Przeszłość, pora Zielonych Liści...
Letnia bryza, ciepła i miękka niczym dotyk dawno zapomnianego snu, igrała z jej szylkretowym futrem, rozchylając pojedyncze kosmyki sierści i niosąc ze sobą zapachy rozgrzanej ziemi, sosnowej żywicy oraz dalekiej, ledwie wyczuwalnej woni wody. Kuni Strumyczek siedziała niedaleko wejścia do obozowiska, w miejscu, gdzie cień krzewów splatał się z plamami słonecznego światła, tworząc na ubitej ziemi mozaikę migotliwych kształtów, i wpatrywała się w bezkresny błękit nieba, jakby próbowała odnaleźć w nim odpowiedź na pytanie, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.
Jej pomarańczowe oczy połyskiwały delikatnie, odbijając złote refleksy dnia, a w ich głębi czaiło się coś więcej niż zwykła zaduma — była tam iskra niespożytej energii, niepokój, który nie wynikał z lęku, lecz z nadmiaru życia, z pragnienia działania, które nie znajdowało jeszcze swojego ujścia. Każdy mięsień jej ciała zdawał się być gotowy do ruchu, napięty niczym struna, a jednak pozostawała nieruchoma, pozwalając, by chwila rozciągnęła się wokół niej niczym leniwa rzeka.
Westchnęła cicho, niemal bezgłośnie, jakby nie chciała zakłócić harmonii poranka, lecz zaraz potem parsknęła krótkim, ciepłym śmiechem, który zniknął równie szybko, jak się pojawił, rozpływając się w powietrzu. Myśl, która właśnie przemknęła przez jej umysł, była jednocześnie zabawna i zdumiewająca — kiedy właściwie osiągnęła siedemdziesiąt księżyców? Jeszcze nie tak dawno, gdy była nieporadną koteczką, wydawało jej się, że taki wiek oznacza niemal kres drogi, że to czas, w którym łapy stają się ciężkie, a spojrzenie kieruje się raczej ku wspomnieniom niż ku przyszłości.
A jednak teraz, siedząc na skraju obozowiska, czuła się zupełnie inaczej — jej serce biło silnie i pewnie, a radość, cicha, lecz uporczywa, rozlewała się w niej niczym ciepło słonecznego promienia. Była pełna życia, pełna gotowości, by ruszyć naprzód, by jeszcze raz — i jeszcze wiele razy — poczuć pod łapami miękką ściółkę lasu i smak świeżo upolowanej zdobyczy.
Uniósłszy lekko łeb, skierowała spojrzenie ku wyjściu z obozowiska, gdzie plusk wody oraz zieleń lasu zdawały się niemal ją nawoływać. “Być może powinnam zapolować” — pomyślała, a myśl ta zakiełkowała w niej niemal natychmiast, rozrastając się w przyjemne poczucie celu. Dodatkowa płotka albo tłusta knieć, połyskująca jeszcze wilgocią poranka, zawsze były mile widziane na stercie zwierzyny, która stanowiła serce życia obozu.
A jednak przez krótką chwilę jeszcze zwlekała, pozwalając, by wiatr przesunął się po jej futrze, a śpiew ptaków rozniósł się głębiej w uszach. Niedługo wstanie, ruszy oraz zapoluje, lecz chciała na kilka ostatnich uderzeń serca zanurzyć się nieco w myślach… Zarówno tych lekkich i przyjemnych, jak i bardziej zaskakujących oraz głębokich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz