Przeszłość, przed śmiercią Amorphiny
— Nie spodziewałem się, że dobrze ci tak będzie szło kopanie. Czy jutro chciałbyś mi pomóc jeszcze raz z lecznicą?
Stroczkowa Łapa pokiwał chętnie głową, posyłając żółtookiemu szczery uśmiech. — Oczywiście! — miauknął. Nie mógł się doczekać, aż kontynuują pracę już niebawem.
***
Słońce leniwie wspinało się nad horyzontem, zalewając złocistym światłem obóz Świetlików. Stroczkowa Łapa przymrużył oczy, czując lekki dyskomfort z powodu tak intensywnego blasku skierowanego prosto na jego pysk. Wszędzie dookoła mieniły się liście na przeróżne, przyjemne dla oka kolory. Mokry, ziemisty zapach doleciał do nosa kocurka. Był intensywny i przez wielu uznawany za nieprzyjemny, chociaż rudy zdążył do niego przywyknąć. Przyłapał się nawet na myślach, że mu się podoba. Kojarzył mu się z grzybami, które napotykał co jakiś czas podczas przechadzek. Teraz było ich dużo więcej i znaleźć można było je na prawie każdym kroku. Jego myśli często kręciły się wokół tego, czy mógłby je zebrać i przetestować, czy bardzo by zaszkodziły temu, który by ich dotknął albo spożył. Z drugiej strony – nie znał żadnego antidotum na tego rodzaju rzeczy. Nie miał pojęcia, co najgorszego mogły zrobić grzyby kotu. Podejrzewał, że skoro nie używano ich do leczenia, to mogły być trujące, to by miało sporo sensu. Koty w obozie dzieliły się językami, wymieniając nowościami. Rudy kocurek poczuł, jak podmuchy wiatru mierzwią mu futro. Pora Nagich Drzew zbliżała się wielkimi krokami, chociaż on sam nie wydawał się przejmować jakoś szczególnie obniżonymi temperaturami – jemu raczej bardziej chodziła po głowie obawa o pobratymców, którzy tego futra mogli mieć mniej. Co za tym idzie, byli bardziej podatni na mrozy i szybciej tracili ustaloną temperaturę ciała. Ciekawe czy ktoś miał równie przykrą odporność co on? Zielonooki był niezwykle podatny na wszelkiego rodzaju choróbska – i zazwyczaj, jeśli ktoś miał chorować, to on był do tego pierwszy, mimo tak gęstych kłosów, jakie okrywały jego grzbiet. Wczoraj rozkopali dziurę, tworząc z niej przytulną lecznicę. Zastrzygł wąsami, segregując wszystkie zioła, jakie udało mu się do tej pory znaleźć wraz z Jarzębinowym Żarem. Kocurek rozrywał liście ogórecznika na paski, które potem zawijał w ciasne wiązanki. Dzięki temu zmieszczą dużo więcej i może zioła będą dłużej świeże.
Do jego uszu dotarło gdzieś z oddali kopanie. Wszyscy ostatnio pracowali zawzięcie i robili, co tylko było w ich mocy, żeby polepszyć zaistniałe warunki. Rozkopywali tunele, wojownicy polowali i przynosili każdy łup prosto na starannie ustawiony stos zwierzyny. Poranny patrol zdążył już dawno wyruszyć i za niedługo powinien wrócić. Ciekawe co dzisiaj złapią? Czy nie będą musieli wysyłać ich ponownie, żeby zapolowali więcej? Stroczkowa Łapa sięgnął po wysuszoną mysz, a także drugą, w lepszym stanie. Po paru uderzeniach serca podał tą ładniejszą swojej mentorce. Przysiadłszy wygodnie, zabrał się za jedzenie, gdy usłyszał głośne burczenie własnego brzucha. Wgryzł się w posiłek, czując, że zdobycz zdążyła już chwilę poleżeć na stercie, biła od niej swego rodzaju nieświeżość, ale młodziak nie miał zamiaru narzekać na takie rzeczy. Jedzenie było jedzeniem, nie mogli wybrzydzać. Zaczął odrywać coraz to większe i nowsze płaty mięsa, zostawiając za sobą dobrze oskubane kostki gryzonia.
Skończywszy, odłożył pusty szkielecik gdzieś na bok, oblizując policzki po skończonym posiłku. Zamruczał z zadowoleniem i przysiadłszy, owinął ogon szczelnie wokół łap. Zabrał się za poranną toaletę. Ostatnio utworzyły mu się kołtuny, których wolałby unikać. Rozplątywanie ich było czymś, czego bardzo nie lubił robić, zawsze zajmowało to tak długo, a efekty nie zawsze były takie, na jakich mogło mu zależeć. Ponadto często plątały mu się łapy i szarpanie za futro było bardzo bolesne.
***
Radosny śpiew ptaków poniósł się echem po obozie. Mokre liście szeleściły pod łapami Stroczkowej Łapy, gdy zmierzał pospiesznie przez azyl. Dzisiaj pomagał trochę Mglistemu Snowi z rozkopaniem legowisk. Czuł lekki dyskomfort w okolicach mięśni, jednak był szczęśliwy. Przydał się dzisiaj na coś, to było naprawdę miłe uczucie. Rehabilitacja Poziomkowej Polany oraz Porywistego Dębu szła nawet pomyślnie, z pewnością jeszcze trochę zajmie im dojście do siebie, jednakże byli na naprawdę bardzo dobrej drodze. Byli również w dobrych łapach, mimo może nieco niesprzyjających warunków momentami. Położył się w swoim posłaniu, nakrywając nos puchatym ogonem. Prędko zapadł w sen, czując przyjemne ciepło. Jego bok zaczął unosić się, a potem delikatnie opadać.
Z rana wyciągnął łapy daleko, wysuwając pazury i wyginając grzbiet w łuk. Wyszedł na polanę z zaciekawieniem na mordce, rozglądając się za czarnym kocurem. Dzisiaj też miał ochotę mu pomóc, rozkopywanie nór dobrze mu szło, a miał świadomość, że brakowało im jeszcze tej przeznaczonej dla przywódcy. Żółtooki wręcz jak na zawołanie pojawił się przed jego oczami, jakby wyrósł z ziemi niczym wiekowa roślina pokryta korą.
Kocurek podszedł do niego żwawo, postawiwszy uszy. — Mglisty Śnie, czy mogę i dzisiaj ci pomóc? — zapytał.
Starszy pokiwał głową z delikatnym uśmiechem. Rudy poczuł, jak po piersi rozpływa mu się przyjemne uczucie. Jarzębinowy Żar poradzi sobie chwilę bez niego. Potem do niej wróci i pomoże, jeśli będzie taka potrzeba.
Skierowali się do nory zasypanej gęstą, zbitą ziemią. Stroczkowa Łapa ostatnim razem bardzo zwinnie i starannie wykopał to, co mu przydzielono, dlatego i tym razem miał już jakieś pojęcie, z której strony w ogóle należało to ugryźć. Jego lekki ból mięśni nadal mu doskwierał, był bardzo drobnej budowy, aczkolwiek nie zamierzał tak łatwo się poddawać. Zaczął kopać u boku pobratymcy, wkopując się coraz głębiej i głębiej, rozrywając także górne części, które nie były konieczne. Niepotrzebne, cienkie korzenie nieznanego pochodzenia wyrywał niczym chwasty, których jakiś czas temu w obozie było niezwykle sporo, wojownicy zdążyli wynieść lwią część z nich, żeby nikomu przypadkiem nie przeszkadzały. Stroczek, oczywiście, starał się też o to, żeby ziemia mu przypadkiem nie zawaliła się na łeb, w takiej sytuacji łatwo było o zasypanie. Dobrze, że tuż za nim stał Mglisty Sen – w razie wypadku miał kogoś, kto by mu mógł od razu pomóc. Gdyby podjął się tej pracy sam, ktoś mógłby go nie usłyszeć lub nie zauważyć, a on udusiłby się pod gęstą ziemną skorupą, która nie przepuszczała żadnego powietrza. Jak o ziemi mowa, sporo z niej zsypywało się na jego grzbiet garściami. Kawałki osadziły się na jego śnieżnobiałych kłosach, a reszta spadła z głuchym trzaskiem. Będzie czekała go porządna toaleta, jak tylko skończą, zresztą Mglisty Sen najprawdopodobniej też.
Gdy zrobili konkretny postęp, Stroczkowa Łapa zauważył, że słońce powoli chyli się ku zachodowi. Spędzili tu naprawdę wiele czasu! Zerknął na starszego, poruszając ogonem delikatnie na boki z podekscytowania.
— Mglisty Śnie, czy możemy kontynuować resztę jutro? Jarzębinowy Żar może być na mnie zła, jeśli będę za długo poza lecznicą — mruknął, robiąc duże oczka.
[1051 słów - trening medyka]
<Mglisty Śnie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz