Przeszłość
Wczesny poranek rozlewał się nad obozem Klanu Nocy cichym, bladoniebieskim światłem. Bliskość Pory Nagich Drzew trzymała wszystko w zimnym uścisku, lecz tej nocy była łaskawa — niebo pozostawało bezchmurne, a powietrze, choć mroźne, było nieruchome i czyste. Szron skrzypiał cicho pod łapami przechodzących kotów, połyskując na kamieniach i gałęziach, jakby Gwiezdny Klan rozsypał po obozie srebrny pył. Z oddali dochodził zapach mrozu, żywicy i świeżo upolowanej zwierzyny, zmieszany z dobrze znanym aromatem obozowego życia.
Przy wejściu do żłobka siedział Rezeda — młody kocurek, mający zaledwie parę miesięcy, lecz już uważnie wpatrujący się w świat, który pewnego dnia miał stać się jego przeznaczeniem. Jego ciało było nastroszone bardziej z chłodu niż z niepokoju, a ogon szczelnie owinięty wokół łap, by zachować resztki ciepła. Ciemne oczy Rezedy, szerokie i błyszczące ciekawością, śledziły każdy ruch w obozie, jakby chłonął wszystko naraz — dźwięki, zapachy i obrazy, które układały się w opowieść o Klanie Nocy.
Z tej perspektywy widział niemal wszystko. Wojownicy wracali właśnie z porannego patrolu, strząsając z futer drobinki rosy i wymieniając krótkie, przyciszone uwagi. Ich kroki były pewne, a spojrzenia czujne — nawet w tak spokojny poranek nie zapominali, że granice klanu muszą być strzeżone. Starsze koty powoli opuszczały swoje legowiska, kierując się ku słońcu, które dopiero zaczynało wspinać się ponad niemal puste korony drzew. Z kolei uczniowie, jeszcze zaspani, lecz pełni energii, kręcili się nerwowo przy swoich mentorach, gotowi na kolejny dzień nauki.
Rezeda obserwował to wszystko w ciszy, czując, jak w jego piersi rodzi się ciche podekscytowanie. Choć był jeszcze zbyt młody, by brać udział w klanowych obowiązkach, wiedział, że pewnego dnia dołączy do tego rytmu — do porannych patroli, polowań i zebrań pod otwartym niebem. Teraz jednak jego zadaniem było patrzeć i zapamiętywać. Każdy ruch ogona wojownika, każde krótkie skinienie głową miało dla niego znaczenie, jakby stanowiło fragment większej tajemnicy, którą dopiero miał poznać. Centuria, jego siostra, powiedziała mu, że niedługo i oni zostaną uczniami. Mówiła, że Mandarynkowa Gwiazda planuje mianować ich bardzo niedługo.
Z wnętrza żłobka dobiegało ciche mruczenie królowych i piskliwe odgłosy innych kociąt, jeszcze pogrążonych w półśnie. Rezeda na moment odwrócił głowę, wsłuchując się w znajome dźwięki. Niedawno w żłobku pojawiła się czwórka nowych kociaków. Nie miał jeszcze okazji ich zobaczyć ani o nie zapytać. Po chwili znów skupił uwagę na obozie. Cisza poranka była niemal uroczysta, przerywana jedynie trzaskiem zamarzniętej gałązki lub stłumionym nawoływaniem kota wydającego polecenia.
Choć zbliżająca się Pora Nagich Drzew miała być surowa, a zapasy klanu musiały być zagospodarowane z rozwagą, w obozie panowało poczucie bezpieczeństwa. Bezchmurne niebo nad Klanem Nocy zdawało się obiecywać spokojny dzień, a brak wiatru sprawiał, że nawet chłód wydawał się mniej dokuczliwy.
****
Poranne światło zdążyło już nieco wzmocnić swój blask, gdy Rezeda wciąż siedział przy wejściu do żłobka. Słońce wspinało się leniwie po bladym, zimowym niebie, odbijając się w śniegu tak jasno, że trzeba było mrużyć oczy. Obóz Klanu Nocy tętnił cichym ruchem — nie chaotycznym, lecz uporządkowanym, jakby każdy kot znał swoje miejsce w tej codziennej choreografii. Rezeda chłonął ten widok z uwagą, próbując zapamiętać jak najwięcej, gdy nagle czyjś cień padł na śnieg tuż obok niego.
— Znowu tu siedzisz i się gapisz? — rozległ się znajomy, lekko kpiący głos.
Rezeda nie musiał podnosić wzroku, by wiedzieć, do kogo należał. Centuria. Jego siostra, urodzona w tym samym miocie, lecz jakże inna. Uniósł głowę i spojrzał na nią spokojnie, choć w głębi serca poczuł lekkie ukłucie irytacji. Centuria stała wyprostowana, z wysoko uniesioną głową i ogonem ułożonym w idealnym łuku, jakby już teraz była wojowniczką, a nie zaledwie kilkumiesięcznym kociakiem. Rezeda nie przepadał za nią tylko dlatego, że zawsze w niego powątpiewała, nieważne co by powiedział. Czasami doprowadzało go to do szaleństwa. Nigdy nie mogła się zgodzić, zawsze się kłóciła, nawet jak nie miała racji. Czasami miał wrażenie, że robiła tak tylko z nim. Kiedyś, była o wiele mniej śmiała. Chociaż czasami nadal było w porządku.
— A ty znowu musisz to komentować? — odparł Rezeda chłodno. — Nikomu nie przeszkadzam.
Centuria prychnęła cicho i usiadła naprzeciw niego, tak blisko, że ich łapy niemal się stykały. Upewniła się, że zasłania mu widok.
— Może nie przeszkadzasz, ale wyglądasz, jakbyś próbował zapamiętać każdy ruch wojowników. — Uśmiechnęła się z lekkim chichotem. — Jakbyś się martwił, czy na pewno będziesz godny mianowania.
Rezeda zmrużył oczy.
— Nie martwię się — skłamał. — Po prostu… lubię patrzeć.
— Jasne — mruknęła Centuria. — Ja nie muszę się martwić. Wszyscy wiedzą, że będę świetną uczennicą. Może nawet najlepszą w całym klanie. — Jej głos był lekko żartobliwy.
Rezeda odwrócił wzrok, skupiając się na śladach łap na śniegu. Czasami miał wrażenie, że Centuria mówiła rzeczy, z którymi sama się nie zgadzała. Trochę jak on. Był pewny, że ona też się martwiła mianowaniem.
— A co z Fląderką? — zapytał nagle Rezeda, bardziej po to, by zmienić temat, niż z ciekawości.
Centuria zesztywniała na ułamek sekundy, lecz szybko odzyskała swój wyraz twarzy. Jej ogon drgnął nerwowo.
— Co z nią? — rzuciła obojętnie.
— No wiesz… — Rezeda zawahał się. — Też będzie mianowana. Razem z nami.
Centuria zaśmiała się krótko, bez cienia humoru.
— Fląderka? — powtórzyła. — Jeśli w ogóle ktoś ją zauważy.
Rezeda przewrócił oczami. Rozumiał, że koty, takie jak Fląderka były traktowane inaczej, jednak, mimo że niezbyt go to obchodziło, to czuł, że jest to niesprawiedliwe. Nie lubił Fląderki. Była zbyt wrażliwa. Ciągle wyglądała, jakby się miała popłakać nawet, jak nie mówił jej nic nieprzyjemnego.
— Jest naszą siostrą — powiedział cicho, lecz stanowczo.
— I co z tego? — Centuria wzruszyła ramionami. — Jest… inna. Widzisz, jak na nią patrzą. Czekoladowe futro. Jakby była ubrudzona błotem. To nie pasuje do Klanu Nocy.
— To nie jej wina — odparł. — Nie wybrała sobie futra — dodał, jednak w głębi serca wiedział, że nieszczególnie go to obchodzi. Jego głos był obojętny, ale stwierdzał fakty. Fląderka nie miała zdania w wyborze swojego futra.
— Klan też sobie jej nie wybierał — odpowiedziała ostro Centuria. — Zauważyłeś, że rzadko kto z nią rozmawia? Że nikt nie chce się z nią bawić? To nie przypadek.
— To okrutne — wyszeptał Rezeda.
— To rzeczywistość — poprawiła go Centuria.
Rezeda przymknął na chwilę ślepia. Przed oczami stanęła mu Fląderka — cicha, zawsze trzymająca się z boku, z opuszczonymi uszami i spojrzeniem, które zdawało się wiecznie przepraszać za samo istnienie. Żal mu jej było, to tyle.
Jednak wiedział, że Centuria miała rację. Nawet jeśli nie było to w porządku, on nie mógł nic z tym zrobić. Takie były zasady, takie były tradycje, a on musiał ich przestrzegać, jeśli miał zostać kiedykolwiek uważany za równego innym członkom Klanu Nocy, którzy urodzili się tutaj. Nie to, co Rezeda i jego rodzeństwo.
— Nie wszyscy są tacy jak ty, Centurio — powiedział w końcu. Była to prawda. Na pewno znalazłby się ktoś, kto broniłby i walczył za koty takie jak Fląderka. — Nie każdy musi być idealny, by wpadać w kategorię.
— Idealny? — Centuria uśmiechnęła się krzywo. — Nie. Wystarczy, że jest silny. A Fląderka nie jest.
Zapadła chwila ciszy. Z oddali dobiegały głosy wojowników, stukot łap i trzask gałęzi.
— A my? — zapytał nagle. — Jak myślisz… jak będzie z naszym mianowaniem?
Centuria rozjaśniła się natychmiast. — Doskonale — odpowiedziała bez wahania. — Ja dostanę świetnego mentora. Kogoś, kto mnie doceni, udowodnię, że jestem silna i samodzielna. A ty… — zawiesiła głos. — Cóż. Jeśli będziesz się bardziej starał, może też sobie poradzisz. — Zachichotała.
Rezeda uniósł głowę gwałtownie.
— Co to ma znaczyć?
— To, że ciągle się wahasz — odparła Centuria. — Zamiast myśleć o przyszłości, rozmyślasz o rzeczach, które nie mają znaczenia. Gadasz coś o tym, kim mógłby być nasz ojciec. Ważne, że wiemy, kim była nasza matka. Bardzo nas kochała. Chciałaby, żebyśmy byli szczęśliwi.
Rezeda zerwał się na równe łapy.
— Dość! — syknął. — Zostaw mnie w spokoju. Będę myślał, o czym chce. — Odwrócił się i odszedł, zostawiając Centurię samą przy wejściu do żłobka. Szron skrzypiał pod jego łapami, gdy przemierzał obóz bez konkretnego celu. Irytacja utworzyła ciężki węzeł w żołądku.
Centuria była czasem naprawdę irytująca. On wolał siedzieć sam. A przynajmniej jak już, to z kotami, z którymi warto było siedzieć. Ale takich tu nie było. Wszyscy krzywo się na nich patrzyli – dzieci włóczęgi, które nie miały ojca, a w dodatku jedno z nich urodziło się czekoladowe. Czasami nie chciał się przyznawać do Fląderki, bo było to żenujące. Nie chciał być znany jako ‘brat czekoladki’. Nie było tu żadnych innych kotów w ich wieku. Wszyscy uczniowie kończyli już naukę. Rezeda czuł się samotny, tak szczerze, i dlatego rozmyślał o ich rodzinie. Ich ojciec na pewno ich nie kochał. On pewnie nawet nie wiedział, że istnieją, jeżeli w ogóle jeszcze żył. Idąc, minął stos świeżo upolowanej zwierzyny, a także legowiska wojowników. Nagle ktoś zastąpił mu drogę.
— Hej! — warknął obcy głos. — Co ty tu robisz?
Rezeda uniósł wzrok. Przed nim stał wojownik o ciemnym futrze i surowym spojrzeniu.
— Spaceruję — odparł krótko.
— Powinieneś siedzieć w żłobku — burknął wojownik. — Kociaki tylko przeszkadzają.
Coś w Rezedzie pękło.
— Nikomu nie przeszkadzam — syknął.
Wojownik prychnął.
— Jeszcze się odzywa.
Rezeda odwrócił się gwałtownie i ruszył w stronę legowiska starszyzny. Tam było ciszej. Tam nikt nie oceniał. Tam mógł na chwilę odetchnąć, zanim gniew całkiem go pochłonie. Rezeda szedł wolno, jakby każdy krok wymagał od niego wysiłku. Złość, która jeszcze chwilę temu paliła go od środka, zaczęła ustępować miejsca zmęczeniu — temu gorszemu, cięższemu, które osiadało na barkach i sprawiało, że ogon ciążył bardziej niż zwykle.
Zatrzymał się przed legowiskiem starszyzny, wykutym w naturalnym zagłębieniu skalnym, osłoniętym zwisającymi korzeniami i omszałymi kamieniami. Panował tu półmrok i cisza zupełnie inna niż w reszcie obozu — wolniejsza, spokojniejsza, jakby czas płynął tu według własnych zasad. Wsunął się ostrożnie do środka, starając się nie hałasować. Zapach starego mchu, suszonych ziół i nieświeżej ściółki uderzył go w nos.
Trzy stare kocice dopiero co się budziły.
Biedronkowe Pole leżała najbliżej wejścia, była to kotka dość wysoka, jej futro było kombinacją wzorów. Na czarny rysunek w dwóch miejscach wkradały się ciemnorude plamy. Oczy miała w łagodnym, żółtym kolorze, jednak najczęściej patrzące chłodno. Podniosła łeb i zmrużyła oczy, gdy zauważyła Rezedę.
Krabowe Paluszki przeciągnęła się leniwie nieco dalej, z cichym chrupnięciem stawów. Była drobna, ale wciąż wyglądała na zaskakująco czujną, jakby nawet sen nie był w stanie do końca odebrać jej uwagi. Jej spojrzenie szybko spoczęło na kociaku, oceniające, ale nie wrogie.
Trzecia z kocic, Nenufarowy Kielich, jeszcze spała. Jej oddech był miarowy, a bok unosił się i opadał spokojnie. Jej jasno-ciemne futro niemal stapiało się z porannym światłem wpadającym przez szczelinę w skale.
— Co ty tu robisz, młody? — mruknęła Biedronkowe Pole, ziewając szeroko. — Dopiero świt.
Rezeda zawahał się, po czym usiadł, ogon ciasno owijając wokół łap.
— Przepraszam, że przeszkadzam — powiedział cicho. — Ja tylko… mam słaby dzień. I pomyślałem, że może… mógłbym z kimś pogadać.
Kocica parsknęła krótko.
— My nie zajmujemy się niańczeniem kociąt — burknęła. — Od tego jest żłobek i królowe.
Rezeda spuścił wzrok, czując znajome ukłucie wstydu. Przez moment żałował, że tu przyszedł.
— Nie chcę, żeby ktoś mnie niańczył — odpowiedział cicho, ale szczerze. — Tylko… posłuchać. Poprowadzić normalną konwersację.
Krabowe Paluszki zmrużyła oczy, przyglądając mu się uważniej. Jej spojrzenie złagodniało.
W tym momencie Nenufarowy Kielich poruszyła się i powoli otworzyła oczy. Przez chwilę tylko mrugała, jakby próbowała zrozumieć, gdzie jest i dlaczego ktoś zakłócił jej sen. Gdy dostrzegła Rezedę, uniosła głowę.
— Spokojnie, spokojnie — powiedziała miękkim, zachrypniętym głosem. — Nie pamiętam, żeby rozmowa była zakazana o świcie.
Krabowe Paluszki rzuciła jej wymowne spojrzenie, ale nic nie powiedziała.
— Masz ciężki poranek, kociaku? — zapytała Nenufarowy Kielich, przesuwając się tak, by zrobić mu trochę miejsca. — Siadaj. Czasem najgorsze dni zaczynają się właśnie od ciszy.
Rezeda zawahał się tylko chwilę, po czym przysunął się bliżej. Ciepło bijące od starej kocicy było kojące.
— Wszystko wydaje się… niesprawiedliwe — przyznał. — Wszędzie. Czy mam po prostu się do tego przyzwyczaić?
Nenufarowy Kielich uśmiechnęła się lekko.
— Och, to akurat się nie zmieniło od pokoleń.
— Jeśli chcesz posłuchać — ciągnęła, poprawiając się na legowisku. — Mogę opowiedzieć ci historię. O Klanie Nocy. O tym, skąd przyszliśmy.
Biedronkowe Pole prychnęła, ale nie zaprzeczyła.
— Znowu te opowieści — mruknęła. — Ród królewski, stare czasy… kociak i tak niewiele zrozumie.
— Czasem rozumie się więcej, niż dorosłym się wydaje — odparła spokojnie Nenufarowy Kielich.
Rezeda podniósł głowę, a w jego oczach pojawiła się iskra. Kocica miała rację, ona rozumiała.
— Chciałbym posłuchać — powiedział.
Nenufarowy Kielich skinęła głową.
— Dawno temu — zaczęła. — Zanim Klan Nocy stał się tym, czym jest dziś, świat spowity był nieprzeniknioną ciemnością, skryty w mrokach Wiecznej Nocy. Dopiero silna chęć istnienia pierwotnych sprawiła, że kawałki nieba zaczęły się kruszyć, a następnie spadać na ziemię, dając początek nowemu życiu. Z odłamków czarnego nieba powstały koty czarne, z okruchów Srebrnej Skórki, zwanej także Drogą Mleczną, koty białe, a z kawałków księżyca i gwiazd koty srebrne i szynszylowe. Wtedy też zrodziły się koty czarno-białe, stanowiące harmonię, łączące w sobie zarówno barwy Nieba Wiecznej Nocy, jak i Srebrnej Skórki. To właśnie z tego powodu, według części członków Klanu Nocy, to właśnie te koty są na samym szczycie hierarchii. Przez to wydarzenie, spomiędzy szczelin pozostawionych na Niebie Wiecznej Nocy, wydostało się światło, wraz z kotami złotymi, które pojawiły się na ziemi razem z promieniami słonecznymi. Dało to szansę na zaistnienie innych maści, jak chociażby liliowa, powstała z rozkwitających dzięki słońcu pąków roślin, niebieska, która wyłoniła się z zaciekawieniem z błękitów wód otulających tereny pierwotnych, z piasków wygrzebały się natomiast koty kremowe, w towarzystwie powstałych z kłosów zbóż kotów płowych, a z płomieni pożaru wywołanych ostrym słońcem, koty rude. Na końcu pojawiły się koty cynamonowe, zrodzone z żyznych gleb oraz koty czekoladowe, których matką były zdradliwe, lepkie błota i muły. Z tego też powodu, zdaniem Sroczej Gwiazdy i jej podobnych, koty czekoladowe są nieczyste, brudne i niegodne. Nie są silne ani odważne, mogą jedynie ciągnąć innych w bagienne głębiny. Następstwem tych wydarzeń było powstanie takich maści jak szylkretowe i łaciate, które były skutkiem krzyżowania się maści między sobą oraz powstanie maści pręgowanych i dymnych.
Jej głos płynął wolno jak spokojna rzeka. Rezeda słuchał w milczeniu. Każde słowo zdawało się znajdować swoje miejsce w jego myślach. Gdy Nenufarowy Kielich skończyła, w legowisku starszyzny zapadła cisza.
— Pamiętaj — dodała po chwili. — Przekonania przekonaniami, ale każdy kot powinien podążać swoją ścieżką i odnaleźć swoją drogę i cel w życiu.
Rezeda siedział cicho przez chwilę, po czym skinął głową.
— Życie nie jest sprawiedliwe — kocica kontynuowała. — Ale pamiętaj, że możesz wyznaczać tylko swoją ścieżkę. Nie jesteś w stanie kontrolować wyborów innych. Czasami trzeba myśleć o sobie.
Rezeda po chwili wstał i kiwnął głową.
— Dziękuję — odpowiedział, po czym zwrócił się do wyjścia.
Rezeda opuścił legowisko starszyzny cicho, niemal na paluszkach, jakby nie chciał spłoszyć myśli, które zaczęły układać mu się w głowie. Powietrze w obozie wydawało się chłodniejsze niż wcześniej, lecz jednocześnie czystsze, bardziej przejrzyste. Zatrzymał się na skraju polany i spojrzał na koty krzątające się wokół, już bez tego samego gniewu, który pchał go wcześniej przed siebie. Zrozumiał, że nie jest w stanie zmienić spojrzeń, szeptów ani przekonań innych kotów. Nie mógł sprawić, by Centuria nagle stała się łagodniejsza, ani by Fląderka przestała być oceniana przez pryzmat swojego futra. Tradycje Klanu Nocy istniały od pokoleń i nie dało się ich podważyć jednym sprzeciwem, gniewnym słowem czy niesprawiedliwością dostrzeżoną zbyt wcześnie.
To jednak nie oznaczało, że musiał się z tym wszystkim zgadzać, ale nie musiał się też tym przejmować. Powinien skupić się na sobie, zamiast próbować zmienić to co już istnieje. Powinien dążyć do bycia kimś dobrym bez potrzeby pomagania wszystkim wokół i odbierania sobie czasu myślą o szkodzie innych kotów. W końcu, nikt tak naprawdę nie marnowałby myśli o jego szkodzie. Czemu więc on miałby to robić?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz