Pora Nagich Drzew
Dopiero co wróciłam z treningu z Rohan. Mentorka poświęciła dzisiejszy dzień na ćwiczenie poruszania się po ośnieżonych gałęziach i wyszukiwanie śladów zwierzyny, które częściowo przykrył świeży opad. Nie było łatwo. Śnieg potrafił ukryć nawet wyraźne tropy, a oblodzona kora zmuszała mnie do stawiania każdego kroku z ogromną ostrożnością. Mimo zmęczenia czułam jednak satysfakcję. Każdy taki trening przybliżał mnie do dnia, w którym sama zostanę pełnoprawną zwiadowczynią.
Otrzepałam łapy ze śniegu i przez chwilę bez celu rozglądałam się po obozie. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Czarny kocur z charakterystycznymi białymi “skarpetkami” na przednich łapach wyróżniał się nawet pośród krajobrazu Pory Nagich Drzew. Gronostaj nie był już kociakiem. Niedawno został mianowany uczniem wojownika i od tamtej pory coraz częściej widywałam go u boku Jaśminowca.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pamiętałam go jeszcze ze żłobka. Już wtedy potrafił godzinami zajmować się jedną rzeczą albo opowiadać o czymś z takim zaangażowaniem, że trudno było mu przerwać. Wydawał się trochę inny od większości kociaków, ale nigdy nie uważałam tego za coś złego. Wręcz przeciwnie. Lubiłam słuchać kotów, które patrzyły na świat na swój własny sposób.
Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak radzi sobie podczas pierwszych dni szkolenia. Sama doskonale pamiętałam emocje, które towarzyszyły mi po mianowaniu. Zachwyt mieszał się wtedy z niepewnością, a każdy dzień przynosił tyle nowych informacji, że wieczorem zasypiałam niemal natychmiast. Zastanawiałam się, czy Gronostaj przeżywał to podobnie, czy może od pierwszego dnia wszystko układał sobie w głowie według jakiegoś własnego planu.
Ruszyłam spokojnym krokiem w jego stronę, nie chcąc go wystraszyć ani przeszkodzić mu, jeśli właśnie nad czymś intensywnie się zastanawiał. Dopiero gdy znalazłam się kilka lisich długości od niego, zatrzymałam się i uśmiechnęłam ciepło.
— Cześć, Gronostaju.
Przez krótką chwilę przyglądałam mu się z zaciekawieniem. Miałam wrażenie, że od czasu ceremonii urósł jeszcze bardziej. Nadal był puchaty, przez co wydawał się większy, niż był w rzeczywistości, ale w jego postawie pojawiło się coś nowego. Może odrobina pewności siebie. A może po prostu duma z tego, że wreszcie rozpoczął wymarzone szkolenie.
— Gratuluję mianowania. Jeszcze nie miałam okazji ci tego powiedzieć.
Usiadłam na śniegu, owijając ogon wokół łap. Zimno powoli przenikało przez futro, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po całym dniu biegania po lesie chwila spokojnej rozmowy wydawała się wyjątkowo przyjemna.
— Jak ci idzie trening z Jaśminowcem? — przechyliłam lekko głowę, wyraźnie zaciekawiona odpowiedzią.
— Sama pamiętam swój pierwszy tydzień z Rohan. Wszystko wydawało mi się wtedy nowe. Każdego dnia wracałam do obozu z głową pełną informacji. Czasami miałam wrażenie, że nigdy nie nauczę się tego wszystkiego. Potem okazywało się, że następnego dnia coś, co wcześniej wydawało się trudne, przychodziło już trochę łatwiej.
Na wspomnienie dzisiejszego treningu cicho się zaśmiałam.
— Dzisiaj przez dobre pół dnia ćwiczyłam poruszanie się po ośnieżonych gałęziach. Wydawało mi się, że skoro umiem się wspinać, to śnieg nie zrobi większej różnicy… myliłam się. Kilka razy łapy prawie uciekły mi spod siebie, a Rohan tylko spokojnie powtarzała, żebym nie walczyła z drzewem i zaufała własnej równowadze. Dopiero pod koniec treningu zaczęłam czuć, że naprawdę mam nad tym kontrolę.
Spojrzałam gdzieś ponad jego barkiem, jakby na moment wracając myślami do wysokich gałęzi, po których jeszcze niedawno się wspinałam. Mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każda nowa umiejętność sprawiała, że coraz bardziej rozumiałam las i coraz pewniej się w nim poruszałam. Po chwili znów przeniosłam wzrok na Gronostaja.
— A u was? Co robiliście na pierwszych treningach? Bardziej ćwiczycie walkę, czy najpierw uczycie się podstaw? Zawsze zastanawiało mnie, jak wygląda szkolenie wojowników od środka. Każda ścieżka w klanie jest przecież trochę inna, a rzadko mamy okazję o tym porozmawiać.
Na moim pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech. Naprawdę chciałam go wysłuchać. Lubiłam poznawać doświadczenia innych uczniów, bo choć wszyscy służyliśmy temu samemu klanowi, każdy uczył się zupełnie czegoś innego.
Może właśnie dlatego rozmowy z innymi zawsze wydawały mi się tak ciekawe. Każdy z nas patrzył na świat z innej perspektywy. Wojownik zwracał uwagę na rzeczy, których zwiadowca mógł nawet nie zauważyć, a szaman dostrzegał znaczenie wydarzeń, nad którymi pozostali przechodzili do porządku dziennego. Dzięki takim rozmowom miałam wrażenie, że sama uczę się czegoś nowego, nawet jeśli tego dnia nie opuszczałam już obozu.
Zastanawiałam się też, jak Gronostaj odnajdywał się wśród nowych obowiązków. Czy trening odpowiadał jego uporządkowanemu sposobowi myślenia? Czy Jaśminowiec pozwalała mu analizować wszystko we własnym tempie? Miałam nadzieję, że tak. Każdy mentor uczył inaczej, ale wierzyłam, że potrafiła dostrzec mocne strony swojego ucznia i odpowiednio je wykorzystać.
Przekrzywiłam lekko uszy, cierpliwie czekając na jego odpowiedź. Nie spieszyło mi się nigdzie. Śnieg nadal powoli opadał z gałęzi, wiatr cicho poruszał koronami drzew, a Owocowy Las żył swoim spokojnym, rytmem Pory Nagich Drzew. Przez chwilę mogłam po prostu usiąść i posłuchać, jak wygląda świat oczami świeżo mianowanego ucznia wojownika.
<Gronostaju?>
[858 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz