– Może nie jest trudne… – odparła Żabka. – Ale moje futro waży dobre dodatkowe trzy lisy. – miauknęła. – A jeszcze nie mam tyle mięśni co ty!
– Ja nie mam mięśni, ja mam tylko umiejętności! – odparła kotka siedząca nad nią. – I kiedy się ich nauczysz, to sama będziesz mogła wspinać się szybko i zwinnie nawet przemoknięta do kości!
Żabka chciała wierzyć w słowa swojej mentorki, ale jej futerko rzeczywiście jej przeszkadzało. Kotka zazwyczaj lubiła mieć tak długa i piękną fryzurę, ale czasami było to męczące. Zwłaszcza kiedy jej kryza wisiała prawie u jej łap, obciążona litrami wody.
– Nie możemy zacząć uczyć się najpierw w ogóle wspinać na drzewa? Zanim zaczniemy z tymi… zaawansowanymi technikami? – uczennica próbowała się targować. Spotkała się jednak tylko z niezadowolonym spojrzeniem swojej mentorki. Więc spróbowała. Jednak jej sierść naprawdę nie pozwoliła jej wejść za daleko. Żabka ślizgała się i w końcu spadła. Leżąc na plecach, wbiła swoje ślepia w Lawendową Rozkosz i odetchnęła. Liliowa kotka była troskliwa i delikatna, ale czasem uparta. Jednak Żabka wiedziała, iż ta nie mogła oprzeć się pewnym prawdom. A prawda było, że ból powoduje łzy. A niewiele osób może oprzeć się łzom.
Żabka zmarszczyła nos i odczekała sekundę… dwie. Po czym zaczęła oddychać nieco szybciej. Odpowiednie myśli, odpowiednie podejście i łzy zebrały się w jej oczach. Mina Lawendowej Rozkoszy prawie od razu zmieniła się z upartości w zmartwienie.
– Żabia Łapko? – mruknęła, nachylając się nieco, aby przyjrzeć się lepiej leżącej na ziemi uczennicy. Żabka wtedy już na dobre pozwoliła się sobie rozkleić. Nie to, że rzeczywiście czuła się bardzo zraniona czy sfrustrowana… po prostu ćwiczenie czegoś tak bezsensownego. Jeśli Żabia Łapa nie umie wspinać się na drzewa wcale, co w ogóle podpowiadało jej mentorce, że mogłaby się od razu nauczyć wspinać w mokrej sierści. Mały wybryk z łzami i łkaniem na pewno naprawi odrobinę podejście mentorki.
– Żabia Łapko! – Lawendowa Rozkosz zeskoczyła z drzewa, lądując obok niej. – Wszystko okej?! – spytała się zmartwiona.
– Nie… Bolą mnie plecy, jestem morka, głodna i nic mi nie wychodzi. – poskarżyła się Żabka. – Nie umiem wchodzić na drzewa. A… A ty! Ty… – załkała przez łzy. – Nie ważne... Nie ważne. - zaparła się zaraz potem.
– Ważne. Mów mi teraz. Co jest nie tak? Co boli?
– Plecy… – przyznała Żabka, przecierając pyszczek. Nie bolało na tyle, żeby nie mogła się powoli pozbierać z ziemi, ale rzeczywiście upadła na kamień. Idealna wymówka na płacz. – Mam za… za ciężkie futro… – mruknęła.
– No tak… Futro jest ciężkie, jak jest mokre… – Lawendowa Rozkosz zaczęła.
– A JA NAWET NIE UMIEM JESZCZE WCHODZIĆ NA DRZEWA O SUCHEJ! – krzyknęła Żabka, zalewając się jeszcze większą ilością łez. Lawendowa Rozkosz zdawała się przez chwilę zmieszana. Może rzeczywiście to było za dużo na raz.
– Wr… Wróćmy do obozu. Niech na ciebie spojrzy medyk, a ja… ja pomyślę o tych drzewach. Bo rzeczywiście… nie umiesz wcale się wspinać. Może… To za szybko, żeby w mokrym futrze próbować…— przyznała. Żabka przetarła jeszcze raz pyszczek łapką i spojrzała swoimi wielkimi, przeszklonymi wilgocią oczkami na swoją mentorkę.
– Jest… Jest okej. To… to tylko kamień.
– Może, ale na wszelki wypadek pójdziesz do Gąbczastej Perły, żeby cię obejrzała!
– Dobrze…
I tak też zrobiła. Medyczka nie znalazła nic z nią nie tak, może tylko delikatne obicie schowane pod podmokłym futrem. Ale Żabka była wolna. Mogła iść i szaleć. Tyle że pewnie wyłącznie w obozie. Irytowało ją to strasznie tego dnia. W ogóle została wtrącona w bardzo zły humor. Zły humor, który postanowiła wyładować w jedyny sobie znany sposób. Usiadła sobie na brzegu obozu i zaczęła szukać ofiary. Rozmowa z kimś o czymkolwiek na pewno oderwie jej myśli od nieprzyjemnego doświadczenia z mentorką.
Żabia Łapa ogarnęła wzrokiem obóz. O tej godzinie było tu w miarę pusto. Słońce świeciło mocno, więc wszyscy chowali się w legowiskach lub w cieniach. Klekoczący Bocian właśnie wychodził z obozu, Kijankowe Moczary zbierał południowy patrol, który niechętnie powłóczył za nim łapami. Ciepło doskwierało wszystkim wokoło. Żabka, nadal wilgotna, nie odczuwała go na razie tak mocno. Patrzyła dalej. Wzlatująca Uszatka właśnie dorzucała zdobycz do kupki, a Czosnkowa Krewetka zabierała kawałek ryby dla siebie.
Wszystko działało tak jak powinno, ale w zasięgu oka Żabki nie było nikogo ciekawego. Nikogo kogo by już nie znała. To irytowało ją tylko bardziej.
Do czasu. Może parę uderzeń serca później w zasięgu wzroku koteczki pojawiło się bardzo ciekawe futro. Rude, nakrapiane i przyozdobione czymś dziwnym na uszku. Żabka rozpoznawała kotkę właściwie z wyglądu, ale z opowieści innych wojowników wiedziała, że kotka jeszcze niedawno była uczniem. No… może nie tak niedawno, ale bliżej jej było do ucznia niż do starszyzny! Chociaż mentorka Żabci była młodsza…
W każdym razie wyglądała na ciekawą osóbkę. Na tyle, aby przyciągnąć uwagę Żabeńki. Uczennica wstała i zaczęła podchodzić w okolice nowej ofiary, nie zbliżając się jednak za blisko. W końcu musi najpierw ocenić czy jednak warto się zbliżać. Szylkretka usiadła przy źródełku i powoli napiła się odrobinę wody. Żabka przysiadła przy dziupli ze zwierzyną i przyjrzała się jej lepiej. Kotka była od niej trochę większa, jednak Żabka, z genami swojego ojca, już powoli doganiała niektóre mniejsze koty, pomimo swojego wieku. Chociaż jeszcze trochę jej brakowało, żeby patrzeć im bezpośrednio w oczy.
Ciekawska uczennica podeszła jeszcze odrobinę bliżej… i bliżej, i bliżej. Aż nie siedziała zaraz za kotką, która ją tak zainteresowała. Szylkretka rozciągnęła się i odwróciła, mało nie wyskakując z własnej skóry.
– Dzień dobry. – przywitała się Żabka, wbijając swoje wielkie ślepia w nowego rozmówcę. – Parszywa pogoda dzisiaj, czyż nie? Strasznie pali. – uśmiechnęła się, jak najbardziej serdecznie mogła, bez mrużenia swoich wielkich oczu.
<Wymarzona Słodyczo?>
[915 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz