie.
Przypalona Łapa przeniósł spojrzenie na swoją łapę. Pod jego futrem kryła się rana, która na pierwszy rzut oka mogła być trudna do dostrzeżenia. Wyglądała jak ugryzienie szczura – tak by powiedziała Gąbka, gdyby miała zgadywać.
— Byłem na patrolu… Chciałem zapolować na szczura, ale ten ugryzł mnie, a potem uciekł — oznajmił oschle, jakby trochę ze wstydem. Cóż, to nic dziwnego, że niektóre koty czują się źle z powodu tego, że przytrafiło im się coś, co wpłynęło na ich zdrowie. Niektórzy Nocniacy zachowują się tak, jakby pójście do medyka było najgorszą karą, co bardzo irytowało Gąbkę! Spędziła kilka księżyców, szkoląc się na tę posadę nie po to, by potem służyć za ozdobę!
Swoich myśli nie wypowiedziała jednak na głos. Zamiast tego uśmiechnęła się pokrzepiająco do młodego ucznia i zanurzyła pysk w składziku. Wyciągnąwszy z niego korzeń łopianu, wyminęła Przypaloną Łapę i skierowała się w stronę Źródełka, by go obmyć. Potem wróciła już z opłukanym korzeniem do swojego pacjenta. Zaczęła przeżuwać zioło, by następnie nałożyć je na ranę i starannie zawinąć w pajęczynę. Musiała zadbać o to, by papka nie odpadła, bo inaczej łopian poszedłby na marne!
— Dziękuję — mruknął krótko uczeń, po czym czmychnął do wyjścia z legowiska medyka. Nim jednak jego koniuszek ogona zdążył opuścić lecznicę, w jej wejściu pojawił się ktoś nowy. Tym razem była to Korzenna Łapa, co… było dosyć niezręczne, zważywszy na fakt, że niedawno brązowooka zaczęła rozpowiadać o niej plotki. Czekoladowa chyba była tego świadoma, bo gdy tylko nawiązała kontakt wzrokowy z medyczką, spięła nieco mięśnie.
Dymna nie musiała nawet pytać, o co chodzi. Z uczennicy futro wypadało wręcz garściami! Jej ciało przyozdobione było nieeleganckimi łysymi plamami, na których widok Gąbka aż się skrzywiła. Jak ta kotka mogła doprowadzić się do takiego stanu? Te czekoty. Przeklęte, niebezpieczne. Nie potrafiły nawet dobrze zadbać o własną skórę! Co za wstyd!
Brązowooka wymamrotała coś pod nosem i wyciągnęła ze składziku aksamitkę. Bez słowa przeżuła jej płatki na papkę i nałożyła ją na łyse plamy, nawet nie rozczulając się nad losem Korzennej Łapy. Ich interakcja była bardzo chłodna, jakby sztuczna. Gdy medyczka skończyła wmasowywanie papki w skórę czekoladowej szylkretki, odsunęła się od niej. Nie zamierzała się z nią żegnać. Zamiast tego odprowadziła kotkę wzrokiem, a gdy ta w końcu zniknęła już z jej pola widzenia, odetchnęła z ulgą.
Nie wiedziała nawet, kiedy dokładnie zaczęła intuicyjnie spinać się w towarzystwie czekoladowych kotów. W jej myślach od czasu do czasu pojawiał się Szczawiowe Serce – kocur o brudnym futrze, któremu mimo wszystko udało się skraść serce księżniczki. Gąbka nie zastanawiała się nawet, jak zareagowałaby, gdyby miała spotkać go ponownie. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek się to wydarzy, skoro Szczaw zwiał z Klanu Wilka, więc się tym nie martwiła. Wiedziała jedynie, że chyba sprałaby mu pysk za to, że trzyma się z mordercami i zdrajcami!
Myśl o czekotach zirytowała ją na tyle bardzo, że postanowiła wyjść poza lecznicę, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Pora Zielonych Liści dobiegała już końca, a to znaczy, że z każdym kolejnym dniem powinno robić się coraz zimniej.
Postanowiła przysiąść przy Źródełku. Było to całkiem sympatyczne miejsce, a poza tym księżniczka lubiła wpatrywać się w swoje odbicie i podziwiać swoje piękne, kręcone futerko. I gdy poświęcała się tej czynności, nagle dostrzegła w tafli wody drugiego kota – Trzcinowy Szmer postanowiła się do niej dosiąść.
— Och, cześć, Trzcino! — przywitała się Gąbka. — Czyżbyś chciała o czymś porozmawiać?
Wyleczeni: Przypalona Łapa, Korzenna Łapa
— Jednak nie rozmyślaj dużo nad tym — westchnęła Gąbczasta Perła, ucinając tym samym temat. — W czymś jeszcze ci pomóc?
— Tak, chcesz jeszcze gdzieś wyjść na spacer? Oczywiście, po moim patrolu. Inni jeszcze się zbierają… — Pokręciła głową z dezaprobatą. — Może do tej pory zmieni się pogoda i chociaż na chwilę znajdzie się luka pogodowa. Co ty na to?
Dymna kotka w pierwszym odruchu rozejrzała się po lecznicy. Jej wzrok zatrzymał się na kilka uderzeń serca przy składziku, po czym wrócił do burej szylkretki.
— Tak się składa, że wszystko jest względnie poukładane — odparła brązowooka, uśmiechając się do kotki.
— A to znaczy? — zapytała Trzcinowy Szmer, przechylając nieznacznie głowę.
— To znaczy mniej więcej tyle, że mam czas dla siebie — mruknęła rozbawiona. — Więc odpowiadając na twoje pytanie: tak, z chęcią pójdę z tobą na spacer. Po patrolu, oczywiście.
Wojowniczka skinęła głową. Przez moment siedziały w milczeniu, jednak już po chwili Gąbczasta Perła spostrzegła, że przy wyjściu z obozu zaczynają zbierać się Nocniacy. Wyglądali na zniecierpliwionych, jakby kogoś szukali.
— Wydaje mi się, że to już czas na ciebie — miauknęła medyczka, unosząc jedną brew.
Trzcina spojrzała za siebie, a widząc grupę kotów przy wyjściu, wyprostowała się i zadarła brodę.
— Masz rację. Będę już szła — oznajmiła bura, wycofując się z lecznicy.
— Powodzenia na patrolu! Będę czekać, aż wrócicie — krzyknęła za nią Gąbka, poruszając wibrysami z ekscytacji. Wreszcie będzie miała okazję rozprostować łapy! W Porze Nagich Drzew nie było sensu wychodzić na zbieranie ziół, a dymna wolała nie ryzykować samotnych spacerów bez celu w takiej pogodzie. Nie wiadomo, co mogłoby ją spotkać poza obozem. Gdyby zasłabła, mogłaby umrzeć z wychłodzenia! Tego bardzo nie chciała – zresztą tak samo, jak jej pobratymcy, którzy mimo wszystko potrzebowali kotów dbających o ich zdrowie.
* * *
Teraźniejszośc
Doszły ją słuchy, że na terenach Klanu Nocy odnalezione zostało ciało medyczki z Klanu Klifu. Gąbczasta Perła domyślała się, że chodziło o Ćmi Księżyc. Myśl o tym, że kotka, z którą jeszcze jakiś czas temu spotkała się na zgromadzeniu medyków, wydała już swój ostatni dech, nie dawała jej spokoju. Wydawała się taka niepokojąca, niekomfortowa – przywodziła na myśl fakt, że Gąbka także kiedyś zamknie swoje ślepia już na wieki. Na szczęście głęboko wierzyła w to, że po swoim odejściu z tego świata trafi do Klanu Gwiazdy, więc wizja śmierci nie była dla niej aż tak bardzo przerażająca. Na Srebrnej Skórce życie będzie jeszcze lepsze niż tu. Bez bólu, bez obowiązków. Mimo wszystko wolała jeszcze nie wybierać się na drugą stronę. Powiedzmy, że miała tu kilka spraw do załatwienia i kotów do wyleczenia. Na przykład, no właśnie, Przypaloną Łapę.
Kocur wszedł powoli do lecznicy. Wszystkie znaki jasno wskazywały na to, że odczuwał dyskomfort – miał lekko położone uszy, jego wibrysy smętnie chyliły się ku dołowi, a oczy były nieznacznie zmrużone. Gąbczasta Perła po latach praktyki była już wyczulona na takie zachowania, dlatego też od razu zmartwiła się stanem ucznia i podeszła do niego.
— Dzień dobry. Co takiego cię tu sprowadza? — zapytała spokojnie.
Przypalona Łapa przeniósł spojrzenie na swoją łapę. Pod jego futrem kryła się rana, która na pierwszy rzut oka mogła być trudna do dostrzeżenia. Wyglądała jak ugryzienie szczura – tak by powiedziała Gąbka, gdyby miała zgadywać.
— Byłem na patrolu… Chciałem zapolować na szczura, ale ten ugryzł mnie, a potem uciekł — oznajmił oschle, jakby trochę ze wstydem. Cóż, to nic dziwnego, że niektóre koty czują się źle z powodu tego, że przytrafiło im się coś, co wpłynęło na ich zdrowie. Niektórzy Nocniacy zachowują się tak, jakby pójście do medyka było najgorszą karą, co bardzo irytowało Gąbkę! Spędziła kilka księżyców, szkoląc się na tę posadę nie po to, by potem służyć za ozdobę!
Swoich myśli nie wypowiedziała jednak na głos. Zamiast tego uśmiechnęła się pokrzepiająco do młodego ucznia i zanurzyła pysk w składziku. Wyciągnąwszy z niego korzeń łopianu, wyminęła Przypaloną Łapę i skierowała się w stronę Źródełka, by go obmyć. Potem wróciła już z opłukanym korzeniem do swojego pacjenta. Zaczęła przeżuwać zioło, by następnie nałożyć je na ranę i starannie zawinąć w pajęczynę. Musiała zadbać o to, by papka nie odpadła, bo inaczej łopian poszedłby na marne!
— Dziękuję — mruknął krótko uczeń, po czym czmychnął do wyjścia z legowiska medyka. Nim jednak jego koniuszek ogona zdążył opuścić lecznicę, w jej wejściu pojawił się ktoś nowy. Tym razem była to Korzenna Łapa, co… było dosyć niezręczne, zważywszy na fakt, że niedawno brązowooka zaczęła rozpowiadać o niej plotki. Czekoladowa chyba była tego świadoma, bo gdy tylko nawiązała kontakt wzrokowy z medyczką, spięła nieco mięśnie.
Dymna nie musiała nawet pytać, o co chodzi. Z uczennicy futro wypadało wręcz garściami! Jej ciało przyozdobione było nieeleganckimi łysymi plamami, na których widok Gąbka aż się skrzywiła. Jak ta kotka mogła doprowadzić się do takiego stanu? Te czekoty. Przeklęte, niebezpieczne. Nie potrafiły nawet dobrze zadbać o własną skórę! Co za wstyd!
Brązowooka wymamrotała coś pod nosem i wyciągnęła ze składziku aksamitkę. Bez słowa przeżuła jej płatki na papkę i nałożyła ją na łyse plamy, nawet nie rozczulając się nad losem Korzennej Łapy. Ich interakcja była bardzo chłodna, jakby sztuczna. Gdy medyczka skończyła wmasowywanie papki w skórę czekoladowej szylkretki, odsunęła się od niej. Nie zamierzała się z nią żegnać. Zamiast tego odprowadziła kotkę wzrokiem, a gdy ta w końcu zniknęła już z jej pola widzenia, odetchnęła z ulgą.
Nie wiedziała nawet, kiedy dokładnie zaczęła intuicyjnie spinać się w towarzystwie czekoladowych kotów. W jej myślach od czasu do czasu pojawiał się Szczawiowe Serce – kocur o brudnym futrze, któremu mimo wszystko udało się skraść serce księżniczki. Gąbka nie zastanawiała się nawet, jak zareagowałaby, gdyby miała spotkać go ponownie. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek się to wydarzy, skoro Szczaw zwiał z Klanu Wilka, więc się tym nie martwiła. Wiedziała jedynie, że chyba sprałaby mu pysk za to, że trzyma się z mordercami i zdrajcami!
Myśl o czekotach zirytowała ją na tyle bardzo, że postanowiła wyjść poza lecznicę, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Pora Zielonych Liści dobiegała już końca, a to znaczy, że z każdym kolejnym dniem powinno robić się coraz zimniej.
Postanowiła przysiąść przy Źródełku. Było to całkiem sympatyczne miejsce, a poza tym księżniczka lubiła wpatrywać się w swoje odbicie i podziwiać swoje piękne, kręcone futerko. I gdy poświęcała się tej czynności, nagle dostrzegła w tafli wody drugiego kota – Trzcinowy Szmer postanowiła się do niej dosiąść.
— Och, cześć, Trzcino! — przywitała się Gąbka. — Czyżbyś chciała o czymś porozmawiać?
<Towarzyszko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz