BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(jedno wolne miejsce!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik (II). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borowik (II). Pokaż wszystkie posty

19 sierpnia 2026

Od Borowika CD. Śnienia

Siedziałem sobie ukryty w cieniu liści, obserwując obóz z wysokości. Wcale nie wypatrywałem żadnego konkretnego kota. A już na pewno nie nikogo o futrze koloru zachodzącego słońca, pokrytego gdzieniegdzie białymi chmurkami. Co to, to nie.
Zerknąłem w dół na brodatego kocura i stojącą obok mamę Płatka. Nie znałem jej za dobrze, ale skoro była mamą, w dodatku kogoś równie miłego, jak Płatek, to musiała być miła również.
Gdy usłyszałem wołanie czarnego, momentalnie odbiłem się od gałęzi i runąłem w dół, lądując zgrabnie na czterech łapach.
– Hm. Cześć, Śnienie. Cześć, Poin…
Zachwiałem się na łapach po skoku z takiej wysokości. Na szczęście szybko odzyskałem równowagę.
Potrząsnąłem głową.
– No. Hm. Cześć, Śnienie i Poinsecjo. Możemy… na spacer iść. Tak.
– Świetnie! – odparł brodaty. – Nie ma co siedzieć w obozie przy tak ładnej pogodzie.
Ruszyliśmy, kierując się w stronę Owocowego Lasku. Ja po jego lewej, mama Płatka po prawej.
– Ano… Gratuluję… mianowania, tak w ogóle. Nie mówiłem wcześniej chyba… To dość… niespodziewane – mruknąłem, odwracając się co jakiś czas za siebie, wcale nikogo nie wypatrując.
Czarny uniósł lekko brwi i parsknął lekko.
– Co, nie spodziewałeś się, że kot spoza Owocowego Lasu dałby radę ukończyć wasz trening?
Zmarszczyłem brwi. Nie no, nie to miałem na myśli.
Ugh. Strasznie jestem dziś rozproszony. Muszę się bardziej skupić. Bo jeszcze powiem komuś coś przykrego i nawet się nie zorientuję…
Skup się.
– Co? Uh. Nie, nie. Nie rozważałem tego ani przez jedną chwilę mojego życia. Zaskakujące, że wcześniej ci nie pogratulowałem… Bo… bo ja cieszę się. Że teraz mogę chodzić tak sobie po lesie z kimś o tak wyśmienitej brodzie… to znaczy, o tak wybitnych zdolnościach łowieckich i… i ten… i… innych… takich. No, właśnie.
– Przyznaj wreszcie, Borowiku, tu zawsze chodziło tylko i wyłącznie o moją brodę. Tylko dlatego zostałem przez was przyjęty – zażartował, przechylając lekko głowę.
– Uh. Nie no… Nie powiedziałbym, że tylko przez to, ale… uh… nawet jeśli, to… to… okazałeś się też przy okazji… genialnym wojownikiem…
Byłem dumny ze Śnienia, że uniezależnił się od swojej brody. Teraz tak naprawdę mógłby ją zgolić i nadal prawdopodobnie byłby kimś. Nawet jeśli to dzięki niej, jak twierdzi, znalazł tu swoje miejsce, jego życie już od niej nie zależy. Jest wolny.
Śnienie uniósł brwi w lekkim zdziwieniu, po czym uśmiechnął się miękko.
Wtedy odezwała się mama Płatka.
– Borowiku – zagadnęła, zmieniając naszą konfigurację i stając tuż przy mnie. – Widziałam, że niedawno rozmawiałeś z moim synem.
Zerknąłem w niebo, wypatrując ewentualnego zagrożenia z powietrza.
– Uh. No, czy ja wiem, czy tak niedawno… – Oblizałem pysk. – Wyszliśmy z nim na spacer może raz czy dwa, w Porze Nagich Drzew… To dość… obiektywnie… dawno.
– Ah, tak… – miauknęła, zamyślając się na chwilę. – Czy nie uważasz, że ktoś tak, delikatnie mówiąc, niesamodzielny i o wciąż, moim zdaniem, nie całkiem poukładanych priorytetach jest odpowiednim towarzystwem dla mojego syna?
Zmarszczyłem brwi, nie odrywając wzroku od koron drzew.
– Uh. Uważam… kogo… czego… co?
Muszę przyznać, że nie do końca skupiłem się na jej słowach, które jedynie przelały się przez mój przewód słuchowy i zniknęły bez śladu.
Poinsecja chyba chciała wyjaśnić, kogo-kto-czego-co-uważam, bo otworzyła właśnie pysk, ale ja zdążyłem się już rozproszyć.
Zamarłem na chwilę.
Przypadłem nagle do ziemi, zerkając z fascynacją na czarnego kocura, blokując mu drogę.
– Śnienie. Nie ruszaj się. Na brodzie usiadł ci motylek. Patrz, trzepocze skrzydełkami…
Przyglądałem się malutkiemu stworzonku z fascynacją, a gdy odleciało, wodziłem za nim wzrokiem, aż całkiem zniknęło między liśćmi drzew.
– No, już odleciał. Nie ważne. – Wstałem, otrzepując się nieco z piasku. – O, w ogóle, to gdzie idziemy? Będziemy polować czy jak?

<Śnienie???>

07 sierpnia 2026

Od Borowika

Następnych parę dni spędziłem na bacznej obserwacji. Samego siebie, jak i otoczenia, którego jeden element z jakiegoś powodu stał się jego punktem centralnym...
Świergotek.
Oczywiście, można było znaleźć na to wiele logicznych wyjaśnień. Na przykład wyróżniający się, rudo-biały kolor futra…
No dobra. W sumie to nie udało mi się wpaść na nic innego do tej pory…
By zbadać ten niespotykany fenomen, postanowiłem zbliżyć się do kocura. Zastosowałem w tym celu kilka prostych taktyk, składających się na całość mojej wybitnej strategii.
Przykładowo, zamiast wylegiwać się większość czasu wolnego w legowisku, spędzałem go w dolnej części obozu. Udawałem, że gdzieś idę lub też po prostu siedziałem w miejscu, czekając cierpliwie na pojawienie się Świergotka. Gdy wreszcie zauważałem go, przechodzącego, całą siłą umysłu starałem się złapać z nim kontakt wzrokowy, a następnie — w zależności od sytuacji — przywitać się z nim słownie lub kiwnięciem głowy.
Nie zostawało mi jednak zbyt wiele czasu wolnego, gdyż kolejną taktyką było… zgłaszanie się na każdy możliwy patrol. Nie byłem pewien, na którym z nich będzie rudy kocur, dlatego szedłem na wszystkie. Byleby tylko spędzić z nim czas. Nie ważne, że w większości wyglądało to tak, że on szedł, a ja się gapiłem, nie uzyskując oczekiwanej reakcji…
Dziś ponownie zgłosiłem się na poranny patrol i w końcu miałem szczęście — Świergotek również tam był. Jak zwykle szedłem za nim i obserwowałem — no bo co innego miałem zrobić? Nie wiem, co. Na pewno nie zagadam. Bo co miałbym powiedzieć?
Ale tym razem było inaczej. Skupiłem się na nim tak bardzo, że… zamiast przeskoczyć na gałąź obok, wlazłem w pień głową…
Rozległ się stłumiony trzask.
Rudy kocur odwrócił się do mnie gwałtownie z otwartymi szeroko oczami.
— Borowiku? Wszystko dobrze? — spytał.
Skrzywiłem się i potrząsnąłem głową na boki.
Oj, będę miał guza…
Chciałem odpowiedzieć, że tak, wszystko dobrze, ale zamiast tego z mojego pyska wydobył się jedynie bliżej niesprecyzowany dźwięk.
— Eueuaehhhh… — Zachwiałem się.
Świergotek zmarszczył brwi i przeskoczył na moją gałąź, stając obok mnie, by w razie czego zapobiec mojemu upadkowi.
Czułem, jak przegrzewają mi się zwoje mózgowe.
— Możesz iść? — Gdy pokiwałem głową, kontynuował: — To dalej, powinniśmy dogonić resztę. Musisz bardziej uważać, Borowiku.
Ton jego głosu nie brzmiał ani trochę, jakby kocur był zdziwiony czy zirytowany. Bardziej, jakby to była całkowicie normalna sytuacja…
— Uch. Nie no… Nic mi… nie jest. Jestem przyzwyczajony do… uch… wpadania w… pnie… — mruknąłem. — Nic… nic specjalnego…
Kocur zaśmiał się dość naturalnie i przechylił głowę.
— To pewnie przez to, że ostatnio chodzisz na te wszystkie patrole, Borowiku.
No i zatopiony.
Zdemaskował mnie.
Ale jak? Moja tajna operacja była zaplanowana wybitnie i w sposób złożony, zwykły umysł nie byłby w stanie tego odkryć…
— Uch… Co…? Znaczy… trochę mi się… wiesz… nudzi ostatnio… Nie mam ucznia ani nic… — Zmarszczyłem brwi, próbując ostrożnie postawić łapę na następnej gałęzi.
— Tia, zauważyłem. Ciągle siedzisz na środku obozu. Musi ci się naprawdę nudzić…
Podwójnie zatopiony.
Nie wierzę…
Nie wiedziałem, że jest aż tak spostrzegawczy…
— Uch. No… — Po wejściu w drzewo nie stać mnie było na bardziej rozbudowane odpowiedzi.
Rudzielec spojrzał na mnie.
— Wiesz, jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić — dodał, jakby od niechcenia. — Ja też nie mam nic lepszego do roboty.
Jakby dla żartu pacnął mnie ogonem.
BUM.
Zaliczyłem drugie spotkanie mojej głowy z pniem.
Tym razem siła zderzenia była na tyle duża, że spadłem z gałęzi i zacząłem zsuwać się odruchowo po pniu w dół.
— BOROWIKU! — krzyknął za mną Świergotek, tłumiąc śmiech. — ŻYJESZ?
Wylądowałem w krzakach na dole.

***

Wieczorem, leżałem w legowisku na gałęzi. Czułem, jak na moim czole uformował się guz wysoki jak średniej wielkości szczupak od ogona do głowy.
Auć.
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że wlazłem w drzewo. Dwukrotnie. I to przez jakiegoś kota. Nigdy mi się to nie zdarzyło przez jakiegoś kota. Z reguły było to celowe działanie z mojej strony lub dywersja…
W dodatku zostałem rozpracowany z taką łatwością…
Nie podoba mi się to.
“Jeśli chciałbyś z kimś pogadać czy coś, to nie musisz się tak czaić”.
Pff. Ja mu dam. Tak z nim pogadam, że sam w pień wlezie. Jeszcze pożałuje, że zasugerował mi najbardziej logiczną i naturalną opcję…

29 lipca 2026

Od Borowika

Pora Nowych Liści zawitała do Owocowego Lasu pełną parą. Biały puch, dotychczas pokrywający drzewa, został zastąpiony przez róż pąków i zieleń młodych liści. Odgłosy skrzypienia śniegu i gałęzi zmieniły się w szum na nowo budzącego się do życia lasu i ćwierkanie ptaków.
Jak ja nie cierpię Pory Nagich Drzew… Nie cierpię zimna. Ughhh… Jak dobrze, że już koniec…
Dzisiaj była moja kolej, by iść na patrol, w tych warunkach było to nawet do zniesienia, a wręcz cieszyłem się, że będę miał okazję zobaczyć Owocowy Lasek w nowej odsłonie. Wieczorem więc stawiłem się przy wyjściu z obozu, czekając na pozostałą dwójkę zwiadowców, z którymi miałem wyruszyć. Usiadłem miękko na ziemi, otulając moje łapy ogonem. Słońce zaczęło powoli chylić się ku zachodowi, zalewając obóz miękkim, różowo-pomarańczowym światłem, prześwitującym przez liście na drzewach.
Kichnąłem.
A… No i jest jeszcze jeden minus. Duszący zapach kwiatów zawsze przyprawia mnie o katar.
Po chwili pojawił się drugi zwiadowca, Świergotek. Wyglądał, jakby jeszcze nie do końca przestawił się na nową porę. Na pysku miał lekki grymas niezadowolenia i znudzenia. Rudy usiadł obok, nie obdarzając mnie jednak spojrzeniem.
– Hej, Borowiku – westchnął od niechcenia.
Zamrugałem, również nie patrząc.
– Uh. Witam – mruknąłem niepewnie,
I to było a tyle.
Następne kilka chwil spędziliśmy, siedząc w niezręcznej ciszy…
To już kolejna rzecz, której nie cierpię, a która spotyka mnie niestety aż nader często. Z reguły taka krótka wymiana zdań była dla mnie nie lada sukcesem i wystarczała. Jednak jako, że ostatnimi czasy staram się jak najintensywniej rozwijać moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się nie dać za wygraną i… prowadzić… rozmowę… nie nastawiając się oczywiście na żaden konkretny wynik. Już się nauczyłem, że najczęściej zupełnie nic z tego nie wynika ani też nie wychodzi. Ale im więcej będę próbował, to może kiedyś…
– A. Um. Świergotku…? – zagadnąłem.
Ten zerknął na mnie bez większego zainteresowania.
– Co tam?
– A bo ty to jesteś tym… zwiadowcą. Co… co nie…?
Oh, Wszechmatko... Ja nie chciałem.
Świergotek uniósł lekko jedną brew.
– Jestem, jak widać – odparł. – A co…?
W jego oczach dostrzegłem drobną iskierkę zainteresowania.
Huh. No… nie tego się spodziewałem.
Dobra. Dobra. Nie zepsuj tego. Powiedz cokolwiek.
– Yyy… Czy… czy wiedziałeś, że powiedzenie “rosnąć jak grzyby po deszczu” w rzeczywistości ma odbicie tylko w bardzo wąskim zakresie sytuacji…?
Cokolwiek. Ale nie to…
Rudy kocur przechylił lekko głowę na bok, marszcząc brwi, ale ja nie dałem sobie przerwać. Czułem, że jeśli teraz przestanę mówić, to utonę w niezręczności na następne trzy do czterech księżyców…
– I… I to dlatego, że nie chodzi o sam deszcz, ale o to, jak bardzo wilgotna jest… jest gleba. Czyli dużo deszczu musi być. I stabilne warunki. Bo jak się nagle zrobi… upał albo burza to… to wszystkie te grzyby umrą… Wiedziałeś…?
Rzuciłem mu krótkie spojrzenie.
Świergotek zawahał się.
– Uh… Nie, nie wiedziałem. To brzmi dosyć… ciekawie…? – na jego pysku pojawił się nieco niezgrabny, ale na czterdzieści trzy procent autentyczny uśmiech. Po znudzeniu nie było już śladu.
– Ah. Okej, to… to już wiesz… – kiwnąłem głową.
Na szczęście nie musiałem zastanawiać się nad tym, co dalej powiedzieć, bo właśnie zza zakrętu wyłonił się niemal bezszelestnie Hiacynt i do nas dołączył. We trójkę ruszyliśmy w kierunku Owocowego Lasku.
Czułem się dosyć… niezręcznie. Niby zawsze się tak czuję, ale tym razem to zupełnie nowy poziom. W dodatku zupełnie nie spodziewałem się, że z moich prób nawiązania rozmowy faktycznie kiedykolwiek wyniknie coś poza trwałym zakłopotaniem obu stron. Dziwne rzeczy, dziwne…
Chyba… uh… chyba muszę coś zrobić… z tym…

28 lipca 2026

Od Borowika CD. Mordor

Ugh. Jak zimno. Już nawet nie czuję łap. Ani uszu. Ani nosa.
Być może pływanie w lodowatej wodzie o świcie w poszukiwaniu ryb nie było najlepszym pomysłem, ale za to… niczego nie złowiłem. Czyli wychodzę na podwójny minus, co razem daje plus. Prawda?
Więc odkąd wróciłem, leżałem skulony na moim legowisku. Bez sensu jest takie legowisko na gałęzi. W ogóle nie daje mi osłony przed wiatrem. Ani zimnem.
Zerknąłem z góry na Iskrzyka i Mordor.
– Oh… No, dobrze, mogę iść… – mruknąłem.
– Co mówisz?! – krzyknęła Mordor z dołu, przechylając głowę na bok, wyraźnie nie usłyszała mojego mamrotania z takiej odległości.
Ugh.
– Mówię, że… – zacząłem, lekko drżącym głosem.
Skrzywiłem się i pokręciłem głową na boki.
Wstałem z legowiska i zacząłem ostrożnie schodzić w dół, choć stanowiło to nie lada wyzwanie w moim stanie.
– Mówię, że mogę iść – powiedziałem, dołączając do nich.
Świetny pomysł. Mam odmrożenia, ale pójdę jeszcze przejść się w śniegu. To na pewno pomoże.
Rozgrzeję się najpewniej podczas chodzenia i biegania.
– Dobra, to chodźmy! – Mordor spojrzała na mnie z ekscytacją.
Otworzyłem szerzej oczy i przypadłem do ziemi, obserwując ją uważnie.
– Mordor. Ty… ty mówisz… tak wiesz. Nie jak zwykle. Faktycznie…
– Tak!!! Świetnie, prawda? – niebieska wypięła dumnie pierś. – Borrrowiku!
– Tak… tak, bardzo świetnie nawet… Cieszę się. Że ci… łatwiej… terrraz… będzie. Tak… – pokiwałem głową.
– Okej, chodźmy, Borowiku! Pokażę ci wszystko, czego się nauczyłam!

***

– Patrzcie! Iskrzyku! Borowiku, patrz! Złapałam!
Mordor trzymała w pysku myszkę, którą udało jej się upolować.
Obserwowałem uczennice nieustannie, odkąd wyszliśmy z obozu. Byłem pod autentycznym wrażeniem wszystkich jej nowo nabytych umiejętności. Potrafiła rozpoznać niemal znaczną część drzew i nazwać co poniektóre ich choroby, raz nawet udało jej się przypasować zwierzę do tropu! No… prawie! A teraz ta mysz! Zawsze jestem zachwycony, widząc, jakie postępy robią niegdyś malutkie kociaczki a teraz pełnoprawni uczniowie. Przepełniała mnie duma i… powoli nasilająca się bezwładność kończyn dolnych. Ale przede wszystkim duma. Tak…
– …Dobra, możemy wracać w takim razie!
Z rozmyślań wyrwał mnie radosny głos Mordor, rozmawiającej ze swoim mentorem.
Wracamy.
Nareszcie.
Niepewnie zacząłem dreptać za nimi, próbując nie wkroczyć czaszką w przestrzeń osobistą żadnego pnia drzewa. Minęły księżyce, odkąd ostatni raz wpakowałem się w pień czaszką. Nie chcę psuć sobie dobrej passy.

***

Wróciliśmy do obozu.
Okej. Może ten patrol to nie był najlepszy pomysł. Może jednak dwa minusy dają duży minus, a nie plus. Nie mogąc dłużej ustać na łapach, usiadłem, a potem położyłem się na ziemi. Skrzywiłem się lekko.
– Hej, Borowiku! Co ty robisz? Czemu tu leżysz? – spytałem Mordor, przerywając rozmowę z mentorem, patrzyła na mnie lekko skonsternowana.
– Uh… No… no wiesz, starsze koty już tak mają czasem, że… że leżeć muszą…
– Ale nie gadaj głupot! Co ci jest? – kotka postąpiła kilka kroków w moją stronę.
– Ugh… Nie, nic, tylko… troszkę mi… łapy odmarzły. Troszkę. Nic wielkiego…
– Zostań tu! Pójdę po Gołąbka! – niebieska odwróciła się, by odejść.
– Uh… Nie, nie, nie trzeba, zaczekaj, może lepiej… – zacząłem.
Ale ona już pobiegła w stronę legowiska uzdrowicieli.
Ughhh…
Mój brat będzie wściekły, że znowu całkowicie zignorowałem jakiekolwiek jego instrukcje oraz warunki, konieczne do utrzymania moich funkcji życiowych, tym samym bezmyślnie narażając moje życie…
Po chwili oboje wrócili.
Gołąbek rzucił mi długie, badawcze (i wyraźnie pełne dezaprobaty) spojrzenie.
– No, ładnie się załatwiłeś, Borowiku… Chodź. Poleżysz sobie jakiś czas u mnie, aż odmarzniesz. Tam jest ciepło.
– Uh. Fajny pomysł, tylko… um… z tym wstaniem to będzie ciężko… bo… kompletnie nie czuję łap… ani uszu czy też ogona, oraz dolnej części pyska. Może mnie… pociągniecie…? Jestem leciutki. Jak bóbr.
Gołąbek wymienił niepewne spojrzenie z Mordor.

***

Następnego dnia, leżałem sobie wciąż w legowisku uzdrowicieli. Było mi już cieplutko i czułem wszystkie części mojego ciała dokładnie tak, jak powinienem. Mam nadzieję przynajmniej.
Wtedy zobaczyłem wchodzącą do legowiska niebieską kotkę.
[wyleczeni: Borowik]

<Mordor…???>

24 lipca 2026

Od Borowika CD. Smoka

Zamrugałem i spojrzałem na nią uważnie.
– Oh, to… to miło z twojej strony, Smoku. Miło, że mi wybaczasz, choć… nie do końca jestem pewien, czy jest taka konieczność…
– Aaa, w ogóle, to mam do ciebie splawę – przerwała. – Inteles.
Ożywiłem się nieco. Wytrzeszczyłem momentalnie oczy i nie spuszczając z niej wzroku czekałem na otrzymanie zadania. Muszę przyznać, że nieco się dzisiaj nudziłem. Nie zostałem przydzielony do żadnego patrolu. Na polowanie nie poszedłem, bo zimno, z resztą byłem wczoraj i przedwczoraj i przed przedwczoraj nawet…
– Uh. Tak? Słucham. W czym mogę ci…?
– Jesteś moim kolegą, plawda, Bolowiku?
– Um. Jestem…? – spojrzałem niepewnie w bok.
– Ugh. Ta-ak! – rzuciła tonem, jakby to było coś najbardziej oczywistego.
– A. To… to miłe w sumie. Nigdy chyba nie miałem prawdziwego kolegi. A… a może…?
Zamyśliłem się.
Faktycznie, nie ma zbyt wiele kotów, które mógłbym określić mianem kolegów. Może Iskrzyk albo Wrona…? Z Płatkiem rozmawiałem może raz czy dwa… Z Puchaczem trenowałem… Nie wiem, nie wiem…
– A wiesz, co lobią koledzy? Jak spędzają lazem czas?
– Uh. No… no, mógłbym wymyślić całą listę różnych… aktywności, ale domyślam się, że masz coś konkretnego na myśli…?
– Lobią innym psikusy i potem śmieją im się plosto w twaz! – oznajmiła radośnie Smok.
– Oh. Racja… I że ty chcesz… zrobić psikusa komuś, że tak ze mną…?
– Dokładnie! – potwierdziła. – Mam już nawet pomysł. Co ty na to, by… wepchnąć jakiegoś uczniaka w zaspę? Cały obóz by umalł ze śmiechu! Albo… albo! Podstawimy komuś łapę! I… i tez wpadnie w zaspę!
– Uh… No nie wiem. To dosyć… głupie – mruknąłem, patrząc w ziemię, marszcząc czoło. – Zbyt… zbyt proste.
– Ploste?! – oburzyła się kotka. A co, mas moze lepsy pomysł?
Uniosłem lekko brew.
Zerknąłem na Smoka.

***

Zaczaiłem się razem z moją nową koleżanką w punkcie obserwacyjnym, przy krzakach, skąd mieliśmy idealny wręcz widok na zejście z legowiska zwiadowców. Myślę, że wysiłek włożony w przygotowanie tego żartu w żaden sposób nie zostanie wynagrodzony spektakularnym finiszem, ale… ze spokojem można go uznać za jako tako akceptowalny.
Najpierw udaliśmy się po mech, który namoczyliśmy w wodzie z rozmarzniętego lodu. Następnie rozłożyliśmy go pod pniem drzewa i rozsmarowaliśmy dokładnie. Wskutek czego na dole wytworzyła się cienka warstwa lodu… Wszystko było gotowe. Czekaliśmy tylko na kogoś, kto zechciałby przetestować skuteczność naszego pomysłu…
Wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłem wychodzącego z legowiska… Iskrzyka. Zdrapywał się powoli w dół pnia, wydawał się nieco zaspany.
– Idzie! Pats, Bolowiku, idzie! – wyszeptała kotka, potrząsając mną lekko.
Skrzywiłem się. Wbiłem mocno pazury w ziemię w wyczekiwaniu. Mój ogon zaczął sam z siebie lekko drżeć na boki.
Kremowy kocur, niczego nieświadomy, zeskoczył z pnia na ziemię, gdy był już wystarczająco blisko podłoża i… momentalnie stracił jakąkolwiek przyczepność, przez co wylądował pyskiem w zaspie…
Usłyszałem, jak Smok, skulona obok mnie, z trudem tłumiła nagły napad śmiechu. Pacnąłem ją ogonem w grzbiet, chcąc ją uciszyć, choć sam niemal parsknąłem.
Iskrzyk podniósł się z ziemi i gniewnie otrzepał śnieg z pyska, jednak on, jak na złość, miał dziś wyjątkowo zbitą strukturę i nie chciał się odkleić. Kocur zaczął rozglądać się dookoła, zdezorientowany.
– Ugh! No dobra! Kto jest takim żartownisiem, co?! – warknął, chyba nieco zirytowany.

<Smoku…??? Co teraz…???>

23 lipca 2026

Od Borowika CD. Monarcha Pierwszego

Obserwowałem niebieskiego, puchatego kota, przywłaszczającego sobie mój obiad.
Leżałem w pozycji łowieckiej przy ziemi, z uszami przyciśniętymi płasko do głowy, nie spuszczając z niego wzroku.
Zamrugałem.
Zupełnie nie miałem pojęcia co zrobić w takiej sytuacji. Samotnik? Tutaj? Nigdy wcześniej nie spotkałem samotnika. A już na pewno nie takiego, który polował na naszym terytorium. I na pewno nie takiego, który miałby tak niewiarygodnie puchaty ogonek…
– Uh… No… no ale to nasze jedzonko… Nie możesz sobie go ot, tak… – zacząłem powoli czołgać się przez śnieg w jego kierunku.
Kocur spojrzał na mnie z góry, unosząc jedną przednią łapę.
– A więc zdecydowałeś się na pojedynek, czyż nie? – spytał, unosząc jedną brew.
Zatrzymałem się przed nim, nadal nie podnosząc się z ziemi.
– Nie… nie no, przecież ci nie wyrwę z pyska… – mruknąłem niepewnie, patrząc w bok. – Wydajesz się… głodny dość. A nikt inny… dla ciebie chyba nie zapoluje. Dla mnie tak. Mam… mam nadzieję przynajmniej…
Niebieski opuścił łapę na ziemię, unosząc z kolei ogon do góry, przechylił głowę lekko na bok.
– Jesteś zatem… polującym? Polujesz dla twojego klanu?
– Um… no, powiedzmy. Jestem… zwiadowcą. Jestem Borowik. Ty to jak masz na imię?
Kot wyglądał, jakby tylko czekał na to pytanie. Zdawało mi się, jakby czekał na nie również wiatr, który nagle zawiał prosto w niebieskiego, majestatycznie poruszając jego futrem.
– Ja. Nazywam się Monarch Pierwszy.
– O. To… miło mi. Ładne… imię. Znaczy, że był też… jakiś Monarch Drugi…? Albo… po prostu Monarch?
Monarch Pierwszy zmarszczył brwi i rzucił mi wymowne spojrzenie.
– Nie. Nie, nie było. Po prostu… tak mam na imię.
– Aha – zerknąłem w bok. – Słuchaj, a… a może… nie wiem. No bo… nie możesz tego zjeść. Ani tu polować. Ale… możemy wybrać się nad rzekę. To całkiem blisko. I obok terenów niczyich. Mogę ci coś złowić w zamian… bo ja to nie chcę mieć kłopotów. Nie, nie – pokręciłem dynamicznie głową na boki. – Nie umiem pływać, ale… pływałem dwa razy. I nie umarłem. Znam teorię. Może… może być…?

<Monarchu?>

Od Borowika do Kazarka

Jak to miałem w zwyczaju ostatnimi czasy, wybrałem się na polowanie o świcie, nad rzekę. Choć była ona przez większość dni całkowicie zamarznięta przy powierzchni, miałem tam pewne miejsce, które regularnie odmrażałem. Dzięki temu wystarczyło chwilę poskakać po lodzie, by pękł i można było swobodnie łapać ryby. Jednocześnie ćwiczyłem moje umiejętności pływania. Kurka, podczas treningu, zdążył właściwie tylko omówić ze mną teorię i zademonstrować, ja sam osobiście pod jego okiem płynąłem raz i raz na moim teście na zwiadowcę. W ten sposób opracowałem swój własny styl pływacki, który właściwie polegał bardziej na nietonięciu i bezmyślnym młóceniu wody łapami niż na jakiejkolwiek sztuce. Ale czuję, że mam potencjał, który wystarczy jedynie dobrze ukierunkować. Chyba.
Wyszedłem spomiędzy gęstych drzew, wkraczając w obszar już bezpośrednio przy rzeczce, ale wtedy dostrzegłem coś, co zdecydowanie nie pasowało do krajobrazu.
Był to kot.
Stał przy brzegu w odległości około siedmiu, może ośmiu lisich ogonów ode mnie. Już stąd mogłem wyczuć, że nie jest z Owocowego Lasu. Ani z żadnego innego znanego mi klanu. Samotnik…?
Samotnik, który jakby nigdy nic… kopał sobie. W lodzie. I szło mu w mojej skromnej, acz trafnej opinii dosyć marnie.
Zmarszczyłem brwi i ruszyłem niepewnie w jego kierunku.
Byłem już praktycznie za jego plecami, ale on był tak zaabsorbowany kopaniem w lodzie, że mnie nie zauważył.
Hm. Zawsze podziwiałem tak wysoki poziom skupienia u innych…
Zupełnie nie miałem pojęcia co w takiej sytuacji zrobić. Powinienem go przestraszyć…? Zaatakować…? Pogadać…? Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic takiego…
W końcu wyciągnąłem jedną łapę do przodu i pacnąłem nią ogon nieznajomego, po czym odskoczyłem do tyłu.
Cynamonowy wystrzelił do góry z przerażenia i odwrócił się do mnie, cały nastroszony.
– AAA! – wykrzyknął, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. – CO TY… KIM… T-To… TO MOJA DZIURA!!!
Potrząsnąłem głową na boki, krzywiąc się.
– Ugh… Nie wrzeszcz tak, bo umrę… – rozejrzałem się na boki. – Uh. Nie wiem, czy wiesz, ale… ale nie możesz tu być. Bo zasady mówią, że… że samotnicy nie mogą… no. Być tu.
Nieznajomy kocur wyglądał na zakłopotanego, futro na jego grzbiecie zaczęło lekko opadać.
– J-ja… ja wiem, ale… ja to nie wiem, gdzie są te całe wasze… terytoria. No bo nie widzę ich. Poza tym to ja jestem głodny a tu ryby macie. Wezmę jedną i se pójdę. Tylko najpierw… dziurę wykopię…
Cynamonowy kocur zaczął na nowo kopać, ze zdwojonym wysiłkiem, jakby chciał jak najszybciej stąd zniknąć. Właściwie to nawet imponowała mi jego pewność siebie, mimo przebywania na obcym terytorium, jak i dosadny oraz prosty sposób mówienia. Od razu wiadomo co i jak.
– Oj… oj nie… To… to nie zadziała. To jest zbyt mocno zamarznięte… – podszedłem parę kroków i stanąłem tuż obok kota, bacznym okiem analizując jego poczynania. Zmarszczyłem brwi. – Jak ty w ogóle zamierzasz je wyłowić, gdy to wykopiesz?
Cynamonowy otrzepał się lekko, nie przerywając czynności.
– Aaa, bo ja to pływać umiem. Będę nurkować i… yyy… łapać. Je. Pyskiem.
Wtedy właśnie wpadłem na genialny pomysł. Przechyliłem lekko głowę na bok.
– Uh. Słuchaj… jak ci tam? Ja tutaj niedaleko mam… – ściszyłem głos do szeptu. – …Swoją dziurę. Możemy się… um… umówić, że… udostępnię ci ją na… pewien ograniczony okres i… podzielimy się zyskiem…?

<Kazarku? Wchodzisz w to?>

14 lipca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Pokiwałem głową.
Mała koteczka wydawała się bardzo rezolutna i rozsądna, nie miałem więc najmniejszych powodów do obaw o nią. Ogólnie patrząc na ostatnie kociaki Owocowego Lasu, jestem w stanie wysunąć wniosek, iż są one wszystkie równie rozsądne, jak i rezolutne.
– Hm. No… No, myślę dosyć… dosyć sporo. Jak śpię to nie. Ale zamiast spania jak najbardziej. I to niezbyt fajne wtedy. Albo na przykład w takiej sytuacji jak ta, to ja, zanim bym przeanalizował wszystkie okoliczności i wybrał odpowiednią opcję dialogową czy też akcję, to już by było… uh, po ptakach, tak w skrócie. Rozumiesz…?
Psianka zadarła główkę do góry, spoglądając na mnie lekko zdezorientowanym, ale i jednocześnie zamyślonym wzrokiem. Po chwili zawahania przytaknęła, kiwając ostrożnie głową.
– Tak… tak, chyba rozumiem, Borowiku. To smutne trochę... – powiedziała, zmartwiona. – Nie da się jakoś tak… przestać?
Przekręciłem głowę na bok.
– No… no nie bardzo. Ale… ma to też, że tak powiem, zalety. Wiesz ile… wiesz, ile rzeczy wymyśliłem dzięki temu? Na przykład… no… dwadzieścia osiem różnych sposobów na zjedzenie wiewiórki. Albo obmyśliłem, jak mogłyby wyglądać trzy główne drogi ucieczki z naszego obozu w razie pożaru i powodzi oraz apokalipsy niewidzialnych kotów.
– Ojejku… Ale przecież… niewidzialne koty nie istnieją… prawda, Borowiku? – spytała niepewnie kotka.
– Uh. Nie wiem. A widziałaś kiedyś jakiegoś?
– Nie…
– No. Bo są niewidzialne. Więc w sumie ciężko stwierdzić. Ale nie wykluczam tej możliwości. Hmm. Pamiętaj. Zawsze trzeba być gotowym na apokalipsę.

***

Teraźniejszość

Słyszałem ostatnio, że Psianka robi spore postępy w swoim treningu. To dobrze, dobrze. Jest bardzo mądra. I będzie zwiadowczynią. Tak jak ja. Postanowiłem więc odnaleźć ją i złożyć jej należyte gratulacje, jak i okazać aprobatę… uh… czy coś tam. Gdy tylko wróciłem z patrolu, usiadłem na środku obozu, nie spuszczając wzroku z wejścia. Dowiedziałem się, że kotka jest na zewnątrz, na treningu. Czekałem więc aż wróci.
Po jakimś czasie niedługo przed zachodem słońca, Psianka wkroczyła do obozu razem z Rohanem. Patrzyłem, jak się rozdzielają, a następnie podszedłem do kotki.
– Uh… Cześć. Psianko. Słyszałem, że dobrze ci idzie. Trening. Ostatnio. I… chciałem powiedzieć, że… cieszę się. Nadajesz się na zwiadowcę… najprawdopodobniej. Możemy kiedyś się dogadać z twoją mentorką i razem potrenować. Bo ja to całkiem niezły jestem…

<Psianko??>

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem.
Oh. Iskrzyk to ma jednak świetne pomysły. Płatek wydawał się smutnym kotem. Nie wiem dlaczego. Ale to widzę. Wydawał się również zawsze bardzo miły. Miłe koty nie powinny być smutne. Więc zrobimy tak, żeby był mniej smutny dziś.
– Uh. Dobra. Chodźmy – odparłem od razu, bez głębszej analizy.
– O. Teraz? W sensie… okej! Tam siedzi – Iskrzyk wskazał na niego końcem ogona.
Zerknąłem we wskazanym kierunku, po czym wstałem i ruszyłem w jego stronę, niemal wywracając się w śniegu.
Kremowy zwiadowca również wstał, przeciągnął się i ruszył za mną.
Zatrzymałem się tuż przed stróżem, patrząc na niego z góry. Nie powiedziałem nic. Czekałem, aż dołączy do mnie Iskrzyk. Płatek lekko zmarszczył brwi, patrząc na mnie niepewnie, wyraźnie zdezorientowany pojawieniem się dwóch zwiadowców.
– Oh… Cześć, Borowiku. Iskrzyku. Czy… coś się stało…?
– Tak.
– Nie – powiedział jednocześnie ze mną kremowy.
Iskrzyk spojrzał na mnie z lekko uniesionymi brwiami.
– Uh… Znaczy w sumie nie. Ale… – rozejrzałem się na boki. – Ugh. Chodź. Idziemy. Na spacer – mruknąłem i ruszyłem w stronę wyjścia z obozu.
Zdecydowanie nie był to dla mnie najlepszy dzień na prowadzenie dłuższych konwersacji. W dodatku było mi zimno.
– C…co? Ale dokąd? – spytał zdezorientowany Płatek, patrząc to na moją oddalającą się postać, to na Iskrzyka.
– Pomyśleliśmy, że wybierzemy się razem za obóz, przejść się. Idziesz z nami, prawda? – zagadnął drugi zwiadowca.
– Z wami…? Znaczy… powinienem chyba zapytać… – kocur zaczął się niepewnie rozglądać po obozie. Chyba w poszukiwaniu swojej mamy. Jak widać, nie znalazł jej. – W sumie… jasne… Czemu nie. Tylko szybko… – kocur powstał od razu, nadal nerwowo obiegając wzrokiem otoczenie.
Zdaje się, że przekonanie go nie było trudnym zadaniem. Wręcz przeciwnie, chciał opuścić obóz jak najszybciej…
– No, to chodźmy! Ej, Grzybie, gdzie tak pędzisz? Pali się, czy co?
Zatrzymałem się więc. Odwróciłem się w ich kierunku, strzepując lekko ogonem.
– Ugh. Dalej. Dalej. Mieliśmy iść to… to idę.
Iskrzyk ruszył w moją stronę z lekkim uśmiechem a za nim, po chwili wahania, również i stróż. Kremowy minął mnie, bo nie ruszyłem się z miejsca.
Przy mnie zatrzymał się Płatek. Wyglądał, jakby chciał iść na końcu. Ale ja nie mogłem na to pozwolić. Nie, nie.
Po księżycach szkolenia, jak i rozwijania moich umiejętności społecznych jestem w stanie już doskonale rozpoznać koty, które są przyzwyczajone do chodzenia z tyłu grupy, mimo że tak naprawdę nie chcą. Dlatego ja muszę coś z tym zrobić. No, w dodatku to pozycja środkowa jest tą obiektywnie najbezpieczniejszą strategicznie. Ja, jako że moje mięśnie są niezwykle rozbudowane a mózg ostry i bystry, mogę iść bardziej na skraju. Yy… Tak.
Coraz lepiej widzę, że Iskrzyk miał dobry pomysł z tym całym wyjściem… Płatkowi dobrze to zrobi. O ile nie zamarznie.
– No. No, idź – mruknąłem do liliowego.
– Oh… Okej – wydawało mi się, że powiedział, ale równie dobrze mógł jedynie otworzyć pysk, z którego nie wyszło ani jedno słowo.
Płatek podążył za kremowym kocurem a ja za nimi.

***

Po wyjściu z obozu rozciągnął się przed nami piękny, krajobraz Pory Nagich Drzew. Śnieg, niczym miliony kryształków, odbijał światło słońca. Sople lodu wisiały z gałęzi ośnieżonych drzew.
No.
Tylko zimno jak nie wiem.
– Idziemy nad rzekę? Może po drodze udałoby nam się znaleźć jakąś zwierzynę, choć pewnie będzie ciężko… – Iskrzyk zagadnął z lekkim uśmiechem.
– No.
Nie byłem dziś zbyt rozmowny.
– Płatku? – kremowy zagadnął. – Co ty na to?
– Oh… W porządku. Możemy iść…
– Świetnie! Byłeś tam już kiedyś Porą Nagich Drzew?
– Nie, właściwie to nie…

***

Szliśmy już dość długo, ale, co dziwne, nigdzie nie było widać rzeki.
– Hmm… Dziwne. Na pewno dobrze poszliśmy? – spytał Iskrzyk, zatrzymując się.
– Ja… nie wiem… – Płatek również stanął.
Zmarszczyłem brwi. Rozejrzałem się.
Coś było nie tak. Niby okolica wyglądała jak ta przy rzece. Choć nie jestem tu często, to chyba jednak na tyle, by umieć rozpoznać to miejsce…
– Uh. Chwila…
Ponownie ruszyłem przed siebie. Chciałem coś sprawdzić…
Zaledwie po kilku krokach poczułem trzy następujące po sobie rzeczy. Najpierw, że pod moimi łapami zmienia się podłoże. Potem, że lecę, a raczej ślizgam się do przodu. A następnie… że wpadam pyskiem w zaspę po szyję.
Leżałem w bezruchu.
Za sobą usłyszałem nagłe westchnienie, a potem skrzypienie kroków.
– Borowiku…?
– Grzybie, żyjesz?
Podniosłem ostrożnie głowę. Byłem teraz cały w śniegu.
Zamrugałem. Próbowałem strzepnąć z siebie biały puch, jednak to nie pomogło. Muszę więc chyba zaakceptować jego obecność i nauczyć się z nim żyć…
– Uh… Znalazłem. Rzekę. Zamarzła. I zasypało ją.
Kremowy obiegł okolicę wzrokiem, marszcząc brwi.
– Ej, faktycznie. Dobra. Nowy pomysł. Ślizgamy się?

<Iskrzyku, ślizgamy się>

Od Borowika CD. Puchacza

Biegłem, biegłem, biegłem. Skok. Skręt. Skok. Biegłem.
Miło tak wrócić sobie do treningów. Odkąd ukończyłem moje szkolenie, trenowałem już dość rzadko przez natłok zadań zwiadowcy, a jak już, to skupiałem się na sile fizycznej, robiłem to sam i najczęściej niedługo, choć regularnie.
Dawno nie czułem tej adrenaliny i satysfakcji płynącej z dziecięcej i bezsensownej rywalizacji. Jak ja to uwielbiam.
Czekoladowy kocur nie był dużo młodszy ode mnie, dlatego szanse w wyścigu były w miarę wyrównane. Przewagę miałem jednak ja, przede wszystkim przez księżyce spędzone na rzeźbieniu moich mięśni od zmierzchu do świtu i nierzadko również od świtu do zmierzchu.
Byłem w sumie pewien mojej wygranej. Czemu miałbym nie być? Puchacz był daleko za mną. Tak daleko, że w sumie nawet już nie słyszałem… jego… kroków…?
Nie no.
Chwila.
Aż tak szybki przecież nie jestem, żeby go zgubić, mimo całej mojej wspaniałości. Może ja się zgubiłem? To dosyć prawdopodobne.
Wtedy usłyszałem za sobą pisk. Odwróciłem się i ujrzałem łapki Puchacza wbite kurczowo w gałąź. Zamrugałem.
– Oj… – rozejrzałem się na boki.
Skok. Skok. Idę. Skok.
Znalazłem się na tej samej gałęzi co łapki kocurka i dopiero po pochyleniu się dojrzałem jego resztę.
– Oj nie… Chwilka. Może… pomogę… uh… tylko…
– AAA! Zaraz spadnę! Ratunkuuu! BOROWIKU! – krzyknął Puchacz prosto w mój pysk.
Skrzywiłem się, marszcząc brwi. Strzepnąłem uszami.
– Ugh… Dobra. Nie ruszaj się… Spróbuję…
Ostrożnie nachyliłem się nad czekoladowym i chwyciłem go za kark, unosząc go z łatwością, dzięki moim nad wyraz rozwiniętym mięśniom szyi i łap.
Kocurek machał nerwowo łapami w powietrzu, a gdy tylko w jego zasięgu znalazła się gałąź, stanął na niej, cofając się jak najbliżej pnia drzewa, dysząc ciężko.
– Oh… oh, Wszechmatko… Ale to było… – zaczął, łapiąc oddech.
– Uh… Zatrważające. Powinieneś chyba… wiesz, nieco bardziej uważ…-
– Mega przeepickie! Ja tu wisiałem, prawie spadłem i złamałem kręgosłup, zginąłbym jak nic, ALE NIE! Nie tym razem, Borowiku! HAHA!
Futro na karku lekko mi się najeżyło w efekcie jego dość głośnego wyrażania emocji.
Ugh…
– No… No tak. Może… można tak powiedzieć… – zacząłem niepewnie.
– Dobra, biegnijmy już! Mamy wyścig do dokończenia! Dalej! – Puchacz stanął pewniej na łapach w pozie bojowej.
– A. Na pewno? Wszystko dobrze…? Znaczy… Okej. To chodźmy. Biegnijmy.
Nie czekałem na jego odpowiedź.
Skok. Skok. Bieg.
Czekoladowy kocur zawahał się i zmarszczył brwi, nie ruszył za mną.
– E… ej, Borowiku! Czekaj to nie… to nie w tą…
Skok. Bieg. Bieg. Unik.
– …nie w tą stronę…! Biegniesz nie w tą stronę, mysi móżdżku!
Byłem już na tyle daleko, że nie wiedziałem, co ma Puchacz na myśli, krzycząc “nie w tą stronę”. Można to interpretować na wiele sposobów. Ja jednak nie zastanawiałem się za długo. Skupiony byłem wyłącznie na biegu i skakaniu przerywanym unikami.

<Puchaczu?? Borowika wewnętrzny kompas chyba zawiódł… >

Od Borowika CD. Śnienia

– Hmm… Hm. To… szkoda, że nie wiesz. Jak dostać brodę. U nas Wszechmatka też jest odpowiedzą, na pytania, na które nie ma innej… uh, odpowiedzi innej. To ma sens – pokiwałem głową. – Tu też jest dużo silnie wierzących kotów. Um. Jak ja. Albo mój brat. Mimo że… no… też często niełatwo było. To nadal wierzymy.
Przypomniałem sobie wszystkie większe i niespowodowane moją niezdarnością nieszczęścia, które przytrafiły mi się w życiu. Opuszczenie przez rodziców, których nigdy nie poznałem. Śmierć Gąski. A Gołąbek do tego jeszcze stracił dwóch mentorów w taki czy inny sposób… Ale wiara we Wszechmatkę to wiara w krąg życia, którego nie kończyła nawet śmierć. Taka myśl mogła dawać nieco ulgi w chwilach żałoby.
No.
Mi nie dała jej ani trochę. Dało mi za to obrywanie drzew z kory aż do absolutnego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Mam nadzieję, że nigdy już nie będę musiał wrócić do tego epizodu. To nie było miłe.
– Hm. Myślę sobie, że to dobra cecha. Nie tracić wiary w… uh… jedną rzecz przynajmniej. Lub w kogoś. Nawet, tracąc wszystko inne. Co by samemu nie zostać.
– Tak. Masz rację, Borowiku – odparł czarny kocur, wzdychając ciężko. – Brak nadziei i wiary może doprowadzić koty do miejsca, z którego nie ma powrotu. Mogą stać się naprawdę niebezpieczne.
Zamilkłem na chwilę. Usiadłem, prostując się. Uniosłem głowę, patrząc w ziemię.
– Oj… Uh. To brzmi… niedobrze raczej... Bardzo niedobrze – pokręciłem dynamicznie głową na boki. – Ale tu… tu dobrze jest. I wy jesteście tu teraz. Tak. Nie wiem, jak to… powiedzieć, ale… mam nadzieję, że wam nie będzie nigdy tak niedobrze… Nigdy.
Pokiwałem, podkreślając wagę całej wypowiedzi.
Ugh… Co ja gadam w ogóle…?
Troszkę się pogubiłem. Zawsze się gubię, wchodząc w smutne tematy lub próbując kogoś pocieszyć.
Pora na taktyczną zmianę tematu.
– A to wasze… Gwiaździste Plemię to… to są koty z nieba, co z nimi gadacie we śnie, czy co? No i… w sumie czemu jesteście tu, a nie tam, gdzie reszta, co wierzy w koty z nieba? Znaczy… tu też jest ich kilka, chyba, ale… no, więcej jest tam, gdzie wy byliście.

<Śnienie?? >

19 czerwca 2026

Od Borowika CD. Mglistego Snu (Śnienia)

Leżałem na brzuchu, z głową między łapami. Przyglądałem się kotom, które to dopiero od niedawna przebywały ze mną w legowisku, odkąd wypuszczono ich z izolatki. Nie byli typowymi uczniami z dwóch prostych powodów - byli tacy jacyś starzy oraz jeden z nich miał brodę. I to nie byle jaką. Potężną. Jejku. Dałbym się pokroić za taką brodę. Dodaje ona niewątpliwie powagi jej posiadaczowi, jak i manifestuje doświadczenie życiowe, onieśmielając jednocześnie. W dodatku chyba takie stałe punkty w życiu jak bródka przydają się, gdy wszystko wokół dzieje się tak nagle i chaotycznie dla kotów jak Śnienie. Chyba musi być nieco zagubiony tutaj. Lub też nie. Ja nie wiem w sumie.
Gdybym tylko miał taką brodę… Nie mam pojęcia, jak można takową zdobyć. Wydaje mi się, choć to tylko teoria, że może być ona powiązana z jakimiś dziedzicznymi cechami lub pojawia się samorzutnie po pobycie w izolatce. Inna teoria twierdzi, że zyskać brodę można poprzez pradawny, pogański rytuał o brzasku. Przychylam się osobiście bardziej do wersji trzeciej, gdyż…
Uh. Chwila, chwila…
Wtedy zorientowałem się, że Śnienie… najwyraźniej dojrzał drążący go wzrok i teraz patrzył się prosto na mnie.
Zamarłem.
Nie powiem, nie była to w żaden sposób reakcja, na którą byłem jakkolwiek przygotowany. Z reguły jak gapię się na inne koty, to one nie zauważają lub nie mają odwagi odwzajemnić gestu…
Strzepnąłem głową na boki.
I zacząłem czołgać się w jego kierunku, na drugą stronę legowiska. Gdy byłem już wystarczająco blisko, rzuciłem mu krótkie spojrzenie w górę i spytałem.
– Uh... No. Co się tak... patrzysz? Na mnie – mruknąłem, podziwiając jego znakomitą bródkę z bliska.
Muszę jakoś odkryć jej sekret…
Zrozumiałem jakiś czas temu, że jeśli w rozmowie odwrócę sytuację w ten sposób, odbiorca poczuje się zakłopotany, być może absurd sytuacji zaleje go tak silnie, że eksploduje mu mózg… choć tego jeszcze nie miałem okazji doświadczyć.
Czarny kocur jednak tylko uniósł lekko jedną brew w zdziwieniu pomieszanym z rozbawieniem.
– Ja się patrzę? Hm. Zdawało mi się, że to ty, odkąd tu wszedłeś, nie odrywasz od nas wzroku. Chciałeś porozmawiać czy coś…? Borowik, prawda? – zagadnął, wyraźnie starając się być w miarę mocy przyjazny.
Ugh. No dobra. Może nie zawsze działa to tak, jakbym chciał…
– Uh. Co? Nie, nie… Znaczy… tak, Borowik. Ale… – ponownie się rozejrzałem. Większość kotów, które były tu jeszcze przed chwilą, albo wyszła, albo była chwilowo zajęta sobą. To moja szansa.
Spojrzałem na niego szeroko otwartymi oczami. Teraz tylko powiedzieć to jak najbardziej logicznie…
– No dobra. Słuchaj. Śnienie…? Zdradź mi. Jak się w rzeczywistości zdobywa taką majestatyczną bródkę…?

<Mglisty Śnie??>

Od Borowika CD. Orchidei

Przez ostatnie dni zacząłem zauważać coś nietuzinkowego. Co jakiś czas na karku odczuwałem mrowienie, a gdy się odwracałem, jedynym kotem, którego widziałem, było Drobinka. Patrzące się na mnie. Nie to, żeby to było coś nowego. Gdy aktualnie sięgam pamięcią wstecz, to wychodzi na to, że zawsze się na mnie patrzyło. Nigdy wcześniej nie wydawało mi się to niczym dziwnym, brałem to raczej za swego rodzaju cechę, tak jak moją jest niepatrzenie się na pobratymców, to jeno cechą jest patrzenie właśnie. Były też inne, że tak powiem etapowe powody mojego braku reakcji na ową czynność przyglądania się mojej osobie.
Jako kociak ignorowałem to, bo dla kociaków nie ma rzeczy dziwnych. A to przez fakt, że wszystko dla nich jest tak naprawdę nowe i dzieje się po raz pierwszy, wszelkie zdarzenia traktują więc w taki sam sposób, nie skupiają się na jednym.
Jako uczeń byłem uzależniony od treningu i zafiksowany na staniu się władcą wszechświata. Potem umarła Gąska. Jak teraz o tym myślę, to wychodzi, że wtedy właśnie Drobinka patrzyło się najwięcej. Nie zwracałem na to uwagi, bo byłem całkowicie pogrążony w żałobie rozpaczy, próbując wypełnić pustkę w moim sercu jeszcze bardziej wykańczającymi treningami, w dodatku byłem półprzytomny przez brak snu i jedzenia… ale ten epizod można pominąć.
Teraz… nie mam treningów. Jestem już zwiadowcą. Patrole, jak i wszystkie inne zadania mam regularnie. Mam więc czas na skupienie się na rzeczach od reguły tej odstających. Jako że wreszcie rozwinąłem moje umiejętności społeczne, zdecydowałem się na konfrontację z Drobinką. Pewnego dnia, gdy znowu poczułem na sobie jeno wzrok drążący mi dziurę w karku, podszedłem. I przemówiłem.
– Uh. A ty to… co się patrzysz tak…? Na mnie – mruknąłem, patrząc na jeno spode łba.
– Borowiku… j-ja… – zaczęło niepewnie, rozglądając się nerwowo dookoła, najprawdopodobniej próbując znaleźć logiczną wymówkę.
Nie przerywałem patrzenia się moimi zmęczonymi oczami w jeno jeszcze bardziej zmęczone oczy. Chyba ten zabieg (jak i wyraźnie mnogość nocy bez snu) podziałały.
– Właściwie to… od jakiegoś czasu… chciałom z tobą porozmawiać. Z tobą i z Gołąbkiem…
Zamrugałem.
– W jakim celu? Uh – strzepnąłem głową na boki. – On jest zajęty. Dużo kotów się ostatnio rozchorowało. Możesz powiedzieć mi najpierw. Skoro ja nie jestem zajęty.
Drobinka spuściło spojrzenie w dół, skrobnęło ziemię łapą dwukrotnie. Spojrzało na mnie. I westchnęło głęboko, jakby od dawna jeno płuca nie miały szansy się wypełnić.
– Dobrze, Borowiku… – powiedziało ciszej. – Powiem… powiem ci wszystko… Choć teraz już trochę za późno, prawda…? Teraz to już… nie ma znaczenia…

***

Pod wieczór przeszedłem wzdłuż terenu obozu z wiewiórą w pysku. Skierowałem się do legowiska starszych. Gdzie mieszkały starsze koty. Gdy byłem już wystarczająco blisko, dojrzałem kotkę, której szukałem. Orchidea. Leżała sobie spokojnie przed wejściem, grzejąc się przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Zatrzymałem się tuż przed nią, rzucając na nią cień. Upuściłem wiewiórę pod jej łapy.
– Uh. O nie. Chyba… nie powinno się jeść przed snem. Wybacz. Teraz to sobie uświadomiłem. W tym momencie. Ale za późno. Musisz ją zjeść teraz – mruknąłem. – Ano. I hej. Orchideo. Od tego… zacząć powinienem był. Ale już za późno. Um… – zmarszczyłem brwi. Co ja gadam w ogóle. Nie o tym miało być. Skup się.
– Oh, dziękuję, dziękuję, Borowiku, jak to miło z twojej strony! – mruknęła ciepłym głosem, uśmiechając się do mnie. Myślę - choć to tylko moja teoria - że gdyby zamienić miejscami słońce z Orchideą, to nic by się nie zmieniło. No, może poza tym, że świat by się rozpuścił przez płonącego olbrzyma na powierzchni. Jest jedną z najbardziej pozytywnych kotek, które znam.
– Uh. Tak, tak… A ten. W ogóle… przyszedłem. Tak. I chciałem poinformować cię, że… przyjdę jeszcze co najmniej kilkadziesiąt razy. Dopóki będziesz żyć. Bo… wychodzi na to, że jeżeli mnie Drobinka nie wkręciło, to teoretycznie niebiologicznie jesteś moją prawie babcią. Chyba. Uh. Mogłem… mogłem to źle zinterpretować równie dobrze. Choć przekaz był dość jasny…
– Oh, Borowiku… – zaczęła starsza.
– Bez… bez sensu, że tak… wyszło. Wszystko – przerwałem.
Nie było to kulturalne. Ale nie mogę teraz przestać mówić. Bo gdy usłyszę, jak ona mówi coś smutnego, to już żadnego dźwięku z siebie nie wydobędę do końca dnia. – Ale jeśli wolno mi zauważyć, statystyka wygląda tak, że na trzech utraconych rodziców przypada jeden nowy plus inny członek rodziny. Nie jest to zły bilans… nie, nie. Nie aż tak…

<Orchideo, nowa babciu…?>

Od Borowika CD Wrony

Zamachałem nerwowo ogonem, energicznie skrobiąc ziemię łapą, patrząc uważnie na formującą się dziurę.
– O, Wszechmatko… Jestem… pod wrażeniem. Wrono – powtórzyłem. – Udało ci się. Dumny jestem… Dobrze, dobrze… – rzuciłem jej krótkie spojrzenie. – Na czym… polegał twój test na zwiadowcę?
Zadrżałem na samą myśl o moim teście, o posmaku mułu w gardle i bolącym brzuchu przez następne dni, o zacinającym deszczu, o walce z lisem o ochłapy, o niemal śmierci przez utopienie się…
– Musiałam ułożyć kamienie w wieże… – odparła, zmęczonym głosem. – Ale to było podchwytliwe zadanie, bo najpierw trzeba było wyciągnąć je wszystkie z rzeki, potem kombinować jak je skleić a na sam koniec i tak liczyła się przede wszystkim analiza polecenia…
Zamrugałem.
– Aaa… To znaczy…
– …Znaczy, ułożyłam jedną, zamiast kilku… Wyobrażasz sobie? – spojrzała na mnie. – Ale zdałam i tak! Bo użyłam soku, aby wieżę utrzymać w pionie. I znalazłam porzucone śmieci dwunożnych, które ułatwiły mi transport kamieni.
– Hmm… Ja bym na to nie wpadł. Uh. Pewnie w ogóle na nic nie wpadłbym, co by mi to ułatwiło. Ja bym wszystko zębami przytargał. I układał, aż każdy kamień znajdzie się w idealnie harmonijnej pozycji, co by nie spadł…
Wrona pokiwała głową, jakby wyobrażając sobie opisaną przeze mnie sytuację, jako wielce prawdopodobną biorąc pod uwagę mój charakter.
– A twój? Na czym polegał?? – zwróciła się do mnie.
– Uh. Musiałem… no. Przez rozlewisko przejść. Um. W burzy. W błocie po gardło. Walcząc z lisem. Topiąc się.
– Oj… – kotka skrzywiła się w dość widocznym niepokoju.
– No… Myślę, że twój test był lepszy. Pod względem merytorycznym. Lepiej się uczy, jak się nie walczy o przetrwanie. Uh. Nie wiem. To tylko świadczy o… upodobaniach naszych mentorów. O sposobie nauczania. Albo o humorze w danym dniu. No… Raczej to ostatnie. – mruknąłem, strzepując głową na boki.
Czarna kotka zaśmiała się cicho, po czym odkaszlnęła, próbując na powrót przybrać opanowany wyraz twarzy. Nie udało jej się do końca. Cień uśmiechu wciąż był widoczny na jej pysku.
– No, faktycznie twój test, Borowiku, był nieco bardziej… obfity we wrażenia...
– Oj był – pokręciłem głową. – To była niezapomniana noc. Nadal mam bliznę na łapie po tym, jak żem nastąpił na jakąś… trzcinę czy coś. Ale ci nie pokażę. Bo jest niewidoczna w słońcu.
Wrona uniosła brwi, przechylając głowę na bok.
– Niewidoczna w słońcu? – powtórzyła. – A w ciemności też jest niewidoczna?
Spojrzałem na nią z nowym błyskiem w oczach, wracając do energicznego machania ogonem.
– Ugh. To… to nie ma znaczenia. Nie, nie. Ani trochę. Bo. Jesteśmy zwiadowcami w tym samym stopniu, niezależnie od ilości blizn po teście. Znaczy… będziemy. Niedługo. Jak już… mianują cię. Wrono. Ja… cieszę się. Bardzo. Że mianują cię. Wiesz? Będziemy razem mogli na patrole chodzić albo… albo polować i… tak. Różne… rzeczy, tak w skrócie. Myślisz, że… fajnie by było… tak zwiadowcą być?

<Wrono???>

14 czerwca 2026

Od Borowika CD. Psianki

Rzuciłem drobnej koteczce krótkie spojrzenie. Naprawdę była malutka, co sprawiało, że jej złoto-pomarańczowe oczka stawały się niemal nieproporcjonalnie duże. Przestałem drapać ziemię.
– Uh… Ja też lubię rozumieć… rzeczy różne. Bardzo nawet. Hm – mruknąłem, obserwując ją kątem oka.
Wnioskując po słowach Psianki oraz jej otwartego stosunku do mnie wysnuć można wniosek, że się dogadamy. Że jest miła. Dociekliwa. Normalnie to nie wysilałbym się na tłumaczenie. Nie lubię się tłumaczyć. Ale dla małych kociaczków zawsze robię wyjątki. Bo kocham kociaczki.
– Wiesz… um… czynność kopania faktycznie może doprowadzić do powstania dołu. Jednak nie to jest moim celem. Ja kopię dla samego kopania. Lepiej mi się… lepiej mi się egzystuje po tym, jak coś wykopię, wiesz? – wyjaśniłem cicho, wodząc łapą wokół krawędzi dołu. Dwa koła w lewo. Jedno w prawo.
Czarna koteczka uniosła głowę do góry, nie odrywając wzroku od wgłębienia pod jej łapkami.
– Aaa… Już chyba rozumiem, Borowiku! – Psianka pokiwała energicznie głową. Jej ogonek zadrżał lekko. – Mi chyba kopanie dołów nie pomaga w niczym. Ale właściwie nigdy nie próbowałam…
– Uh. Nie… nie próbuj. Nie, nie. Przynajmniej nie tu. Bo… nie potrzebujemy dziury na środku obozu. Jeszcze ktoś w nią wlezie i się połamie i umrze – jednym ruchem łapy zgarnąłem całą ziemię z kupki obok i zasypałem wgłębienie, rozglądając się dookoła.
Faktycznie trochę nie przemyślałem możliwych konsekwencji moich działań. Tak bardzo pochłonęło mnie kopanie, zawsze robię to raczej odruchowo niż świadomie.
– Hm. Uważać trzeba zawsze – dodałem.
Oczy Psianki otworzyły się szeroko i poderwała się na równe łapki.
– Ja uważam! Uważam zawsze, Borowiku. Na wszystkich. Naprawdę! Nie pozwoliłabym, żeby komuś się coś stało!
Uśmiechnąłem się lekko. Nie uśmiecham się często. I z reguły jest to właśnie w otoczeniu kociaczków.
– Hmm… Jesteś pewna? – uniosłem lekko brew, spoglądając na nią.
– Tak! – przytaknęła z entuzjazmem kotka.
– No dobrze… A jak byś zareagowała… – zamyśliłem się. – …Gdybyś zobaczyła kota, który szedłby, nie patrząc na drogę, prosto w stronę obślizgłego ślimaka, na którym mógłby nieźle wywinąć orła, połamać się i umrzeć?

<Psianko???>

Od Borowika

Pora Nowych Liści powoli dobiegała końca. Zupełnie jak sens mojej egzystencji. Uh. Znaczy… jako uczeń. Bo od dziś to już będę zwiadowcą. Prawdziwym.
Trening trwał może i długo, ale za to teraz ze stuprocentową pewnością stwierdzić mogę, że czuję się w pełni wyszkolony i gotowy do pracy na chwałę Wszechmatki, w której szeregi wstąpię dnia obecnego. Ciężko jest mi uwierzyć, że trening udało mi się przeżyć. Nie raz narażałem mój kręgosłup na bezpowrotne złamanie, a test na zwiadowcę był tego zwieńczeniem. Coś czuję, że będzie mi brakowało tej adrenaliny…
Ceremonia miała odbyć się dosłownie za chwilę, lecz wtedy poczułem nagły przypływ głodu. W normalnych okolicznościach zapewne poszedłbym do stosu ze zwierzyną i skończył, pochłaniając wiewiórę, dławiąc się jej futrem. Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj nie mogę pozwolić sobie na wpakowanie się w kolejne epickie kłopoty... Nie dzisiaj. Dziś mój umysł jest ostry niczym borsuczy trzonowiec a myśl bystra jak łososi potok. Dziś jest mój dzień. Dziś wszystko musi być idealnie.
Strzepnąłem głową na boki. Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem, że inne koty kierują się w stronę topoli. Spojrzałem w górę. Na najniżej położonej gałęzi już siedział Czereśnia.
Wstałem, by dołączyć się do przemieszczającego się tłumu…
Ojoj. Oj nie.
Usiadłem.
Oh, Wszechmatko… Ale mnie zemdliło. Chwila. Ugh…
Przełknąłem ślinę.
Okej. Okej, już dobrze. Sytuacja opanowana.
Wstałem, by dołączyć się do przemieszczającego się tłumu, kierując się w stronę drzewa. Usadowiłem się następnie w jednym z tylnych szeregów, nie chcąc przeciskać się między już trwale kotami.
Przywódca poczekał, aż tłum nieco ucichnie. Skinął głową. A potem przemówił.
– Borowiku, wystąp.
– Uh… – mruknąłem cicho.
Powstałem i zacząłem ostrożnie przeciskać się do przodu, mówiąc „przepraszam” co około cztery kroki. W końcu dotarłem na sam przód i zadarłem głowę do góry, przyciskając do siebie łapy na ziemi.
– Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się godną podziwu determinacją w samodoskonaleniu i wytrwałością. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
– Przysięgam! – bez wahania odpowiedziałem.
Mój głos był zdecydowanie głośniejszy, niż zamierzałem, ale w porównaniu do mojego zwykłego cichego tonu był to wyczyn. Ale dla Wszechmatki można.
– A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu! – ogłosił Czereśnia.
Nie odwróciłem się, ale za moimi plecami słyszałem podnoszące się okrzyki – „Borowik!”, „Borowik!”, „Borowik!”…
Skandowali moje imię. Ale miło…
W końcu odwróciłem głowę do tłumu. Zobaczyłem tam między innymi mojego mentora, Kurkę. Siedział. I patrzył. Z uśmiechem. Takim jak zawsze… Takim, jaki kojarzy mi się z nim najbardziej. Przekręciłem głową, patrząc na niego, jakby pytając, czemu się patrzy na mnie. Kurka zaśmiał się i pokręcił głową.
Jestem zwiadowcą. Prawdziwym. Przeżyłem. I będę żył tak długo, aż stanę się najlepszym zwiadowcą na świecie… albo przynajmniej trafię do pierwszej trzydziestki, czy coś. Trzeba myśleć realistycznie i znać swoje możliwości.

***

O brzasku, gdy wszyscy leżeli jeszcze w legowiskach zmożeni snem, wraz z szamanką wybraliśmy się poza obóz. Zatrzymaliśmy się na małej polance otoczonej drzewkami owocowymi. Zadrżałem. Poranek był dość chłodny… Logiczne, jakby nie patrzeć, to już końcówka Pory Nowych Liści.
– Borowiku, trenowałeś długo. Swoją determinacją, ale i oddaniem w wierze zasłużyłeś, by nosić Imię Duszy nadane ci przez Wszechmatkę jeszcze na długo przed tym, jak po raz pierwszy o Niej usłyszałeś. Wiesz już, jak będzie brzmiało twoje Imię.
– Tak – odparłem, patrząc na Purchawkę, choć technicznie rzecz biorąc, nie oczekiwała odpowiedzi.
– Korzeniu Zahartowany Smagającym Wiatrem, witaj wśród nas.

***

Później, jeszcze zanim słońce w pełni wspięło się na nieboskłon, leżałem w moim legowisku. Nowym legowisku. Na nowym drzewie. Z nową rangą. Nowym imieniem. I nową dziurą w uchu. Nie wiem, dlaczego musieli mi je pociąć, by było wiadomo, że jestem zwiadowcą. Dobrze, że nie jestem stróżem, bo by mnie pocięli trzy razy… Chociaż tyle dobrego. Nie wiem, co teraz ze mną będzie. Muszę znaleźć sobie jakiś nowy cel (poza staniem się najlepszym zwiadowcą na świecie)…
Ale nie teraz, nie teraz.
To był miły dzień.

[634 słowa]

[13%]

Od Borowika CD. Wrony

Stałem obok kotki, patrząc, jak pochłania ostatni kawałeczek królika.
Ja nie byłem aż tak głodny. Hm. Inaczej. Odczuwałem głód, którego zaistnienie jest bądź co bądź uzasadnione o tej porze dnia i po tak intensywnym treningu. Ale nie miałem siły jeść.
Czułem się zagubiony. Nie wiem, co się stało tam, podczas treningu. Nie mogę wyrzucić z mojej głowy obrazu Wrony drżącej z bólu… Niby powiedziała, że to nie przeze mnie. Zapewne ma rację. Mam nad wyraz rozwiniętą umiejętność samokontroli i w stu procentach panuję nad moimi ruchami w czasie walki, ale… nie łagodzi to w żaden sposób irracjonalnego poczucia winy. Czułem, jak od tego wszystkiego pulsuje mi skroń. Biedna Wrona…
– Uh… Napić…? Jasne, jasne… – mruknąłem, zerkając w bok. – Albo… albo nie. Chwila… poczekaj, przyniosę ci.
Zerwałem się na równe nogi i truchtem przebiegłem cały obóz w poprzek, zostawiając uczennicę z otwartym pyskiem, nim zdążyła mnie powstrzymać. Poczułem ulgę, bo wreszcie mam konkretne zadanie do wykonania. Mogłem pomóc smutnej Wronie stać się mniej smutną Wroną, nie musząc przy tym wysilać się na słowa pocieszenia (które w moim wykonaniu nierzadko mają efekt wręcz przeciwny od zamierzonego).
Kilka susów później, wróciłem, niosąc w pysku nasiąknięty wodą mech. Ułożyłem go na ziemi u łap kotki, spoglądając w dół.
– Hm. Trzymaj. Zdobyłem go dla ciebie. Ryzykując przy tym zdrowie i życie. No bo… zawsze po drodze mogłem zginąć… – mruknąłem.
Wrona uśmiechnęła się słabo.
– Dziękuję, Borowiku, ale naprawdę nie trzeba było.
Nic nie odpowiedziałem. Usadowiłem się przy niej lekko zgarbiony i najeżony, świdrując ją szeroko otwartymi oczami, gdy skupiała się na piciu. Nadal odczuwałem szok i niepokój, jakby w każdym momencie sytuacja z treningu miała się powtórzyć.
Zauważyłem, że od śmierci matki zacząłem o wiele bardziej martwić się o inne koty i drżeć o ich życie, mimo że wcześniej zawsze kierowałem się wyłącznie logiką… Ugh. Nie podoba mi się to. Muszę się poskładać do kupy, bo bez logiki zwariuję.
– Co? Mam coś na pysku? – spytała Wrona, odwracając do mnie głowę. Najwyraźniej dostrzegła moje spojrzenie.
– Um… Nie, nie. Nic nie masz. Tak tylko… – zerknąłem na jej pysk dla pewności, a potem z powrotem na ziemię. – Co… właściwie ci się stało…? Bo… wyglądało to dość… niedobrze. I się troszkę… przestraszyłem.
Nie podnosiłem głowy. Na ostatnim słowie załamał mi się głos. Mnie się nigdy głos nie załamuje. Tak być nie może…
Otrzepałem głową na boki.
Wrona obserwowała mnie bacznie, po czym odparła.
– Ah, spokojnie, to nic takiego. Po prostu muszę rozciągać kręgosłup i ból minie, będzie w porządku. Naprawdę.
– Naprawdę…? No dobra. Może i… tak – spojrzałem w przeciwną stronę od Wrony. – Okej. Uh. Dobrze… dobrze walczyłaś dziś. Naprawdę. I nie tylko dlatego, że jesteś silniejsza i twój rozmiar jest adekwatny do twojego wieku… nie to, co u mnie, ale… dużo się nauczyłaś. Tylko… uważaj. Bo ja nie chcę się przestraszyć znowu jak dzisiaj.

<Wrono???>
[462 słowa]

[9%]

09 czerwca 2026

Od Borowika CD. Iskrzyka

Zamrugałem niepewnie. Spojrzałem w ziemię, marszcząc brwi.
– Uh. Przezwisko…? W sensie…
– No, wiesz, taka ksywka! Słowo, którego mógłbym używać do… nazywania cię – zwiadowca wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
– Znaczy… imię?
– Nieee! To coś jak… imię dla znajomych.
– Aaa… No tak, tak. Hm. To może… „Borowik”? – mruknąłem. Lekko zadrżała mi końcówka ogonka.
Nigdy jeszcze nie miałem własnego przezwiska tudzież ksywki. Z reguły wszyscy mówią mi po prostu po imieniu, ewentualnie używając słowa opisującego moją relację z nimi, na przykład „brat” albo „uczeń”. Czasem zwracając też uwagę na moje nieprzeciętne predyspozycje umysłowe, posługując się określeniami jak “Geniusz”, “Mędrzec” czy też “Wirtuoz”... uh… no dobra, może nikt tak nie mówi, ale… nie znaczy to, że nie mogliby.
– No nie! Ty już jesteś „Borowikiem”, Borowiku! Nie liczy się. Musisz wysilić kreatywność. To poważna sprawa. Z przezwiskami nie ma żartów, młody – rzekł poważnym tonem, choć widziałem, jak drgają mu wąsy z rozbawienia, którego źródła nie jestem do końca w stanie zidentyfikować.
Wyprostowałem się do siadu.
– Ale… nie, nie. Nie. Słuchaj. Bo tu… nie chodzi o to, by wymyślić mi… „ksywkę”. Chodzi o to, bym był pewnego rodzaju nośnikiem idei „ksywki”. Uh. Nie… nie muszę mieć… prawdziwej takiej. Wystarczy imię, a ono równie dobrze dla jakiegokolwiek innego kota niebędącego mną mogłoby ksywką być. No i łatwiej zapamiętać też. Tak.
Kremowy uniósł brew.
– Hmm… Niech pomyślę… – zamilkł na chwilę, faktycznie zamyślając się. – Nie.
– Ugh. Nie to nie – strzepnąłem głową.
Ułożyłem się z powrotem na brzuchu, kładąc pysk między łapami.
– A może… „kapelusik”? Albo… może… „Boro”? Nie, nie, chwila, mam! Co powiesz na…
– …wężo-żmija – wtrąciłem.
– Co? Dlaczego??
– No bo… żmije są… szybkie jak błyskawica. I ich jad potrafi zabić w kilka chwil.
– Ugh, nie! Nie chodzi o podawanie losowych słów, to trzeba skomponować!
– …architekt pożogi.
– Co? Nie! Co to w ogóle znaczy? – Iskrzyk przewrócił oczami i zawinął łapy pod siebie, oblizując zęby w głębokiej zadumie. – Grzyb. Będziesz Grzyb. Prosto i na temat.
Podniosłem powoli głowę i spojrzałem kocurowi prosto w pysk.
Jejku… Moje pierwsze prawdziwe przezwisko… które nawet nie jest moim imieniem. Ale się cieszę. Yay.
– Uh. No… Mogę być nawet Grzyb. Krótsze niż… Borowik – mruknąłem, marszcząc czoło.
Spuściłem wzrok. Przeturlałem się na prawy bok, leżąc teraz plecami do kremowego zwiadowcy. Odchyliłem ostro głowę do tyłu, patrząc na niego.
– Hm. Hmmm… No a ty możesz być Kyzr… ksi. To „Iskrzyk” od tyłu, co symbolizuje dysonans…
Nie dałem jednak rady wyjaśnić, na czym ów dysonans polega, gdyż zostałem bez skrępowania pacnięty łapą.
Zamrugałem.
– Haha! Nie ma opcji – parsknął kocur. – Grzybie.

<Iskrzykeou??>
[410 słów]

[8%]

08 czerwca 2026

Od Borowika do Pierścienia

Ugh. Ale gorąco…
Nie miałem na dziś zaplanowanego żadnego treningu, chociaż tak właściwie myślę, że jest to na niego idealna pora. Ćwiczenie w ekstremalnych temperaturach zwiększa pojemność płuc i przygotowuje o wiele lepiej do wysiłku w warunkach normalnych.
Nie, żebym miał coś przeciwko leżeniu i nicnierobieniu cały dzień.
Kuliłem się więc od śniadania na moim legowisku, rozmyślając nad możliwymi katastrofami pogodowymi, które może jeszcze przynieść Pora Nowych Liści i strategiami na ich przeżycie, gdy nagle… zobaczyłem, jak na mojej gałęzi przysiadł motylek. Biały motylek z drobnymi, czarnymi plamkami na skrzydełkach i krótkich czułkach.
Nie poruszyłem się. Zamarłem. Ze wstrzymanym oddechem przypatrywałem mu się. Motylek zatrzepotał skrzydełkami raz. Drugi. Ostrożnie zmieniłem pozycję do leżenia na brzuchu. Zacząłem czołgać się w jego stronę. Motylki są takie śliczne. Zawsze uwielbiałem się im przyglądać, nigdy jednak - przez początkowe braki w umiejętnościach skradania się - nie udało mi się zobaczyć ich szczegółów z bliska.
Gdy byłem już dosłownie o długość mysiego ogona od motylka, on… wzbił się w powietrze i odleciał w stronę ziemi. Podczołgałem się do krawędzi gałęzi, spojrzałem w dół i zobaczyłem go przycupniętego na pniu. Ja jednak nie złożyłem broni tak szybko. Ostrożnie opuszczałem się za nim, wbijając pazury w korę drzewa. Motylek jednak niemal od razu się zorientował, że pewien niezwykle bystry i jakże przebiegły kocur śledzi go krok w krok, więc wykonał odwrót i tym razem wzbił się w powietrze.
W pogoni za białym motylkiem zeskoczyłem na ziemię. Biegałem za nim w tę i we w tę po obozie. Najpierw skierował się w stronę legowiska wojowników, nie pozostawiając mi jednak dużo czasu na nadgonienie. Potem nawrócił, wykonując kolisty skręt i pofrunął z powrotem do legowiska uczniów. Ostatecznie zmienił jednak kierunek na żłobek, przed którym to ostatecznie wylądował… tuż przy szarym kociaku. Pierścieniu.
Mały kociaczek leżał w bezruchu, mrugając dużymi, błękitnymi oczkami, patrząc z zachwytem na trzepoczące delikatnie skrzydełkami stworzonko między jego łapkami.
Przypadłem do ziemi i przyczołgałem się bliżej, ostrożnie, by owada przypadkiem nie spłoszyć.
– Uh. Motylek… mnie nie lubi. Ucieka. Jak podchodzę. – mruknąłem cicho. – Ale ciebie lubi chyba. Dobrze, dobrze… że chociaż ty je przyciągasz.
Zamilkłem, wreszcie przechodząc do bliskiej obserwacji białego owada.

<Pierścieniu??>
[350 słów]

[7%]

Od Borowika

No i to by było chyba na tyle. Koniec. Skończyło się dzięcioła stukanie.
Lubię wymyślać metafory. Ale nie o tym dzisiaj. Bo dzisiaj jest dzień niezwykły. Rano kulturalnie spożywałem sobie śniadanko składające się z wiewióry i dużej dozy wewnętrznej afirmacji. Wdychałem duszne, ciężkie od gorąca powietrze. Chyba zanosi się na kolejną burzę.
Wtedy podszedł do mnie Kurka.
– Borowiku. Musimy porozmawiać – rzekł do mnie.
Brzmiało to dość niepokojąco. Zbyt poważnie jak na tak normalny dzień, jak dziś.
Przełknąłem kawałek wiewiórki i wyplułem na ziemię strzępki jej futra.
– Uh. No. Słucham – mruknąłem, spoglądając na jego łapy.
– Trenowałeś długo i ciężko. Teraz przyszedł czas, byś pokazał to wszystko, czego się nauczyłeś – mentor uśmiechnął się lekko.
Zamrugałem.
– A. W sensie, że… teraz-teraz…? No ja mogę pokazać, ale to do walki to musiałbym się rozciągnąć, w dodatku coś mi przed chwilą wpadło do oka, musiałbym je chyba wylizać i…
– Nie, nie, nie dokładnie w tym momencie – przerwał mi spokojnie. – Dzisiaj w nocy. Odbędzie się twój test na zwiadowcę.
– Oh.
A no tak. To ma sens. Z pewnością stwierdzić mogę, że pójdzie mi to jak z płatka. Jestem szybki jak błyskawica, niezwykle zwinny. I najważniejsze – posiadam wysoko rozwinięty spryt i bystrość, czym nadrabiam drobne ubytki w sile fizycznej i zdolności improwizacji. Nic więc nie stoi na przeszkodzie by…
– Doszliśmy do wniosku, że twój test nie będzie sprawdzeniem umiejętności, które wiadomo, że opanowałeś. Skupi się on na wykorzystaniu umiejętności reagowania w nieprzewidzianych sytuacjach i siły mięśni.
No chyba nie. Nie ma opcji. Ughhh… Jak zwykle słońce w oczy no.
Mogłem się tego spodziewać. Powiem więcej: oczywiście, że spodziewałem się zaistnienia takiej sytuacji, w końcu przeanalizowałem aż zbyt wiele możliwych scenariuszy mojego testu. Ale dobra. Co mi tam.

– To… to znaczy, na czym konkretnie… uh… polegać będzie moje zadanie…?
Kurka uniósł lekko brwi i uśmiechnął się szerzej.
Proszę, nie.

***

Nie wierzę. To jest jakiś żart chyba.
To miał być szybki test. Miałem popisać się moją ponadprzeciętną wiedzą i ostrością umysłu.
Skończyłem, brodząc w bagnie po szyję na rozlewiskach. Nie była to co prawda burza, ale wiatr zacinał strasznie, tak, że nie widziałem absolutnie nic. Ciemność nie pomagała. Krople deszczu były niczym spuchnięte jagody, na moim futrze już od dawna nie było ani jednego suchego strzępku futra. Całe błoto, które przez Porę Zielonych Liści zdążyło trochę przeschnąć, przez ostatnie deszcze rozmokło, nabierając jeszcze ciężkiej i gęstszej konsystencji. Każde podniesienie łapy stanowiło absolutnie niekoci wysiłek. Błoto miałem nawet w nosie.
Zadanie? Pokonać całe rozlewisko wzdłuż, ale blisko brzegu. Nie utopić się i nie umrzeć. Złapać zwierzynę po drugiej stronie w Dębowej Ostoi. Nie dać się zabić przez lisy. Wrócić tą samą drogą. Nie utopić się i nie umrzeć. Przynieść zdobycz do obozu w stanie zdatnym do spożycia. Mam wrócić, nim słońce wynurzy się nad obozem. Plus za kreatywność.
Mozolnie przedzierałem się przez bagno, łapa za łapą. Bolało mnie już całe ciało. Nie wiem dokładnie, ile czasu minęło. Spojrzałem w niebo, nie zatrzymując się. Srebrna Skóra znajdowała się niemal bezpośrednio nade mną. Zacząłem o zachodzie słońca, więc… już prawie połowa czasu za mną. A ja nie dotarłem nawet do środka rozlewiska…
Teoretycznie ma ono jedynie długość stu czterdziestu lisich ogonów. Problem jednak stanowi nie dystans, lecz konsystencja błota, pogoda i moje coraz silniej objawiające się braki w sile fizycznej.
Warknąłem z irytacji, jednak błoto od razu napłynęło mi do pyska. Natychmiast próbowałem pozbyć się go, wypluć, straciłem wtedy jednak równowagę i wylądowałem pyskiem w błocie. Na szczęście przy brzegu jest płytko i o utopieniu się nie ma mowy.
O nie. Ja nie przegrywam. Przegrywam tylko, gdy mi nie zależy na wygranej. Teraz jednak zależy od tego całe moje życie i cała moja przyszłość.
Podniosłem głowę, odklejając się od błota. Otrzepałem ją.
Zacząłem ze zdwojonym wysiłkiem przedzierać się przez bagno.

***

Udało mi się odkryć nową strategię. Brnąłem do najbliższej kępy trawy czy też kamienia wystających ponad powierzchnię lub mocno zaschniętej grudy błota. Chwytałem się ich i przyciągałem. Wdrapywałem się na nie. A następnie skakałem, jak najdalej mogłem w błoto, w stronę następnego możliwego przystanku. Dzięki temu chwilę po tym, jak księżyc przekroczył połowę nieba, udało mi się dotrzeć do brzegu.
Nie wierzę, że dało się to tak szybko zrobić, a ja wymyśliłem to dopiero w połowie… ale no cóż. Improwizacja nigdy nie była moją mocną stroną.
Łapy trzęsły mi się ze zmęczenia, brzuch bolał od sporej ilości połkniętego przypadkiem błota i mułu. Obym się nie rozchorował…
W dodatku ten przeklęty deszcz nie chciał przestać padać.
Nie zrobiłem sobie przerwy. Nie opadłem na ziemię z wycieńczenia, choć tylko o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli się położę, to już nie wstanę.
Część, która wydawała się najłatwiejsza, okazała się tą najtrudniejszą. Zapolowanie na gryzonia. A to z tego powodu, że mój mózg zupełnie nie był w stanie się skupić. Byłem wykończony, obraz mi się rozmazywał i z trudem łapałem oddech. A mimo to miałem zmusić się do uspokojenia go. Zwolnienia bicia dudniącego w klatce serca. Cichego skradania się. I precyzyjnego ataku. Już rozumiem sens tego testu…

***

Chodziłem w kółko. Autentycznie. I nie znalazłem ani jednego gryzonia. Musiały schować się przed deszczem… Czułem coraz większą frustrację, co chwila spoglądałem z przerażeniem na księżyc, który zachodził coraz niżej…
Nie zdążę. Nie ma szans, żebym zdążył w takim tempie…
W pewnym momencie, między drzewami mignęło mi rude futro…
No nie. Proszę. Dlaczego ja…?
Wtedy z krzaków tuż przede mną wynurzył się… lis. Chuderlawy, chyba miał coś z łapą… a w pysku trzymał… świeżo upolowaną mysz.
Okej. Tak może być. Tak możemy robić.
Normalnie nigdy nie zabrałbym staremu, schorowanemu lisowi jedzenia, ale… byłem już naprawdę ostro wkurzony. Spiąłem się cały, wysunąłem pazury. Syknąłem przeciągle na lisa. Byłem gotowy na walkę. Już mnie nic nie obchodziło.
Na szczęście… stary rudzielec podkulił ogon, pisnął i upuścił mysz na ziemię. Zrobiłem krok do przodu, nie odpuszczając. Lis zaczął się wycofywać, po czym zniknął w zaroślach.
Podniosłem mysz.
Spojrzałem na księżyc.
Właśnie dotknął on odległej linii drzew.

***

Wiedziałem już, że nie zdążę dotrzeć do obozu tą samą drogą, przedzierając się przez błoto przy brzegu. Zdecydowałem więc, że zostało mi tylko jedno wyjście…
Przepłynąć przez rozlewisko środkiem. Tam, gdzie woda była rzadka.
Normalnie nie potrafiłbym pływać. Gdyby nie to, że Kurka potrafi. Widziałem, jak to robił. Analizowałem, więc pamiętam. Raz sam próbowałem. Szło mi… średnio. Ale nie mam teraz zbytnio wyboru. Czy jest to skrajnie nieodpowiedzialne i mogę się utopić? Zapewne. Jednak życie ryzykowałem niemal każdego dnia podczas treningu, a jako że jest to jego zwieńczenie, mogę to zrobić po raz ostatni. A co mi tam. Woda nie jest tu głęboka. Sięga mi lekko ponad głowę i to w najgłębszych miejscach. Damy radę…
Przybiegłem co sił w nogach na skraj rozlewiska, odbiłem się od ziemi i wskoczyłem do wody.
Zacząłem machać łapami przed sobą.
Okazało się jednak dość szybko, że sama znajomość teorii pływania to nie to samo, co posiadanie tej umiejętności. Skończyło się więc tak, że chwilę młóciłem łapami wodę wymieszaną z błotem, opadałem na dno (które na szczęście okazało się zbite, a nie muliste), odbijałem się od niego łapami i tak w kółko… Co kilkanaście długości lisiego ogona przystawałem, podpływając do małych kęp trawy czy kamieni wystających z błota przy brzegu, gdzie robiłem krótkie przerwy. Zajmowały one jednak coraz więcej czasu, im dłużej płynąłem…
Z pyska nie wypuszczałem upolowanej, a raczej przywłaszczonej myszy.
Słońce zaczęło już wschodzić.
Poddałem się pod koniec i wróciłem do brodzenia w błocie. Ale dystans, który szybko nadrobiłem wodą, zrobił swoje. Już totalnie olałem słońce.

***

Wkroczyłem do obozu cały oblepiony błotem i gliną tudzież owadami bagiennymi, z glonem na głowie i myszą w pysku. Łapy drżały mi z wycieńczenia, ale nie czułem tego aż tak bardzo, adrenalina nie zdążyła jeszcze opaść. Przy wejściu minąłem Kurkę.
– Hej, Borowiku, widziałem, że świetnie ci poszło! – powiedział z uśmiechem, patrząc na mnie z dumą.
Minąłem go bez słowa, wypluwając gniewnie mysz na ziemię razem z resztkami mułu.
– Fajnie, że oglądałeś moją całonocną walkę o życie i upadek godności – mruknąłem, kierując się w najbliższe krzaki.
Nie ma opcji, że po tym wszystkim jeszcze wlezę na drzewo do legowiska…

[1326 słów]

[27%]