— Panie Porywisty Dębie?
— Mów mi po imieniu, nie jestem jeszcze tak stary, na jakiego wyglądam — upomniał ucznia medyczki, odwracając się w jego kierunku.
— Przepraszam Porywisty Dębie…
— Nie musisz mnie przepraszać! Zostańmy kolegami, nie musimy się tutaj do nikogo formalnie zwracać.
— Kolegami? Brzmi dobrze.
Na pyszczku ucznia pojawił się skromny uśmiech.
— Dokładnie! Nie przeszkadza ci to, prawda? Nie chciałbyś mieć takiego lekko starszego od ciebie kolegi, który dla ciebie by polował, co nie?
— Oczywiście, że chciałbym, jednak proszę cię, weź te medykamenty. Musisz iść ćwiczyć.
Porywisty Dąb westchnął. Jego plan, by odwrócić uwagę ucznia, się nie powiódł. No trudno, musi się posłuchać. Zlizał kilka ziaren maku, żeby nie czuć bólu podczas rehabilitacji i ociężale wstał z posłania. Czuł, jak po wczorajszym spacerze z Kosaćcową Grzywą bolą go mięśnie nóg. Odzwyczaił się od większych wysiłku, co było do niego niebywałe. Pamiętał, jak nie tak dawno umiał biegać po lasach oraz skakać po drzewach, niczym prawdziwa wiewiórka. Jednak teraz, zwykły spacer po mech był dla niego wyzwaniem.
Stroczkowa Łapa wyprowadził go oraz Poziomkową Polanę z legowiska. Wyszli poza obóz do oczyszczonego z opadłych liści miejsca. Było dość przestronnie, jak na ten gęsty las, więc mogli w spokoju poćwiczyć rozciąganie, siłę oraz równowagę, bez ryzyka, że ktokolwiek z nich mógł ucierpieć, bardziej niż to było potrzebne. Mieli tylko po dzisiejszej rehabilitacji mieć zakwasy.
— Dobrze więc… Zacznijmy od rozciągania. Musicie się rozgrzać, żeby być w stanie do dalszych ćwiczeń — zaczął Stroczkowa Łapa, zbierając kilka gałęzi, którymi będą coś robić.
Uczeń pokazał im kilka ćwiczeń rozciągających, które pokazała im Jarzębinowy Żar, po czym przeszli do drobnych skoków.
* * *
Chłodny wiatr przybierał na sile, a oni nadal byli poza obozem. Powinni byli coś złapać albo przynajmniej pozbierać.
— Powinniśmy wracać już do naszego prowizorycznego obozu — zawtórował mu Poziomkowa Polana, którego głosik zaszedł chrypką.
— Dobrze, zasłużyliście na odpoczynek. Powiem z chęcią Jarzębinowemu Żaru o waszych postępach. Świetliki będą zadowolone, że powoli wstajecie na swoje łapy. — Stroczkowa Łapa posłał im uśmiech.
Porywisty Dąb odpowiedział tym samym młodszemu, jednak czuł, jak jego nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Jednak nie zamierzał zaprzestać tylko na ćwiczeniach. Wiedział, że dałby radę sam pozbierać mech na następne posłania. Podszedł do ucznia i popatrzył na niego z góry. Stroczkowa Łapa przy nim był malutkim kotem.
— Spróbujmy jeszcze nazbierać trochę mchu, na nasze posłania. Nie możemy wychodzić poza obóz i nie robić cały dzień, tylko dlatego, że mieliśmy wypadek po drodze do tego miejsca. Powinniśmy ulżyć pozostałym, nie jestem starszym, żeby się obijać cały dzień! — zerknął na Poziomkową Polane, który nie wykrzesał z siebie takiego samego zapału do pracy, co on — No co?! Ileż można siedzieć i bezradnie przypatrywać się, jak inni dookoła ciężko harują!
— Powinniśmy wracać do obozu. Jest mi zimno, Porywisty Dębie… — powiedział pod nosem speszony Poziomkowa Polana.
“Wiedziałem zawsze, że jesteś takim tchórzem i obibokiem. Jak tak można…”
— Porywisty Dębie, zbiorę to za ciebie, a teraz wracajmy…
Otworzył pysk, by nie zgodzić się z młodym kocurem, jednak po chwili go zamknął. Nie będzie się kłócił z dzieckiem. Cała trójka wróciła do obozu i rozeszli się po legowiskach. Stroczkowa Łapa schował się w lecznicy, natomiast on wraz z Poziomkową Polaną weszli do swojego.
* * *
— Dzięki ci Stroczkowa Łapo — powiedział z trudem.
Czuł się żałośnie, że nie mógł pomóc innym Świetlikom. Chciał też jakoś się przydać.
< Stroczkowa Łapo? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz