BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leon. Pokaż wszystkie posty

20 lipca 2026

Od Leona

Przeszłość, poprzednia Pora Nagich Drzew, na drugi dzień po morderstwie Krasnego

Leon nie rozmawiał o wydarzeniu z Żółtką, jednak zdołał poinformować o tym swojego ojca. Pod płaszczykiem agresywnych samotników i włóczęg, opowiedział o przekroczeniu granicy oraz o Rodzinie, o której tak strasznie Krasny lubił wspominać.
Pogoda się nie poprawiła. Nadal padało i wiał silny wiatr, a ślady po walce nadal zdobiły ziemię niedaleko krawędzi. Jednak czuł również zapach innych kotów, które przyszły w to miejsce. Szczególnie na krawędzi, gdzie spadł Krasny. Czyżby przyszli zobaczyć poległego rudzielca?
Podszedł bliżej krawędzi i wychylił swój łeb, by zobaczyć, jak tam się miał Krasny. Na głazie kotłowały się mewy, które posilały się ciałem rudzielca. Jeszcze kilka dni i nic z niego nie zostanie.
Mruknął pod nosem z zadowolenia i wrócił bardziej na stały ląd. Nie chciał stać się Krasnym, na którego zastawiono pułapkę. Spojrzał się na koronę drzewa, szukając jakiegokolwiek kociego podobnego kształtu. Jednak nikogo tam nie było.
Sprawnie odnowił oznaczenia zapachowe i ruszył do domostwa.

***

W środku gniazda dwunożnych było naprawdę ciepło oraz sprowadzono do środka prawdziwe drzewo, które ozdobiono najróżniejszymi świecącymi drzewami. Cała rodzina była też zaskakująco długo. Nikt nigdzie nie wychodził, żeby pojechać do swoich dwunożnych obowiązków. Żółtka mówiła zresztą, że tak wyglądają “święta”. Leona aż tak to nie interesowało, cieszył się z tego, że był głaskany i mógł wygodnie usadowić się na kocu, by pooglądać, co się działo na zewnątrz.
Na jego podwórku poruszyły się tuje, z których wyszedł Ostek oraz dwa inne koty, których dotąd nie znał. Szukali go i poszli za jego zapachem. Głupcy. W takim tempie pewności siebie, jakiej byli, zginą marnie. Nikt nie będzie naruszał jego terytorium i groził mu.
— Co tam porabiasz, Leonie? Jest coś ciekawego za oknem? — zamruczała Żółtka, którą dwunożni wyciągnęli z choinki. — Nie ma niestety śniegu tej zimy.
Żółtka na szczęście nie zauważyła, jak nieproszone koty wraz z Ostkiem wkroczyli na ich podwórko. Koty zniknęły za rogiem, a on wpatrywał się w ostatnie liście, które smutnie powiewały na gałęziach.
— Nie, jest dość spokojnie. Nie widzę nawet żadnego ptaka, jednak lubię patrzeć na gwiazdy, które powoli widać na niebie.
Żółtka zamruczała cicho i ułożyła się obok niego na ciepłym kocyku. Zaczęli razem przyglądać się niebu, a Leon w głębi ducha cieszył się, że Żółtka nic nie wiedziała o jego potyczce z Krasnym. Pewnie byłoby jej przykro i broniłaby kota, który sam na własne potrzeby mógłby ją zrzucić z tamtego klifu.

🎄

19 lipca 2026

Od Leona

Przeszłość, Pierwsza Pora Opadających Liści po opuszczeniu Świetlików

Zaraz za Żółtką wszedł pewnym krokiem do ciasnej uliczki, w której zniknął tajemniczy kocur, który niby był przyjacielem czarnej. Nie musiał się rozglądać za długo, gdyż na wielkich kubłach na śmieci siedziała część nieznajomych kotów, które świdrowały ich wrogim spojrzeniem.
Kątem oka zauważył ruch. Było ich więcej. Napiął mięśnie. Nie zwiastowało to nic dobrego.
— No, no… Żółtko, nie spodziewałem się, że przyprowadzisz nam nowego kolegę… — wymruczał gardłowo jeden rudy kocur z raną na oku. Starał się on grać groźnego i tajemniczego, jednak z zawahaniem stawiał swoje łapy po pokrywie śmietnika. — Tylko mam nadzieję, że nie zechce on nam zepsuć naszych interesów, bo to nie spodoba się naszej głowie rodziny — zeskoczył do nich na ziemię.
Rudzielec nie był ani wysoki, ani barczysty. Wyglądał raczej na kota, który zajmuje się szpiegostwem lub kradzieżami.
— Oczywiście, że nie. Chciałam tylko was zapoznać wszystkich. Nazywa się Leon i jest tutaj nowy wraz z jego ojcem — powiedziała głupiutka Żółtka. — Leonie, teraz rozmawiasz z Krasnym. Jest zabawny i mówi, że zajmuję się tą częścią rynku wraz z jego rodziną.
Ta “rodzina” nie wyglądała Leonowi na pokrewieństwo kotów, tylko grupę zorganizowaną z hierarchią tak jak klan lub inna banda. Zmrużył nieufnie oczy i zlustrował Krasnego.
— Twój przyjaciel nie ma języka w pysku, że sam nie umie się przedstawić? Czy po prostu go mamusia nie wychowała? — Krasny rzucił pierwszą zaczepką, na którą Leon nie zareagował.
Chciałby się rzucić na rudzielca. Dawno nie walczył, a bardzo mu tego brakowało. Jednak nie byli na własnym terenie, a w dodatku nie mieli przewagi liczebnej. Musieli się jakoś wycofać.
— Może jest trochę nieśmiały — Żółtka niepewna zerknęła na niego, jakby czekała aż się odezwie.
Krasny zamruczał, rozbawiony mając nadal na pysku swój krzywy arogancki uśmieszek. Tego już było za wiele. Wyszedł naprzeciw rudzielca, na co ten się wzdrygnął.
— My już sobie pójdziemy. Miło było, ale się skończyło — mruknął twardo, zagarniając ogonem Żółtkę w stronę wyjścia.
Krasny tylko zastrzygł uchem. Nikt się nie pożegnał. Leon wraz z Żółtką szybko wyszli z alejki i skierowali się do domu. Do momentu aż nie zniknęli za rogiem, czuł na sobie wzrok tamtych kotów. Nie rozumiał, jakie relacje “biznesowe” łączyły Żółtkę z tą bandą, jednak zamierzał się dowiedzieć na swój sposób i najwyżej zepsuć im interesy.

***

Przeszłość, poprzednia Pora Nagich Drzew

TW: walka i śmierć

Siedział w koronie drzew, patrząc na koty, które już wcześniej spotkał w centrum. Jednak teraz oni byli na jego terenie. Znajdowali się niedaleko farmy ostryg, na skraju klifu. Wichura oraz padający deszcz maskował jego obecność, a nieświadome trzy koty z centrum zajmowały się polowaniem. Rozpoznał tylko Krasnego oraz Ostka, a trzeciego kota nie kojarzył, jednak ten wyróżniał się z owej trójki, ponieważ miał obrożę. Czyli wychodziło na to, że w “rodzinie” nie tylko znajdowali się samotnicy.
Zacisnął mocniej pazury na gałęzi. Był wściekły. Może Żółtce nie przeszkadzało to, że jej tak zwani przyjaciele wchodzili na jej teren. Może była za słaba, jednak od niedawna on zaczął wraz z Louisem stawiać oznaczenia zapachowe, jednak intruzi je zignorowali. On nie zgadzał się z nikim na jakieś układy ani tajne plany, choć, to miejsce od niedługiego czasu było już jego.
Cierpliwie czekał, aż ktokolwiek podejdzie pod drzewo, żeby schronić się przed warunkami atmosferycznymi. W końcu rudzielec podszedł pod drzewo i zawęszył między korzeniami drzewa, szukając myszy. Jedzenia było tu wiele, z tego, co wiedział Leon. Nie polował przecież za często. Dostawał dobre jedzenie w domu. Jednak nie zamierzał dzielić się własną zwierzyną z obcymi.
Z głośnym warknięciem zeskoczył z drzewa, prosto na barki mniejszego od siebie Krasnego. Rudzielec pod ciężarem runął na ziemię i zaczął się szamotać w panice, a pozostała dwójka z przerażenia podkuliła ogony i ruszyła do ucieczki.
— Czy to są te wasze interesy z Żółką? Wchodzenie na nasz teren? Zapomnieliście jeszcze uzgodnić te sprawy ze mną i z Louisem! — warknął, chcąc przekrzyczeć świsty wiatru, szum deszczu oraz fal.
— Pożałujesz, że położyłeś łapska na mnie, ty leszczu! Rodzina nie toleruje takich zachowań! Za ochronę zbieramy zwierzynę! Złaź ze mnie! — Krasny kopnął go w brzuch i szybko wywinął się z jego uścisku. Jednak, zamiast wiać, stanął naprzeciw niego, gotów do pojedynku.
Leon otarł pysk z piany, której dostawał na sam widok rudzielca.
— Sam jestem w stanie obronić swoje tereny! Przed tobą, twoją rodziną, samotnikami, lisami i innymi psami! Twoja głupia banda może co najwyżej mi podskoczyć, a ty wrócisz z obdartą skórą i powyrywanymi wąsami, że śmiałeś przekroczyć granicę zapachową!
— Chyba bardzo chcesz skończyć w odmętach tej zatoki. Przywitasz się z innymi, którzy tak bardzo chcieli powstrzymać Rodzinę przed osiągnięciem swoich celów — Krasny stawił krok bliżej niego, cały zjeżony z wysuniętymi pazurami.
— Zobaczymy, kto będzie zaraz pływał z rybkami, jeśli nie ucieknie wraz ze swoimi kolegami.
Na pysku Krasnego pojawił się kwaśny grymas. Trafny komentarz, co do jego kolegów, raczej mocno zapiekł.
Nie musieli dłużej gadać. Oboje rzucili się na siebie z pazurami. Drapiąc, popychając się i turlając po trawie, coraz to bliżej byli krawędzi klifu. Krasny zauważając to, złapał go za kark, chcąc zrzucić go z klifu. Jednak nie docenił siły Leona. Srebrny zbił go z łap, jednocześnie zarzucając rudym w stronę krawędzi. Krasny starał się trzymać przednimi łapami i zębami w jego karku, gdy jego łapy zwisały w przepaści.
Leon bez wahania przednimi łapami zdarł z siebie Krasnego, który z całych sił walczył, by nie zostać zrzucony z klifu. Jednak walka była już przesądzona. Rudzielec z dzikim wrzaskiem i strachem w oczach spadł z wysokości. Spadając tak, jego krzyk został zduszony przez wiatr oraz szum wzburzonej wody, która z impetem uderzała o ściany klifu. Nawet nie było słychać upadku. Leon tylko widział, jak rude ciało roztrzaskuje się o skały i spoczywa na jednym z głazów, które obmywają fale. Posoka zabarwiła wodę i szkarłatne pasmo powoli rozciągało się w głąb morza.
— Wystarczyło, byś zwiał wraz z twoimi… A jednak wolałeś zginąć w walce… — mruknął do rudego, jakby ten mógł go jeszcze usłyszeć.
Jego barki i kark krwawiły od pazurów, jednak nie czuł bólu ani nieprzyjemnego pieczenia. Adrenalina nadal go trzymała pobudzonego. Swoimi rozszerzonymi ślepiami spojrzał się w kierunku traw, gdzie kłosy poruszały się niezgodnie z kierunkiem wiatru. Z zieleni wystawił łeb Ostek, który z przerażeniem wpatrywał się w niego. Czy widział całe zdarzenie? Leon postawił jeden krok w jego kierunku, jednak buras zniknął w trawach, ponawiając ucieczkę, tylko tym razem na dobre.
Czy właśnie stał się mordercą? Pewnie Mglisty Sen wraz z innymi Świetlikami potraktowaliby go jak Rysi Trop… Czy Żółtka będzie na niego zła, skoro pozbył się jednego z kotów, którzy pasożytowali na niej oraz jej terenach? Czy jego ojciec, by pochwalił jego zachowanie? Nie był pewien, jakie odpowiedzi były na te pytania, które wirowały w jego umyśle jak szalone, jednak pewien był jednego. Zaspokoił swoją żądzę walki. Tego mu właśnie brakowało najbardziej. Tak jak za dobrych czasów w Klanie Wilka.
Polizał się po ranach, które już przestawały krwawić i ruszył w stronę domostwa. Może nie musiał zachowywać się jak święty na nowych terenach? Wybicie tej całej “rodziny”, która rządziła okolicą, potraktuje jako nowe hobby.

🌳

Od Leona

Przeszłość, Pierwsza Pora Opadających Liści po opuszczeniu Świetlików

Właśnie pierwszy raz właściciele pozwolili mu wyjść z domostwa, w którym tak długo go przetrzymywali. To nie tak, że wcześniej nie udało mu się wymknąć… Z pomocą Żółtki udało się mu już zwiedzić plaże, gdzie była farma ostryg. Jednak teraz oficjalnie mógł chodzić po terytorium, które należało do nich!
— Leonie! Dwunożni otworzyli drzwi! Możemy wyjść! — usłyszał głos Żółtki z pierwszego piętra domostwa.
Zbiegł szybko po schodach i zaraz za czarną znalazł się na świeżym powietrzu. Dwunożni szybko się uwijali i weszli do brzucha potwora, po czym odjechali w tylko znanym ich kierunku. Żółtka mówiła o ich obowiązkach oraz czym się różnią, jednak Leona to najmniej obchodziło.
Dzisiaj jego współlokatorka miała pokazać centrum, w którym podobno znajdowały się inne koty, z którymi się niby spotykała. Leon miał co do tego mieszane uczucia. Wątpił, by inne koty nie były terytorialne i z chęcią przyjmowały w swe progi ciekawską i przyjacielską Żółtkę.
Ich podróż w miejsce docelowe trwała dłużej niż się tego spodziewał. Przez łąki, obok kamiennej Drogi Grzmotu, która i tak nie była często używana przez potwory dwunożnych. Wzdłuż linii klifów, drogą aż do momentu, kiedy budynki dwunożnych gęsto stały obok siebie. Idąc uliczkami, w końcu doszli do małego placu, na którym były wystawione najróżniejsze owoce morza. Dwunożni nawoływali i krzyczeli, chodzili wokół swoich stanowisk i nosili ryby, które były nawet większe od niego samego. Leon stał w osłupieniu, kiedy Żółtka z ekscytacją wypatrywała w nim jakiejś reakcji.
— Jesteśmy w centrum! Tutaj właśnie dwunożni zwani rybakami przynoszą swoje zdobycze i wymieniają je za jakieś dziwne zielone liście. Wiem. Jest to bardzo dziwne, gdyż żaden szanujący się kot nie oddałby swojej zdobyczy za jakieś marne liście — wymruczała, ocierając się o niego. — Można tutaj zobaczyć inne koty, które często podkradają ryby lub inne owoce morze. Często nie mają własnego dachu nad głową i same muszą o siebie dbać. Chociaż widziałam też innych, którzy mimo dostawania jedzenia w u swoich dwunożnych i tak nadal kradną.
Jak na wspominkę kotki, zobaczył ruch między stoiskami. Zmrużył oczy, wyostrzając wzrok. Zobaczył pierwszego kota, który raczej nie wydawał się ucieszony ich obecnością. Bury kocur z bielą uważnie ich obserwował, a dokładniej niego. Po czym zniknął w jednej z ciasnych alejek.
Żółtka widocznie też go zobaczyła, bo szturchnęła go w bok i ruszyła w kierunku, gdzie zniknął nieznajomy. Leonowi jednak nie podobał się ten pomysł, żeby śledzić nieznajomego, jeśli wcześniej nie był w tym miejscu.
— Chodź! Zapoznasz się z moimi przyjaciółmi! Pewnie też go widziałeś, to Ostek. Jest dość specyficzny, jednak może się polubicie.
Leon szczerze w to wątpił. Ruszył zaraz za Żółtką, jednocześnie zachowując ostrożność.
To może się źle skończyć…

🌳

22 kwietnia 2026

Od Porywistego Dębu (Leona) CD. Miodowej Kory (Louisa)

Pora Zielonych Liści

Dni po śmierci Jarzębinowego Żaru mijały dość szybko, Świetliki nie miały energii na patrole łowieckie, czyszczenia obozu i pilnowanie więźniarki. Widział dokładnie, jak Mglisty Sen wraz ze Stroczkową Nadzieją, starają się jakoś ogarnąć Świetliki, jednak to było o dwa koty za mało. Dlatego on najczęściej decydował się na pilnowanie Rysiego Tropu.
Kocica gadała często od rzeczy, schudła a stan futra jej się pogorszył. Wyglądała odrażająco i przerażająco. Jakby mógł pokazać tą kocicę kociętom, to pewnie kruszynki bałyby się wychodzić w nocy przez całe swoje życie. Na szczęście ta grupa nie miała karmicielki ani kociąt. Pewnie nimi nie miałby kto się zająć, oprócz wcześniej wymienionej dwójki kotów, którzy harowali za wszystkich.
Porywisty Dąb jeszcze mógł powiedzieć, że Poziomkowa Polana jeszcze się stara pomagać, jednak jego mobilność nie pozwala mu na długie przebywanie poza obozem, szczególnie teraz kiedy panują upały.
Patrzył się w korony drzew, szukając ptaków, które mógłby podziwiać. Strasznie mu się nudziło, a czas się dłużył niemiłosiernie. Miał za dużo czasu na przemyślenie. Myślał o Klanie Wilka, o swojej Ognikowej Słocie, o swoich braciach. Czy oni dostali już uczniów? Może właśnie mają już swoje partnerki i czekają na kocięta? Co jeśli stali się kimś ważnym i sprawują ważną rolę w Klanie Wilka? Co działo się z Iskrzącą Nadzieją? Czy sobie poradziła z ich odejściem? Czy tęskniła za nim, za swoim ukochanym synalkiem? Przecież był do niej tak strasznie podobny. Kochał ją całym swoim sercem, tak jak kocię kocha swoją matkę. Co z Cisowym Tchnieniem, czy babcia za nim również tęskniła?
Z zamyśleń wyrwał go miauknięcie jego ojca. Spojrzał zdziwiony na liljowego kocura, który właśnie stał przed nim z wyczekiwaniem. Na pysk kocura cisnęły się słowa “Czego chcesz?”, jednak nie mógł ich wypowiedzieć, gdyż dawno nie rozmawiali razem. Był w szoku, że ojciec w ogóle do niego podszedł pierwszy.
“Nie powinieneś się cieszyć z tego! Przecież tyle cię unikał, a ty cieszysz się jak ostatni kundel, że w ogóle stanął przed tobą!” — skarcił się w myślach.
— Czy mogę porozmawiać z siostrą, Porywisty Dębie? — odchrząknął nieśmiało Miodowa Kora.
No tak, przecież pilnował tej krejzolki, która siedzi w norze. Ojciec sam z siebie, nigdy do niego by nie podszedł.
Najeżył się z nerwów i spiorunował ojca wzrokiem, jakby miał do czynienia z małym głupim kociakiem, jednak odsunął się na bok, dając możliwość porozmawianiu ojcu z Rysim Tropem. Nie przysłuchiwał się ich rozmowie, nie interesowało go, to co majaczyła szylkretowa wojowniczka było to bez najmniejszego znaczenia.
Po minie ojca mógł stwierdzić, że myśli to samo, co on. Może chciał jeszcze porozmawiać, z kotką, którą uważał za swoje rodzeństwo. Jednakże w norze nie siedziała wesoła Rysi Trop, jaką on sam kojarzył z Klanu Wilka lub podczas ucieczki, tylko samotniczkę i morderczynię. W Klanie Wilka, jak pojawiały się tematy groźnych samotników, to właśnie tak sobie ich wyobrażał. Głodnych, chudych, śmierdzących i szepczących jakieś dziwne złowrogie modły.
Wiele razy już ją pilnował, więc słyszał, jak niebieska szylkretka rozmawia sama ze sobą i śmieje się chytrze.
— Dziękuje, że pilnujesz ją wytrwale, Porywisty Dębie.
Bystre oko zobaczyłoby, że wzdrygnął się na moment, kiedy usłyszał podziękowania. Skinął krótko głową. Nie zamierzał odpowiadać ojcu. Nie rozmawiał z nim długo, a wcześniej tamten zatajał przed nim prawdę. Czemu teraz miałby być dla niego miły? Czyżby Miodowa Kora przemyślał swoje zachowanie, podczas tak długiego milczenia?
Nie dowiedział się tego, gdyż ojciec prędko odszedł w kierunku lasu.
“Co za tchórz!” — pomyślał z gorzko, odprowadzając go wzrokiem.

* * *

Właśnie skończył pilnować więźniarkę, a zastąpił go Zapomniana Koniczyna. Chudzielec niepewnie siedział przed norą i wpatrywał się na kocicę przerażonym wzrokiem ucznia, który pierwszy raz w życiu zobaczył wściekłego szczura.
— Nie martw się, nie jest tak ciężko, jak pewnie opisuje to Szczawiowe Serce. Niektórzy są zbyt delikatni na tę robotę, ale z ciebie może jeszcze będą koty. — Klepnął starszego od siebie wojownika w plecy, a ten od siły jego łapska się pochylił, o mało co nie wypluwając płuca.
Porywisty Dąb się zaśmiał głośno i ruszył w kierunku obozu. Zatrzymał się przed wejściem i obejrzał dokładnie polanę, na której nie zauważył znajomego liljowego futra ojca.
“Jeszcze nie wrócił z lasu? Lepiej będzie sprawdzić, co tam robi tak długo. Jest okropny skwar. Powinien się schować” — przewrócił oczyma.
Postanowił nie schodzić do obozowiska. Odwrócił się z powrotem w stronę gęstego lasu, który porządnie izolował ich od słońca i wyruszył za śladem zapachowym Miodowej Kory. Musiał go znaleźć. Mimo napięcia, które między nimi panuje, nadal martwił się o niego, chociaż wolał tego nie okazywać.
W końcu dotarł nad rzekę, gdzie woń Miodowej Kory była silna. Nagle stanął jak wryty widząc liczne kolorowe skóry, które były podobne do tych, które widział na terytorium Klanu Wilka. Dobrze wiedział, do kogo one należą. Dwunożni, bo o nich mowa, zawsze musieli się zjawiać, ze swoimi dziwnymi rzeczami, które śmierdziały czymś, co trudno było nazwać.
Najróżniejsze zapachy mieszały się wraz z wonią, przez co nie był w stanie powiedzieć, czy jego ojciec rzeczywiście, gdzieś tutaj jest.
“Stary piernik! Czemu on tutaj przyszedł? Zabrano go? Czy powinienem pójść po wsparcie do obozu?” — rozejrzał się i dał pierwszy krok do przodu. — “Nie! Dam sobie sam radę!”
Ostrożnie wszedł między kolorowe skóry, w których skrywała się część grupy dwunożnych. te dziwne łyse stworzenia przyszły tutaj w taki upał i część moczyła i chlapała się w rzece. Skrzywił się pod nosem z obrzydzenia. Zachowywali się całkowicie, jak te koty z Klanu Nocy.
— Na moje wąsy, po co tutaj przyszedł ten stary tłumok? — jęknął bezsilnie do siebie. Miał ochotę złapać się za głowę i wyć w stronę księżyca, niczym prawdziwy wilczak. Tylko był problem, nie był już Wilczakiem, ani mieli jeszcze dzień. — Miodowa Koro! — miauknął głośno, lawirując między dziwnymi skórami oraz młodymi dwunożnymi, którzy wskazywali na niego palcem.
Zauważyli go, jednak nikt nie śmiał do niego podejść. Może się go bali? Powinni, wiedział wyśmienicie, że był wielki oraz silny na tyle by stawić czoło tym wynaturzeniom.
— Porywisty Dębie, idę po ciebie słyszysz?!? Nie zostawię cię! — rzucił dosłownie wszystko by ratować go z sideł dwunożnych.
Zauważył biegnącego w jego stronę ojca, jednak o dziwo to nie liljowy zagubił się w obozowisku dwunożnych, tylko on sam. Miodowa Kora przybiegł z lasu, co było dziwne, może wiatr zabrał jego zapach tutaj?
— Nic mi nie jest, myślałem, że to ciebie porwali, jednak dobrze widzieć cię całego — mruknął zerkając na niektórych dwnunożnych, którzy zainteresowali się ich obecnością. — Nie atakują nas, więc jest względnie bezpiecznie.
Liljowy spojrzał się na dwunożnych i zjeżył się dosyć mocno.
— Na Klan Gwiazdy! Musimy się wycofać powoli. Nie wiemy, co mogą nam zrobić. — Spojrzał na syna. — Dobrze że jesteś cały, myślałem że już ci coś zrobili, a teraz już! Cofamy — Starszy kocur powoli robił kroczki do tyłu, następnie machał ogonem synowi by zrobił to samo.
Porywisty Dąb jednak stał w miejscu. Jego pysk był już mniej przyjazny, a sierść na karku lekko się uniosła. Czy właśnie jego ojciec przerwał milczenie, tylko dlatego, że zostali nakryci w obozowisku dwunożnych? Może jak tutaj zostanie na kilka uderzeń serca dłużej, to coś więcej od niego wyciągnie?
— Szkoda, że w obozie Świetlików, tak ze mną nie rozmawiasz, jak dzisiaj — powiedział z przytykiem, ewidentnie niezadowolony. — Dopiero otwierasz do mnie pysk, jak siedzę w obozowisku dwunożnych. Nas i tak nie atakują, a ty jak boimyszka chcesz uciekać do lasu. No i co, potem znów nie będziesz się do mnie odzywał przez następny sezon?
Zatrzymał się słuchając go.
— To nie tak, Porywisty Dębie, ja. — Spojrzał na dwunożnych i znowu na niego, może miał on rację? — Możesz tak nie dramatyzować? Czasami komunikacja jest skomplikowana! A po drugie skąd wiesz że akurat chcę tam wracać? Może wcale nie chcę tam marnować życia przez następne księżyce! Z tą zgrają pod tytułem "Klan Gwiazdy nas wybrał musimy uciekać! Uciekliśmy, o nie! Chyba źle zrobiliśmy, coś nam się znaki pomerdały, chyba będziemy się chować w lesie do usranej śmierci.", tyle powiem. Mam dość tego po same uszy!
Prychnął na odpowiedź ojca.
— A jednaj z nimi poszedłeś. Poza tym komunikacja wcale nie jest trudna. Miauczysz od rzeczy! — Wykrzywił wargi z niezadowolenia. — Jesteś jednym wielkim hipokrytą.
Nie czekał na jego odpowiedź, poszedł w głąb obozowiska dwunogów. Nie odszedł za daleko, kiedy podeszło do niego dwóch dorosłych dwunożnych, którzy starali się miauczeć, niczym małe kocięta.
Położył po sobie uszy i popatrzył na nich z obrzydzeniem, nie wiedząc czy ma uciekać, czy zacząć ich poprawiać. Kaleczyli tak strasznie koci język, że czuł, jak jego uszy cierpną.
Samiec wyciągnął do niego swoją wielką różową łapę i starał się go złapać za kark, jednak on odskoczył na bok, jeżąc się cały.
— Łapska precz! — syknął, zamachując się swoją łapą z wysuniętymi pazurami.
Dwunożny był za wolny, więc udało mu się przeorać odsłonięte różowe przedramię. Samiec zabulgotał z bólu, na co jego samica podała mu dużą grubą skórę.
Skonsternowany patrzył na dorosłą parę, do których podchodziły dwoje młodych. Wszyscy wydawali się zainteresowani jego osobą, jednak nadal nie byli agresywni. Czy to był napad?
Miodowa Kora tylko westchnął.
— Jakoś się staram z tobą rozmawiać! Chcę, żeby między nami było lepiej. — Podszedł do swego syna. — I nie uciekaj jak mówię do ciebie!
Zerknął na niego, nie wiedząc, czy ma się skupić na ojcu, czy na dwunożnych, którzy nadal byli zainteresowani ich obecnością.
— To wybrałeś sobie bardzo ciekawy moment do rozmowy. Dziwi mnie, że w ogóle do mnie otwierasz pysk — odburczał obrażony.
Skupieni na sobie nie zauważyli, kiedy podszedł do nich znów ten sam dwunożny i owinął ich ciasno w miękką skórę, uniemożliwiając im poruszanie się. Porywisty Dąb warknął ostrzegawczo, jednak nie był w stanie ugryźć ani podrapać dwunożnego, z resztą tak samo nie mógł zrobić Miodowa Kora. Po krótkim i drastycznych ruchach, które i tak nie przyniosły mu nic dobrego, opadł z sił.
— No to chyba po nas... — mruknął. — Zadowolony?
Chciał obarczyć tym wszystkim swojego ojca. Przez jego zapach oraz nieobecność w obozie, znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Gdyby siedział na tyłku w obozowisku, tak nie poszedłby nad rzekę.
— Wiesz, może wyciągnijmy z tego pozytywne wnioski. Przynajmniej już nie wrócimy do tego lasu — zamruczał gdy został owinięty w skórę dwunożnych.
Porywisty Dąb zmrużył nieprzyjemnie oczy.
— Czy ja wiem. Nawet dobrze mi tam było. Skąd wiesz, czy dwunożni cię nie zabiją? Mogą nas zjeść!
— Zjeść? Nie przesadzaj, pewnie byśmy byli dla nich okropni w smaku, najwyżej skończymy jako jakieś pieszczochy czy coś w tym podobnego.
Nie wierzył w to, co mówił do niego ojciec. Mieli zostać… pieszczochami? Przecież był to jakiś absurd! On? Były Wilczak? Kot z klanu? Były Świetlik? Teraz miał zostać zwykłym piecuchem i być głaskanym przez jakieś wielkie różowe łapska? A gdzie walka o przetrwanie? Gdzie drapanie i pokonywanie przeciwników? Miał skończyć na jakimś miękkim posłaniu i już nigdy nie dotknąć trawy? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Chciał krzyczeć na ojca, że jak ten śmie być spokojny w takim momencie. Przecież dla nich była to plama na honorze, by teraz zostać zabrani jako dwa niesforne piecuchy.
Zostali zabrani do wnętrza potwora i położeni na kolanach młodszych dwunożnych, którzy nadal trzymali ich, ciasno zwiniętych w miękkie skóry, z których ciężko było się wydostać. Rodzice natomiast zabierali resztę rzeczy, które zostały w obozowisku, gdzie przebywała reszta zgrai dwunożnych. Na to wychodzi, że nie wszyscy z tych dziwolągów, byli ze sobą spokrewnieni, gdyż reszta nadal bawiła się nad wodą, ciesząc się z ciepła oraz długiego dnia.
Potwór w końcu odpalił i wyruszyli w nieznanym im kierunku. Za oknem jedynie widział ruszające się czubki drzew, które później się przerzedzały, aż mógł obserwować błękitne i bezchmurne niebo. Szum oraz dziwne odgłosy dobiegające z urządzenia, które rozumieli tylko dwunożni oraz ich pohukiwania, działały na niego przebodźcująco. Miał już dość. Wolał zostać teraz zjedzonym, by więcej się nie stresować oraz nie słychać tych dziwnych dźwięków.
Podróż dłużyła się w nieskończoność, a jego serce nie przestawało szybko bić. Pierwszy raz w życiu był tak przestraszony. Młode dwunożnych głaskały go po głowie oraz Miodową Korę. Jego ojciec nie wyglądał na tak zestresowanego.
W końcu dojechali na miejsce, i zabrano ich do gniazda dwunożnych, które miał okazję ujrzeć pierwszy raz w swoim życiu. Wewnątrz było wiele pomieszczeń, a każde pachniało inaczej oraz trzymano tam różne ozdoby i rzeczy, o których sami nie mieli pojęcia. Wsadzono ich do klatek wraz z kolorową skórą i zostawiono na pastwę losu.
Wydostał się z miękkiego kaftana bezpieczeństwa i spojrzał przez kraty na pomieszczenie, w którym się znajdowali. Zauważył przy jednym oknie czarną kotkę, która wpatrywała się w nich przez ten cały czas.
— Hej ty! Tak ty! Gdzie jesteśmy? Po co nas tutaj przyniesiono?
Pieszczoszka zawahała się czy zeskoczyć do nich. Po krótkim namyśle to zrobiła i podeszła do krat, które ich rozdzielały. Była małą kotką z postury o czarnej aksamitnej sierści, oklapniętych uszach oraz złotych oczach. Zgadywał, że była w jego wieku lub trochę młodsza, a na jej pysku malowało się zaciekawienie.
— Odpowiesz mi na pytanie, czy nie? — ponaglił ją, na co tamta go zignorowała, przyglądając się jeszcze Miodowej Korze.
Ojciec też ją zauważył, jednak nadal siedział cicho i obserwował otoczenie, dystansując się od pieszczoszki.
“Myślałeś, że sami będziemy pieszczochami?” — zaśmiał się w myślach z ojca. — “Jak przyszło co do czego, to jednak wolałbyś wrócić do lasu? Co?”
— Jestem Żółtka, a wy wyglądacie i pachniecie, jak zgraja dzikusów. — Udawała obrzydzenie, jednak słabo jej to wychodziło. Nadal mógł zauważyć jej ciekawski błysk w oku.
Oparł się o kratkę, przeczesał pazurami swoją długą kryzę i zmrużył oczy, jak to robił by oczarować kotki w klanie. Chociaż, czy nie wypadł z rachuby podczas tak długiego pobytu w Świetlikach?
— Słuchaj, z nas może i są dwa dzikusy ale najlepsze, jakie mogłaś sobie wyobrazić. Lepszych chłopaków nie znajdziesz. — Lekko przesunął się, by lepiej pokazać ojca, który nadal leżał z tyłu. — To jest mój ojciec, Miodowa Kora, a ja nazywam się Porywisty Dąb.
— Macie naprawdę dziwne imiona. Po co wam dwa człony?
Zauważył, jak Żółtka przebiera tylnymi łapami i patrzy się na niego wyczekująco, żeby opowiedział resztę ich historii.
“Uuu kogoś chyba zżera ciekawość” — zaśmiał się z niej w myślach.
— Aaa takich rzeczy dowiesz się może kiedyś, jak nas stąd wypuszczą. Nie lubię opowiadać kotom o sobie, kiedy jestem więźniem. Troszkę tak nie ładnie — zamruczał dźwięcznie, czując, że chyba udało mu się zasiać ziarenko przyjaźni albo nawet czegoś więcej w kotce.
Żółtka przekrzywiła łepek i posłała mu zadziorny uśmieszek.
— Pewnie was niedługo wypuszczą, jednak najpierw zabiorą was do weterynarza. Czy, jak niektóre koty mówią do “obcinacza”.
— Kto to wogóle jest ten obcinacz?
— Dwunożny, który dba o nasze zdrowie, ma leki i takie tam.
— Jak to “takie tam”? — wzburzył się. — Nie mówisz nam całej prawdy!
— Bo sama nie wiem wszystkiego — zauważyła. — Wiem jedno, że jak traficie do weterynarza dzisiaj, a potem posiedzicie trochę w domu, zanim wypuszczą was na zewnątrz. Moglibyście uciec z farmy i zawieruszyć się gdzieś na rynku, a tam kręcą się różne podejrzane koty oraz psy.
— Farma? Co to za kolejne dziwactwo?
Żółtka zaśmiała się pod nosem i przez kraty tknęła go łapką w nosek.
— Przekonasz się, jak się zaaklimatyzujesz. Pokaże wam wszystko i nauczę was żyć w tym miejscu. Zobaczycie, że wam się spodoba, jak zobaczycie może oraz farmę ostryg.
— Jesteśmy blisko morza? Pewnie gdzieś niedaleko są terytorium Klanu Nocy oraz Klanu Klifu.
— Głuptasie, nie mamy tutaj żadnych klifów ani klanów. Dzikie koty jakie ja znam, nie przebywają w grupach, no może oprócz niektórych na rynku ale nimi nie musimy się przejmować, jeśli nie idziemy do centrum.
Pieszczoszka pokręciła jedynie głową, na jego oraz ojca skonsternowane miny.
— Centrum? — mruknął w końcu Miodowa Kora włączając się do rozmowy.
— Eh… Nie ma sensu wam tego teraz tłumaczyć, jeśli i tak będziecie siedzieć w środku. Opowiem wam później, kiedy pozwolą wam wychodzić i dostaniecie własne obroże.

* * * 

Tego samego dnia dwunożni zabrali ich transporterem do weterynarza, tak jak mówiła im Żółtka. Po ich rozmowie dowiedział się, mniej więcej, co mogą się spodziewać po ich nowych właścicielach, nauczyła ich kilka nowych nazw przedmiotów, których zdołali już poznać. Kolorowe skóry, w których zostali zawinięci, to koce, a w dziwnym pudle z kratami, nazwano transporterem. Obroże to takie paski skórzane lub z innych materiałów, które zawiązuje się na szyi kota. Podobno tak dwunożni ich przywłaszczają i napisane jest na nich ich imona oraz inne rzeczy, których nie do końca zrozumiał od Żółtki. Jak na jego prosty umysł dzikusa, te wszystkie nazwy na rzeczy, które widzi pierwszy raz w swoim życiu, to za dużo.
Postawiono ich na stole i wyjęto z koców. Dwunożny zwany weterynarzem, niczym medyk obejrzał go sprawnie. Sprawdził mu uszy, wnętrze pyska, brzuch oraz miejsca, gdzie medyk nigdy nie zaglądał, a gdyby nawet spróbował, to Porywisty Dąb powyrywałby mu wąsy.
Wizyta trwała dość krótko, jednak nie należała do najprzyjemniejszych. Teraz zaczął doceniać medyków w Klanach, ciężką pracę Stroczkowej Nadziei oraz poświęcenie już zmarłej Jarzębinowego Żaru. Nie musiał przechodzić przez tyle stresu w zacisznej lecznicy.
Kiedy dotarli do domostwa i zostali uwolnieni z transportera, od razu podbiegła do nich Żółtka.
— I jak było u “obcinacza”, hm? — zaśmiała obwąchując go pierwszego.
— Obcinacz mi nic nie obciął i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam nadzieję, że nie będą nas tam często zabierać.
— Mówisz tak, jakbyś się już pogodził, że zostaniesz tutaj na zawsze. Myślałam, że dzikusom z lasu dłużej zajmie zaklimatyzowanie się tutaj.
— No jak z nami jest taka piękna kotka, to aż szkoda się nie przekonać do tego miejsca. Jeszcze zobaczymy, dam szansę temu miejscu, może nie będzie tak źle.
Zerknął na Miodową Korę, który tylko pokręcił lekko głową, jakby śmiał się z jego nastawienia, które zmieniło się od momentu, kiedy zobaczył pieszczoszkę.
— Nie słodź mi aż tak, bo specjalnie sprawię, byście zamieszkali gdzie indziej. — Machnęła łapką, udając zawstydzenie. — Jednak postaram się żebyście zapoznali się z moim domem oraz okolicami. Za żadne skarby nie wyobrażam sobie mieszkać, gdzieś daleko w lesie. Wam też powinno się tutaj spodobać.
— Trzymam cię za słowo.

* * *

Minęło kilka dni, od kiedy nie przebywali już w lesie, tylko w domostwie Żółtki. Nie wiedział, jak Świetliki zareagowały na ich nieobecność. Czy Mglisty Sen dawał radę zarządzać resztą kotów? Czy znaleźli kogoś, kto pilnował przeklętej Rysi Trop?
Chciał powiedzieć, że tęskni za lasem oraz kotami, których znał z Klanu Wilka. Jednakże nie było to prawdą. Przyzwyczajał się dość szybko do nowego miejsca. Nie dawał się jeszcze głaskać, na co narzekała Żółtka, jednak pewnie za kilka dni, jeszcze mogło się zmienić. Dwunożni karmili ich mięsem oraz innymi kąskami z kuchni, gdzie przyrządzali posiłki.
Na początku jeszcze ciężko mu było się przekonać do jedzenia z miski, a w szczególności mięsa nieznajomego pochodzenia. Nie smakowało ono myszą, ptactwem lub jego ulubionym leśnym przysmakiem, czyli wiewiórką. Było dobre, jednak nie mógł się doczekać aż dwunożni zaczną ich wypuszczać na zewnątrz.
— Jak smakowało ci dzisiejsze śniadanie? — Podeszła do niego Żółtka z psotnym wyrazem pyszczka. Zlustrowała go swoimi złotymi oczyma, po czym je zmrużyła. — Dzisiaj wydajesz się bardziej zamyślony. Co cię trapi?
— Hm? A nic, po prostu zastanawiam się nad Świetlikami.
— Właśnie, miałeś mi wszystko opowiedzieć o dzikusach w lesie oraz waszej przeszłości. Całkowicie zapomniałam o to was wypytać. Skupiłam się całkowicie na nauczaniu was korzystania z kuwety i-
— A przestań już z tą kuwetą! — Nie dał jej dokończyć. — To jest naprawdę upokarzające żeby korzystać z takiej rzeczy! Dajcie mi wyjść na zewnątrz i możemy nie poruszać więcej tego tematu! — Napuszył się strasznie.
Kotka zamruczała rozbawiona i pacnęła go łapką.
— To jak? Opowiesz mi o tych waszych klanach?
— Może jeszcze nie teraz.
— No trudno, to wy zostaniecie sami w domu, a ja pójdę na spacer. Możecie nudzić się sami! Papatki~
Pieszczoszka wybiegła z pokoju, gdzie po chwili słychać było trzask drzwi. Podbiegł do okna i wskoczył na parapet, gdzie zobaczył znikające czarne futerko w gęstwinie.
Westchnął przeciągle i oparł głowę o szybę. Nie wiedział, ile jeszcze będą ich trzymać w tym domostwie. Może i było przytulnie ale wiatr w sierści, gonitwa za zwierzyną i wolność to tego, czego potrzebował. Miał wrażenie, że wszystko stracił, co go przytłaczało.
— Skoro jesteśmy sami, to może w sumie robić co chcemy. Raczej w tym miejscu wystarczy być w miarę potulnym co do dwunogów, przy okazji jak może nas polubią to nas wypuszczą na dwór — powiedział Miodowa Kora, kłapiąc łapami po kanapie, następnie wysunął pazury, robiąc to samo, tylko robił lekkie zadrapania po tym.
Na słowa ojca, przeniósł na niego swój wzrok.
— Może tak... Może za parę dni dam się dotknąć tym ich różowym łapskom... Pewnie po tym nas wypuszczą albo jest jakiś haczyk, o którym nie wiemy jeszcze, a Żółtka zapomniała nam o tym powiedzieć. — Poprawił się na parapecie, wyciągając się na jego całą długość.
Widział, że w domostwie jest największym kotem o najdłuższej sierści, dzieci dwunogów przez te kilka dni starały się go głaskać i przytulać, jednak on się jeszcze nie dawał. Czuł opór i wstyd.
Co powiedzieliby o nim jego byli przyjaciele z Klanu Wilka, gdyby zobaczyli go na kolankach dwunożnych, głaskany oraz pieszczony, jak jakaś zabawka?
— Jak wróci, to trzeba ją popytać o więcej szczegółów. Nadal dużo nie wiemy o tym całym życiu dwunogów i o tej "Farmie". Chciałbym szerzej zobaczyć ten teren, niż tylko te gniazdo. — zaczął nadal bawić się kanapą jakby miał mentalnie 5 księżycy.
— Mhm... Zapolowałbym na wiewiórkę albo nawet na małą myszkę. Nie jestem w stanie biegać za jakimiś zabawkami jak kocię, tylko po to by młode dwunogów się cieszyły.
— To tylko na chwilę, zobaczysz. Nie będziemy wiecznie spędzać czasu tylko z pisklętami dwunożnych. — Znudzony kanapą zeskoczył z niej i zobaczył fajną piłkę w salonie, zrobił pozycję łowiecką a następnie skradając się do piłki skoczył na nią. Niestety obiekt mu uciekł więc starszy kocur zaczął ją gonić.
Porywisty Dąb patrzył na niego jakby ten był niespełny rozumu.
— Ty napawdę dobrze się czujesz? Co by powiedziały Wilczaki, gdyby teraz cię zobaczyli. Robisz z siebie pośmiewisko! — prychnął zażenowany głupim zachowaniem ojca.
Przez chwilę przestał gonić kulkę patrząc na syna.
— A widzisz gdzieś ich w pobliżu? Nie, skoro ich nie ma to mogę robić co chce! I tak nie mieliby jak tego zobaczyć, więc nie bądź marudny i się rozluźnij, brzmisz jak markotny staruch.
Porywisty Dąb tylko się zmarszczył na pysku. Oczywiście, że nie było tutaj żadnego Wilczaka w pobliżu, jednak nie umiał się oszukać i udawać od łapy, że od teraz jest jakimś głupim piecuchem. On nadal w środku był wojownikiem Klanu Wilka i niechcianym Świetlikiem.
— To baw się, jak głupie kocie. Nic to nie zmieni w naszej sytuacji... — powiedział bardziej do siebie niż do ojca. Zwrócił swój wzrok z powrotem na świat za oknem.

* * *

Dni i noce mijały, a oni jeszcze nie zostali wypuszczeni na zewnątrz. Zaczęła go dopadać rutyna, nic ciekawego się nie działo, więc jego ulubionym zajęciem stało się oglądanie świata zza okna. Nadal nie bawił się zabawkami, które szczeniaki dwunożnych im przynosili, jednak było to naprawdę trudne. Jego instynkty łowieckie oraz chęć polowania była nadal nie zaspokojona, a wszystkie te wypchane przytulanki, piłeczki i inne cuda na kiju z piórkami bardzo przypominało mu zwierzynę, na którą jeszcze nie tak dawno tropili w lesie. Nie wiedział ile jeszcze wytrwa, ile zdoła się oprzeć tym pokusom. Wiedział, że jeśli chciał dotknąć trawy i powspinać się na drzewa, to będzie musiał się ugiąć i pozwolić się dotknąć przez dwunożnych.
Zerknął na Miodową Korę, który leżał leniwie na jednym z drapaków i drzemał. Na jego liliowym futrze znajdowały się płaty światła słonecznego, które przebijało się przez drzewa, za oknem.
Zazdrościł ojcu, że umiał tak szybko się przekonać do zostania piecuchem. Skrycie też chciał gonić za zabawkami oraz spać spokojnie na tych wszystkich kocach wraz z nim oraz Żółtką, jednak ciągle wyobrażał sobie niezadowolone pyski Ognikowej Słoty, Nadciągającego Pomroku, Tygrysiej Nocy oraz Tropiącej Łaski. Wiedział, że śmialiby się z niego. Nie umiał sobie nawet przetłumaczyć, że tych kotów, już nigdy nie spotka na swojej drodze i nie będzie przez nich oceniany.
Nagle do pomieszczenia weszli dwunożni dzierżąc w rękach coś co przypominało małe kolorowe paski, które dzwoniły, z każdy gwałtowniejszym ruchem ich wielkich różowych łapsk. Między ich nogami przebiegła Żółtka i wskoczyła obok niego na parapet.
Zdyszana i uradowana otarła się o niego.
— Dostaniecie obroże! Nawet nie wiesz, jak wam zazdroszczę nowych imion!
— Nowych imion? Jak to? Macie tutaj jakieś mianowania na piecucha? — zdziwił się i zerknął na jego właściciela, który sprawnym ruchem zapiął mu na szyi materiałową obrożę z dzwoneczkiem. — To wszystko?
Żółtka pokiwała głową, a dwunożny zapiał tym razem obrożę u Miodowej Kory, którego wybudził z popołudniowej drzemki. Swoim wielkim różowym łapskiem pogłaskał całą ich trójkę i wyszedł z pokoju.
— Zazdroszczę wam bardzo nowych imion. Macie je bardzo ładne, takie miejskie wręcz — zachwycała się Żółtka, koczując obok niego i gapiąc się na metalową część małej plakietki, która była zaczepiona jego obroży. — Podejrzałam je wcześniej i macie na nich napisane swoje imiona.
— Napisane? Co to w ogóle znaczy? Ja i tak nie widze praktycznie mojej obroży, bo zasłania mi futro — zakłopotany starał się dojrzeć swojej obroży.
— Tak, takie szlaczki, które przypominają pozwijane robaczki, to pismo i da się z tego wyczytać różne rzeczy. To jest ich mowa. Gdzie byś nie spojrzał, tam jest pismo! Dwunożni są naprawdę fascynujący! — podekscytowała się. — Porywisty Dębię, dwunożni nadali ci imię Leon, a ciebie Miodowa Koro nazwano Louis. Nawet nie wiecie, jak wam zazdroszczę.
Od teraz miał inaczej na imię? Leon, bardzo dziwne imię, czy do tego też będzie musiał się przyzwyczaić? Cz teraz w domostwie jego ojciec oraz Żółtka będą go tak nazywali?
“Może w taki sposób, szybciej się przekonam do bycia pieszczochem? Nowe imię, całkowicie nie związane z Klanami oraz lasem. Tylko, jak to określiła Żółtka “miejskie” imię…”
— I jak, Lousie? Czy podoba ci się nowe imię? — zwróciła się Żółtka do Miodowej Kory, który przeciągał się na drapaku.
Starszy kocur drgnął uchem gdy czarna kotka wspomniała jego nowe imię.
— Louise? Nigdy nie sądziłem że przejdę kiedyś z dwuczłonowego imienia na pojedyncze. Te imię jednak jest nawet urokliwe w samo sobie. — Rozciągnął się na drapaku znowu, a następnie zaczął go drapać swymi pazurami, by je naostrzyć.
Popatrzył na swojego ojca skonsternowanym wzrokiem. Jak mieli spalić wszystkie swoje drogi powiązane ze Świetlikami oraz Klanem Klanem Wilka, to niech tak zostanie.
— A tobie się podoba twoje nowe imię, Leonie? — zwróciła się teraz do niego Żółtka.
— Sam nie wiem, jest to coś nowego... — Wzruszył ramionami. Od dłuższego czasu nie umiał aktorzyć, musiał w końcu wrócić na stare tory i odzyskać swój poprzedni blask. — Nie jest złe. Ma jakieś znaczenie?
— Pewnie jakieś ma, jednak aż tak nie jestem oczytana, jak mój ojciec był — zaśmiała się. — Jesteście tutaj już jakiś czas, możecie opowiedzieć o sobie oraz waszych zwyczajach. Już zostaliście zaakceptowani przez dwunożnych i możecie śmiało powiedzieć, że farma ostryg oraz jej okolice należą do was. Co to są te Klany? Jaka jest geneza waszych byłych imion?
— Klany to grupa dużej liczby skupisk odrębnych grup. Każdy klan na swoje odrębne tradycje i wyróżnia się od innego. U nas są cztery klany, Klan Wilka, Klan Nocy, Klan Klifu i Klan Burzy. My akurat podchodziliśmy z Klanu Wilka, to klan który mieści się w rozległym lesie iglastym. Nawy dobrze wspominam swój dom, choć niestety musieliśmy uciec z niego — odpowiedział na jej pytanie liliowy kocur.
— Uciekliście z własnego domu? Dlaczego? — Żółtka nadal drążyła temat.
Westchnął przeciągle. Nie był pewien, czy powinni mówić to wszystko pieszczosce.
— Może powiemy ci wszystko, co chcesz wiedzieć, jeśli nas wypuścisz na dwór. Nie damy ci tak ważnych informacji, jeśli jesteśmy nadal trzymani w tym miejscu.
Czarna kotka prychnęła poirytowana i z nadzieją popatrzyła się na liliowego kocura.
Na pysku ojca ukazała się presja, którą musiał wywierać na nim wraz z pieszczoszką.
— Wiesz to naprawdę długa historia czemu musieliśmy uciec, ale za to mogę ci odpowiedzieć na twoje drugie poprzednie pytanie. — Tylko jakie było jej poprzednie pytanie? Chyba coś z genezą imion czy zwyczajów.
— Co do naszych imion, to były wcześniej takie nietypowe bo byliśmy wojownikami. Każdy wojownik klanu ma takie dwuczłonowe, pierwsze jako kociaki rodzimy się tylko z jednoczłonowym imieniem, ja miałem jak byłem mały na imię Miód. Potem jak zostałem uczniem po moim słynnym teście to dostałem dwuczłonowe imię z drugim członem "Łapa", dostają go tylko uczniowie którzy się przygotowują by zostać wojownikami lub medykami. Gdy już będziesz gotowy to odbywasz pojedynek z drugim uczniem, a jak wygrasz to twój lider nazywa cię nowym dwuczłonowym imieniem, moje imię wcześniejsze już znasz. Więc tak nie więcej dostaje się imiona.
— Uuuu… To naprawdę ciekawe — Czarna podeszła do Louisa i zaczęła go wypytywać o inne rzeczy i zwyczaje, które panowały na terenach klanów. On jednak ich nie podsłuchiwał, zajął się własnym futrem, wracając myślami do Klanu Wilka oraz jego Ognikowej Słoty, za którą nadal tęsknił.

* * *

Pora Zielonych Liści powoli ustępowała Porze Opadających Liści, gdyż drzewa powoli zaczęły się robić żółte, jednak Leon nie mógł tego powiedzieć o temperaturze, która panowała na zewnątrz. Ludzie jeszcze nie zdążyli ich wypuścić poza swoje szczelne gniazdo.
Przez ten czas zdążył się przyzwyczaić do dotyku dwunożnych oraz zabaw, które coraz częściej mu oferowano. Siedzenie w miejscu i wspominanie wolności stało się nudne oraz męczące na tyle, że nawet tęsknił za pilnowaniem obłąkanej Rysiego Tropu. To zajęcie w tym momencie z chęcią by wykonywał każdego dnia, Pory Zielonych Liści. Gdyby tylko nie poszli nad rzekę…
Siedział na parapecie i wpatrywał się w ciemne drzewa oraz księżyc, który był jedynym jasnym punktem na nocnym niebie. Wyczuł nasilający się zapach Żółtki, która starannie stawiała swoje łapki na posadzce, nie wydając żadnego dźwięku.
— Buuu! — zawyła, chcąc go wystraszyć, jednocześnie wyłaniając się z ciemności i wskakując obok niego na parapet.
Nawet nie drgnął.
— Jeśli chciałaś mnie przestraszyć, to ci się nie udało. Szybko cię wyczułem. Pachniesz silnie trawą i morzem, że wyróżniasz się na tle zapachów w domostwie. Musiałabyś się bardziej postarać.
— Nie jestem aż tak zaprawionym wojownikiem, jak ty, czy Louis. Może kiedyś byś mnie czegoś nauczył, co?
Rzucił jej krótkie spojrzenie.
— Po co ci umiejętność skradania, skoro na nic nie polujesz? I tak masz jedzenie w misce, to nie jest ci potrzebny trening wojownika.
— Może nie poluję na każdą zwierzynę, czy na wiewiórki. — Dała nacisk na ostatnie słowo, co go zainteresowało.
— Czyżby Louis ci zdążył ci nagadać o mojej ulubionej zwierzynie?
— Dokładnie! — zachichotała, ocierając się delikatnie o jego długie futerko. — Jednak nie zmienia to faktu, że jeśli obiecasz mi, że mnie nauczysz co nieco, to zabiorę cię w przyjemne miejsce — dodała, a w jej złocistych oczkach pojawiła się chytra iskierka.
Nie musiał się zgadzać, jednak nie miał nic innego do roboty. Nudziło mu się strasznie, a poza tym mógł chwilę zapewnić jej ciężki trening, który mu wcześniej szykował ojciec zanim został wojownikiem. Zmęczyłby kotkę i miałby spokój.
— No dobrze, zobaczymy, jaka z ciebie będzie wojowniczka! — Szturchnął, ją w bark i zeskoczył z parapetu na posadzkę. — Zaczniemy od krótkiej rozgrzewki i pokaże ci-
Nawet nie zdążył dokończyć, kiedy Żółtka nie niego zeskoczyła z parapetu i przeturlali się kilka długości lisa. Mimo ataku z zaskoczenia, nie dał się przygwoździć do ziemi i szybko zbił kotkę z nóg, a ta upadła na dywan.
— Ciamajda! — zaśmiał się z czarnej.
Ta pomasowała łapką głowę i z przekąsem powiedziała:
— Jak byś dał mi wygrać, to zaprowadziłabym cię na zewnątrz, ale jeśli chcesz nadal królować w salonie, to nie zamierzam ci przeszkadzać — mruknęła z udawaną urazą.
— Przecież nie mogę wychodzić z domostwa. Nawet Louis nie postawił łapy na trawy przez całą Porę Zielonych Liści!
— Kto powiedział, że nie opuścił domostwa? Widziałeś, go wczoraj gdzieś w okolicy wieczora?
Leon zamyślił się przez chwilę. Czy Żółtka chciała go zabrać na spacer? Czy jego ojciec już wyszedł i nic mu nie powiedział? Na samą taką myśl, napuszył się ze wściekłości i odwrócił się w kierunku drapaka, gdzie pochrapywał jego ojciec.
— Pokazałaś mu farmę i nic mi nawet nie powiedział?! — fuknął.
— Tak, tylko nie budź go!
— Niby czemu?!
— Bo ja go o to poprosiłam! Chciałam zrobić ci niespodziankę! Nie moja wina, że ty musisz się wykraść. Dwunożni niezbyt ci ufają, pewnie dlatego, że długo ci zajęło przekonanie się do dotyku oraz spędzania z nimi czasu. Jednak teraz widzę, że dobrze sobie radzisz, więc możesz zwiedzić całą farmę — wymruczała cicho i dotknęła go swoim ciemnym noskiem w bark.
Uspokoił się nieco, jednak nie powiedziałby, że był zadowolony z faktu, że jego ojciec jako pierwszy wyszedł z tego ludzkiego gniazda, tylko dlatego, że się łasił jak głupiec. On jako jedyny z ich dwójki starał się zachować pamięć i szacunek względem Świetlików i Klanu Wilka, przynajmniej mu się tak wydawało.
— No dobrze, w takim razie prowadź, gdzie niby jest przejście, gdzie mógłbym wyjść stąd? Domownicy śpią i wątpię by nam otworzyli drzwi.
— Widzę, że ruszyłeś główką — zamruczała rozbawiona i ruszyła po schodach na pierwsze piętro, a on za nią. — W sypialni dorosłych jest uchylone okno i zejdziemy po dachu.
Tak jak Żółtka powiedziała, tak zrobili. Niezauważalnie przeszli przez sypialnie dorosłych i przez uchylone okno wyszli na dach domostwa. Leon czekał na ten moment tak długo, że nie był w stanie opisać szczęścia, jakie poczuł, kiedy przyjemny ciepły wiaterek poruszył jego długą sierścią.
“Wolność! Nareszcie wolność!”
Chciał zeskoczyć i popędzić do lasu, zostawiając wszystko za sobą. Pędzić ile sił w nogach. Wrócić do Klanu Wilka. Wrócić do Ognikowej Słoty. Jednak tego nie mógł zrobić. Jest za daleko swojego starego, domu, w którym i tak by go nie przyjęto, tylko rozszarpano na drobne kawałki. Nie był już Porywistym Dębem, a Leonem, piecuchem na farmie ostryg, o której tak wiele słyszał od Żółtki, jednak nie wiedział, czym dokładnie, jak wygląda ich farma. Nie znał wielkości ich terytorium. Nie wiedział, jaki zapach powinien mieć na swoim futrze. Nie był już Świetlikiem ani Wilczakiem.
— To jak? Jesteś gotów na dzisiejszy spacer? Widziałeś kiedyś morze?
Oczywiście że był gotów!
— Tak widziałem morze. Chodziliśmy na zgromadzenie, które było na małej wysepce. Morze nocą jest naprawdę piękne.
— Zwykła skała na plamie ciemnej wody w pełni, to jeszcze nic, z tym co zamierzam ci pokazać! — zapewniła go i ruszyła w stronę drzewa, które znajdowało się na tyle blisko dachu, że mogli po nim zejść na ziemię.
Popędził zaraz za nią. Kiedy jego poduszki łap dotknęły trawę, ten westchnął z ulgą i utęsknieniem. W końcu przyjemna, chłodna rosa, której tak dawno nie miał okazji poczuć.
— Może i masz rację, jednak czym niby różni się te morze od tego, nad, którym znajdowały się tereny klanów?
— Chyba ja powinnam zadać to pytanie? Przecież mnie tam nie było ale za to ty będziesz mógł to ocenić już za chwilę! — zamruczała podekscytowana i ruszyła w znanym jej tylko kierunku.
On natomiast ruszył posłusznie za nią. Stawiając łapę za łapą przemierzyli przeżedzony lasek, z którego widział morze. Znajdowali się naprawdę wysoko. Pewnie byli na podobnym klifie, na którym mieszkały koty z Klanu Klifu. Po kamiennych stopniach zeszli na ogromną plaże, gdzie daleko widniały dziwne kosze obklejonymi glonami oraz innymi zielskami, których nazwy znały pewnie Nocniaki, a nie taki prosty kocur, jak on.
— Czy to ta cała farma? Jest ogromna…
— Owszem, jednak normalnie są pod wodą. Sami byśmy byli, gdyby przyszedł przypływ, jednak na tą chwilę nie musisz się o to martwić.
Żółtka zaprowadziła go bliżej dziwnych koszyków powieszonych na belkach, z których ociekała morska woda. Przyjrzał się uważnie zawartości dziwnej klatki, a w niej rzeczywiście były ciasno upakowane ostrygi. Obwąchał je i lekko się skrzywił, kiedy z jednej wypełzło coś czego jeszcze w życiu nie widział.
Żółtka widząc jego zdziwioną minę, zachichotała i trąciła go czule pyskiem.
— To rozgwiazda, głuptasie! — zaśmiała się i machnęła ogonem, żeby ten ruszył za nią.
Szli tak do momentu, aż ich łapy zaczęły obmywać woda.
— Nocą morze jest zazwyczaj spokojne, wiatr się uspokaja, no chyba, że jest sztorm. Jednak wychodzenie w czasie sztormu na farmę ostryg, to możesz się domyśleć, że to nie jest dobry pomysł. Fale i prądy bez problemu mogłyby nawet ukraść potwora, a co dopiero kota. Widziałam, jakie szkody, jakie może wywołać sztorm.
— Brzmi całkiem niebezpiecznie. W lesie mieliśmy całkowicie inne problemy, nie dosięgała nas woda i nie musieliśmy się martwić o podtopienia — mówiąc to, nadal oglądał z zaciekawieniem wnętrze jednej z dziwnych pułapek, gdzie ludzie wsadzili ostrygi. — Pewnie Klan Nocy i Klan Klifu mogły się martwić morzem oraz jego przeciwnościami losu. Nie wiem, czy jestem w stanie się przyzwyczaić. To miejsce, wcale nie przypomina lasu, w którym się wychowałem. Nie jestem w stanie przejść niezauważalnie po drzewach, skoro tutaj jest sam piasek, polany, domostwa oraz klify…
— Są drzewa w głąb lądu i tam może będziesz się czuł lepiej, jednak zieleń nie jest tak piękna, jak błękit morza.
Swoim spojrzeniem objął najpierw Żółtkę, a potem ciemną plamę wody, która cichuteńko szumiała. Może i kotka miała rację? Nie widział zbyt często morza za dnia. Jego uwagę na zgromadzeniach zawsze skradały kotki oraz najróżniejsze opowieści, jakie tylko koty mogły wymyślić. Musiał się przekonać do plaży, zaadaptować do nowego środowiska. Od teraz te tereny należały do niego i zamierzał pokazać wszystkim, że jest w stanie je ochronić.
— Patrolujesz twoje terytorium? Jest ogromne?
Czarna przekrzywiła łepek i wzruszyła ramionami.
— Zależy… Jeśli spacerowanie po okolicach oraz rozmawianie z samotnikami oraz innymi pieszczochami można nazwać patrolowanie, to tak. Ciągle patroluje swoje tereny.
— Nie brzmi to jak patrolowanie. Pozwalasz wchodzić innym na twoje ziemie? Nie stosujesz oznaczeń zapachowych? — Nie dowierzał Żółtce, jednak kotka skinęła mu powoli głową.
— Czyli to taki wasz klanowy obowiązek? Takie spacery i pilnowanie swoich ziem? Jest to całkiem ciekawe, mogłabym spróbować lub pozwolić ci się tym zająć. Wtedy chodziłabym z tobą na te spacery, a ty zrobiłbyś ze mnie prawdziwą wojowniczkę!
Żółtka ewidentnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak ważne jest utrzymywanie terenów tylko dla siebie. Irytowało to Leona, jednak nie zamierzał na nią naskakiwać, ważne, że mógł ją oswoić z klanowymi tradycjami i obowiązkami. Kotka wchłaniała wiedzę niczym suchy mech, co mogło ułatwić jej trening. Sam jeszcze nie dostał ucznia, więc mógłby sprawdzić, czy by się nadał jako mentor. Oczywiście, że da sobie z nią radę! Szczególnie, jeśli ta się tak do niego łasi. Z chęcią pozwoli jej na bliskość, może nie była to Ognikowa Słota z charakterkiem, jednak w pobliżu nie było żadnej innej lepszej kotki, a on w Świetlikach się strasznie wynudził.
Odwzajemnił uśmiech, na co łapki Żółtki zatrzęsły się z emocji.
“Głupiutka pieszczoszka” — zaśmiał się w myślach.
— Na dzisiaj wystarczy ci zwiedzania. Możemy wracać do domostwa, a jutro w dzień zwiedzimy dalsze tereny, które również do nas należą. Mam nadzieję, że cię domownicy wypuszczą, strasznie chciałabym ci pokazać centrum.  — Otarła się o niego i dała kilka kroków w stronę kamiennych stopni, które prowadziły do ich gniazda. — Chodź! Ruchy, ruchy! — pogoniła go i ruszyła pędem już wydeptaną przez nich ścieżką.
Leon popędził zaraz za nią, jednak najchętniej zostałby na miejscu i jeszcze pozwiedzał ogromną plaże, jednak czas ich gonił, a na niebie pojawiały się pierwsze odcienie pomarańczu. Poranek się zbliżał.

* * *

Dotarli do domostwa dość szybko i bezszelestnie weszli do środka. Domownicy nie zauważyli, że zdążyli uciec na całą noc. Tak samo jego ojciec, spał, jak zabity.
— Wstawaj Lousie! Dzień już się zaczął! — pacnął łapą swojego ojca. — Normalnie w Klanie Wilka byś już dostał bęcki za takie leniuchowanie!

< Ojcze? Jak ci się podoba nasze nowe terytorium? 🐈🌅🦪>

22 lutego 2026

Od Porywistego Dębu CD. Kosaćcowej Grzywy

Porywisty Dąb zamrugał kilka razy na nagłe uzewnętrznienie się Kosaćcowej Grzywy. Wiele rzeczy i tak nie wiedział o kocurze, gdyż raczej zadawał się w Klanie Wilka z kotami w jego wieku. Jednak był w stanie zrozumieć niebieskiego vana. Jego frustracja była równie ogromna, jednak nie dzielił tych samych wątpliwości. On natomiast stracił wszystkich swoich przyjaciół oraz budował od nowa swoją mobilność. Tęsknił za Tygrysią Nocą, Tropiącą Łaską, dokuczaniem Wilgowej Goryczy i Kamiennemu Pióru, za szczęśliwą Ognikową Słotą. Czuł, jak między nimi rosło jakieś uczucie, jednak wszystko musiało się popsuć ze względu na Miodową Korę. Co go podkusiło, że poszedł za ojcem? Czemu nie pomyślał chwilę dłużej?
— Pójdę z tobą, aby wybudować to legowisko wojowników — zgodził się w końcu z Kosaćcową Grzywą.
— No i o to mi chodziło, młody! — Zagarnął go ogonem do wyjścia i znów zniknęli w lesie.
Szli przez zaśnieżony las. Czuł, jak jego poduszki łap powoli zamarzają. Może nie był to dobry pomysł, żeby pójść drugi raz poza obóz, tym bardziej że bolały go łapy. Nie był jeszcze tak wytrzymały, jakby chciał. Jego rehabilitacja jeszcze trwała.
— Dotarliśmy na miejsce! Tylko uważaj, żebyś nie wpadł, będziesz musiał zejść po tamtych korzeniach starego drzewa, widzisz? — Zagrodził mu nagle drogę ogonem.
Przed nimi rozciągała się wielka wyrwa w ziemi, w której widział wykopane nory oraz przekształcone krzewy na legowiska. W dół prowadziły dwa solidne korzenie, którymi trzeba było się wspiąć. Przeciągle westchnął, rozumiejąc teraz, czemu wcześniej nie chciano go tutaj zabrać. Nie był pewien, czy jest w stanie zejść na dół i później z powrotem wspiąć się po korzeniach. Nadal go przecież bolały tylne łapy, a teraz po takim spacerze, czuł, jak trzęsą mu się tylne kończyny.
— Dasz radę zejść, Porywisty Dębie? — zapytał się go Kosaćcowa Grzywa z jego typowym chytrym uśmieszkiem.
Dąb napuszył się i pacnął ogon wojownika.
— Oczywiście, że dam radę! Nie jestem już żadną kaleką!
— No i to rozumiem! Mówisz jak prawdziwy kocur.
— Bo nim jestem. Nie widziałeś, ile kotek w Klanie Wilka na mnie leciało? Takiego kocura, co ma silne łapy, jak konar drzewa, to każda chciała!
Kosaćcowa Grzywa się zaśmiał i pokiwał krótko głową. Jako pierwszy poszedł do korzeni drzewa i zwinnie po nich zbiegł, a za nim ruszył Porywisty Dąb, który już ostrożniej i wolniej zszedł na dół.
— Przysięgam, jak nie będę mógł wejść na górę z powrotem, to będziesz musiał mnie tam wciągnąć — prychnął i wylizał szybko swoje tylne łapy, które z każdym uderzeniem serca, bolały go coraz mocniej. Pewnie mak przestał już działać, więc jak wrócą do reszty Świetlików, to będzie musiał poprosić Stroczkową Łapę o drobną pomoc.
— Zobaczymy, czy ciebie wciągnę. Nie możesz być aż tak ciężki, przecież niosłem cię przez Drogę Grzmotu wraz z Mglistym Snem.
— Właśnie, robiłeś to z pomocą Mglistego Snu i na równej drodze. Tutaj będziesz musiał się wspiąć na górę. Jednak nie wątpię w twoje umiejętności i siłę. Jednak jeśli nadwyrężysz bark, czy coś innego, to się z ciebie pośmieję.
— Ale z ciebie szlachetny inwalida — prychnął Kosaćcowa Grzywa z aroganckim uśmieszkiem.
— Z ciebie również. — Przewrócił oczyma. — Gdzie masz to legowisko lidera?
Kosaćcowa Grzywa wskazał ogonem norę, do której koty będą musiały się dostać poprzez podwyższenie zbudowane z kamieni. Ruszyli do pracy, która po dłuższym czasie okazała się mniej efektywna. On nie mógł tyle ustać na tylnych łapach, by przednimi wygarniać ziemię, a Kosaćcowa Grzywa ciągle przez przypadek rzucał w niego pyłem i drobinkami kamieni. Nie zajęło im to dużo czasu, żeby podjąć decyzję o powrocie do prowizorycznego obozowiska Świetlików. Przy pomocy starszego wojownika wdrapał się po korzeniach i oboje zniknęli w gęstwinie, zostawiając za sobą w obozowisku niedokończone legowisko lidera.

***

Aktualne

Nowa pora sezonu i nowy skandal. Wszystkie Świetliki dobiegła informacja, co zadziało się w obozowisku, w którym odnaleziono porozrzucane wnętrzności jakiegoś kota. Mglisty Sen wraz z Jarzębinowym Żarem wdrożyli dochodzenie, starając się znaleźć sprawcę w Świetlikach, jednak jaka była szansa, że to właśnie stąd ktoś mógł dopuścić się takiego czynu? Nie chciał pokazywać palcem, jednak to właśnie wtedy, kiedy mianowano Ostową Łapę i nadano mu mentora, to właśnie szalona szylkretka rzuciła się na czarnofutrego. Zauważając Kosaćcową Grzywę, podszedł do wojownika i szturchnął go pyskiem.
— Jak myślisz, kto to mógł być? Ta twoja przyjaciółeczka, co odwaliła, ma chyba zadatki na taką psychopatkę, która mogłaby czegoś takiego się dopuścić — zagadał do wojownika.

<Kosaćcowa Grzywo?>

25 stycznia 2026

Od Porywistego Dębu CD. Miodowej Kory

Po dotarciu do nowego miejsca, Pora Nowych Liści

Siedzieli i biesiadowali, a nad nimi latały świetliki, którym tak bardzo zawdzięczali nazwę. Porywisty Dąb jadł w spokoju wiewiórkę, którą złapał dla niego specjalnie Miodowa Kora. Spojrzał się na ojca, który ze zmartwioną miną doglądał jego ranne łapy.
— Przeżyję, nie musisz się o mnie martwić — mruknął, czując, jak zaczyna go szczypać skóra ze złości na ich wygłupy na poboczu.
— Oczywiście, że przeżyjesz, jednak wolałbym, żeby ten potwór mnie potrącił, a nie ciebie… Ciężko się patrzy na własne kocię, które cierpi.
— Nie jestem już kociakiem! Poza tym powinniśmy świętować, a ty mi coś obiecałeś — zauważył i poprawił się na swoim posłaniu. — Czemu mama oraz moi bracia nie poszli z nami? Co im przeszkadzało? Nie powiedziałeś im tego? Prawda?
Miodowa Kora uciekł wzrokiem i pokręcił głową.
— To nie jest tak proste, jak ci się wydaje. Ja… ja chciałem, żeby z nami poszli, jednak wyszło, tak jak widzisz.
Porywisty Dąb prychnął pod nosem niezadowolony z odpowiedzi. Otworzył pysk, by jeszcze ciągnąć ojca za język i żeby powiedział całą prawdę, jednak tamten tylko pokręcił głową.
— Jeszcze nie jestem gotowy na tę rozmowę… Nie teraz… Powiem ci na dniach albo wtedy, kiedy będę miał na to siłę… Teraz świętujmy z ucieczki, nie musimy już walczyć z okrucieństwem Klanu Wilka.
Porywisty Dąb pokiwał głową. Był zły, zmęczony i ranny. Może i nie było to dobrym wyjściem, pytanie się ojca o niewygodną prawdę. Poczeka tak długo, jak będzie tylko umiał.

***

Prowizoryczny obóz, Pora Zielonych Liści

Wylegiwał się na posłaniu, a przez liście drzew ledwo przechodziły gorące promienie słoneczne. Pora Zielonych Liści nie była tak upalna, jak wyobrażały sobie to Świetliki, jednak zwierzyny było wiele, więc nie mogli narzekać, że głodują. Odwrócił łeb w stronę wejścia, przez które wszedł parol łowiecki. Na jego czele szedł jego ojciec i kiedy tylko go zauważył, podszedł do leżącego syna. Miodowa Kora położył przed nim wiewiórkę i usiał.
— Masz, niech ci będzie na zdrowie, Porywisty Dębie — powiedział liliowy, wysilając się na uśmiech na pysku.
— Dzięki.
Porywisty Dąb zagarnął wiewiórkę łapą i łapczywie ją pochłonął. Oblizał wąsy swoim różowiutkim językiem i popatrzył na ojca spod zmrużonych powiek.
— Tato? Co stało się między wami? Co z mamą?
Liliowy kocur momentalnie, kiedy usłyszał pytanie o jego partnerkę, odwrócił wzrok. Przynajmniej, jakby był to wstydliwy temat. Czy ojciec coś przed nim ukrywał?
— Tato?
— Nie musimy poruszać tematu Iskrzącej Nadziei — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Nadal nie utrzymywał z nim kontaktu wzrokowego. A sposób, w jakim wypowiedział imię mamy, było pełne żalu i negatywnych emocji. Porywistemu Dębu się to nie podobało wcale.
— Co się między wami stało? Obiecałeś mi, że wszystko wyjaśnisz — nadal domagał się odpowiedzi.
Miodowa Kora milczał i nadal unikał kontaktu wzrokowego.
— Miodowa Koro! Chodź z nami na zbieranie mchu na posłania! — zawołał jego ojca Mglisty Sen, który czekał ze Szczawiowym Sercem przy wyjściu.
Jego ojciec bez wahania pognał w ich kierunku i troje kocurów zniknęło za gęstwiną. Porywisty Dąb prychnął pod nosem. Nie podobało mu się, że ojciec unika odpowiedzialności i nie chce mu powiedzieć tak ważnej rzeczy, jaką jest relacja jego wraz z Iskrzącą Nadzieja. Kocur pamiętał matkę, jako tę delikatną kotkę, chodzący ideał, który dbał o niego oraz resztę jego braci. Matka za nimi mogłaby wskoczyć w płonące gęstwiny, więc dlaczego nie poszła za Miodową Korą oraz nim? Ojciec coś ukrywał i Porywisty Dąb nie wiedział dokładnie co, co już mu się nie podobało.

***

Las, Pora Opadających Liści

Liście już dawno spadły z drzew i koty mogły zgadywać, kiedy spadnie śnieg. Porywisty Dąb właśnie robił kolejne ćwiczenie, które pokazała mu medyczka.
— Porywisty Dębie, wyżej łapę podnieś. Wyobraź sobie, że sięgasz po ptaka, który właśnie wzbija się w powietrze. O! Dobrze, całkiem nieźle tylko musisz jeszcze bardziej się wyciągnąć do przodu. Nie tylko pracujesz swoimi przednimi łapami, musisz też wspomagać się tylnymi. Dobrze! Tak, jest dobrze. Zostań w takiej pozycji, poczuj, jak mięśnie pracują, napinają się.
Porywisty Dąb się zmarszczył pysk z bólu i nieprzyjemnego uczucia, jakie rozlało się po jego tylnych łapach. Niby kości się zrosły, a czuł się niepewnie, wykonując podstawowe pozycje, które później przydadzą mu się w nudnych, codziennych polowaniach.
— Mogę zrobić przerwę? — wysyczał przez zęby.
Szylkretka machnęła ogonem, dając znak, żeby zaprzestał ćwiczeń.
— Zrobimy przerwę. Teraz zajmę się Poziomkową Polaną, a ty możesz odpocząć w obozie… Tylko żeby ci nie przyszło do głowy wychodzenia poza obóz na spacer. Może i możesz chodzić, jednak nadal nie znamy najlepiej tego miejsca i-
— Nie masz co się martwić. Wyluzuj. Idę coś zjeść i tak spacery są zbyt nudne dla mnie. Równie dobrze mogę leżeć na posłaniu — przerwał medyczce i nie czekając na jej reakcje, ruszył do obozu.
Trasa do prowizorycznego obozu nie była długa. Przecisnął się między paprociami i pierwsze co zwróciło jego uwagę, była grupka wojowników, która ze sobą rozmawiała. Byli to Mglisty Sen, Szczawiowe Serce i jego ojciec. Trójka kocurów była ubłocona, a na ich pyskach widniała ekscytacja.
— Dobrze nam idzie z kopaniem lecznicy dla Jarzębinowego Żaru — pochwalił wojowników Mglisty Sen, który ledwo powstrzymywał się przed przeczesaniem swojej brody brudną łapą.
Miodowa Kora, który kątem oka zauważył Porywistego Dęba, poruszył się niespokojnie. Czyżby obawiał się, że zostanie zapytany znów o Iskrzącą Nadzieję? Porywisty Dąb nie był pewien, jednak nie chciał go wypytywać teraz. Czuł, jak frustracja związana z jego brakiem mobilności oraz zatajaniem przez ojca jakiejś ważnej informacji o jego matce, tylko go rozjusza. Posłał ojcu pochmurne spojrzenie i zniknął w legowisku.

***

Aktualnie, Pora Nagich Drzew

Śnieg i mróz dopadł Świetliki, a nieprzyjemny chłód dawał się im we znaki. Futra kotów przybrały na objętości i stały się bardziej puchate, żeby izolować zimno. Sam Porywisty Dąb czuł zmianę w jego sierści, która i tak mocno go ogrzewała już Porą Opadających Liści. Właśnie wracał z kolejnej rehabilitacji wraz ze Stroczkową Łapą oraz Jarzębinowym Żarem. Szylkretowa medyczka trzęsła się z zimna, więc bez słowa szedł obok niej, pozwalając swojemu ciepłemu futru ocierać się o jej bok. Mogło to jakoś pomóc kotce.
— Czy w te mrozy będę mógł pomóc jakoś bardziej Świetlikom w pracach przy nowym obozie? — spytał nagle Jarzębinowego Żaru, która niechętnie przytulała się do jego ciepłego futrzastego boku. — Coraz lepiej mi idą te ćwiczenia. Nie bolą mnie już tak nogi, a śniegi i zimno odstrasza zwierzynę oraz utrudnia pracę innym. Ciężko mi się patrzy na to, jak oni harują ciężko, a ja siedzę w prowizorycznym legowisku, które przepuszcza śniegi i zimne wiatry…
— Porywisty Dębie, jesteśmy osłonięci przez gęsty las, nie wieje u nas prawie wcale — odpowiedziała mu gorzko. — Jednak przydałaby się praca w obozie. Mógłbyś coś pomóc wynosić i przynosić. Do niczego więcej lepiej, żebyś się nie brał. Pamiętaj także, żeby nie nosić ciężkich rzeczy oraz nie wspinać się na drzewa. Gałęzie są śliskie i okryte śniegiem. Nie chcemy, żebyś się jeszcze cały połamał, jak dopiero co zagoiły ci się tylne łapy.
— Dobrze, dobrze… Pójdę tam się spytać jakiegoś wojownika. Mglisty Sen na pewno nie pogardzi moją pracą. Znalazł się dyrygent i będzie wszystkim rozkazywał…
Ostatnią część powiedział bardziej do siebie niż do medyczki, jednak zauważył, jak jej mina skwaśniała tylko, kiedy wypowiedział się mniej przychylnie wobec Mglistego Snu.
— Powinieneś mu dziękować, że stara się nas wszystkich ujarzmić. Ty nawet nie poradziłeś sobie z dotarciem do tego miejsca bez szwanku, a co dopiero jeszcze zarządzać wszystkimi. Nie byłby z ciebie dobry przywódca, masz jeszcze pszczoły w mózgu. Młody jesteś i głupi.
Przewrócił oczyma. Otwierał już pysk, by zaprotestować, jednak kotka zatkała go swoją łapą.
— Nie ma Mglistego Sna, pewnie zajmuje się Ostową Łapą… Za to jest twój ojciec. Możesz go spytać, czy nie wyjdziecie do nowego obozu. — Szylkretka pacnęła go lekko łapą w bok. — Ruszaj się, teraz szybko się ciemno robi. Musicie zdążyć przed zmrokiem. Tylko nie wychłodźcie się tam!
Medyczka ze swoim uczniem zniknęli w prowizorycznej lecznicy, a Miodowa Kora, który stał przy małej stercie ze zwierzyną, rzucił mu niepewne spojrzenie. Porywisty Dąb bez wahania podszedł do niego i otarł się o ojca, oddając mu trochę swojego ciepła.
— Jarzębinowy Żar pozwoliła mi na wyjście poza obóz. Mogę ci w czymś pomóc, jeśli chcesz — zaproponował.
Miodowa Kora z niechęcią spojrzał na niego i ostrożnie pokręcił przecząco głową.
— Wolałbym, żebyś jeszcze nigdzie nie wychodził. Cieszy mnie, że twoje treningi idą w dobrą stronę i robisz postępy. Bardzo serce mi się raduje, kiedy widzę, że możesz chodzić i masz chęci nam pomagać, ale nie chcę ryzykować, żeby znów ci się coś miało stać… Do drugiego obozu jest trochę drogi do przejścia, a na dodatek trzeba zejść po korzeniach do obozu.
Na jego słowa machnął rozgoryczony ogonem. Co jeszcze musiał zrobić, żeby nie traktowano go, jak ofermę?
— Skoro nie jestem dość dobry, żeby wyjść z tobą poza obóz, to nie pójdę, jednak należy mi się inna rzecz.
Miodowa Kora przekrzywił łeb, nie rozumiejąc co wcale.
— Co się stało między tobą a Iskrzącą Nadzieją? Czemu z nami nie poszła? Czemu nie ma ze mną Kamiennego Pióra i tego głupiego Wilgowej Goryczy? Powiesz mi to w końcu? Ileż możesz uciekać przede mną? Myślisz, że nie widzę, jak bierzesz wszystkie dodatkowe patrole oraz pomagasz w obozie, tylko po to, by mnie unikać? Kiedyś musiałem cię dopaść. A teraz mów! — nakazał.
Liliowy kocur położył po sobie uszy, a jego pysk ukazywał, jak tamten bardzo czuł się winny.
— Rozstaliśmy się z twoją mamą… Kiedy uciekaliśmy, już nie byliśmy wtedy razem.
Porywisty Dąb wstrzymał powietrze i nie odrywał wzroku od ojca. Widział, że sprawia tamtemu trudność mówienia o Iskrzącej Nadziei, jednak nadal to, co z siebie wypluł, było tak małym skrawkiem informacji. Porywisty Dąb chciał wiedzieć więcej. Chciał wiedzieć, jak to możliwe, że jego rodzice się po prostu rozstali. Byli przecież idealnym obrazem kochającej się pary w Klanie Wilka.
— Ale jak… Jak to się stało? Dlaczego?! — omal nie krzyknął na ojca.

<Miodowa Koro?>

23 stycznia 2026

Od Porywistego Dębu Do Stroczkowej Łapy

— Panie Porywisty Dębie? Pora na dzisiejszą rehabilitację. Dostanie pan zaraz kilka nasion maku i pójdziemy w nowe miejsce, gdzie będziemy trenować. Porywisty Dąb westchnął pod nosem. Nie chciało mu się wcale uczyć, chodzić od nowa. Czy musiało go to spotkać? Czemu akurat to właśnie jego musiał potrącić potwór? Nie narzekałby, jakby był to Kosaćcowa Grzywa, chociaż miał wrażenie, że ich relacja się lekko poprawiła od wczorajszego spaceru.
— Panie Porywisty Dębie?
— Mów mi po imieniu, nie jestem jeszcze tak stary, na jakiego wyglądam — upomniał ucznia medyczki, odwracając się w jego kierunku.
— Przepraszam Porywisty Dębie…
— Nie musisz mnie przepraszać! Zostańmy kolegami, nie musimy się tutaj do nikogo formalnie zwracać.
— Kolegami? Brzmi dobrze.
Na pyszczku ucznia pojawił się skromny uśmiech.
— Dokładnie! Nie przeszkadza ci to, prawda? Nie chciałbyś mieć takiego lekko starszego od ciebie kolegi, który dla ciebie by polował, co nie?
— Oczywiście, że chciałbym, jednak proszę cię, weź te medykamenty. Musisz iść ćwiczyć.
Porywisty Dąb westchnął. Jego plan, by odwrócić uwagę ucznia, się nie powiódł. No trudno, musi się posłuchać. Zlizał kilka ziaren maku, żeby nie czuć bólu podczas rehabilitacji i ociężale wstał z posłania. Czuł, jak po wczorajszym spacerze z Kosaćcową Grzywą bolą go mięśnie nóg. Odzwyczaił się od większych wysiłku, co było do niego niebywałe. Pamiętał, jak nie tak dawno umiał biegać po lasach oraz skakać po drzewach, niczym prawdziwa wiewiórka. Jednak teraz, zwykły spacer po mech był dla niego wyzwaniem.
Stroczkowa Łapa wyprowadził go oraz Poziomkową Polanę z legowiska. Wyszli poza obóz do oczyszczonego z opadłych liści miejsca. Było dość przestronnie, jak na ten gęsty las, więc mogli w spokoju poćwiczyć rozciąganie, siłę oraz równowagę, bez ryzyka, że ktokolwiek z nich mógł ucierpieć, bardziej niż to było potrzebne. Mieli tylko po dzisiejszej rehabilitacji mieć zakwasy.
— Dobrze więc… Zacznijmy od rozciągania. Musicie się rozgrzać, żeby być w stanie do dalszych ćwiczeń — zaczął Stroczkowa Łapa, zbierając kilka gałęzi, którymi będą coś robić.
Uczeń pokazał im kilka ćwiczeń rozciągających, które pokazała im Jarzębinowy Żar, po czym przeszli do drobnych skoków.

* * *

— Mak chyba przestał już działać — upomniał się do ucznia, który właśnie pokazywał im ostatnie ćwiczenie.
Chłodny wiatr przybierał na sile, a oni nadal byli poza obozem. Powinni byli coś złapać albo przynajmniej pozbierać.
— Powinniśmy wracać już do naszego prowizorycznego obozu — zawtórował mu Poziomkowa Polana, którego głosik zaszedł chrypką.
— Dobrze, zasłużyliście na odpoczynek. Powiem z chęcią Jarzębinowemu Żaru o waszych postępach. Świetliki będą zadowolone, że powoli wstajecie na swoje łapy. — Stroczkowa Łapa posłał im uśmiech.
Porywisty Dąb odpowiedział tym samym młodszemu, jednak czuł, jak jego nogi powoli odmawiają posłuszeństwa. Jednak nie zamierzał zaprzestać tylko na ćwiczeniach. Wiedział, że dałby radę sam pozbierać mech na następne posłania. Podszedł do ucznia i popatrzył na niego z góry. Stroczkowa Łapa przy nim był malutkim kotem.
— Spróbujmy jeszcze nazbierać trochę mchu, na nasze posłania. Nie możemy wychodzić poza obóz i nie robić cały dzień, tylko dlatego, że mieliśmy wypadek po drodze do tego miejsca. Powinniśmy ulżyć pozostałym, nie jestem starszym, żeby się obijać cały dzień! — zerknął na Poziomkową Polane, który nie wykrzesał z siebie takiego samego zapału do pracy, co on — No co?! Ileż można siedzieć i bezradnie przypatrywać się, jak inni dookoła ciężko harują!
— Powinniśmy wracać do obozu. Jest mi zimno, Porywisty Dębie… — powiedział pod nosem speszony Poziomkowa Polana.
“Wiedziałem zawsze, że jesteś takim tchórzem i obibokiem. Jak tak można…”
— Porywisty Dębie, zbiorę to za ciebie, a teraz wracajmy…
Otworzył pysk, by nie zgodzić się z młodym kocurem, jednak po chwili go zamknął. Nie będzie się kłócił z dzieckiem. Cała trójka wróciła do obozu i rozeszli się po legowiskach. Stroczkowa Łapa schował się w lecznicy, natomiast on wraz z Poziomkową Polaną weszli do swojego.

* * *

— Mogę wejść? Zebrałem mech na legowiska, tak jak chciałeś Porywisty Dębie. — W wejściu do ich legowiska stanął Stroczkowa Łapa, który w pyszczku trzymał zielone zawiniątko.
— Dzięki ci Stroczkowa Łapo — powiedział z trudem.
Czuł się żałośnie, że nie mógł pomóc innym Świetlikom. Chciał też jakoś się przydać.

< Stroczkowa Łapo? >

Od Porywistego Dębu Do Kosaćcowej Grzywy

Porywisty Dąb poruszył się niespokojnie na swoim posłaniu. Właśnie był kolejny dzień, który zapowiadał nadejście Pory Nagich Drzew. Nieprzyjemny chłód niósł się po legowiskach, które wcześniej były robione na szybko. Nikt nie starał się nad prowizorycznym obozem, gdyż uwaga kotów skierowała się na znalezisku Stroczkowej Łapy oraz Miodowej Kory. Nie narzekał na znalezisko prawdziwego obozu, jednak cały ten czas, kiedy on miał swoją rehabilitację, to koty ciężko pracowały na wykarmieniu go oraz na zbudowaniu nowego obozu. Wojownik czuł się jak zbędny balast. Jadł, nie mógł pracować ani polować, a na dodatek był tutaj najmłodszym wojownikiem. Chyba że mówimy o nowym kocie, który przybył do Świetlików. Osetowa Łapa był dość dziwnym kotem, jednak nie miał jeszcze czasu, by z nim porozmawiać.
— Porywisty Dębie, pora na twoje zioła oraz czas na spacer.
Odwrócił się na posłaniu, żeby przyjrzeć się uczniowi medyczki, który stał w przejściu do legowiska i trzymał małe zawiniątko w pyszczku.
— Znów mak? — spytał znudzony.
— Tak, jednak mniej niż wczoraj. Pani Jarzębinowy Żar mówiła, że wracasz już do swoich sił.
— Szkoda tylko, że muszę tutaj siedzieć z tobą, a nie biegać po lesie i zbierać zwierzynę — prychnął gorzko.
Na jego słowa Stroczkowa Łapa lekko posmutniał. Musiał go urazić.
— Może pozwolą ci zbierać, jakieś materiały na posłania.
— Może… — powtórzył za nim, uciekając wzrokiem na kąt legowiska, gdzie leżał zwinięty Poziomkowa Polana.

* * *

Właśnie zakończył dzisiejszą rehabilitację. Był zmęczony, jednak jego tylne łapy nie bolały go tak, jak poprzednim razem. Rzeczywiście robił postępy i może udałoby mu się wydostać poza prowizoryczny obóz, by chociaż pozbierać głupi mech. Odwrócił się w stronę wyjścia, gdzie właśnie zmierzał samotnie Kosaćcowa Grzywa. Bez większego namysłu podszedł do starszego wojownika i sprzedał mu kuksańca, na którego zasługiwał.
— Hej! — prychnął Kosaćcowa Grzywa — Czasem nie miałeś być tą inwalidą i spać w posłaniu? — prychnął, robiąc zamach łapą. Jednak zawahał się i w ostateczności, nie dotknął go choćby jednym wąsem.
— Tak, jednak na twoje nieszczęście czuję się o wiele lepiej niż ostatnio. Mogę być mniej bezużyteczny i chociaż pozbieram mech i inne gałęzie na posłania. Nic nierobienie sprawi, że zamarznę tutaj do szpiku kości!
Nie czekając, co odpowiedziałby tamten dalej, wyszedł poza obóz. Kosaćcowa Grzywa ruszył za nim i mierzył go swoimi ciemnym podejrzliwym wzrokiem.
— Nad czym się tak zastanawiasz?
— Nad tym, czy nie połamać ci znów tych łap, byś mi nie przeszkadzał w obowiązkach.
— Spróbuj tylko, to złamię ci ten twój piękny ogon. Tylko nie w jednym, ale już w dwóch miejscach!
Kosaćcowa Grzywa posłał mu ten swój arogancki uśmieszek.
— Uparte z ciebie szczenię. Przynajmniej tyle, że chcesz pracować, inaczej mogłoby być z tobą ciężej.
Porywisty Dąb przekrzywił łeb. Czy był to komplement? Chciał jakoś się odciąć słownie starszemu, jednak umilkł, kiedy tamten stanął w miejscu. Dotarli na miejsce. Pod opadłymi liśćmi mogli zauważyć mech oraz inne rzeczy, które nadawały się do budowy legowisk. Oboje zabrali się za zbieranie materiałów, odrywając je powoli, tak by pozyskać, jak największe płaty mchu. Podczas pracy wymienili się jeszcze krótkimi docinkami, po czym wrócili do obozu. Porywisty Dąb był już naprawdę zmęczony, czuł, jak jego tylne łapy zaczynają go nieprzyjemnie mrowić. Kiedy tylko wrócili do obozu, od razu podbiegła do nich Jarzębinowy Żar wraz z Miodową Korą. Ich miny nie wskazywały, że byli zadowoleni na ich widok.
— Na Klan Gwiazdy! Porywisty Dębie szukaliśmy cię! Czemu opuściłeś obóz? — Miodowa Kora podszedł do niego i liznął go za uchem. — Kosaćcowa Grzywo, jak mogłeś go wyprowadzić poza obóz?! To ty nie wiesz, że Porywisty Dąb jeszcze nie jest w pełni sił?
Jarzębinowy Żar posłała swojemu bratu zdegustowane spojrzenie.
— Właśnie, upadłeś na głowę Kosaćcowa Grzywo? Powinieneś mnie zapytać, czy w ogóle on się nadaje na wyjście z obozu! Przecież to ja sprawuje pieczę nad jego rehabilitacją!
Kosaćcowa Grzywa położył po sobie uszy, wrogo łypiąc oczyma szczególnie na Miodową Korę. Jednak żadne z nich nie mogło się odezwać, gdyż trzymali w pyskach mech.
— Odpowiedz! — zażądała medyczka, a jej ogon zamiatał wściekle podłoże.
Kosaćcowa Grzywa wypluł mech i pokazał owej dwójce swoje kiełki w swoim luzackim uśmieszkiem, jednak Porywisty Dąb widział, jak tamtego mięśnie się spinają.
— Nigdzie go nie zabrałem, sam wyszedł ze mną. Nie musicie się tak spinać, tym bardziej że powinniśmy trzymać się razem. Nieprawdaż Miodowa Koro? Jak to mówił Mglisty Sen? Są dwa obozy w Świetlikach, czemu utrudniacie w dobrym zacieśnianiu się więzi? Hmm?
Miodowa Kora warknął coś pod nosem, pokazując przy tym swoje kły. Ewidentnie zabolał go przytyk swojego byłego ucznia.
— Nie wycieraj sobie teraz pyska gadką o jednoczeniu się Świetlików — warknął ojciec.
Porywisty Dąb również położył mech na ziemi i stanął pomiędzy jego ojcem, a biało szarym kocurem. Jego tylne nogi trzęsły się z wysiłku oraz czuł, jak powoli ziarna maku przestają działać. Wytrzymał spojrzenie Miodowej Kory i usiadł, żeby mieć jeszcze siły na dojście na własne posłanie.
— Nie wińcie Kosaćcowej Grzywy — wstawił się za kocurem — to ja wyszyłem zaraz za nim. Nie chciałem wracać do dalszego leżenia, więc spróbowałem czegoś, co jest na tyle łatwe, bym mógł pomóc w budowie nowego obozu. Za długo siedzę tutaj, a jest coraz zimniej. Legowiska są prowizoryczne i brakuje, żebym jeszcze się przeziębił. Potrzebuje więcej ruchu, z resztą tak samo ciężko jest z Poziomkową Polaną. Przecież nie może przesiedzieć cały ten czas na posłaniu!
Jarzębinowy Żar wymieniła się skonfundowanym spojrzeniem z Miodową Korą.
— Wiecie co? Pójdę wam na łapę, jestem zbyt zmęczona, żeby użerać się z dwójką. Róbcie, co chcecie, tylko by to nie skończyło się gorzej, niż jest teraz.
Obdarzyła ich zmęczonym spojrzeniem i wróciła do swojego legowiska, gdzie na nią czekał Stroczkowa Łapa. Miodowa Kora z urazą popatrzył na Kosaćcową Grzywę, jednak nic nie powiedział kocurowi. Odszedł do na ubocze, tam, gdzie siedziała Rysi Trop.
— Strasznie się mnie czepiają — powiedział cicho Kosaćcowa Grzywa, przynajmniej jakby mówił to do siebie.
— A dziwisz się im?

< Kosaćcowa Grzywo? Może nie jesteś takim złym kotem, jak ci się wydaje. >

08 stycznia 2026

Od Porywistego Dębu CD. Kamiennego Pióra

Porywisty Dąb nie zrezygnował ze swojego aroganckiego uśmieszku w stronę brata. Nie umiał na niego patrzeć z powagą, w szczególności, kiedy tamten zaczynał stroszyć futro o wszystko, nieważne nawet, co mógłby mu powiedzieć.
– Po prostu daj mi już spokój. Nie wiem, czemu się tak do mnie przyczepiłeś… – westchnął kocur. – Nie musisz być ciągle taki wredny.
Dobra, może powinien trochę spoważnieć, bo jeszcze jego brat się spłacze do granic możliwości.
– Dobrze, niech ci będzie, jednak pilnuj się. Wiecznie nie będę grzeczny – prychnął – Daję ci czas ulgowy do księżyca, nie mniej, nie więcej. Jesteś już wojownikiem, powinieneś być twardy.
Po czym rozeszli się w dość napiętej atmosferze. Kamienne Pióro wrócił od razu do obozu, a on szedł dogonić patrol łowiecki, gdyż na nim znajdowała się Tropiąca Łaska wraz z Tygrysią Nocą.

* * *
Teraźniejszość

Porywisty Dąb leżał zwinięty w kłębek na swoim posłaniu pośród innych Świetlików. Nie mógł usnąć, gdyż działanie maku ustało, a ból był na tyle silny, że spędzał sen z jego powiek. Poza tym, nawet jakby go nic nie bolało, to chrapanie Miodowej Kory było głośniejsze niż zwykle. Nie dziwił się, że ojciec cierpi na nawracające migreny. Też bolałaby go głowa, gdyby tak głośno chrapał.
"Ciekawe, jak inni jeszcze się nie pobudzili…"
Wzrokiem uważniej popatrzył się po śpiących kotach. Teraz nie miał z kogo żartować ani się nabijać. Musiał przed sobą przyznać, że nie tylko za Ognikową Słotą tęskni, ale i za jego braćmi, mimo tego, że za nimi nie przepadał.
"Ehh… Będę musiał się przestawić jakoś…" – pomyślał gorzko i łapą trzepnął Miodową Korę, by ten przynajmniej przewrócił się na drugi bok.
Niech stary pochrapie na kogoś innego i innemu kotu przeszkadza w spaniu. On chciał się choć trochę wyspać.

< Kamienne Pióro, jestem ciekaw, kiedy nasze drogi się znów przetną. >

Od Dębowej Łapy (Porywistego Dębu) CD. Słotnej Łapy (Ognikowej Słoty)

Pod koniec Pory Opadających Liści, jeszcze przed atakiem na Księżycową Łapę

Dębowa Łapa stał właśnie przy stercie ze zwierzyną i rozmawiał ze swoim przyjacielem – Tygrysią Łapą, który właśnie pokazywał mu nowe chwyty, których nauczyła go Gęsiorkowy Trzepot. Rudzielec miał właśnie wyskoczyć i w powietrzu pokazać cięcia pazurami, które podobno – jak mówił Tygrysia Łapa – miały aż świszczeć. Osobiście wątpił, by tamten mógł coś takiego osiągnąć w tak krótkim czasie, jednak może się jednak mylił? Raczej nie powinien wątpić w swojego przyjaciela? Nieprawdaż?
Nagle do obozu wszedł patrol, na którym znajdowała się jego ulubienica – Słotna Łapa. Kotka od razu zwróciła jego uwagę i Dębowa Łapa wcale nie przywiązywał większej uwagi na Tygrysią Łapę, który, jak szalony pokazywał skomplikowane ruchy, których dzisiaj się uczył na treningu.
– Cześć Słotna Łapo~ – zamruczał, uśmiechając się w stronę uczennicy, która jak grzeczna kicia przyszła do swoich kolegów. – Widzę, że coś cię się nóżki trzęsą. Mamusia cię przeciorała po lesie, co?
Przysiadła przy kolegach, słysząc przywitanie Dębowej Łapy. Mimo zmęczenia uśmiechnęła się do niego szeroko, mrużąc odrobinę oczy. Słysząc dalsze słowa, zachichotała. W sumie tak można było tak powiedzieć.
– Ale za to wiem przynajmniej już mam nowy sposób na koty, za którymi nie przepadam, i przy okazji mogłabym to wykorzystać podczas walki, jeśli bym potrzebowała – pochwaliła się dumnie, poruszając zaczepnie ogonem. Stukała nim o ziemię nieregularnie.
Dębowa Łapa poruszył wąsami z zaciekawieniem.
– Chętnie byśmy zobaczyli te twoje ruchy Słotna Łapo. Myślisz, że nimi byłabyś w stanie pokonać Wilgową Łapę?
Szczerze chciałby bardzo zobaczyć, jak radzi sobie Słotna Łapa na treningach, a w szczególności w boju. Sam nie był pewien, jak mu by szło, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie jest najszybszy.
"Przynajmniej nie jest łatwo mnie przewrócić" – dodał w myślach.
Słotna Łapa postawiła uszy, usłyszawszy odpowiedź srebrnego. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc podbródek.
– Jasne! Wilgowa Łapa pewnie nawet by się nie obronił – miauknęła pewnie, chichrając się. – Dębowa Łapo, jak chcesz, mogę pokazać ją na tobie, wtedy byłoby też lepiej to widać i nie musiałabym tłumaczy – zaproponowała, spoglądając na kocura.
Dębowa Łapa ani chwili nie poświęcił na przemyślenie umowy.
– Jasne! Spróbuj pokazać to na mnie!
Stanął w pozycji, jaką robił każdy uczeń na szkoleniu walki.
Przyjaciółka nie musiała prosić drugi raz, o odpowiedź. Kotka nie szczypała się w pokazaniu ruchów bitewnych, których nauczyła ją matka. Mimo zmęczenia, jakie było widać po niej, jej szybkość oraz zwinność były zadziwiające. Dzięki technice, którą opanowała, bez większego problemu podcięła łapy Dębowej Łapy, tak że kocur upadł z łoskotem na ziemię. Było to godne podziwu, szczególnie że go i kotkę dzieliło trochę wagi oraz wzrostu. On był od niej o wiele większy oraz cięższy, a jednak tamta zdołała go posłać na ziemię w bardzo krótkim czasie.
– Wow, ale to było ekstra! – powiedział, wstając z ziemi.
– Oczywiście, że było to superaśne! Wszystko, czego uczy mnie moja mama, jest przydatne i wygląda ekstrawagancko! – zaśmiała się tamta, jednocześnie otrzepując go z ziemi i kurzu.
Kocur zauważył, że kotka wypowiedziała jego ulubione określenie. Ekstrawaganckie musiało być wszystko, co miało do czynienia z Dębową Łapą, a on sam starał się zadziwiać pozostałych swoją wyjątkowością. Poza tym, czy to nie był przypadek, że kotka użyła tego określenia? Musiała spędzać z nim dużo czasu do takiego stopnia, że zaczęła rozmawiać tak jak on!
Resztę dnia spędzili we troje przy stercie ze zwierzyną, co jakiś czas przepuszczając koty, które chciały zabrać dla siebie jakiś kąsek. Rozmawiali, obgadywali i śmieli się wniebogłosy. Dębowa Łapa za to oślepiał swoim blaskiem ową dwójkę uczniów, naprowadzał ich na nowe tematy rozmów oraz przedstawiał im śmieszne żarty, przez co dołączyła jeszcze do nich Tropiąca Łapa. W końcu przegonił ich Blade Lico do legowiska wojowników, by przydali się na coś i wymienili mech w posłaniach. Na nieszczęście białego wojownika, nawet nudna robota nie zdołała przyćmić blasku Dębowej Łapy oraz jego duszy towarzystwa. Uczniowie szybko uporali się z zadaniem i zadowoleni powrócili do plotkowania na polanie, gdzie na czele ich grupki stał Dębowa Łapa, który był cały w skowronkach.

* * *
Kiedy oboje zostali wojownikami.

Porywisty Dąb siłował się właśnie z Ognikową Słotą między drzewami, a ich oczy cieszył piękny widok na Spaloną Zatoczkę. Ciepłe promienie słońca przebijały się przez gęstwinę i oświetlały ich futra, a śpiew ptaków akompaniował ich końskim zalotom. Wiedząc, że jest silniejszy, udał, że nie ma siły, by to szala zwycięstwa przechyliła się na stronę wojowniczki. Upadł miękko na trawę, a pyłki wybiły się w powietrze po to, by zaraz zostać zabrane przez leciutki wiaterek, który nawiedzał czasami ten las.
– O nieee! Pokonała mnie wszechmocna Ognikowa Słota! Co ja teraz biedny zrobię! – zaczął teatralnie udawać samotnika.
W brązowych oczach kotki pojawiły się psotne iskierki i zaśmiała się z jego aktorzenia. Ta zabawa musiała jej się naprawdę podobać, gdyż wyrwała kilka źdźbeł trawy i włożyła je za jego ucho.
– Masz taką długą sierść, że mogłabym ci wplatać tyle rzeczy do twojego futra. Byłbyś chodzącym krzykiem mody. Takim lalusiem.
Swoją łapą złapał ją za przegub przedniej łapy i spojrzał prosto w jej pysk. Czy miał wrażenie, że się rumieni? A może to on sobie coś wyobrażał… Jednak nie zamierzał zaprzestać na tym. Chciał jej więcej.
– Byłbym twoim lalusiem. – zauważył, tym razem ze szczerym uśmiechem, nie tym aroganckim, który denerwował wszystkich dookoła, którzy nie umieli ujarzmić jego osoby i temperamentu.
Szylkretka zauważyła tę szczerość, była zbyt bystra. Również posłała mu uśmiech i po chwili zastanowienia położyła się na jego puchatym brzuchu, przymykając do tego swoje piękne brązowe oczy.
Zaskoczony pozwolił rozlać się przyjemnemu ciepłu po jego ciele. Nie spodziewał się takiego gestu ze strony Ognikowej Słoty, czy to była ich pierwsza chwila bliskości? Bez stojących nad nimi mentorami, bez większych afer?
"Czy czasem nie robili takich rzeczy partnerzy? Czy ona jest tą jedyną?"
Swoimi łapami otulił szylkretkę w niedźwiedzim uścisku i cicho mrucząc, pozwolił im odpocząć, co jakiś czas sprawdzając, czy tamta przypadkiem nie ucięła sobie drzemki. Nie dogryzał jej, nie śmiałby przerwać tej chwili cielesności i bliskości, jaki wykrzesała z siebie szylkretka. Był to pierwszy raz, kiedy na tak długo zamknął swój pysk i był tak naprawdę miły dla kogoś innego.
– Powinniśmy wracać. – To Ognikowa Słota, jako pierwsza przerwała ciszę – Za długo nas nie ma w obozie, a jeszcze nic nie upolowaliśmy.
Ich długi przytulas minął. Puścił szylkretkę, a ta niczym łania zeskoczyła na trawę, wysoko stawiając swoje łapy.
– Nie ma na to już czasu. Musimy wracać.
Skinął jej głową i posłusznie ruszył za kotką w stronę obozu. Ich futra przesiąkły zapachem drugiego, a nastroje dopisywały, szczególnie Ognikowej Słocie, która w powrocie do obozu zaczęła mu opowiadać kawały oraz żarty, które usłyszała od innych. On natomiast zastanawiał się, jak powinien się zapytać kotki, czy mogliby zostać partnerami. Przecież, taka bliskość i tyle czasu, ile ze sobą spędzali, zobowiązywała do czegoś. Czy nie byłoby to przepiękne? Jednakże ugryzł się w język, poczeka do nocy, kiedy to położą się w na własnych posłaniach. Nawet w legowisku wojowników mieli swoje leża blisko. Mógłby wtedy zapytać się niej, czy również coś do niego czuje. Nawet jeśli miało być to zauroczenie, on postarałby się te uczucie rozpalić, by kotka naprawdę go pokochała.
Weszli rozbawieni do obozu, a pierwszym kotem, który ich przywitał, była zła Zalotna Krasopanii. Starsza szylkretka ciskała w nich swoje ostre zdania, które godziły w serca obojga młodych kotów. Zrugani od łap do czubka uszu, kotka wzięła na pogadankę Ognikową Słotę. Obie zniknęły w wyjściu, a on jedynie mógł odprowadzić je wzrokiem.

* * *

Jakie było jego rozczarowanie, kiedy z planu wyjawienia swojego uczucia, wyszły nici. Wszystko to było sprawką Zalotnej Krasopanii, która musiała przeczytać jego myśli i odgrodziła jego posłanie od tego, na którym spała Ognikowa Słota. Starsza szylkretka perfidnie wepchała swoje leże pomiędzy ich dwójkę i jak tylko nadarzyła się okazja, tak miała ich na swoim oku.
Ciężko było mu się pogodzić z przegraną. Mógł spytać się Ognikowej Słoty, czy zostałaby jego partnerką w lesie, kiedy byli na swoją wyłączność, a teraz jego jedyna okazja przeminęła. Dobrze wiedział, że Zalotna Krasopanii nie pozwoli mu na żadne zbliżenie się do jej przyszywanej córki, a Ognikowa Słota była jej zbyt posłuszna, by mogła się postawić swojej matce.
Porywisty Dąb westchnął przeciągle i położył się na posłaniu, zwijając się ciasno w kłębek. Nie zamierzał dotykać choćby jednym włoskiem przebrzydłej Zalotnej Krasopanii.

* * *
Aktualne, kilka dni po ucieczce Świetlików z terytorium Klanu Wilka

Porywisty Dąb leżał znudzony na swoim posłaniu. Nie mógł robić absolutnie nic, a każda zmiana pozycji powodowała ogromny ból kończyn, które nie tak dawno złamał na Drodze Grzmotu.
– Proszę Porywisty Dębie, oto twoje śniadanie. – podszedł do niego Stroczkowa Łapa, który podobno znalazł dla Świetlików nowy obóz.
Porywisty Dąb jeszcze go nie widział, gdyż jego rany nadal się nie zagoiły, a w Świetlikach nie było kota, który mógłby go przenieść taki kawał drogi.
– Dzięki młody – odpowiedział uczniowi ze znudzoną miną.
Jednakże tamten się nim nie przejął. Podał mu mysz, która pachniała Szczawiowym Sercem, pewnie wojownik musiał ją upolować. Następnie Stroczkowa Łapa przyniósł zawiniątko, które położył tuż obok nóg Porywistego Dębu.
– A to są zioła i zmiana opatrunku, na twoje połamane nogi. – powiedział kocurek bardziej do siebie, niż do niego. – Za chwilę powinna przyjść tutaj Jarzębinowy Żar i zmienić ci opatrunek.
Kiwnął młodszemu krótko głową. Kocurek został uczniem medyczki, a na jego nieszczęście to jako jedyny miał połamane obie łapy. Pewnie musiał być całkiem niezłą okazją dla Jarzębinowego Żaru wraz z Stroczkową Łapą, gdyż młodziak ćwiczył na nim zmiany opatrunków w przypadku poważnych złamań.
"Przynajmniej będzie coś z tego młodego… Niech się naćwiczy" – pomyślał gorzko, a jego mina bardziej zrzedła, kiedy zauważył idącą w jego kierunku Jarzębinowy Żar. – "Czas męczarni i ćwiczeń, pora zacząć…"

<Ognikowa Słoto? Tęsknisz za mną? Czekam, aż nasze drogi się znów przetną.>

24 grudnia 2025

Od Porywistego Dębu

Pora Nowych Liści, noc...

Przebudzony przez własnego ojca, wstał z posłania. Wiedział o ucieczce praktycznie nic i nie był pewien, czy jego rodzina idzie z nimi. Nie, żeby mu jakoś zależało na Kamiennym Piórze, czy Wilgowej Goryczy. Najważniejsza była Iskrząca Nadzieja. Kochał matkę i nie chciałby jej zostawić tak na pastwę losu w tym obozie. Jednak, czy powinien się przejmować? Przecież ojciec z matką mieli naprawdę dobry kontakt, mógł nawet powiedzieć, że byli oni idealną parą w Klanie Wilka. Musieli razem iść, skoro byli razem. Sam chciałby kiedyś mieć taką idealną partnerkę i być z nią tak blisko, jak jest Miodowa Kora z Iskrzącą Nadzieją. Czy idzie z nimi także Ognikowa Słota? Miał nadzieję, że tak. Jej też nie miałby serca zostawić w tym miejscu.
Odwrócił głowę w kierunku owej szylkretki, której posłanie było odseparowane od niego przez Zalotną Krasopanią. Matka kotki strasznie mieszała w ich kwitnącej przyjaźni do takiego stopnia, że zaczęła coraz bardziej utrudniać im kontakt. Doszło to do takiego stopnia, że dosłownie zagrodziła swoim ciałem dostęp do pięknego i pachnącego futerka Ognikowej Słoty. Jego zauroczenie do niej nie przeminęło, wręcz się pogłębiało z dnia na dzień. Jemioła, którą jej podarował, kiedy byli jeszcze uczniami, nadal leżała w posłaniu kotki i ich zapach przechodził na jej sierść do takiego stopnia, że codziennie rano, kiedy wdychał jej zapach, czuł subtelne, świeże, zielone i nawet żywiczne nuty. Jakby kotka codziennie tarzała się w świeżych liściach z domieszką słodyczy.
– Porywisty Dębie, idziemy. – usłyszał głos ojca.
Popatrzył ostatni raz na ukochaną wojowniczkę i wyszedł za ojcem, poprzednio zabierając jeszcze swoją część jemioły, którą również dla siebie trzymał w posłaniu. On i ojciec, przechodząc przez krzewy, opuścili obóz. Co jakiś czas omijały ich koty, które również brały udział w ucieczce, jednak oni ukryli się na chwilę w zaroślach. Pewnie mieli za zadanie osłaniać tych słabszych, chociaż Porywisty Dąb nie był tego pełni pewien.
– Kto jeszcze z nami idzie? Większość Klanu? – wydusił z siebie cichy szept. – Matka do nas dołączy, prawda? – spojrzał na ojca pytająco. Musiał w końcu przerwać ciszę. On zawsze gadał!
Miodowa Kora spojrzał na niego wzrokiem, który świadczył o intensywnym myśleniu. Czyżby coś poszło nie tak? Dobrze znał swojego ojca i mógł powiedzieć, że jego wyraz pyska jaki miał teraz, nie był zbyt częsty. Wręcz rzadko widział takie powątpiewanie u ojca. Jednak znajdowali się w dość dziwnej sytuacji, jaką była ucieczka z obozu, więc może to stres i presja działały tak na kocura?
– Oczywiście, dojdzie później. – odpowiedział w końcu bez żadnego zająknięcia.
Popatrzył na swojego ojca spod zmrużonych oczu. Czemu Miodowa Kora był tak straszliwie spięty? Czyżby go okłamywał? Chociaż, czemu miałby nie wierzyć w słowa ojca? Nie mógł go przecież okłamywać. Wojownik zamilkł, niespokojnie czekając na resztę kotów, które miały iść z nimi. W końcu Miodowa Kora, skradając się, ruszył w wybranym kierunku. Nie zadając żadnego pytania, ruszył za ojcem. Miał szczerą nadzieję, że przynajmniej matka dołączy do nich później. O braci wcale się nie martwił. Oni sobie poradzą bez niego, a on od nich by w końcu odpoczął.
– Kto jeszcze z nami idzie? Na kogo jeszcze czekamy? Ognikowa Słota z nami idzie? – przekrzywił łeb, patrząc się w ciemny las.
Szczerze chciałby mieć kontakt z kimś, kim przebywał i się dogadywał. No cóż, może pozna kogoś nowego?
– Ogniste co? Niestety nie idzie z nami, idziemy tylko we dwoje i reszta. – odpowiedział pod nosem Miodowa Kora, nawet nie uraczywszy go swoim spojrzeniem.
Uniósł jedną brew, nie rozumiejąc, jak to ojciec nie kojarzył kotki, która tak szczerze mu się podobała. To Miodowa Kora nie interesował się, co porabiał w wolnych chwilach albo z kim się zadawał?
– Ognikowa Słota. – poprawił ojca – Szkoda, że z nami nie idzie. No cóż, bywa…
Był bardzo zawiedziony, chociaż może kiedyś uda mu się przekonać szylkretkę na jakimś zgromadzeniu, żeby dołączyła do nich. Pomógłby jej nawet uciec. Sam by po nią wrócił do Klanu Wilka i zabrałby ją pod osłoną nocy, póki Zalotna Krasopanii nie widzi. Chociaż, nie wiadomo czy owa stara kocica zmrużyła swoje oczy, skoro mówią, że zło nigdy nie śpi, to musiało być w tym trochę prawdy.
– Czekaj, czy to jest ta szylkretowana kotka, o którą prawie się pobiłeś z Kamiennym Piórem? – Spojrzał na niego swoim przenikliwym wzrokiem.
Pokręcił zmieszany wibrysami. Oczywiście, że to było to! Sam Miodowa Kora odciągał go z Kamiennego Pióra. Przytaknął ojcu głową.
– Tak... Jednak niczego nie żałuje. Jakbym mógł, to mógłbym mu zedrzeć znów jego durny uśmieszek z jego pyska. Myśli, że umie mnie zastraszyć, jednak to mnie uwielbiali rówieśnicy, nie jego. Powinno to tak zostać, jednak ja ich zostawiam... To nie jest zachowanie wojownika Klanu Wilka, ale ty idziesz oraz mama, a ja was nie zostawię.
– Doceniam, że pomimo wszystko stawiasz rodzinę na pierwszym miejscu, ale teraz musimy się upewnić, że idzie większość kotów, następnie udamy się na miejsce zbiórki.
Przytaknął ojcu głową, po czym oboje ruszyli biegiem przez ciemny las na miejsce, gdzie zbierały się wszystkie koty do ucieczki. Szczerze Porywisty Dąb nie wiedział, ile kotów z Klanu Wilka brało udział w tym wszystkim, ale miał nadzieję, że była to większość. Chciałby kiedyś stoczyć epicką walkę wraz z tymi zapchlonymi Wilczakami, pokroju Zalotnej Krasopanii. Problemem była tylko liczba kotów, z jaką musieliby się zmierzyć. Jeśli to on miał być w jakiejś małej grupce naprzeciw całemu Klanu, to mógł stwierdzić, że nie miałby szans. Biegł obok ojca, czując, jak podążają śladem pozostałych kotów. Jednak nie wyczuwał woni swojej matki. Spojrzał pytająco na ojca.
– Okłamałeś mnie. – powiedział, jednak bez widocznej złości. – Nie wierzyłeś, że uciekłbym z tobą? Myślałem, że jestem twoim ulubionym synem... Zrobiłbym wiele, żeby tak zostało, a ty mnie okłamujesz? Nawet nie pożegnałem się z mamą…
– Przepraszam, ja...
W końcu dotarli do Opuszczonego Obozowiska, gdzie koty zaczęły się schodzić, jednak nie była to zawrotna ilość, jaką sobie wyobrażał. Był ciekaw, jak to wszyscy przetrwają, w szczególności to, że Jarzębinowy Żar chyba zamierzała prowadzić tą całą grupą i to przy pomocy jakiejś białej wiedźmy z lasu.
– Oczywiście, że jesteś moich kochanym synem! Po prostu nie chciałem byś wiedział, że… – Prawie miał dokończyć, ale wahał się. – Powiem ci, jak będziemy na miejscu, ale nie tu i teraz. To zbyt poważne.
Uniósł obie brwi i zmrużył oczy.
– Ehh... Nie ważne... – machnął ogonem, odłączając się od ojca – Nie musisz mi już nic tłumaczyć, wszystko wiem. Zresztą i tak bym uciekł, dla fabuły. Przynajmniej jestem ciekawszym i bardziej kreatywną jednostką z miotu. Bracia i tak nie dorastają mi do pazurów.
Uniósł wysoko ogon i podszedł, do pozostałych kotów, które miały uciekać. Pewnie niejeden z nich był zdziwiony, że akurat on ucieka z całego swojego rodzeństwa.
– Wiesz co, zapomnijmy o tym, może jak będziemy mieć następny postój, to coś upolujemy razem? W końcu trzeba jakoś spędzić nasz czas. – usłyszał za sobą błagalny ton Miodowej Kory.
Podniósł wzrok z powrotem na ojca. Zastanowił się chwilę i skinął głową.
– Stoi, później coś upolujemy, a teraz chodź do reszty. – machnął ogonem w stronę grupki kotów, którzy czekali na pozostałych.
Liliowy kocur uśmiechnął się do niego z ulgą i ruszył zaraz obok niego do tłumu, który tworzył się przy nowej białej członkini ich szalonego wypadu. Większość była ciekawą nową osobą, która spoza klanu, chciała im pomagać. Jego ojciec i Kosaćcowa Grzywa wypytywali o detale Jarzębinowy Żar, która poddenerwowana starała się odeprzeć różne dziwne zarzuty i odpowiadała na najróżniejsze pytania. Najciekawszym obrotem spraw było, że Amorphina wierzyła również w Klan Gwiazdy.
“To bardzo ciekawe, jednak ja nie wierzę. Chociaż jest bardzo ładna, może jak się postara, to i przekona mnie do wiary~” – pomyślał, mrucząc z zadowolenia pod swoim nosem.
– Musimy iść! – wyrwało się z gardła Jarzębinowego Żaru gwałtownie, niemal drżąco, na co się wzdrygnął. To wcale nie było tak, że nie słuchał tego, co medyczka mówiła od dłuższego czasu – Czy wszyscy są? – zapytała tamta głośniej, pewniej niż wcześniej, z błyskiem determinacji w oczach.
“Na to wygląda…” – znudzony wodził wzrokiem po kotach, którym również udzielała się ekscytacja.
Pewnie bardziej by się cieszył, gdyby miał kogoś do rozmowy ciekawszego, niż jego ojciec. Strasznie brakowało mu Ognikowej Słoty no i całej reszty, z którymi się zadawał. Z kim teraz będzie plotkował, jak nie z Tropią Łaską?

***

Szedł znudzony obok swojego ojca, który co jakiś czas rozmawiał ze swoją siostrą, a grupa powoli dochodziła do Drogi Grzmotu, która dzieliła terytorium Klanu Wilka od Owocowego Lasu. Gdy nagle wszyscy się zatrzymali, a na przedzie rozległ się stłumiony i przerażony głos Jarzębinowego Żaru:
– I teraz co?
Cisza. Koty zdawały się całkowicie na kotkę, która nie wiedziała, co robi ona na pierwszym miejscu. Osobiście chętnie by jej doradził, gdyby wcześniej jej bardziej słuchał. Jego pewność siebie nadal nie opadła, jednak nie zamierzał wychodzić przed szereg, gdzie koty są bardziej zestresowane niż mrówka z okresem. No poza jednym osobnikiem, którym był Kosaćcowa Grzywa. Trochę taki jego wzór do naśladowania, jednak mieli zbyt mało interakcji, by Porywisty Dąb stwierdził, że jest spoko, czy też nie.
– Poszłabym bliżej drogi – powiedziała wreszcie tak cicho, ale pewnie, że Porywisty Dąb o mało nie wywrócił oczyma. Czego niby tutaj się takiego bać? Medyczka podejmowała tak wolno decyzję, że oni tutaj wszyscy umrą szybciej ze starości, niż rzeczywiście wybiorą jakąś konkretną drogę – To ryzykowne… jednak potwora zobaczymy prędzej, zanim do nas dobiegnie. Możemy trzymać się bardziej wrzosów niż samej drogi. Wystarczająco blisko, żeby widzieć, co nadjeżdża, i wystarczająco daleko, żeby nas nie dosięgło. – Zawahała się chwilę, zanim wypowiedziała kolejne słowa: – A Owocowy Las… – mruknęła, wyraźnie niechętna. – Jest ich tam więcej. Zabiją nas. I nie chcemy robić sobie nowych wrogów. Bliżej drogi będzie bezpieczniej niż między klanami – dodała z ostateczną, surową decyzją. – Przynajmniej wrogów zobaczymy z daleka.
– Wiecie... – Spojrzał Kosaciec na resztę grupy. – Nie wiem, czy chciałbym się spotkać z potworem i to w środku nocy. Kto wie, czy ktoś się nie zagapi i nie zdechnie od świateł. Wybrałbym tę drugą trasę, no bo... – uśmieszek wkradł mu się na pyszczek – Kto nie lubi ryzyka, co?
– Ja... sam nie wiem – rzekł niepewnie Zapomniana Koniczyna. – Chyba poszedłbym tą drugą – wzruszył ramionami. – Nawet jeśli się natkniemy na nich, nie powinni nam nic zrobić. W końcu oni to nie klany, czemu oni mieliby nas zabić, co? – dodał, nerwowo się śmiejąc. – A jak się dostosujemy do ciemności, to nie będzie aż tak źle! – dodał.
Ziewnął znudzony, totalnie nie przejmując się, w jakiej sytuacji się właśnie znajdowali.
– Mi tam wszystko jedno, może nie będzie tak źle biec po tej twardej nawierzchni... – powąchał asfalt i skrzywił się od smrodu, który nagle uderzył go w nozdrza. Poczuł, jak mu się robi niedobrze. – Dobra, tylko szybko, bo jeszcze zwrócę wiewiórkę...
Złapał swoim wielkim łapskiem psyk, starając się zatkać nos i usta.
Czarny wojownik, który wcześniej był mentorem jego brata, wyszedł na środek i stanął obok Jarzębinowego Żaru, tak, że ich futra się stykały. Pewnie chciał dodać szylkretce otuchy, jednak czy na pewno mu się to uda?
– Masz rację, powinniśmy iść bliżej Drogi Grzmotu, mamy większe szanse na lądzie niż w rzece, nie jesteśmy kotami z Klanu Nocy. – podjął, patrząc na pozostałych uczestników wycieczki, czekając, czy ktoś postanowi podważyć ten pomysł.
– Mnie wszystko jedno. Miałam was wyprowadzić z obozu, nie? Teraz wasza kolej działać – powiedziała Rysi Trop, zadzierając nos.
– Przekroczenie Drogi Grzmotu nie może być aż tak ryzykowne. Pójdźmy pierwszą opcją. Zobaczycie, że im szybciej wyruszymy, tym szybciej uciekniemy z tych terenów. Powinniśmy korzystać, póki jest ciemno i nie ma tak dużo potworów. – znów przemówił Mglisty Sen, proponując względnie lepszą opcję.
Nagle odezwał się ktoś z tłumu:
– Czy... Jesteśmy pewni, że jest to dobry pomysł? Ta ucieczka, mam na myśli.
Koty rozejrzały się po sobie, starając się dowiedzieć, kto wypowiedział te słowa. Cisza. Nikt się nie przyznał.
Wtedy nad ich głowami ponownie coś przeleciało, tym razem głośniej, bliżej. "Kraa!" zaskrzeczało czarne ptaszysko, gdy przeleciało nad ich głowami, a następnie zniknęło w ciemności.
Porywisty Dąb popatrzy po kotach zdumiony. Kto śmiał w ogóle powiedzieć coś takiego akurat, teraz kiedy wszystko było postanowione? Kto był takim tchórzem? Czy to był Poziomkowa Polana? Pewnie tak. Zawsze mu dziwnie z oczu patrzyło, nawet wyglądał na taką mazgaje.
Zapomniana Koniczyna nieco się zdziwił i przybliżył do Mglistego Snu.
– To chyba jakiś zły znak... – wymamrotał zmieszany. – Zły omen?
– To zwykły ptak. Nie ma potrzeby patrzeć się na zwierzynę, skupmy się na drodze. – czarny wojownik starał się wszystkich uspokoić.
Widząc, jak Miodowa Kora wodzi zamyślonym wzrokiem za ptaszyskiem, które wystraszyło połowę zebranych, szturchnął łokciem ojca, by ten skupił się na gadającym czarnym wojowniku. Kocura strasznie bawił fakt, że koty mogły brać jakieś ptaszysko, za znak od niebios. To była taka farsa, że całej tej grupie powinien przydać się kot, który nie wierzy w te całe bajeczki. Takim kotem był właśnie on. Może kiedyś zostanie przywódcą? Kto wie?
– Szybciej! Co tak się boicie? Na takie ptaszyska się poluje, a nie kuli ogony! Dawajcie na tę Drogę Grzmotu, bo zaraz kogoś wypchnę!
Nagle Miodowa Kora trzepnął go łapą w ucho, by uspokoić syna.
– Ała! A to za co? – prychnął, masując swoje ucho.
– No, dobrze prawisz, dzieciaku! – rzekł z uśmiechem w jego stronę, Kosaćcowa Grzywa. – W końcu znalazł się ktoś, kto nie przemyślał jednego słowa dziesięć razy tylko działa! – pochwalił go i podszedł do młodszego. Następnie spojrzał z powagą na pozostałych. – Powinniśmy już iść. Zaczyna się robić jaśniej, koty na pewno się już zorientowały. Nie traćmy ani chwili! – zawołał i pierwszy ruszył spod mostu.
Wypiął dumnie pierś. Oczywiście, że on był jednym z bardziej słusznie myślących kotów w tym całym przedsięwzięciu, inaczej wszyscy by stali w miejscu. Jako drugi popędził za Kosaćcową Grzywą, a za nimi zbierały się koty do wymarszu w nieznane.
“Może i nie ma tutaj takiej nudy, jak myślałem, że będzie.”
Jednak czuł w środku ciepłe mrowienie na myśl, że idą w nieznane i odkryją miejsce nowe do życia. Stworzenie klanu i nazwanie go pewnie będzie epickie, a w szczególności, jeśli będą zdobywać nowe terytoria. Czy kiedyś napadną Klan Wilka? Jeśli jest to chociaż trochę możliwe, to powinni to zrobić! Tylko do ich zgrai musiałoby przybyć trochę nowych buziek. Nie pogardziłby na pewno młodymi i ładnymi kotkami.

***

Na początku szedł na przedzie grupy zaraz za Kosaćcową Grzywą. Zaczynało być trochę nudnawo, więc kiedy nic nie jechało, to przebiegał przed starszego wojownika i nawzajem sobie dokuczali. Niebieski van również, nie wyglądał, żeby się tym mocno przejmował, bądź miał kija pod ogonem. Również mu dokuczał i dogryzał w zabawny sposób, na co oboje się śmiali.
– Nawet nie próbuj! Masz się mnie trzymać, to sztuka przetrwania nie rozrywka. – Upomniał go ojciec, który szedł zaraz za nimi.
– A tam! Jest całkiem jak w żłobku! – zaśmiał się, by zaraz się przeciągnąć i spowolnić troszkę sznurek kotów, które szły brzegiem Drogi Grzmotu.
Większa część kotów wyminęła trójkę, która ociągała się z maszerowaniem. Na przód wyszedł Mglisty Sen wraz z Zapomnianą Koniczyną i Jarzębinowym Żarem. Nagle, z tyłu popchnął go Kosaćcowa Grzywa, przez co stracił równowagę i zakołysał się nad jezdnią akurat, kiedy przejeżdżał potwór. Kocur zaśmiał się na przepychankę. Nie miał nic przeciwko, by urozmaicić sobie drogę, jednak zachwiał się na skraju drogi akurat, kiedy przejeżdżał potwór. Los chciał, że wojownikowi nie do końca udało się uniknąć spotkania z maszyną. Nagły ból na łapach i boku sprawił, że wypuścił z siebie cichy syk. Nie był to najgorszy ból w jego życiu. Odwrócił się, by obejrzeć, co go tak bolało, czy krwawił? Nie mógł tego powiedzieć, gdyż długie futro zasłaniało mu obrażenia.
– Mój syn! – syknął z przerażenia Miodowa Kora, podbiegając do niego i obwąchując jego rany.
"Pewnie będą to zwykłe zadrapania, skoro moja sierść nie przesiąkła krwią." – odetchnął z ulgą i spojrzał na starszego wojownika ze złośliwym uśmieszkiem na pysku. 
– Łap potwora!
Pacnął Kosaćcową Grzywę łapskiem w pysk, tak że tamten się zachwiał, na co Miodowa Kora się uśmiechnął, jednak krzywo, jakby starał się to ukryć.
– Hej! Skupcie się! Bez przepychanek, wszyscy mają dotrzeć na miejsce cali i zdrowi! – krzyknął do nygusów z tyłu. – krzyknął w ich kierunku Mglisty Sen, który odwrócił się na przodzie, by zobaczyć, co u nich się dzieje.
Potwór zaryczał, akurat, gdy Kosaćcowa Grzywa został pchnięty, a w następnej chwili rozległ się krzyk kocura. Dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec ogon kocura nienaturalnie wygięty. Nad głowami kotów ponownie coś przeleciało, ten sam czarny ptak, głośno kracząc, jakby się z nich śmiejąc, szczególnie z nieszczęścia wojownika.
Kosaćcowa Grzywa spojrzał na familię z wściekłością i bólem.
– Chyba wam się już w dupie poprzewracało! – syknął. Spojrzał na jego niegdyś piękny, prosty ogon. Jego nienawistne spojrzenie spotkało się z rozbawionym pyskiem Miodowej Kory. – Widać już, kto go wychował! – dodał przez zaciśnięte zęby.
Następnie podszedł do Miodowej Kory i barkiem popchnął go jeszcze mocniej niż Porywistego Dęba.
Popchnięty Miodowa Kora upadł na jezdnię, jednak potwór jechał z mniej zawrotną prędkością, niż ten, od którego oberwał niebieski van. Miodowa Kora zdążył się podnieść i stanąć naprzeciw Kosaćcowej Grzywy z furią i niedowierzaniem w oczach. Patrzył się to na ojca to na Kosaćcową Grzywę. Właśnie zrozumiał, że żarty się skończyły i że teraz patrzy się na powstającą bójkę. Jednak on nie był zły, tylko było mu może troszeczkę głupio... No, nie fajnie wyszło. Nie zdążył się głębiej zastanowić, co powinien zrobić z Kosaćcową Grzywą, gdy przy nich pojawiła się rozwścieczona medyczka, która świdrowała ich trójkę wzrokiem.
– Koniec tego! Ty, twój ojciec i ty – wskazała na Kosaćca – macie się uspokoić! Lis wam narobił w głowach takiego chaosu, że przestaliście myśleć? Chcecie się tu pozabijać? Siebie i nas? Jesteście wojownikami czy małymi kociętami? Bo mnie się wydaje, że żaden z was na tę rolę nie zasługuje! – wysyczała groźnie, jej ogon z wściekłości smagnął powietrze. – Kosaćcowa Łapo, ruszaj swój zad i staraj się nie machać ogonem zbyt mocno. Ty, Dębowa Łapo, ogarnij się w końcu, bo wojownikiem zostałeś, ale mózg masz najwyraźniej jak kociak. A ty, Miodowa Koro… zawiodłam się na tobie. Zachowuj spokój i nie daj się wciągać w te ich dziecinne zabawy. A teraz – marsz. Idziemy dalej.
Wzięła głęboki wdech ostrego, wiosennego powietrza, w którym mieszał się zapach wrzosów, kurzu i strachu. Po chwili wróciła na przód szeregu. Szła spięta, a jej spojrzenia – raz wściekłe, raz pełne zmartwienia – co chwilę padały na każdego z towarzyszy.
Zdążył jedynie zamrugać i cofnąć się o jeden krok, kiedy medyczka na niego syczała. Nie zamierzał zostać niechcący opluty śliną. Spojrzał się na Kosaćcową Grzywę, który ewidentnie nie zamierzał zaprzestać na jednym popchnięciu jego ojca. Ponownie go mocno popchnął, tak aby starszy wojownik wyrąbał się na asfalt.
– Łap potwora, stary! – zawołał ze złośliwym uśmieszkiem.
Ojciec został wypchnięty na jezdnię i nadjeżdżający potwór uderzył Miodową Korę, tym samym oszałamiając go. Spojrzał na lecącego znów ojca na asfalcie.
"Super, szkoda, że to już nie zabawa." – pomyślał.
Za to Kosaćcowa Grzywa zaśmiał się z Miodowej Kory.
– Wyglądasz, jakbyś zażywał codziennie sfermentowane owocki z Dyniową Skórką!
– Kosaćcowa Grzywo! – zawołał Mglisty Sen do kocura z przodu pochodu. Najlepiej było ich rozdzielić, zanim się pozabijają. – Choć na przody! Trzeba was rozdzielić, bo się pozabijacie!
Niebieski van spojrzał na Jarzębinowy Żar, a potem na Mglisty Sen. Zaśmiał się nerwowo i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok ze wstydu.
– Ups? – wymamrotał. – Wiecie co? Może bycie na przodzie dobrze mi zrobi... – uśmiechnął się słabo i zaczął szybciej iść. – Więc, no... lepiej już, jak sobie pójdę tam na przód, co nie...
Rozejrzał się jeszcze na boki, po czym prędko czmychnął z miejsca zdarzenia. Podparł oszołomionego ojca i odprowadził twardym wzrokiem Kosaćcową Grzywę, który w końcu przyprowadził się do porządku. Trochę długo zeszło, aby wszyscy się doprowadzili do porządku.
– Żyjesz tato? – spytał po chwili Miodową Korę – Dobrze by było, gdybyś mógł dojść w całości na miejsce docelowe.
"Na twoim miejscu, spróbowałbym oddać mu tak, by łapy sobie połamał"
Mogli na szczęście odetchnąć, a koty w pochodzie się jakoś bardziej uspokoiły, dzięki czemu wszyscy znów ruszyli do przodu, wzdłuż Drogi Grzmotu Starszy rzeczywiście przegiął. Naraził dwa razy jego ojca na śmierć z łap potwora. Pokręcił głową i prychnął pod nosem. Gdyby nie to, że znajdowali się w większym gronie na tej Drodze Grzmotu, to popchnąłby Kosaćcową Grzywę z powrotem na środek jezdni, tak by, jak najmocniej walnął go ten potwór.

***

Szli tak z tyłu pochodu, koty z przodu dostawały co chwila jakichś kontuzji, jednak Porywisty Dąb nie zwracał na nich uwagi, gdyż był zajęty podtrzymywaniem Miodowej Kory, który już ledwo szedł. Jednak tym samym on również tracił siły. Nie mógł już utrzymać ojca, dlatego pozwolił mu iść przed sobą. Kocur nie umiał się za bardzo utrzymać równowagi, wyglądał, jakby miał mocne zawroty głowy. Jednak jego stan sprawiał też, że nie kontaktował z rzeczywistością, co sprawiło, że niestety kocur się przechylił w stronę drogi i przejeżdżające auto go uderzyło. Najgorsze było to, że Miodowa Kora po spotkaniu z potworem, został odrzucony dość daleko. Wojownik nie reagował na wołania ani na dotyk. Każdy mógłby powiedzieć, że jest martwy, gdyby nie podnosząca się klatka piersiowa.
– Twój tatuś chyba uwielbia potwory, wiesz? – usłyszał przytłumiony komentarz Kosaćcowej Grzyw, który bezpiecznie siedział na przedzie pochodu.
– Mhm... Coś dzisiaj ma pecha. – mruknął, zapominając, że nie tak dawno się ze starszym wojownikiem przepychał na jezdni. Teraz najważniejszy był Miodowa Kora.
– Zamknij pysk, wronia karmo! – usłyszał syknięcie Jarzębinowego Żaru, która zaraz popędziła w stronę jego rannego ojca. Gdy tylko dopadła do Miodowej Kory, pociągnęła go z całej siły na miękkie wrzosy, z dala od śmiertelnej ścieżki. – Miodowa Koro! Słyszysz mnie?! – zapytała, pochylając się nad nim i gwałtownie wciągając powietrze.
Kocur nie miał żadnych widocznych ran, lecz jego wzrok błądził gdzieś daleko, jakby dopiero wracał z miejsca, do którego nie powinien był nigdy trafić. Liliowy kocur był nieprzytomny już, po uderzeniu drugiego potwora już zupełnie odleciały mu wszystkie rozumy, jakie miał.
– Iskrząco Nadziejo to ty? Jesteśmy już w domu. – wybełkotał ranny ojciec.
Wrócił do Miodowej Kory oraz Jarzębinowego Żaru. Zajrzał zza barków medyczki, by zobaczyć stan ojca.
– Miodowa Koro? Żyjesz? – zapytał – Może powinniśmy gdzieś przystanąć, by koty odpoczęły? Nie możemy ryzykować, tym by zaraz Kosaćcową Grzywę lub Miodową Korę zeskrobywać z Drogi Grzmotu.

***

Droga Grzmotu się uspokoiła, a oni nie zrobili żadnego progresu, nie ruszyli się choćby o wąs do przodu. Koty częściowo zaczęły się troszczyć o swoich najbliższych lub z zaciekawieniem chcieli zobaczyć, co dzieje się z Miodową Korą. Stał nadal obok jego leżącego ojca. Chciał, żeby Miodowa Kora się podniósł i ruszył na ubocze. Najlepiej by było, gdyby koty zrobiły sobie przerwę i odetchnęły, gdyż zaraz mogło się stać coś niedobrego.
– Tato proszę, otwórz oczy, musimy albo ruszać, albo chociaż przesuń się na ubocze, bo nas wszystkich pozabijają te potwory... – obszedł ojca, tym samym wychodząc bardziej na Drogę Grzmotu.
Przez chwilę było spokojnie, co uśpiło czujność kotów, a w szczególności Porywistego Dębu. 
– Miodowa Koro, słyszysz mnie?
Nagle zza zakrętu pojawiły się mocne światła z oczu potwora. Maszyna dwunożnych jechała z zawrotną szybkością, tym samym oślepiając srebrzystego kocura. Porywisty Dąb zastygł. Musiał uciekać!
– Porywisty Dębie! Zmiataj z jezdni! – usłyszał krzyk Mglistego Snu.
Poczuł, jak za jego długą sierść na plecach chwyta go czarny wojownik, który ledwo zdążył do niego dobiec, jednak było już za późno. Mglisty Sen nie zdążył go uratować do końca, gdyż na jezdni zostały jeszcze jego tylne łapy. Nagły ból i dźwięk łamanych kości został zagłuszony przez warczenie odjeżdżającego z zawrotną prędkością potwora. Porywisty Dąb wrzasnął z bólu i jak mizerny robak podczołgał się na skraj jezdni. Próbował wstać, jednak jego tylne łapy były nienaturalnie wykrzywione i uginały się pod ciężarem kocura. Były złamane!
– Ahhhhhhhhh! Moje nogi! – wrzasnął z bólu i z przerażenia – Jak ja mam teraz iść? Nie chcę umierać! Mówiłem głupie mysie móżdżki, że zejdźmy na pobocze, żeby odpocząć!
Mglisty Sen rozejrzał się po kotach. Widać było, że jest również zestresowany i intensywnie myśli, co powinna tak wielka grupa kotów teraz zrobić.
– Zróbmy przerwę! Weźmy rannych na pobocze! – krzyknął do pozostałych.
– Już… już się nie martw, wyleczą cię, nie umrzesz! – zapewniła go Jarzębinowy Żar, która podbiegła do młodego wojownika, a jej głos drżał. W panice chwyciła pobliskie, szerokie liście oraz pęk wrzosów. Niczego innego nie miała. Musiała tamować krwawienie fioletowymi kwiatami. Wszystko wykonywała prowizorycznie.
Ból był tak przeraźliwy, że kocur był pewien, że zaraz zwróci wszystkie piszczki, jakie zjadł w obozie przed ucieczką. Dotyk delikatnych łapek medyczki oraz metaliczny zapach krwi mdliły go coraz mocniej.
– Weź te łapy z moich nóg! To boli! – zawył, zdzierając sobie tym samym gardło – Zaraz puszczę pawia! Niedobrze mi!
– Zróbmy przerwę! Weźmy rannych na pobocze! – zwrócił się do wszystkich Mglisty Sen.
– Tak, idźmy bardziej po łące. – Rozejrzała się, mrużąc oczy. – Ale spójrzcie… musimy przejść przez Drogę Grzmotów jeszcze ten ostatni kawałek, żeby dostać się na tamte tereny. Nie wydaje mi się, by jakikolwiek klan je zajmował – oznajmiła, wciąż stojąc przy rannym Dębie i delikatnie gładząc go łapą po głowie.
Kiedy tylko usłyszał o przejściu przez Drogę Grzmotu, by zejść na łąki, omal nie wykitował. Spojrzał się z niedowierzaniem na Jarzębinowy Żar.
– Jak ja niby mam tam przejść? Mam złamane dwie łapy! Nie będę czołgać się, by jeszcze raz mnie potrąciło to potworzysko! Przecież ja umrę!
– Musimy przejść, jeśli chcemy wszyscy przeżyć... Kilka kotów będzie musiało pomóc mi przeciągnąć Porywistego Dęba na drugą stronę. Sam nie da rady, jest zbyt wolny i ranny…
– Ja mogę go wziąć – zaproponował głośno Kosaćcowa Grzywa, podchodząc do niego. – Jestem... dosyć puszysty, aby go wziąć na plecy – po czym zerknął na Porywistego Dęba z wymalowanym uśmieszkiem na pysku. – Spokojnie, Dąbek, będziesz noszony jak księżniczka z Klanu Nocy, włos ci z głowy nawet nie spadnie! – zapewnił i się zaśmiał.
– Doprawdy? Już zawaliłeś sprawę, bo mi przejechało dwie łapy! – prychnął, podciągając się na przednich – Poza tym, czy ja mogę ci ufać? Dosłownie popchnąłeś kilka razy mojego ojca na jezdnie pod samochody! Jeszcze mnie zabijesz specjalnie!
– Nikt nie będzie nikogo zabijał i nikt dzisiaj nie umrze. – powiedział czarny, przecierając łapą pysk, na którym miał małe rany cięte od auta. Przeniósł wzrok na Kosaćcową Grzywę – Pomogę ci, jest ciężki, więc nie dasz rady go sam przenieść, mimo że jesteś ode mnie większy...
– Sugerujesz, że jestem gruby? – powiedział srebrny z oburzeniem.
Jeszcze tego brakowało, żeby naśmiewali się z niego, kiedy jest ranny i nie jest w stanie im oddać! To się skończy, jak tylko wyzdrowieje! Niech poczekają tylko!
– Jarzębinowy Żarze, pójdziesz pierwsza. Ktoś sprawny musi być z przodu, by nas ostrzec lub pomóc szybko przeciągnąć rannych. – odwrócił się do pozostałych, by każdy słyszał Mglistego Snu – Będziemy iść na zmiany! Zdrowi i ranni! Rozumiecie? Jak przejdziemy z Porywistym Dębem, po nas ma iść ktoś sprawny.
Poranek dopiero wstawał, a delikatne, blade światło rozlewało się po okolicy niczym mglisty welon. Oczy potworów nie świeciły już w ciemności. Jarzębinowy Żar rozejrzała się uważnie. Nie dostrzegła żadnego zbliżającego się samochodu. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wbiegła pierwsza na jezdnię. Zatrzymała się na środku mostu i odwróciła się, patrząc na resztę grupy. Jej oczy błyszczały determinacją. Mglisty Sen i Kosaćcowa Grzywa zarzucili go na swoje plecy, jakby był takim dużym kociakiem, po czym prędko go przenieśli na drugą stronę Drogi Grzmotu. Po jakimś czasie wszyscy przeszli na wyznaczone miejsce, jednak nie obyło się bez strat. Poziomkowa Polana na ostatniej prostej stracił ogon podczas spotkania z potworem.
Może jednak połamane łapy, nie były aż tak straszne, jak wyrwany ogon? Chociaż… Bez ogona można chodzić, a on bez łap już nie.
“Dobra, jednak mam gorzej…”
Nie zdążył się bardziej skupić na innych kotach oraz ich obrażeniach, gdyż rozległ się donośny głos Mglistego Snu.
– Wszyscy! – zwrócił się do kotów i objął wszystkich wzrokiem. Kiedy rozmowy umilkły, pokazał pyskiem stronę, z której rozciągał się przed nim lasek – Powinniśmy skierować się do lasu i schronić się między drzewami. Niektórzy z nas potrzebują opieki Jarzębinowego Żaru, jednak ona nie jest w stanie zająć się potrzebującymi, teraz kiedy nie ma wystarczająco dużo ziół. Tak samo musimy stworzyć prowizoryczny obóz, żeby zregenerować siły i pomyśleć, co mamy zrobić dalej…

Kolejny wieczór...

Zaczęło się biesiadowanie. Wszyscy mieli swoje posłania i jedzenie, które upolowały zdrowe koty. Nowe miejsce nie było aż tak tragiczne, jak mogli sobie wyobrażać. Z tego, co niektórzy mówili, nawet nie czuć było żadnych woni lisów, czy borsuków. Powinni szybko przejąć to terytorium i zbudować obóz.
Właśnie jadł wiewiórkę, kiedy zauważył wraz z Zapomnianą Koniczyną świetliki, które wesoło latały sobie nad nimi, jakby chciały się przywitać. Nie był to najgorszy widok, chociaż też dziwne, żeby tak się zachwycać robalami. Na pewno nie były aż tak cudowne, jak motyle. Tego był pewien.
– Hej, Mglisty Śnie! Patrz na to! – zawołał Zapomniana Koniczyna, chcąc ewidentnie zdobyć uwagę swojego przyjaciela, czy kimkolwiek ta dwójka jest dla siebie.
– Są takie romantyczne. – zaśmiał się Kosaćcowa Grzywa, szturchając przy tym Zapomnianą Koniczynę, na co ten z niedowierzaniem prychnął na starszego.
Pewnie, gdyby nie miał złamanej łapy, to nie oszczędziłby kuksańca niebieskiemu vanowi.
Mglisty Sen się zaśmiał i spojrzał na tańczące małe światełka, które w rzeczywistości były małymi robaczkami.
Nagle ze spokojnego snu zerwała się Jarzębinowy Żar i spojrzała to raz na niego i na świetliki.
– To musi być znak! – westchnęła, patrząc się z zauroczeniem i ulgą w oczach, jakby potężny ciężar zszedł jej w końcu z barków. – To znak od Klanu Gwiazdy!
Wszystkie koty, które leżały na posłaniach, spojrzały się pytająco na medyczkę. Niektórzy zdezorientowani, inni pokręcili tylko nosami, wątpiąc w trzeźwość umysłu Jarzębinowego Żaru, tak jak Porywisty Dąb, a pozostali z zachwytem i przejęciem wchłaniali wszystko, co powiedziała, jak Stroczkowa Łapa.
– Klan Gwiazdy chce nam przekazać, że wszystko będzie dobrze! Czuwają nad nami ciągle! Chcą nam przekazać, że przed nami zaczyna się dobry początek! Nie jesteśmy zgubieni… – wypowiedziała to, mrucząc.
Uniósł brwi i zastrzygł uchem. Czy to było normalne zachowanie dla kotek? Jeszcze nie widział, żeby Ognikowa Słota się czymś tak podekscytowała, a w szczególności latającymi i świecącymi robaczkami.
– Więc… Co teraz? – odezwała się Rysi Trop – Mam rozumieć, że jesteśmy zwykłą grupą samotników. Takimi uciekinierami.
Wszyscy wymienili się pytającymi spojrzeniami, aż w końcu popatrzyli się na Mglisty Sen.
– Jesteśmy Świetlikami. – powiedział w końcu.
– Świetlikami? Tak po prostu? – zdziwił się Kosaćcowa Grzywa.
Zmarszczył pysk. Jak to świetlikami? Mają za taką kozacką ucieczkę, gdzie prawie wszyscy się połamali, zostać nazwami jako takie świecące robale? Z niedowierzaniem, przechylił głowę.
– A gdzie słowo “Klan”? Nie jesteśmy już Klanem? – zawtórował starszemu Porywisty Dąb – Nie jesteśmy Klanem Świetlików?
– Jeszcze nie. Nie mamy ról i ani obozu. Tak samo musimy zostać zaakceptowani przez pozostałe Klany… Na tą chwilę jesteśmy Świetlikami. Wnieśliśmy nadzieję dla Klanu Gwiazdy i oświetliliśmy mrok Mrocznej Puszczy. Na tą chwilę jesteśmy mali i słabi, jednak nasze siły wrócą i to ze zwiększoną siłą. – powiedział spokojnym głosem, a na jego pysku usiadł mały robaczek, od którego zawdzięczali nazwę.
Wzruszył ramionami. Lepiej, żeby się nie odzywał, może za dobre sprawowanie kiedyś dostanie wysoką rangę. Może i niech zostaną te Świetliki. Trochę obciach, jednak nie aż taki, jak Owocowy Las.