dawno temu
Największą rozrywką Żywicy od zawsze było obserwowanie poczynań brata.
Owszem, uwielbiała bawić się wszystkim, co tylko wpadło w jej łapy. Z radością goniła za piórami, które Dzwonkowy Świst przynosił jej z patroli, zachwycała się delikatnymi kwiatami i kamykami o niezwykłych kształtach. Każdy taki drobiazg stawał się dla niej małym skarbem. Mimo to nic nie potrafiło rozbawić jej równie mocno, co widok Bursztyna pędzącego na oślep przez cały żłobek.
Rudy kocurek wpadał na ściany, przewracał własne posłanie, zahaczał o innych mieszkańców, a mimo to za każdym razem podnosił się z równie szerokim uśmiechem i biegł dalej, jakby nic nie mogło go zatrzymać. Żywica śmiała się wtedy cicho pod nosem, obserwując jego niekończące się wygłupy.
Nawet gdy z jego nosa dumnie zwisał błyszczący glut, który skutecznie odbierał jej apetyt, nie zamieniłaby go na żadnego innego brata.
Był jej drugą połową.
Czasami miała wrażenie, że bez niego świat byłby o wiele większy, chłodniejszy i znacznie mniej zrozumiały. Ilekroć coś ją przestraszyło, Bursztyn bez chwili zawahania wysuwał się przed nią. Jeżeli jakiś starszy uczeń przebiegł zbyt blisko albo nieznajomy wojownik zajrzał do żłobka, on pierwszy podnosił ogon i stawał pomiędzy nimi. Nieważne, że sam był mniejszy od niej. W jego oczach najwyraźniej zawsze tliło się przekonanie, że zdoła obronić siostrę przed całym światem.
To właśnie dzięki niemu potrafiła odważyć się robić kolejne kroki. Popychał ją do zabawy, zachęcał do poznawania nowych zakamarków żłobka i wyciągał z każdej kryjówki, do której wciskała się, gdy tylko ogarniał ją strach. Był stałym elementem jej życia.
Kochała rodziców całym swoim drobnym sercem. Ciepło matczynego boku i łagodny głos ojca były dla niej najbezpieczniejszym miejscem na świecie, ale to jednak obecność Bursztyna była czymś jeszcze bardziej oczywistym. Tak naturalnym, że niemal nie potrafiła wyobrazić sobie dnia bez niego.
Żywica nigdy nie czuła potrzeby wychodzenia poza własny, niewielki świat.
Wokół siebie zbudowała niewidzialną skorupę — bezpieczną przystań, do której wpuszczała jedynie tych, którym naprawdę ufała. Rodzinę. Kilku wojowników odwiedzających żłobek. Koty, które zyskały jej sympatię cierpliwością i ciepłym uśmiechem.
Każdy inny pozostawał gdzieś daleko.
A jeśli w tym uporządkowanym świecie należało znaleźć miejsce dla Bursztyna, to on znajdował się bliżej niej niż ktokolwiek inny miałby prawo.
Kiedy wreszcie zaczęła rozumieć, czym naprawdę jest życie w Klanie Burzy, cały ten bezpieczny świat zaczął się kruszyć. Coraz częściej słyszała rozmowy o wojownikach, patrolach, polowaniach i treningach. Początkowo słowa te niewiele dla niej znaczyły, lecz z każdym kolejnym księżycem nabierały coraz wyraźniejszych kształtów. W końcu dotarło do niej, że pewnego dnia również będzie musiała opuścić żłobek.
Ta myśl ściskała jej serce, powodując rzeczywisty ból.
Najchętniej zakopałaby się głęboko w ciepłym, miękkim piasku. Nie przeszkadzałby jej nawet kurz wciskający się do nosa ani drobinki drażniące oczy, jeśli tylko mogłaby pozostać tam na zawsze.
Nie chciała dorastać. Nie chciała opuszczać miejsca, które znała od chwili narodzin. Nawet jeśli Pożar coraz częściej wydawała się nieobecna myślami, wtulenie się w jej bok nadal przynosiło Żywicy ukojenie. Matczyne futro pachniało domem i bezpieczeństwem. Czasami wystarczyło zamknąć oczy i wsłuchać się w spokojny oddech matki, aby wszystkie lęki choć na chwilę ucichły.
Z drugiej strony wiedziała, że trening oznacza również coś dobrego.
Będzie mogła częściej widywać Dzwonkowy Świst. Ojciec niemal każdego dnia znikał na patrolach, a jako uczennica sama zacznie poznawać świat, o którym tyle jej opowiadał.
No i był jeszcze Bursztyn. Skoro on również miał rozpocząć szkolenie, nadal mieli być razem.
Ta myśl była jedyną, która pozwalała jej z nadzieją patrzeć w przyszłość.
Nie podobało jej się to, jak bardzo pragnęła zostać.
Wstydliwie ukrywała tę myśl nawet przed samą sobą, bo tak naprawdę wiedziała, że przecież większość kociąt wyczekuje dnia, w którym opuszczą żłobek. Dla innych mianowanie było początkiem przygody — pierwszym krokiem ku zostaniu wojownikiem, poznaniu terenów Klanu Burzy i udowodnieniu swojej wartości.
Bliscy z podekscytowaniem rozmawiali o ich potencjalnych przyszłych mentorach, o pierwszych treningach i o tym, jakie imię wojownika mogliby kiedyś otrzymać. Ona natomiast najchętniej zakopałaby się głęboko w miękkim mchu i udawała, że ta chwila nigdy nie nadejdzie.
Nie dlatego, że nie chciała być wojownikiem. Po prostu nie była gotowa zostawić to wszystko, co znała. Żłobek był jej całym światem. Znała każdy jego zakamarek, każdy zapach unoszący się w powietrzu i każdy odgłos dobiegający zza wejścia do groty. Było to miejsce niewielkie, czasami zatłoczone i zdecydowanie zbyt głośne, ale mimo wszystko należało do niej.
Tutaj nic jej nie zaskakiwało. Wiedziała, czego się spodziewać. A poza żłobkiem? Tam wszystko wydawało się niepewne.
Żywica często zastanawiała się, czy jej strach oznacza, że jest słabsza od innych. Przecież jej rodzice wychowali ją najlepiej, jak potrafili. Dzwonkowy Świst zawsze powtarzał, że każdy kot ma własne tempo i że odwaga nie oznacza braku lęku, lecz umiejętność działania mimo niego. Mimo to trudno było jej uwierzyć, że pewnego dnia naprawdę będzie potrafiła stanąć naprzeciw nieznanego świata i nie zapragnąć natychmiastowego powrotu do domu.
Zaczęła nerwowo grzebać pazurem w ziemi, kreśląc w pyle bezładne wzory. Drobne ziarenka przesypywały się między jej futrem, a powtarzalny ruch choć odrobinę uspokajał rozbiegane myśli.
Wkrótce miało się to zmienić.
Zamiast leniwie przeciągać się po przebudzeniu i czekać, aż Bursztyn wymyśli kolejną dziwną zabawę, będzie musiała wstawać o świcie. Biegać po chłodnej trawie, zanim słońce ogrzeje ziemię. Uczyć się tropienia, walki i polowania.
Na samą myśl o tym ostatnim poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
Rozumiała, że tak działa świat. Wiedziała, że wojownicy muszą zdobywać pożywienie, aby klan mógł przetrwać. Słuchała opowieści ojca o polowaniach i patrolach, a każda z nich była dla niej fascynująca, dopóki pozostawała jedynie historią. Gdy jednak wyobrażała sobie, że pewnego dnia sama będzie musiała śledzić przerażoną zdobycz, która za wszelką cenę będzie chciała uciec...
Wtedy zachwyt znikał.
Z zewnątrz dobiegły ją podniesione głosy wojowników oraz szybkie kroki przebiegających przez obóz kotów. Przez chwilę wpatrywała się w wejście do żłobka, obserwując cienie przesuwające się po ziemi. Poza ich małą kryjówką zawsze panował ruch. Wojownicy wracali z patroli, uczniowie ćwiczyli, a starsze koty rozmawiały o sprawach klanu.
Życie toczyło się wszędzie wokół niej. A ona coraz bardziej czuła, że za chwilę zostanie jego częścią.
Odwróciła głowę, szukając znajomej rudej sylwetki.
Bursztyna nie było.
Jeszcze chwilę wcześniej oznajmił jej z tajemniczym błyskiem w oku, że musi coś załatwić, po czym zniknął, prosząc ją, by się nie martwiła. Oczywiście nie posłuchała. Martwiła się o niego niemal zawsze, nawet jeśli doskonale wiedziała, że jej brat miał niezwykły talent do pakowania się w kłopoty, z których później równie niezwykłym sposobem wychodził.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Bursztyn był taki od zawsze. Nie zastanawiał się długo. Nie analizował każdego możliwego zakończenia, jak to ona miała w zwyczaju. Po prostu działał. Czasami zazdrościła mu tej lekkości.
Jej wzrok zatrzymał się na niewielkim stosiku ułożonym niedaleko jej posłania. Kolorowe pióra, zasuszone kwiaty, gładkie kamyki w różnych odcieniach szarości — jej mała kolekcja, którą tworzyła od najmłodszych księżyców. Kiedyś była znacznie większa, ale część skarbów zniknęła, gdy do żłobka wprowadzili się nowi mieszkańcy. Wtedy wszędzie panował zamęt, przesuwano posłania, porządkowano rzeczy, a jej drobiazgi rozsypały się po całym legowisku. Żywica pamiętała, jak jeden z wojowników zgarnął je razem z liśćmi i resztkami mchu, uznając za zwykłe śmieci.
Stała wtedy kilka kroków dalej. Widziała wszystko i mogła zaprotestować. Mogła powiedzieć, że to jej własność.
Ale tego nie zrobiła.
Zamiast tego tylko patrzyła, jak część wspomnień znika poza obozem.
Do dziś bolało ją to bardziej, niż chciała przyznać. Nie chodziło nawet o same przedmioty. Każdy z nich coś znaczył. Niektóre przyniósł jej ojciec, inne dostała od wojowników odwiedzających żłobek. Były małymi dowodami na to, że ktoś o niej pomyślał. A ona nie potrafiła ich ochronić.
Delikatnie dotknęła łapą jednego z ocalałych piór.
Następnie wyciągnęła przed siebie łapy i przeciągnęła się, choć napięcie w jej mięśniach wcale nie chciało ustąpić. Od kilku dni czuła się tak, jakby coś ciężkiego spoczywało na jej barkach.
A była przecież tylko kociakiem. Jej największym zmartwieniem powinno być to, czy starczy jej sił na zabawę. Albo czy Bursztyn znowu schowa jej ulubiony kamień. Mogłaby przejmować się tym, czy ojciec wróci z patrolu z kolejnym ciekawym piórem.
Nie powinna myśleć o przyszłości. Nie powinna zastanawiać się, czy sobie poradzi.
Ciche mruczenie wyrwało się z jej gardła, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Robiła tak zawsze, gdy próbowała się uspokoić. Dlaczego nie mogła być bardziej podobna do Bursztyna? Dla niego wszystko było łatwiejsze. Każdy nowy dzień traktował jak kolejną okazję do odkrycia czegoś niezwykłego. Nie bał się popełniać błędów, nie przejmował się tym, co pomyślą inni. Po prostu szedł przed siebie.
Żywica westchnęła cicho i spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka. Może gdyby częściej próbowała dotrzymać mu kroku, sprawy miały by się inaczej. Nie czułaby się tak bardzo, jakby całe życie pozostawała kilka kroków za swoim bratem.
Jeszcze kilka księżyców temu wydawało jej się, że gdy w końcu nadejdzie ta chwila, będzie spokojniejsza, że może z czasem przyzwyczai się do myśli o treningu, do nowych obowiązków i do tego, że jej życie zacznie wyglądać zupełnie inaczej. Próbowała wmówić sobie, że to przecież naturalna kolej rzeczy. Każdy wojownik kiedyś był kociakiem, każdy uczeń musiał po raz pierwszy wyjść poza obóz, każdy kot musiał kiedyś zostawić coś znajomego za sobą.
Rozumienie tego nie sprawiało, że było łatwiej. Zwłaszcza teraz. Teraz, gdy u jej boku nie było Bursztyna.
Jeszcze niedawno była przekonana, że razem przejdą przez ten dzień. Wyobrażała sobie, że stanie obok brata, że kiedy poczuje na sobie spojrzenia całego klanu, wystarczy, że zerknie w jego stronę i zobaczy znajomy, pełen pewności siebie uśmiech. Bursztyn zawsze potrafił sprawić, że rzeczy wydawały się prostsze. Nawet jeśli sam często był powodem problemów.
Niestety, tym razem jego talent do pakowania się w kłopoty obrócił się przeciwko niemu.
Wszystko zaczęło się od wydarzenia, o którym Żywica nadal nie potrafiła myśleć bez poczucia niepokoju. Bursztyn twierdził, że wcale nie zrobił tego, o co go oskarżano. Według jego wersji wydarzeń sprawy wyglądały zupełnie inaczej, a cała sytuacja była jedynie ogromnym nieporozumieniem. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo próbował się tłumaczyć, decyzja zapadła. Za karę miał pozostać w żłobku.
Początkowo Żywica zupełnie nie rozumiała, dlaczego oznaczało to, że jej własne mianowanie musi odbyć się bez niego. Skoro Pożar i tak miała zostać przy synu, dlaczego ona nie mogła zostać razem z nimi? Przecież rozłąka z bratem również była dla niej karą.
Nie chodziło tylko o to, że nie będzie miała z kim dzielić nowego legowiska. Chodziło o to, że po raz pierwszy miała zrobić coś ważnego sama. Przez chwilę naprawdę rozważała, czy nie powinna zaproponować, że odbędzie karę za Bursztyna. Może gdyby przekonała lidera, że to ona powinna zostać w żłobku, a brat mógł rozpocząć trening...
Kiedy Królicza Gwiazda zwołał zebranie klanu, łapy Żywicy zaczęły drżeć.
Stała na skraju tłumu, czując, jak jej serce bije coraz szybciej. Do tej pory robiła wszystko, aby nie znajdować się w centrum uwagi. Wolała obserwować wszystko z bezpiecznego miejsca.
Teraz nie miała gdzie się ukryć. Czuła spojrzenia zgromadzonych kotów. Niektóre były życzliwe, a inne zwyczajnie zaciekawione. W jej umyśle wszystkie wydawały się jednak takie same. Intensywne i oceniające.
Spuściła wzrok, wbijając pazury delikatnie w ziemię. Dlaczego to musiało być takie oficjalne?
Czy naprawdę wszyscy musieli patrzeć? Czy nie wystarczyłoby, gdyby lider po prostu przyszedł do niej, powiedział, kto będzie jej mentorem, a potem pozwolił jej spokojnie przyzwyczaić się do nowej sytuacji?
Przecież te kilka wypowiedzianych przed klanem słów nie sprawią, że stanie się lepszą wojowniczką.
To trening miał ją tego nauczyć. A ona nawet nie wiedziała, czy będzie potrafiła przebiec przez las bez potknięcia się o własne łapy.
— Żywico, wystąp.
Głos lidera sprawił, że całe jej ciało zesztywniało. Przez krótką chwilę naprawdę pomyślała, że zaraz się rozpłacze. Nie rozumiała, skąd bierze się w niej aż tyle strachu. Przecież każdy kot stojący wokół niej przechodził przez dokładnie to samo. Dla nich była to zwyczajna część życia. Dlaczego więc dla niej wydawało się to czymś przerażającym?
Powoli ruszyła do przodu.
Szukała wzrokiem czegokolwiek znajomego — czegoś, co przypomniałoby jej jak oddychać. I wtedy spostrzegła jasnorude futro.
Jej ojciec stał wśród wojowników z tym samym co zawsze łagodnym uśmiechem na pysku. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, lekko zmrużył oczy i poruszył uchem, jakby chciał jej przekazać bezgłośnie, że da sobie radę.
Ten jeden gest wystarczył, by napięcie odrobinę zelżało. Ojciec zawsze wierzył w nią bardziej, niż ona sama potrafiła.
— Żywico, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tej chwili, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nosić imię Żywiczna Łapa. Twoim mentorem będzie...
Królicza Gwiazda zawahał się.
To krótkie milczenie wystarczyło, aby jej serce ponownie przyspieszyło. Lider był już starszym kotem. Żywica słyszała nieraz, że czasami trudno było za nim nadążyć, a jego decyzje potrafiły zaskoczyć nawet najbliższych wojowników. Teraz patrzyła, jak prostuje się i spogląda na zebranych, jakby sam jeszcze raz rozważał swój wybór.
— Twoim mentorem będzie Oskrzydlony Ognik.
Przez chwilę nic nie poczuła. A potem powoli przypomniała sobie to imię. Kot, o którym część jej rodziny nie wypowiadała się szczególnie pochlebnie.
Spojrzała w stronę matki i niemal natychmiast zauważyła jej niezadowoloną minę. Pożar wyglądała tak, jakby ledwo powstrzymywała się przed wyrażeniem swojej opinii, a Ognista Piękność, stojąca niedaleko niej, nawet nie próbowała ukryć oburzenia.
Żywica poczuła nieprzyjemny skurcz w brzuchu. Jeśli jej własna rodzina uważała ten wybór za zły, to czy naprawdę mogła zaufać temu mentorowi? Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, gdyż po chwili przed nią stanął wysoki, jaskraworudy kocur.
Żywica odruchowo cofnęła się o pół kroku.
Nie wyglądał jednak tak strasznie, jak sugerowały opowieści, których wcześniej słuchała. Był po prostu kotem. Kotem, który teraz miał nauczyć ją wszystkiego, czego potrzebowała, aby zostać wojowniczką.
I choć nadal najbardziej na świecie chciała, aby obok niej stał Bursztyn, wiedziała, że na tę chwilę nic już nie mogła poradzić.
Po zakończeniu ceremonii i krótkim zetknięciu nosów z mentorem — które swoją drogą wywołało u niej lekkie wzdrygnięcie przez chłód jego nosa — niemal natychmiast spróbowała uciec do rodziny.
Chciała znaleźć się z powrotem wśród tych, wśród których czuła się bezpiecznie.
— Kiedy już pochwalisz się nowym imieniem, będę czekał przy wyjściu z obozu. — Odezwał się za nią Ognik. — Oprowadzę cię po części terenów, póki pogoda nam sprzyja.
Przez moment nie była pewna, czy mówi do niej. Dopiero gdy odwróciła głowę i zobaczyła jego spojrzenie skierowane w jej stronę, poczuła kolejną falę zakłopotania.
— D-dobrze — odpowiedziała cicho.
Po czym, zanim niezręczna cisza zdążyła się jeszcze bardziej wydłużyć, ruszyła w stronę rodziny.
Miała wrażenie, że tego dnia przeżyła już wystarczająco dużo, a to przecież był dopiero początek.
Żywica nie musiała nawet patrzeć na rodzinę, aby wiedzieć, jaka będzie ich reakcja. Wystarczyło, że zbliżyła się do nich, a już wyczuła napięcie unoszące się w powietrzu. Pożar siedziała sztywno, z ogonem owiniętym wokół łap i wyraźnym niezadowoleniem wymalowanym na pysku. Ognista Piękność nawet nie próbowała ukrywać swoich emocji — jej spojrzenie było chłodne, a uszy odchylone lekko do tyłu, jakby samo wspomnienie imienia Oskrzydlonego Ognika było wystarczającym powodem do irytacji.
Żywica poczuła znajomy ucisk w brzuchu. Jeszcze przed chwilą bała się jedynie tego, że będzie musiała opuścić żłobek i rozpocząć trening. Teraz do listy jej zmartwień dołączyło kolejne pytanie. Czy naprawdę wybrano dla niej odpowiedniego mentora?
Nie chciała przyznać, że opinia rodziny miała na nią wpływ. Wiedziała przecież, że każdy z nich miał własne zdanie, własne doświadczenia i własne powody, by patrzeć na niektóre koty niechętnie. Mimo to trudno było całkowicie zignorować niezadowolenie najbliższych.
Przez pierwsze chwile po ceremonii prawie nie słuchała rozmów wokół siebie. Słowa mieszały się w jeden wielki szum. Gratulacje innych wojowników, życzenia powodzenia, pytania o to, jak się czuje — wszystko docierało do niej z opóźnieniem.
Tak naprawdę liczyła tylko na to, że ktoś powie jej, że nadal może wrócić do żłobka. Jutro obudzi się obok Bursztyna, a całe to zamieszanie okaże się jedynie dziwnym snem.
Ale nikt tego nie powiedział.
Ojciec poczekał, aż rozmowa ucichnie, a pozostali członkowie rodziny zajmą się swoimi sprawami. Dopiero wtedy podszedł bliżej i usiadł obok niej. Przez chwilę po prostu siedzieli obok siebie.
Żywica nie musiała nic mówić.
— Trafił ci się dobry mentor — powiedział w końcu.
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Nie spodziewała się tego.
— Naprawdę?
Dzwonkowy Świst uśmiechnął się łagodnie.
— Naprawdę. Wiem, że twoja matka może zdawać się mieć inne zdanie, ale to jej prywatna sprawa.
Żywica przekrzywiła głowę. Nie do końca rozumiała, co miał na myśli.
— Pamiętam go jeszcze jako kociaka — kontynuował Dzwonkowy Świst. — Był pełen energii. Gotów do działania, miał w sobie naprawdę mnóstwo zapału.
W oczach Żywicy pojawił się cień zainteresowania.
— Jak Bursztyn?
Pytanie wyrwało się z niej szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Dzwonkowy Świst przez moment wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy powinien się śmiać.
— To może nie jest najlepsze porównanie — przyznał, a po chwili parsknął cicho. — W pewnych kwestiach rzeczywiście mogą być podobni.
Żywica uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście. Nawet jej ojciec wiedział, że Bursztyn był wyjątkowy.
Na chwilę poczuła znajome ciepło w sercu. Samo wspomnienie brata sprawiało, że dzień wydawał się odrobinę łatwiejszy.
— Może inni będą teraz mówić do ciebie Żywiczna Łapo — powiedział Dzwonkowy Świst, pochylając się nad nią i delikatnie muskając jej głowę łapą. — Może kiedyś otrzymasz piękne imię wojownika i wszyscy będą cię nim nazywać. — Jego uśmiech stał się jeszcze cieplejszy.— Ale dla mnie zawsze będziesz moją małą Żywiczką.
Nie potrafiła powstrzymać cichego śmiechu. Zmrużyła oczy, czując znajome ciepło pod jego łapą.
Przez chwilę znów była małym kociakiem. Nie uczennicą. Nie przyszłą wojowniczką.
Po prostu jego córką.
— Mam nadzieję, że cię nie zawiodę — wyszeptała. Te słowa ledwo opuściły jej pysk.
Kocur od razu spojrzał na nią poważniej.
— Nigdy mnie nie zawiedziesz. — W jego głosie nie było ani cienia wątpliwości. Potem uniósł wzrok ponad jej głowę, spoglądając w stronę wyjścia z obozu. — A teraz leć. Twój mentor czeka.
Żywica odwróciła uszy w tamtą stronę.
Oskrzydlony Ognik rzeczywiście stał niedaleko wejścia. Nie wyglądał jednak, jakby ją obserwował. Rozmawiał z inną wojowniczką, spokojny i opanowany, zupełnie jakby nie miał pojęcia, jak wielką burzę myśli jego wybór na jej mentora wywołał w jej głowie.
— Najchętniej sam oprowadziłbym cię po terenach — dodał Dzwonkowy Świst. — Ale to już zadanie twojego mentora. Obiecaj mi tylko, że kiedy poznasz trochę lepiej okolice, wybierzesz się kiedyś ze starym ojcem na spacer. — Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Żywica poczuła, że uśmiech sam pojawia się na jej pysku.
— Obiecuję.
Jeszcze przez chwilę stała obok niego, a potem wzięła głębszy wdech i ruszyła w stronę Ognika. Nie mogła całe życie chować się przed tym, co znajdowało się poza granicami jej strachu.
Oskrzydlony Ognik rzeczywiście nie okazał się taki straszny, jak wyobrażała go sobie Żywica. Spodziewała się kota chłodnego, surowego i nieprzystępnego — kogoś, kto od pierwszego dnia zacznie wymagać od niej rzeczy, których nie będzie potrafiła zrobić.
Tymczasem stojący przed nią wojownik był po prostu... spokojny. Nie próbował jej poganiać, nie śmiał się z jej niepewności. Nie traktował jej jak kogoś słabego.
Kiedy opuścili obóz, Żywica niemal natychmiast poczuła, jak wszystkie jej zmysły wyostrzają się jednocześnie.
Powietrze było chłodniejsze, pełne zapachów, których nie potrafiła jeszcze rozpoznać. Każdy szelest liści sprawiał, że jej uszy natychmiast się poruszały, a każdy cień między drzewami wydawał się czymś, co mogło nagle wyskoczyć i ją zaskoczyć.
Przez pierwsze chwile szła bardzo blisko Ognika. Nie dlatego, że mu ufała. Tego jeszcze nie mogła powiedzieć. Po prostu jego obecność sprawiała, że świat wydawał się odrobinę mniej ogromny.
Rudy kocur zdawał się jednak nie zwracać uwagi na jej napięcie. Poruszał się spokojnie, pewnie stawiając łapy na ziemi, jakby każdy kamień i każdy korzeń były mu doskonale znane.
Żywica natomiast miała wrażenie, że każdy krok może zakończyć się katastrofą.
Co chwilę spoglądała pod łapy, upewniając się, że nie zahaczy o wystający korzeń albo nie nadepnie na coś, co wyda niepotrzebny dźwięk.
— Nie musisz chodzić tak ostrożnie, jakby ziemia miała zaraz cię zaatakować — zauważył w końcu Ognik.
Żywica natychmiast uniosła głowę. Czy aż tak było to widać?
— Nie chodzę ostrożnie — odpowiedziała szybko, choć może było to błędem. Te słowa zabrzmiały na mało przekonujące, a poza tym, w ostrożności nie było niczego złego.
Ognik jedynie poruszył wąsami.
Nie wyglądał na rozbawionego. Raczej... zdawał się wyrozumiały.
— Jasne — mruknął.
Nie wiedziała, czy powinno ją to zirytować, czy uspokoić. Przynajmniej nie naciskał.
Po pewnym czasie dotarli do Przybrzeżnego Oka. Żywica zatrzymała się niemal natychmiast.
Powierzchnia stawu była niemal nieruchoma, odbijając fragmenty nieba i kołyszące się nad brzegiem rośliny. W przeciwieństwie do rzeki, którą mijali wcześniej, tutaj panowała cisza. Nie było gwałtownego nurtu. Był tylko spokój.
Żywica podeszła odrobinę bliżej.
Nie zauważyła nawet, kiedy przestała myśleć o tym, że chce wrócić.
Później zobaczyła wrzosowisko rozciągające się niedaleko Upadłego Potwora. Delikatne, fioletowe kwiaty poruszały się na wietrze, tworząc falującą plamę koloru pośród zieleni. Żywica zatrzymała się na chwilę, zachwycona tym widokiem.
Nawet nie przypuszczała, że świat poza obozem może wyglądać tak pięknie. Oczywiście nadal nie zamierzała zbliżać się do Upadłego Potwora. Sam jego widok z oddali wystarczył, aby poczuła niepokój. Nie rozumiała, jak coś tak wielkiego i obcego mogło kiedyś przemierzać tereny przodków. Samo istnienie tego stworzenia wydawało jej się czymś nienaturalnym.
Ale wrzosy... Wrzosy były piękne.
Ognik nagle zatrzymał się, a jego ciało zmieniło się niemal natychmiast. Ze spokoju przestawił się na pełne skupienie, co Żywica zauważyła dopiero po chwili.
Wstrzymała oddech, gdy do jej uszu doszedł delikatny szelest.
Ledwo słyszalny ruch w trawie dla niej stanowił tylko przypadkowy dźwięk. Dla Ognika najwyraźniej oznaczał coś więcej.
Zanim zdążyła zapytać, wojownik ruszył. Obserwowała go z szeroko otwartymi oczami.
A potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Jeden skok i po wszystkim.
Żywica zamarła.
Patrzyła na zdobycz trzymaną przez mentora i czuła, jak coś ściska ją w środku.
Jeszcze chwilę temu była zachwycona pięknem lasu. A teraz pierwszy raz naprawdę zrozumiała, co oznacza bycie wojownikiem.
— Za niedługo też będziesz tak sprawnie polować — powiedział Ognik spokojnie, upuszczając martwego już zająca pod łapy.
Te słowa powinny ją ucieszyć. Powinna poczuć dumę. Przecież każdy uczeń chciał usłyszeć, że kiedyś będzie dobrym wojownikiem.
Ale ona poczuła tylko niepokój. Nie chciała. Nie była gotowa. I chociaż wiedziała, że kiedyś będzie musiała się tego nauczyć, jakaś część niej nadal chciała wrócić do żłobka, gdzie największym problemem było to, że Bursztyn znowu podpał ich matce.
Przez dalszą drogę próbowała pogodzić w sobie masę sprzecznych myśli. Zaczęła zwalniać.
Nie zdawała sobie nawet sprawy, że robi to coraz bardziej widocznie, dopóki Ognik nie dostosował swojego kroku do jej tempa.
— Co, opadasz już z sił? — zapytał żartobliwie.
Żywica natychmiast spuściła wzrok. Nie była przyzwyczajona do rozmów z kimś, kto nie należał do jej rodziny.
— Hej — odezwał się po chwili Ognik łagodniej. — Tylko żartuję. Nie bój się, nie zamierzam cię zjeść.
Jej uszy drgnęły. Nie była pewna, czy powinna się roześmiać.
— Pod moim okiem wyrośnie z ciebie całkiem niezła wojowniczka — dodał.
Przez moment chciała odpowiedzieć, że jej matka chyba wcale tak nie uważa. Powstrzymała się jednak.
Dzwonkowy Świst wierzył w nią, a jemu akurat chciała wierzyć.
— Nie boję się — powiedziała w końcu, choć zabrzmiało to mniej pewnie, niż chciała. — Po prostu jestem zmęczona.
Ognik skinął głową.
— Rozumiem. Jak na pierwszy dzień, to sporo wrażeń.
Po chwili ruszył dalej.
— Chodź. Musisz znaleźć sobie dobre miejsce w legowisku uczniowskim.
Żywica poczuła nieprzyjemne ukłucie na samą myśl o tym.
Legowisko uczniowskie było zupełnie inne niż żłobek, choć Żywica spodziewała się tego od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała o swoim mianowaniu. Dopiero jednak przekraczając jego wejście, naprawdę poczuła różnicę. Żłobek zawsze kojarzył jej się z ciepłem i spokojnym chaosem — z zapachem mleka, miękkiego mchu i futra bliskich jej kotów. Tutaj natomiast wszystko wydawało się większe i poważniejsze. W powietrzu unosiły się zapachy uczniów, którzy od wielu księżyców trenowali, polowali i przygotowywali się do zostania wojownikami. Ich posłania były ułożone w sposób, który sugerował porządek i pewność siebie, a Żywica po raz pierwszy poczuła, że znalazła się w miejscu, do którego jeszcze nie pasuje.
Przez chwilę stała przy wejściu, nie wiedząc, czy powinna ruszyć dalej. Miała wrażenie, że wszyscy widzą, jak bardzo jest obca. Że każdy kot w środku dostrzega w niej jeszcze to samo nieśmiałe kocię, które niedawno całe dnie spędzało w żłobku, chowając się za bratem i zbierając kolorowe kamyki oraz pióra. Teraz jednak miała nosić imię Żywicznej Łapy. Miała rozpocząć trening. Miała pewnego dnia stać się wojowniczką. Samo imię wciąż brzmiało dziwnie, jakby należało do kogoś zupełnie innego.
W końcu znalazła wolny kawałek miejsca przy ścianie i ostrożnie zaczęła układać mech pod swoje posłanie. Przez chwilę patrzyła na swoje łapy, czując nieprzyjemne ukłucie w gardle. Nie chciała płakać. Nie tutaj. Nie pierwszego dnia jako uczennica. Wiedziała, że wojownicy powinni być odważni, a ona przecież właśnie rozpoczęła drogę, która miała ją do tego doprowadzić. Tylko że w tej chwili wcale nie czuła się kimś, kto kiedyś będzie potrafił stawić czoła niebezpieczeństwu. Czuła się jak małe kocię, któremu ktoś nagle kazał dorosnąć.
Najbardziej bolała jednak nie sama zmiana miejsca.
Brakowało jej Bursztyna.
Przez całe życie jego obecność była czymś oczywistym. Nie musiała nawet z nim rozmawiać, aby czuć się spokojniejsza. Wystarczało, że spał obok, że słyszała jego oddech albo czuła, jak przez sen przypadkiem trąca ją łapą. Czasem dosyć boleśnie.
Był częścią jej codzienności tak naturalną, że nigdy nie zastanawiała się, jak wyglądałoby życie bez niego. Teraz po raz pierwszy miała zasnąć sama, otoczona przez obce koty, których głosy i zapachy dopiero zaczynała poznawać.
Przez długi czas leżała nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy otoczenia. Słyszała czyjeś ciche rozmowy, szuranie łap po ziemi i spokojne oddechy śpiących uczniów. Każdy z tych dźwięków przypominał jej, że znajduje się w nowym miejscu. Próbowała wyobrazić sobie, że obok niej nadal leży Bursztyn, że za chwilę się poruszy i mruknie coś przez sen, ale rzeczywistość pozostawała niezmienna. Jego nie było.
Obiecał jej przecież, że nigdy jej nie zostawi.
Wiedziała, że to nie była jego wina. Wiedziała, że nie chciał jej zostawić i że sam pewnie czuł się źle, pozostając w żłobku, podczas gdy ona zaczynała nowy etap życia. Mimo to gdzieś głęboko w sercu tkwiło dziwne uczucie pustki, którego nie potrafiła się pozbyć.
Dopiero następnego ranka, gdy pierwsze promienie światła zaczęły wpadać do legowiska, Żywica zrozumiała, że mimo wszystko przetrwała tę noc. Nie była spokojniejsza. Nadal bała się treningu, nadal tęskniła za żłobkiem i nadal najchętniej pobiegłaby prosto do niego, wtuliła się w bok matki i udawała, że nic się nie zmieniło.
Ojciec nie powiedział, że niczego nie będzie się bała. Nie obiecał, że wszystko stanie się łatwe. Po prostu wierzył, że sobie poradzi. Może więc ona również powinna spróbować w to wierzyć.
Owszem, uwielbiała bawić się wszystkim, co tylko wpadło w jej łapy. Z radością goniła za piórami, które Dzwonkowy Świst przynosił jej z patroli, zachwycała się delikatnymi kwiatami i kamykami o niezwykłych kształtach. Każdy taki drobiazg stawał się dla niej małym skarbem. Mimo to nic nie potrafiło rozbawić jej równie mocno, co widok Bursztyna pędzącego na oślep przez cały żłobek.
Rudy kocurek wpadał na ściany, przewracał własne posłanie, zahaczał o innych mieszkańców, a mimo to za każdym razem podnosił się z równie szerokim uśmiechem i biegł dalej, jakby nic nie mogło go zatrzymać. Żywica śmiała się wtedy cicho pod nosem, obserwując jego niekończące się wygłupy.
Nawet gdy z jego nosa dumnie zwisał błyszczący glut, który skutecznie odbierał jej apetyt, nie zamieniłaby go na żadnego innego brata.
Był jej drugą połową.
Czasami miała wrażenie, że bez niego świat byłby o wiele większy, chłodniejszy i znacznie mniej zrozumiały. Ilekroć coś ją przestraszyło, Bursztyn bez chwili zawahania wysuwał się przed nią. Jeżeli jakiś starszy uczeń przebiegł zbyt blisko albo nieznajomy wojownik zajrzał do żłobka, on pierwszy podnosił ogon i stawał pomiędzy nimi. Nieważne, że sam był mniejszy od niej. W jego oczach najwyraźniej zawsze tliło się przekonanie, że zdoła obronić siostrę przed całym światem.
To właśnie dzięki niemu potrafiła odważyć się robić kolejne kroki. Popychał ją do zabawy, zachęcał do poznawania nowych zakamarków żłobka i wyciągał z każdej kryjówki, do której wciskała się, gdy tylko ogarniał ją strach. Był stałym elementem jej życia.
Kochała rodziców całym swoim drobnym sercem. Ciepło matczynego boku i łagodny głos ojca były dla niej najbezpieczniejszym miejscem na świecie, ale to jednak obecność Bursztyna była czymś jeszcze bardziej oczywistym. Tak naturalnym, że niemal nie potrafiła wyobrazić sobie dnia bez niego.
Żywica nigdy nie czuła potrzeby wychodzenia poza własny, niewielki świat.
Wokół siebie zbudowała niewidzialną skorupę — bezpieczną przystań, do której wpuszczała jedynie tych, którym naprawdę ufała. Rodzinę. Kilku wojowników odwiedzających żłobek. Koty, które zyskały jej sympatię cierpliwością i ciepłym uśmiechem.
Każdy inny pozostawał gdzieś daleko.
A jeśli w tym uporządkowanym świecie należało znaleźć miejsce dla Bursztyna, to on znajdował się bliżej niej niż ktokolwiek inny miałby prawo.
***
Kiedy wreszcie zaczęła rozumieć, czym naprawdę jest życie w Klanie Burzy, cały ten bezpieczny świat zaczął się kruszyć. Coraz częściej słyszała rozmowy o wojownikach, patrolach, polowaniach i treningach. Początkowo słowa te niewiele dla niej znaczyły, lecz z każdym kolejnym księżycem nabierały coraz wyraźniejszych kształtów. W końcu dotarło do niej, że pewnego dnia również będzie musiała opuścić żłobek.
Ta myśl ściskała jej serce, powodując rzeczywisty ból.
Najchętniej zakopałaby się głęboko w ciepłym, miękkim piasku. Nie przeszkadzałby jej nawet kurz wciskający się do nosa ani drobinki drażniące oczy, jeśli tylko mogłaby pozostać tam na zawsze.
Nie chciała dorastać. Nie chciała opuszczać miejsca, które znała od chwili narodzin. Nawet jeśli Pożar coraz częściej wydawała się nieobecna myślami, wtulenie się w jej bok nadal przynosiło Żywicy ukojenie. Matczyne futro pachniało domem i bezpieczeństwem. Czasami wystarczyło zamknąć oczy i wsłuchać się w spokojny oddech matki, aby wszystkie lęki choć na chwilę ucichły.
Z drugiej strony wiedziała, że trening oznacza również coś dobrego.
Będzie mogła częściej widywać Dzwonkowy Świst. Ojciec niemal każdego dnia znikał na patrolach, a jako uczennica sama zacznie poznawać świat, o którym tyle jej opowiadał.
No i był jeszcze Bursztyn. Skoro on również miał rozpocząć szkolenie, nadal mieli być razem.
Ta myśl była jedyną, która pozwalała jej z nadzieją patrzeć w przyszłość.
***
Przed mianowaniem
Myśl o opuszczeniu żłobka zadomowiła się w głowie Żywicy na dobre. Jeszcze niedawno potrafiła odsuwać ją od siebie, przekonując, że przecież do mianowania pozostało mnóstwo czasu, a kilka kolejnych księżyców minie szybciej, niż zdąży się obejrzeć. Teraz jednak każdy kolejny dzień zdawał się przypominać jej, że chwila, której nadejścia tak bardzo nie chciała, zbliża się nieubłaganie.Nie podobało jej się to, jak bardzo pragnęła zostać.
Wstydliwie ukrywała tę myśl nawet przed samą sobą, bo tak naprawdę wiedziała, że przecież większość kociąt wyczekuje dnia, w którym opuszczą żłobek. Dla innych mianowanie było początkiem przygody — pierwszym krokiem ku zostaniu wojownikiem, poznaniu terenów Klanu Burzy i udowodnieniu swojej wartości.
Bliscy z podekscytowaniem rozmawiali o ich potencjalnych przyszłych mentorach, o pierwszych treningach i o tym, jakie imię wojownika mogliby kiedyś otrzymać. Ona natomiast najchętniej zakopałaby się głęboko w miękkim mchu i udawała, że ta chwila nigdy nie nadejdzie.
Nie dlatego, że nie chciała być wojownikiem. Po prostu nie była gotowa zostawić to wszystko, co znała. Żłobek był jej całym światem. Znała każdy jego zakamarek, każdy zapach unoszący się w powietrzu i każdy odgłos dobiegający zza wejścia do groty. Było to miejsce niewielkie, czasami zatłoczone i zdecydowanie zbyt głośne, ale mimo wszystko należało do niej.
Tutaj nic jej nie zaskakiwało. Wiedziała, czego się spodziewać. A poza żłobkiem? Tam wszystko wydawało się niepewne.
Żywica często zastanawiała się, czy jej strach oznacza, że jest słabsza od innych. Przecież jej rodzice wychowali ją najlepiej, jak potrafili. Dzwonkowy Świst zawsze powtarzał, że każdy kot ma własne tempo i że odwaga nie oznacza braku lęku, lecz umiejętność działania mimo niego. Mimo to trudno było jej uwierzyć, że pewnego dnia naprawdę będzie potrafiła stanąć naprzeciw nieznanego świata i nie zapragnąć natychmiastowego powrotu do domu.
Zaczęła nerwowo grzebać pazurem w ziemi, kreśląc w pyle bezładne wzory. Drobne ziarenka przesypywały się między jej futrem, a powtarzalny ruch choć odrobinę uspokajał rozbiegane myśli.
Wkrótce miało się to zmienić.
Zamiast leniwie przeciągać się po przebudzeniu i czekać, aż Bursztyn wymyśli kolejną dziwną zabawę, będzie musiała wstawać o świcie. Biegać po chłodnej trawie, zanim słońce ogrzeje ziemię. Uczyć się tropienia, walki i polowania.
Na samą myśl o tym ostatnim poczuła nieprzyjemny ucisk w brzuchu.
Rozumiała, że tak działa świat. Wiedziała, że wojownicy muszą zdobywać pożywienie, aby klan mógł przetrwać. Słuchała opowieści ojca o polowaniach i patrolach, a każda z nich była dla niej fascynująca, dopóki pozostawała jedynie historią. Gdy jednak wyobrażała sobie, że pewnego dnia sama będzie musiała śledzić przerażoną zdobycz, która za wszelką cenę będzie chciała uciec...
Wtedy zachwyt znikał.
Z zewnątrz dobiegły ją podniesione głosy wojowników oraz szybkie kroki przebiegających przez obóz kotów. Przez chwilę wpatrywała się w wejście do żłobka, obserwując cienie przesuwające się po ziemi. Poza ich małą kryjówką zawsze panował ruch. Wojownicy wracali z patroli, uczniowie ćwiczyli, a starsze koty rozmawiały o sprawach klanu.
Życie toczyło się wszędzie wokół niej. A ona coraz bardziej czuła, że za chwilę zostanie jego częścią.
Odwróciła głowę, szukając znajomej rudej sylwetki.
Bursztyna nie było.
Jeszcze chwilę wcześniej oznajmił jej z tajemniczym błyskiem w oku, że musi coś załatwić, po czym zniknął, prosząc ją, by się nie martwiła. Oczywiście nie posłuchała. Martwiła się o niego niemal zawsze, nawet jeśli doskonale wiedziała, że jej brat miał niezwykły talent do pakowania się w kłopoty, z których później równie niezwykłym sposobem wychodził.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Bursztyn był taki od zawsze. Nie zastanawiał się długo. Nie analizował każdego możliwego zakończenia, jak to ona miała w zwyczaju. Po prostu działał. Czasami zazdrościła mu tej lekkości.
Jej wzrok zatrzymał się na niewielkim stosiku ułożonym niedaleko jej posłania. Kolorowe pióra, zasuszone kwiaty, gładkie kamyki w różnych odcieniach szarości — jej mała kolekcja, którą tworzyła od najmłodszych księżyców. Kiedyś była znacznie większa, ale część skarbów zniknęła, gdy do żłobka wprowadzili się nowi mieszkańcy. Wtedy wszędzie panował zamęt, przesuwano posłania, porządkowano rzeczy, a jej drobiazgi rozsypały się po całym legowisku. Żywica pamiętała, jak jeden z wojowników zgarnął je razem z liśćmi i resztkami mchu, uznając za zwykłe śmieci.
Stała wtedy kilka kroków dalej. Widziała wszystko i mogła zaprotestować. Mogła powiedzieć, że to jej własność.
Ale tego nie zrobiła.
Zamiast tego tylko patrzyła, jak część wspomnień znika poza obozem.
Do dziś bolało ją to bardziej, niż chciała przyznać. Nie chodziło nawet o same przedmioty. Każdy z nich coś znaczył. Niektóre przyniósł jej ojciec, inne dostała od wojowników odwiedzających żłobek. Były małymi dowodami na to, że ktoś o niej pomyślał. A ona nie potrafiła ich ochronić.
Delikatnie dotknęła łapą jednego z ocalałych piór.
Następnie wyciągnęła przed siebie łapy i przeciągnęła się, choć napięcie w jej mięśniach wcale nie chciało ustąpić. Od kilku dni czuła się tak, jakby coś ciężkiego spoczywało na jej barkach.
A była przecież tylko kociakiem. Jej największym zmartwieniem powinno być to, czy starczy jej sił na zabawę. Albo czy Bursztyn znowu schowa jej ulubiony kamień. Mogłaby przejmować się tym, czy ojciec wróci z patrolu z kolejnym ciekawym piórem.
Nie powinna myśleć o przyszłości. Nie powinna zastanawiać się, czy sobie poradzi.
Ciche mruczenie wyrwało się z jej gardła, zanim zdążyła o tym pomyśleć. Robiła tak zawsze, gdy próbowała się uspokoić. Dlaczego nie mogła być bardziej podobna do Bursztyna? Dla niego wszystko było łatwiejsze. Każdy nowy dzień traktował jak kolejną okazję do odkrycia czegoś niezwykłego. Nie bał się popełniać błędów, nie przejmował się tym, co pomyślą inni. Po prostu szedł przed siebie.
Żywica westchnęła cicho i spojrzała w stronę wyjścia ze żłobka. Może gdyby częściej próbowała dotrzymać mu kroku, sprawy miały by się inaczej. Nie czułaby się tak bardzo, jakby całe życie pozostawała kilka kroków za swoim bratem.
***
Dzień mianowania
Jej oczy pozostawały szeroko otwarte, choć sama nie była pewna, czy patrzy na wszystko z ciekawości, czy zwyczajnego przerażenia. Nadszedł dzień, którego nadejścia od tak dawna się obawiała. Dzień, w którym miała na zawsze opuścić żłobek.Jeszcze kilka księżyców temu wydawało jej się, że gdy w końcu nadejdzie ta chwila, będzie spokojniejsza, że może z czasem przyzwyczai się do myśli o treningu, do nowych obowiązków i do tego, że jej życie zacznie wyglądać zupełnie inaczej. Próbowała wmówić sobie, że to przecież naturalna kolej rzeczy. Każdy wojownik kiedyś był kociakiem, każdy uczeń musiał po raz pierwszy wyjść poza obóz, każdy kot musiał kiedyś zostawić coś znajomego za sobą.
Rozumienie tego nie sprawiało, że było łatwiej. Zwłaszcza teraz. Teraz, gdy u jej boku nie było Bursztyna.
Jeszcze niedawno była przekonana, że razem przejdą przez ten dzień. Wyobrażała sobie, że stanie obok brata, że kiedy poczuje na sobie spojrzenia całego klanu, wystarczy, że zerknie w jego stronę i zobaczy znajomy, pełen pewności siebie uśmiech. Bursztyn zawsze potrafił sprawić, że rzeczy wydawały się prostsze. Nawet jeśli sam często był powodem problemów.
Niestety, tym razem jego talent do pakowania się w kłopoty obrócił się przeciwko niemu.
Wszystko zaczęło się od wydarzenia, o którym Żywica nadal nie potrafiła myśleć bez poczucia niepokoju. Bursztyn twierdził, że wcale nie zrobił tego, o co go oskarżano. Według jego wersji wydarzeń sprawy wyglądały zupełnie inaczej, a cała sytuacja była jedynie ogromnym nieporozumieniem. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo próbował się tłumaczyć, decyzja zapadła. Za karę miał pozostać w żłobku.
Początkowo Żywica zupełnie nie rozumiała, dlaczego oznaczało to, że jej własne mianowanie musi odbyć się bez niego. Skoro Pożar i tak miała zostać przy synu, dlaczego ona nie mogła zostać razem z nimi? Przecież rozłąka z bratem również była dla niej karą.
Nie chodziło tylko o to, że nie będzie miała z kim dzielić nowego legowiska. Chodziło o to, że po raz pierwszy miała zrobić coś ważnego sama. Przez chwilę naprawdę rozważała, czy nie powinna zaproponować, że odbędzie karę za Bursztyna. Może gdyby przekonała lidera, że to ona powinna zostać w żłobku, a brat mógł rozpocząć trening...
Kiedy Królicza Gwiazda zwołał zebranie klanu, łapy Żywicy zaczęły drżeć.
Stała na skraju tłumu, czując, jak jej serce bije coraz szybciej. Do tej pory robiła wszystko, aby nie znajdować się w centrum uwagi. Wolała obserwować wszystko z bezpiecznego miejsca.
Teraz nie miała gdzie się ukryć. Czuła spojrzenia zgromadzonych kotów. Niektóre były życzliwe, a inne zwyczajnie zaciekawione. W jej umyśle wszystkie wydawały się jednak takie same. Intensywne i oceniające.
Spuściła wzrok, wbijając pazury delikatnie w ziemię. Dlaczego to musiało być takie oficjalne?
Czy naprawdę wszyscy musieli patrzeć? Czy nie wystarczyłoby, gdyby lider po prostu przyszedł do niej, powiedział, kto będzie jej mentorem, a potem pozwolił jej spokojnie przyzwyczaić się do nowej sytuacji?
Przecież te kilka wypowiedzianych przed klanem słów nie sprawią, że stanie się lepszą wojowniczką.
To trening miał ją tego nauczyć. A ona nawet nie wiedziała, czy będzie potrafiła przebiec przez las bez potknięcia się o własne łapy.
— Żywico, wystąp.
Głos lidera sprawił, że całe jej ciało zesztywniało. Przez krótką chwilę naprawdę pomyślała, że zaraz się rozpłacze. Nie rozumiała, skąd bierze się w niej aż tyle strachu. Przecież każdy kot stojący wokół niej przechodził przez dokładnie to samo. Dla nich była to zwyczajna część życia. Dlaczego więc dla niej wydawało się to czymś przerażającym?
Powoli ruszyła do przodu.
Szukała wzrokiem czegokolwiek znajomego — czegoś, co przypomniałoby jej jak oddychać. I wtedy spostrzegła jasnorude futro.
Jej ojciec stał wśród wojowników z tym samym co zawsze łagodnym uśmiechem na pysku. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, lekko zmrużył oczy i poruszył uchem, jakby chciał jej przekazać bezgłośnie, że da sobie radę.
Ten jeden gest wystarczył, by napięcie odrobinę zelżało. Ojciec zawsze wierzył w nią bardziej, niż ona sama potrafiła.
— Żywico, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczennicą. Od tej chwili, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz nosić imię Żywiczna Łapa. Twoim mentorem będzie...
Królicza Gwiazda zawahał się.
To krótkie milczenie wystarczyło, aby jej serce ponownie przyspieszyło. Lider był już starszym kotem. Żywica słyszała nieraz, że czasami trudno było za nim nadążyć, a jego decyzje potrafiły zaskoczyć nawet najbliższych wojowników. Teraz patrzyła, jak prostuje się i spogląda na zebranych, jakby sam jeszcze raz rozważał swój wybór.
— Twoim mentorem będzie Oskrzydlony Ognik.
Przez chwilę nic nie poczuła. A potem powoli przypomniała sobie to imię. Kot, o którym część jej rodziny nie wypowiadała się szczególnie pochlebnie.
Spojrzała w stronę matki i niemal natychmiast zauważyła jej niezadowoloną minę. Pożar wyglądała tak, jakby ledwo powstrzymywała się przed wyrażeniem swojej opinii, a Ognista Piękność, stojąca niedaleko niej, nawet nie próbowała ukryć oburzenia.
Żywica poczuła nieprzyjemny skurcz w brzuchu. Jeśli jej własna rodzina uważała ten wybór za zły, to czy naprawdę mogła zaufać temu mentorowi? Nie miała jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, gdyż po chwili przed nią stanął wysoki, jaskraworudy kocur.
Żywica odruchowo cofnęła się o pół kroku.
Nie wyglądał jednak tak strasznie, jak sugerowały opowieści, których wcześniej słuchała. Był po prostu kotem. Kotem, który teraz miał nauczyć ją wszystkiego, czego potrzebowała, aby zostać wojowniczką.
I choć nadal najbardziej na świecie chciała, aby obok niej stał Bursztyn, wiedziała, że na tę chwilę nic już nie mogła poradzić.
Po zakończeniu ceremonii i krótkim zetknięciu nosów z mentorem — które swoją drogą wywołało u niej lekkie wzdrygnięcie przez chłód jego nosa — niemal natychmiast spróbowała uciec do rodziny.
Chciała znaleźć się z powrotem wśród tych, wśród których czuła się bezpiecznie.
— Kiedy już pochwalisz się nowym imieniem, będę czekał przy wyjściu z obozu. — Odezwał się za nią Ognik. — Oprowadzę cię po części terenów, póki pogoda nam sprzyja.
Przez moment nie była pewna, czy mówi do niej. Dopiero gdy odwróciła głowę i zobaczyła jego spojrzenie skierowane w jej stronę, poczuła kolejną falę zakłopotania.
— D-dobrze — odpowiedziała cicho.
Po czym, zanim niezręczna cisza zdążyła się jeszcze bardziej wydłużyć, ruszyła w stronę rodziny.
Miała wrażenie, że tego dnia przeżyła już wystarczająco dużo, a to przecież był dopiero początek.
Żywica nie musiała nawet patrzeć na rodzinę, aby wiedzieć, jaka będzie ich reakcja. Wystarczyło, że zbliżyła się do nich, a już wyczuła napięcie unoszące się w powietrzu. Pożar siedziała sztywno, z ogonem owiniętym wokół łap i wyraźnym niezadowoleniem wymalowanym na pysku. Ognista Piękność nawet nie próbowała ukrywać swoich emocji — jej spojrzenie było chłodne, a uszy odchylone lekko do tyłu, jakby samo wspomnienie imienia Oskrzydlonego Ognika było wystarczającym powodem do irytacji.
Żywica poczuła znajomy ucisk w brzuchu. Jeszcze przed chwilą bała się jedynie tego, że będzie musiała opuścić żłobek i rozpocząć trening. Teraz do listy jej zmartwień dołączyło kolejne pytanie. Czy naprawdę wybrano dla niej odpowiedniego mentora?
Nie chciała przyznać, że opinia rodziny miała na nią wpływ. Wiedziała przecież, że każdy z nich miał własne zdanie, własne doświadczenia i własne powody, by patrzeć na niektóre koty niechętnie. Mimo to trudno było całkowicie zignorować niezadowolenie najbliższych.
Przez pierwsze chwile po ceremonii prawie nie słuchała rozmów wokół siebie. Słowa mieszały się w jeden wielki szum. Gratulacje innych wojowników, życzenia powodzenia, pytania o to, jak się czuje — wszystko docierało do niej z opóźnieniem.
Tak naprawdę liczyła tylko na to, że ktoś powie jej, że nadal może wrócić do żłobka. Jutro obudzi się obok Bursztyna, a całe to zamieszanie okaże się jedynie dziwnym snem.
Ale nikt tego nie powiedział.
Ojciec poczekał, aż rozmowa ucichnie, a pozostali członkowie rodziny zajmą się swoimi sprawami. Dopiero wtedy podszedł bliżej i usiadł obok niej. Przez chwilę po prostu siedzieli obok siebie.
Żywica nie musiała nic mówić.
— Trafił ci się dobry mentor — powiedział w końcu.
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Nie spodziewała się tego.
— Naprawdę?
Dzwonkowy Świst uśmiechnął się łagodnie.
— Naprawdę. Wiem, że twoja matka może zdawać się mieć inne zdanie, ale to jej prywatna sprawa.
Żywica przekrzywiła głowę. Nie do końca rozumiała, co miał na myśli.
— Pamiętam go jeszcze jako kociaka — kontynuował Dzwonkowy Świst. — Był pełen energii. Gotów do działania, miał w sobie naprawdę mnóstwo zapału.
W oczach Żywicy pojawił się cień zainteresowania.
— Jak Bursztyn?
Pytanie wyrwało się z niej szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Dzwonkowy Świst przez moment wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy powinien się śmiać.
— To może nie jest najlepsze porównanie — przyznał, a po chwili parsknął cicho. — W pewnych kwestiach rzeczywiście mogą być podobni.
Żywica uśmiechnęła się pod nosem. Oczywiście. Nawet jej ojciec wiedział, że Bursztyn był wyjątkowy.
Na chwilę poczuła znajome ciepło w sercu. Samo wspomnienie brata sprawiało, że dzień wydawał się odrobinę łatwiejszy.
— Może inni będą teraz mówić do ciebie Żywiczna Łapo — powiedział Dzwonkowy Świst, pochylając się nad nią i delikatnie muskając jej głowę łapą. — Może kiedyś otrzymasz piękne imię wojownika i wszyscy będą cię nim nazywać. — Jego uśmiech stał się jeszcze cieplejszy.— Ale dla mnie zawsze będziesz moją małą Żywiczką.
Nie potrafiła powstrzymać cichego śmiechu. Zmrużyła oczy, czując znajome ciepło pod jego łapą.
Przez chwilę znów była małym kociakiem. Nie uczennicą. Nie przyszłą wojowniczką.
Po prostu jego córką.
— Mam nadzieję, że cię nie zawiodę — wyszeptała. Te słowa ledwo opuściły jej pysk.
Kocur od razu spojrzał na nią poważniej.
— Nigdy mnie nie zawiedziesz. — W jego głosie nie było ani cienia wątpliwości. Potem uniósł wzrok ponad jej głowę, spoglądając w stronę wyjścia z obozu. — A teraz leć. Twój mentor czeka.
Żywica odwróciła uszy w tamtą stronę.
Oskrzydlony Ognik rzeczywiście stał niedaleko wejścia. Nie wyglądał jednak, jakby ją obserwował. Rozmawiał z inną wojowniczką, spokojny i opanowany, zupełnie jakby nie miał pojęcia, jak wielką burzę myśli jego wybór na jej mentora wywołał w jej głowie.
— Najchętniej sam oprowadziłbym cię po terenach — dodał Dzwonkowy Świst. — Ale to już zadanie twojego mentora. Obiecaj mi tylko, że kiedy poznasz trochę lepiej okolice, wybierzesz się kiedyś ze starym ojcem na spacer. — Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Żywica poczuła, że uśmiech sam pojawia się na jej pysku.
— Obiecuję.
Jeszcze przez chwilę stała obok niego, a potem wzięła głębszy wdech i ruszyła w stronę Ognika. Nie mogła całe życie chować się przed tym, co znajdowało się poza granicami jej strachu.
***
Oskrzydlony Ognik rzeczywiście nie okazał się taki straszny, jak wyobrażała go sobie Żywica. Spodziewała się kota chłodnego, surowego i nieprzystępnego — kogoś, kto od pierwszego dnia zacznie wymagać od niej rzeczy, których nie będzie potrafiła zrobić.
Tymczasem stojący przed nią wojownik był po prostu... spokojny. Nie próbował jej poganiać, nie śmiał się z jej niepewności. Nie traktował jej jak kogoś słabego.
Kiedy opuścili obóz, Żywica niemal natychmiast poczuła, jak wszystkie jej zmysły wyostrzają się jednocześnie.
Powietrze było chłodniejsze, pełne zapachów, których nie potrafiła jeszcze rozpoznać. Każdy szelest liści sprawiał, że jej uszy natychmiast się poruszały, a każdy cień między drzewami wydawał się czymś, co mogło nagle wyskoczyć i ją zaskoczyć.
Przez pierwsze chwile szła bardzo blisko Ognika. Nie dlatego, że mu ufała. Tego jeszcze nie mogła powiedzieć. Po prostu jego obecność sprawiała, że świat wydawał się odrobinę mniej ogromny.
Rudy kocur zdawał się jednak nie zwracać uwagi na jej napięcie. Poruszał się spokojnie, pewnie stawiając łapy na ziemi, jakby każdy kamień i każdy korzeń były mu doskonale znane.
Żywica natomiast miała wrażenie, że każdy krok może zakończyć się katastrofą.
Co chwilę spoglądała pod łapy, upewniając się, że nie zahaczy o wystający korzeń albo nie nadepnie na coś, co wyda niepotrzebny dźwięk.
— Nie musisz chodzić tak ostrożnie, jakby ziemia miała zaraz cię zaatakować — zauważył w końcu Ognik.
Żywica natychmiast uniosła głowę. Czy aż tak było to widać?
— Nie chodzę ostrożnie — odpowiedziała szybko, choć może było to błędem. Te słowa zabrzmiały na mało przekonujące, a poza tym, w ostrożności nie było niczego złego.
Ognik jedynie poruszył wąsami.
Nie wyglądał na rozbawionego. Raczej... zdawał się wyrozumiały.
— Jasne — mruknął.
Nie wiedziała, czy powinno ją to zirytować, czy uspokoić. Przynajmniej nie naciskał.
Po pewnym czasie dotarli do Przybrzeżnego Oka. Żywica zatrzymała się niemal natychmiast.
Powierzchnia stawu była niemal nieruchoma, odbijając fragmenty nieba i kołyszące się nad brzegiem rośliny. W przeciwieństwie do rzeki, którą mijali wcześniej, tutaj panowała cisza. Nie było gwałtownego nurtu. Był tylko spokój.
Żywica podeszła odrobinę bliżej.
Nie zauważyła nawet, kiedy przestała myśleć o tym, że chce wrócić.
Później zobaczyła wrzosowisko rozciągające się niedaleko Upadłego Potwora. Delikatne, fioletowe kwiaty poruszały się na wietrze, tworząc falującą plamę koloru pośród zieleni. Żywica zatrzymała się na chwilę, zachwycona tym widokiem.
Nawet nie przypuszczała, że świat poza obozem może wyglądać tak pięknie. Oczywiście nadal nie zamierzała zbliżać się do Upadłego Potwora. Sam jego widok z oddali wystarczył, aby poczuła niepokój. Nie rozumiała, jak coś tak wielkiego i obcego mogło kiedyś przemierzać tereny przodków. Samo istnienie tego stworzenia wydawało jej się czymś nienaturalnym.
Ale wrzosy... Wrzosy były piękne.
Ognik nagle zatrzymał się, a jego ciało zmieniło się niemal natychmiast. Ze spokoju przestawił się na pełne skupienie, co Żywica zauważyła dopiero po chwili.
Wstrzymała oddech, gdy do jej uszu doszedł delikatny szelest.
Ledwo słyszalny ruch w trawie dla niej stanowił tylko przypadkowy dźwięk. Dla Ognika najwyraźniej oznaczał coś więcej.
Zanim zdążyła zapytać, wojownik ruszył. Obserwowała go z szeroko otwartymi oczami.
A potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Jeden skok i po wszystkim.
Żywica zamarła.
Patrzyła na zdobycz trzymaną przez mentora i czuła, jak coś ściska ją w środku.
Jeszcze chwilę temu była zachwycona pięknem lasu. A teraz pierwszy raz naprawdę zrozumiała, co oznacza bycie wojownikiem.
— Za niedługo też będziesz tak sprawnie polować — powiedział Ognik spokojnie, upuszczając martwego już zająca pod łapy.
Te słowa powinny ją ucieszyć. Powinna poczuć dumę. Przecież każdy uczeń chciał usłyszeć, że kiedyś będzie dobrym wojownikiem.
Ale ona poczuła tylko niepokój. Nie chciała. Nie była gotowa. I chociaż wiedziała, że kiedyś będzie musiała się tego nauczyć, jakaś część niej nadal chciała wrócić do żłobka, gdzie największym problemem było to, że Bursztyn znowu podpał ich matce.
Przez dalszą drogę próbowała pogodzić w sobie masę sprzecznych myśli. Zaczęła zwalniać.
Nie zdawała sobie nawet sprawy, że robi to coraz bardziej widocznie, dopóki Ognik nie dostosował swojego kroku do jej tempa.
— Co, opadasz już z sił? — zapytał żartobliwie.
Żywica natychmiast spuściła wzrok. Nie była przyzwyczajona do rozmów z kimś, kto nie należał do jej rodziny.
— Hej — odezwał się po chwili Ognik łagodniej. — Tylko żartuję. Nie bój się, nie zamierzam cię zjeść.
Jej uszy drgnęły. Nie była pewna, czy powinna się roześmiać.
— Pod moim okiem wyrośnie z ciebie całkiem niezła wojowniczka — dodał.
Przez moment chciała odpowiedzieć, że jej matka chyba wcale tak nie uważa. Powstrzymała się jednak.
Dzwonkowy Świst wierzył w nią, a jemu akurat chciała wierzyć.
— Nie boję się — powiedziała w końcu, choć zabrzmiało to mniej pewnie, niż chciała. — Po prostu jestem zmęczona.
Ognik skinął głową.
— Rozumiem. Jak na pierwszy dzień, to sporo wrażeń.
Po chwili ruszył dalej.
— Chodź. Musisz znaleźć sobie dobre miejsce w legowisku uczniowskim.
Żywica poczuła nieprzyjemne ukłucie na samą myśl o tym.
***
Legowisko uczniowskie było zupełnie inne niż żłobek, choć Żywica spodziewała się tego od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszała o swoim mianowaniu. Dopiero jednak przekraczając jego wejście, naprawdę poczuła różnicę. Żłobek zawsze kojarzył jej się z ciepłem i spokojnym chaosem — z zapachem mleka, miękkiego mchu i futra bliskich jej kotów. Tutaj natomiast wszystko wydawało się większe i poważniejsze. W powietrzu unosiły się zapachy uczniów, którzy od wielu księżyców trenowali, polowali i przygotowywali się do zostania wojownikami. Ich posłania były ułożone w sposób, który sugerował porządek i pewność siebie, a Żywica po raz pierwszy poczuła, że znalazła się w miejscu, do którego jeszcze nie pasuje.
Przez chwilę stała przy wejściu, nie wiedząc, czy powinna ruszyć dalej. Miała wrażenie, że wszyscy widzą, jak bardzo jest obca. Że każdy kot w środku dostrzega w niej jeszcze to samo nieśmiałe kocię, które niedawno całe dnie spędzało w żłobku, chowając się za bratem i zbierając kolorowe kamyki oraz pióra. Teraz jednak miała nosić imię Żywicznej Łapy. Miała rozpocząć trening. Miała pewnego dnia stać się wojowniczką. Samo imię wciąż brzmiało dziwnie, jakby należało do kogoś zupełnie innego.
W końcu znalazła wolny kawałek miejsca przy ścianie i ostrożnie zaczęła układać mech pod swoje posłanie. Przez chwilę patrzyła na swoje łapy, czując nieprzyjemne ukłucie w gardle. Nie chciała płakać. Nie tutaj. Nie pierwszego dnia jako uczennica. Wiedziała, że wojownicy powinni być odważni, a ona przecież właśnie rozpoczęła drogę, która miała ją do tego doprowadzić. Tylko że w tej chwili wcale nie czuła się kimś, kto kiedyś będzie potrafił stawić czoła niebezpieczeństwu. Czuła się jak małe kocię, któremu ktoś nagle kazał dorosnąć.
Najbardziej bolała jednak nie sama zmiana miejsca.
Brakowało jej Bursztyna.
Przez całe życie jego obecność była czymś oczywistym. Nie musiała nawet z nim rozmawiać, aby czuć się spokojniejsza. Wystarczało, że spał obok, że słyszała jego oddech albo czuła, jak przez sen przypadkiem trąca ją łapą. Czasem dosyć boleśnie.
Był częścią jej codzienności tak naturalną, że nigdy nie zastanawiała się, jak wyglądałoby życie bez niego. Teraz po raz pierwszy miała zasnąć sama, otoczona przez obce koty, których głosy i zapachy dopiero zaczynała poznawać.
Przez długi czas leżała nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy otoczenia. Słyszała czyjeś ciche rozmowy, szuranie łap po ziemi i spokojne oddechy śpiących uczniów. Każdy z tych dźwięków przypominał jej, że znajduje się w nowym miejscu. Próbowała wyobrazić sobie, że obok niej nadal leży Bursztyn, że za chwilę się poruszy i mruknie coś przez sen, ale rzeczywistość pozostawała niezmienna. Jego nie było.
Obiecał jej przecież, że nigdy jej nie zostawi.
Wiedziała, że to nie była jego wina. Wiedziała, że nie chciał jej zostawić i że sam pewnie czuł się źle, pozostając w żłobku, podczas gdy ona zaczynała nowy etap życia. Mimo to gdzieś głęboko w sercu tkwiło dziwne uczucie pustki, którego nie potrafiła się pozbyć.
Dopiero następnego ranka, gdy pierwsze promienie światła zaczęły wpadać do legowiska, Żywica zrozumiała, że mimo wszystko przetrwała tę noc. Nie była spokojniejsza. Nadal bała się treningu, nadal tęskniła za żłobkiem i nadal najchętniej pobiegłaby prosto do niego, wtuliła się w bok matki i udawała, że nic się nie zmieniło.
Ojciec nie powiedział, że niczego nie będzie się bała. Nie obiecał, że wszystko stanie się łatwe. Po prostu wierzył, że sobie poradzi. Może więc ona również powinna spróbować w to wierzyć.
[4410 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz