BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatka x Pustułkowy Szpon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wąsatka x Pustułkowy Szpon. Pokaż wszystkie posty

19 czerwca 2026

Od Wąsatkowego Ruczaju CD. Pustułkowego Szponu

Dawno, dawno temu

Wąsatkowy Ruczaj brała właśnie kosa ze stosu. Posiłek był nieodłączną częścią jej dnia, tym bardziej tak zwyczajnego, jakim był ten dzisiejszy. Nie zrobiła dziś nic nadzwyczajnego, ale nie mogła powiedzieć, że nie zrobiła niczego. Po prostu wstała, udała się na patrol, wróciła, a teraz wreszcie mogła zregenerować siły tą piszczką. Choć musiała przyznać, że nie wyglądała ona zbyt pożywnie. Była raczej marna, a poza tym już dawno chłodna, lecz Wąsatka nie zamierzała wybrzydzać. Czasem trafiały się po prostu gorsze dni dla klanu, w których znalezienie tłustej piszczki, na której widok aż ślinka ciekła, było po prostu niemożliwe.
Nim jednak zdążyła gdzieś porządnie usiąść i zabrać się za spożywanie kosa, podszedł do niej jej tata. W pysku niósł wróbla i wyglądał, jakby właśnie przygotowywał się do czegoś ważnego. Tylko do czego?
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca.
Czarno-biała ruszyła za nim w krok, zaciekawiona tym, dlaczego zastępca tak nagle wyszedł z inicjatywą wspólnego posiłku. Choć nie, żeby ją to jakoś bardzo zdziwiło, bo w końcu byli rodziną. To normalne, że czasem chcieli po prostu ze sobą pobyć, jak ojciec z córką.
Gdy w końcu się rozsiedli, a Wąsatka upuściła pod łapy kosa, mruknęła:
— To o czym, tato, chciałeś porozmawiać?
Kocur na moment zamilkł, jakby zastanawiał się nad tym, czy na pewno chce powiedzieć to, co właśnie miało opuścić jego pysk.
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę cię kochać, jak ojciec córkę — zaczął, pozostawiając Wąsatkę w niepewności.
— Ale? — odparła, unosząc jedną brew.
Czekoladowy ponownie umilkł, układając sobie w głowie słowa.
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo cię wtedy uratowałem przed utonięciem. Byłaś tak mała i drobna, nie mogłem cię tam zostawić. Sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.
Co?
To… nie mogło być prawdą. On musiał kłamać.
— Ale… ale jak to, tato?! — wyrwało się jej. Zamrugała kilka razy. Przez moment siedziała z rozdziawionym pyskiem i szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana szokiem. — Przecież szłam tuż za tobą! Odkąd wyszłam z nory, w której żyłam z mamą i bratem, nie straciłam cię z oczu! — upierała się, kładąc po sobie uszy. — Kto inny miałby mnie uratować, jeśli nie ty, za którym cały czas szłam? — spytała, spuszczając wzrok na łapy.
— Przykro mi, Wąsatko, ale to nie twój biologiczny ojciec cię uratował — mruknął czekoladowy, najwyraźniej sam nie wiedząc, jak powinien ją pocieszyć. — Musiałaś się zagapić, kiedy szłaś za swoim ojcem. To było bardzo dawno temu. Może po prostu nie pamiętasz wszystkiego tak dokładnie, jak ci się wydaje? — dodał ostrożnie.
Jednak Wąsatkowy Ruczaj wciąż nie potrafiła w to uwierzyć. Przecież nie była na tyle głupia, żeby pomylić własnego ojca z kimś innym! Była przekonana, że przez cały czas szła za tatą, nawet na moment nie gubiąc go z pola widzenia.
A może jednak była? Może to, co mówił czekoladowy, było prawdą?
Nie była w stanie o tym myśleć. Poza tym straciła już cały apetyt. Nabrała w płuca drżącego oddechu, po czym podniosła łeb i bez słowa wstała, kierując się w stronę wyjścia z azylu.
— Nie idź za mną... — rzuciła do zastępcy, znikając za obozowym wejściem.
Nie była teraz w stanie patrzeć na kocura po tym, czego się dowiedziała. Dlaczego przyznawał się do tego dopiero teraz? Czemu pozwalał jej wierzyć przez tyle księżyców, że jest jej ojcem? Zrobił z niej idiotkę. Każdy w klanie musiał wiedzieć, że nie jest jego biologiczną córką. Pewnie przez cały ten czas patrzyli na nią jak na mysiego móżdżka, gdy kleiła się do łapy zastępcy i z pełnym przekonaniem nazywała go tatą.

* * *

Przez ostatnie księżyce jej niechęć do Pustułkowego Szponu wciąż nie zniknęła. Nie potrafiła z nim rozmawiać już tak, jak dawniej. Za każdym razem, gdy przebywała w jego otoczeniu, czuła się taka głupia i naiwna. Gdy jednak nie było go w pobliżu, starała się zachowywać normalnie i funkcjonować tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Czekoladowy może przez pierwsze dni wyglądał na dotkniętego reakcją Wąsatki, lecz po kolejnych próbach rozmowy i kolejnym spotkaniu się z ciszą ze strony wojowniczki najwyraźniej już się poddał. Byli sobie niemal obcy, ale może tak było od zawsze? W końcu nie łączyły ich więzy rodzinne, więc po co w ogóle mieliby ze sobą przebywać. Pustułek nie był też znajomym Wąsatki, a skoro nie był ani nim, ani jej ojcem, to kim miałby być, poza nieznajomym?
Wąsatkowy Ruczaj wciąż jednak zastanawiała się, kto w takim razie był jej prawdziwym ojcem. Pewien wojownik w Klanie Wilka wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nigdy nie mogła spamiętać jego imienia, przez co ciężko jej było teraz stwierdzić, czy jest tym Wilczkiem, którego pamiętała za czasów siedzenia w norze. Gdy jeszcze wierzyła, że to Pustułkowy Szpon jest jej rodzicem, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogło być inaczej. Jednak teraz? Teraz czuła, że widzi znacznie więcej.
Gdy tak siedziała i o tym rozmyślała, tak jak zresztą prawie zawsze, gdy nie miała czym zająć głowy, doszła do wniosku, że może jednak powinna porozmawiać z Pustułkowym Szponem. Choćby ten ostatni raz, nim na dobre uzna go za obcego. Czuła, że należy jej się poznanie prawdy, a także że zastępca może wiedzieć znacznie więcej, niż ona.
Właśnie dlatego teraz, gdy minął ją przypadkiem w azylu, nie zignorowała go tak jak od ostatnich kilku księżyców. Zamiast tego pospieszyła w jego stronę, w końcu zagradzając mu drogę. Czekoladowy nie spodziewał się tego, a na jego pysku przez ułamek sekundy pojawiło się zdziwienie, nim zostało zastąpione obojętnością.
— Wiesz, Pustułkowy Szponie… chyba musimy o czymś porozmawiać — oznajmiła, wpatrując się w nieodgadniony wyraz pyska zastępcy.
Czyżby zdziwił się, że pierwszy raz od tak długiego czasu nie został nazwany tatą, a swoim pełnym imieniem?
Skinął jednak głową i wraz z Wąsatkowym Rucza­jem ruszył do wyjścia z obozu, by tę rozmowę mogli przeprowadzić na osobności. Nie chcieli przecież, by jakiś ciekawski Wilczak wtrącał się w ich rodzinne dramaty.
W końcu, może podświadomie, a może zupełnie przypadkiem, dotarli w pobliże rzeki — tej, z której Wąsatkę uratował czekoladowy kocur. Szli w jej stronę w zupełnej ciszy, aż dopóki zielonooki nie zwolnił, stawiając uszy na sztorc i wyciągając szyję nieznacznie do przodu, jakby był na czymś skupiony.
Wąsatkowy Ruczaj starała się podążyć za jego spojrzeniem, lecz wszystko i tak wydawało się rozmazane. Wydawało jej się co prawda, że w oddali widziała jakiś kształt stojący na kamieniu okalanym przez nurt rzeki.
— Co to? — szepnęła do zastępcy.
— To jakiś kot — odparł Pustułkowy Szpon, na co biało-czarna przyspieszyła kroku, zmierzając w stronę rzeki.
— Halo, nieznajomy! Zatrzymaj się! — krzyknęła, teraz już biegnąc do kota stojącego na kamieniu. Nim jednak zdążyła do niego dobiec, kot przestraszył się jej obecności, stracił równowagę i ześlizgnął się ze śliskiej powierzchni, porwany przez nurt rzeki.
Wojowniczka w końcu dotarła do brzegu, zszokowana tym, co właśnie się wydarzyło. Po chwili coś otarło się o jej łapy, co sprawiło, że futro stanęło jej dęba. Gdy jednak spuściła wzrok, dostrzegła przed sobą… małego kociaka. Miał pręgowane, kremowe futerko i nie mógł mieć więcej niż dwóch księżyców.
Zaraz potem do Wąsatki podszedł Pustułkowy Szpon, który w pierwszej chwili zamarł w bezruchu.
— Czyj to kociak? — zapytał w końcu, zdumiony.
— Nie wiem… może tego samotnika, który przed chwilą utonął? — zastanowiła się po cichu, jakby bała się, że młodziak to usłyszy. — Musimy go zabrać do obozu! Przecież biedaczek sam sobie nie poradzi!

<Pustułkowy Szponie?>

01 maja 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy (Wąsatkowego Ruczaju)

“— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.”
Dawne słowa Wąsatki nadal nawiedzały go, szczególnie gdy starał się wypocząć pod koniec każdego dnia. Czyżby jednak nie nadawał się na ojca? A może lepiej będzie, jeśli kotka w końcu dowie się, że Pustułkowy Szpon nie jest jej biologicznym rodzicem, a jedynie ją księżyce temu przypadkowo uratował od rychłej śmierci? Nie wiedział, co robić, lecz nie był aż tak zdesperowany, by radzić się kogokolwiek w tej kwestii, nawet Mroczną Wizję. Czekoladowy nie chciał jej po prostu niepokoić w ostatnich księżycach życia — oczywiste było, że dawna mistrzyni niedługo odejdzie do Mrocznej Puszczy, by spotkać się ze swoją zmarłą partnerką. Wtedy też zostanie tylko on i Krucze Pióro pośród żywych. Może i wizja ta nie była jakaś optymistyczna, jednak kocura to nie obchodziło, każdy w końcu umrze, a on miał nieco ważniejsze sprawy niż ciągłe napięcie z bratem.
Zielonooki zastanawiał się także, czemu to akurat dymnego wybrała Zalotna Gwiazda na zastępcę? Jasne, mieli we dwóch pewien dawny układ z liderką, jednak miał wrażenie, że tylko on przykłada się do powierzonej roli. Jakoś nie był w stanie sobie przypomnieć sytuację, kiedy to Krucze Pióro wyznaczał patrole na następny dzień. Nieco to irytowało kocura, lecz nic nie mówił z nadzieją, że Zalotna Gwiazda sama to dostrzeże i upomni zastępcę — Pustułkowy Szpon wolał sam tego nie robić, by jeszcze bardziej nie pogłębiać napięcia, jakie między nimi było. A gdyby tego było mało, od dnia, w którym niewielki patrol przyprowadził do obozu Ulę, obecnie Miodową Łapę, czuł, jak coś go uwiera w jedną z łap. Już dawno mówił sobie, że przy najbliższej okazji uda się z tym do Cisowego Tchnienia, lecz za każdym razem znajdowała się wymówka, która odwlekała to wszystko w czasie. W taki sposób prze kuśtykał niemal większość pory nagich drzew. W końcu jednak ból i irytacja sięgnęły zenitu, popychając zastępcę we właściwym kierunku, jakim było udanie się do medyków. Ich legowisko mieściło się tuż obok tego należącego do Zalotnej Gwiazdy.
Nora, w której swe rządy sprawowała Cisowe Tchnienie była już od samego wejścia przesiąknięte zapachem różnych ziół, które nieco gryzły kocura w nos. Dawniej, po wojnie z Klanem Klifu aż nazbyt często tutaj przychodził, przez co mógł się określać stałym bywalcem tego legowiska. Zastrzygł naderwany uchem, by powoli kroczyć w głąb dawnej borsuczej jamy, w której w większości panował przyjemny półmrok. Już niemal zapomniał, jak to jest być otoczony mieszaniną ziół i pomrokiem — samo to przywołało w jego umyśle nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości, kiedy to jako młody wojownik był cieniem siebie, jedynie zawieszonym w marazmie, który tak chętnie i prędko oblepił go całego. Wtedy też każde opuszczenie posłania było wysiłkiem ponad jego siły, że nawet Poziomkowa Polana nie był w stanie go wyciągnąć z legowiska. Jego pierwsze zauroczenie, przed którym ostrzegała go zmarła matka — nieśmiały wojownik okazał się zdrajcą, jak znaczna część innych Wilczaków.
— Co Cię tu sprowadza Pustułkowy Szponie? — Pytanie ze strony starszej kotki skutecznie go wyrwało z wiru myśli i żaru, który na nowo zalewał go, kiedy tylko wracał myślami do wielkiej ucieczki znacznej grupy kotów.
— Witaj Cisowe Tchnienie, coś mi się wbiło w łapę — odpowiedział, unikając podawania informacji o czasie, w jakim mogło to nastąpić. Medyczka jednak nie dopytywała, zapewne aż nadto znając takie przypadki jak on i wskazała jedynie ogonem na wolne posłanie. Niebieska zniknęła w odmętach legowiska, by po chwili wrócić z niewielkim zawiniątkiem składającym się z ziół i pajęczym. Bez słowa jednooki pokazał zranioną łapę, w której tkwił kawałek szkła, by Cis sprawnie się go pozbyła, nałożyła zioła, a następnie owinęła kończynę pajęczyną.
— Przez parę dni staraj się oszczędzać łapę i przyjdź, by sprawdzić, czy nie wdała się infekcja.
— Dziękuje Ci, w zamian wtedy coś Ci przyniosę ze stosu. — Ta jedynie skinęła głową, by następnie zniknąć w głębi legowiska. Kocur sam po chwili opuścił norę, mając zamiar sprawdzić, jak sobie radzi nowe trio mistrzyń, chcąc wypytać je o parę rzeczy, lecz chęć ta dość szybko opuściła kocura. Właśnie Wąsatkowy Ruczaj brała sobie nieco marnego kosa ze stosu — Pustułka musiał z nią porozmawiać prędzej czy później, a unikanie tematu raczej w niczym nie pomoże. Dlatego też dość żwawo podszedł do stosu, biorąc losową piszczkę, by z nią w pysku dogonić przybraną córkę.
— Wąsatko, co powiesz na wspólny posiłek? — zaproponował ciut niewyraźnie. — Przy okazji muszę z tobą o czymś porozmawiać — dodał i nie czekając na odpowiedź młodszej, udał się do bardziej odosobnionego miejsca przy murze okalającym obóz.
— To o czym tato chciałeś porozmawiać?
— Cóż… Wiem, że może być to trudne lub nawet szokujące i wiedz, że mimo wszystko będę Cię kochać, jak ojciec córkę.
— Ale?
— Chodzi o to, że nie jesteśmy ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Kiedy mówisz o swojej matce, to nie wiem, kogo masz na myśli, gdyż nigdy z nikim się nie spotykałem, ani nie odwiedzałem poza obozem. Jedynie przypadkowo Cię wtedy uratował przed utonięciem, byłaś tak mała i drobną, nie mogłem Cię tam zostawić, sama zdecydowałaś mnie nazywać ojcem, choć byłem Ci kompletnie obcy. Początkowo nie było mi to na łapę, gdyż uważałem, że raczej nie nadaje się na rodzica, lecz z dnia na dzień zacząłem akceptować fakt, iż uważasz mnie za ojca i nawet pokochałem niczym rodzoną córkę.

<Wąsatko? Nie gniewaj się na ojca, że to przed tobą ukrywał>

Wyleczeni: Pustułkowy Szpon

22 marca 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Nic nie robisz źle. Niektórzy po prostu nie są nam pisani jako przyjaciele. Jeśli Cykoriowa Łapa faktycznie jest twoją prawdziwą koleżanką, to niedługo jej przejdzie — wyjaśnił czekoladowy. W oczekiwaniu aż młódka się uspokoi, zaczął skubać wróbla z piór, by jedną z lotek podarować czarno-białej, dołączając ją do niewielkiej kolekcji, którą miała za uchem. — Tak w ogóle to skąd masz te pióra? Nie kojarzę, by któryś z ptaków na terenie Klanu Wilka miał takie.
Wąsatkowa Łapa pociągnęła nosem, po czym wzruszyła ramionami. Właściwie pamiętała, że dostała te pióra od swojej mamy, ale nie miała teraz ochoty się z tego tłumaczyć kocurowi. Zresztą, powinien sam to wiedzieć. Widział ją już nieraz z tymi piórami za uchem. Powinien też wiedzieć, że jego partnerka lubiła się szlajać po różnych terenach! Czyżby pamięć jej taty znacznie się pogarszała? To… bardzo przykre. Może powinna coś z tym zrobić, nim zapomni i ją?
Kotka wzięła głęboki oddech i subtelnie położyła po sobie uszy. Uniosła swoje duże, zmartwione ślepia na kocura i prześledziła wyraz jego pyska jednym z nich.
— Tato… Ale nie zapomnisz mnie nigdy, prawda? — zapytała zmartwionym głosem.
Czekoladowy zamrugał kilkakrotnie, a na jego mordce pojawiło się zmieszanie.
— Dlaczego miałbym cię zapomnieć? — odparł, uśmiechając się do niej z politowaniem.
— No nie wiem… Cały czas zapominasz o mamie! Wcześniej przecież odwiedzałeś ją co drugi dzień, a teraz? Czy ty w ogóle pamiętasz, jak ona wygląda? — burknęła, odwracając od niego wzrok. — Bardzo za nią tęsknię… i za swoim bratem też. Dlaczego nie możemy się z nimi spotkać…? — wymamrotała pod nosem.

* * *

Jeszcze kilka dni, a w końcu zostanie wojowniczką! Przynajmniej tak przekonywał ją czekoladowy kocur. Zastępca nieugięcie budził ją każdego ranka punktualnie, zabierając na leśne schadzki, podczas których doskonaliła swoje techniki polowania i walki. Miała co prawda wrażenie, że i tak wie mniej niż niektórzy jej bliscy, ale to chyba ze względu na to przeklęte oko!
Wcześniej nie zwracała na to zbyt dużej uwagi. Wydawało jej się, że każdy widzi świat tak samo, jak ona. Teraz jednak już wiedziała, że ma gorzej i ciężej od innych – przez to musiała przykładać się dwa razy bardziej na treningach! Nie wiedziała, czemu los zdecydował się tak pokarać akurat ją, ale przynajmniej cieszył ją fakt, że Kobczyk był zdrowy. Już wolała sama męczyć się z tym świństwem, niż żeby jej brat cierpiał! Ciekawe zresztą, jak jemu szedł trening. Czy też miał jakiegoś mentora? Może skoro Wąsatkę uczył jej tata, to Kobczyka uczy mama? To miałoby przecież sens, no nie?
Tym razem Wąsatkowa Łapa była już na nogach, krocząc obok swojego taty-mentora. Maszerowali lasem. Młódka nie do końca wiedziała dokąd, ale pamiętała, że czekoladowy wspominał coś o tunelach. Czyżby miała się nauczyć poruszać między nimi?
“Trenuję, by zostać wojowniczką, czy kretem?” – pomyślała, patrząc na swojego tatę, którego pysk nie zdradzał żadnych konkretnych emocji. No cóż, dowie się na miejscu.
Nie musiała długo czekać, bo w końcu udało im się dotrzeć do celu. Przed nią pojawiła się dziura w ziemi, która najwyraźniej była jednym z wejść do sieci tuneli.
— Tunele, do których wejścia są na terenach Klanu Wilka, ciągną się również na terytorium Klanu Klifu — wyjaśnił kocur, podchodząc powoli do nory. — Są ważną częścią życia Wilczaków, dlatego większość wojowników powinna wiedzieć, jak się w nich przemieszczać, by nie zrobić sobie krzywdy. Nie trudno tu o to, by wpaść w jakąś dziurę czy zabłądzić w którymś z korytarzy. Nie można mieć też pewności, że tunel nie zawali się, podczas gdy w nim będziesz — tłumaczył dalej, aż po ciele uczennicy przeszedł dreszcz. Skoro te tunele były takie niebezpieczne, dlaczego z nich korzystali? Przecież równie dobrze można się poruszać po powierzchni ziemi, a nie pod nią! Ale kim ona była, by się temu sprzeciwiać? Skoro według starszyzny tunele były istotne, to zapewne tak było – choć jeszcze nie potrafiła pojąć dlaczego.
— A na czym będzie polegał trening? — spytała, przekręcając głowę. — Oprowadzisz mnie po tych tunelach, czy będę musiała iść sama? — dodała, marszcząc nieznacznie czoło ze zmartwienia.
Czekoladowy milczał przez moment, po czym poruszył ogonem.
— Wolałbym, byś spróbowała sama odnaleźć się w tunelach. To nie będzie trudne, bo nie wymaga od ciebie zmysłu wzroku. Musisz mieć tylko dobry węch, słuch i używać swoich wibrysów! — wyjaśnił, na co Wąsatka niechętnie skinęła głową. — Wpuścimy tam mysz, a ty będziesz miała za zadanie upolować ją i przynieść mi. Dobrze?
Czarno-biała ufała swojemu tacie i wiedziała, że nie posłałby jej do tych tuneli na pewną śmierć, dlatego posłusznie skinęła głową.

* * *

Dzisiejszy dzień był wyjątkowy! Jej tata postanowił, że na trening wybierze się wraz z Kruczym Piórem, a także jego uczennicą – Kalinową Łapą! Młódka uwielbiała naukę ze swoimi rówieśnikami. Gdy mogła spędzić czas z Cykoriową Łapą pod okiem swojego mentora, też było fajnie, ale z niewiadomych powodów już po powrocie do obozu czekoladowa obraziła się na nią. Myśl o tym wydarzeniu sprawiła, że Wąsatka położyła po sobie uszy i podeszła do Kalinki.
— Hej, Kalinko. Nie obrazisz się na mnie po skończonym treningu? — mruknęła, chcąc się upewnić.
Młodsza zwróciła wzrok w jej stronę, trochę zdziwiona pytaniem kotki.
— Nie, nie obrażę. Chyba że zrobisz coś bardzo głupiego — oznajmiła jasnofutra, uśmiechając się nieznacznie do starszej uczennicy.
— Uf, to dobrze! Bo kiedyś mój tata zabrał mnie na trening z Cykorią i od jego zakończenia ona nie odezwała się do mnie ani słowem! No… prawie. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem przestała ze mną rozmawiać. To takie smutne, prawda? — westchnęła ciężko.
Kalinowa Łapa spojrzała na swoje łapy, jakby się nad czymś zastanawiając.
— Naprawdę? To dziwne… — odparła niebieskofutra. — Nie próbowałaś się z nią jakoś dogadać?
Uczennica prychnęła.
— Próbowałam! Ale ona nie chce ze mną rozmawiać, a ja nawet nie wiem czemu! Muszę przyznać, że jest trochę uparta… — wymamrotała pod nosem, jakby bojąc się, że Cykoriowa Łapa ich tu podsłucha.
— To nie wiem… Zostało ci chyba tylko czekanie — miauknęła Kalinka.
Można powiedzieć, że obie kotki tak się zagadały, że aż straciły z oczu swoich mentorów, którzy jeszcze chwilę temu szli przodem, wyznaczając im ścieżkę. Może zrobili to specjalnie? Może to test na to, jak sobie poradzą same?
Wąsatkowa Łapa zatrzymała się jako pierwsza, a zaraz potem jej młodsza towarzyszka zrobiła to samo.
— Gdzie oni są? — mruknęła czarno-biała, unosząc jedną brew do góry.
— Nie mam pojęcia. Może powinniśmy pójść za ich zapachem? — zaproponowała.
Nim jednak wdrożyły ten plan w życie, do ich uszu dotarł niski warkot. Futro na karku Wąsatkowej Łapy od razu wystrzeliło w górę, a jej serce zabiło szybciej.
— Czy słyszysz to, co ja? — zapytała, patrząc na Kalinową Łapę szeroko otwartymi oczami.
— Obawiam się, że tak…
Nie zdążyły się nawet rozejrzeć, a po lesie rozległ się szelest. Z krzewów wystrzelił średniej wielkości, rdzawo-kremowy pies. Z wyszczerzonymi kłami i rozwścieczoną miną rzucił się wprost na dwie samotne kotki. Jego oczy były dzikie, a ruchy gwałtowne – jakby był żądny ich krwi!
Najpierw spróbował ugryźć Wąsatkową Łapę, lecz kotce udało się niezgrabnie uniknąć jego szczęk. Zacisnęły się tuż obok jej ucha, przez co po grzbiecie czarno-białej przeszedł dreszcz. Gdyby nie udało jej się zrobić tego uniku, już nie miałaby jednego ucha!
Postanowiła nie pozostawać dłużna i zamachnęła się łapą z wysuniętymi pazurami. Dzięki nieuwadze kundla udało jej się zadać mu ranę na barku, po czym zgrabnie oddaliła się od niego na kilka lisich ogonów. Tym samym zostawiła z nim Kalinkę, która już nie miała tyle szczęścia. Wąsatka zauważyła, jak pies ugryzł ją w bok. Brązowooka spięła mięśnie i pobiegła jej na ratunek, strącając z młodszej przeciwnika. Na całe szczęście rana nie była zbyt głęboka. Wyglądało na to, że zagoi się dość szybko, a ponadto nie zostanie po niej blizna.
Wąsatkowa Łapa zaczęła tarzać się z psem po ziemi, wzbijając w powietrze kosmyki trawy i kurz. Po lesie poniosły się odgłosy wściekłego syczenia i warczenia, które zapewne odstraszyły każdą zwierzynę w okolicy! Niestety, tym razem psu udało się zadać cios młodej Wilczaczce. Poczuła, jak jego zęby zaciskają się na jej łapie. Ból był na tyle niespodziewany i silny, że brązowooka pisnęła na całe gardło i cisnęła pazurami w oczy kundla. Ten w porę je zamknął, ale i tak polała się krew.
Czarno-biała, korzystając z tego, że napastnik rozluźnił szczęki, uwolniła się od niego i uciekła na bok. Pies podniósł się na równe łapy i otrzepał, znów skupiając się na Kalinowej Łapie. Ta jednak wygięła grzbiet w łuk i syknęła. Jej pazury zalśniły w promieniach słonecznych, które przebijały się przez korony drzew. W tym momencie ich przeciwnik chyba zrozumiał, że nie miał tu czego szukać. Szczeknął na nie, lecz gdy niebiesko-biała wykonała krok w przód, podkulił ogon i czmychnął w stronę terenów Klanu Klifu.

<Tato-mentorze? Gdzie cię wywiało?>

[1398 słów + nawigacja w tunelach]

[28% + 5%]

05 marca 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy

Przeszłość, po wspólnym treningu z Cykoriową Łapą

Droga powrotna z treningu dwójki uczennic przebiegała w milczeniu, lecz czekoladowy miał wrażenie, jakby nad młódkami w powietrzu wisiało niewidoczne napięcie, które tylko czekało, by uderzyć. Jednakże się tym stanem nie przejmował, w końcu obie są jeszcze młode i tak naprawdę jakakolwiek sprzeczka może się wywiązać z byle powodu. Kocur pamiętał, jak wystarczyła krótka chwila, by obecnie ze swoim bratem nie miał jakiejś wybitnej relacji — tolerowali swoją obecność jak dwójka zastępców i to im w zupełności wystarczyło. O tym, co było, nie rozmawiali, woląc nie robić widowiska z powodu starych porachunków, nawet jeśli jednooki powstrzymał dawniej brata przed rozmową z Kwaśną Kocanką lub kiedy nieco posprzeczali się o śmierć Warczącego Lisa. Zmarły bicolor długo nie pożył jako wojownik, gdyż na jednym z patroli zmarł przez zmiażdżenie głowy przez o ironio, lisa.
Wkraczając do obozu, został zatrzymany przez Ognikową Słotę, która zdawała się czekać na jego powrót. Zielonooki od razu dostrzegł widoczne niezadowolenie malujące się na jej pysku.
— Czy coś się stało Ognikowa Słoto? — spytał, odchodząc nieco na bok, aby nie przeszkadzać innym Wilczakom, którzy wracali lub opuszczali bezpieczną ostoję.
— Jakim prawem wziąłem moją uczennicę na trening? — Wojowniczka zdecydowanie nie owijała w bawełnę i od razu przeszła do sedna sprawy.
— Blade Lico przekazał Ci wiadomość?
— Niestety — prychnęła, ignorując fakt, iż rozmawia z samym zastępcą. Na ton Słoty, nieco skierował uszy do tyłu i machnął poirytowany ogonem.
— Moje decyzje są równie niepodważalne, co te Kruczego Pióra, bądź Zalotnej Gwiazdy — przypomniał.
— Po co brałeś Cykoriową Łapę ze sobą?
— Moja córka nalegała, nie miałam nic przeciwko. Powinna się cieszyć Ognikowa Słoto, że twoją uczennicę spotkał taki zaszczyt. I zmieniając temat, przećwiczyliśmy walkę, więc mam nadzieję, że podszkolisz swoją podopieczną w tym temacie — oznajmił i nie czekając na odpowiedź brązowookiej, oddalił się w stronę stosu. Miał zamiar coś zjeść, korzystając z chwili czasu dla siebie, nim ktoś znowu zacznie mu zawracać ogon.
Jego wybór padł na wróbla, który musiał zostać upolowany jakiś wschód słońca temu i jakby czekał, aż Pustułkowy Szpon go weźmie i rozpocznie konsumpcję. Następnie ulokował się przy legowisku wojowników, mając idealny widok na swoją przybraną córkę oraz jej nową koleżankę. Cieszył się, że Wąsatka nawiązuje znajomości z innym rówieśnikami, dając mu nieco oddechu, lecz w głębi serca obawiał się, że młódka może skończyć kiedyś jak on — zgorzkniały, nieco wyniosły, niemal bez uczuć. Przecież był zdolny zabić obcego kota bez żadnych zahamowań, by tylko dołączyć do kultu, jednakże tak był wychowywany i od maleńkości opowiadano mu o potędze Mrocznej Puszczy, z którą nie mógł się równać marny Klan Gwiazd. Brązowooka natomiast miała swoje życie przed uratowaniem z rzeki i trafieniem do Klanu Wilka, choć mimo to kocur starał się kotce to, czego nauczyła go Mroczna Wizja zarówno w żłobku, jak i podczas treningów.
Będąc niespodziewanie świadkiem małej sprzeczki pomiędzy uczennicami, z uwagą obserwował swoją latorośl, czekając na jakąkolwiek reakcję lub jej brak. Dopiero kiedy ogon Cykorii zniknął w legowisku uczniów, czekoladowy podniósł swoje cztery litery i biorąc jeszcze nienaruszonego wróbla w zęby, podszedł do Wąsatki, która w tym czasie ciężko opadła na ziemię, wpatrując się nieodgadnionym wzrokiem w piszczkę przed sobą.
— Coś się stało Wąsatkowa Łapo? — spytał, zajmując miejsce obok niej. Na tyle blisko, by móc ją w stanie otulić swoim gęstym ogonem. Zielonooki chyba nigdy do kotki nie zwrócił się określeniem “córka”, jakby nie będąc jeszcze gotowym na ten etap.
— Tato, co ja robię źle… — mruknęła cicho, starając się ukryć fakt, iż jej oczy powoli zachodziły łzami, a ona mimowolnie pociągała nosem.
— Nic nie robisz źle. Niektórzy po prostu nie są nam pisani jako przyjaciele. Jeśli Cykoriowa Łapa faktycznie jest twoją prawdziwą koleżanką, to niedługo jej przejdzie — wyjaśnił. W oczekiwaniu aż młódka się uspokoi, zaczął skubać wróbla z piór, by jedną z lotek podarować czarno-białej, dołączając ją do niewielkiej kolekcji, którą miała za uchem. — Tak w ogóle to skąd masz te pióra? Nie kojarzę, by któryś z ptaków na terenie Klanu Wilka miał takie.
Był ciekaw, czy miały one związek z przeszłością uczennicy, czy może po prostu je gdzieś znalazła, bądź któryś uczeń z innego klanu jej podarował — błagał przodków, by ta ostatnia opcja nie była prawdą.

<Krótkie słowa wsparcia i zmiana tematu. Niech twój ojciec się myli, co do swoich założeń z piórami mewy>
[682 słowa — trening Wąsatkowej Łapy]

[Przyznano 7%]

07 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia.
Czarno-biała zmrużyła oczy, obserwując obiekt, który Pustułkowy Szpon kazał jej opisać. Czuła, jak bicie jej serca przyspiesza, dudniąc niespokojnie w piersi. Jak miała to opisać? Jak powinna widzieć? Czy to, co widziała teraz, było nieprawidłowe…? Zawsze wydawało jej się, że każdy postrzega świat tak samo, jak ona. A jednak odkąd została uczennicą, coraz wyraźniej przekonywała się, że coś jest z nią nie tak. Ta świadomość wstrząsnęła całym jej światem, który dotąd wydawał jej się tak zwyczajny i bezpieczny.
— Drzewa… — mruknęła po chwili, przekręcając łebek i mrużąc jedno oko, a potem drugie. — Mam wrażenie, jakby były wciśnięte w ziemię... — mówiła z trudem, często robiąc przerwy między słowami, jakby bała się, że to, co mówiła, było kompletnie głupie i niezrozumiałe. Jej ogon drżał lekko, a myśli biegały po głowie. Czy Cykoriowa Łapa, stojąca gdzieś w tyle, śmiała się teraz z niepełnosprawności Wąsatki? Czy uważała ją za słabszą i tak naprawdę nigdy nie chciała się z nią przyjaźnić?
— Wąsatko, JAK widzisz. Czy to, co widzisz, jest wyraźne, zamazane? — spytał, nie mając zamiaru odpuścić córce. — Jeśli mi nie powiesz, to na treningu może ci się coś stać. Muszę znać twoje ograniczenia, dzięki temu będziemy wiedzieć, nad czym pracować — wyjaśnił, podchodząc do niej i kładąc ogon na jej czarnym grzbiecie.
Wąsatce futro podniosło się na karku. Zmarszczyła nos i szarpnęła się nerwowo, zrzucając ogon ojca z grzbietu, jakby ten zaczął parzyć ją w skórę. Odsunęła się od niego na odległość kilku wąsów, czując, jak frustracja narasta jej w klatce piersiowej. Czego on właściwie od niej wymagał? Skąd miała wiedzieć, jak wyglądał wyraźny świat, a jak rozmazany? Przecież dla niej wszystko było normalne. Tak się urodziła. Taki świat znała. Taki był jej punkt odniesienia.
— Skąd mam to wiedzieć! — pisnęła, kładąc po sobie uszy i wbijając pazury w ziemię. — Od urodzenia widzę tak, jak widzę! — wyrzuciła z siebie, a głos jej zadrżał. — Nie wiem, jak można widzieć inaczej!
— Może... faktycznie źle do tego podchodzę, lecz mi została odebrana część wzroku — przyznał, jakby to miało usprawiedliwić wszystko. — Spróbujemy inaczej, dobrze? Tylko nie gniewaj się na mnie. Pierwszy raz szkole ucznia z... — przerwał, zastanawiając się, jak to ubrać w słowa, by młodsza nie poczuła się urażona — …z tak niepowtarzalnymi oczami, a także swoją własną córkę. — Uśmiechnął się do niej lekko. — Nie tylko ty odczuwasz presję, obawę, frustrację.
Młodsza uspokoiła się nieco, choć wciąż nie była do końca przekonana co do pomysłów Pustułkowego Szponu. Czuła się zagubiona, choć wiedziała, że nie była w tym sama. Ale to ona od urodzenia musiała żyć z czymś, co dopiero teraz nazwano problemem, czymś, o czym wcześniej nawet nie wiedziała. Chyba wolała żyć w tej dawnej niewiedzy, kiedy mogła bawić się z Kobczykiem, nie myśląc o tym, że widzi i wygląda inaczej.
— Dobrze… — mruknęła cicho, po chwili wahania przysuwając się nieco bliżej czekoladowego kocura. — W takim razie… co mam zrobić?
— Spójrz na Cykoriową Łapę i opisz mi ją jak najdokładniej. Bazuj na tym, co widzisz, a nie pamiętasz. Zależy mi na szczegółach, nie ogólnikach. — Druga uczennica stała oddalona o króliczy skok. — Jeśli nie chcesz, to mogę najpierw ja ci opisać, jak ją widzę w tej odległości.
Wąsatkowa Łapa spojrzała najpierw na swoją koleżankę, a potem znów na ojca.
— Jeśli ci to w czymś pomoże… z tej odległości nawet nie bardzo widzę, że to Cykoriowa Łapa. W sensie wiem. Wiem, że tam stoi, ale… nie dostrzegam wyraźnie jej pyska — przyznała, marszcząc lekko czoło.
— A teraz podejdź do niej, jednak zatrzymaj się w momencie, gdy będziesz widzieć jej pysk — poinstruował.
Uczennica skinęła głową i podeszła bliżej swojej koleżanki, na odległość lisa. Wtedy zauważyła, że Cykoriowa Łapa wygląda na nieco zakłopotaną, może zmęczoną. Wyraźnie czuła się dziwnie, będąc żywym obiektem treningu. Wąsatka rzuciła jej przepraszające spojrzenie, po czym odwróciła głowę w stronę Pustułkowego Szponu.
— Teraz… teraz rozpoznaję, że Cykoria, to Cykoria — oznajmiła cicho, starając się brzmieć pewnie.
— Dobrze. — Skinął głową, podchodząc do obu uczennic. — Miałem dziś zamiar rozpocząć naukę wspinania, lecz plany nieco uległy zmianie. Wąsatko, Cykorio, dziś zawalczycie ze sobą — oznajmił.
Czarno-biała przez moment nie była pewna, czy na pewno dobrze zrozumiała swojego tatę-mentora. Miała walczyć? Z Cykoriową Łapą? Przecież ona była starsza, bardziej doświadczona i przede wszystkim… zdrowa. Czy Pustułkowy Szpon naprawdę chciał ją wystawić na pośmiewisko przed koleżanką? Mimo wszystko nie miała wyboru. Nie mogła postawić się czekoladowemu, bo przecież wszystko, co robił, było dla jej dobra.
Przełknęła ślinę i odsunęła się nieco od pręgowanej. “Na pewno to przegram” – pomyślała, czując, jak jej żołądek wywraca się na drugą stronę. Musiała dać z siebie wszystko. Nawet jeśli miała przegrać, chciała sprawić, by Cykorii chociaż przez chwilę nie było łatwo jej pokonać.
Teraz czekała już tylko na dalsze instrukcje kocura.

* * *

Po powrocie do obozu Wąsatkowa Łapa wraz z Cykoriową Łapą zabrały ze stosu dwie piszczki. Ten trening naprawdę był męczący! Czarno-biała wciąż nie mogła uwierzyć w to, że udało jej się wygrać ze swoją znacznie starszą towarzyszką. Podejrzewała nawet, że czekoladowa specjalnie oddała jej to zwycięstwo i czuła potrzebę, by o to zapytać. Dlatego, gdy obie usiadły gdzieś na skraju obozowej polany, Wąsatka, zamiast zacząć jeść swoją porcję, postanowiła zagaić:
— Pewnie było ci mnie szkoda i pozwoliłaś mi wygrać, żebym nie upokorzyła się przed ojcem, co? — zapytała, przy okazji z nerwów bawiąc się swoją piszczką.
Chwilę później kotki nawiązały kontakt wzrokowy, a w ślepiach Cykorii Wąsatka dostrzegła… zmęczenie. Pręgowana wykrzywiła pyszczek w gorzkim grymasie.
— Nie… To nie tak — przyznała po chwili, wzdychając ciężko. Wąsatka miała wrażenie, że zaraz usłyszy od swojej koleżanki całą prawdę, jednak ta w końcu umilkła, wracając do dalszego spożywania upolowanego wcześniej królika.
— To jak? Przecież jesteś starsza, bardziej doświadczona! Nie mam szans w walce z tobą, a jednak… wygrałam — fuknęła czarno-biała, chcąc poznać prawdę. — Znowu jesteś chora? Brzuch cię boli? Mogę zaprowadzić cię do medyki!
Czekoladowa przełknęła kęs zwierzyny, po czym zmierzyła Wąsatkę gniewnym spojrzeniem.
— Przestań mi to wypominać! Cieszysz się z tego, że mi nie idzie, co? Chcesz, żebym ci wprost powiedziała, że jestem słaba i niepotrzebna? — syknęła nagle, podnosząc się z miejsca.
Brązowooka struchlała, czując, jak jej głowę opanowuje mgła.
— Co…? To nie tak! — uparła się, patrząc w szoku na Cykorię. — Ja naprawdę pytam! Przecież… Przecież musiało ci się coś sta-
— Na litość Przodków, po prostu się zamknij! — przerwała jej czekoladowa, której frustracja sięgnęła już zenitu. — Jesteś potworna! Nie wpadło ci do głowy, żeby nie komentować mojej porażki? — mówiła dalej, podczas gdy jej oczy zaszły szklaną powłoką.
Wąsatkowej Łapie kompletnie odebrało mowę. Przecież nie miała niczego złego na myśli! Zapytała zupełnie szczerze, a nie po to, by wyśmiać swoją koleżankę.
Cykoria w pewnym momencie odwróciła się do niej tyłem i odeszła, znikając w cieniu legowiska uczniów. Czarno-biała nawet nie potrafiła się zmusić, by ją powstrzymać. Stała tam jak słup, wciąż próbując przetrawić to, co się właśnie wydarzyło.

<Tato? Wytłumaczysz mi, co zrobiłam źle?>

[1136 słów + udział w pojedynkach uczniów]

[Przyznano 23% + 5%]

04 lutego 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatkowej Łapy

“Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!” — te słowa Wąsatki wracały do niego zbyt często, nie dając spokoju nawet pod wieczór, kiedy wojownik marzył tylko o śnie, który zregeneruje jego zmęczone ciało. Pora nagich drzew nie rozpieszczała nikogo, a czekoladowy nie miał łatwiej od innych, gdyż z powodu swojej niepełnosprawności trudniej było mu oceniać odległość, co było kluczowe podczas polowania. Miał wrażenie, że ostatnio jego frustracja tym faktem jeszcze bardziej narastała, zmuszając się do ciągłych prób, aż nie złapał choćby marnej piszczki i nie przyniósł jej do obozu, dorzucając na stos. Nie chciał zawieść nikogo, ukazując fakt, iż to on stanowi słabe ogniwo w klanie, pomimo zajmowanego stanowiska. Makowy Nów zapewne byłaby dumna z synów, lecz zielonooki zdawał sobie sprawę, że to jego brat, Krucze Pióro, miał znacznie większe szanse na zostanie przyszłym przywódcą. Nawet jeśli ich wiedza była na tym samym poziomie to Pustułkowy Szpon posiadał ograniczenia, których nie mógł ominąć. Już do końca życia był skazany na ciągle trudności w niektórych obowiązkach jako wojownik, a mimo to Zalotna Gwiazda dała mu możliwość szkolenia przybranej córki — albo zrobiła to tylko dlatego, że on jedyny w klanie miał problemy ze wzrokiem i mógł trenować kogoś z podobną przypadłością.

«★»

Poranki nie należały do najprzyjemniejszych. Chociaż w porze nagich drzew żadna pora dnia nie była niczym miłym, nawet dla kota o półdługiej szacie, jak czekoladowy zastępca. W odpowiedzi na kolejny chłodniejszy powiew wiatru z zewnątrz zwinął się mocniej w kłębek, zakrywając gęstym ogonem pysk. W szczególności pusty oczodół, którego nic nie ochraniało przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Najchętniej przeczekałby cały ten sezon w nieco cieplejszym legowisku, lecz nie było to w żaden sposób możliwe. Miał teraz na głowie obowiązki zastępcy oraz wyszkolenie Wąsatkowej Łapy, a mimo nowych zadań nadal przede wszystkim był wojownikiem. Dlatego też po dłuższej chwili niechętnie wstał, przeciągnął się, próbując w czasie opuszczenie ścian krzewu, chroniące nieco przed wkradającym się mrozem.
Wyściubiając nos poza legowisku, momentalnie poczuł nieprzyjemne szczypanie w czubek pyska, a następnie uszy, kiedy tylko wyłonił się bardziej na polanę. Akurat w momencie, gdy w pełni opuścił schronienie, to w jego ciało trafił chłodny podmuch, od którego aż sierść stawała dęba. Wyklinając pogodę pod nosem, skierował się w stronę porannego patrolu, który miał poprowadzić. Wczoraj do niego wyznaczył Barczatkowy Świt, Pszczeli Rój i Nadciągający Pomrok. Z nawyku skinął głową do trójki kotów, a następnie ruszył w stronę wyjścia z obozu, dając znać ruchem ogona, by ci ruszyli za nim. Nawet nie musiał się oglądać za siebie, gdyż już po chwili usłyszał rytmiczne kroki za sobą. Długo nie musiał czekać, a do dźwięku stawianych kroków dołączył głos czarnej szylkretki, która rozpoczęła rozmowę ze starszą wojowniczką. Zastępca nie skupiał się na ich słowach, gdyż był zajęty brnięciem przez zasypany śniegiem las — wystarczyła chwila nieuwagi, a mógłby skończyć z głową w zaspie białego puchu. Pomimo tego, że ścieżki, którymi najczęściej uczęszczały patrole, nie były, aż tak bardzo pokryte sezonową okrywą, tak zagrożeniem mogły stanowić momenty, gdy ziemię pokrywał czysty lód. Czekoladowy wolał tak szybko nie wracać z kimś do obozu, gdyby ktoś z patrolu ucierpiał na śliskiej powierzchni — dlatego też starał się ich tak prowadzić, by omijać większe zlodowacenia.
Mróz szczypał go w bardziej odsłonięte części ciała, więc wojownik nie miał zamiaru nigdzie daleko ciągać resztę patrolu. Obrał za cel przejście się wzdłuż granicy z Klanem Klifu, a następnie powrót do obozu z uwzględnieniem polowania po drodze. Pora nagich drzew sprawiała, że ciężej było o zwierzynę, więc też każdy Wilczak opuszczający obóz miał obowiązek upolować chociaż jedną nędzną mysz lub cokolwiek innego. Oczywiście, jeśli nie uda się nic przynieść na stos, to nic się nie stanie, każdy ma świadomość, jakie warunki panują oraz jak trudno bywa o, chociażby jedną piszczkę.

«★»

Reszta patrolu już zdążyła wrócić do obozu, lecz Pustułkowy Szpon nadal pozostawał poza bezpiecznymi murami gęstych krzewów. Dziś wyjątkowo trudno mu było złapać cokolwiek innego niż płatki śniegu, które wzbijały się w powietrze, kiedy to wojownik lądował w zaspie z pustką w łapach. Jak dotąd każda zwierzyna mu umykała, głównie z powodu tego, iż czekoladowy źle wymierzał odległość do skoku. Zirytowany kolejną porażką, machnął gniewnie ogonem, a następnie otrzepał się ze śniegu, który lubi przyczepiać się do jego półdługiej szaty. Nie miał zamiaru wracać bez chociażby jednej nędznej piszczki, lecz jak dalej tak pójdzie, to zostanie w lesie do zmierzchu, nie mógł sobie na to pozwolić, szczególnie że musiał jeszcze zabrać Wąsatkową Łapę na trening.
Zaczął się zastanawiać jakim cudem Makowy Nów była w stanie pogodzić obowiązki jako zastępca oraz mentorka Kruczego Pióra. Sam długo nie piastował tak wysokiego stanowiska, lecz już powoli zaczynał się czuć tym przytłoczony. Może potrzebował nieco więcej czasu, by wpaść w ten rytm zadań?
Nie miał, kiedy dłużej nad tym myśleć, gdyż właśnie poczuł woń nornicy. Była to dziś kolejna okazja do upolowania czegokolwiek dla klanu — nie wiedział, kiedy nadarzy się kolejna możliwość, dlatego też nie zwlekając dłużej, zaczął się kierować w stronę gryzonia. Po pokonaniu odległości dwóch króliczych skoków ujrzał swój cel. Zwierzątko wyróżniało się swoim brązowym futerkiem na tle śnieżnej bieli, podobnie jak sam kocur. Musiał działać szybko, a jednocześnie precyzyjnie. Mogło się okazać, że dziś już nie będzie mieć tyle szczęścia i niestety jego powrót będzie zwieńczeniem nieowocnego polowania. Bezszelestnie zakradł się do swojej ofiary, by po paru uderzeniach serca skoczyć i tym razem z powodzeniem, łapiąc nornice w swoje szpony.
Najchętniej obserwowałbym powolne konanie gryzonia, lecz podmuch wiatru przypomniał mu o nieprzyjemnie niskiej temperaturze, tak więc chwycił piszczkę w zęby, by zakończyć jej męki. W miejscu, gdzie chwile wcześniej żerowało małe żyjątko, teraz znajdowała się niewielka plama krwi, mniejsza od odcisku łapy wojownika. W duchu dumny ze zdobyczy skierował się w końcu do obozu, gdzie ledwo zdążył dołożyć piszczkę na stos, a już u jego boku pojawiła się przybrana córka. Choć w sumie to najpierw zdołał usłyszeć jej wołanie — zastępca podejrzewał, że połowa obozu była w stanie je usłyszeć.
— Tato, tato! Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, na co wojownik jedynie uniósł jedną brew. Zastanawiało go, co takiego koteczka wymyśliła. — To moja nowa koleżanka! — oznajmiła z iskierkami ekscytacji w swoich brązowych oczach, co nie uszło uwadze starszemu. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie zdołała jednak dokończyć, gdyż Cykoriowa Łapa ją szturchnęła, by od razu poprawić wypowiedź koleżanki:
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką. Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!
Po wysłuchaniu szczebiotania obu kotek zielonooki zastrzygł naderwanym uchem, które było oznaką przynależności do kultu Mrocznej Puszczy w ich klanie. Często było tak, że mentorze umawiali się na wspólne treningi, lecz w przypadku słów uczennic wynikało, że to on miał je wziąć obie. Nieco podejrzliwie zmrużył oczy, przypatrując się pyszczkom kotek. Po chwili uniósł wzrok znad nich, by spróbować odszukać wzrokiem Ognikową Słotę, kiedy jednak jej nie odnalazł, machnął zirytowany ogonem. Czemu akurat jak potrzebuje danego kota, to go nie ma w pobliżu?
— Zaczekajcie — zarządził w stronę Cykorii i Wąsatki, by następnie oddalić się do legowiska wojowników, jednak gdy tam także nie zastał szylkretki, jego zirytowanie rosło. Nie przypominał sobie, by wczoraj wyznaczał jakikolwiek patrol z udziałem wojowniczki, czyli zapewne mógł to zrobić Krucze Pióro.
“Trzeba to będzie omówić” — stwierdził w myślach, mając zamiar odbyć rozmowę z bratem, jak tylko wróci z treningu Wąsatkowej Łapy i Cykoriowej Łapy, która będzie na doczepkę, niczym rzep na ogonie.
— Blade Lico, przekaż Ognikowej Słocie, że wziąłem Cykoriową Łapę na wspólny trening z Wąsatkową Łapą — wydał polecenie starszemu, na co on jedynie skinął głową. Czekoladowy wycofał się z legowiska, by następnie wrócić do młódek, które na szczęście go posłuchały i czekały w miejscu, gdzie je wcześniej zostawił.
— A więc — zwrócił się do uczennic. — Ognikowej Słoty nie znalazłem, więc Blade Lico przekaże jej informację, iż zabrałem też Cykoriową Łapę na trening — oznajmił, by następnie skierować swoje kroki w kierunku tunelu, dając znak, by koteczki podążały za nim.
Nie zwracał uwagi na wesołe trajkotanie młodszych, dopóki nie dotarli do drzewa, gdzie kiedyś Mroczna Wizja uczyła go wspinaczki. Nie wiedział, na jakim etapie jest pomarańczowooka, lecz powtórzenie podstaw nie zaszkodzi.
— Wąsatkowa Łapo, opisz mi, jak widzisz to drzewo. Cykoriowa Łapo, ty w tym czasie oddal się o króliczy skok od nas. Chcę coś sprawdzić — oznajmił, czekając, aż obie wykonają polecenia. Musiał wiedzieć, na czym polega problem u czarno-białej ze wzrokiem, by dostosować pod to ich treningi. Miał nadzieję, że córka nie będzie go okłamywać tylko z powodu ich rozmowy po ceremonii mianowania jej na uczennice. Chciał ją, jak najszybciej nauczyć, że świat bywa okrutny, a Klan Wilka nie toleruje słabości.

<Wąsatko? Tylko nie okłamuj mnie w żywe oczy>
[1477 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

[Przyznano 15%]

01 lutego 2026

Od Wąsatkowej Łapy CD. Pustułkowego Szponu

— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.
Wąsatkowa Łapa wpatrywała się w swojego tatę ze szczerym zdziwieniem. O czym on majaczył? Przecież ona miała oba oczka, a w dodatku wszystko ze wzrokiem było u niej w porządku – a przynajmniej tak jej się wydawało. Co prawda kilka kotów wspominało już o tym, że jedno ślepie gdzieś od niej ucieka, jednak nigdy nie zwracała na to większej uwagi. Myślała, że każdy widzi tak samo, jak ona. Że każdy przed oczami, zamiast wyraźnych sylwetek kotów, dostrzega jedynie kotopodobne plamy w różnych kolorach, które nieraz zlewały się ze sobą.
— Tato? — odezwała się niepewnie, wpatrując się z dezorientacją w Pustułkowy Szpon. Jej łapy zadrżały; koteczka przełknęła ciężko ślinę i położyła po sobie uszy, jak to miała w zwyczaju. Niczego już nie rozumiała. Chciała do mamy, do siostry. Chciała do tamtej ciasnej, zatęchłej nory, w której się wychowała. W której spędziła pierwsze księżyce życia i w której po raz pierwszy wywróciła się podczas zabawy z Kobczykiem.
— Słucham cię, Wąsatko — odparł czekoladowy, prowadząc ją dalej, w głąb nieznanych dla niej terenów Klanu Wilka. Uczennica rozglądała się na boki, obserwując wszystko jak przez mgłę. Czy to źle, że tak widziała? Czy w rzeczywistości wszystko miało ostrzejsze zarysy? A jeśli tak… to co tak właściwie oznaczało “ostrzejszy zarys”?
— Ale ja nie jestem inna, prawda? — odezwała się nerwowo, wypuszczając z pyszczka obłoczek pary. — Nie różnię się niczym od moich rówieśników, tak? Tato? Przecież każdy widzi tak samo, jak ja. Nie mam żadnych ograniczeń. Inne uczennice… one… one przecież… przecież są takie same? — zaczęła łkać, przytłoczona własnymi myślami.
Nie wiedziała już, co powinna czuć. Nie chciała być słabsza. Nie chciała borykać się z problemami. Nie chciała starać się dwa razy bardziej. Chciała być taka jak inni uczniowie. Pustułkowy Szpon musiał kłamać. Musiał zmyślać, by tylko zmusić ją do cięższej pracy na treningach.
— Tato… ja obiecuję, że będę się przykładać podczas szkolenia! — chlipała dalej. — Będę się starać tak, jak nigdy dotąd, ale nie okłamuj mnie w żywe oczy!
W końcu Pustułkowy Szpon zatrzymał się gwałtownie, tak że Wąsatka niemal na niego wpadła. Zatrzymała się o kocięcy krok dalej od tylnej łapy wojownika, wciąż pociągając nosem. Spojrzała na skrawek pyska swojego taty i dostrzegła… nic. Jedynie pustkę. Jakby jej słowa wcale do niego nie dotarły – a może dotarły aż za bardzo, wystarczająco, by odebrać mu mowę. Faktycznie, niektóre pytania zadawane przez młode koty, które jeszcze nie wykształciły w sobie żadnego filtra, potrafiły przytłoczyć nawet rosłych wojowników.

* * *

Wąsatkowa Łapa siedziała przed legowiskiem uczniów, wpatrując się w swoje łapy. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że taka Makowa Łapa, Cykoriowa Łapa czy Aksamitkowa Łapa widziały lepiej, niż ona, przez co musiały mniej przykładać się do treningów. Nie ograniczało ich żadne uciekające oko. Widziały wszystko tak, jak miały widzieć naturalnie, jak zostały do tego stworzone.
Gdy Wąsatka myślała o tym, że nigdy nie doświadczy życia tak, jak one, serce ściskało jej się z żalu, aż kłuło ją w klatce piersiowej. Dlaczego los ją tak pokarał? Dlaczego akurat ją? Nie było to na tyle proste jak w przypadku Grubego, gdzie wystarczyło ulepić mu nowy pysk z ziemi, oj nie. W tej sprawie nawet Wąsatkowa Łapa była bezsilna. Nie mogła w żaden sposób pozbyć się tego oka, czy go naprawić, nie sprawiając tym samym sobie niewyobrażalnego bólu.
Poza tym nawet jeśli jakoś by się go pozbyła, wciąż byłaby inna niż wszyscy. Wciąż tylko jedno oko miałaby sprawne, działające. Jedno zamiast dwóch. Skaranie Przodków.
A może ona specjalnie taka się urodziła? Może koty z Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wiedziały, że tylko ona, dzięki sile swojej woli, poradzi sobie z trudnościami? Że właśnie ona da radę? Lubiła tak o tym myśleć, bo pomagało jej w zmotywowaniu się do nauki. Pustułkowy Szpon wspomniał jej kiedyś, że każde działanie ma swój cel. Że Przodkowie są nieomylni i dla każdego pojedynczego kota, który w nich wierzy, posiadają jakiś plan.
Nim zdążyła się nad tym głębiej zastanowić, przerwał jej głos Cykoriowej Łapy:
— Hej. Wąsatka, mam rację? — spytała, rozsiadając się obok niemal tak, jakby kumplowała się z czarno-białą przez całe swoje życie.
Młodsza odsunęła się od niej trochę, instynktownie, wciąż pamiętając, jak czekoladowa syczała na nią i prychała, gdy próbowała jej pomóc. Czego mogła od niej chcieć tym razem? Skoro taka była samodzielna i dumna, to po co przybłąkała się właśnie do Wąsatki?
— Wiesz, chciałam ci… podziękować — mruknęła, choć było słychać, że z niemałym trudem to słowo przeszło jej przez gardło. — Cisowe Tchnienie mnie obejrzała. Byłam chora na biały kaszel, ale na szczęście już mi lepiej, wiesz? — mruknęła, uśmiechając się do Wąsatkowej Łapy. — Nie wiem, czy odważyłabym się pójść do medyka, gdyby nie twoje natrętne przekonywania. Ognikowa Słota to straszna ignorantka… Nie zauważyła, że coś było ze mną nie tak. Kazała mi ćwiczyć i ćwiczyć, aż zaćwiczę się na śmierć. A o pomocy ze strony innych mogłam sobie tylko pomarzyć — fuknęła Cykoria.
Czarno-biała zachichotała cicho pod nosem. Może mimo wszystko czekoladowa wcale nie była taka zła? Miewała swoje humorki – o czym młodsza zdążyła się już przekonać – ale z drugiej strony wydawała się materiałem na koleżankę.
— Ojej! To brzmi strasznie — stwierdziła Wąsatka. — Ja bardzo lubię swojego mentora, bo to mój tata. On mnie rozumie, wiesz? Robi wszystko, bym dorównała wam umiejętnościami… — kontynuowała, nieco rzewliwie, spuszczając wzrok. Żałoba za tym, czego nie mogła osiągnąć, wciąż była rozpalona w jej sercu.
Cykoriowa Łapa poklepała ją ogonem po nasadzie ogona, jakby chciała ją pocieszyć.
— Nie martw się, Wąsatko. Niczym się od nas nie różnisz — zapewniła ją pręgowana. — A tak właściwie… powiedz mi, Pustułkowy Szpon to serio twój tata? Ciągle mnie to zastanawia! Przecież nie urodziłaś się tutaj, prawda? Kim w takim razie jest twoja matka? — zapytała nagle, co wybiło młodszą z rytmu.
— Huh? — odparła, przekręcając głowę, wyraźnie zbita z tropu. — Ależ oczywiście, że Pustułek to mój tata! Ja… wcześniej mieszkałam ze swoją mamusią, ale potem zgubiłam się, gdy szłam śladami taty. Na całe szczęście, gdy prawie utonęłam, uratował mnie i zabrał ze sobą do Klanu Wilka! — opowiedziała Cykorii, poruszając wibrysami.
— Czyli Pustułkowy Szpon spotykał się z jakąś kotką spoza Klanu Wilka? — wydedukowała. Właściwie, to miała rację. Z historyjki Wąsatki wynikało, że czekoladowy kocur musiał związać się z jakąś samotniczką i posiadać z nią kocięta, co przecież było wbrew kodeksowi.
— No… — odparła niepewnie uczennica, spuszczając wzrok. — Czy to źle? Nie ukarzecie za to taty, prawda? — dopytała, zlękniona. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, to by Pustułkowemu Szponowi coś się stało. To jedyny członek rodziny, który jej pozostał, ponieważ nie wiedziała już, gdzie znajdowała się Mewa ani Kobczyk. Kotki właściwie rozpłynęły się w powietrzu, a tata nie chciał jej do nich zaprowadzić, często wymyślając ku temu różne wymówki, które z czasem zaczynały ją frustrować.
— Raczej nie. Wiesz, większość kotów w klanie raczej ci nie wierzy, że Pustułkowy Szpon to naprawdę twój ojciec. Uważają, że jesteś znajdką — wytłumaczyła jej czekoladowa, wzruszając lekko ramionami.
Wąsatkowa Łapa od razu podniosła się na cztery łapy, jeżąc futro na karku. Zmarszczyła czoło, nadymając policzki z oburzenia, jakby to słowo dogłębnie dźgnęło ją w serce.
— Wypraszam to sobie! — fuknęła, patrząc gniewnie na Cykoriową Łapę. — Pustułkowy Szpon to mój tata i jest to najpewniejsza rzecz w moim calusieńkim życiu! Naprawdę, wiele mi można zarzucać, ale nie to, że nie jestem biologiczną córką Pustułka! — upierała się, a jej głos lekko zadrżał, podczas gdy pomarańczowooka patrzyła na nią ze zdziwieniem.
— Dobra, wyluzuj. Ja ci wierzę — oznajmiła, uśmiechając się przyjacielsko do młodszej kotki. — Powinnaś się cieszyć, że inne Wilczaki uważają, że żeś to wszystko zmyśliła. W przeciwnym razie twój tata mógłby zacząć nosić imię… Tajemniczy Kochaś, czy coś w ten deseń — zaśmiała się, jednak Wąsatce wciąż do śmiechu nie było. Jej tata był szlachetnym wojownikiem, a nie żadnym Tajemniczym Kochasiem!

* * *

Młódka właśnie rozmawiała ze swoją nową znajomą – Cykoriową Łapą – gdy nagle kątem oka dostrzegła, że do obozu z porannego spaceru wracał Pustułkowy Szpon. Trzymał w pysku świeżo upolowaną piszczkę, przez co Wąsatka dała czekoladowej kuksańca i mruknęła z dumą:
— Widzisz, jaki mój tata jest fajny? Upolował zwierzynę podczas takich ciężkich warunków! Ty pewnie tak nie potrafisz, co? — zaczęła się z nią przekomarzać.
Pręgowana przewróciła oczami, prychając pod nosem.
— Proszę cię! Każdy wojownik musi umieć upolować coś, nawet w Porze Nagich Drzew. Inaczej byśmy z głodu pozdychali, bo jeden kot nie da rady wykarmić ponad trzydziestu głodnych pysków — stwierdziła, na co zaś Wąsatka również przewróciła oczami.
— No dobra, dobra. Ale wciąż musisz przyznać, że umiejętności mojego taty są na wysokim poziomie! — fuknęła, wpatrując się w czekoladowego kocura, który właśnie odkładał upolowaną piszczkę na stos.
— Bez jednego oka to na pewno — bąknęła Cykoriowa Łapa.
“Dobra, koniec tego” – pomyślała młodsza, podnosząc się z miejsca. Szturchnęła starszą koleżankę nosem.
— No wstawaj! Chodź, pójdziemy się przywitać z moim tatą! — ogłosiła Wąsatka, uśmiechając się szeroko.
Pomarańczowooka podniosła się powoli, a potem dała się poprowadzić uczennicy do czekoladowego wojownika.
— Tato, tato! — wołała Wąsatka. — Tato, to Cykoriowa Łapa. Cykoriowa Łapo, to tata — przedstawiła ich sobie nawzajem, mimo iż wiedziała, że oba koty zapewne doskonale znają swoje imiona. W klanie ciężko było kogoś nie znać. — To moja nowa koleżanka! — zwróciła się do wojownika, a w jej oczach zalśniły iskierki ekscytacji. — Może będę mogła z nią poćwiczyć walkę? Mówiłeś, że to przydatna umiejętność. Mentorka Cykorii na pewno się zgodzi, byś zabrał ją ze mną na wspólny trening. Ognikowa Słota podobno jest złą mento-
Nie dokończyła, gdyż Cykoriowa Łapa delikatnie ją pchnęła.
— Niezłą! Powiedziałam, że Ognikowa Słota jest niezłą mentorką — poprawiła ją pręgowana, mierząc Wąsatkę zawstydzonym wzrokiem. — Jest po prostu na tyle fajna i wyluzowana, że jestem przekonana, że pozwoli mi odbyć z tobą trening! — wyjaśniła, uśmiechając się w stronę Pustułkowego Szponu.
— No, tak! Cykoria mówi samą prawdę! — wtórowała czarno-biała. — To może pójdziemy nawet dzisiaj? Ani ja, ani Cykoria nie odbyłyśmy jeszcze treningu od samego ranka!

<Tato?>

[1687 słów]

[Przyznano 34%]

31 stycznia 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki (Wąsatkowej Łapy)

Przeszłość

Pytanie Wąsatki o matkę długo wisiało w powietrzu, jeszcze po tym, jak wojownik opuścił żłobek, podrzucając śpiącą córkę królowej, u której boku spoczywała trójka rodzeństwa. Na ten widok zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie czas, gdy zamiast nich przebywały inne kocięta, a mianowicie Gwiazdnicowy Blask, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont. Na samą myśl o tak naprawdę dwójce zdrajców, machnął gniewnie ogonem i w ciszy posprzątał po swoim posiłku. Oczywiście parę piór pozostawił, by kocięta miały się czym bawić, a jak nie to dodać je do legowisk królowych — niby nie byłoby to nic wielkiego, ale zawsze coś.Pustułkowy Szpon bez obaw o biało-czarną kotkę, udał się na patrol. Zbliżał się koniec pory opadających liści, podobnie jak przyszłe ceremonie mianowania kociąt. Miał nadzieję, że tej uda się przetrwać samotną noc w lesie, pomimo swojej niepełnosprawności związanej ze wzrokiem.
“Co za ironia losu. Półślepy wojownik ratuje życie kociakowi, który ma także problemy z oczami” — pomyślał, przechadzając się po terenach klanu. Oprócz odbycia łowów miał zamiar poszukać samotnych kotek, z nadzieją, że trafi na tę, która się okaże matką Wąsatki. Oczywiście nie miał zamiaru jej oddać biologicznej rodzinie — widać było, jak bardzo się odpowiedzialni, skoro młódka niemal się utopiła. Plan miał prosty, a jednak dość niemoralny. Miał zamiar pozbyć się samotniczki, by później przekazać córce, że ta niestety albo stety nie żyje. A jak mu się to nie uda, to po prostu wciśnie koteczce jakieś kłamstwo, była łatwowierna i zapatrzona w niego jak w ostatni cud przodków, co zamierzał wykorzystać, nim zacznie oswajać brązowooką, z tym że Mroczna Puszcza sprawuje opiekę nad klanem, w tym nad żyjącą częścią rodziny Pustułka.

***
Mianowanie Wąsatki

Pora nagich drzew zawitała na terenach Wilczaków akurat w momencie, kiedy to pewne kocię miało odbyć swój pierwszy test. Ów sezon nie był sprzyjający pod żadnym względem, dlatego też czekoladowy wojownik po zapadnięciu zmroku nie udał się do legowiska, tylko czekał skryty w cieniu rzucanym przez ściany obozu. Miał doskonały widok na żłobek i grupkę kotów, które po chwili zaczęły wyprowadzać przyszłą uczennicę lub posiłek dzikiego zwierzęcia.
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła panikować jego przybrana córka, lecz on nawet nie drgnął na jej zawodzenie. Ostatnio opowiadał jej o tradycji, w jaki sposób młode koty zostają uczniami, więc pozostało mu jedynie wierzyć w to, że wtedy Wąsatka nie odleciała gdzieś myślami i zapamiętała przekazane informacje.
Kiedy tylko niewielka grupa zniknęła w tunelu, Pustułkowy Szpon podniósł się z dotychczasowego miejsca, aby nieco się ogrzać w legowisku, dopóki kocięta nie zostaną przeprowadzone z powrotem do obozu. Wygodnie umościł się na swoim legowisku, które w końcu nie było wyleżaną kupą mchu, służącą jako jego posłanie przez jakiś czas po śmierci Makowego Nowiu. Strata matki była czymś o wiele bardziej bolesnym niż odejście Warczącego Lisa i nadal nie mógł się pogodzić z tym, że tamtego dnia tak uparcie trzymał się miłości do Poziomkowej Polany. Był w stanie oddać wszystko dla młodszego kocura, lecz jak widać, ten nie był w stanie nic poświęcić dla możliwego partnera. Teraz w jego sercu zamiast miłości płonął żar zemsty i żądza krwi. O dziwo w tym zepsutym ognisku był też zalążek, mały płomyczek oznaczający miłość do przybranej córki. Wszystkie te emocje były zmienne pod względem ilości i intensywności, dlatego też na co dzień przeważał błysk ojcowskiej troski i umiłowanie do nieco nieporadnej znajdki.
Pochłonięty myślami zawinął się w kłębek, dziękując za swoją półdługą sierść, w wyniku której aż tak nie marzł w chłodnej porze nagich drzew. Jego umysł zaczęła przysłaniać mgła zmęczenia po całym dniu, a już w szczególności po długich zabawach z Wąsatką, którą chciał wyjątkowo zmęczyć, by ta nie awanturowała się, gdy będzie odprowadzana do lasu. Cóż, widać jak mu to wyszło, lecz stwierdził, że to wina jej nadal kocięcej natury, gdzie wystarczyła dłuższa drzemka, by młódka była zwarta i gotowa do dalszych psot. Ciężko westchnął, starając się nie myśleć o wyborze mentora dla młódki przez Zalotną Gwiazdą. Miał nadzieję, że ich umowa chociaż trochę mogła sprzyjać temu, by ten zajął się szkoleniem przybranej córki. W końcu w klanie byli inni młodsi i sprawniejsi wojownicy od niego, którzy byliby idealnym kandydatami.
W końcu odpłynął, pozwalając ciału zregenerować się po ciężkim dniu. Niestety miał wrażenie, że ledwo, co zamknął oczy, a już słyszał zbiorowisko na polanie. Czując się jeszcze bardziej zmęczonym niż wcześniej, podniósł się leniwie z posłania i wyszedł na zewnątrz. Od razu został zaatakowany chłodne powietrze, które w ciągu uderzenia serca rozbudziło go całkowicie, odganiając dotychczasowe znużenie. Zielonooki na krótki moment napotkał spojrzenie liderki, mając wrażenie, że ta niemal niezauważalnie skinęła w jego stronę głową. Miał nadzieję, że ten gest oznaczał to, co myślał.
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. W tym czasie wymieniony wojownik wyszedł z szeregu, by podejść do córki i dotknąć ją nosem w czoło. Nie umknęło jego uwadze to, że początkowo zaczęła się zdezorientowana rozglądać, jakby nie wiedząc, że jej przybrany ojciec został mentorem młódki.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi, a chwilę później klan zaczął skandowanie imienia nowej uczennicy:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda z jeszcze jednym ogłoszeniem. Te jednak nie interesowało czekoladowego wojownika, który tylko czekał na koniec zebrania, by jeszcze dziś rozpocząć trening z córką.
Kiedy tylko starsza ogłosiła zakończenie, Pustułkowy Szpon poczuł, jak uczennica przytula się do jego łapy. Powstrzymał cisnące się westchnienie, zauważając, że Wąsatkowa Łapa nieco zmarzła w tym lesie.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
— Nie — odpowiedział krótko i stanowczo, lecz nim młodsza zdążyła mu przerwać, kontynuował: — Dziś zapoznasz się z terenami naszego klanu oraz zobaczymy, jak mocno jesteś ograniczona przez problemy ze wzrokiem. — Schylił łeb i nieco szturchnął brązowooką, by ruszyła z nim poza obóz.
Kiedy tylko oddalili się wystarczająco daleko, poczuł, jak dotychczasowy ciężar spada z jego barków. Nie chciał być za bardzo oschły dla córki, lecz był kultystą, a w dodatku pół ślepym wojownikiem. Szkolenie córki było dla niego szansą, by nikt nie wątpił w jego umiejętności.
— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.

<Wąsatko? Pamiętaj, ojciec chce dla ciebie, jak najlepiej>
[1177 słów — trening Wąsatkowej Łapy]

[Przyznano 12%]

25 stycznia 2026

Od Wąsatki (Wąsatkowej Łapy) CD. Pustułkowego Szponu

— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Czekoladowy kocur wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, brzmiąc oschle. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.
Wąsatka nadęła policzki, marszcząc swoje niewielkie czółko w akcie protestu. Dlaczego miała mieć zakaz opuszczania kociarni? Przecież w obozie nic jej nie groziło, a ponadto mogła poznać różnych uczniów czy nawet wojowników, wśród których lada moment przyjdzie jej żyć!
— Nie możesz mi zakazywać wychodzenia ze żłobka! — fuknęła, pusząc się na całej powierzchni ciała.
Czekoladowy westchnął ciężko, pozbywając się piór ze swojej piszczki. Po dłuższej chwili ciszy odparł:
— W takim razie nie będę cię brał na spacery. Coś za coś. — Jego ton był płaski, niemal wyprany z emocji. Wąsatka czuła się tak, jakby jej tata nie brał jej na poważnie. Dlaczego chciał ograniczać jej wolność w zamian za spacery? To niesprawiedliwe!
— Tak nie wolno! Nie wolno! — protestowała, jednak starszy nie był wzruszony. Gdy jej gardziołko zaczęło ją piec, zaprzestała buczeć. Wojownik wciąż nie drgnął – twardy przeciwnik. Do młódki wreszcie dotarło, że nie ma co się z nim kłócić. — Wiesz co? Niech ci będzie. Nie będę już więcej wychodzić ze żłobka bez pozwolenia, ale musisz mi obiecać, że będziesz mnie brać na spacery codziennie! — uparła się.
— Co drugi dzień — rzucił czekoladowy, podnosząc na nią wzrok.
Ogon Wąsatki drgnął z nerwów, jednak po chwili kotka wypuściła z płuc nagromadzone tam wcześniej powietrze.
— Co drugi dzień… — poprawiła się, odwracając pyszczek od swojego taty. Długo nie mogła się na niego gniewać; po chwili ułożyła się przy jednej z jego łap, kładąc na niej pyszczek. Wojownik musiał zaprzestać skubania. Do noska Wąsatki napłynął smaczny zapach zwierzyny, jednak nie drgnęła. Nie była głodna. — Tato… a kiedy odwiedzimy mamę? — wymamrotała, po czym ziewnęła przeciągle.
Przed jej oczami pojawiły się obrazy biało-czarnej kotki – Mewy. Obok niej była też siostra koteczki, nosząca imię Kobczyk. Jej czekoladowe futerko było tak bardzo podobne do futra taty! Wyglądali niemal jak dwie krople wody. Wąsatka nie mogła się już doczekać, aż ponownie będzie mogła pobawić się z koteczką w berka czy porzucać z nią mchem. Tęskniła za tamtymi dniami.

* * *

Teraźniejszość

Kotka została obudzona nie z samego ranka ani z popołudniowej drzemki, lecz w środku nocy. Gdy otworzyła oczy, była kompletnie zdezorientowana. Stało nad nią kilka kotów, których imion nie kojarzyła. Przerażona, zwinęła się w kulkę, kładąc uszy po sobie. Kim były te postacie? Czego od niej chciały?
Jedna z nich odezwała się w końcu. Jej głos był suchy, twardy, niepozostawiający miejsca na protest.
— Wstawaj — rozkazał jej.
Wąsatka nie chciała wstawać. Nie chciała się budzić. Jedyne, czego pragnęła, to snu. Dlaczego przez tyle księżyców wszystko wyglądało tak samo, a teraz… teraz nagle chcieli ją gdzieś zabrać? Mimo wszystko podniosła się, wiedząc, że gdyby tego nie zrobiła, ktoś pewnie by ją do tego zmusił. To nie była walka, którą byłaby w stanie wygrać.
Wypchnęli ją z przytulnej kociarni na zewnątrz, gdzie panował zabójczy mróz. Przy pierwszym podmuchu Wąsatka zatrzęsła się na tyle mocno, że przez moment miała wrażenie, iż zaraz runie na ziemię. Gdzie w tym momencie był tata, by ją uratować?
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła nawoływać, jednak szybko została uciszona przez prowadzącego ją kota. Nie miała wyboru – musiała zachować milczenie. Liczyła tylko na to, że to wszystko szybko się skończy. Ten zły sen, ten… koszmar. Może naprawdę teraz spała? Może to wszystko wcale nie działo się naprawdę?
Zagryzła zęby na swoim ozorku, lecz wtedy poczuła przeszywający ból. Szybko przestała, otrzepując łebek. Wciąż dreptała przez śnieżne zaspy poza obozem. Czyli jednak nie spała… A teraz, w dodatku, bolał ją język. Co ona na siebie sprowadziła!
W końcu zatrzymali się przy jednym z drzew. Wąsatka przylgnęła do jego pnia, myśląc, że może podaruje jej choć odrobinę ciepła. Był to jednak martwy przedmiot, przesiąknięty zimnem. Nie miała co liczyć na ogrzanie z jego strony.
— Nie ruszaj się z tego miejsca. Wrócimy po ciebie rano — oznajmił głos, spokojny i monotonny.
Wąsatka umierała ze strachu, a ten nieznajomy śmiał zachowywać się tak, jakby była to codzienność! Otworzyła pyszczek, by krzyknąć, jednak nie wydobył się z niego żaden dźwięk – jedynie biały obłok pary. Czarno-biała zamrugała zdziwiona, a wtedy obcy kot czmychnął gdzieś między krzewy.
Wąsatka drgnęła i poczęła biec za nim czym prędzej, jednak wkrótce jej łapy poddały się i koteczka runęła pyskiem na ziemię. Zanurkowała w śniegu, a po jej ciele w mgnieniu oka rozszedł się chłód.
Podniosła się natychmiast i otrzepała, nędznym krokiem wracając pod drzewo, pod którym ją zostawili. Ułożyła się między jego korzeniami, wystającymi poza perlisty puch. Ta pozycja nie była zbyt wygodna, lecz z całą pewnością lepsza niż leżenie całą powierzchnią ciała na lodowatym śniegu, który kleił się do łap i był niczym ciężkie kamienie, ograniczające ruchy.
“Jak mój tatuś mógł na to pozwolić?” – myślała sobie, pociągając smutno nosem. Może nawet zalałaby się łzami, jednak była na tyle zmęczona i zmizerniała, że nie miała ochoty marnować energii na płacz. Musiała ją oszczędzać, by przeżyć noc w Porze Nagich Drzew. Szanse na to, że wróci do obozu bez odmrożeń i hipotermii, spadały coraz niżej z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Czy to wszystko było jakimś żartem? A może testem? Chwila… tak! Tata opowiadał jej kiedyś, że kocięta przed mianowaniem muszą odbyć noc poza obozem. Wszystko zaczynało mieć sens, choć Wąsatka wciąż była niezadowolona z sytuacji, w której się znalazła. Nawet myśl o tym, że jeśli przeżyje, otrzyma awans, nie rozgrzewała jej serduszka. Wręcz przeciwnie – martwiła ją. Bo Wąsatka zdała sobie sprawę z tego, że jako uczeń zmuszona będzie trenować w takich potwornych warunkach. Nie wyobrażała sobie polować, walczyć i wspinać się po drzewach, gdy wszystko było takie zimne i śliskie. Tak jak wtedy, na tamtych kamieniach, gdy próbowała przekroczyć rzekę…

* * *

Rankiem przyszedł po nią ktoś inny. Ale nawet gdy zauważyła jego majaczącą sylwetkę między pniami, nie drgnęła ani trochę. Śnieg zdążył przysypać jej ciało. Oczy miała delikatnie zmrużone, a łapy zdrętwiałe. Była senna i ledwo rejestrowała, co działo się wokół niej. Nieznajomy podszedł do niej z kwaśną miną, jakby spoglądał na jakąś przykrą niedogodność losu.
— Nie żyje? — szepnął do siebie. Wąsatka poruszyła ślepiami, obserwując sylwetkę obcego. Miał długie, bure futro, a także zielone ślepia, pozbawione większych emocji. Kocur musiał zauważyć niewielki ruch na pysku czarno-białej, bo zaraz złapał ją za skórę na karku i postawił na łapy. W pierwszej chwili kończyny Wąsatki ugięły się pod ciężarem jej ciała, jednak finalnie kotce udało się cudem ustać. Najwyraźniej była bardzo zdeterminowana, by przeżyć. Starszy wojownik prychnął cicho pod nosem, po czym popchnął Wąsatkę łapą.
— Wracamy do obozu. Jeśli stracisz mnie z oczu, życzę powodzenia. Nie będę się po ciebie wracał — fuknął Wilczak, ruszając powolnym krokiem w stronę, z której przyszedł. Wąsatka, niezgrabnie i co jakiś czas potykając się o własne łapy, zaczęła iść jego śladem. Wzrok miała utkwiony w koniuszku ogona nieznajomego, bo nie chciała się zgubić. Nie widziała zbyt wyraźnie – nietrudno było kocurowi wtopić się w pnie i krzewy, a wtedy byłoby już po ptokach.
Udało jej się jednak dotrzeć do azylu bez większego szwanku. Tam czekali już na nią inni wojownicy. Gdy dostrzegli Wąsatkę w progu, na ich pyskach pojawiło się zdziwienie. Czy nikt nie podejrzewał, że kotce uda się przeżyć? Nawet Zalotna Gwiazda, która stała teraz na pniu, przez moment wydawała się rozkojarzona. W końcu jednak odchrząknęła i mruknęła doniośle:
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. Czy był on szczery, czy raczej szyderczy, tego nie dało się odczytać.
Wąsatka nie zamierzała się tym jednak przejmować. Zastanawiała się, kim był ten Pustułkowy Szpon. Nigdy nie słyszała tego imienia; zaczęła rozglądać się wokół, aż w końcu podszedł do niej jej tata i dotknął ją nosem w czoło.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi. Wydawało jej się, że tata nazywał się Wilczy Skowyt… Dlaczego więc zmienił imię na Pustułkowy Szpon?
Nim jednak zdążyła się nad tym dobrze zastanowić, koty zaczęły skandować:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda:
— Nie jest to jednak koniec ogłoszeń — wyznała, omiatając zgromadzonych spokojnym wzrokiem. Wszyscy nagle zatrzymali się w bezruchu, a atmosfera zgęstniała. — Sowi Zmierzchu, przyprowadź tu więźniarkę! — rozległ się doniosły głos przywódczyni. Wąsatka odsunęła się gdzieś na bok, obserwując, jak na obozowej polanie pojawiła się łaciata kocica. Była wychudzona, miała potargane i niezdrowo wyglądające futro. Jej pysk wydawał się stary i powykrzywiany, a oczy martwe. “Czy ona na pewno jest żywa?” – zastanawiała się koteczka.
— Lodowa Sałato... — syknęła liderka, patrząc na więźniarkę z odrazą w oczach. — Nie potrzebujemy w obozie chodzącego trupa. Jako więźniarka nie przyczyniasz się dla dobra klanu, dlatego zadecydowałam przywrócić ci pozycję wojowniczki. Nie myśl sobie jednak, że twoja kara dobiegła końca… — mruknęła szylkretka.
Łaciata skinęła łbem, napinając subtelnie mięśnie.
— Od tej pory będziesz zwana Podstępną Kłamczuchą — ogłosiła. W przeciwieństwie do mianowania Wąsatki teraz nikt nie krzyczał nowego imienia więźniarki. Zapadła cisza. — Czy mam wszystkim przypomnieć, co zrobiłaś, by zasłużyć sobie na takie miano?
Kotka milczała.
— Tak myślałam — burknęła Zalotna Gwiazda, następnie schodząc z pniaka. — Koniec zebrania! — oznajmiła, jednocześnie szepcząc coś Podstępnej Kłamczusze do ucha. Obie kotki udały się gdzieś poza obóz, jednak Wąsatkowa Łapa szybko odwróciła od nich wzrok. Co stanie się poza azylem, nie było już jej sprawą.
Podbiegła do swojego taty, uśmiechając się, mimo wciąż zdrętwiałych kończyń. Przytuliła się do jego łap, tak jak miała to w zwyczaju, gdy jeszcze żyła w żłobku. Tym razem zrobiła to nie po to, by wymusić na nim bliskość, lecz po to, by nieco się ogrzać. Noc poza obozem nieźle dała jej w kość – całkiem możliwe, że przez kilka następnych dni będzie odczuwać jej skutki.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. Przez moment zapomniała już, jak bardzo wyczerpana była. Po jej minie i zachowaniu było jednak widać, że nie jest w najlepszym stanie. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?

<Tato-mentorze?>

[1810 słów]

[Przyznano 36%]

03 stycznia 2026

Od Pustułkowego Szponu CD. Wąsatki

Kocur jakoś pozbierał się po śmierci jednej z matek, choć gdzieś w środku fakt ten go bolał i nieprzyjemnie kuł w serce, lecz był przyćmiony żarem gniewu oraz chęci zemsty, które pojawiły się stosunkowo niedawno. Wojownikowi trochę zajęło otrząśnięcie się z melancholii, która już drugi raz w jego życiu przejęła kontrolę, doprowadzając go istnego wraku samego siebie. Powrót do dawnej formy sprzed momentu utonięcia Makowego Nowiu zajęła nieco kocurowi, tak naprawdę trwając dotąd. Mimo to nikt nie narzekał na nic, nawet on. Większość kotów raczej nie poruszała w jego obecności tematu odejścia zastępczyni oraz ucieczki sporej części klanu niedługo później. Często samo zasugerowanie w rozmowie postaci Makowego Nowiu lub Poziomkowej Polany powodowało, że rozmawiający napotykali mrożące krew w żyłach spojrzenie syna kultystek.
Powoli wracał do swoich obowiązków, którymi były patrole łowieckie i graniczne. Pomimo pory opadających liści, żółte korony drzew w większości chroniły mieszkańców lasu przed mniej sprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Jedynym nieuniknionym było wszechobecne błoto, kałuże oraz bardziej wezbrana woda w rzecze, która nie tak dawno temu porwała ciało jego matki. Od tamtego czasu często można było zobaczyć, jak samotnie opuszcza obóz, by w pojedynkę odbyć patrol. Dziś było podobnie, choć pierwszy raz od pamiętnego dnia zbliżał się bliżej jakiejkolwiek wody biegnącej przez tereny klanu. Plan był prosty, udać się wzdłuż którejś z granicy, a następnie zapolować w głąb lasu. Nie wiedział dokładnie gdzie będzie zmierzać, kolejny raz stwierdził, że pójdzie tam, gdzie go łapy poniosą.
Wychodząc z obozu, skinął swojej drugiej matce, która rozmawiała z Jaskółczym Zielem o czymś, lecz czekoladowy nie zawracał sobie tym głowy. Spokojnym krokiem zgrabnie przeszedł przez tunel w krzewiastym murze, by udać się w stronę granicy z Klanem Burzy, którzy w taką pogodę mogli jedynie zazdrościć posiadanych drzew na terenie Klanu Wilka. Ich równiny raczej nigdy nie były korzystnym terenem, niezależnie od panującej pory.

***

Wszystko przebiegało po jego myśli, dopóki nie dotarł nad wodę. W jego głowie od razu pojawiły się obrazy tego, jak wzburzone fale pochłaniają jego matkę pod powierzchnię, odcinając ją od dostępu do tlenu. Potrząsnął lekko głową, jakby chcąc się w ten sposób na zawsze pozbyć tych wspomnień, gdy nagle usłyszał czyjeś rozpaczliwe wołanie o pomoc. Głos był słaby i brzmiący na kociaka, miał jeszcze w sercu choć trochę empatii, by nieco pospiesznie przemierzać brzeg w poszukiwaniu tonącego. Wtem ujrzał małe czarno białe ciało kocięcia i zbyt dużo nie myśląc, próbował je złapać.
Na szczęście udało mu się to i po chwili przemoczona kulka zwisała w jego pysku trzymana za skórę na karku. Ostrożnie odłożył znajdę na ziemi w lisiej długości od wody, jakby z obawą, że przestraszony kociak może ponownie do niej wpaść. Całe ciało kociaka się trzęsło, a zęby szczękały o siebie, lecz maluch miał zamknięte oczy. W czułym geście nieco nieudolnie przejechał językiem po jej czole, na co przemoczona kulka wydała cichy pisk i po chwili zawiesiła oczy na jego sylwetce.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do jego łapy, wciskając nos w futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, a wojownik zdezorientowany przyglądał się temu. Zamrugał parę razy, jakby chcąc się upewnić, że to wszystko nie jest jakimiś halucynacjami, które wykreował jego umysł. Mimo to mała koteczka nadal przylegała do jego łapy, jakby ta zaraz miała zniknąć. Przymknął swe zielone ślepie, zastanawiając się co dalej, lecz poprawna odpowiedź była jedna: powrót do obozu z przemoczonym kociakiem.

***

Nikła Gwiazda nic nie miał przeciwko znajdzie, szczególnie że teraz każdy młody kot był na wagę złota przez bandę zdrajców. Po werdykcie lidera podrzucił małą do żłobka z nadzieją, że ta grzecznie tam pozostanie, lecz jego spokój nie trwał długo. Po dowiedzeniu się jakie imię nosi kotka i dojściu do siebie, Wąsatka często opuszczała bezpieczną kociarnię, by potem kręcić się przy jego łapach, nazywając go tatą. Nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, lecz możliwe było, że ten kotce przypomina swojego prawdziwego rodziciela. W końcu pogodził się z tym stanem rzeczy, lecz nie oznaczało to, że teraz ciągle będzie siedzieć przy przybranej córce, w końcu jako wojownik nadal miał swoje obowiązki. W dodatku musiał przyznać, że Wąsatka była na tyle energiczna, że ten czasem po prostu nie miał siły na jej towarzystwo.
Właśnie rozmawiał ze swoją dawną uczennicą, Tropiącą Łaską, przy stosie, chcąc wiedzieć jak sobie radzi jako wojownik, gdy niespodziewanie usłyszał czyjś niezdarny bieg, a już po chwili do jego łapy przylgnęła Wąsatka, tradycyjnie krzycząc, jakby chcąc mieć pewność, że jej przybrany ojciec usłyszy także słowo.
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz? — Ciężko na to westchnął, przepraszając szylkretową kotkę. Ta jedynie skinęła głową i zabierając coś ze stosu, oddaliła się od tego nieco głośnego towarzystwa.
— Wąsatko, co mówiłem o opuszczaniu żłobka? — spytał z opanowaniem, by po chwili wziąć dla siebie drozda ze stosu. Pochylając się, szturchnął kotkę, by ta puściła jego łapę i ruszyła w stronę żłobka.
— Ale tato… — zaczęła, idąc niechętnie w stronę legowiska, z którego przed chwilą czmychnęła. Wszedł do środka, gdzie Gąsiorkowy Trzepot odgrywała rolę matki zastępczej dla trójki kociąt, by następnie tuż obok wyjścia położyć się i zająć posiłkiem.
— Nie ma żadnego “ale”. Mogę Cię zabrać na spacer, jeśli tak bardzo tego pragniesz, lecz w zamian oczekuje bycia grzecznym i nieopuszczania żłobka bez zgody Gąsiorkowego Trzepotu lub mojej. Wyrażam się jasno? — powiedział, mogąc brzmieć oschle, lecz robił to z troski o kotkę. W oczekiwaniu na odpowiedź kotki skubnął kawałek drozda, wcześniej pozbywając się paru piór, które teraz leżały obok jego łap. On sam miał utkwiony wzrok na postaci swojej przybranej córki, jakby w obawie, że ta nagle ponownie opuści biegiem kociarnię.

<Wąsatko?>

29 grudnia 2025

Od Wąsatki do Pustułkowego Szponu

Dołączenie do Klanu Wilka

Wąsatka od początku zastanawiała się, dokąd tak często chodzi jej tata. Dochodziła przez to do najróżniejszych wniosków; czasem nawet wydawało jej się, że Wilczy Skowyt ma drugą rodzinę Mew, Wąsatek i Kobczyków. To było dla niej… niedopuszczalne. Okrutne. Wąsatka mogła być przecież tylko jedna – i była nią ona. Bo czy dałoby się wytrzymać z drugim, równie głupiutkim kotkiem, jak ona? No właśnie.
Dlatego, gdy pewnego dnia koniuszek ogona czekoladowego kocura zniknął w świetle dnia, Wąsatka postanowiła za nim podążyć. Jej matka już powoli zasypiała, mrucząc coś Kobczykowi do ucha. Czekoladowa była dawno w krainie snów, co pozostawiało Wąsatkę bez nadzoru. Gdyby tylko Mewa wiedziała, co stanie się przez jej nieuwagę… pewnie w ogóle nie zmrużyłaby oczu.
Jednak gdy czarno-biała wygrzebywała się już z przytulnej nory, było za późno. Brązowooka, mimo że nigdzie nie widziała już śladu po ojcu, nie zamierzała zawracać. Czuła jego zapach, więc jeszcze nie wszystko było stracone. Musiała tylko go wyśledzić – żaden problem… dopóki nie trafiła nad brzeg jeziora, a kompletnie pływać nie umiała. Czy jej tata naprawdę za każdym razem musiał przekraczać tę strugę wody? To nie mogło być bezpieczne!
Jednak, jak Wąsatka w końcu dostrzegła, na drugą stronę prowadziła ścieżka. No, może nie taka bezpieczna, twarda ścieżka – były to jedynie kamienie rozsiane po całej długości rzeki, od jednego brzegu do drugiego. Większe koty przeszłyby nią z łatwością, lecz dla młodej koteczki z problemem wzrokowym było to potwornie trudne.
Wąsatka wskoczyła na pierwszy kamień i zadrżała, o mało nie wpadając w toń lodowatej, wartkiej wody. Niewielkie kropelki, wyrzucane w powietrze w chwili, gdy ciecz zderzała się z powierzchnią kamienia, osiadały jej na futrze. Wkrótce wilgoć zaczęła wciskać się pod włosy, nieprzyjemnie osiadając na skórze. Wtedy Wąsatka zrozumiała, że na powrót było już za późno. Ale i iść dalej nie była w stanie – drugi kamień wydawał się zbyt daleko.
A może wcale nie? Może to jej wzrok płatał figle, co przecież zdarzało się dość często. Wąsatka wysunęła pazury, próbując wzmocnić przyczepność, byleby nie wpaść do wody, bo wtedy jej los byłby z góry przesądzony. Czekałaby ją… śmierć. Koniec. Najprawdziwszy koniec. Nie byłoby drugiej szansy ani możliwości, by to jakoś “cofnąć”. W jednej chwili jeszcze by była, czułaby wodę wlewającą się do jej niewielkich płuc, a zaraz potem… pustkę. Pustkę przed nią, za nią, po jej lewej i prawej stronie.
Ta myśl ścisnęła jej serce i zmusiła gardło do krzyku:
— Pomocy! Niech mi ktoś pomoże! — zaczęła nawoływać. — Mamo! Przepraszam, mamo! To się już więcej nie powtórzy! — kontynuowała rozpaczliwie, podczas gdy jej łapy trzęsły się raz z zimna, raz z obezwładniającego strachu.
Wąsatka zacisnęła powieki, jakby próbując przygotować się na ciemność, w której przyjdzie jej żyć przez kolejne dni, księżyce, sezony…
W pewnym momencie poczuła, jak coś chwyta ją za skórę na karku. Czy to nieprzejednane szpony śmierci wreszcie po nią przyszły? Jak się okazało – nie. Czarno-biała kotka, zmoczona od czubka nosa aż po koniuszek ogona, wylądowała ciężko na wilgotnej, chłodnej ziemi na brzegu. Gdy tylko poczuła pod sobą stałe podłoże, zaczęła cała się trząść, szczękając zębami i wciąż nie otwierając oczu.
Zrobiła to dopiero wtedy, gdy ktoś nieudolnie polizał ją szorstkim językiem po czole, naciągając skórę na jej głowie. Wydała cichy pisk i rozejrzała się wokół, choć obraz był zamglony. Wtedy dostrzegła przed sobą rozmazany, brązowy kształt.
— T-tata? — wydukała, niemal podskakując. Od razu przywarła do łapy starszego kota, wciskając nos w jego futro. — Tato! Wiedziałam, że przyjdziesz mnie uratować! — wypiszczała, zalewając się łzami szczęścia.

* * *

Tak się zdarzyło, że jej nowy, dosyć zdezorientowany “tatuś”, nie wiedząc dokładnie, co zrobić z kociakiem, zabrał go do Klanu Wilka. Tam podrzucił ją do żłobka, chyba licząc na to, że Wąsatka zostanie w nim i się od niego odczepi – nic bardziej mylnego. Czarno-biała wymykała się z kociarni przy każdej okazji, a wtedy od razu rzucała się na poszukiwania czekoladowego, by znów zacząć wykrzykiwać słowo “tato!”, kręcąc się przy jego łapach. W tym wszystkim wojownik wciąż wydawał się zmieszany i ani razu nie nazwał Wąsatki swoją “córeczką”, co trochę godziło kotkę w serce.
Czyżby już o niej zapomniał? Czy naprawdę miał inną Wąsatkę, więc ona nie była mu tu potrzebna? Gdyby tylko potrafiła dobrze widzieć… Może wtedy dostrzegłaby, czy jej tata nie krząta się przypadkiem przy innym kociaku. A tak? Nawet gdy ktoś z nim rozmawiał, kotka nie potrafiła stwierdzić, ile miał księżyców ani czy wyglądał podobnie do taty. Mogła się tylko domyślać – a te domysły nie przywodziły jej na myśl żadnej odpowiedzi.
Poza tym tęskniła trochę za mamą i Kobczykiem. Teraz, odkąd tu wylądowała, nie miała się z kim bawić. Jasne – żłobek nie był pusty, ale wstydziła się zagadać do młodszych kocurków. Wydawali się tacy fajni… a ona była sama. Sama i taka zagubiona. Modliła się codziennie o to, by jej tata wreszcie trochę jej pomógł, ale on… zdawał się czasem jej unikać. Znikał z obozu i nie wracał przez długi czas; bywało też, że zaszywał się w innym legowisku, gdzie nie zawsze ją wpuszczano. Cóż, dziwnym trafem różni wojownicy nie przepadali za obecnością głośnego kocięcia, gdy chcieli wypocząć po długim dniu wypełniania obowiązków. Zadziwiające.
Tego dnia młódka leżała na jednym z posłań w żłobku. Nie wiedziała nawet, czy należało do niej, ale było puste, więc nie miała żadnych oporów. Rozpychała ściany uplecione z gałązek i wyrzucała mech w powietrze w desperackiej próbie zabicia czasu; niszczenie własnego posłania nie przynosiło jej jednak radości na dłużej. Szybko jej się to nudziło – może niszczenie po prostu nie było w jej naturze.
Gdy spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka, dostrzegła na polanie sylwetkę kota. A konkretniej – sylwetkę jej taty. Czekoladowy kocur rozmawiał z kimś obcym, kogo Wąsatka nie znała. Ten kot był w jej oczach jedynie czekoladowo-rudą plamą i nie posiadał żadnych wyraźnych cech, ale z pewnością nie przypominał nikogo, kogo młódka wcześniej spotkała. Może to była inna córka taty? Może to ona była jego “Wąsatką”? Nie wyglądała jednak podobnie do niej. Może była tylko pomyloną kopią.
Koteczka wygramoliła się z posłania i od razu wybiegła na spotkanie z tatą. Dorwała się do jego łapy, tak jak zawsze, i zaczęła krzyczeć:
— Tato!!! Zabierzesz mnie dziś na spacer? A może się ze mną pobawisz?

<Tato?>