Ostatnie zgromadzenie
– Hej! Rusz się!
– Możesz przejść obok! Masz dużo miejsca! – warknęła.
– Blokujesz innym przejście! – ryknął i popatrzył na nią z wrogością.
– W takim razie daj mi ściągnąć tego kłaka! Nie widzisz?
W końcu kocur machnął ogonem i ominął kotkę. Czuła, że wygrała. Zauważywszy, jak inni się na nią patrzyli, zlizała kłaka i odpuściła czyszczenie.
***
Znalazła się na Bursztynowej Wyspie. Zgromadzenie miało się odbyć lada moment. Kotka zaczęła pieścić swe futro, ponieważ nadal nie było idealne. Nagle obok niej usiadł kocur o nietypowym, rudym umaszczeniu. Miał gęstą sierść i szmaragdowe oko, gdyż drugie zasłaniała mu grzywka. Postanowiła się mu przedstawić, zaciekawiona jego osobą.
– Witaj! Jestem Liliowa Pieśń, a ty?
– Dobry wieczór, Liliowa Pieśni – zaczął uprzejmie, patrząc na nią z góry. – Nazywam się Tańcujące Pierze. Piękna noc, nieprawdaż?
Popatrzyła na Tańcujące Pierze, zastanawiając się, czy miał normalnie taki głos.
– To prawda. Z jakiego klanu pochodzisz?
– Pochodzę z Klanu Burzy – odpowiedział krótko. – I jak mnie nos nie myli... pochodzisz z Klanu Nocy?
– Dokładnie – odmiauknęła. – Czy wszystko dobrze u was?
– Cóż... – uciekł spojrzeniem w górę. – Klan Gwiazdy nam obecnie sprzyja. Rodzi się nowa krew... i takie tam. A u was? – zapytał.
– U nas też dobrze. Żłobek aż się roi od kociaków!
Pierze odwzajemnił, choć nieśmiało, uśmiech. Spojrzał na jej pyszczek.
– Czy są u was jakieś mężne kocury w tym Klanie Nocy? – zapytał. Jego hipnotyzujące, szmaragdowe oczy wbijały się w Liliową Pieśń.
– Tak, bardzo mężne... – zarumieniła się. – Ty też pewnie jesteś mężnym kocurem w waszym klanie? – skomplementowała, a on wypiął dumnie pierś.
– Oczywiście, że tak, Liliowa Pieśni. Jestem najmężniejszym kocurem, jakiego przyszło ci poznać – mówił pewnie. – Te wasze rybie fiflaki nie równają się ze mną, Tańcującym Pierzem. Skończyłem swój trening w dwa księżyce, a ponadto zyskałem tyle mięśni, ile oni razem nie umieli wyrobić! – rzekł, po czym zademonstrował liliowej kotce swoje mięśnie. Musiała przyznać, że był masywnym i naprawdę wysokim kotem.
Liliowa popatrzyła na niego, myśląc automatycznie o Szkwale... Nie wiedziała, czemu. Czuła, że kocurek pokazuje swoje wysokie ego.
– To naprawdę imponujące... – powiedziała.
– Tylko tyle masz mi do przekazania, droga damo? – powiedział, pochylając się w stronę kotki. Ich ciepłe oddechy łączyły się w jedno. – Nie bądź taka niedostępna… – wymamrotał flirciarsko, po czym mrugnął oczkiem w jej stronę. Czy on mnie uważa za flirciarską zabawkę?
Kotka spojrzała na niego z ukosa. Tańcujące Pierze chyba właśnie jej uświadomił, dlaczego pomyślała o Szkwale.
– Wybacz, nie jestem zainteresowana.
– Jaka "niezainteresowana"? Pff, wy, kotki, tylko o jednym myślicie! – zbeształ ją. – Kopulacją żyć nie będziecie ciągle. Nie każdy kocur będzie chciał taką... kotkę – miauknął i zmarszczył brwi.
Kotce podniosło się ciśnienie. Co to to nie!
– Otóż już mam idealnego kota do tego – uświadomiła.
– ...A to już mnie naprawdę nie interesuje... – odparł ciszej, uciekając wzrokiem.
– Jakby to cię interesowało, słyszałam, co powiedziałeś! – parsknęła.
– A co powiedziałem...? – zapytał.
– Że to, czy kogoś mam na oku, mnie interesuje – rzekła, po raz drugi spoglądając na niego z ukosa. Rudy odwzajemnił gest. Zamilkł, a wtedy zaczęła się ta nieprzyjemna cisza. Walczyli na spojrzenia. Walkę przerwał Tańcujące Pierze, który się poderwał nagle z siedzenia i prychnął, z wyższością patrząc na Nocniaczkę.
– Miałaś już swoje dziesięć uderzeń serca. Teraz zmykaj do swojego kochasia, bo może właśnie znalazł prawdziwą wybrankę swego serca, która nie nazywa się Liliowa Pieśń...
– A ty, naprawdę mnie chciałeś czy tylko się bawiłeś? – spytała, nadal patrząc z ukosa.
– Nie odpowiem ci, bo zaczynasz być przerażająca... – odpowiedział.
Że niby ona jest przerażająca?! Phi!
– Nie jestem przerażająca, tylko chcę wiedzieć, czy bawiłeś się moimi uczuciami – powiedziała zaskakująco spokojnie jak na nią.
– ...To ty zgrywasz z siebie ofiarę – odpowiedział zirytowany. – Odchodzę. Klan Nocy najwyraźniej nie potrafi wychować kotek... – odparł z wyższością.
– To raczej ty masz problemy z komunikacją – odparsknęła.
Przewrócił oczyma, po czym odwrócił się do niej plecami. Nie mogła tak tego zostawić.
– A więc taki jesteś, hmm? Uciekasz od tematu, bardzo proszę.
– Uciekam od wariatki... – wycedził przez zęby.
– No to proszę, czemu niby jestem wariatką?
– A czemu ty myślisz, że bawię się twoimi uczuciami? – obrócił się do niej.
– Miałam w życiu o jednego kota za dużo, co tak robił... – wycedziła.
– Nie powinnaś osądzać każdego o bawienie się twoimi uczuciami, jeśli chcesz, aby ktokolwiek cię pokochał.
– Uciekam od wariatki... – wycedził przez zęby.
– No to proszę, czemu niby jestem wariatką?
– A czemu ty myślisz, że bawię się twoimi uczuciami? – obrócił się do niej.
– Miałam w życiu o jednego kota za dużo, co tak robił... – wycedziła.
– Nie powinnaś osądzać każdego o bawienie się twoimi uczuciami, jeśli chcesz, aby ktokolwiek cię pokochał.
Liliowa zamrugała.
– Nie osądzam tak każdego, zacząłeś z grubej rury, to tyle.
– Więc przestań mówić prosto z mostu do obcego kota "bawisz się moimi uczuciami czy serio chciałeś mnie poderwać"? – mówił. Cytując jej słowa, zaczął ją przedrzeźniać. Dzieciak.
– Wybacz, coś mnie poniosło… – wymamrotała do Pierza. Fakt, trochę przesadziła.
– Z czego co słyszałam, jesteś niezłe ziółko.
– ...W jakim sensie niezłe ziółko? – zapytał, unosząc jedną brew w zaciekawieniu.
– No wiesz, że robisz dziwne akcje.
– ...Ja n–nie robię żadnych dziwnych akcji! – uniósł się nagle. Wyglądał na zdenerwowanego. – Musiałaś połknąć jakąś plotkę, serio. Koty tutaj to są niezłe ziółka, ale ja... ja tylko staram się przeżyć w tym chaosie!
Kotka popatrzyła na niego, nie wiedząc, czy mu ufać. Wreszcie, przybliżywszy się do niego, miauknęła:
– Więc przestań mówić prosto z mostu do obcego kota "bawisz się moimi uczuciami czy serio chciałeś mnie poderwać"? – mówił. Cytując jej słowa, zaczął ją przedrzeźniać. Dzieciak.
– Wybacz, coś mnie poniosło… – wymamrotała do Pierza. Fakt, trochę przesadziła.
– Z czego co słyszałam, jesteś niezłe ziółko.
– ...W jakim sensie niezłe ziółko? – zapytał, unosząc jedną brew w zaciekawieniu.
– No wiesz, że robisz dziwne akcje.
– ...Ja n–nie robię żadnych dziwnych akcji! – uniósł się nagle. Wyglądał na zdenerwowanego. – Musiałaś połknąć jakąś plotkę, serio. Koty tutaj to są niezłe ziółka, ale ja... ja tylko staram się przeżyć w tym chaosie!
Kotka popatrzyła na niego, nie wiedząc, czy mu ufać. Wreszcie, przybliżywszy się do niego, miauknęła:
– Dobrze, zacznijmy od początku.
– Czyli konkretnie... od czego? – zapytał ciszej, siadając koło niej. Stykali się futrami. Ciało Pierza zaczęło oddawać swoje ciepło Liliowej Pieśni, która miała krótką sierść, a o tej porze było już zimno. Zarumieniła się.
– Co lubisz najbardziej jeść? – uśmiechnęła się do niego.
– Czyli konkretnie... od czego? – zapytał ciszej, siadając koło niej. Stykali się futrami. Ciało Pierza zaczęło oddawać swoje ciepło Liliowej Pieśni, która miała krótką sierść, a o tej porze było już zimno. Zarumieniła się.
– Co lubisz najbardziej jeść? – uśmiechnęła się do niego.
– Zające... – odpowiedział. – Te tłuste – dodał pośpiesznie. – A ty? – zapytał. – Pewnie ryby, co?
– Tak – zaśmiała się. – Ale moje ulubione to okonie.
– Aha... – wymamrotał. Uniósł głowę, aby spojrzeć w gwiazdy. Złoty rycerz siedział przy damie, oddając przy okazji swoje ciepło. Nic więcej nie powiedzieli; w ciszy Pierze stał się oparciem Liliowej Pieśni. Kiedy nie gadał, można było go nawet uznać za słodkiego przystojniaka.
Liliowa była w transie. Było jej zimno, ale zarazem czuła się przy nim jakoś… bezpiecznie. Siedząc tak, pomyślała:
“A może Szkwał mnie nigdy nie pokocha?”
Tańcujące Pierze nagle stał się oparciem dla Liliowej Pieśni; kotka oparła się o niego głową. Rudy kocur spojrzał zaskoczony na Nocniaczkę, ale nie ruszył się.
Tańcujące Pierze wyprostował się, dając jej większe pole do popisu. Nos Liliowej Pieśni głębiej się wciskał w jego pierś.
– ...Jak pachnę...~? – zapytał cicho tak, aby tylko ona go usłyszała. Poza tym byli z dala od tłumu, który patrzył na to całe widowisko. Nie mieli świadków.
– Jak wrzos – rzekła, uśmiechając się. Jednak potem się odsunęła. Pomyślała o Klanie Nocy, Ulewnym Szkwale, Czosnkowej Krewetce, Mroku... Lecz też czuła kota, który był pod spodem tej skorupy, ciepłego i lojalnego, czuła się... dziwnie.
– Mmm... to dobrze... – wymruczał, budząc się powoli z tego transu. Otworzył oczy i zerknął na Liliową Pieśń. Chyba odgadł jej zakłopotanie.
– Hej, spójrz na mnie – polecił miękko zestresowanej kotce, przysuwając się jeszcze bliżej. – ...Nie kodeks czyni cię lojalną członkinią klanu, a serce, które wie, gdzie powinno należeć – dodał i się uśmiechnął. – ...Zaufaj sobie... – wymruczał, odsłaniając specjalnie swoją grzywę na szyi.
Patrzył w jej zielone oczy, nie pozwalając kotce uciec wzrokiem. W tych szmaragdowych, hipnotyzujących oczach mogła tylko utonąć, ale z uśmiechem.
– Ja... Ja... – wydukała, topiąc się w czułości Pierza. – Dziękuję ci – zamruczała, ale cicho, by tylko on to usłyszał.
– Tak – zaśmiała się. – Ale moje ulubione to okonie.
– Aha... – wymamrotał. Uniósł głowę, aby spojrzeć w gwiazdy. Złoty rycerz siedział przy damie, oddając przy okazji swoje ciepło. Nic więcej nie powiedzieli; w ciszy Pierze stał się oparciem Liliowej Pieśni. Kiedy nie gadał, można było go nawet uznać za słodkiego przystojniaka.
Liliowa była w transie. Było jej zimno, ale zarazem czuła się przy nim jakoś… bezpiecznie. Siedząc tak, pomyślała:
“A może Szkwał mnie nigdy nie pokocha?”
Tańcujące Pierze nagle stał się oparciem dla Liliowej Pieśni; kotka oparła się o niego głową. Rudy kocur spojrzał zaskoczony na Nocniaczkę, ale nie ruszył się.
Tańcujące Pierze wyprostował się, dając jej większe pole do popisu. Nos Liliowej Pieśni głębiej się wciskał w jego pierś.
– ...Jak pachnę...~? – zapytał cicho tak, aby tylko ona go usłyszała. Poza tym byli z dala od tłumu, który patrzył na to całe widowisko. Nie mieli świadków.
– Jak wrzos – rzekła, uśmiechając się. Jednak potem się odsunęła. Pomyślała o Klanie Nocy, Ulewnym Szkwale, Czosnkowej Krewetce, Mroku... Lecz też czuła kota, który był pod spodem tej skorupy, ciepłego i lojalnego, czuła się... dziwnie.
– Mmm... to dobrze... – wymruczał, budząc się powoli z tego transu. Otworzył oczy i zerknął na Liliową Pieśń. Chyba odgadł jej zakłopotanie.
– Hej, spójrz na mnie – polecił miękko zestresowanej kotce, przysuwając się jeszcze bliżej. – ...Nie kodeks czyni cię lojalną członkinią klanu, a serce, które wie, gdzie powinno należeć – dodał i się uśmiechnął. – ...Zaufaj sobie... – wymruczał, odsłaniając specjalnie swoją grzywę na szyi.
Patrzył w jej zielone oczy, nie pozwalając kotce uciec wzrokiem. W tych szmaragdowych, hipnotyzujących oczach mogła tylko utonąć, ale z uśmiechem.
– Ja... Ja... – wydukała, topiąc się w czułości Pierza. – Dziękuję ci – zamruczała, ale cicho, by tylko on to usłyszał.
Skinął jej głową, zanim znowu zatopiła się w jego futrze. Po chwili zaczęła usypiać. Chyba czuł się niezręcznie, lecz mimo to Tańcujące Pierze był jak skała, o którą mogła się oprzeć Liliowa Pieśń. Mogła się wypłakać, zrobić to, co chciała, wdychając ten uzależniający zapach kocura. Kotka zatonęła w futrze kocura. Jego emanująca energia sprawiała, że zaczęła odpływać, ale udało jej się opanować.
Wybudził go zimny powiew wiatru. Otworzył rozpalone oczy, spoglądając na odpływającą Liliową Pieśń. Zamyślił się. Co miał z nią zrobić? Byli na zgromadzeniu, na szczęście uwagę odwrócił wybryk dwóch uczniów, więc nie mieli przypału. Nieświadomie zaczął mruczeć, czując kotkę przy sobie. Zdołał się opanować dopiero kilkunastu biciach serca. Jego tętno przyspieszyło podczas tak intymnego kontaktu. Chcąc się wybudzić, wstał nagle. Widząc ledwo kontaktującą Lilię, podparł ją w samą porę głową, aby nie upadła brodą na kamień. Kto wie, jak by się to zakończyło. Ostrożnie położył ją na kamiennym podłożu. Kiedy otworzyła oczy, dzieliło ich mniej niż wąs. Oddech Pierza przyspieszył, a u leżącej na plecach Lilii było widać, jak jej klatka piersiowa szybko się wznosiła oraz opadała. Przełknął ślinę, po czym się odsunął od bezbronnej kotki, pozwalając jej wstać. Zawstydzeni uciekli wzrokiem w przeciwne strony.
– Cóż... – zaczął cicho, stojąc obok Nocniaczki. – Liliowa Pieśni, widzę, że już twoje serce coś zadecydowało... – wymruczał jej prawie że do ucha, a wibracje pozostawiły na kotce gęsią skórkę. Uśmiechnął się.
– Przyjdź po zgromadzeniu na granicę. Od razu. Będę czekał niedaleko Kamiennych Strażników... – wymamrotał.
Zanim kotka mogła znów zatopić się w jego futrze, kocur wstał i się cofnął. Zdesperowana kotka zrobiła drugi krok ku jego grzywie, ale Pierze zaczął się odsuwać. Pokręcił głową, widząc, że nadal nie myślała trzeźwo.
Wybudził go zimny powiew wiatru. Otworzył rozpalone oczy, spoglądając na odpływającą Liliową Pieśń. Zamyślił się. Co miał z nią zrobić? Byli na zgromadzeniu, na szczęście uwagę odwrócił wybryk dwóch uczniów, więc nie mieli przypału. Nieświadomie zaczął mruczeć, czując kotkę przy sobie. Zdołał się opanować dopiero kilkunastu biciach serca. Jego tętno przyspieszyło podczas tak intymnego kontaktu. Chcąc się wybudzić, wstał nagle. Widząc ledwo kontaktującą Lilię, podparł ją w samą porę głową, aby nie upadła brodą na kamień. Kto wie, jak by się to zakończyło. Ostrożnie położył ją na kamiennym podłożu. Kiedy otworzyła oczy, dzieliło ich mniej niż wąs. Oddech Pierza przyspieszył, a u leżącej na plecach Lilii było widać, jak jej klatka piersiowa szybko się wznosiła oraz opadała. Przełknął ślinę, po czym się odsunął od bezbronnej kotki, pozwalając jej wstać. Zawstydzeni uciekli wzrokiem w przeciwne strony.
– Cóż... – zaczął cicho, stojąc obok Nocniaczki. – Liliowa Pieśni, widzę, że już twoje serce coś zadecydowało... – wymruczał jej prawie że do ucha, a wibracje pozostawiły na kotce gęsią skórkę. Uśmiechnął się.
– Przyjdź po zgromadzeniu na granicę. Od razu. Będę czekał niedaleko Kamiennych Strażników... – wymamrotał.
Zanim kotka mogła znów zatopić się w jego futrze, kocur wstał i się cofnął. Zdesperowana kotka zrobiła drugi krok ku jego grzywie, ale Pierze zaczął się odsuwać. Pokręcił głową, widząc, że nadal nie myślała trzeźwo.
– Do zobaczenia, Liliowa Pieśni... – wymruczał z ciepłym uśmiechem, po czym zniknął w odmętach Bursztynowej Wyspy.
I tak oto Liliowa Pieśń została sama, ale nie na długo.
Pewien rudy kot po zgromadzeniu coś jej obiecał.
Kotka czekała na Pierze przy granicy. Przemyślała całą tę sprawę. Nie myślała trzeźwo, nie wiedziała, czemu tak się do niego przybliżyła. To przez zmęczenie? Zdenerwowanie? Nie miała zielonego pojęcia. W każdym razie miała mu powiedzieć, że to nieporozumienie. Wtedy zobaczyła rudego kocura z wiankiem z kwiatów na głowie i pięknie wyczesaną grzywką. Patrząc, jak dla niej się wystroił, postanowiła nie łamać mu serca.
Kocur wyglądał, jakby włożył w swój wygląd dużo wysiłku. Nerwowy uśmiech tkwił na pysku kocura. Był trochę poddenerwowany; pierwszy raz widywał się z kimś po zmroku w takich... okolicznościach.
– Witaj, Liliowa Pieśni – miauknął miękko w jej stronę, gdy ją dojrzał. Podszedł kilka kroków bliżej, ale zachował pewien dystans.
– Witaj, Tańcujące Pierze – zaczęła liliowa, przybliżając się bliżej granicy. – Słuchaj, na zgromadzeniu... – nie dokończyła. Tańcujące Pierze uniósł brwi. Specjalnie założył na tą okazję swój piękny, sztuczny wianek, wykonany przez dwunożnych.
Czuła się... nieswojo. Ta sytuacja na pewno nie powinna mieć miejsca, a jednak tu stali przed sobą.
– Wyglądasz... olśniewająco! – przerwał jej z nerwowym chichotem. Zatrzepotał gęstym wachlarzem białych, spiczastych rzęs. Szmaragdowe oczy śledziły każdy najmniejszy ruch na pyszczku Nocniaczki. Czy miał coś jeszcze powiedzieć?
Spojrzeli na siebie w tym samym momencie. Pierze wstrzymał oddech, nie chcąc zepsuć tego momentu. Czy Lodówkowa Łapa byłaby na niego zła, gdyby wiedziała o tym spotkaniu? Nie myślał teraz trzeźwo; po co dał się tej kotce dotknąć, po pierwsze?! Liliowa Pieśń spojrzała na niego. Miała mu powiedzieć, że zaszła pomyłka i przez zmęczenie zachowywała się tak, jak się zachowywała na zgromadzeniu, ale on tak się postarał...
"Klanie Gwiazdy, co ja uczyniłam!" – pomyślała, załamując się w duchu.
– Może... Nauczyć cię pływać? – zapytała, nie mając żadnego innego pomysłu.
I tak oto Liliowa Pieśń została sama, ale nie na długo.
Pewien rudy kot po zgromadzeniu coś jej obiecał.
***
Kotka czekała na Pierze przy granicy. Przemyślała całą tę sprawę. Nie myślała trzeźwo, nie wiedziała, czemu tak się do niego przybliżyła. To przez zmęczenie? Zdenerwowanie? Nie miała zielonego pojęcia. W każdym razie miała mu powiedzieć, że to nieporozumienie. Wtedy zobaczyła rudego kocura z wiankiem z kwiatów na głowie i pięknie wyczesaną grzywką. Patrząc, jak dla niej się wystroił, postanowiła nie łamać mu serca.
Kocur wyglądał, jakby włożył w swój wygląd dużo wysiłku. Nerwowy uśmiech tkwił na pysku kocura. Był trochę poddenerwowany; pierwszy raz widywał się z kimś po zmroku w takich... okolicznościach.
– Witaj, Liliowa Pieśni – miauknął miękko w jej stronę, gdy ją dojrzał. Podszedł kilka kroków bliżej, ale zachował pewien dystans.
– Witaj, Tańcujące Pierze – zaczęła liliowa, przybliżając się bliżej granicy. – Słuchaj, na zgromadzeniu... – nie dokończyła. Tańcujące Pierze uniósł brwi. Specjalnie założył na tą okazję swój piękny, sztuczny wianek, wykonany przez dwunożnych.
Czuła się... nieswojo. Ta sytuacja na pewno nie powinna mieć miejsca, a jednak tu stali przed sobą.
– Wyglądasz... olśniewająco! – przerwał jej z nerwowym chichotem. Zatrzepotał gęstym wachlarzem białych, spiczastych rzęs. Szmaragdowe oczy śledziły każdy najmniejszy ruch na pyszczku Nocniaczki. Czy miał coś jeszcze powiedzieć?
Spojrzeli na siebie w tym samym momencie. Pierze wstrzymał oddech, nie chcąc zepsuć tego momentu. Czy Lodówkowa Łapa byłaby na niego zła, gdyby wiedziała o tym spotkaniu? Nie myślał teraz trzeźwo; po co dał się tej kotce dotknąć, po pierwsze?! Liliowa Pieśń spojrzała na niego. Miała mu powiedzieć, że zaszła pomyłka i przez zmęczenie zachowywała się tak, jak się zachowywała na zgromadzeniu, ale on tak się postarał...
"Klanie Gwiazdy, co ja uczyniłam!" – pomyślała, załamując się w duchu.
– Może... Nauczyć cię pływać? – zapytała, nie mając żadnego innego pomysłu.
– Nauka pływania... – zastanowił się. – Pływanie w zimną noc? Odpada... i co ja powiem reszcie klanu? – wymamrotał. – "Ach, tak, pływałem z kotką z Klanu Nocy, nie martwcie się" – dodał i się zaśmiał.
Zastrzygł uchem i spojrzał na rozgwieżdżony sufit. Wyglądał na zamyślonego. W szmaragdowych oczach odbijała się Srebrna Skóra, jakby były taflą pobliskiej wody.
– Hm…
– Na co tak patrzysz? – spytała liliowa.
– Na gwiazdy, widzisz? – wymamrotał i wskazał głową na Srebrną Skórę. – U nas, w Klanie Burzy, jest pewna... legenda o stworzeniu kilkunastu "konstelacji", jeśli dobrze pamiętam... – wymamrotał, przypominając sobie słowa Księżycowego Odłamka:
– Gwiazdy płakały za przyjaciółmi, którzy spadali z nieba. Jedna z nich, najjaśniejsza spośród wszystkich, wpadła na pomysł połączenia się. Wtedy powstały konstelacje, a każda z nich pojawiała się o swojej danej porze. Wtedy kronikarze malują poznane już połączenia tych gwiazd i... chyba przez to powstały "zodiaki"... nie wiem, czy wiesz, co to jest za słowo, ale według nich urodziłem się pod konstelacją ćmy, podczas Pory Nagich Drzew. I jestem totaaaalnym przeciwieństwem tego, serio! Nie wiem, czemu koty wierzą w te gwiazdy i ich moc... pff! Powinni się zajmować praktycznymi rzeczami i zlikwidować kronikarzy, bo ich ponosi. Zaraz ich opęta jakiś wielki duch i tyle z tej świętości będzie.
– Wiesz, nie wiem, czy to prawda, czy nie, ale to legendy i historie sprawiają, że klan żyje! U nas też są przeróżne legendy, np. o tym, jak powstały maści kotów! – zamruczała. – Na początku nic nie było, aż w końcu chęć istnienia we wszechświecie sprawiła, że powstały dwie grupy kotów: jedne to były koty białe, symbolizujące blask oraz czarne, symbolizujące ciemność. Te dwie grupy połączyły koty czarno–białe, przez to są one szanowane w naszym społeczeństwie. Następnie niebieskie powstały od wody, liliowe od kwiatów, cynamonowe od żyznej gleby i tak dalej. Wiesz, z czego powstała ruda maść?
– Nie wiem. Z ognia? Słońca? – zgadywał.
– Dokładnie! Z promieni słońca! – uśmiechnęła się ciepło. – Za to czekoladowi wzięli się z zazdrosnej matki błota i dlatego mają u nas taką sytuację, jaką mają…
Tańcujące Pierze zmarszczył brwi.
– Z błota? Czemu? – uniósł się nagle. – Czekoladowe koty nie są złe... wam się coś pomieszało w tych łbach! – powiedział prosto z mostu, nie myśląc nad konsekwencjami swoich słów.
– Nie wiem, czy tak, czy nie – powiedziała wyjątkowo spokojnie.
– Są czekoladowe koty, które są dobre – mówiąc to, miała na myśli brata i Fląderkę. – Ale też są takie, które są głupie i podłe – myślała o Mysiomózgiej i Sośnie.
– Czy wierzysz w te ich bujdy? – zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy.
Kotka, widząc jego niezadowolenie, spytała, zmieniając temat:
– Czy, czy chcesz być moim przyjacielem? – rzekła, bojąc się, co odpowie.
Spojrzał na nią.
Pozwolił sobie na moment ciszy, aby zobaczyć u kotki widoczny strach. Uważnie ją obserwował, zanim rzekł:
– Może coś z tego wyniknie – miauknął nonszalancko i usiadł, choć wciąż przewyższał Liliową Pieśń.
– Czyli zgadzasz się? – upewniła się. – Cieszę się, jesteś dla mnie kimś, wiesz? Niestety, muszę już wracać, pierwsi członkowie już nie długo się obudzą. Dzięki za spotkanie!
Zastrzygł uchem i spojrzał na rozgwieżdżony sufit. Wyglądał na zamyślonego. W szmaragdowych oczach odbijała się Srebrna Skóra, jakby były taflą pobliskiej wody.
– Hm…
– Na co tak patrzysz? – spytała liliowa.
– Na gwiazdy, widzisz? – wymamrotał i wskazał głową na Srebrną Skórę. – U nas, w Klanie Burzy, jest pewna... legenda o stworzeniu kilkunastu "konstelacji", jeśli dobrze pamiętam... – wymamrotał, przypominając sobie słowa Księżycowego Odłamka:
– Gwiazdy płakały za przyjaciółmi, którzy spadali z nieba. Jedna z nich, najjaśniejsza spośród wszystkich, wpadła na pomysł połączenia się. Wtedy powstały konstelacje, a każda z nich pojawiała się o swojej danej porze. Wtedy kronikarze malują poznane już połączenia tych gwiazd i... chyba przez to powstały "zodiaki"... nie wiem, czy wiesz, co to jest za słowo, ale według nich urodziłem się pod konstelacją ćmy, podczas Pory Nagich Drzew. I jestem totaaaalnym przeciwieństwem tego, serio! Nie wiem, czemu koty wierzą w te gwiazdy i ich moc... pff! Powinni się zajmować praktycznymi rzeczami i zlikwidować kronikarzy, bo ich ponosi. Zaraz ich opęta jakiś wielki duch i tyle z tej świętości będzie.
– Wiesz, nie wiem, czy to prawda, czy nie, ale to legendy i historie sprawiają, że klan żyje! U nas też są przeróżne legendy, np. o tym, jak powstały maści kotów! – zamruczała. – Na początku nic nie było, aż w końcu chęć istnienia we wszechświecie sprawiła, że powstały dwie grupy kotów: jedne to były koty białe, symbolizujące blask oraz czarne, symbolizujące ciemność. Te dwie grupy połączyły koty czarno–białe, przez to są one szanowane w naszym społeczeństwie. Następnie niebieskie powstały od wody, liliowe od kwiatów, cynamonowe od żyznej gleby i tak dalej. Wiesz, z czego powstała ruda maść?
– Nie wiem. Z ognia? Słońca? – zgadywał.
– Dokładnie! Z promieni słońca! – uśmiechnęła się ciepło. – Za to czekoladowi wzięli się z zazdrosnej matki błota i dlatego mają u nas taką sytuację, jaką mają…
Tańcujące Pierze zmarszczył brwi.
– Z błota? Czemu? – uniósł się nagle. – Czekoladowe koty nie są złe... wam się coś pomieszało w tych łbach! – powiedział prosto z mostu, nie myśląc nad konsekwencjami swoich słów.
– Nie wiem, czy tak, czy nie – powiedziała wyjątkowo spokojnie.
– Są czekoladowe koty, które są dobre – mówiąc to, miała na myśli brata i Fląderkę. – Ale też są takie, które są głupie i podłe – myślała o Mysiomózgiej i Sośnie.
– Czy wierzysz w te ich bujdy? – zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy.
Kotka, widząc jego niezadowolenie, spytała, zmieniając temat:
– Czy, czy chcesz być moim przyjacielem? – rzekła, bojąc się, co odpowie.
Spojrzał na nią.
Pozwolił sobie na moment ciszy, aby zobaczyć u kotki widoczny strach. Uważnie ją obserwował, zanim rzekł:
– Może coś z tego wyniknie – miauknął nonszalancko i usiadł, choć wciąż przewyższał Liliową Pieśń.
– Czyli zgadzasz się? – upewniła się. – Cieszę się, jesteś dla mnie kimś, wiesz? Niestety, muszę już wracać, pierwsi członkowie już nie długo się obudzą. Dzięki za spotkanie!
***
Od tego momentu koty zaczęły się ze sobą widywać, aż pewnej nocy lilijka rzekła:
– Wiesz, boje się, że... że zdradzam klan, moje serce do niego należy, ale... ych, chyba największym problemem jest to, że nie wiem, czego chcę – popatrzyła nieumyślnie w jego oczy. Tańcujące Pierze nie odpowiedział od razu. Patrzył na damę z zamyśleniem.
– Serce należy tam, gdzie czujemy się najlepiej, Liliowa Pieśni. Nasz umysł to komplikuje, przedstawiając logiczne zalety zostania tam, zamiast pójście tam, gdzie się chce. Zapomina jednakże o wadach; o braku wolności tam, gdzie się zostało, z wyrzutami sumienia i wstydem. Nie powinnaś wybierać. Jeżeli czujesz, że powinnaś iść gdzie indziej... to to zrób, naprawdę. Zmiany są dobre, ale wymagają od nas wielkiego poświęcenia – miauknął.
Wziął głęboki wdech i wydech.
– Kiedy posłuchasz serca, nic ci nie będzie straszne. To mózg cię ogranicza, Liliowa Pieśni. Uwolnij się od myśli, spraw, aby nie były twoje…
Przekonywał ją, tylko… gdzie należało jej serce? Miała nadzieję, że w końcu się dowie…
– Wiesz, boje się, że... że zdradzam klan, moje serce do niego należy, ale... ych, chyba największym problemem jest to, że nie wiem, czego chcę – popatrzyła nieumyślnie w jego oczy. Tańcujące Pierze nie odpowiedział od razu. Patrzył na damę z zamyśleniem.
– Serce należy tam, gdzie czujemy się najlepiej, Liliowa Pieśni. Nasz umysł to komplikuje, przedstawiając logiczne zalety zostania tam, zamiast pójście tam, gdzie się chce. Zapomina jednakże o wadach; o braku wolności tam, gdzie się zostało, z wyrzutami sumienia i wstydem. Nie powinnaś wybierać. Jeżeli czujesz, że powinnaś iść gdzie indziej... to to zrób, naprawdę. Zmiany są dobre, ale wymagają od nas wielkiego poświęcenia – miauknął.
Wziął głęboki wdech i wydech.
– Kiedy posłuchasz serca, nic ci nie będzie straszne. To mózg cię ogranicza, Liliowa Pieśni. Uwolnij się od myśli, spraw, aby nie były twoje…
Przekonywał ją, tylko… gdzie należało jej serce? Miała nadzieję, że w końcu się dowie…
<Pierze?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz