Trening trwał może i długo, ale za to teraz ze stuprocentową pewnością stwierdzić mogę, że czuję się w pełni wyszkolony i gotowy do pracy na chwałę Wszechmatki, w której szeregi wstąpię dnia obecnego. Ciężko jest mi uwierzyć, że trening udało mi się przeżyć. Nie raz narażałem mój kręgosłup na bezpowrotne złamanie, a test na zwiadowcę był tego zwieńczeniem. Coś czuję, że będzie mi brakowało tej adrenaliny…
Ceremonia miała odbyć się dosłownie za chwilę, lecz wtedy poczułem nagły przypływ głodu. W normalnych okolicznościach zapewne poszedłbym do stosu ze zwierzyną i skończył, pochłaniając wiewiórę, dławiąc się jej futrem. Jednak nie dzisiaj. Dzisiaj nie mogę pozwolić sobie na wpakowanie się w kolejne epickie kłopoty... Nie dzisiaj. Dziś mój umysł jest ostry niczym borsuczy trzonowiec a myśl bystra jak łososi potok. Dziś jest mój dzień. Dziś wszystko musi być idealnie.
Strzepnąłem głową na boki. Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem, że inne koty kierują się w stronę topoli. Spojrzałem w górę. Na najniżej położonej gałęzi już siedział Czereśnia.
Wstałem, by dołączyć się do przemieszczającego się tłumu…
Ojoj. Oj nie.
Usiadłem.
Oh, Wszechmatko… Ale mnie zemdliło. Chwila. Ugh…
Przełknąłem ślinę.
Okej. Okej, już dobrze. Sytuacja opanowana.
Wstałem, by dołączyć się do przemieszczającego się tłumu, kierując się w stronę drzewa. Usadowiłem się następnie w jednym z tylnych szeregów, nie chcąc przeciskać się między już trwale kotami.
Przywódca poczekał, aż tłum nieco ucichnie. Skinął głową. A potem przemówił.
– Borowiku, wystąp.
– Uh… – mruknąłem cicho.
Powstałem i zacząłem ostrożnie przeciskać się do przodu, mówiąc „przepraszam” co około cztery kroki. W końcu dotarłem na sam przód i zadarłem głowę do góry, przyciskając do siebie łapy na ziemi.
– Najwyższy czas, abyś dołączył do grona zwiadowców. Wykazałeś się godną podziwu determinacją w samodoskonaleniu i wytrwałością. Czy przysięgasz pozostać lojalnym naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
– Przysięgam! – bez wahania odpowiedziałem.
Mój głos był zdecydowanie głośniejszy, niż zamierzałem, ale w porównaniu do mojego zwykłego cichego tonu był to wyczyn. Ale dla Wszechmatki można.
– A zatem witamy cię jako nowego zwiadowcę Owocowego Lasu! – ogłosił Czereśnia.
Nie odwróciłem się, ale za moimi plecami słyszałem podnoszące się okrzyki – „Borowik!”, „Borowik!”, „Borowik!”…
Skandowali moje imię. Ale miło…
W końcu odwróciłem głowę do tłumu. Zobaczyłem tam między innymi mojego mentora, Kurkę. Siedział. I patrzył. Z uśmiechem. Takim jak zawsze… Takim, jaki kojarzy mi się z nim najbardziej. Przekręciłem głową, patrząc na niego, jakby pytając, czemu się patrzy na mnie. Kurka zaśmiał się i pokręcił głową.
Jestem zwiadowcą. Prawdziwym. Przeżyłem. I będę żył tak długo, aż stanę się najlepszym zwiadowcą na świecie… albo przynajmniej trafię do pierwszej trzydziestki, czy coś. Trzeba myśleć realistycznie i znać swoje możliwości.
***
O brzasku, gdy wszyscy leżeli jeszcze w legowiskach zmożeni snem, wraz z szamanką wybraliśmy się poza obóz. Zatrzymaliśmy się na małej polance otoczonej drzewkami owocowymi. Zadrżałem. Poranek był dość chłodny… Logiczne, jakby nie patrzeć, to już końcówka Pory Nowych Liści.
– Borowiku, trenowałeś długo. Swoją determinacją, ale i oddaniem w wierze zasłużyłeś, by nosić Imię Duszy nadane ci przez Wszechmatkę jeszcze na długo przed tym, jak po raz pierwszy o Niej usłyszałeś. Wiesz już, jak będzie brzmiało twoje Imię.
– Tak – odparłem, patrząc na Purchawkę, choć technicznie rzecz biorąc, nie oczekiwała odpowiedzi.
– Korzeniu Zahartowany Smagającym Wiatrem, witaj wśród nas.
***
Później, jeszcze zanim słońce w pełni wspięło się na nieboskłon, leżałem w moim legowisku. Nowym legowisku. Na nowym drzewie. Z nową rangą. Nowym imieniem. I nową dziurą w uchu. Nie wiem, dlaczego musieli mi je pociąć, by było wiadomo, że jestem zwiadowcą. Dobrze, że nie jestem stróżem, bo by mnie pocięli trzy razy… Chociaż tyle dobrego. Nie wiem, co teraz ze mną będzie. Muszę znaleźć sobie jakiś nowy cel (poza staniem się najlepszym zwiadowcą na świecie)…
Ale nie teraz, nie teraz.
To był miły dzień.
[634 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz