Przeszłość, jeszcze za czasów Pory Opadających Liści
Tawułowa Łapa razem ze Skrzydlatą Łapą udała się do kociarni, w której było dość duszno i gwarno. Na jednym z posłań leżała Źródlana Łuna ze swoimi kociętami, a tuż obok znajdowała się Postrzępiony Mróz ze swoim niebieskim synkiem; jedynym na tyle zdrowym, aby mógł być przy niej cały czas. Tawuła poruszyła uszkiem, spoglądając w kierunku wyjścia ze żłobka, mając nadzieję, że uda jej się stąd dojrzeć legowisko Ćmiego Księżyca. To właśnie w nim walczył o życie drugi z malców. W pewnym momencie Postrzępiony Mróz bez słowa poderwała się z miejsca, pozostawiając swojego synka nie przykrytego, po czym opuściła kociarnię. Jastrzębi Zew chrząknęła, po czym podczołgując się do potomka szylkretki, polizała go po łebku, starając się uspokoić kwilące kocię. Wieczna Królowa, czując na sobie spojrzenie uczennicy, swojej własnej córki, za którą nigdy jej nie uważała, uniosła pytająco spojrzenie.
– To dla ciebie... – wymruczała, starając się powstrzymać burknięcie, gdy podsunęła pod łapę Jastrzębiego Zewu niedużego gryzonia, którego udało jej się pochwycić niedaleko Złotych Kłosów. – Dla pozostałych karmicielek przynieśliśmy kraby.
Czy pamiętała, że Jastrzębi Zew nie przepada za krabami? Oczywiście. Jeszcze jako kocię, pamiętała, gdy wieczna królowa fuknęła na jakiegoś z uczniów, który przyniósł jej skorupiaka. Sama wówczas poprosiła o jedną z odnóży zwierzęcia, którą mogła się pobawić.
Matka skinęła głową w podzięce za przyniesioną zdobycz, po czym otuliła ogonem pozostawione na legowisku kocię.
Wieczna królowa troszczyła się o kocięta, wszystkie, jakimi przyszło jej się opiekować. O Tawułę, Promyka oraz Słońce również się troszczyła. Jednak biała czuła żal do kocicy, że nie była w stanie sama poinformować o tym, że jest jej matką, czy właściwie surogatką, a to wszystko za sprawą umowy, którą zawarła z ojcami Tawułowej Łapy. Pozostawała jeszcze sprawa stanu Jastrzębiego Zewu. Kocica była niepełnosprawna, czy chciała to przyznać, czy też nie. Z trudem przemieszczała się po kociarni, zazwyczaj czołgając się po zimnym kamienistym podłożu, szorując po nim swym brzuchem. Tawule było trudno zrozumieć, dlaczego to właśnie Jastrzębi Zew zgodziła się na urodzenie potomków Mroźnego Wichru oraz Rozświetlonej Skóry. Również nie rozumiała swoich ojców i ich decyzji, że ze wszystkich kotek, które żyły w klanie oraz poza jego terenami zdecydowali się wybrać burą kocicę, która spełni ich marzenie o założeniu rodziny. Niby była wieczną królową, ale…
– Coś taka zamyślona? – zagaił Skrzydlata Łapa, dostrzegając, że przez dłuższy czas Tawuła milczała, mając spojrzenie utkwione w małym Naparstnicy, który właśnie rozdziawił szeroko swoją mordkę i ziewnął.
– Jastrzębi Zew to moja mama...
– Aha... – wymruczał, nie wydając się ani trochę zaskoczony informacją, którą podzieliła się z nim jego koleżanka. – Nie mów, że jesteś zazdrosna o to, że zajmuje się cudzymi kociętami. – Strzepnął uchem.
– Nie... Po prostu... Mimo że jest moją mamą, to nie uważa mnie za swoje kocię... Promyka i Słońce zapewne również, ale wątpię, czy ta dwójka przejęłaby się tą informacją tak samo, jak ja... Nie rozumiem, dlaczego na to się zgodziła... Mogła nas po prostu urodzić inna kotka, z klanu lub też jakaś samotniczka, a ona... mogła nas jedynie odchować... – Spojrzała na swoje łapy, zastanawiając się, dlaczego jej rodzice, chcąc wszystko ułatwić, tak naprawdę wszystko utrudnili. Nie lepiej byłoby, jakby od początku wiedziała, kto jest jej matką? Kto ojcem? Kto wujostwem? I kto dodatkowym starszym rodzeństwem?
– Oj Tawuła! Chyba zjadłaś jakąś nadgnitą piszczkę i głupoty wygadujesz! – miauknął Skrzydlata Łapa. Zbliżył się do kocicy i otarł się bokiem o jej bark. – Chodź. Ten zapach mleka i... – Urwał, skupiając spojrzenie na najmłodszych mieszkańcach żłobka, którzy nie potrafili kontrolować swoich pęcherzy. – Drażni mój nos. Mówiłaś, że chciałaś przejść się w okolicę granic z Klanem Burzy... To nadal aktualne?
~~~
Dziwnie się czuła, stojąc przy granicy, oczekując pojawienia się patrolu sąsiedniego klanu. Klanu, w którym znajdował się jej starszy przyrodni brat. Z tego, co udało jej się dowiedzieć od innych wojowników, podobno miał na imię Szakłak, a poza tym jego sierść była calutka czarna, tak jak sierść Tawułowej Łapy była cała biała.
Zamiast czarnego wojownika, dostrzegła powoli zbliżającego się w jej kierunku kremowego kota, na oko wyglądającego na jej rówieśnika. Młody wojownik lub też starszy uczeń. Podniosła się z siadu, decydując się zamienić parę słów z młodzikiem, będąc ciekawa czy Szakłak nie towarzyszy mu podczas treningu.
– Szakłak? Masz na myśli Szakłakową Barwę? To znaczy... Poczciwego Szakłaka?
– Chyba... chyba tak. Jeśli nie macie w klanie innego czarnego wojownika o tym imieniu, to tak.
– Patroluje wschodnie tereny naszych klanów przy Drodze Grzmotu – wytłumaczył niebieskooki – Jeśli chcesz, mogę mu...
– Trzmiela Łapo!
– M-muszę już iść... – Położył po sobie uszy. – Powiem Poczciwemu Szakłakowi, że o niego pytałaś. Może uda nam się spotkać na zgromadzeniu, Tawułowa Łapo...
– Dziękuję, Trzmiela Łapo! – zawołała, podnosząc się, gdy uczeń powoli kierował się w kierunku niebieskiego kocura, stojącego w oddali. Prawdopodobnie był to jego mentor lub rodzic. A może mentor i rodzic? – Będę wypatrywać twojego piaszczystego futra na zgromadzeniu! – Zadeklarowała, decydując się również obdarować ucznia prezentem za pomoc w skontaktowaniu się z przyrodnim bratem.
– To był kocur czy kotka? – spytał Skrzydlata Łapa, który w tym czasie, gdy Tawuła rozmawiała, upolował ryjówkę. Powoli się zbliżył do białej uczennicy, która została opuszczona przez nowego kolegę.
– Kocur...
– Przy nim to ty wyglądałaś na kocura.
– Dlaczego ciągle naśmiewasz się ze mnie i kwestionujesz moją płeć?!
– Przecież to są tylko żarty... – Przechylił łebek. – ...ale sama się do nich przyczyniasz. W przeciwieństwie do innych uczennic i wojowniczek nie dekorujesz swojego futra kwiatami czy najróżniejszymi świecącymi ozdobami, a krwią... – Skrzywił pysk. – Poza tym, twój zapach...
– A ty znowu o tym... Wcale nie śmierdzę!
– Nie. Nie o to mi chodzi! Po prostu, po zapachu z łatwością możesz ocenić, z kim masz do czynienia, nim rozmówca otworzy pysk i usłyszysz brzmienie jego głosu lub też będziesz mieć możliwość mu się przyjrzeć z bliska... Wiem, że tamten uczeń to kocur, a nawet nie poszedłem do niego. Natomiast twój zapach... Pachniesz jak kotka, ale również jak kocur... Nie boli cię nic?
– Łapa, ale wątpię, czy jej ból ma związek z moim zapachem... – wymruczała. – Ale przecież pachnę tak, odkąd byłam kociakiem. Już wtedy mówiłeś mi, że śmierdzę...
– Bo kocury śmierdzą. No dobrze, nie śmierdzą, tylko ich zapach jest całkowicie inny od zapachu kotek. Po prostu mocniejszy, chociaż u ciebie jest ledwie wyczuwalny. A jak trafisz na kocura, który nie dba o siebie, to on dopiero capi! Hm, może medycy nam pomogą rozwiązać zagadkę twojego zapachu? Dlaczego jest taki, a nie inny. Chociaż skoro twojej ciotki przez tyle czasu to nie zaniepokoiło, to znaczy, że nie wymagasz konsultacji medycznej...
– Albo po prostu zdecydowała się mieć przede mną tajemnicę... Chociaż chyba nie jestem ani chora, ani nie umieram, skoro mam apetyt i jestem ruchliwa. – Przeciągnęła się.
– To co, wracamy do obozu?
[trening Tawułowej Łapy - 1077 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz