BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłkowa Bryza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jabłkowa Bryza. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Kurkowej Pieśni

Ciernie wbijały się mu w skórę. Syknął cicho, z całej siły próbując zignorować ból. Mocniej zacisnął zęby na łodydze kwiatu i pociągnął, odrywając go od krzaku. Wypuścił zdobycz z pyska, dysząc ciężko. Całe ciało piekło go od zadrapań, jednak rozpierało go zadowolenie. W dzień taki jak ten musiał mieć specjalny prezent dla przyjaciela! Dobranie się do tej części krzewu zabrało mu dłuższą chwilę, ale zerwana róża była nieporównywalnie piękniejsza od wszystkich pozostałych. Dla Kurki było warto.
To, że podsłuchał plany Jesionowej Gwiazdy, było całkowitym przypadkiem. Nigdy nie posunąłby się do śledzenia przywódcy, bez znaczenia jak bardzo nie popierał niektórych jego decyzji. Zabierał swoją porcję pożywienia ze stosu zwierzyny, gdy dosłyszał cichą rozmowę pomiędzy liderem a mentorem Kurkowej Łapy. W tamtej chwili w jego głowie pojawił się wspaniały pomysł.
Miał tylko nadzieję, że nie spóźnił się na ceremonię.
Przemknięcie przez terytorium Klanu Nocy, które po wojnie z Klanem Klifu było większe niż kiedykolwiek wcześniej, zajęło mu zbyt dużo czasu. Co, jeśli zgromadzenie Klanu już się zakończyło?! Był pewny, że Kurka nie wybaczyłby mu nieobecności podczas tak ważnego wydarzenia. Przecież… byli przyjaciółmi, nawet jeśli rudzielec przez cały czas dawał mu do zrozumienia, że wolałby, gdyby Jabłkowa Bryza był Sarnim Susem. Point musiał go wspierać, musiał być przy nim w trudnych chwilach. W końcu… w końcu Kurka miał do niego żal, że kiedyś go opuścił. Czemu nagle miałby chcieć, by ponownie go zostawił?
Znalazł się w obozie w ostatniej chwili. Tłum nocniaków zebrał się wokół (jak liliowy domniemywał) świeżo mianowanego wojownika, skandując jego imię. Pierś pointa wypełniła duma. Minęło tyle czasu, od kiedy razem bawili się w żłobku. Zdarzyło się tyle, tragedii, które sprawiły, że Jabłuszko powoli zaczął tracić nadzieję w to, że kiedykolwiek będą mieli dobrą przyszłość. A jednak Kurkowa Pieśń (o Klanie Gwiazdy, jak to dumnie brzmiało!) stał przed Klanem Nocy, świętując swoje mianowanie.
Jabłkowa Bryza nie mógł być szczęśliwszy.
Powoli zaczął przepychać się przez tłum. Ciepło wypełniło jego pierś, gdy złapał spojrzenie rudzielca. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a Jabłuszko miał wrażenie, że na chwilę odebrało mu mowę. Nim zdążył się spostrzec, stał pochylony nad wojownikiem.
– Tak się cieszę, że wreszcie zostałeś mianowany – wyszeptał mu do ucha. Ta chwila wydawała się taka intymna, taka bliska. Nie chciał, by ktokolwiek z zewnątrz im ją przerwał. – Jestem z ciebie naprawdę dumny…
W tej chwili poczuł piekący ból przebiegający przez pysk. Sapnął z zaskoczeniem, odsuwając się o krok. Ze zdezorientowaniem wpatrywał się w odbiegającego rudzielca, niezdolny do ruchu.
– To moja wina! Zajmę się tym! – rzucił po chwili, próbując przecisnąć się przez tłum. Musiał znaleźć Kurkę, musiał to wszystko naprawić. Strach ścisnął mu gardło. Co, jeśli Kurka zamierzał sobie coś zrobić?! Nie, nie mógł pozwolić kolejnej osobie go opuścić!
Wybiegł z obozu niemal tak szybko, jak się w nim pojawił. Miał wrażenie, że łapy zaraz odmówią mu posłuszeństwa. Nie mógł pozwolić Kurce wpakować się w niebezpieczeństwo! Z każdą chwilą ogarniało go mocniejsze przerażenie. Kluczył między krzakami, próbując wyłapać zapach rudzielca wśród dziesiątek innych woni kotów Klanu Nocy. Najmocniejszy trop prowadził w stronę siedliska Dwunożnych.
Czego Kurka mógł chcieć od Dwunogów?
Nagle uderzyła go myśl straszliwa i możliwa jednocześnie. Czyżby wojownik tak go nienawidził, że wolał zostać pieszczoszkiem dwunogów?! Przez jego ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Przecież… przecież Kurka go potrzebował, prawda?! Jego wsparcie musiało coś znaczyć. Nie, nie mógł stracić tej relacji! Jego oddech przyśpieszył. W panice przyśpieszył kroku, mijając grządkę kwiatów o upojnym, słodkawym zapachu.
Kurka nie mógł go zostawić.
Zapach wojownika z każdą chwilą stawał się mocniejszy. Jabłkowa Bryza rozglądał się nerwowo, nie mogąc dostrzec przyjaciela. Zgniecione pokrzywy wyraźnie wskazywały na jego obecność w okolicy. Co działo się z rudzielcem? Czy ktoś go zaatakował? Czy wpadł w kłopoty? Point ze zdenerwowaniem zastrzygł uszami, wręcz biegnąc przez las.
Wtedy go zobaczył.
– Kurko! Kurko! – krzyk sam wydobył się z jego gardła. Rudzielec odwrócił się gwałtownie. Jego futro wyglądało gorzej niż zwykle, a mimika wskazywała na to, że nie był zadowolony z zobaczenia liliowego. – Klanie Gwiazdy, nawet nie wiesz, jak się o ciebie martwiłem – wymruczał Jabłko. Kurkowa Pieśń skulił się i zjeżył, prychając głośno. Point przystanął. Nie rozumiał niczego. Czemu przyjaciel go tak traktował? Czemu nie pozwalał mu sobie pomóc? – Przepraszam cię za to, co zrobiłem podczas mianowania – miauknął, nie bardzo wiedząc, za co dokładnie przeprasza. Czy rzeczywiście go skrzywdził? Przecież próbował tylko zrobić mu przyjemność. – Czy możemy iść do domu?
Kurka wyraźnie miał problem ze skupieniem wzroku na jednym punkcie. Wydawało się, że szukał kogoś spojrzeniem. Jego rysy na zmianę łagodniały i stawały się ostre. Czy wybaczył Jabłku jego wybryk? Point niepewnie zrobił kilka kroków w jego stronę.
– Byłem szczęśliwy – syknął Kurkowa Pieśń z wyraźną pretensją w głosie. – Nie chcę z tobą wracać.
Rudzielec z każdą chwilą coraz mocniej chwiał się na nogach. Jabłuszko przystanął, mierząc go pełnym współczucia spojrzeniem.
– Możemy tu na chwilę zostać, jeśli tylko chcesz – zamruczał i wysilił się na łagodny uśmiech. Drugi wojownik wydał z siebie pełen zdenerwowania warkot.
– Idź sobie – burknął. Przez ciało liliowego przeszedł dreszcz. Nie mógł zostawiać przyjaciela w takim stanie! Kurkowa Pieśń potrzebował go. Wysłuchanie jego prośby było niemoralne.
– Kurkowa Pieśni! – krzyk Kasztanowego Dołu uratował go od podejmowania decyzji. Kocur wyłonił się zza krzaków, niemal natychmiast znajdując się przy rudzielcu. – Co się z tobą stało? Musimy cię natychmiast zabrać do obozu – wypalił szybko, podpierając wojownika, który wyglądał, jakby zaraz zupełnie miał stracić kontakt z rzeczywistością. Jabłko szybko podbiegł od drugiej strony. Był taki wdzięczny, że starszy członek Klanu Nocy przybył na czas. Kurka spiął się. Wyglądał, jakby chciał się sprzeciwić Kasztanowemu Dołowi, jednak zachował ciszę. Razem mogli pomóc wyraźnie cierpiącemu Kurce! Wiedzieli, co było dla niego najlepsze.
Rudzielec wydał z siebie niezrozumiały bełkot. Z każdą mijającą sekundą jego krok stawał się coraz bardziej chwiejny. Jabłko zamruczał ze współczuciem. Cokolwiek Kurkowa Pieśń zażył, działo na niego bardzo mocno.
– Wszystko będzie dobrze – obiecał cicho, a przyjaciel odwrócił głowę w jego stronę, wyglądając, jakby chciał odszczeknąć coś nieuprzejmego. Jednak zamiast tego jego spojrzenie skupiło się na czymś, co znajdowało się za liliowym. Jego mięśnie rozluźniły się, z oczy wypełniły łzy.
– Ja… potrzebuję cię – wymamrotał niewyraźnie. Pierś Jabłkowej Bryzy wypełniło ciepło. Kurka go potrzebował!
– Nigdy cię nie opuszczę – zamruczał.
Nie zamierzał złamać tej obietnicy.

***
po wojnie z Klanem Wilka i Klanem Burzy

Nie widział bitwy na własne oczy, jednak potrafił ją sobie wyobrazić. Nieruchome ciało Orzechowego Zmierzchu. Gardło Zbożowego Pola, rozszarpane przez pazury przeciwnika. Zniknięcie Rudzikowego Śpiewu. Czy on też był martwy?
Wielki Klanie Gwiazdy, ratuj ich.
Kurkowa Pieśń siedział obok, wpatrując się w gwiazdy. Nierówny, świszczący oddech pointa przerywał ciszę. To nie było sprawiedliwe. Nie powinni tak cierpieć. Nie powinni być uwięzieni na tej durnej wyspie.
– Nie będzie lepiej, prawda? – wydukał, powstrzymując łzy. Rudzielec wydał z siebie ciche westchnięcie. Ich relacja nieco poprawiła się od czasu, gdy Echo zachorowała. Kurka wydawał się mniej odległy, bardziej chętny do rozmów. Jabłko lubił ten stan.
– Kogo próbujesz oszukiwać, myśląc, że będzie? – parsknął. Liliowy skulił się, przytłoczony wizją wiecznej rozpaczy.
– Ja… nie wiem – pokręcił głową powoli. – Po prostu… Chciałem być szczęśliwy. Chciałem przestać żyć przeszłością.
– Jesteśmy naszą przeszłością – burknął Kurka. – Jesteśmy każdą cholerną raną, którą nam zadali. Nie będziemy szczęśliwi. – Na chwilę odwrócił wzrok od gwiazd, rzucając krótkie spojrzenie w stronę Jabłka.
– Spędzanie czasu z tobą mnie uszczęśliwia – mruknął niepewnie liliowy, wpatrując się w przyjaciela z oczekiwaniem. Kurkowa Pieśń skrzywił się.
– W takim razie twoje życie jest naprawdę smutne. – Odwrócił wzrok. Liliowy westchnął cicho. Strata partnerki, przyjaciela, dziecka bolała go. To nie był tylko ból psychiczny, nie, to było uczucie porównywalne do tysięcy różanych cierni wbijających się w jego skórę. Gdyby ten głos, który tak często namawiał go do złego, powrócił, poddałby się jego błaganiom, niezdolny do oporu.
– Po prostu… zostać ze mną dzisiaj w nocy – poprosił cicho. Kurkowa Pieśń nie odpowiedział.
Mimo to został z nim aż do wschodu słońca.

***

Jabłkowa Bryza nie czuł się dobrze.
Oczywiście było lepiej niż zaraz po bitwie, która zmusiła Klan Nocy do wycofania się na wyspę. Jednak ta pustka po utraconych ukochanych była trudna do wypełnienia. Zbożowe Pole obiecał mu kiedyś, że zawsze będzie go chronił. Point czuł się bezbronny bez jego towarzystwa. Nie musieli być ze sobą blisko, nie musieli nawet rozmawiać – wystarczyłaby jego obecność. Podoba sytuacja była z Orzeszką, z którą relacja mocno osłabiła się od czasów, gdy rozpoczęli związek. Żałował, że lepiej nie wykorzystał ich wspólnego czasu.
Przynajmniej Echo i Rudzik wreszcie do niego wrócili. To powinno go pocieszyć, prawda?
Istniało jednak coś, czego niezmienność sprawiała, że czuł się bezpiecznie – relacja jego i Kurki. Jabłkowa Bryza wiedział, że rudzielec go potrzebował, mimo tego, ile razy go odrzucał. Lubił spędzać z nim czas i doceniał momenty, gdy mógł wyczuć ciepło płynące od kocura. Nie obchodziło go, że często ranili siebie nawzajem. Byli razem i to się liczyło.
To była jego nadzieja na lepszą przyszłość.
– Potrzebuję coś poczuć – mruknął pewnego poranka, zwinięty w swoim posłaniu. Kurka podniósł na niego zmęczone spojrzenie. Rudzielec nie dbał o siebie szczególnie od śmierci Żabki, jednak nawet po nim widać było skutki głodu w Klanie. – Chcę być szczęśliwy.
– W tym ci nie pomogę – parsknął młodszy wojownik. – Tylko Sarenka i Żabka potrafiły sprawić, że byłem szczęśliwy. Bez nich nic nie ma sensu.
Jabłuszko nie odpowiedział na wspomnienie o martwych partnerkach przyjaciela. Wlepił wzrok w wyjście z legowiska, pragnąc jedynie, by śnieg wreszcie przestał padać. Kiedyś uwielbiał Porę Nagich Drzew. Pamiętał, że za kocięcych czasów nic go tak nie uszczęśliwiało, jak zabawa w białym puchu.
– Chciałbym zapomnieć o tylu rzeczach – westchnął cicho. Uderzyło go pragnienie powrotu do dzieciństwa. Strzepnął uszami. Obiecał sobie, że przestanie żyć przeszłością. Chociaż czy to właściwie miało sens? Tak bardzo chciał w końcu skupić się na przyszłości. Powinien tworzyć nowe wspomnienia, powinien czuć szczęście. Gdy przestawał coś robić, gdy się zatrzymywał, dopadały go wspomnienia o śmierci najbliższych, o żalu, o bólu. Nie mógł tak żyć. – Zróbmy coś głupiego – zniżył głos do szeptu, a jego oczy zabłysły. Kurka popatrzył na niego z niepewnością. – Zapomnijmy o rzeczywistości. Zabawmy się – zaproponował. Rudzielec skrzywił się i wyglądał, jakby zamierzał odmówić. – Proszę Kurko – mruknął szybko Jabłuszko. – Nic się przecież nie stanie – obiecał, wpatrując się w przyjaciela błagalnie. Pragnął całym sercem, by się zgodził.
– Chodź – burknął po chwili wahania.
Wychodzenie z obozu pod pretekstem polowania było łatwiejsze niż kiedykolwiek – zwierzyny i tak nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Jabłkowa Bryza bez słowa podążał za przyjacielem. Czy rzeczywiście powinni to robić? Jego pomysł z każdą chwilą wydawał się coraz głupszy. Mróz szczypał go w pysk, a futro niemal od razu przemokło mu od śniegu. Podróż do legowiska Dwunożnych była trudniejsza niż zazwyczaj. Gdy wreszcie znaleźli się przy Drodze Grzmotu, Jabłko skrzywił się. Gdy Psia Łapa żył, przychodził tu stosunkowo często. Nie był pewien jakim cudem nigdy nie został za to pociągnięty do odpowiedzialności.
Kurkowa Pieśń wyraźnie dobrze znał obraną trasę, zwinnie lawirując między ogrodzeniami. W końcu znaleźli się przed dużym, drewnianym legowiskiem. Wyglądało na zaniedbane w porównaniu do tych należących, z którymi sąsiadowało. Rudzielec bez wahania przedostał się przez dziurę w wejściu, a Jabłko podążył za nim. Znaleźli się w zagraconym wnętrzu, którego zapach wskazywał na niedawną obecność Dwunożnych. Kurka zaczął węszyć po otoczeniu, wyraźnie czegoś szukając.
– Jesteś pewien, że to bezpieczne? – zapytał point, nagle tracąc pewność siebie.
– Sam tego chciałeś – parsknął rudzielec, wyłaniając się zza rogu. W pysku niósł kilka kawałków nieznanych Jabłku grzybów. Liliowy spojrzał na niego pytająco. – Spróbuj tego – zaproponował, kładąc przed przyjacielem zdobycz. Point stał przez chwilę bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić. Czy naprawdę tego chciał? Czy to był jego sposób na radzenie sobie z bólem? Jednak gdy uderzyło go wspomnienie o śmierci Orzeszki, decyzja podjęła się sama.
Nie miał nic do stracenia.
Początkowo nie czuł zupełnie nic. Czy Kurka postanowił go oszukać, zdając sobie sprawę, jak beznadziejny był jego pomysł? Powoli zaczęła ogarniać go senność. Ziewnął i spojrzał na przyjaciela, oczekując jakiejś reakcji. Kocur mamrotał coś pod nosem, leżąc na zimnej ziemi i wpatrując się w niewidoczne niebo. Jabłko zmarszczył brwi. Na co patrzył rudzielec? Powinni wracać do domu, skoro wojownik nie chciał spełnić jego prośby.
I wtedy zaczął to widzieć.
Kolory były piękniejsze niż zwykle. Rzeczywistość stanęła przed nim otworem, pokazując swoje sekrety. Jabłkowa Bryza westchnął z zachwyceniem, kładąc się obok przyjaciela. Ich świat był tylko niewielką częścią całości, trzymaną w łapach przez wszechmocną istotę. W każdej chwili mogli zostać zgnieceni, wyrzuceni, bo nie mieli żadnej wartości w obliczu wszechświata. Czy było coś więcej? Kto był najwyżej w tej boskiej hierarchii?
Odwrócił głowę w stronę Kurki i westchnął z zachwytem. Kocur wyglądał przystojniej niż zwykle. Narcyzy wplecione w jego futro kiełkowały, z każdą chwilą porastając większą część jego ciała.
– To jest wspaniałe – wyszeptał point. Nie wiedział, od jak długiego czasu znajdowali się w tym miejscu. Czas zaginał się, rwał, falował niczym liść na wietrze.
– Wiem o tym – zaśmiał się Kurka, a jego śmiech brzmiał tak pięknie, tak czysto niczym motyl wzbijający się do lotu. Kiedy ostatnio Jabłuszko słyszał jego śmiech? – Ona jest wspaniała – wymruczał niewyraźnie rudzielec, uśmiechając się delikatnie.
Jabłkowa Bryza w życiu nie widział niczego tak pięknego.
– Ucieknijmy stąd – słowa same wypłynęły z jego pyska. Tak, to był wspaniały pomysł! Zadrżał z podekscytowania, wpatrując się z wyczekiwaniem w Kurkę.
– O czym ty mówisz? – parsknął kocur, nagle skupiając spojrzenie na nim zamiast na czymś znajdującym się w pustej przestrzeni.
– Nie rozumiesz! Jestem całkowicie poważny – zachichotał Jabłko. – Ucieknijmy. Nic nas tutaj nie trzyma. Możemy odejść – wydał z siebie pomruk rozkoszy. – Możemy wreszcie być razem szczęśliwi.
– Przestań – warknął Kurka, jednak point nie słyszał agresji w jego głosie. Był otoczony wspaniałymi kolorami, pięknym wszechświatem i kocurem, którego uwielbiał.
– Nigdy z ciebie nie zrezygnuję – zamruczał. Kurka nerwowo rozejrzał się po otoczeniu, jakby szukając wsparcia wśród nieistniejących towarzyszy. – Nie zawiodę cię. Nie ucieknę od ciebie. Już nigdy cię nie porzucę. – Zbliżył się do kocura. Zapach narcyzów przypominał mu zapach bezpiecznego żłobka. – Odejdźmy stąd razem.
Jego spojrzenie było wypełnione uwielbieniem. Kurka był wspaniały niczym calutki wszechświat, to on był wszechmocną istotą, która mogła decydować o losach Jabłka. Point zrobiłby wszystko, by na zawsze zostać u jego boku. Kurka był jego szczęściem, jego nadzieją, jego miłością.
– Nie chcę z tobą rozmawiać – warknął kocur, podrywając się i jeżąc. Jabłkowa Bryza spojrzał na niego z zaskoczeniem. Nie rozumiał dlaczego Kurkowa Pieśń zareagował w ten sposób. Nie rozumiał, czemu rudzielec wybiegł z legowiska dwunożnych w takim pośpiechu. Nie rozumiał, czemu został sam, a narcyzy przestały tak słodko pachnieć.

***

Kurkowa Pieśń po raz kolejny go unikał. Przeniósł swoje posłanie na drugi koniec legowiska. Nie rozmawiał z nim podczas wspólnych patroli.
Jabłkowa Bryza nie miał pojęcia, jak to naprawić.
Z każdym dniem sumienie gryzło go coraz mocniej. Czy nieświadomie obraził przyjaciela? Nigdy nie chciał dodawać mu zmartwień swoim zachowaniem. Powinien go przeprosić. Przecież we wszystkich poprzednich sytuacjach tego typu rozmowa działała! Przez chwilę złościli się na siebie, a potem wracali do bezpiecznej normalności.
Point tęsknił za tym spokojem.
Nie miało znaczenia, ile przykrych rzeczy rudzielec miał mu do powiedzenia. Nie miało znaczenia, że znowu stwierdzi, że mógł być szczęśliwy tylko przy Żabce i Sarence. Ważna była sama jego obecność, samo poczucie, że miało się do kogo wrócić. Kurkowa Pieśń potrzebował Jabłkowej Bryzy. Point widział to, gdy pocieszał go w najgorszych momentach i wtedy gdy dotrzymywał mu towarzystwa podczas najszczęśliwszych chwil.
To dawało mu nadzieję.
Liliowy bynajmniej nie aranżował wspólnego polowania z przyjacielem. Ze względu na to, że pamiętał, co działo się ostatnio, gdy bezpośrednio poprosił zastępcę o udanie się na patrol z Kurką, wolał po prostu poczekać, aż los się do niego uśmiechnie.
Stało się to zaskakująco szybko.
Razem z Kurką przemierzał zaśnieżone terytoria Klanu Nocy w poszukiwaniu zwierzyny. Nie był pewien, kto miał jeszcze nadzieję na znalezienie czegokolwiek większego – on na pewno ją stracił wiele dni temu. W niektórych partiach lasu przedzieranie się przez zaspy było wręcz niemożliwe.
Jednak chłód bijący od Kurkowej Pieśni był o wiele gorszy niż mroźna pogoda. Jabłkowa Bryza szedł za nim bez słowa, próbując zbudować sobie scenariusz konwersacji w głowie. Nie zrobił przecież nic złego, prawda? Rudy nie powinien się na niego mocno gniewać.
– Kurko… Czy możemy porozmawiać? – wypalił po dłuższej chwili milczenia. Drugi wojownik nie odpowiedział, jakby nie usłyszawszy pytania przyjaciela. Point przystanął, nerwowo przestępując z łapy na łapę. Wszystko musiało skończyć się dobrze. Musieli wrócić do normalności. – Wiem, że jesteś na mnie zły i rozumiem twoje uczucia, ale… – zaczął, jednak rudy niemal natychmiast mu przerwał.
– Nic nie rozumiesz – parsknął Kurkowa Pieśń, nawet nie odwracając głowy. Jabłkowa Bryza położył uszy. Powinien spodziewać się takiej reakcji. Czy nie był przyzwyczajony?
– Ale chcę zrozumieć. Nie chcę się z tobą kłócić – mruknął cicho, uśmiechając się delikatnie do przyjaciela. W jego głowie rozległ się cichy szept. Liliowy skrzywił się wyraźnie, próbując odgonić tą dziwną, prześladującą go istotę. Nie chciał dłużej słuchać tego okropnego głosu.
– Bo zawsze zależało ci na tym, żeby słuchać tego, co do ciebie mówię – parsknął Kurkowa Pieśń, odwracając się w stronę przyjaciela. Jabłuszko popatrzył na niego z zaskoczeniem. Oczywiście, że mu zależało. Zawsze słuchał rudzielca, gdy ten wspominał swoich martwych bliskich. Zawsze był przy nim, nieważne jak źle przyjaciel go traktował.
– Tak! Przecież wiesz, że zależy mi na tobie… przestań wreszcie gadać! – Cichy szept stawał się coraz bardziej natarczywy. Point potrząsnął głową, próbując się go pozbyć. Czy naprawdę nie mógł być nachodzony przez dziwny głos w innym momencie?!
– Jeśli chcesz to mogę się zamknąć – burknął urażony Kurka, wyraźnie gotowy do odejścia.
– Nie mówiłem do ciebie – zapewnił szybko Jabłuszko, nagle żałując, że próbował cokolwiek zdziałać w sprawie podszeptów. – Po prostu… Chciałem, żebyśmy mieli dobrą przyszłość. Chciałem, żebyśmy mogli zapomnieć o wszystkich złych rzeczach – zamruczał i uśmiechnął się krótko z rozmarzeniem. To była wizja na wspólną przyszłość, nad którą oboje mogli pracować. Czy nie byliby wtedy szczęśliwi?
– Nigdy nie zapomnę o Sarence i Żabce. Nikt nigdy mnie nie pokocha tak jak one kiedyś – warknął Kurkowa Pieśń. Pierś Jabłkowej Bryzy ścisnął żal. Czemu Kurkowa Pieśń nie dostrzegał tego, co dla niego robił? – Ale co ty możesz wiedzieć o przywiązaniu? Kiedy tylko miałeś okazję, uciekłeś do twojego Psiej Łapy i mnie zostawiłeś – syknął z pretensją, a point poczuł coś, czego nie miał okazji doświadczyć od dłuższego czasu.
Poczuł palącą, rozdzierającą wściekłość. Zjeżył futro i wydał z siebie cichy warkot. Kurkowa Pieśń nie miał prawa mówić w taki sposób o tamtym wydarzeniu. Nie wiedział, co Jabłko wtedy czuł. Nie czuł tego strachu, gdy pies rozrywał na strzępy Rzeczną Bryzę. Nie otaczał go zapach krwi. Nie miał poczucia winy, bo to on mógł umrzeć zamiast niewinnej kotki.
– Byłem przerażonym dzieckiem, któremu właśnie umarła matka! Czemu przez cały czas sprawiasz, że czuję się źle z tym, że mam uczucia?! – warknął. Od razu ucichł, sam zaskoczony swoim nagłym wybuchem. Czy kiedykolwiek wcześniej podniósł na Kurkę głos? Rudzielec przez chwilę wyglądał na tak samo zaskoczonego jak point, jednak szybko położył po sobie uszy i parsknął.
– Jasne, jak zwykle coś psuję – mruknął. – Nie rozumiem, czemu ktoś taki jak ty chce ze mną spędzać czas.
– Nigdy tego nie powiedziałem! – zaprotestował Jabłkowa Bryza. Głowa pulsowała mu od złości i słyszenia ciągłych, natarczywych podszeptów. Czemu Kurkowa Pieśń raz w życiu nie mógł posłuchać tego, co się do niego mówi i po prostu odpuścić?!
– Po prostu daj mi odejść! Co cię to obchodzi?! – syknął kocur, próbując ominąć przyjaciela. Point zastąpił mu drogę. Nie mógł tak po prostu od niego odejść w takiej chwili! Musieli to wyjaśnić, musieli zakończyć tą durną kłótnię.
– Jasne, że mnie to obchodzi! Jesteś moim przyjacielem i obiecałem, że cię nie opuszczę! – parsknął. Czy to nie było oczywiste?! Co musiał jeszcze zrobić, by Kurka wreszcie to zrozumiał?!
– Czemu musisz taki być?! Czemu musisz za mną ciągle łazić?! – krzyknął rudzielec. Jabłkowa Bryza miał tego dość. Emocje brały górę i nie potrafił już dłużej powstrzymywać napływających do jego oczu łez. Słowa wypłynęły z jego pyska szybciej, niż zdążył się zastanowić.
– Bo cię kocham! Zawsze cię kochałem!
Nastała cisza. Jabłkowa Bryza mógł przysiąc, że widział, jak ogień w oczach rudego przygasa. Widział tą niepewność w jego spojrzeniu, widział chęć odwzajemnienia uczucia. Mogli być razem szczęśliwi. Mogli mieć coś, czego nie zaznali z żadną z poprzednich partnerek. Mogli mieć dobre, szczęśliwe życie z dala od problemów.
Nagle pysk Kurkowej Pieśni wykrzywił się w złości.
– Gdybyś mnie kochał, nie wybrałbyś Orzechowego Zmierzchu – warknął. Jabłkowa Bryza cofnął się o krok, zaskoczony. – Gdybyś mnie kochał, już dawno byś odszedł. Gdybyś mnie kochał, przestałbyś robić ze mnie narzędzie do poczucia się kimś lepszym. Nigdy cię nie potrzebowałem. – Futro Kurkowej Pieśni wygładziło się, jakby cała złość powoli go opuszczała. – To ty potrzebowałeś mnie, bo wszyscy inni cię opuścili.
Point stał bez ruchu. Tak bardzo chciał zaprzeczyć, tak bardzo chciał krzyknąć, że przecież zawsze brał pod uwagę zdanie Kurki, zawsze respektował jego granice, ale… Tak nie było. Nie był odważnym, ofiarnym wojownikiem poświęcającym się dla kogoś, kto tego potrzebował. Nie był kochankiem, który zrobiłby wszystko dla swojego wybranka.
W swoim całym altruizmie był takim cholernym egoistą.
– To wszystko… To nic dla ciebie nie znaczyło? – wydukał. Kurkowa Pieśń rzucił mu ostatnie, smutne spojrzenie.
– Po prostu zrób to, o co proszę cię od dawna i wreszcie zostaw mnie w spokoju – mruknął, wbijając wzrok w ziemię i mijając kocura. – Zanim znowu cię skrzywdzę.
Jabłkowa Bryza nie chciał go zostawiać. Nie chciał czuć się niepotrzebny. Nie chciał uświadamiać sobie, że to, co łączyło ich podczas dzieciństwa, już nigdy nie wróci. Nie chciał rozumieć, że ani on, ani Kurka nie byli dla siebie dobrzy. Zmiany go przerażały. Nie, nie był gotowy odpuścić! Pragnął rzucić się za Kurką, pragnął przekonać go do zmiany zdania.
Nie mógł jednak tego zrobić.
Miał wrażenie, jakby różane pędy zaciskały się na jego gardle. Wszystko wydawało się takie głośne, takie jasne, takie przytłaczające. Chciał wrócić do bezpiecznego legowiska, chciał wrócić do objęć Kurkowej Pieśni. Nie potrafił dłużej ignorować szeptów w jego głowie. Przygniatały go, dusiły, oślepiały. Były niczym zabójczy nurt rzeki, w której utonął Psia Łapa. Liliowy musiał walczyć, by nie poddać się jej falom i nie zanurzyć się bezpowrotnie w ciemnej toni.
Nie miał na to siły. Ostatnim, co zobaczył, zanim całkowicie stracił władzę nad ciałem, był błysk cynamonowego futra i brązowych oczu. Nie mógł wiedzieć, że kot, który przyjął jego imię, rzucił się w pogoni za Kurkową Pieśnią. Nie mógł widzieć rozpaczliwej walki rudego wojownika z kimś, kto nie był Jabłkową Bryzą. Nie mógł usłyszeć chrzęstu łamanego kręgosłupa, ani nie mógł poczuć metalicznego posmaku krwi kogoś, kogo kochał. Jego świadomość znajdowała się gdzieś daleko, w miejscu, w którym po ziemi wiły się przedziwne kwiaty. Ktoś próbował coś do niego mówić, jednak on nie potrafił rozróżnić słów. Jedynym, co zauważał i co napełniało go dogłębnym przerażeniem było nocne niebo rozpościerające się nad jego głową. Niebo, na którym brakowało gwiazd.
Wtedy uderzyła go rzeczywistość. Przypominało to wynurzenie się z lodowatego jeziora, łapanie pierwszych, bolesnych oddechów. Nie znajdował się już w bezgwiezdnym lesie. Każdy kawałek ciała piekł go niczym przypalany ogniem. Co się stało? Gdzie się znajdował? W uszach dzwoniła mu nieznośna cisza. Jego chwiejne, nieostre spojrzenie nie potrafiło skupić się na żadnym szczególe na dłużej niż kilka sekund.
Jednak to wystarczyło.
– Wielki Klanie Gwiazdy – chciał jęknąć, ale z jego gardła wydobyło się tylko ciche charczenie. Po jego piersi spływały strumienie krwi wypływającej z uszkodzonej szyi. Nie, nie, nie! Musiał sprowadzić pomoc, musiał ich uratować, miał jeszcze szansę!
Łapy ugięły się pod nim i upadł na śnieg zabarwiony na kolor maków. Puste, martwe spojrzenie Kurkowej Pieśni wydawało się wywiercać w nim dziurę. Chciał zacząć przepraszać, zrobić cokolwiek, byleby tylko móc cofnąć czas. Oczy Jabłkowej Bryzy wypełniły się łzami. Mogli być szczęśliwi. Czy zmarnował życie? Uderzyło w niego tysiące myśli. Mógł jeszcze zrobić tyle rzeczy, jeszcze tyle dokonać! Powinien spędzić więcej czasu z Echem i Rudzikiem. Klanie Gwiazdy, czemu nie dałeś mu więcej czasu?! Nie mógł umrzeć, nie mógł jeszcze odpuścić! Czy gdyby krzyknął wystarczająco głośno to ktoś przybyłby na ratunek? Czy miałby jeszcze szansę zobaczyć swoją rodzinę po raz ostatni?
Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Być może to właśnie była lekcja, której powinien nauczyć się księżyce temu. Być może powinien wiedzieć, że on i Kurka nigdy nie byli sobie przeznaczeni. Być może mógł lepiej wykorzystać swój czas. Mimo wszystko nie mógł tego żałować. Nie mógł odejść z myślą, że coś zostało mu do zrobienia. Pozwolił swoim powiekom powoli opaść.
Zrobił coś, czego nie potrafił dokonać przez całe życie.
Jabłuszko odpuścił.

15 maja 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Echa (Zanikającego Echa)

Jabłkowa Bryza śnił o łące pełnej kwiatów.
Delikatny zapach stokrotek unosił się w powietrzu. Ich miękkie płatki ocierały się o jego łapy, gdy ostrożnie stąpał przed siebie. Nie był jednak sam. Kwiaty wplątywały się w szylkretowe futro, tworząc coś na kształt skrzydeł rozciągających się po trawie. Orzechowy Zmierzch leżała na ziemi, cichym pomrukiem zapraszając go do położenia się obok. Point wtulił głowę w futro partnerki. Czuł spokój.
Jednak było coś jeszcze.
Krew.
Lepka, ciemna, sącząca się z martwego ciała Miodowej Chmury. Metaliczny posmak rozlał się na języku Jabłkowej Bryzy. Był tam, na polanie, stał nad zwłokami klifiaka. Nie powinien był do tego dopuścić. Poczucie winy ścisnęło go w piersi. To wszystko była jego wina, powinien powstrzymać Orzechowy Zmierzch, powinien nie dopuścić do katastrofy. Szylkretowa kotka zaśmiała się słodko, przetaczając się po zroszonych ciemną mazią stokrotkach. Nie były już delikatne i niewinne. Chociaż… czy kiedykolwiek takie były? Czy Jabłkowa Bryza świadomie odmawiał poznania prawdy i o nich, i o Orzeszce?
Czasami kłamstwo było przyjemniejsze niż prawda.
Jednak prawda nie chciała ukrywać się pod ziemią. Wypuszczała pędy, które dźgały i kuły. Zmuszały do otworzenia oczu, zmuszały do przyznania ich istnienia. Jabłkowa Bryza mógłby zrobić wszystko, byleby do tego nie dopuścić.
Podniósłszy powieki, uświadomił sobie, że kwiecista polana została zastąpiona przez Żłobek Klanu Nocy. Zmarszczył brwi, spoglądając na promienie słońca wpadające do jamy. Musiał spać dłużej, niż zamierzał. Tryb życia narzucony przez karę Jesionowej Gwiazdy męczył go - podczas dnia zajmował się kociętami, a wieczorami wykonywał swoje obowiązki wojownika. Czasami zdarzało mu się przysypiać w momencie, gdy powinien pilnować dzieci. Ziewnął cicho, rozglądając się po Żłobku. Rudzik i Rzeczka zajmowali się sobą, siedząc w pewnej odległości od niego. Ku jego zdziwieniu, Echo powolnym, niezdarnym krokiem zmierzała ku wyjściu.
- G-gdzie idziesz?- Jego głos zadrżał delikatnie. Szylkretowa odwróciła się niepewnie, a on ponownie ziewnął.
- P-pomóc mamie z-z wałami…- wyszeptała cicho wyraźnie speszona. Jabłkowa Bryza zamrugał ze zdziwieniem, czując, jak coś ściska go w piersi.
Dzieci nie powinny musieć pomagać swoim rodzicom w pracy. Dzieci nie powinny być obwiniane za błędy swoich krewnych. To nie było sprawiedliwe.
- Słonko, mama sobie poradzi - zapewnił z uśmiechem. Nie mógł dać po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany.
- A-ale czemu nie mogę jej pomóc? - zaprotestowała kotka, a point mimowolnie zagryzł zęby. Echo zasługiwała na dobre dzieciństwo. Czemu nie potrafił jej go dać?!
- Jestem pewien, że mama bardzo martwiłaby się, gdybyś przebywała poza bezpiecznym obozem. Może zamiast tego poczekamy na nią razem i przyniesiemy jej coś do jedzenia, kiedy wróci? - zaproponował. Echo przez chwilę patrzyła na niego z uwagą, lecz kiwnęła głową niechętnie.
Jabłkowa Bryza westchnął cicho. Tak bardzo chciał zapewnić swoim kociętom dobre życie, jednak nie potrafił.
Czemu dopuścił do tego morderstwa?!

***


Pełen bólu wrzask wydobył się z gardła Puszystego Futra. Jej rozszerzone z przerażenia źrenice wodziły po członkach Klanu Nocy, błagając bezgłośnie o litość. Pierś Jabłkowej Bryzy ścisnął strach. Wiedział, że kara była adekwatna do winy, wiedział, że zbrodnia powinna mieć konsekwencje, jednak… Orzechowy Zmierzch również zamordowała. Czy zasługiwała na to samo? Z miejsca, gdzie niegdyś znajdowało się ucho kotki, tryskała ciemnoczerwona krew.
Krew spływającej po futrze Rudzikowej Łapy.
Point pragnął to zatrzymać. Rudzikowa Łapa nie zasługiwał na poczucie winy, które miało dręczyć go księżycami. Nie powinien być zmuszany do krzywdzenia innych. Był tylko dzieckiem, które miało być szczęśliwe. Czemu ojciec nie potrafił zapewnić mu dobrego życia?!
Jabłkowa Bryza tak bardzo chciał, by wszyscy byli szczęśliwi, ale nie potrafił do tego doprowadzić. Spędził całe życie poświęcając się dla dobra innych. Nie miał już siły dłużej się starać. Nie miał już siły udawać, że cierpienie jego bliskich nie było dla niego ciężarem.
Był takim egoistą. Powinien pomóc swojemu synowi, powinien chronić córkę przed dręczycielami.
Zamiast tego odwrócił wzrok.

***


po śmierci Śnieżnej Chmury


Nie mógł się ruszyć. Czuł drżenia przebiegające przez ciało. Gorzki zawód ścisnął mu gardło, gdy z żalem wpatrywał się w skuloną ze strachu córkę. Czy naprawdę zamordowała Śnieżną Chmurę? Jego oddech był zbyt krótki, zbyt płytki i zbyt paniczny.
- Z-zabiłaś go. - Wspomnienie sprzed księżyców stało się nagle bardzo wyraźne. Stał przed partnerką. Ciało wojownika Klanu Klifu leżało nieruchomo. Nie zasługiwał na to. Zrobił źle, zabijając Wrzosową Polanę, ale takie było jego zadanie. To wszystko było winą tej durnej wojny Jesionowej Gwiazdy.
- Nikt nie może się dowiedzieć. - Cichy szept partnerki rozbrzmiał w jego głowie.
Uderzyło go podobieństwo Echa do Orzechowego Zmierzchu. Obie miały miękkie szylkretowe futra. Obie zdradziły go, zepsuły ten idealny świat, który starał się dla nich stworzyć. Ciepłe łzy spłynęły mu po policzkach. Był dla nich tylko ciężarem. Był niepotrzebny. Po co on się w ogóle starał?!
Przecież i tak wszystko zawsze kończyło się w ten sam sposób. Odchodzili, zostawiali go samego ze złamanym sercem i oczekiwali, że będzie sprzątał ich bałagan. Nie chciał tego robić po raz kolejny. Nie chciał po raz kolejny zawodzić siebie i wszystkich wokół.
Nie pomógł Echo, która niesprawiedliwie cierpiała. Po prostu stał, pozwalając losowi rzucać nim niczym wzburzona rzeka bawiąca się bezwładnym topielcem. Dusił go ciężar odpowiedzialności, którą starał się odrzucić. Dławił się wiecznie żywymi wspomnieniami przeszłości, które nie pozwalały mu decydować o teraźniejszości. Nie miał kontroli - nawet nad samym sobą.

***


Zmarnował swój czas.
Stracił tyle księżyców, zamartwiając się nad swoją przeszłością. Zepsuł tyle relacji, odsuwając się od kotów, na których mu zależało. Zranił tyle osób, myśląc, że robił dobrze.
To musiało się zakończyć.
- Czy jestem złą osobą? - zapytał cicho. Szorstki język Orzechowego Zmierzchu przestał czyścić jego futro. Kotka uniosła głowę, wpatrując się w niego ze zdziwieniem.
- Skąd ci się to nagle wzięło? - zapytała. Jabłkowa Bryza wzdrygnął się, czując oschłość w jej głosie. Zmieniła się. Oddaliła się od niego. Ich związek niegdyś był pełen emocji, intymności i zaufania. Co takiego to zepsuło?
- Zapomnij - westchnął i z czułością polizał ją między uszami. - Muszę iść - mruknął cicho i wstał, rzucając w kierunku partnerki krótki uśmiech. Nie został on odwzajemniony.
Obóz Klanu Nocy tętnił życiem. Kilka kotów zgromadziło się wokół kupki zwierzyny, a z legowiska medyków wyszli Tojadek i Tulipanowa Łapa. Jabłkowa Bryza pamiętał, że kilka księżyców temu tamto miejsce z jakiegoś powodu było wręcz wypełnione kotami, a Kacze Pióro i Muchomorzy Jad mieli łapy pełne roboty. Ostatnimi dniami fala chorych osłabiła się - lecznicę odwiedzili tylko Jagodowy Krok, Kwitnąca Stokrotka, Węgorzy Pysk, Zbożowe Pole i Orzeszka.
Jednak point nie wyszedł z legowiska wojowników tylko po to, by rozmyślać nad ilością pracy medyków.
Szybkim krokiem skierował się w kierunku ogrodzenia. Wiedział, że Kurkowa Pieśń od czasu do czasu lubił wybierać się na samotne polowania. Zawsze chodził w to samo miejsce - tam, gdzie umarła Żabi Plusk. Jabłkowa Bryza wątpił, że ciągłe przypominanie sobie o traumie było dobrym sposobem na radzenie sobie z nią, jednak musiał wspierać przyjaciela. To był jego obowiązek.
Dlatego właśnie przedzierał się przez gęste krzaki. Z każdym krokiem czuł, jak zapach przyjaciela staje się mocniejszy. Wziął głęboki oddech, uspokajając oddech, który z jakiegoś powodu zdawał się szybszy i bardziej płytki niż zazwyczaj. Był tu, żeby pomóc. To, co robił, było dobre i dobrze o tym wiedział. Czemu gdzieś w głębi duszy czuł, że powinien odpuścić?
Jednak zanim zdążył się ujawnić, gdzieś blisko niego rozległ się głos.
- Kimkolwiek jesteś, wyłaź - warknął rudy kocur, jeżąc futro. Point wyczołgał się zza krzaka, a Kurka spojrzał na niego ze zdziwieniem. - Nie powinieneś siedzieć z Orzechowym Zmierzchem? Albo Zbożem? Czy nie potrzebują trzymania za łapę po wizycie u medyka? - parsknął, wyraźnie zirytowany.
- Nie potrzebują mnie. Poza tym nie jestem ich opiekunem - stwierdził drugi kocur, a przyjaciel popatrzył na niego z powątpiewaniem. Jabłko był prawie pewny, że usłyszał cichy sarkastyczny komentarz rzucony przez wojownika. - Mogę się do ciebie przyłączyć? - zapytał nieśmiało, wskazując nosem na leżącą na ziemi martwą mysz. Kurkowa Pieśń parsknął cicho, odwracając głowę.
- Nie rozumiem, czemu wciąż za mną łazisz - burknął, a Jabłkowa Bryza zbliżył się do niego, mrucząc cicho.
- Może po prostu cię lubię? - otarł się o kocura. Tamten parsknął cicho, odwracając głowę.
- Sarenka i Żabka mnie lubiły. Teraz nikogo nie obchodzę, bo one…
- Nie żyją, tak, wiem o tym - dokończył Jabłko, a Kurka wydał z siebie pomruk niezadowolenia. Point zwiesił łeb, wpatrując się w ziemię. Nie chciał dłużej żyć przeszłością. Musiał myśleć o tym, co jest teraz. Nie potrafił być szczęśliwy, cały czas rozpamiętując całe zło, które go spotkało. - Rozumiem, że mi nie wierzysz i wiem, że Sarenka i Żabka były dla ciebie ważne. Ale to, że one odeszły, nie oznacza, że nikt inny cię nie poko… że nikomu innemu na tobie nie zależy. - Nieśmiało spojrzał na rudzielca, oczekując jego reakcji. Widział, jak mięśnie wojownika spinają się, a pysk wykrzywia w złości.
- Nic nie rozumiesz - warknął, wbijając pazury w ziemię. - No ale czemu miałbyś rozumieć?! Przez całe swoje idealne życie szlajasz się z tą swoją idealną Orzeszką. Wiesz co?! Nie wszyscy żyjemy w perfekcyjnym świecie bez problemów. Próbujesz udawać, że wszystko jest w porządku, że nic złego się nie stało, ale tak nie jest. Przejrzyj na oczy! - syknął, wpatrując się w niego z płomienną wściekłością.
Jabłkowej Bryzie wydawało się, że jego serce przestało bić. Czas przyśpieszył, pozostawiając go samego ze zgiełkiem myśli w głowie.
- J-ja… P-przepraszam. - Nawet nie wiedział, kiedy słowa same wypłynęły z jego pyska. - Przepraszam.
Kurkowa Pieśń wyglądał, jakby ponownie miał na niego wybuchnąć. Zamiast tego zwiesił głowę, a jego pysk wykrzywił się w bólu.
- To ja przepraszam. Jestem okropny. Wszystko psuję - wymamrotał, cofając się. Jabłkowa Bryza stał w bezruchu, wpatrując się w ziemię. Chciał tylko pomóc. Chciał tylko poczuć się normalnie. Słyszał oddalający się odgłos kroków przyjaciela. To była jego wina. To przez niego Kurka tak zareagował. Po co się w ogólnie się odzywał?! Poczuł, jak oczy wypełniają mu się łzami.
W tym samym momencie w jego głowie rozległ się cichy głosik.

***


Nie mógł oddychać. Nie, nie, nie, to nie mogło się dziać. Całe jego ciało drżało w niekontrolowanych konwulsjach. Ciepłe łzy spływały mu po policzkach. Nie chciał tego znowu przeżywać. To była jego wina. Powinien ochronić Echo, powinien przy niej być. Gdyby zauważył, że była chora, gdyby nie przeoczył objawów, może byłaby bezpieczna.
- Przepraszam, tak bardzo przepraszam - wydusił z siebie, chwiejąc się na łapach. Nie chciał wchodzić do legowiska medyka. Nie chciał usłyszeć, że jego kochana córeczka była nieuleczalnie chora. Powinien spędzać z nią czas, gdy jeszcze go miał.
Miał wrażenie, że minęła cała wieczność, od kiedy ktoś przybiegł do niego z wiadomością, że Echo leży nieprzytomna w legowisku medyka. Być może tak właśnie było - być może stał tu od księżyców, a wszyscy, których kochał, już dawno odeszli. Nie był już pewien niczego, w co niegdyś wierzył. To wszystko były kłamstwa, durne kłamstwa, kłamstwa, które on opowiadał…
- Jabłuszko?
Point znieruchomiał, słysząc znajomy głos. Bał się odwrócić, bał się spojrzeć w oczy wojownikowi.
- J-ja… Słyszałem, że Zanikające Echo jest poważnie chora - mruknął Kurkowa Pieśń, a Jabłkowa Bryza mógł niemal przysiąc, że ze wstydem wpatruje się w ziemię. - Mam nadzieję, że wyzdrowieje czy coś - stwierdził, przestępując z łapy na łapę. Point z trudem zmusił się do spojrzenia na przyjaciela. Przez chwilę stali w ciszy, przerywanej tylko przez nierówny oddech niebieskookiego. - I… Możemy iść na to głupie polowanie, jeśli ci tak zależy - burknął jakby od niechcenia rudzielec. Liliowy skinął głową delikatnie. - Słuchaj, jeśli twoja córka jest chociaż w połowie tak uparta jak ty, to przeżyje - parsknął cicho, a Jabłkowa Bryza zaśmiał się krótko.
- Dziękuję - wymamrotał. Słowa Kurkowej Pieśni dodały mu otuchy. Ta krótka chwila sprawiła, że jego pierś wypełniła się ciepłem, a serce nadzieją. Niegdyś to uczucie towarzyszyło mu często podczas rozmów z Orzeszką, jednak ostatnio to się zmieniło. Szylkretowa kotka zmieniła się, stała się odległa i bardziej oschła. Jednak być może to nie była tylko i wyłącznie jej wina.
Być może uczucia Jabłkowej Bryzy również się zmieniły.
Point wszedł do legowiska medyka, czując rosnący niepokój. Deszczowy Taniec, opatrywana przez Kacze Pióro, rzuciła mu pytające spojrzenie. Wojownik jednak nie zwrócił uwagi - jedyną osobą, która go interesowała, była leżąca w kącie Zanikające Echo. Ledwo udało mu się zanotować, jak Muchomorzy Jad zapewnia go, że szylkretowa powinna przeżyć, jednak miała spędzić dłuższy czas w legowisku medyków.
- Tak bardzo przepraszam, że mnie z tobą nie było… - wydusił z siebie wreszcie, wtulając pysk w futro córki. - Już nigdy więcej cię nie opuszczę.

< Echo? >


Wyleczeni: Zbożowe Pole, Orzechowy Zmierzch, Deszczowy Taniec, Jagodowy Krok, Kwitnąca Stokrotka, Węgorzy Pysk, Tojadek, Tulipanowa Łapa, Zanikające Echo

10 kwietnia 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Zbożowego Pola

- Jabłkowa Bryza! Masz może chwilę, by porozmawiać? - Zbożowe Pole zastąpił mu drogę. Point uśmiechnął się delikatnie, kiwając głową. Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozmawiał z burym w cztery oczy. Czy kocur o nim myślał? Czy też tęsknił za ich wspólnym spędzaniem czasu? - Fajnie się nie gasi pożaru? Fajnie się bawisz z Orzechowym Zmierzchem tak? - warknięcie wojownika sprawiło, że Jabłkowa Bryza wzdrygnął się.
Poczuł, jak coś w nim się łamie. Zboże widział w nim zdrajcę. Widział w nim kogoś, kto poświęcił jego dobro dla własnych zachcianek.
Uderzyło go wspomnienie gorąca. Płomienne języki lizały jego futro. Dym wypełniał płuca. Nie mógł oddychać, nie mógł krzyczeć. Biegł na oślep. Miał jeden cel - przeżyć. To nie była wina Orzechowego Zmierzchu, to nie była wina jego przeszłości.
Czemu wszyscy, których kochał, sprawiali, że czuł się źle z rzeczami, na które nie miał wpływu?!
Zbożowe Pole nie miał pojęcia, o czym mówił. Nie obchodziły go uczucia Jabłkowej Bryzy. Nie chciał poznać jego perspektywy. Point poczuł silną potrzebę wykrzyczenia mu wszystkiego prosto w pysk, opowiedzenia o tym, co przeżywał, o tym, że czuł, jak z każdym dniem coś w nim umiera.
Ale nie potrafił.
Nie chciał być kolejnym zmartwieniem Zbożowego Pola.
- Przepraszam - wydukał cicho.
Kiedy tak bardzo się od siebie oddalili?

***

Klan Klanu Nocy był taki głośny. Jabłkowa Bryza nigdy nie przepadał za towarzystwem wielu kotów, ale dopiero kilka księżyców temu zauważył, jak bardzo przeszkadza mu gwar. Czasami, kiedy strach, który go ogarniał, stawał się zbyt mocny, nachodziła go ochota, by uciec od Klanu, od zobowiązań, od przeszłości.
Nie miałby gdzie iść.
Po śmierci Psiej Łapy na calutkim świecie nie został nikt, kogo naprawdę by obchodził.
Drgnął, gdy do jego uszu dobiegł odgłos zbliżających się kroków. Wstał niemal natychmiast, przygotowując się do taktycznego wycofania, jednak było za późno - bury kocur doskoczył do niego szybciej, niż byłby w stanie zareagować.
- Co u ciebie? - Zboże wydawał się taki swobodny, jakby zupełnie nie pamiętał o swoim wybuchu sprzed kilkunastu księżyców. Jabłkowa Bryza spojrzał na niego z pewnym strachem w oczach. Czy wojownik ponownie zamierzał na niego naskoczyć? Czy postanowił mu przebaczyć?
- Nie najgorzej - odpowiedział zdawkowo.
- Dumny jesteś z Rudzikowej Pieśni i Zanikająca Łapa? Nie martwisz się o tego drugiego, że nie skończy treningu wystarczająco szybko? - Kocur wyraźnie chciał zagaić rozmowę. Point nerwowo przestąpił z łapy na łapę.
Oczywiście, że się martwił. Strach o przyszłość dopadał go jak polujący jastrząb, zaciskając swoje szpony na jego szyi. Nie potrafił zamknąć oczu i przestać rozpamiętywać przeszłość. Nie potrafił ich otworzyć i nie czuć przerażenia.
Jednak Zbożowe Pole nie musiał o niczym wiedzieć.
I tak nie potrafiłby zrozumieć.
- Jestem pewien, że Echo sobie poradzi - mruknął, uśmiechając się delikatnie.

***

Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa.
Zaciskały się pętlą na jego szyi. Nie pozwalały oddychać. Niczym różane ciernie każdego dnia coraz mocniej wbijały się w jego ciało.
Jednak było w nich coś pięknego. Ich różowe, miękkie płatki drgały przy każdym podmuchu wiatru. Z daleka majestatyczne i niedostępne, z bliska raniące i groźne. Oplatały się wokół jego łap, więziły, dusiły, ograniczały ruchy. Było już za późno, by wyrwać je z korzeniami.
Jabłkowa Bryza jęknął cicho. Ból rozsadzał mu czaszkę. Ciche szepty w jego głowie, których nie rozumiał (nie, po prostu nie chciał ich rozumieć, świadomie ignorował wypowiadane przez nie słowa), stawały się nieznośne. Wbił pazury w posłanie. Ciepło ciała leżącej obok Orzechowego Zmierzchu parzyło go. Zadrżał.
Potrzebował przestrzeni.
Podniósł się jakby w transie. Ciągłe szepty. Nie mógł ich znieść. Ciche słowa, mieszające się z szumem wiatru. Wypadł z legowiska wojownika, zimne krople deszczu zmoczyły mu futro. Stanął bez ruchu, wpatrując się w spokojny obóz, tak bardzo różny od jego chaotycznych myśli.
Mimowolnie pomyślał o swoim pierwszym spotkaniu ze Zbożowym Polem. Byli tacy niewinni, tacy młodzi.
Zboże obiecał, że go ochroni.
Nie potrafił dotrzymać przysięgi.
Jabłkowa Bryza powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia z obozu. Mimo że szepty w jego głowie wydawały się ucichnąć, jego umysł był zajęty czymś innym - przeszłością. Pamiętał zabawy z Kurką i z Orzeszką. Pamiętał trening z Oszronionym Futrem. Pamiętał zaplatanie z Kurką kwiatów w ich futra.
To… były dobre chwile.
Szkoda, że się skończyły.
Krople deszczu spływały po jego futrze. Chłód był dziwnie uspokajający, szczypiąc jego przemoknięte ciało. Błoto chlupotało mu pod łapami. Obóz Klanu Nocy pozostał gdzieś za jego plecami. Nie wiedział, dokąd zmierzał. Nie wiedział, czy chciał wrócić.
Nagle jego wzrok padł na przemokniętą, rudo-białą sylwetkę.
- Co tutaj robisz? Jest zimno - miauknął Jabłkowa Bryza, a Kurkowa Pieśń odwrócił niemal natychmiast głowę.
- Mogę zapytać o to samo. Znudziło ci się klejenie się do Orzechowego Zmierzchu? - mruknął kocur, ponownie wlepiając wzrok w zachmurzone niebo. Point usiadł obok przyjaciela i owinął ogon wokół łap. Przez chwilę siedzieli w ciszy przerywanej jedynie przez szum deszczu. - Nie widać dzisiaj gwiazd - stwierdził rudzielec, a liliowy zastrzygł z uszami zaskoczeniem.
- Rzeczywiście - potwierdził. Niebo zasnute było chmurami.
- Lubię na nie patrzyć. Są piękne. - Jabłko poruszył się niespokojnie, czując, do czego zmierza ta rozmowa. - Ale nie tak piękne jak Żabka i Sarenka.
- Pewnie są szczęśliwe w Klanie Gwiazdy - stwierdziwszy niepewnie, spojrzał kątem oka na brata partnerki.
- W sumie, gdybym musiał spędzać czas z kimś takim jak ja, to też wolałbym być martwy - zaśmiał się krótko wojownik. Point położył uszy, czując przytłaczające poczucie winy. Nie wiedział, czemu czuł się odpowiedzialny, nie wiedział, czy powinien to czuć. Powinien potrafić jakoś pomóc.
Ponownie zapadła cisza.
Siedzieli, otoczeni przez wielkość wszechświata, tak nieczułego na ich krzywdę. Czy naprawdę był sens z nim walczyć? Może powinni poddać się, pozwolić, by silny prąd poniósł ich na skały. Czy ktokolwiek by o nich pamiętał?
- Dziękuję, że pozwoliłeś mi zostać - szepnął cicho Jabłko, opierając głowę o przyjaciela. Kurka mruknął coś cicho, ale nie ruszył się.
Jabłkowa Bryza poczuł ogarniające go ciepło. To była dobra chwila, pomimo całego zła, które wydarzyło się w przeszłości. Szczerze mówiąc, wątpił, że potrafił czuć prawdziwe szczęście. Jednak… czym ono było? Czy nie uganiał się za czymś nieistniejącym? Żyjąc przeszłością, wspominając dziecięcą naiwność, coraz mocniej zatracał się w żałobie.
Może przyszedł czas, by pójść dalej.
Kurkowa Pieśń wpatrywał się w niebo, jakby szukając przejaśnienia pomiędzy deszczowymi chmurami. Point nie był pewien, czy zobaczenie tych jasnych punkcików na niebie rzeczywiście potrafiłoby sprawić, że poczułby się lepiej. Może oboje powinni uciec jak najdalej od Klanu Nocy, od wspomnień, od gwiazd i zacząć nowe życie.
Wreszcie mieliby szansę na szczęście.
Wzrok Jabłkowej Bryzy nie był wbity w nieboskłon, jednak patrzył na najpiękniejszą z gwiazd.
Gwiazdę o zielonych oczach.

28 stycznia 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Kawki

Czasami Jabłkowa Bryza budził się smutny. Nie potrafił tego wytłumaczyć.
Niekiedy było to uczucie tak mocne, że nie miał siły podnieść się z posłania - wtedy z legowiska wychodził tylko dlatego, że wołano go na patrol lub czuł, że ktoś zaczyna się o niego martwić. Nie lubił być czyimś zmartwieniem. Czuł się wtedy jak ciężar.
Zazwyczaj był to jednak delikatniejszy smutek, taki, który dało się ukryć i udawać, że wszystko jest dobrze. Jabłkowa Bryza mógł funkcjonować normalnie, ale niczego nie pragnął tak mocno, jak skrycia się gdzieś przed natarczywymi spojrzeniami innych kotów i ich oczekiwaniami. Nie mógł sobie jednak pozwolić na taką chwilę słabości.
Najgorsze w tym wszystkim były głosy - natarczywe, namawiającego go do złego. Czasami Jabłkowa Bryza miał ochotę krzyczeć, oderwać sobie uszy, mimo że wiedział, że nie pomogłoby to zagłuszyć szyderczych pomruków w jego głowie. Czuł się chory, ale był zbyt przestraszony, by poprosić o pomoc kogoś z Klanu Nocy. Nie chciał być brany za wariata. Już wystarczająco go nienawidzili.
Jednak była jedna osoba, której ufał bezgranicznie. Wiedział, że ten kot nigdy by go nie zdradził, nigdy by go nie zostawił. Zawsze był dla niego, kiedy go potrzebował - po śmierci Rzecznej Bryzy ocierał jego łzy, uspokajał go, gdy krzyczał panicznie, dręczony koszmarami.
Psia Łapa.
Tylko jemu mógł powiedzieć o głosach. Tylko on mógł mu pomóc.
Wojownik rozejrzał się nerwowo, wychodząc z legowiska wojowników. Większość kotów znajdowała się już w obozie - tylko Orzechowy Zmierzch, Malinowy Pląs i Borówkowy Liść wciąż nie wróciły z wieczornego patrolu. Point nie lubił wymykać się z obozu po zmroku (pomimo że nie było to nielegalne, zawsze czuł się jakby robił coś niedozwolonego), ale nie chciał również niepokoić partnerki. Czasami miał wrażenie, że więcej ich dzieliło niż łączyło. Nerwowym krokiem podreptał w stronę stosu zwierzyny, aby zjeść coś przed drogą. Niedaleko siedział Bezchmurne Niebo, grzebiąc w czymś pazurem. Liliowy z zaciekawieniem uniósł głowę i niemal natychmiast skrzywił się z obrzydzeniem. Czarny kocur grzebał w martwym ciele nornicy.
- Mógłbyś przestać bawić się bawić zwierzyną? - poprosił nieśmiało Jabłkowa Bryza. Bezchmurne Niebo nie zareagował, jakby zupełnie nie usłyszał byłego mentora. - Jestem prawie pewny, że uczyłem cię Kodeksu Wojownika - stwierdził i natychmiast tego pożałował. Syn Pierwszego Deszczu przerwał wykonywaną czynność i podniósł na liliowego znudzone spojrzenie.
- Jakby ciebie obchodził Kodeks - burknął zdawkowo, ponownie wracając do rozczłonkowywania nornicy. Point wzdrygnął się. Były uczeń przerażał go. Pamiętał, jak błagał ze łzami w oczach Orzechowy Zmierzch, by przenieść ich posłania jak najdalej od Chmury, gdy ten awansował na wojownika. Van w niczym nie przypominał łagodnego ojca.
Point połknął zabraną ze stosu mysz i szybko wycofał się w stronę wyjścia z obozu. Chciał jak najszybciej znaleźć się daleko od przerażającego Chmury, który byłby jego pierwszym podejrzanym, gdyby w Klanie Nocy doszło do tajemniczego morderstwa. Nie zamierzał mówić swojemu byłemu uczniowi, gdzie się wybiera, pomimo że był niemal pewien, że czarny nic nie powiedziałby nikomu, nawet gdyby ktoś został zabity przed jego oczami. Poza tym nie musiał się mu tłumaczyć, mimo że tak bardzo pragnął podzielić się z kimkolwiek swoimi emocjami.
Czy prosił o tak wiele, chcąc, by wreszcie ktoś go wysłuchał?
Potrząsnął głową, wydając z siebie zirytowane parsknięcie. Nie powinien o tym myśleć. Inni mieli wystarczająco dużo problemów, nie powinien im dokładać kolejnych. Przecież… Żył dla nich. Byli dla niego najważniejsi.
Więc czemu czasami miał ochotę rzucić to wszystko, uciec z Klanu Nocy i rozpocząć samotne życie, podczas którego nie będzie musiał się martwić o dobro innych lub co inni o nim pomyślą?
Był takim egoistą.

***

Szelest trawy. Stłumione głosy w oddali. Ktoś tam był. Jabłkowa Bryza przyśpieszył kroku. Nie rozpoznawał obcego zapachu, który mieszał się z wonią wydawaną przez Psią Łapę. Czy kocur był w niebezpieczeństwie? Czy potrzebował pomocy? Z każdą pokonaną długością zająca słyszał coraz więcej.
- …jest jeszcze Jabłuszko. - Psia Łapa nie brzmiał na przestraszonego, wręcz przeciwnie, sprawiał wrażenie wyluzowanego, jakby rozmawiał z przyjacielem. Point zastrzygł uszami, zaintrygowany. Cynamonowy nie był typem kota, którego podejrzewałby o przyjaźń właściwie z kimkolwiek.
Przyśpieszył kroku, początkowo zainteresowany, lecz później z każdą chwilą coraz bardziej zaskoczony zachowaniem ojca. Być może powinien sobie pójść? Czy nie będzie przeszkadzał Psiej Łapie we wrzeszczeniu imienia swojej zmarłej partnerki? Potrzeba zobaczenia się z ojcem była jednak zbyt silna, by się wycofać. Przecisnął się przez krzaki, zdeptując kilka gałązek. Dwójka kocurów podskoczyła.
- Klfiaki! Znaleźli mnie! - pisnął Psia Łapa, a Jabłkowa Bryza zamrugał ze zdziwieniem. Definitywnie nie był klifiakiem. - Szybko, Kawka! Póki dane jest nam być wolnymi kotami. Uciekajmy! Uciekajmy w stronę zachodzącego słońca!
- Czyli gdzie? - zapytał tak zwany Kawka, trafnie zauważając, że jest noc.
Jabłko przyśpieszył, nie chcąc, żeby samotnicy mu uciekli.
- Tato…? - mruknął niepewnie, nie wiedząc, czy powinien być zażenowany, czy raczej rozbawiony. Cynamon podrapał się po łbie, wyraźnie zawstydzony.
- Dużo słyszałeś…? - zapytał.
Point był prawie pewny, że jego mina była wystarczającą odpowiedzią na pytanie. Powoli przesuwał spojrzenie z Psiej Łapy na czarnego samotnika, który wydawał mu się dziwnie znajomy. Westchnął cicho. To wyraźnie nie była odpowiednia chwila na poważną rozmowę z ojcem.
- Cokolwiek robicie, mogę dołączyć? - mruknął nieśmiało.
Jeśli nie mógł uzyskać pomocy, mógł chociaż zapomnieć o problemie.

***

Kurkowa Pieśń go unikał. Uciekał wzrokiem, gdy Jabłkowa Bryza się do niego uśmiechał. Specjalnie starał się dołączać do jak największej ilości patrolów, byle się nie spotykać z przyjacielem.
Point cierpiał.
Nie powinien narzucać się Kurce. Nie powinien go zostawiać - ani tego wieczoru, ani w ogóle. Czuł się źle ze samym sobą. Był porażką. Zawodził wszystkich.
Wraz z wzrastającym w nim poczuciem winy, głosy w jego głowie stawały się głośniejsze. Krzyczały o zemście, o niesprawiedliwości, o tych wszystkich rzeczach, które mógłby zrobić, gdyby pozbył się ciężaru w postaci kotów, które kochał, a które ściągały go na dno.
Potrząsnął głową. Nie chciał tego słuchać. Nie był taką osobą. Zamierzał to wszystko naprawić - począwszy od relacji z Kurką, a skończywszy na samym Kurce. Mógł mu przecież pomóc. Musiał się tylko postarać. Szybkim truchtem zbliżył się do zarządzającego wojownikami Niezapominajkowego Snu.
- …udadzą się Wrzoścowy Cień, Kalinowe Serce i Jagodowy Krok. Kasztanowy Dół i Kurkowa Pieśń pójdą teraz na polowanie - rozkazał zastępca, a point podszedł o krok bliżej.
- Przepraszam, czy mógłbym zastąpić Kasztanowy Dół? - wciął mu się w słowo. Zaskoczony Kurkowa Pieśń poruszył się niespokojnie, a Niezapominajkowy Sen strzepnął uszami ze zdziwieniem.
- Jasne - stwierdził zastępca, niemal natychmiast powracając do wypełniania swoich obowiązków. Jabłkowa Bryza podziwiał kocura za umiejętności organizacji - był świetnym zastępcą i zapowiadał się na idealnego przywódcę Klanu Nocy.
Wraz z Kurkową Pieśnią powoli wycofał się z obozu. W powietrzu wisiało napięcie, a wokół panowała niezręczna cisza, przerywana jedynie ćwierkaniem ptaków i huczeniem wiatru. Point wzdrygnął się, czując przeszywające zimno.
- Czy mógłbyś przestać się tak narzucać?! - Liliowy drgnął, słysząc nagłe warknięcie rudzielca.
- Wybacz - westchnął, kładąc uszy. - Naprawdę nie chciałem być niemiły. Po prostu… Potrzebuję cię.
Nie kłamał. Każda chwila niepewności o Kurkową Pieśń, każdy moment, gdy nie był pewny, czy przyjaciel jest bezpieczny, kosztował go godziny ściskającego serce strachu i okrutny niepokój.
Kurkowa Pieśń nie odpowiedział, odwrócił tylko głowę. Point nie potrafił stwierdzić, co przyjaciel myśli - mógł tylko liczyć na przebaczenie. Wyobraził sobie młodego, szczęśliwego Kurkę, który wychodzi z nim na polowanie. Uśmiechnął się w myślach. To marzenie było tak piękne i nierealistyczne… Czasami miał ochotę zatopić się w swoich myślach, dać głosowi w swojej głowie władzę i nigdy nie wracać do tego okropnego świata.
- Rozdzielmy się - poprosił Kurka, a Jabłkowa Bryza ze wstydem skinął głową. Chociaż… rudzielec nie brzmiał już na tak rozwścieczonego. Czyżby jednak był skłonny przebaczyć przyjacielowi?
Point był zbyt zamyślony, by zauważyć, jakim cudem znalazł się na brzegu wyjątkowo wartkiej rzeki. Wskoczył do lodowatej wody, a fala uderzyła w niego, na chwilę pozbawiając tchu. Walczenie z żywiołem było dla niego uzdrawiające - pozwalało dać upust emocjom i wreszcie się na czymś wyżyć. Z trudem pokonywał kolejne dystanse. Czy naprawdę nie miał prawa do szczęścia?! Zanurkował w mętnej toni w pogoni za rybą. Czemu wciąż się starał?! Ze złością zacisnął kły na pochwyconej zdobyczy. Ciepła krew zmieszała się z wodą. Słyszał wołanie. Nie, nie, nie, nie chciał wracać! Jego płuca paliły, a ciało, jakby wiedzione instynktem przetrwania, a nie buntowniczymi krzykami umysłu, wypłynęło na powierzchnię. Złapał łapczywy oddech, rozglądając się z niezrozumieniem.
- …Jabłko! - Wołanie dopiero po chwili zaczęło być dla niego zrozumiałe. Odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos i ze zdziwieniem spostrzegł, że na brzegu stoi Kawka. - Chodź, coś złego się dzieje z Psią Łapą - rozkazał z wyraźnym zdenerwowaniem kocur, szybko znikając z pola widzenia kocura.
Jabłkowa Bryza rzucił krótkie spojrzenie w stronę, gdzie polował drugi wojownik. Nie chciał zostawiać Kurki, ale… Psia Łapa był dla niego ważny. Przyjaciel powinien to zrozumieć, prawda? Tłumiąc rosnące w nim poczucie winy, ruszył za samotnikiem.

***

Z Psią Łapą rzeczywiście działo się coś złego.
Oddychał płytko, zwinięty w swoim legowisku. Gdyby nie jego delikatnie uchylone powieki, Jabłkowa Bryza pomyślałby, że ojciec śpi.
- Musimy go wziąć do medyka - stwierdził Kawka, a point kiwnął głową. Cynamon parsknął cicho.
- Nie potrzebuję pomocy - mruknął niewyraźnie.
- Zamknij się - prychnął czarny kocur. Jabłuszko spojrzał na niego ze zdziwieniem, ale nie skomentował. - Zabierzmy go do Klanu Nocy.
Jabłkowa Bryza skinął głową. Dwójka kocurów siłą podniosła cynamona, zmuszając go do stania. Powoli zmierzali w kierunku terytorium Klanu Nocy, nie zważając na narzekanie Psiej Łapy. Serce wojownika wypełniał niepokój. Miał nadzieję, że z ojcem nie działo się nic poważnego. Przystanęli, dopiero gdy doszli do rzeki.
- Możemy spróbować iść inną drogą, ale to zajmie mnóstwo czasu - stwierdził Jabłkowa Bryza, rzucając pełne obawy spojrzenie na ojca. - Mogę was przeprowadzić przez rzekę - zaproponował, a Kawka kiwnął głową.
- Zostań tu, staruchu - rozkazał cynamonowi czarny kocur, podchodząc do brzegu. Jabłkowa Bryza wskoczył do wody. Jego głowę zaprzątały zmartwienia o tatę. Nie chciał, żeby go zostawiał. Pomagając Kawce utrzymać się nad powierzchnią, powoli zbliżał się do celu.
Nagle gdzieś za jego plecami rozległ się plusk. Odwrócił się niemal natychmiast, tylko po to, by zobaczyć skrawek cynamonowego futra znikającego pod powierzchnią.
- Tato! - pisnął, rzucając się na ratunek. Nie, nie, nie, nie mógł na to pozwolić. Zapomniał o Kawce, zapomniał o Kurce. Płynął szybko jak nigdy dotąd. Miał jeden cel.
Nagle coś uderzyło go w tył głowy. Świat ściemniał mu przed oczami. Kłoda, która wpłynęła na niego wcześniej, minęła go. Czuł, jak traci kontrolę. Rzeka pożerała go, oplatała wokół niego swoje mroczne macki.
Nie mógł się poddać.
Żywioł nie był już dla niego łaskawy. Był dziki, krwiożerczy. Jabłko młócił łapami wodę. Nie wiedział, gdzie było dno, a gdzie powierzchnia. Płynął w stronę kociego kształtu. Rzeka bawiła się samotnikiem, pozwalając jego bezwiednemu ciału płynąć z prądem. Zmęczone mięśnie wojownika wołały o odpoczynek, ale nie mógł przestać. Mrożący krew w żyłach strach przejął kontrolę nad jego ciałem. Nie mógł stracić nikogo więcej. Nie mógł stracić ojca.
Coś pociągnęło go w górę. Złapał zachłanny oddech, wynurzając się z ciemnej toni. Przez chwilę nie wiedział, co się stało. Dopiero po chwili zauważył rudego kota, płynącego w stronę Psiej Łapy.
Kurkowa Pieśń.
Jabłkowa Bryza nigdy wcześniej nie czuł takiej wdzięczności. Rzucił się za Kurką. Musieli zdążyć. Nie mógł pozwolić tacie umrzeć. Rudy wojownik zanurkował i po chwili wynurzył się, ściskając Psią Łapę za kark. Udało się! Jabłkową Bryzę wypełniała nadzieja, gdy wraz z przyjacielem wyciągali cynamonowego z wody. Była szansa…
Oddychając ciężko, wczołgali się na brzeg. Point spojrzał na Kurkową Pieśń, a jego ślepia wypełniało uwielbienie. Jednak mu na nim zależało. Nie wszystko było stracone! Pochylił się, trącając Psią Łapę nosem.
W jednej chwili ponownie wypełniło go przerażenie.
Psia Łapa nie oddychał.
Wydał z siebie pełen bólu jęk. To nie mogło się dziać. Nie mógł stracić taty. Przecież… przecież miał go nie zostawiać! Krzyknął, wbijając pazury w ziemię. Psia Łapa musiał żyć. Potrzebował go, tak bardzo go potrzebował… Z niemą prośbą wbił spojrzenie w kierunku Kurki. Musiał mu pomóc. Był jego jedynym wsparciem. Był jego jedynym przyjacielem.
Rudy kocur bez słowa odwrócił się. Jabłkowa Bryza załkał głośno, wtulając pysk w futro ojca.
Nie widział, jak Kurkowa Pieśń odchodzi. Nie zauważył, kiedy przybiegł do niego Kawka. Nie rozumiał słów, które padały z pyska czarnego kocura.
Wiedział za to, że z każdą chwilą zbliża się do szaleństwa.

< Kawko? >

14 stycznia 2022

Od Jabłkowej Bryzy CD. Rudzika (Rudzikowego Śpiewu)

- C-czemu m-mama m-musi c-ciągle g-gdzieś w-wychodzić?
Jabłkowa Bryza poczuł, jak jego serce rozpada się na maleńkie kawałeczki. Kocięta nie powinny patrzeć, jak ich rodzice pokutują za popełnione grzechy. Kocięta nie powinny oczekiwać na matkę, która próbowała zadośćuczynić zabójstwo.
- Mama ma b-bardzo ważną pracę do wykonania - stwierdził szybko, opiekuńczo owijając ogon wokół syna. Chciał ochronić go przed zimnem i złem tego świata. Nie mógł go zawieść. - Jeśli nie chcesz wychodzić na zewnątrz, może pobawimy się w coś razem? - zaproponował nieśmiało, uśmiechając się delikatnie.
Nie mógł pokazać Rudzikowi, jak bardzo miał ochotę przeklinać niesprawiedliwy los.

***

*zaraz po śmierci Rzecznej Łapy*

Chciał krzyczeć. Wbijał pazury w suchą ziemię i błagał Klan Gwiazdy, by to wszystko okazało się tylko głupim snem. Łzy spływały mu po policzkach. To było takie niesprawiedliwe, to nie powinno spotkać jego dziecka. Dygotał, wtulony w futro Orzechowego Zmierzchu.
- M-muszę stąd wyjść - wydukał, czując, że zbiera mu się na wymioty. Nie potrafił zapewnić bezpieczeństwa swojej kruszynce. Zawiódł. Zawiódł wszystkich. Był porażką.
Na miękkich łapach wytoczył się z legowiska medyka. Świeże powietrze, tak różniące się od odoru ziół, uderzyło go w pysk. Łapczywie nabierał oddechy. Tonął w natłoku własnych myśli, które krzyczały zbyt głośno, by mógł je zignorować. Obóz był zbyt pełny i zbyt jasny, a jednocześnie zbyt pusty i mroczny, bo nie było w nim Rzecznej Łapy. Wszyscy żyli własnym życiem, nie zwracali uwagi na tragedię, która właśnie się wydarzyła. Jabłkową Bryzę wypełniła wściekłość. Przeorał pazurami ziemię, wydając z siebie skowyt bólu.
Nagle jego spojrzenie spotkało się ze wzrokiem Kurkowej Pieśni. Przez chwilę wpatrywali się w siebie bez ruchu - oboje wypełnieni cierpieniem i żalem do tego okrutnego świata. Byli w tym razem.
To przyniosło częściowe ukojenie.

***

*po mianowaniu Ptasiego Jazgotu na wojowniczkę*

Jabłkowa Bryza przedzierał się przez tłum otaczający Ptasi Jazgot, ściskając w pysku niedawno zerwany kwiat. Nerwowo rozglądał się dookoła, szukając wzrokiem skrytego wśród członków Klanu Nocy wojownika. Po chwili namierzył przyjaciela i powolnym krokiem zaczął zmierzać w jego kierunku.
- Tym razem nie przyniosłeś mi róży? - Kurkowa Pieśń zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem, zauważając podchodzącego kocura.
- Nie wiedziałem, że Ptasi Jazgot ma zostać dzisiaj mianowana. - Poczucie winy uderzyło w Jabłkową Bryzę. Pochylił głowę, kładąc przed rudzielcem zmiętego chabra. - Chociaż pewnie i tak nie byłbyś zadowolony z róży.
- Twoje kwiaty są niczym w porównaniu do Sarenki i Żabki. Nie chcę ich - burknął chłodno wojownik, wbijając spojrzenie w ziemię. Liliowy wydał z siebie cichy pomruk żalu. Mógł pomóc Kurce, ratując Sarenkę i Wrzosową Polanę. Mógł ochronić go przed bólem.
- Przepraszam - mruknął, zwieszając głowę. Kurkowa Pieśń rzucił w jego kierunku krótkie spojrzenie, a point miał wrażenie, jakby jego ślepia na chwilę wypełniły się współczuciem. Być może było to tylko przewidzenie, jednak ten krótki błysk znaczył dla Jabłuszka więcej niż tysiąc słów. - Czy możemy chociaż pójść razem na polowanie? Jak za dawnych czasów?
Rudzielec przez chwilę wpatrywał się w niego niezdecydowany. Jabłkowa Bryza był gotowy na odrzucenie, na nienawiść, na zmieszanie z błotem - mógł poświęcić swoją godność, bo pocieszenie przyjaciela było dużo ważniejsze.
- Jestem okropnym przyjacielem. Nie wiem, czemu się ze mną zadajesz. Wszystko psuję - jęknął po chwili, kuląc się. Liliowy natychmiast zerwał się, by zaprzeczyć, lecz zanim zaczął mówić, rudzielec mruknął cicho. - Możemy iść, jeśli chcesz.
Poczuł, jak ciepło wypełnia jego serce. Wciąż była nadzieja. Miał o co walczyć.
Z pomrukiem radości wtulił głowę w futro Kurkowej Pieśni, obiecując sobie, że pewnego dnia sprawi, że ponownie będzie pachniało jaskrami.

***

Czasami Jabłkowa Bryza budził się tylko po to, by odkryć nieobecność Kurkowej Pieśni w legowisku wojowników. Strach wtedy ściskał mu gardło, a futro samo z siebie stawało dęba. Jego myśli krzyczały. Kurka zamierzał go zostawić tak jak wszyscy inni, Kurka chciał zrobić sobie krzywdę, Kurka… Czasami udawało mu się uspokoić i wrócić do snu. Rudzielec był przecież dorosły, potrafił do siebie zabrać. Musiał mu zaufać. Musiał respektować jego prośby. Jednak częściej nie potrafił się zmusić do wtulenia się w miękkie futro Orzeszki i powrót do świata snów. Zrywał się wtedy na równe łapy i, nie mogąc złapać oddechu, wybiegał z legowiska wojowników.
Zawsze znajdywał Kurkę w tym samym stanie - pochylonego nad grobami bliskich. Za
każdym razem łamało mu to serce.
Prawda była taka, że Jabłkowa Bryza żył dla innych. Nigdy nie liczyły się jego emocje, pragnienia, czy durny strach. Zawsze chodziło o innych. Tak musiało być. Trwał w tym dziwnym układzie, przynosząc złamanemu Kurce mieczyki, zbierając dla Orzeszki, która miała krew na łapach, piękne stokrotki i zanosząc na groby zmarłych świeżo zerwane narcyzy.
Nie było tak, że tego całkowicie nienawidził. Kiedy był z bliskimi, czuł się bezpiecznie. Wszystko było w porządku, nic złego nie mogło im się stać. Nie ważne jak bardzo Kurka by go nienawidził, Jabłko czuł spokój, gdy był przy nim.
Dlatego właśnie również tej nocy pobiegł na poszukiwanie wojownika.
- Kurko, proszę, wróć ze mną do legowiska - mruknął cicho, trącając przyjaciela nosem. Rudzielec odwrócił się natychmiast, sycząc głośno. Serce Jabłkowej Bryzy ścisnęło się z bólu - oczy młodszego kocura były wypełnione łzami.
- Nie możesz się odczepić?! - warknął. Point cofnął się, zaskoczony nagłym wybuchem.
- Nie mogę - stwierdził cicho. - Jesteś dla mnie ważny, nie zostawię cię.
- Gdybym naprawdę był dla ciebie ważny, nie wybrałbyś Orzechowego Zmierzchu - wypalił rudzielec, wpatrując się na niego ze złością. Jabłkowa Bryza poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. - Gdybym był dla ciebie ważny, nie zostawiłbyś mnie - syknął, wściekle wymachując ogonem.
Point wpatrywał się w przyjaciela z bólem. Chciał powiedzieć tak wiele rzeczy, chciał wyznać, jak bardzo mu na nim zależy, jak bardzo go kocha, ale nie wie jak to okazać.
Jednak nie potrafił wydobyć z siebie głosu, więc po prostu zrobił to, co umiał najlepiej - uciekł. Odchodząc, słyszał jak oddech Kurki uspokaja się, jakby cała wściekłość zaczęła z niego opadać. Nie potrafił jednak się odwrócić.
I wtedy właśnie wleciał z impetem na wychodzącego z legowiska wojowników Rudzikowy Śpiew.

< Rudziku? >

25 sierpnia 2021

Od Jabłkowej Bryzy CD. Orzechowego Zmierzchu

Tonął w przypominającej liście jeżyn zieleni oczu Kurki. Pędy różanecznika mocno zaciskały się wokół jego piersi. Nie potrafił się wyrwać, mógł tylko machać łapami, bezwładnie unosząc się w wypełnionej kwiatami przestrzeni. Ktoś krzyczał, wrzeszczał z bólu; Jabłkowa Bryza nie był pewien, czy aby na pewno to nie był on sam. Krew spływała po pysku pointa. Zakrztusił się, czując zbierającą się w gardle ciecz. Próbował złapać oddech, próbował wydać z siebie dźwięk, ale nie potrafił, bo przerażenie ścisnęło jego wnętrzności. Poskręcane, porwane ciało kota leżało pod jego łapami – nie potrafił stwierdzić, czy należało do Rzecznej Bryzy, czy do Miodowej Chmury. Dusił się, umierał ze świadomością, że to wszystko jego wina, że mógł temu zapobiec.
– Co się dzieje? – szept Orzechowego Zmierzchu wyrwał go ze snu. Zadrżał, panicznie rozglądając się dookoła.
– Miałem k–koszmar… – wycharczał przez zaciśnięte gardło. Posmak krwi był tak realistyczny...
– Ćśśś, spokojnie – wymruczała kota, uspokajająco liżąc go po policzku. Liliowy poczuł, jak kotka przysuwa się bliżej, mrucząc przy tym głośno. Nagle szylkretowa podniosła się, a Jabłuszko z przerażeniem położył uszy.
– N–nie idź! – pisnął ze strachem. Orzeszka spojrzała na niego ze zdziwieniem, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
– Nigdzie nie idę – zapewniła miękko. – Nie zostawię się.
Wojownik skrzywił pysk, wbijając pełen żalu wzrok w łapy.
– M–mama też tak mówiła – wyznał, czując, jak zbiera mu się na płacz. – A–ale ty nią nie jesteś… – przyznał. Chciał wierzyć w te głupie zapewnienia, chciał poczuć się bezpieczny w objęciach szylkretowej kotki.
– Masz rację – odparła, a pierś Jabłkowej Bryzy wypełniło ciepło. Słyszał troskę w głosie kotki, czuł, że naprawdę jej na nim zależy. – Wiem, że nie zastąpię ci Rzecznej Bryzy. Ale chcę, żebyś wiedział, że z każdym problemem i koszmarem możesz do mnie przyjść.
Point pokiwał głową, wtulając nos w jej futro.
– Dziękuję – wyszeptał cicho, zamykając oczy.
Zasnął, otulony zapachem stokrotek.

***
kilkanaście dni przed zgromadzeniem, na którym wszystko się wydało

Jabłkową Bryzę nosiło. Nie mógł usiedzieć w miejscu, z niepokojem kręcąc się niedaleko legowiska medyków. Coś działo się z Orzechowym Zmierzchem, coś było nie tak. Przez chwilę przez głowę przemknęło mu, że to może być kara od Klanu Gwiazdy, jednak szybko odrzucił tą opcję – prawdopodobnie kotkę męczyła zwyczajna choroba.
Podskoczył, widząc wychodzącą od medyków szylkretową wojowniczkę. Podbiegł do niej, ogonem wskazując na zacienione miejsce na uboczu.
– Co się stało? – zapytał z troską w głosie, nerwowo przebierając łapami. Orzechowy Zmierzch pochyliła głowę. Point potrafił wręcz poczuć bijące od niej w większości sprzeczne emocje – duma kwitnąca niczym słoneczniki i przerażenie splatały się ze sobą, tworząc dziwny bukiet.
– J–ja… Będę mieć dzieci – wyznała cicho kotka. Jabłkowa Bryza przez chwilę stał w ciszy, wpatrując się w partnerkę (czy mógł ją tak nazywać? Właściwie nie był pewien) ze zdziwieniem. Czy mówiła prawdę? Czy… Czy rzeczywiście mieli mieć kocięta? Nagle przyciągnął do siebie zaskoczoną kotkę.
– Kocham cię, wiesz? – wyznał być może po raz pierwszy w życiu. Orzechowy Zmierzch zamruczała, wtulając głowę w jego pierś. – Poradzimy sobie ze wszystkim – wyszeptał, zamykając oczy.
Wiedział, że oboje płakali, jednak nie był pewien, czy były to łzy szczęścia, czy strachu.

***
zgromadzenie, na którym wszystko się wydało

Serce Jabłkowej Bryzy biło zdecydowanie za szybko. Czuł wzbierającą się w nim panikę. Otaczające go koty nawet nie ukrywały, że rozmawiają o nich – podłych zdrajcach klanu, mordercach, którzy powinni przypłacić swój czyn śmiercią. Jego myśli krzyczały, spierały się ze sobą. Nie mógł pozwolić skrzywdzić Orzeszki, nie mógł pozwolić skrzywdzić kociąt.
Jednak jego gardło było zbyt ściśnięte strachem, by mógł zaprotestować.
Powrót do obozu odbył się w całkowitej ciszy. Liliowy nie miał siły mówić, nie miał siły patrzeć w oczy kotom, które zdradził. Jego głupie tchórzostwo spowodowało to wszystko, przynosząc cierpienie dla wszystkich dookoła. Miał wrażenie, jakby tysiące ostów wbijało się w jego pierś. Chciał krzyczeć, płakać, jednak nie potrafił, przytłoczony przez falę nienawiści ze strony innych. Widział zachęcające machnięcie ogonem Orzeszki w jego stronę, jednak zdawał sobie sprawę z jego fałszywości. Siedział niedaleko legowiska lidera, drżąc ze strachu.
A gdy nadeszła jego kolej, na miękkich łapach zagłębił się w mrok dziupli Jesionowej Gwiazdy, spadając w otchłań rozpaczy.

***
po narodzinach kociąt

Trójka noworodków zwiniętych przy brzuchu Orzecha popiskiwała delikatnie. Jabłkowa Bryza przesunął chropowatym językiem po głowie partnerki, mrucząc cicho. Bok szylkretowej unosił się spokojnie, sygnalizując, że wreszcie zapadła w sen. Liliowy nie zamierzał jej budzić – była wycieńczona długim, bolesnym porodem. Point towarzyszył jej przez cały czas, szepcząc ciepłe słówka i uspokajająco liżąc po grzbiecie.
Miał nadzieję, że narodziny trójki zdrowych kociąt zadośćuczyniły jej cierpienie.
Po raz kolejny podniósł wzrok na puchate kuleczki, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to ich dzieci. Narodziny Rudzika, Echa i Rzeczki (Jabłuszko był wdzięczny szylkretowej, że zgodziła się na nazwanie ich kocięcia na cześć Rzecznej Bryzy) przyniosły tyle mu tyle szczęścia – potrafił uwierzyć, że wszystko będzie dobrze, że Orzechowi uda się odpokutować zbrodnie, że Kurka
ponownie uśmiechnie się do niego i zaplecie jaskry w rudawe niczym margaretki futro. Zamruczał cicho, wtulając nos w bok partnerki.
Być może jednak wszystko miało się ułożyć.

***
podczas odbywania kary
 
Nic się nie układało.
Jabłkowa Bryza wiedział, że zasługiwał na karę. Wiedział, że być może zrobił źle, kochając morderczynię. Wiedział, że udawanie, że wszystko jest dobrze, że zbrodnia została popełniona w afekcie, że Orzech nie byłaby zdolna powtórzyć tak brutalnego czynu, było zwyczajną naiwnością. Wiedział, że był cholernym tchórzem niezasługującym na przyjaźń i miłość. Wiedział, że to wszystko była jego wina, że powinien bardziej poświęcać się dla bliskich, bo to właśnie z powodu jego głupiego strachu, niezapomnianej traumy inni cierpieli.
Jednak był również pewien, że karanie kociąt za błędy rodziców było niesprawiedliwe.
Słyszał szyderstwa rzucane w ich stronę, widział, jak są upodlane i gnębione, jednak nie potrafił im pomóc, nie potrafił ich obronić, ponieważ przez durne zmęczenie wywołane nocnymi pracami często po prostu zasypiał zaraz po przyjściu do żłobka. Był słaby, zbyt słaby (i bynajmniej nie chodziło tu o siłę fizyczną), aby obronić własne dzieci nawet przed durnymi kociętami Borsuczego Warkotu.
Nienawidził się za to.
Mógł być lepszy.

***
mianowanie kociąt

Biały puch zaskrzypiał pod łapami Jabłkowej Bryzy. Kocur zadrżał z zimna, kuląc się u boku partnerki.
– Poradzą sobie – mruknęła Orzech, splatając ich ogony. Point westchnął cicho, powoli kiwając głową.
– Mam taką nadzieję – stwierdził cicho, wtulając głowę w futro kotki. Niegdyś pachniało niczym stokrotki. To wspomnienie wywołało w nim irytację; wydał z siebie cichy pomruk niezadowolenia.
– Też bałeś się mianowania – przypomniała mu szylkretowa, omiatając obóz nieobecnym spojrzeniem. Ona również musiała wspominać dawne czasy.
– Jednak dostałem Oszronione Futro jako mentora. – na jego pysku pojawił się niewielki uśmiech. – Żałuję, że zginął w tamtej bitwie – westchnął, zwieszając głowę. Chciał dodać, że nikt nie powinien ginąć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. To wszystko było jeszcze wciąż zbyt świeże i nie chciał urazić córki Wrzosowej Polany.
Właściwie czemu?
Ta śmiała myśl zaskoczyła jego samego. Prychnął cicho, odganiając ją. Nie chciał ranić Orzeszki, nie miał powodu – przecież nie był tym typem kota, który trzymał urazę przez długie księżyce. Poza tym kochał ją, a miłość polegała właśnie na wyrzeczeniach.
– Słyszałam, że Echo zostanie uczennicą Śnieżnej Chmury – przyznała szylkretowa, a Jabłuszko spojrzał na nią z zaskoczeniem. – Być może Jesionowa Gwiazda dobrał dobrych mentorów dla całej trójki. – jej mowa ciała wskazywała na to, że bardzo chciała w to wierzyć. Liliowy przełknął ślinę, kierując wzrok na przemawiającego lidera.
Czy można było ufać w nieomylność jego decyzji po poprowadzeniu Klanu na (przynajmniej według Jabłka) niepotrzebną wojnę?
Jesionowa Gwiazda właśnie skończył swoją krótką przemowę, po czym pochylił głowę, spoglądając na stojącą naprzeciwko trójkę kociaków. Point nerwowo zastrzygł uszami. Jego uwagę przykuł stojący za Rzeczką (który jak zwykle wyglądał na pewnego siebie i zadowolonego) Rudzik. Wydał z siebie syk niepokoju, nerwowo strzygąc uszami.
– Rudziku – zaczął donośnie przywódca. – Ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Rudzikowa Łapa. Twoim mentorem będzie Ognisty Język.
W tamtym momencie Jabłkowa Bryza poczuł, jak cały sztywnieje.
Jesionowa Gwiazda musiał żartować. Przecież wszyscy członkowie Klanu Nocy wiedzieli o charakterze Ognistego Języka! Przypisanie go do nieśmiałego i strachliwego Rudzikowej Łapy było największym błędem, jaki czekoladowy mógł popełnić.
Point wydał z siebie gardłowy pomruk.
Jesionowa Gwiazda popełnił kolejny błąd.
 
***
po zgromadzeniu z opętaniami
 

Pierwszym, co Jabłkowa Bryza poczuł po przyjściu do obozu, był zapach krwi. Momentalnie futro na jego karku zjeżyło się ze strachu. Nie powinien iść na spotkanie z Psią Łapą, być może byłby na miejscu katastrofy… Zadrżał i powoli zaczerpnął powietrza. Nie mógł panikować. Musiał znaleźć kocięta, Orzeszkę, Zboże i Kurkę, musiał upewnić się, że są bezpieczni.
Kątem oka zauważył zbliżającego się leżącego w legowisku medyków i ponownie poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Czekoladowy wyglądał, jakby brał udział w walce – jego futro było potargane, a rany opatrywane przez medyka.
To nic takiego. Zgromadzenie okazało się pechowe – wytłumaczył przywódca, a wojownik wbił pazury w ziemie. Jego myśli krzyczały, a on wydał z siebie niekontrolowany pomruk złości. Jesionowa Gwiazda nie mówił mu całej prawdy.
Coś wielkiego nadchodziło.

 
*** 
abdykacja Jesionowej Gwiazdy
 
Jabłkowa Bryza być może poparłby plan obalenia Jesionowej Gwiazdy, gdyby nie jeden, istotny szczegół – wiedział, jakie nastawienie ma do niego i jego rodziny Borsuczy Warkot. Wobec tego, teraz gdy czekoladowy lider oddał przywództwo wojownikowi, powinien czuć strach.
Jednak o dziwo jego myśli nie krzyczały.
Przyglądał się furii Zbożowego Kłosa, niezdolny do ruchu. Wypełniała go pustka, jednak nie było to złe uczucie – niebezpiecznie przypominała obojętność, wraz z którą Kurka przyglądał się gnębionym kociętom siostry. Słyszał, jak Orzechowy Zmierzch niespokojnie kręci się u jego boku. Jabłuszko nie był pewien, czy biła od niej wściekłość, czy przerażenie.
Wszystko miało się zmienić. 
 
***
kiedy Chmurka był uczniem
 
Bezchmurna Łapa wpatrywał się w niego pełnym pogardy wzrokiem. Point zacisnął zęby, ze zdenerwowaniem wsuwając i wysuwając pazury. To było całkowicie bezcelowe. Męczył się ze szkoleniem syna swojego byłego mentora przez tyle księżyców, a tamten nawet, teraz gdy prawdopodobnie groziło mu wygnanie z klanu, wolał pyskować niż zwiększyć swoją szansę na zostanie wojownikiem.
Kończymy na dziś – wysyczał przez zaciśnięte gardło. Wszystko było tak głośne, tak krzykliwe… Miał dosyć słuchania obraźliwych komentarzy rzucanych przez część klanu (oni wszyscy byli przerażeni, tak bardzo bali się, że ktoś może powtórzyć haniebny czyn Orzechowego Zmierzchu, więc postanowili pozbyć się niebezpieczeństwa w najbardziej niepozorny sposób), patrzenia, jak przez jego błędy cierpią inni, wściekłych spojrzeń rzucanych w stronę Orzeszki przez Zboże i przede wszystkim Kurki, którego każde słowo było przesycone jadem.
Przecież mógł tak łatwo się ich wszystkich pozbyć…
Serce podeszło mu do gardła. Mogłaby nastać cisza… Potrząsnął głową, czując, jak zbiera mu się na wymioty. Nikt niczego by od niego nie wymagał… Zrobił krok w tył. Nie musiałby kochać, bo miłość była niczym więcej niż piękną różą posiadającą tysiące cierni, powoli przeżerających jego duszę… Drugi krok. Mógłby być wolny. Odwrócił się na pięcie i wybiegł z obozu.
Pędził na oślep, nie zważając na szarpiące jego skórę gałęzie. Nie mógł złapać oddechu, nie mógł zebrać myśli. Wiedział tylko jedno – nie chciał się zatrzymywać. Chciał uciec od Klanu Nocy, od swojej rodziny i przede wszystkim od siebie. Łzy wypełniły jego oczy.
Był potworem.

Nagle poczuł, jak jego łapa zahacza o wystający korzeń. Z hukiem runął na ziemię i przetoczył się, lądując w rzece. Przez chwilę leżał bez ruchu, dysząc ciężko. Uchyliwszy powieki, zadrżał z obrzydzeniem. Widział odbicie siebie – zmarnowanego, zniszczonego kota, którym nigdy nie miał się stać.
Był przerażony każdym nadchodzącym dniem. Bał się ucieczki i pozostawienia rodziny. Bał się zostać w Klanie, gdzie każda chwila wiązała się z cierpieniem.
Najstraszniejsze jednak było to, że głos w jego głowie nie należał do niego.
 
*** 

Ciche cykanie świerszczy niosło się po obozie Klanu Nocy. Jabłkowa Bryza siedział przed legowiskiem wojowników z ogonem owiniętym wokół łap.
Wszystko wydawało się takie spokojne
– Koszmar? – mruknęła Orzeszka, przysuwając się do niego. Point westchnął cicho.
Stokrotki. Powinien przynieść jej stokrotki.
– Można tak powiedzieć – zgodził się, podnosząc wzrok na gwiazdy. Czuł, jak partnerka siada obok i wtula się w jego bok. Jabłuszko przełknął ślinę, a koniuszek jego ogona zadrżał nerwowo. – Orzeszko, ja…
Nie mów.
Głos w jego głowie brzmiał nadzwyczaj głośno i wyraźnie. Liliowy zatrzymał się w pół zdania i zastrzygł uszami ze zdziwieniem.
Skrzywdzi jak wszyscy. Zabije. Zrani. Nie zrozumie.
– Czy coś się stało? – szepnęła troskliwie Orzeszka, a wojownik potrząsnął głową, jednocześnie chcąc uspokoić kotkę i swoje krzyczące myśli. Nie mógł jej powiedzieć o głosie, nie mógł się zdradzić. Pytanie szylkretowej nagle wydało mu się jakimś okrutnym żartem. Pytała, czy coś się stało, gdy jedno z ich dzieci okazało się morderczynią, drugie zasmakowało krwi, większość Klanu Nocy ich nienawidziła, a on każdego dnia obawiał się o swoje życie. Jakiej odpowiedzi oczekiwała?!
– Ja… Chciałbym, żebyś poznała mojego ojca – wyrzucił z siebie i rozglądnął się ze strachem. – Żebyś w razie czego miała gdzie uciec – wyjaśnił, zniżając ton głosu. – Tak bardzo się boję... – wyznał, kuląc się. – Błagam, obiecaj mi, że gdyby coś się działo, odejdziesz jak najdalej stąd, nie zważając na mnie – zażądał, ignorując wrzask sprzeciwu w jego głowie.
Nigdy nie chodziło o liczenie się z jego uczuciami, zawsze ważniejsze było czynienie tego szeroko pojętego dobra.
Jabłkowa Bryza zamierzał to robić, póki miał jeszcze szanse podjęcia jakiegokolwiek świadomego wyboru.

< Orzeszko? >

19 czerwca 2021

Od Jabłkowej Łapy (Jabłkowej Bryzy) CD. Niezapominajkowej Łapy (Niezapominajkowego Snu)

– Teraz ty! – zawołał Niezapominajek, uśmiechając się w jego stronę. Jabłkowa Łapa pochylił się, balansując na brzegu gałęzi. Przełknął głośno ślinę. Nigdy nie przepadał za wysokościami (szczególnie po śmierci Rzecznej Bryzy – często miewał koszmary ze sobą siedzącym na drzewie w roli głównej) i nie rozumiał zamiłowania Orzeszki do wspinania się. Osobiście wolał pływanie – dawało mu ono wrażenie kontroli.
Jednak mimo wszystko postanowił zaufać Niezapominajkowej Łapie.
Skoczył.

***

Jabłkowa Bryza musiał przyznać, że za wszelką cenę unikał patrolów z rodziną Orzecha. Czuł się winny, wiedząc, że ich zawiódł. Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie większość kotów (od których, nawiasem mówiąc, zaczął się mocniej izolować) postrzega go jako chorobliwie zakochanego w morderczyni, niegodnego zaufania zdrajcę. Przerażało go to, jednak nie tylko dlatego, że bał się odrzucenia – był prawie pewny, że część członków Klanu Nocy będzie przelewała swoją złość również na dzieci.
Dlatego właśnie wcale nie był zadowolony, kiedy został przydzielony do patrolu łowieckiego Niezapominajkowego Snu.
Biegł kilka kroków za kocurem, nerwowo przecinając ogonem powietrze. Wokół panowała niezręczna cisza, przerywana tylko cichym szumem rzeki. Jabłkowa Bryza zastrzygł nerwowo uszami – czuł, że to właśnie czarno–biały wojownik był tym, kogo najbardziej zawiódł. Kiedyś (o wielki Klanie Gwiazdy, jak dawno temu to było?!) obiecał mu przyjaźń, a przyjaźń nie powinna polegać na ranieniu innych. Point czuł potrzebę wytłumaczenia, rozmowy z Niezapominajkiem. W końcu… Chyba mu się to należało, prawda?
Zanim zdążył dokładnie to przemyśleć, zaczął mówić.
– Niezapominajkowy Śnie? – mruknął nieśmiało, spoglądając na niego kątem oka. Drugi kocur podniósł głowę, a Jabłkowa Bryza z przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie opisać widzianych w jego oczach emocji. – Ja… Przepraszam – wydukał, spuszczając łeb. – Mogłem powstrzymać Orzeszkę – stwierdził, kładąc po sobie uszy. – Gdybym to zrobił, wszystko byłoby po staremu – miauknął z tęsknotą w głosie. – Cokolwiek sądzisz o tej sytuacji, błagam, nie mścij się przez to na kociętach.

< Niezapominajku? Udawajmy, że ten odpis nie jest z lutego, dobrze? >

18 czerwca 2021

Od Jabłkowej Bryzy CD. Jesionowej Gwiazdy

Wstyd palił. Był niczym ogień, spopielając duszę wojownika. Jasne, ciepłe płomienie tańczyły w rytm nieznanej melodii, śmiejąc się i sycząc, a na ich twarzach malowały się pogardliwe uśmiechy. Wstyd pachniał niczym piwonia, roztaczając swoją silną woń wszędzie dookoła. Wstyd lśnił, rozganiając cienie i nie pozwalając ukryć się przed parzącymi spojrzeniami.
Point skinął głową, wbijając wzrok w ziemię. Mógł być lepszy. Pod każdym możliwym względem.

***

Jabłkowa Bryza nie był pewien wielu rzeczy. Nie był pewien, czy żałował. Nie był pewien, czy postąpiłby inaczej, gdyby Orzech ponownie kogoś zamordowała. Nie był pewien, czy był jakikolwiek sens w wierze w dobroć szylkretowej kotki. Nie był pewien, czy powinien zadawać się z Kurką. Nie był pewien, kim powinien być.
Wszystkie dni zlewały się ze sobą. Pilnowanie kociąt, obowiązki, sen. Point starał się być dobrym ojcem i zgodnie z poleceniem przywódcy nauczyć dzieci, jak powinien zachowywać się prawdziwy wojownik. Jednak… Milczenie było trudne. Milczenie na temat zbrodni, przeszłości, rodziny. Jabłkowa Bryza był pewien, że pewnego dnia wyzna im prawdę – być może nawet zabierze je do Psiej Łapy – jednak teraz było za wcześnie, by maluchy dowiedziały się między innymi o czynie matki. Chciał być dla nich przez cały czas, w przeciwieństwie do jego ojca, który zawsze był daleko.
To był jeden z tych momentów, w których rzeczywiście miał chwilę dla siebie. Orzech wróciła z pracy, a on czekał, aż zbierze się wieczorny patrol. Obóz wydawał się niezwykle spokojny – większość kotów dopiero wracała z polowań, a część odpoczywała w legowiskach. Point siedział przed żłobkiem, wygrzewając się w ostatnich promieniach słońca. W takich chwilach po prostu rozkoszował się samotnością i możliwością oderwania się od codzienności.
Jednak nim zdążył wydobyć z siebie cichy pomruk zadowolenia, kątem oka zauważył Jesionową Gwiazdę, kończącego rozmowę ze swoją zastępczynią. Przez chwilę wpatrywał się w niego niezdecydowany, po czym podniósł się wolno. „Raz kozie śmierć” pomyślał i wziął głęboki oddech.
– Jesionowa Gwiazdo! – zawołał, na drżących łapach podbiegając do przywódcy. – Ja… Chciałem zapytać, k–kiedy skończy się kara Orzeszki?

< Jesion? >

03 czerwca 2021

Od Jabłkowej Bryzy CD Bezchmurnej Łapy

Jabłkowa Bryza (był delikatnie) mówiąc skonfundowany. Jego uczeń, który powinien być grzeczny i słuchać mentora, właśnie beztrosko wparował na terytorium wrogiego Klanu. Point zamrugał z dezorientacją, nie będąc pewien, co właściwie powinien zrobić.
Wielki Klanie Gwiazdy, czemu nie zaoponował, kiedy Jesionowa Gwiazda postanowił przydzielić mu ucznia?
– Bezchmurna… – zaczął, po czym potrząsnął głową. – Chmurko. Chmuro – poprawił się, wbijając w kocura błagalne spojrzenie. – C-czy mógłbyś tutaj wrócić? – zapytał, nerwowo rozglądając się naokoło. Bynajmniej nie miał ochoty wpaść na patrol Klanu Burzy i musieć tłumaczyć się z krnąbrności młodziaka.
Syn Pierwszego Deszczu stał w bezruchu, wcale nie wyglądając, jakby zamierzał posłuchać mentora. Jego zimne spojrzenie żółtych oczu było wbite w wojownika, który miał wrażenie, że uczeń chce przetestować jego cierpliwość.
Jabłkowa Bryza z przerażeniem zdał sobie sprawę, że Bezchmurna Łapa (czy też Chmura, jak kazał się nazywać) w niczym nie przypominał Oszronionego Futra.

***

Jabłkowa Bryza wciąż nie do końca potrafił pojąć, że te trzy małe kulki są jego dziećmi. Sama myśl, że jest ojcem, wciąż wydawała mu się dziwnie abstrakcyjna. Bynajmniej nie chodziło o to, że nie kochał kociąt – wręcz przeciwnie, darzył je głębokim uczuciem, które pojawiło się w momencie, gdy zobaczył maleństwa po raz pierwszy. Jego głównym problemem było to, że opieka nad kociętami przerażała go. Miał wrażenie, jakby każdy jego ruch mógł uszkodzić bezbronne kuleczki. Zdawał sobie sprawę, że każdy komentarz, dla niego nieszkodliwy, może odbić się na samopoczuciu dzieci, pozostawiając głębokie rany na ich duszy.
Trzeba było przyznać, że point panikował podczas opieki nad kociętami, co wcale nie sprzyjało jego karze, jaką było siedzenie w żłobku przez calutkie dnie.
Działania jego i Orzeszki nie wpłynęły tylko na tryb życia wojownika. Wiązały się z nimi również krzywe spojrzenia, rzucane im przez część Klanu. Jabłkowa Bryza potrafił stłumić negatywne emocje, jednak bał się, że niewinne kocięta będą musiały cierpieć za błędy rodziców. Kolejną rzeczą, która zmieniła się po wyjściu na jaw zbrodni, był plan treningów z Bezchmurną Łapą.
I właśnie to była rzecz, o której wojownik chciał z nim porozmawiać.
– C-Chmuro! – zawołał, przebierając łapami. Kończący posiłek uczeń nawet nie podniósł głowy, by na niego spojrzeć. Zimne spojrzenie jego żółtych oczu było wbite w horyzont. Zbity z tropu Jabłkowa Bryza zawahał się, nerwowo przecinając ogonem powietrze. – Chciałbym zaplanować nadchodzące treningi – wydukał, nie spuszczając wzroku z syna Pierwszego Deszczu, który nawet się nie poruszył. – B-będziemy ćwiczyć wieczorami, a w trakcie dnia będziesz brał udział w patrolach – oznajmił i niespokojnie zastrzygł uszami, czekając na reakcję.

< Chmuro? >

28 maja 2021

Od Jabłkowej Łapy (Jabłkowej Bryzy) CD. Zbożowego Pola

– Hej! Jak ci idzie trening? – zawołał Zbożowe Pole (Jabłkowa Łapa wciąż nie potrafił przyzwyczaić się do jego nowego imienia). Niski kocurek uśmiechnął się delikatnie, mrucząc głośno.
– Wydaję mi się, że dobrze – stwierdził, po czym rzucił spojrzenie w stronę legowiska wojowników. – A przynajmniej Oszronione Futro tak twierdzi – dodał szybko. Po chwili spuścił wzrok, wzdychając cicho. – Zboże… Ja… Boję się tej bitwy – wymamrotał, ze wstydem kładąc uszy. – Czy… Czy twoja obietnica o chronieniu mnie jest wciąż aktualna? – zapytał nieśmiało.
– Zawsze będzie – stwierdził pewnie bury wojownik, a uczeń poczuł ciepłe uczucie rozchodzące się w jego piersi.
Zbożowe Pole nie dałby go skrzywdzić. Nigdy.

***

Dawno temu Jabłkowa Bryza wierzył w sprawiedliwy świat. Dawno temu wierzył, że nikt bliski jego sercu nie będzie chciał go skrzywdzić. Dawno temu wierzył, że zawsze będzie przy nim ktoś, kto go wysłucha i zrozumie.
Dopiero po czasie zrozumiał, jaki był naiwny.
Nie było czegoś takiego jak dobre zakończenie. Nie było dobrych kotów, którzy naprawdę potrafiły poświęcić swoją dumę dla innych. Nie było nikogo, kto potrafiłby go zrozumieć. Point nie chciał rozmawiać, nie chciał mówić o swoich uczuciach, bo wiedział, że zostałby uznany za egoistę.
Jabłkowa Bryza nie był egoistą. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Orzechowy Zmierzch zamordowała kota z zimną krwią. Widział jej wyraz pyska, tę pasję w jej spojrzeniu, tę dziwną satysfakcję. Przerażała go. Zawsze myślał, że on oraz szylkretowa kotka zgadzają się co do jednego – w ich życiu pojawiło się już wystarczająco dużo śmierci i nie zamierzali szerzyć jej dalej. Zdrada Orzeszki była niczym złamanie pewnego rodzaju przysięgi. Jednak mimo wszystko pomógł jej ukryć to durne ciało, przez cały czas kłamał, tylko po to, by nikt nie wyrządził krzywdy ukochanej, w której wciąż widział tą dawną, dobrą kotkę.
W przeciwieństwie do niektórych potrafił postawić innych ponad sobą, jednak wcale nie był pewien, czy była to dobra cecha.
Kurkowa Pieśń przypominał różany krzew. Był niczym piękny kwiat o słodkiej woni i od zawsze pląsał wokół pointa niczym łodyga drżąca przy każdym podmuchu wiatru. Jednak jego ciernie wbijały się w głęboko ciało Jabłkowej Bryzy, niszcząc go. Czasami miał wrażenie, jakby rudzielec okradał go z jakiejś cząstki siebie na rzecz żałoby za ukochanymi. Każde spotkanie, każda rozmowa sprawiały, że liliowy gnił od środka.
Jednak w tym wszystkim była jeszcze jedna osoba, której ufał – być może niesłusznie. Wspomnienie wtulania się w jego miękkie futerko i towarzyszące temu poczucie bezpieczeństwa wydawały się dla wojownika dziwną ostoją spokoju w tym wielkim, poplątanym świecie. Jabłkowa Bryza chciał móc przestać myśleć o przyszłości, chociaż ten jeden, ostatni raz. Chciał znowu być niewinnym dzieckiem. Chciał powrócić do czasów, gdy wszystko jeszcze było dobrze.
– Zbożowe Pole? – szepnął, trącając burego kocura. Wojownik zamrugał, rozbudzony z głębokiego snu. Liliowy przez chwilę wpatrywał się w niego w ciszy. Być może nie powinien przychodzić do niego w środku nocy, jednak… Czuł, że tego potrzebował. – Nic… Nic nie jest tak, jak powinno – wydukał cicho, a jego oczy zaszły łzami. – Czy mogę się przytulić?

< Zboże? >