Zgromadzenie 10.01.2026
Niebieski zwiadowca cierpliwie czekał, aż nadejdzie moment wymarszu na dzisiejsze zgromadzenie. Księżyc nieśmiało rzucał na nich swą srebrną łunę, kiedy to spora grupa Owocniaków przemierzała własne tereny, a później te należące do klanowych kotów, by dotrzeć na Bursztynową Wyspę. Zimna skała wychynęła na czas pokojowej nocy z morskiej głębiny, mieszcząc jednocześnie dość sporą ilość przedstawicieli czterech klanu oraz jednej społeczności.
Owocowy Las dotarł o dziwo nie jako ostatni, a wręcz jeden z pierwszych, gdyż na wyspie obecnie znajdował się jedynie Klan Wilka oraz Klan Klifu. Niemal od razu wojownicy i zwiadowcy rozproszyli się w tłumie, poszukując towarzyszy do rozmowy. Obserwując, jak Pieczarka zajmuje miejsce obok Nikłej i Judaszowcowej Gwiazdy, Czajka zaczął zagłębiać się we własnych myślach. Odwrócił zmęczony wzrok od przywódców, nie wiedząc, czy był już na zgromadzeniu jako pełnoprawny zwiadowca, czy też nie. Ta cienka, a jednak dużo znacząca granica dla innych zacierała się w jego wspomnieniach. Już dłuższy czas stracił poczucie przemijających dni, możliwe, że od dnia, kiedy jego relacja z Czerwcem stała się nieco napięta, a może nawet i bardziej niż tylko trochę
Zauważając niespodziewanie czekoladowego kocura niedaleko, narodziła się w nim pewna nadzieja. Zgromadzenie to czas pokoju, więc i może będzie to noc, kiedy zakopią topór wojenny. Zaczekał tylko, aż ledwo wyrośnięte pociechy Czerwca rozpierzchną się, pozostawiając starszego samemu sobie. To był właśnie moment, by spróbować naprawić coś, co księżyce temu zaprzepaścił.
— Czerwcu — zaczął, podchodząc od tyłu do kocura, choć ten początkowo nie poruszył choćby koniuszkiem ogona. Szybko i dość niespodziewanie płomień nadziei zaczął przygasać.
— Siadaj — rzekł lodowatym głosem.
— Jak... jak Ci się układa z Miodunką? Twoje kocięta są już uczniami, prawda? — kontynuował młodszy, czując, jak niezręczność ich rozmowy wisi w powietrzu. Przysiadł obok dawnego mentora, z nową nadzieją spoglądając w jego stronę. Czy on naprawdę ma ciągle do niego żal, za to, co zrobiło jako lekkomyślny uczeń pod wpływem emocji? Nawet nie zaszczycił go spojrzeniem swoich żółtych ślepi, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą
— Jak widzisz, dobrze sobie radzimy i tak moje kocięta już są uczniami. Dumnymi iskrami nadziei dla Owocowego Lasu — rzekł z dumą w głosie, ale i z czymś, czego nie dało się jednoznacznie określić.
— Nie zawiodły mnie na razie ani razu — dodał, a Czajce zdawało się, że specjalnie podkreśla każde ze słów.
Auć. To zabolało. Lecz niebieski nie dał po sobie poznać, jak dosadność słów trafiła wprost w jego skruszone serce. Na Wszechmatkę, czym on sobie zasłużył? Nie dość, że jego miłość do pewnego kocura była jedną wielką pomyłką, to jeszcze Czerwiec tak łatwo mu nie odpuści.
— Widać, że jesteś z nich dumny i... — przerwał, by wziąć głęboki wdech i wydech dla uspokojenia galopujących myśli. — I przestań się zachowywać jak obrażony kociak — dokończył z zaskakującą pewnością w głosie. — Dąsasz się na mnie, odkąd jako bezmyślny uczeń opuściłem samotnie obóz. Jak długo chcesz chować urazę do tego dnia? To było księżyce temu...
Dopiero po reakcji dawnego mentora doszło do niego, że te słowa mogły być błędem, lecz nie był w stanie ich już cofnąć. Najwidoczniej tego Wszechmatka chciała.
— Uważaj na słowa młodziaku, bo twój niewyparzony język kiedyś sprowadzi cię na złą drogę — rzekł, wcześniej kładąc uszy po sobie i po raz pierwszy przenosząc wzrok w stronę młodszego. Dzięki temu ten mógł ujrzeć w żółtych ślepiach istny gniew i ostrość.
— Owszem chowam urazę. Złamałeś zasady i o mało co nie zginąłeś. Jednak nie tylko to jest powodem. O nie. Przez ciebie mogłem stracić w oczach innych. Mogłem zawieść ojca, a w najgorszym wypadku zostać nazwany mordercą lub współmordercą. Mentor, który nie upilnował ucznia i jeszcze doprowadził do jego śmierci. Dla ciebie to nic, ale dla mnie to coś, co zrujnowałoby mi życie — warknął, a następnie odsunął się od dawnego ucznia, tworząc między nimi jeszcze większą przepaść.
— A niech sprowadza. Mam gdzieś co się stanie, gdyż jedyne, na czym obecnie mi zależy to na naprawieniu tego, co wtedy zniszczyłem — powiedział hardo, nie przejmując się lodowatym tonem, od którego aż nieco najeżyła mu się sierść na ogonie. Szybko to jednak ukrył nagłym machnięciem.
— Dla mnie to nic? Zrujnowałoby Ci życie? A pomyślałeś może o innych? O Kajzerce, moim rodzeństwie, gdybyś się nie zjawił na czas? Co noc dziękuję Wszechmatce, że się pojawiłeś w momencie, by mnie uratować. Naprawdę nie chcę się kłócić, zgromadzenie to czas pokoju... Może Cię to nic nie obchodzić, ale wtedy... byłem rozdarty. Najlepszy przyjaciel mnie unikał, a moje serce tęskno na niego czekało... Jedyne co mi wtedy pomogło to ta wolność wśród gałęzi, której zaznałem pierwszy raz, gdy mnie tam zabrałeś, pokazując mi to... Masz prawo być zły, lecz od tamtego dnia dużo się zmieniło. My się zmieniliśmy.
— Gdybyś nie postanowił się narażać, to nikt nie musiałby cierpieć. Jednak ty dałeś ponieść się emocjom, a co za tym idzie zachowałeś się gorzej, niż Guziczek — mruknął oschle. — A gdybym nie zdążył? Gdybym się tam pojawił po fakcie? Jak myślisz? Co wtedy? Pomyślałeś o tym? A bycie rozdartym tego nie usprawiedliwia. Zwiadowca powinien panować nad emocjami i tyle w temacie — odparł, by po chwili podnieść się z dotychczasowego miejsca.
— Jednak dobrze, nie będziemy się kłócić na zgromadzeniu. Dlatego pozwolę się oddalić. Być może kiedyś dostaniesz szansę naprawienia tego, ale teraz jeszcze nie jest na to czas — dokończył, a następnie zniknął wśród innych kotów.
Przez ten czas Czajka z uwagą słuchał kocura, czując, jak traci nadzieje na odbudowanie tego wszystkiego. Co miał zrobić? Błagać o wybaczenie, bo popełnił błąd? Może powinien, lecz miał nieodparte wrażenie, że to i tak, by nic nie zmieniło. Pozwolił, by czekoladowy odszedł, obserwując z bólem, jak znika w tłumie. Sam po chwili się podniósł z dotychczasowego miejsca, by oddalić się w przeciwnym kierunku. Ból w klatce był porównywalny, jakby ktoś umyślnie deptał jego już i tak strzaskane serce.
Jakiś czas później rozległ się głos Nikłej Gwiazdy, który jako pierwszy przemawiał.
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę. — Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się. — Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło. Ktoś tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie: — Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Po dość długim monologu do Wilczaka zwrócił się lider Klanu Klifu, co sprawiło, że Nikły jeszcze na chwilę zabrał głos:
— Dla bezpieczeństwa nas wszystkich, chciałbym przytoczyć sposób działania tych kotów. Jeden z nich, jeszcze jako uczeń, zaprowadził naszego wojownika w sidła samotnika, który następnie brutalnie go rozszarpał. Własnymi łapami zabił natomiast inną uczennicę, z którą jeszcze rano smacznie chrapał bok w bok na mszystym posłaniu... — wycedził przez zaciśnięte zęby. — To podstępne koty. Wyrachowane. Wszyscy zdawali się zwykłymi kotami, wiernymi przodkom, jednak prawda okazała się inna...
Kiedy Judaszowcowa Gwiazda upewnił się, że nadeszła jego kolej, by poinformować innych o sytuacji własnego klanu. Podobnie też uczyniła Pieczarka, kiedy to czekoladowy zakończył.
— My także mamy się dobrze — zaczęła. — Od ostatniego zgromadzenia przywitaliśmy nową stróżkę, Drobinkę, a także czwórkę uczniów wojowników: Smugę, Purpurę, Daglezję i Całunkę; a także jedną uczennicę stróża, Kroplę. Wszyscy zostały wybrane na zgromadzenie, więc możecie im pogratulować lub życzyć owocnego treningu... — urwała na chwilę. — Niestety mianowaliśmy jeszcze jednego wojownika zaledwie parę wschodów słońca temu, lecz ten odszedł chwilę po swoim mianowaniu... Woda bywa bardzo zdradliwa, zwłaszcza po silnych deszczach — miauknęła smętnie.
Samo wspomnienie Borowika nadal było bolesne. Młody zwiadowca nawet nie zauważył, gdy zaczął gdzieś błądzić myślami i niespodziewanie przeminęło całe zgromadzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz