Przeszłość
Pytanie Wąsatki o matkę długo wisiało w powietrzu, jeszcze po tym, jak wojownik opuścił żłobek, podrzucając śpiącą córkę królowej, u której boku spoczywała trójka rodzeństwa. Na ten widok zatrzymał się na chwilę, przypominając sobie czas, gdy zamiast nich przebywały inne kocięta, a mianowicie Gwiazdnicowy Blask, Mglisty Sen i Zaćmiony Horyzont. Na samą myśl o tak naprawdę dwójce zdrajców, machnął gniewnie ogonem i w ciszy posprzątał po swoim posiłku. Oczywiście parę piór pozostawił, by kocięta miały się czym bawić, a jak nie to dodać je do legowisk królowych — niby nie byłoby to nic wielkiego, ale zawsze coś.Pustułkowy Szpon bez obaw o biało-czarną kotkę, udał się na patrol. Zbliżał się koniec pory opadających liści, podobnie jak przyszłe ceremonie mianowania kociąt. Miał nadzieję, że tej uda się przetrwać samotną noc w lesie, pomimo swojej niepełnosprawności związanej ze wzrokiem.
“Co za ironia losu. Półślepy wojownik ratuje życie kociakowi, który ma także problemy z oczami” — pomyślał, przechadzając się po terenach klanu. Oprócz odbycia łowów miał zamiar poszukać samotnych kotek, z nadzieją, że trafi na tę, która się okaże matką Wąsatki. Oczywiście nie miał zamiaru jej oddać biologicznej rodzinie — widać było, jak bardzo się odpowiedzialni, skoro młódka niemal się utopiła. Plan miał prosty, a jednak dość niemoralny. Miał zamiar pozbyć się samotniczki, by później przekazać córce, że ta niestety albo stety nie żyje. A jak mu się to nie uda, to po prostu wciśnie koteczce jakieś kłamstwo, była łatwowierna i zapatrzona w niego jak w ostatni cud przodków, co zamierzał wykorzystać, nim zacznie oswajać brązowooką, z tym że Mroczna Puszcza sprawuje opiekę nad klanem, w tym nad żyjącą częścią rodziny Pustułka.
***
Mianowanie Wąsatki
Pora nagich drzew zawitała na terenach Wilczaków akurat w momencie, kiedy to pewne kocię miało odbyć swój pierwszy test. Ów sezon nie był sprzyjający pod żadnym względem, dlatego też czekoladowy wojownik po zapadnięciu zmroku nie udał się do legowiska, tylko czekał skryty w cieniu rzucanym przez ściany obozu. Miał doskonały widok na żłobek i grupkę kotów, które po chwili zaczęły wyprowadzać przyszłą uczennicę lub posiłek dzikiego zwierzęcia.
— Tato! Tato, pomóż mi! Ktoś chce mnie porwać! — zaczęła panikować jego przybrana córka, lecz on nawet nie drgnął na jej zawodzenie. Ostatnio opowiadał jej o tradycji, w jaki sposób młode koty zostają uczniami, więc pozostało mu jedynie wierzyć w to, że wtedy Wąsatka nie odleciała gdzieś myślami i zapamiętała przekazane informacje.
Kiedy tylko niewielka grupa zniknęła w tunelu, Pustułkowy Szpon podniósł się z dotychczasowego miejsca, aby nieco się ogrzać w legowisku, dopóki kocięta nie zostaną przeprowadzone z powrotem do obozu. Wygodnie umościł się na swoim legowisku, które w końcu nie było wyleżaną kupą mchu, służącą jako jego posłanie przez jakiś czas po śmierci Makowego Nowiu. Strata matki była czymś o wiele bardziej bolesnym niż odejście Warczącego Lisa i nadal nie mógł się pogodzić z tym, że tamtego dnia tak uparcie trzymał się miłości do Poziomkowej Polany. Był w stanie oddać wszystko dla młodszego kocura, lecz jak widać, ten nie był w stanie nic poświęcić dla możliwego partnera. Teraz w jego sercu zamiast miłości płonął żar zemsty i żądza krwi. O dziwo w tym zepsutym ognisku był też zalążek, mały płomyczek oznaczający miłość do przybranej córki. Wszystkie te emocje były zmienne pod względem ilości i intensywności, dlatego też na co dzień przeważał błysk ojcowskiej troski i umiłowanie do nieco nieporadnej znajdki.
Pochłonięty myślami zawinął się w kłębek, dziękując za swoją półdługą sierść, w wyniku której aż tak nie marzł w chłodnej porze nagich drzew. Jego umysł zaczęła przysłaniać mgła zmęczenia po całym dniu, a już w szczególności po długich zabawach z Wąsatką, którą chciał wyjątkowo zmęczyć, by ta nie awanturowała się, gdy będzie odprowadzana do lasu. Cóż, widać jak mu to wyszło, lecz stwierdził, że to wina jej nadal kocięcej natury, gdzie wystarczyła dłuższa drzemka, by młódka była zwarta i gotowa do dalszych psot. Ciężko westchnął, starając się nie myśleć o wyborze mentora dla młódki przez Zalotną Gwiazdą. Miał nadzieję, że ich umowa chociaż trochę mogła sprzyjać temu, by ten zajął się szkoleniem przybranej córki. W końcu w klanie byli inni młodsi i sprawniejsi wojownicy od niego, którzy byliby idealnym kandydatami.
W końcu odpłynął, pozwalając ciału zregenerować się po ciężkim dniu. Niestety miał wrażenie, że ledwo, co zamknął oczy, a już słyszał zbiorowisko na polanie. Czując się jeszcze bardziej zmęczonym niż wcześniej, podniósł się leniwie z posłania i wyszedł na zewnątrz. Od razu został zaatakowany chłodne powietrze, które w ciągu uderzenia serca rozbudziło go całkowicie, odganiając dotychczasowe znużenie. Zielonooki na krótki moment napotkał spojrzenie liderki, mając wrażenie, że ta niemal niezauważalnie skinęła w jego stronę głową. Miał nadzieję, że ten gest oznaczał to, co myślał.
— Wąsatko, ukończyłaś już sześć księżyców i przeżyłaś noc w lesie. To czas najwyższy, byś została uczennicą — ogłosiła, patrząc prosto na czarno-białą koteczkę, która stała teraz otoczona przez innych wojowników. — Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nazywać się Wąsatkowa Łapa. Twoim mentorem zostanie Pustułkowy Szpon, gdyż wierzę, że on najlepiej spełni twoje potrzeby, biorąc pod uwagę wasze… niepełnosprawności — oznajmiła, a jej kąciki ust uniosły się do góry w uśmiechu. W tym czasie wymieniony wojownik wyszedł z szeregu, by podejść do córki i dotknąć ją nosem w czoło. Nie umknęło jego uwadze to, że początkowo zaczęła się zdezorientowana rozglądać, jakby nie wiedząc, że jej przybrany ojciec został mentorem młódki.
— Tato… kto to jest Pustułkowy Szpon? — zapytała cicho.
— Wąsatko, to ja… — odparł czekoladowy, patrząc na nią ze zdziwieniem. Koteczka zmarszczyła brwi, a chwilę później klan zaczął skandowanie imienia nowej uczennicy:
— Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! Wąsatkowa Łapa! — krzyczeli wszyscy. Gdy wojownicy mieli już podejść do młódki, by pogratulować jej nowej rangi, przerwała im Zalotna Gwiazda z jeszcze jednym ogłoszeniem. Te jednak nie interesowało czekoladowego wojownika, który tylko czekał na koniec zebrania, by jeszcze dziś rozpocząć trening z córką.
Kiedy tylko starsza ogłosiła zakończenie, Pustułkowy Szpon poczuł, jak uczennica przytula się do jego łapy. Powstrzymał cisnące się westchnienie, zauważając, że Wąsatkowa Łapa nieco zmarzła w tym lesie.
— Tato? Czego mnie dziś nauczysz? — zapytała, podnosząc na niego zmęczony, trochę nieobecny wzrok. — Pokażesz mi, jak polować na drozdy?
— Nie — odpowiedział krótko i stanowczo, lecz nim młodsza zdążyła mu przerwać, kontynuował: — Dziś zapoznasz się z terenami naszego klanu oraz zobaczymy, jak mocno jesteś ograniczona przez problemy ze wzrokiem. — Schylił łeb i nieco szturchnął brązowooką, by ruszyła z nim poza obóz.
Kiedy tylko oddalili się wystarczająco daleko, poczuł, jak dotychczasowy ciężar spada z jego barków. Nie chciał być za bardzo oschły dla córki, lecz był kultystą, a w dodatku pół ślepym wojownikiem. Szkolenie córki było dla niego szansą, by nikt nie wątpił w jego umiejętności.
— A więc, Wąsatko, wiem, jak mogłem zabrzmieć w obozie, lecz nie uważam, byś była w jakimś stopniu niepełnosprawna. Nie ty decydowałaś o tym, co będzie z twoimi oczami, dlatego też musisz się starać dwa razy bardziej niż inni — oznajmił, spoglądając na młódkę po swojej lewej stronie. — Twoja babcia, Makowy Nów, pomogła mi po stracie oka. Musiałem na nowo trenować, dostosowując styl walki do swoich ograniczeń. Ty masz nieco łatwiej, gdyż od początku żyjesz z takim, a nie innym wzrokiem. Wszystko to może brzmieć okrutnie, brutalnie, lecz nasz klan musi być silny, a wystarczy tylko jedno słabe ogniwo, by popadł w ruinę.
<Wąsatko? Pamiętaj, ojciec chce dla ciebie, jak najlepiej>
[1177 słów — trening Wąsatkowej Łapy]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz