BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psianka. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2026

Od Psianki CD. Kropli

Przez chwilę przyglądałam się Kropli w milczeniu. Pytanie było proste, ale jego brzmienie sprawiło, że lekko uniosłam brwi. Nie spodziewałam się go. Szczególnie teraz, kiedy to ja praktycznie siłą zaciągnęłam ją do uzdrowicieli, a ona dopiero co dostała polecenie odpoczywania.
— Czy podoba mi się bycie zwiadowcą? — powtórzyłam, jakbym chciała upewnić się, że dobrze usłyszałam.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Usiadłam obok legowiska, na którym leżała Kropla, i przez moment zastanawiałam się, od czego właściwie zacząć.
— Bardzo. — odpowiedź przyszła bez najmniejszego zawahania. — Chyba nawet bardziej, niż na początku sądziłam. Kiedy dostałam Rohan za mentorkę, byłam po prostu szczęśliwa, że w końcu mogę wychodzić poza obóz i poznawać las. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ile rzeczy tak naprawdę można było przeoczyć.
Przymknęłam na moment oczy, przypominając sobie pierwsze treningi.
— Teraz czasami łapię się na tym, że nawet kiedy nigdzie się nie spieszę, i tak zaczynam rozglądać się za śladami. Widzę złamaną gałązkę i zastanawiam się, czy przechodząc tędy, zrobił to kot, czy może jakieś zwierzę. Czuję obcy zapach i od razu próbuję sobie przypomnieć, skąd go znam. Nawet zwykłe wyjście po coś do jedzenia potrafi zamienić się w zgadywanie, kto przeszedł daną ścieżką.
Zaśmiałam się cicho.
— Rohan pewnie byłaby ze mnie dumna, gdyby wiedziała, ile czasu potrafię spędzić na patrzeniu pod łapy.
Ogon zakołysał się lekko za moimi plecami.
— Ale najbardziej podoba mi się to, że cały czas mogę się czegoś uczyć. Wcześniej myślałam, że kiedyś po prostu będę umiała wszystko. Teraz wiem, że chyba nigdy nie będę umiała wszystkiego. I… w sumie bardzo mi się to podoba.
Spojrzałam na Kroplę, a mój uśmiech stał się nieco spokojniejszy.
— Oczywiście czasami jest trudno. Bywają patrole, po których mam ochotę położyć się i już nigdy nie wstawać. Albo takie, podczas których zadaje sobie pytanie, a potem patrzę przed siebie jak kompletnie zdezorientowany kociak. — Parsknęłam śmiechem.
— Ale wtedy przypominam sobie, że jeszcze niedawno nie potrafiłam odróżnić tropu lisa od tropu zwykłego kota.
Przez chwilę przyglądałam się Kropli uważniej.
— Więc tak. Jestem naprawdę szczęśliwa, że zostałam zwiadowczynią. Czuję, że to właśnie moje miejsce.
Nagle jednak lekko przechyliłam głowę.
— Ale… dlaczego pytasz?
Nie było w tym pytaniu podejrzliwości. Raczej zwykła, szczera ciekawość. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że Kropla właśnie wróciła od uzdrowicieli i powinna odpoczywać.
— Właściwie… możesz mi odpowiedzieć później — dodałam szybko, z lekkim rozbawieniem. — Najpierw powinnaś odpocząć. Gołąbek powiedział, że masz odpoczywać, a ja nie zamierzam pozwolić ci udawać, że wcale tego nie słyszałaś.
Uśmiechnęłam się do niej ciepło, po czym przesunęłam się odrobinę bliżej.
— Chociaż jeśli już pytasz o moje miejsce w klanie… to ja też jestem ciekawa twojego. — zawahałam się na moment.

<Lubisz być stróżem, Kroplo?>

Od Psianki CD. Modrogończyka

Przeszłość

Przez kilka uderzeń serca wpatrywałam się w kwiat, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. Jego delikatne płatki poruszały się lekko na wietrze, a ja powoli przeniosłam wzrok z rośliny na brata. Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, żebym zobaczyła ją właśnie dzisiaj.
Na moim pysku pojawił się szeroki uśmiech.
— Gończyku… jest piękny.
Podeszłam ostrożnie bliżej i pochyliłam się nad kwiatem, przyglądając mu się z niemal dziecięcym zachwytem. Wiedziałam, że Purchawka nazwała mnie właśnie od takiego kwiatu. A teraz on sam odnalazł jeden dla mnie.
Nie mogłam powstrzymać ciepła rozlewającego się po moim sercu.
— Znalazłeś go specjalnie dla mnie? — zapytałam, choć odpowiedź była oczywista. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
— Dziękuję.
Przez chwilę zastanawiałam się, co właściwie powinnam z nim zrobić. Zostawić go tutaj? To byłoby rozsądniejsze. W końcu kwiat mógłby dalej rosnąć, a ja mogłabym wracać w to miejsce i oglądać go przy kolejnych spacerach.
Ale jednocześnie tak bardzo chciałam mieć go przy sobie.
Ostrożnie wyciągnęłam łapę i dotknęłam łodygi.
— Chyba… chcę go zabrać.
Zawahałam się jeszcze przez moment, po czym delikatnie zerwałam kwiat, starając się nie uszkodzić jego płatków. Następnie uniosłam go pyskiem i ostrożnie wsunęłam między futro przy kryzie, tak aby trzymał się tam podczas chodzenia.
Przekręciłam lekko głowę, próbując kątem oka zobaczyć, czy rzeczywiście się utrzyma.
— Jak wyglądam? — zaśmiałam się cicho. — Wiesz co? Podoba mi się.
Kwiat wystawał spomiędzy jasnego futra, kontrastując z ciemnymi łatami na mojej sierści. Był drobnym dodatkiem, ale dla mnie znaczył znacznie więcej niż zwykła ozdoba.
— Będę go nosić — oznajmiłam z przekonaniem. — Dzięki temu zawsze będę pamiętać, że mi go dałeś.
Spojrzałam na brata z ciepłym uśmiechem.
— I nie martw się. Nie zgubię go.
Przez chwilę jeszcze staliśmy obok siebie, a ja zerkałam na kwiat wystający z mojego futra. Wiedziałam, że pewnie długo nie przetrwa. Płatki w końcu zwiędną, a łodyga wyschnie. Mimo to chciałam go zatrzymać tak długo, jak tylko się dało. Nie chodziło przecież o sam kwiat. Chodziło o to, że mój brat pomyślał o mnie.

***

Po chwili musiałam jednak wracać do obozu. Rohan miała czekać na mnie z kolejną częścią treningu, a dobrze wiedziałam, że nie powinnam się spóźniać.
— Chodźmy — mruknęłam, ruszając obok Gończyka.
Co jakiś czas zerkałam na niego kątem oka, a potem na kwiat ukryty w moim futrze. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
Kiedy dotarliśmy do obozu, pożegnałam się z bratem i od razu pobiegłam na spotkanie z Rohan.
Reszta dnia minęła mi na treningu. Wspinaczka, wybieranie odpowiednich gałęzi, obserwowanie terenu i nauka poruszania się między drzewami pochłonęły całą moją uwagę. Mimo zmęczenia za każdym razem, gdy przypadkiem poczułam kwiat w swoim futrze, przypominałam sobie o Gończyku.
I chyba właśnie dzięki temu nawet najtrudniejsze ćwiczenia wydawały mi się trochę łatwiejsze.

Teraźniejszość

Kiedy tylko usłyszałam wieści, nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu. Modrogończyk został asystentem uzdrowiciela. Nie zamierzałam pozwolić mu długo czekać na gratulacje.
Pobiegłam w jego stronę niemal od razu, omijając po drodze kilka kotów i zatrzymując się dopiero tuż przed nim. Puszysty ogon zakołysał się za moimi plecami, a pomarańczowe oczy błyszczały z wyraźnego podekscytowania.
— Gończyku! — uśmiechnęłam się szeroko. — Gratulacje! Naprawdę, gratulacje!
Przez chwilę po prostu mu się przyglądałam. Jeszcze niedawno oboje byliśmy kociakami biegającymi po obozie, a teraz każde z nas miało już własną ścieżkę.
— Wow… — wyrwało mi się z zachwytem. — Oboje jesteśmy pełnoprawnymi członkami klanu!
Zaśmiałam się cicho i szturchnęłam go lekko barkiem.
— Ty uzdrowicielem i przyszłym szamanem, ja zwiadowczynią. Pamiętasz, jak jeszcze niedawno rozmawialiśmy o tym, kim chcemy zostać?
Na moment spojrzałam w stronę obozu.
— Myślisz, że Milknąca Łapa i Łzawa Łapa też już mieli swoje ceremonie?
Przeniosłam wzrok z powrotem na brata.
— Ciekawe, gdzie teraz są. Mam wrażenie, że wszystko dzieje się tak szybko. Ledwo co byliśmy uczniami, a już każde z nas zaczyna dorosłe życie.
Uśmiechnęłam się do niego ciepło.
— Ale jestem z ciebie naprawdę dumna, Gończyku. Wiedziałam, że świetnie sobie poradzisz.
Lekko zmrużyłam oczy, po czym dodałam z rozbawieniem:
— Chociaż teraz chyba będę musiała uważać, żeby nie przychodzić do lecznicy z każdym najmniejszym zadrapaniem. Jeszcze zaczniesz mi wygłaszać wykłady o tym, jak powinnam bardziej uważać na swoje łapy.
Zaśmiałam się cicho.
— Chociaż znając ciebie… pewnie już masz przygotowaną całą listę rzeczy, które robię źle.

<Modrogończyku?>

Od Psianki CD. Gronostaja

Zaśmiałam się cicho, słysząc jego pełne entuzjazmu powitanie. Gronostaj najwyraźniej wcale się nie zmienił. Może urósł, może zaczął trenować jak przyszły wojownik, a jego łapy zdążyły już przyzwyczaić się do ciągłego wysiłku, ale ten sam charakter wciąż przebijał się przez każde jego słowo. Trudno było nie uśmiechnąć się szerzej, kiedy z taką powagą opowiadał o „opresyjnym systemie”.
— Napaść i prześladowanie? — powtórzyłam z rozbawieniem, przechylając lekko głowę. — Wiesz, Gronostaju, chyba nie znam żadnego wojownika, który dostałby swoją rangę za samo narzekanie na treningi.
Przyjrzałam mu się uważniej, gdy wspomniał o swoich łapach. Teraz kiedy wiedziałam, ile czasu spędzał na ćwiczeniach, wcale mnie nie dziwiło, że był zmęczony. Dwa treningi jednego dnia naprawdę musiały dawać się we znaki, szczególnie komuś, kto dopiero przyzwyczajał się do całkowicie nowego trybu życia. Nie zamierzałam jednak oceniać Jaśminowca. Z tego, co mówił Gronostaj, jej metody rzeczywiście przynosiły efekty.
— Chociaż przyznam, że trochę rozumiem, dlaczego każe ci tyle ćwiczyć. — Uśmiechnęłam się łagodnie. — Nie zazdroszczę ci tych dwóch treningów dziennie, ale skoro sam widzisz, że robisz postępy, może nie jest aż tak źle, jak próbujesz nam wszystkim wmówić.
Poruszyłam ogonem, a moje spojrzenie na moment powędrowało w stronę drzew otaczających obóz. Przez chwilę zastanawiałam się nad jego słowami o zwiadowcach.
— Chociaż… nie jestem pewna, czy jako zwiadowca miałbyś aż tak łatwo.
Zaśmiałam się pod nosem.
— Też mamy swoje bagno. Tylko czasami jest nim dosłownie las. — Zerknęłam na niego z rozbawieniem. — I uwierz mi, kiedy uczysz się poruszać po gałęziach, śnieg potrafi być równie zdradliwy, jak błoto. Wystarczy jeden źle postawiony krok i nagle, zamiast siedzieć wysoko nad ziemią, leżysz pod drzewem i zastanawiasz się, co właściwie poszło nie tak.
Na wspomnienie swoich pierwszych treningów uśmiechnęłam się nieco szerzej. Wtedy wszystko wydawało mi się trudniejsze, niż było w rzeczywistości. Pamiętałam, jak wiele razy musiałam poprawiać własne błędy, zanim zaczęłam poruszać się po lesie bez ciągłego zastanawiania się nad każdym krokiem.
— Ale nie zamieniłabym tego na nic innego. Naprawdę. — Spojrzałam ponownie na Gronostaja. — Chyba każdy z nas ostatecznie trafia na coś, co mu odpowiada. Tobie może jeszcze trudno to zauważyć, bo jesteś na początku szkolenia, ale kiedy pewnego dnia nauczysz się czegoś, co wcześniej wydawało ci się kompletnie niemożliwe… wtedy chyba zaczynasz rozumieć, po co właściwie były te wszystkie treningi.
Przez chwilę milczałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu rozmowa zeszła na moje mianowanie, a kiedy usłyszałam jego komentarz, uniosłam lekko brew.
— Niefajnie, że się starzeję? — powtórzyłam, wyraźnie rozbawiona. — Czyli według ciebie zostanie zwiadowczynią, oznacza automatycznie starzenie się?
Pokręciłam głową, po czym szturchnęłam go delikatnie ogonem w bok.
— Dzięki. Chyba.
Obserwowałam, jak zabiera się za mysz, a po chwili sama sięgnęłam po przyniesioną przez niego zdobycz. Przyjrzałam jej się przez moment, po czym skinęłam głową z uznaniem.
— I dziękuję za mysz. Naprawdę. Nie musiałeś mi jej przynosić, ale to miłe.
Przesunęłam zdobycz bliżej siebie, choć nie zaczęłam jeszcze jeść. Zamiast tego zerknęłam na niego, kiedy zaczął narzekać na tempo własnego życia.
— Wiesz… chyba nie jesteś jedyny, który czasami ma wrażenie, że wszystko dzieje się za szybko.
Usiadłam wygodniej, owijając puszysty ogon wokół łap.
— Kiedy zostałam mianowana, też przez jakiś czas miałam wrażenie, że nagle wszyscy oczekują ode mnie czegoś więcej. Że skoro jestem zwiadowczynią, to powinnam już wszystko wiedzieć, wszędzie umieć się odnaleźć i nigdy się nie pomylić. A przecież tak to nie działa.
Spojrzałam na niego spokojnie.
— Nadal uczę się nowych rzeczy. Nadal zdarzają mi się błędy. Czasami po prostu kot zaczyna je zauważać dopiero wtedy, kiedy przestaje być uczniem.
Na chwilę zamilkłam, po czym uśmiechnęłam się ciepło.
— Więc nie martw się tak bardzo tym, że wszystko dzieje się za szybko. Masz jeszcze mnóstwo czasu, żeby nauczyć się być wojownikiem. I nawet jeśli pewnego dnia zostaniesz mianowany, wcale nie oznacza to, że następnego ranka obudzisz się nagle jako chodząca księga wiedzy.
Zmrużyłam lekko oczy, przyglądając mu się z rozbawieniem.
— Chociaż podejrzewam, że ty i tak spróbujesz taką księgę napisać.
Na jego wzmiankę o jedzeniu spojrzałam na stos zwierzyny. Tym razem nie mogłam się powstrzymać przed cichym śmiechem.
— A więc jednak znalazłeś najważniejszy element całej rozmowy.
Wzięłam swoją mysz i ułożyłam ją przed sobą.
— Jedzonko rzeczywiście jest ważne. Szczególnie po dwóch treningach.
Przez moment zastanawiałam się nad jego słowami o walce. Nie znałam dokładnie wszystkich metod Jaśminowca, ale skoro Gronostaj rzeczywiście robił postępy, może jego mentorka wiedziała, co robi.
— Tylko nie zapominaj o jednej rzeczy — dodałam po chwili. — Bycie dobrym wojownikiem nie polega wyłącznie na tym, jak mocno potrafisz uderzyć albo jak długo potrafisz biec. To też umiejętność oceniania sytuacji. Musisz wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy lepiej się wycofać. Kiedy chronić kogoś innego. Kiedy wykorzystać siłę, a kiedy spryt.
Lekko przechyliłam głowę.
— I chyba właśnie dlatego twoja zdolność do analizowania wszystkiego może ci się naprawdę przydać.
Uśmiechnęłam się do niego.
— Tylko postaraj się nie analizować każdego posiłku przez pół dnia. Bo wtedy rzeczywiście zostaniesz starszym szybciej, niż zostaniesz wojownikiem.
Sięgnęłam w końcu po mysz i odgryzłam niewielki kawałek. Po chwili spojrzałam na niego jeszcze raz.
— A tak właściwie… skoro tak bardzo nie chcesz być wojownikiem, to dlaczego nie chcesz nim być?
Zainteresowanie pojawiło się w moich oczach.
— Nie musisz mi odpowiadać, jeśli nie chcesz. Po prostu jestem ciekawa. Wydawało mi się, że jeszcze niedawno bardzo cieszyłeś się z tego, że wreszcie zaczynasz trening.
Przekrzywiłam lekko głowę, czekając na odpowiedź.
— Może po prostu musisz się jeszcze przyzwyczaić. W końcu… nie każdy lubi swoją mentorkę pierwszego dnia.
Zawiesiłam na moment głos, po czym dodałam z niewinnym uśmiechem:
— Szczególnie jeśli ta mentorka regularnie wrzuca go do błota.

<Gronostaju?>

13 sierpnia 2026

Od Psianki CD. Żabiego Oka

Poruszyłam lekko uszami, słysząc pytanie Żabiego Oka, po czym uśmiechnęłam się pogodnie. Nie przeszkadzało mi, że kotka wzięła mnie za wojowniczkę, choć przez chwilę zerknęłam na swoje niewielkie łapy, jakbym sama musiała sobie przypomnieć, że od niedawna moja ranga rzeczywiście się zmieniła. 
— Jeszcze nie tak dawno byłam uczennicą. — odpowiedziałam z lekkim rozbawieniem. — Ale właściwie… właśnie księżyc temu zostałam zwiadowczynią Owocowego Lasu. Mam dopiero jedenaście księżyców, więc chyba rzeczywiście wyglądam trochę młodo jak na kogoś z taką rangą.
Przysiadłam wygodniej na kamieniu, spoglądając na kwiaty, które Żabie Oko zaczęła obrywać. Sama nie zamierzałam ich niszczyć, ale ich delikatny zapach przyjemnie mieszał się z wonią świeżej trawy.
— A ty jesteś wojowniczką, prawda? — dopytałam, przyglądając jej się z zaciekawieniem. — I skoro uciekłaś od obozu tylko na chwilę, to chyba nie muszę się martwić, że zaraz spróbujesz mnie zjeść. Uśmiechnęłam się zaczepnie, najwyraźniej żartując. — Chociaż nadal jestem ciekawa, co właściwie takiego interesującego znalazłaś na tych terenach.
Przez chwilę przyglądałam się jej w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej widziałam ją w obozie albo na którymś ze zgromadzeń. Nie przypominałam sobie jednak niczego, więc tym bardziej ciekawiło mnie, jak wygląda życie w Klanie Nocy. Wiosenny wiatr poruszył delikatnie kwiatami wokół nas, a ja zerknęłam na ścieżkę prowadzącą głębiej w las, zastanawiając się, ile jeszcze takich miejsc mogłabym kiedyś odkryć podczas swoich zwiadów. 
— Właściwie dobrze, że na siebie trafiłyśmy. Rzadko mam okazję porozmawiać z kimś spoza Owocowego Lasu, a skoro obie jesteśmy tutaj z własnej woli, możemy chyba uznać, że to całkiem udany dzień.

<Żabie Oko?>

09 sierpnia 2026

Od Psianki

Przed mianowaniem

Droga powrotna z wyspy była zaskakująco cicha. Większość kotów rozmawiała jeszcze półgłosem o wydarzeniach zgromadzenia, wymieniając się spostrzeżeniami albo śmiejąc z drobnych sytuacji, które wydarzyły się między przemówieniami. Ja jednak szłam kilka kroków za resztą patrolu, pozwalając, by chłodny, nocny wiatr rozwiewał moje futro. W głowie miałam taki mętlik, że nawet nie próbowałam włączać się do rozmów. Tyle wydarzyło się jednego wieczoru, że nie wiedziałam, od czego zacząć porządkowanie własnych myśli.
Jeszcze rano zdawałam próbę na zwiadowczynię. Wciąż pamiętałam dumę w oczach Rohan, kiedy oznajmiła, że poradziłam sobie ze wszystkim, czego ode mnie oczekiwała. Nadal trudno było mi uwierzyć, że już następnego dnia miałam oficjalnie dołączyć do grona zwiadowców Owocowego Lasu. Wydawało mi się, że minęła zaledwie chwila od momentu, gdy pierwszy raz niepewnie próbowałam wspiąć się na drzewo, a teraz potrafiłam bez zawahania przeskakiwać między gałęziami i rozpoznawać tropy pozostawione przez lisa. Wszystko wydarzyło się tak szybko… a mimo to największe emocje tego dnia wcale nie były związane z moją próbą. Były związane z rodzeństwem.
Kiedy tylko dotarliśmy na wyspę, odruchowo zaczęłam rozglądać się po tłumie. Wiedziałam, że szanse na szybkie odnalezienie znajomych pysków były niewielkie. Koty z czterech klanów mieszały się ze sobą, rozmawiały, śmiały się, wymieniały nowinki. Dla mnie wszystkie wydawały się wyższe. Co chwilę ktoś zasłaniał mi widok ogonem albo barkiem, przez co musiałam stawać na palcach i wyciągać szyję, próbując wypatrzeć biało-czarne futro Łzawej Łapy albo ciemniejszą sylwetkę Milknącej Łapy. Im dłużej szukałam, tym bardziej zaczynałam myśleć, że może żadne z nich nie przyszło. Wtedy natknęłam się na dwóch uczniów z innych klanów.
Kurza Łapa od razu wydał mi się sympatyczny, choć trochę zaskoczyła mnie jego powaga. Obok niego stał drugi kocur o imieniu tak długim i skomplikowanym, że chyba nigdy nie zapomnę własnego zakłopotania. Próbowałam je powtórzyć chyba trzy razy i za każdym razem wychodziło mi coś zupełnie innego.
Frina…? Firanentowa…? Firankowa…?
Na samo wspomnienie poczułam, jak uszy robią mi się ciepłe. Na szczęście Firmamentowa Łapa zareagował śmiechem i cierpliwie powtórzył swoje imię. Chyba nie obraził się za moją pomyłkę, a ja odetchnęłam z ulgą. Było mi trochę głupio, ale jednocześnie nie mogłam przestać myśleć o tym, jak niezwykłe było poznawanie kotów z innych klanów. Każdy miał inne doświadczenia, inne zwyczaje i nawet wierzył w coś innego. Kiedy wspomniałam o Wszechmatce, obaj słuchali z takim zainteresowaniem, jakbym opowiadała im najpiękniejszą legendę świata. To było… miłe.
Najbardziej jednak zapamiętałam moment, gdy zapytałam Kurzą Łapę o moje rodzeństwo. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi, kiedy potwierdził, że znał Milknącą Łapę i Łzawą Łapę. Każde jego kolejne słowo chłonęłam z ogromną uwagą. Dowiedziałam się, że Łza uczyła się bardzo szybko. Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Zawsze była ambitna i chciała być najlepsza. Potem wspomniał o Zewie… a właściwie Milknącej Łapie. Powiedział tylko, że “radzi sobie”. Niby nic wielkiego, ale przez resztę wieczoru zastanawiałam się, co dokładnie miał na myśli. Czy naprawdę wszystko było dobrze? Czy może ukrywał przede mną coś, czego nie chciał mówić obcej kotce?
Nie zdążyłam jednak długo nad tym rozmyślać. Nagle gdzieś za moimi plecami rozległ się głośny plusk. Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam coś, od czego aż zamarłam. Gronostaj zniknął pod powierzchnią wody, a chwilę później Alka próbowała wyciągnąć go na brzeg… tylko po to, żeby sama również wpaść do wody. Przez ułamek sekundy wszyscy patrzyli na nich w osłupieniu, zanim Kurka bez chwili zawahania rzucił się do wody.
Pobiegłam za nim, ile sił w łapach. Wiedziałam, że nie mogłam wskoczyć do rzeki, sama narobiłabym tylko więcej problemów. Gdy tylko Kurka wyciągnął Alkę na brzeg, od razu złapałam ją za kark i odciągnęłam dalej, robiąc miejsce na Gronostaja. Wszystko działo się tak szybko, że dopiero po chwili dotarło do mnie, jak niewiele brakowało do tragedii. Alka oczywiście próbowała uciec.
Dotąd nie wiem, skąd wzięłam odwagę, żeby zastąpić jej drogę. Była prawie mojego wzrostu, ale wyglądała tak, jakby za chwilę znowu chciała gdzieś pobiec. Zanim zdążyłam się zastanowić, zaczęłam ją strofować, a gdy próbowała mnie wyminąć, złapałam ją za ogon i odprowadziłam z powrotem do Kurki. Nawet teraz uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie tego, jak oburzona wykrzykiwała, że sama kiedyś zostanie zwiadowczynią i na pewno nie będzie mnie słuchać.
Może rzeczywiście kiedyś nią zostanie. Oby tylko wcześniej nauczyła się nie wskakiwać do lodowatej wody. Dopiero po tym całym zamieszaniu odnalazł mnie Milknąca Łapa.
Na sam dźwięk jego głosu odwróciłam się tak szybko, że prawie wpadłam na przechodzącego wojownika. Nie widzieliśmy się od sześciu księżyców. To strasznie długo. Wystarczająco długo, żeby z drobnego kociaka wyrósł wyższy ode mnie uczeń. Wystarczająco długo, żebyśmy oboje zaczęli podążać zupełnie innymi ścieżkami.
Rozmawialiśmy chyba tylko kilka chwil, ale dla mnie mogłyby trwać całą noc. Opowiadałam mu o zdanej próbie zwiadowczyni, o Rohan i o tym, jak bardzo nie mogłam doczekać się ceremonii. On z kolei opowiedział mi o swoim treningu, o Klanie Burzy i… o Łzawej Łapie.
To właśnie ta część rozmowy najbardziej utkwiła mi w pamięci. Nie spodziewałam się, że ich relacje staną się aż tak trudne. Zawsze wyobrażałam sobie, że skoro trafili do jednego klanu, będą mogli wspierać się każdego dnia. Tymczasem z jego słów wynikało coś zupełnie odwrotnego. Słuchałam go uważnie, próbując znaleźć odpowiednie słowa pocieszenia, ale jednocześnie czułam, jak robi mi się zwyczajnie smutno. Rodzeństwo powinno być dla siebie oparciem. Najbardziej zabolało mnie jednak coś zupełnie innego. Nie zobaczyłam Łzawej Łapy ani przez chwilę.
Przez całe zgromadzenie wypatrywałam jej sylwetki. Kiedy rozmawiałam z Kurzą Łapą. Kiedy pomagałam Kurce ratować Gronostaja i Alkę. Nawet wtedy, gdy żegnałam się z Milknącą Łapą, mimowolnie rozglądałam się po wyspie. Może właśnie rozmawiała z kimś po drugiej stronie. Może była zajęta obowiązkami uczennicy medyczki. A może po prostu nasze ścieżki tego wieczoru ani razu się nie przecięły.
Bardzo chciałam wierzyć, że następnym razem będzie inaczej. Zanim dotarliśmy do obozu, podniosłam wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu. Zastanawiałam się, czy Wszechmatka specjalnie pozwoliła mi spotkać tylko jednego z rodzeństwa. Może chciała przypomnieć mi, że nawet jeśli nasze drogi się rozeszły, więzi między nami wcale nie zniknęły. Nadal byliśmy rodziną. Nadal tęskniliśmy za sobą.
Wtuliłam nos głębiej w puszystą kryzę i uśmiechnęłam się do własnych myśli. Jutro miałam zostać zwiadowczynią Owocowego Lasu. Chciałam wierzyć, że gdzieś daleko Milknąca Łapa zasypiał z myślą o naszej rozmowie, a Łzawa Łapa, nawet jeśli się nie spotkałyśmy, również była bezpieczna. To wystarczyło, by tej nocy zasnąć z odrobinę lżejszym sercem.

01 sierpnia 2026

Od Psianki

Poranek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Otworzyłam oczy jeszcze zanim pierwsze promienie słońca zdążyły przebić się przez gęste korony drzew otaczających obóz. Przez krótką chwilę leżałam nieruchomo w legowisku, wsłuchując się w cichy szelest liści i odgłosy budzącego się Owocowego Lasu. Powietrze pachniało świeżą rosą oraz wilgotną korą, a gdzieś niedaleko dało się usłyszeć pierwsze świergoty ptaków. Wszystko wydawało się takie samo jak każdego innego dnia… a jednak czułam, że dzisiejszy poranek był zupełnie wyjątkowy.
Nie potrafiłam już zasnąć. Serce biło mi szybciej na samą myśl o tym, co miało wydarzyć się za kilka godzin. W głowie raz po raz wracała wczorajsza próba, podczas której Rohan sprawdziła wszystko, czego uczyła mnie przez ostatnie księżyce. Każdy skok między gałęziami, każde rozpoznane drzewo i każdy trop lisa przewijały się przed moimi oczami niczym obrazy z dawno opowiedzianej historii. Nadal trudno było uwierzyć, że mentorka uznała mnie za gotową.
Powoli podniosłam się z legowiska i przeciągnęłam, czując przyjemne napięcie w mięśniach. Dopiero teraz dotarło do mnie, że od rozpoczęcia treningu minęły zaledwie cztery księżyce. Jeszcze niedawno z niepewnością stawiałam pierwsze kroki na gałęziach, a dziś miałam stanąć przed całym Owocowym Lasem jako uczennica, która zakończyła szkolenie. Sama myśl wydawała się niemal nierealna.
Ostrożnie wyszłam z legowiska uczniów. Poranne światło przesączało się między liśćmi ogromnej topoli znajdującej się pośrodku obozu, rozświetlając drewniane pomosty oraz wijące się pomiędzy nimi ścieżki. Kilku wojowników wracało właśnie z nocnego patrolu, podczas gdy inni dopiero przygotowywali się do swoich obowiązków. Stróże porządkowali stos ziół i zdobyczy, karmicielki zajmowały się najmłodszymi, a gdzieś wysoko nad ziemią przemknęła sylwetka jednego ze zwiadowców, niemal bezszelestnie przeskakując pomiędzy gałęziami.
Przyglądałam się temu wszystkiemu z cichym uśmiechem. Jeszcze przez kilka godzin byłam jedną z uczennic. Potem wszystko miało się zmienić.
Nie czułam jednak strachu. Owszem, w brzuchu wirowało mi od emocji, ale nie był to lęk. Bardziej przypominało to ekscytację zmieszaną z niedowierzaniem. Przez ostatnie dni nieustannie zastanawiałam się, czy naprawdę zasłużyłam na zakończenie szkolenia. Rohan nigdy nie rozdawała pochwał na wyrost. Każdy komplement trzeba było u niej wypracować, a każdy błąd cierpliwie poprawić. Skoro więc powiedziała, że jestem gotowa… musiałam jej zaufać.
Mimo wszystko trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka księżyców temu ledwo utrzymywałam równowagę na grubych konarach. Dzisiaj potrafiłam przebiegać po nich niemal odruchowo, odnajdując odpowiedni rytm własnych łap. Las przestał być dla mnie plątaniną drzew. Stał się czymś znajomym. Wiedziałam, które gałęzie uginają się pod ciężarem, gdzie najłatwiej znaleźć wiewiórki i które ścieżki najczęściej wybierają lisy. Każdy trening zostawiał we mnie kolejną lekcję.
Usiadłam na chwilę niedaleko stosu zdobyczy, bardziej próbując uspokoić myśli niż naprawdę odpocząć. Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się nad Zewem i Łzą. Minęło już pół roku, odkąd opuścili Owocowy Las i przenieśli się do Klanu Burzy. Przez ten czas nie miałam z nimi żadnego kontaktu. Czasami wyobrażałam sobie, jak wyglądają ich treningi i czy także zbliżają się do zakończenia nauki.
Zew zapewne nadal co chwilę zamyślał się podczas spacerów. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie wszystkich sytuacji, kiedy wpadał na innych albo zwyczajnie nie zauważał przeszkód przed własnym nosem. Miał jednak w sobie ogromną ciekawość świata i właśnie dlatego byłam niemal pewna, że świetnie odnalazłby się jako zwiadowca.
Łza pozostawała dla mnie większą zagadką. Była spokojniejsza, bardziej opanowana i potrafiła zachować zimną krew tam, gdzie ja albo Zew już dawno dalibyśmy się ponieść emocjom. Czasem zastanawiałam się, czy zdecydowała się zostać kronikarką, przewodniczką, wojowniczką, a może obrała zupełnie inną drogę. Chciałabym kiedyś ich zobaczyć. Choćby na jednym zgromadzeniu. Chociaż przez kilka chwil posłuchać o wszystkim, czego nauczyli się przez te miesiące.
Westchnęłam cicho i podniosłam wzrok ku najwyższym gałęziom topoli. Może kiedyś nasze ścieżki znowu się przetną. Moje rozmyślania przerwał ruch wysoko nade mną. Dostrzegłam sylwetkę Czereśni, który wspiął się na najniższą z charakterystycznych gałęzi górujących nad obozem. Sam jego widok wystarczył, by rozmowy wokół zaczęły stopniowo cichnąć. Koty odrywały się od swoich obowiązków i kierowały spojrzenia ku przywódcy.
Serce ponownie zabiło mi mocniej. To już. Czereśnia przez krótką chwilę milczał, pozwalając, by cały obóz zgromadził się pod rozłożystą topolą. Wojownicy wracali z patroli, stróże odkładali wykonywane przed momentem obowiązki, a uczniowie przerywali rozmowy i treningi. Nawet kociaki wychylały się ostrożnie z legowiska, ciekawie obserwując zbierających się członków Owocowego Lasu. Nad obozem panowała niezwykła cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków oraz szelestem młodych liści poruszanych delikatnym, wiosennym wiatrem.
Stałam pomiędzy pozostałymi uczniami, próbując zachować spokój. Ogon jednak zdradzał moje emocje, co chwilę poruszając się niespokojnie za moimi plecami. Wpatrywałam się w przywódcę z taką uwagą, że niemal zapomniałam oddychać. Wiedziałam, po co wszyscy zostaliśmy zwołani. Wiedziała o tym również Rohan, siedząca kilka lisich długości ode mnie z charakterystycznym spokojem wymalowanym na pysku. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, mentorka uśmiechnęła się do mnie niemal niezauważalnie. Ten drobny gest wystarczył, by odrobina napięcia opuściła moje barki.
Przypomniałam sobie pierwszy dzień treningu. To wtedy niepewnie stawiałam łapy na gałęziach, kurczowo wbijając pazury w korę, przekonana, że zaraz spadnę. Pamiętałam, jak Rohan cierpliwie tłumaczyła mi, że zwiadowca nie walczy z drzewem, lecz pozwala mu się prowadzić. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dopiero po wielu księżycach pojęłam, co miała na myśli. Gałęzie naprawdę zaczynały być przedłużeniem własnych łap, jeśli tylko przestało się z nimi siłować.
Przez głowę przemknęły mi kolejne wspomnienia. Pierwsze samodzielnie rozpoznane tropy lisa. Pierwsza udana wspinaczka na najwyższe konary. Chwile zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę wystarczająco dobra. Każdy z tych momentów prowadził właśnie tutaj, pod ogromną topolę będącą sercem Owocowego Lasu.
— Psianko, wystąp — głos Czereśni poniósł się po całym obozie.
Poczułam, jak serce na moment zatrzymało się w piersi. Przełknęłam ślinę i zrobiłam kilka spokojnych kroków naprzód, zatrzymując się dokładnie pod najniższą gałęzią. Wokół czułam na sobie spojrzenia całej społeczności. Jeszcze kilka księżyców temu pewnie speszyłabym się pod ich ciężarem. Teraz nadal czułam tremę, ale nie była już paraliżująca. Była raczej przypomnieniem, jak ważna była ta chwila. Podniosłam głowę, patrząc prosto na przywódcę.
Czereśnia obserwował mnie przez krótką chwilę, jakby upewniał się, że naprawdę stoi przed nim ta sama kotka, która kilka księżyców wcześniej rozpoczynała szkolenie.
— Najwyższy czas, abyś dołączyła do grona zwiadowców. Wykazałaś się empatią, wytrwałością oraz niezwykłą spostrzegawczością. Czy przysięgasz pozostać lojalną naszej społeczności i czuwać nad jej bezpieczeństwem?
Słowa odbiły się echem w mojej głowie. Nie musiałam się zastanawiać.
— Przysięgam — powiedziałam to pewnym głosem. Głośniej, niż sama się spodziewałam. Na pysku przywódcy pojawił się spokojny uśmiech.
— A zatem witamy cię jako nową zwiadowczynię Owocowego Lasu! — Przez krótką chwilę świat jakby zamarł. Potem obóz wypełniły głosy.
— Psianka! Psianka! Psianka!
Imię niosło się pomiędzy pniami drzew, odbijając od koron niczym ptasi śpiew. Uśmiechnęłam się szeroko, nie potrafiąc już dłużej ukrywać radości. Rozglądałam się po zgromadzonych kotach, dostrzegając znajome pyski. Niektóre uśmiechały się szeroko, inne kiwały głowami z uznaniem. Nawet starsi członkowie społeczności wyglądali na zadowolonych. Mój wzrok odnalazł Rohan. To właśnie na niej zatrzymałam go najdłużej.
Mentorka nie należała do kotów okazujących emocje w przesadny sposób. Nie podbiegła, nie powiedziała nic głośno. Wystarczyło jednak jedno skinienie głowy i ciepło widoczne w jej oczach, żebym zrozumiała wszystko. Była ze mnie dumna. I chyba właśnie to znaczyło dla mnie najwięcej.
Poczekałam, aż głosy powoli ucichną. Dopiero wtedy zrobiłam krok w tył, wracając pomiędzy pozostałych członków społeczności. Czułam na sobie serdeczne spojrzenia wojowników, uczniów i starszych, którzy jeszcze przed chwilą wykrzykiwali moje imię. Kilka kotów skinęło mi głową, inne uśmiechnęły się ciepło, składając krótkie gratulacje, gdy przechodziłam obok. Jeszcze wczoraj byłam uczennicą. Dziś stałam wśród zwiadowców jako jedna z nich. Nie potrafiłam przestać się uśmiechać.
Emocje powoli opadały, ustępując miejsca przyjemnemu ciepłu rozlewającemu się po całym ciele. Wciąż miałam wrażenie, że wszystko działo się trochę obok mnie, jakbym obserwowała czyjąś historię. Jeszcze niedawno z podziwem patrzyłam na zwiadowców przemykających wysoko nad obozem po splątanych gałęziach drzew. Wydawali się wtedy niemal częścią lasu, cisi, szybcy i pewni każdego kroku. Teraz sama należałam do ich grona.
Mój wzrok odruchowo powędrował ku koronie ogromnej topoli górującej nad obozem. Jej gałęzie poruszały się lekko na wietrze, a młode liście szeleściły cicho, jakby sam las świętował razem z nami. Pomyślałam o wszystkich godzinach spędzonych wysoko nad ziemią. O obdartych opuszkach łap, o pierwszych upadkach na niższe konary, o chwilach zwątpienia, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie będę poruszać się z taką lekkością jak Rohan. Każdy z tych momentów miał sens. To właśnie one doprowadziły mnie tutaj.
Zerknęłam na swoją mentorkę, która rozmawiała chwilę z Czereśnią. Mimo że ceremonia dobiegła końca, wciąż wyglądała równie spokojnie, jak zawsze. Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy pamiętała własne mianowanie. Czy także czuła wtedy ten sam ścisk w brzuchu, tę samą mieszaninę radości, dumy i niedowierzania? Nigdy o to nie pytałam. Może kiedyś znajdzie się odpowiedni moment.
Powoli zaczęłam oddalać się od tłumu. Potrzebowałam chwili, żeby uporządkować własne myśli. Słońce Pory Nowych Liści ogrzewało futro coraz mocniej, a delikatny wiatr przynosił zapach świeżych pąków i wilgotnej ziemi. Pora Nowych Liści dopiero się rozpoczynała. Las budził się do życia, a ja miałam wrażenie, że razem z nim zaczynał się zupełnie nowy rozdział mojego własnego. Nagle przypomniałam sobie, że to jeszcze nie koniec tego dnia.
Wieczorem miał odbyć się rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia. Na samą myśl poczułam przyjemny dreszcz. Od najmłodszych księżyców słuchałam opowieści o Imionach Duszy. Każde z nich było inne. Każde opowiadało historię swojego właściciela i wskazywało drogę, którą miał podążać przez resztę życia. Zawsze zastanawiałam się, jakie mogłoby być moje. Czy będzie związane z lasem? Z drzewami? A może z czymś zupełnie innym, czego jeszcze nie potrafiłam dostrzec?
Nie znałam odpowiedzi. I właśnie dlatego nie mogłam doczekać się zmierzchu. Mimo ekscytacji starałam się jednak nie wybiegać myślami zbyt daleko. Wiedziałam, że rytuał nie polegał na zgadywaniu ani wymyślaniu imienia. Trzeba było pozwolić Wszechmatce poprowadzić własne serce. Purchawka wiele razy tłumaczyła mi, że Imienia Duszy nie da się odnaleźć siłą. Ono przychodzi samo, jeśli tylko jest się gotowym je usłyszeć.
Powoli wypuściłam powietrze z płuc. Byłam gotowa. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Kiedy słońce zaczęło powoli przesuwać się ku zachodowi, a jego ciepłe światło zabarwiło korony drzew odcieniami złota i pomarańczu, czułam, że każda kolejna chwila przybliżała mnie do czegoś jeszcze ważniejszego niż samo mianowanie. Zostałam zwiadowczynią Owocowego Lasu. Teraz pozostało już tylko poznać imię, które Wszechmatka przygotowała specjalnie dla mnie.
Zmierzch nadszedł spokojnie. Słońce powoli chowało się za koronami drzew, pozostawiając po sobie ciepłe odcienie złota, pomarańczu i delikatnego różu, które rozlewały się pomiędzy gałęziami Owocowego Lasu. W ciągu zaledwie kilku chwil gwar obozu ucichł. Wojownicy kończyli ostatnie obowiązki, uczniowie wracali z patroli, a wśród koron drzew coraz wyraźniej rozbrzmiewał śpiew wieczornych ptaków. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi, młodych liści i kwitnących krzewów.
Siedziałam przed legowiskiem zwiadowców, wciąż nie mogąc przyzwyczaić się do myśli, że właśnie tam od dziś było moje miejsce. Co jakiś czas odruchowo spoglądałam na prawe ucho, choć dobrze wiedziałam, że dopiero za chwilę pojawi się na nim charakterystyczne nacięcie. Niewielki znak, który dla innych mógł wydawać się jedynie blizną, dla mnie miał oznaczać coś znacznie większego. Był dowodem, że przeszłam drogę od niezdarnej uczennicy do pełnoprawnej zwiadowczyni.
Usłyszałam ciche kroki za swoimi plecami. Odwróciłam głowę i niemal od razu dostrzegłam mamę. Purchawka uśmiechała się łagodnie, a w jej złotych oczach odbijało się dogasające światło zachodu. Wyglądała spokojnie jak zawsze, choć miałam wrażenie, że pod tą spokojną powierzchnią kryła się duma, której nawet ona nie próbowała ukrywać.
— Gotowa? — zapytała cicho, na co skinęłam głową.
— Chyba tak — odparłam, a mama zaśmiała się pod nosem.
— “Chyba” oznacza, że jednak trochę się denerwujesz.
— Odrobinę. To… trochę dziwne. Dzisiaj rano zostałam zwiadowczynią, a teraz mam poznać Imię Duszy. Mam wrażenie, że wszystko wydarzyło się tak szybko. — Opuściłam wzrok na własne łapy. Purchawka podeszła bliżej i delikatnie musnęła końcem ogona mój bark.
— Tak właśnie bywa z ważnymi chwilami. Czeka się na nie przez wiele księżyców, a kiedy wreszcie nadchodzą… mijają w mgnieniu oka.
Przez moment szłyśmy w ciszy. Nie przeszkadzała mi ona. Wręcz przeciwnie. Cisza pozwalała uspokoić serce, które od rana chyba ani na chwilę nie zwolniło.
Powoli opuściłyśmy obóz. Wieczorne światło przesączało się przez młode liście, tworząc na leśnym poszyciu mozaikę złotych plam. Szłyśmy dobrze znaną ścieżką, jednak dzisiaj wydawała mi się inna. Każdy krok miał w sobie pewną uroczystość. Jakby sam las wiedział, dokąd zmierzałyśmy. Przypomniałam sobie wszystkie historie, które słyszałam jako kociak.
Starsi opowiadali, że podczas rytuału Wszechmatka odsłaniała kotu jego prawdziwe oblicze. Nie zmieniała go. Nie tworzyła na nowo. Pokazywała jedynie to, kim zawsze był głęboko w swoim sercu. Wtedy wydawało mi się to niezrozumiałe. Dzisiaj zaczynałam rozumieć.
Przez ostatnie cztery księżyce nie nauczyłam się jedynie wspinać po drzewach czy odczytywać tropów lisów. Nauczyłam się ufać własnym decyzjom. Przestałam bać się świata poza obozem. Zrozumiałam, że zwiadowca nie był tylko oczami społeczności. Był także tym, który odnajdywał drogę wtedy, gdy inni ją gubili. Ta myśl sprawiła, że mimowolnie pomyślałam o Zewie i Łzie. Minęło już sześć księżyców od naszego rozstania.
Wyrwałam się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy Purchawka zatrzymała się przed niewielką polaną. To właśnie tutaj miał rozpocząć się rytuał. Wieczorne niebo powoli ciemniało, a pomiędzy pierwszymi gwiazdami zaczynał pojawiać się cienki sierp księżyca. Powietrze było nieruchome. Nawet liście zdawały się szeleścić ciszej niż zwykle. Mama spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem.
— Od tej chwili pozwól prowadzić się własnemu sercu. Nie próbuj niczego wymyślać ani szukać na siłę. Wszechmatka już zna odpowiedź. Ty masz jedynie ją odnaleźć.
Wzięłam głęboki oddech. Skinęłam głową. I zrobiłam pierwszy krok w stronę miejsca, w którym za kilka chwil miałam poznać swoje Imię Duszy. Purchawka usiadła i gestem zaprosiła mnie bliżej.
— To tutaj koty od pokoleń poznają swoje Imię Duszy.
Podeszłam powoli, nie odrywając wzroku od matki.
— Nie musisz się spieszyć. Zamknij oczy. Wsłuchaj się w las. Nie próbuj niczego wymyślać. Imienia się nie szuka. Ono samo przychodzi.
Posłusznie usiadłam obok niej i zamknęłam oczy. Na początku słyszałam tylko własny oddech. Potem coraz wyraźniej docierały do mnie odgłosy otoczenia. Szum gałęzi. Cichy śpiew wieczornych ptaków. Trzask gałązki gdzieś daleko. Delikatny powiew wiatru przesuwający się między liśćmi. Każdy dźwięk był częścią czegoś większego.
Przed oczami zaczęły pojawiać się obrazy. Nie wiedziałam nawet, czy je sobie wyobrażałam, czy naprawdę je czułam. Zobaczyłam kocięcy żłobek. Siebie biegającą z rodzeństwem. Pierwsze wyjście poza obóz. Rohan uczącą mnie stawiać łapy na gałęziach. Las pełen ścieżek. Ścieżek małych i dużych, ledwie widocznych, wydeptanych przez pokolenia kotów, prowadzących do legowisk, do granic, do domu.
W pewnym momencie zrozumiałam, że przez całe życie właśnie ścieżki prowadziły mnie naprzód. Jedna zaprowadziła mnie do Kropli, kiedy jeszcze byłam kociakiem. Inna do Borowika. Kolejna do Puchacza. Jeszcze inna do Gronostaja. Każde spotkanie zostawiało po sobie niewielki ślad, który prowadził mnie dalej.
Pomyślałam też o Zewie i Łzie. Choć od sześciu księżyców żyli już w Klanie Burzy, jakaś niewidzialna ścieżka nadal nas łączyła. Nie widziałam ich, nie znałam ich codzienności, ale wiedziałam, że gdzieś tam również idą własnymi drogami. Być może kiedyś znowu się przetną. Może właśnie na granicy. Może podczas zgromadzenia. Może wiele księżyców później.
Ale każda droga przecież dokądś prowadzi. Powoli otworzyłam oczy. Spojrzałam na Purchawkę.
— Wiem.
— Powiedz mi więc.
— Ścieżka.
Mama przez dłuższą chwilę milczała. Przyglądała mi się uważnie, jakby ważyła każde kolejne słowo.
— Dlaczego właśnie ona?
Spojrzałam przed siebie, na wijącą się między drzewami leśną dróżkę.
— Bo ścieżki prowadzą innych. Łączą miejsca i koty. Pokazują kierunek, nawet jeśli czasem wydaje się, że go nie ma. Myślę… że chciałabym być właśnie taka. — Na pysku szamanki pojawił się ciepły uśmiech.
— Dobrze wybrałaś.
Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Wiatr poruszył gałęziami wysoko nad nami, a księżyc wspiął się jeszcze wyżej ponad korony drzew.
— Imię Duszy nigdy nie kończy się na pierwszym członie — powiedziała w końcu. — Teraz moim zadaniem jest zobaczyć, dokąd prowadzi twoja ścieżka.
Przymknęła oczy i milczała długo. Tak długo, że niemal przestałam oddychać, jednak w końcu ponownie na mnie spojrzała.
— Twoja droga od początku prowadziła ku innym. Nie szłaś nią tylko dla siebie. Uczyłaś się, żeby pomagać. Wracałaś, żeby dzielić się tym, czego się nauczyłaś. Nawet kiedy tęskniłaś za rodzeństwem, nie pozwoliłaś, by odebrało ci to radość z odkrywania świata.
Podeszła bliżej. Delikatnie dotknęła mojego prawego ucha ostrym pazurem. Poczułam krótkie ukłucie. Potem ciepło i ciszę.
— Od tej chwili nosisz znak zwiadowcy Owocowego Lasu. — Spojrzała mi prosto w oczy. — A twoje Imię Duszy brzmi… Ścieżka Prowadząca do Domu.

31 lipca 2026

Od Psianki

Pora Zielonych Liści rozgościła się w Owocowym Lesie na dobre. Jeszcze kilka księżyców temu gałęzie uginały się pod ciężarem śniegu, a każdy krok na zewnątrz obozu wiązał się z przenikliwym chłodem. Teraz las tętnił życiem. Świeże liście rozwijały się na koronach drzew, między korzeniami wyrastały pierwsze zielone rośliny, a ciepły wiatr niósł zapach wilgotnej ziemi i kwitnących kwiatów. Z każdej strony dochodził śpiew ptaków, stukot dzięciołów i ciche szelesty drobnych zwierząt ukrywających się w zaroślach. Korony drzew tworzyły zielony dach, pod którym zwiadowcy poruszali się niemal równie swobodnie, jak po ziemi.
Minęło już dziesięć księżyców od dnia, w którym po raz pierwszy stanęłam przed Czereśnią jako uczennica zwiadowcy. Wydawało mi się, jakby było to wczoraj, a jednocześnie czułam, że od tamtej chwili zmieniło się niemal wszystko. Rohan nauczyła mnie patrzeć na las zupełnie inaczej. Nie widziałam już jedynie drzew i ścieżek. Dostrzegałam bezpieczne przejścia między gałęziami, poznawałam gatunki po korze i liściach, potrafiłam usłyszeć różnicę pomiędzy lotem sójki a gołębia, a ślady odciśnięte w błocie coraz częściej opowiadały mi historię, zanim jeszcze zdążyłam się nad nimi pochylić.
Tego poranka od samego początku wyczuwałam, że coś było inaczej. Rohan była spokojniejsza niż zwykle. Nie tłumaczyła planu treningu, nie zaczęła od pytań ani nie wskazała celu naszej wędrówki. Po prostu skinęła głową, dając mi znak, żebym ruszyła za nią. Opuściłyśmy obóz i wspięłyśmy się na pierwsze gałęzie jeszcze zanim słońce zdążyło wznieść się wysoko ponad korony drzew.
Przemieszczałyśmy się przez las niemal bezszelestnie. Pod naszymi łapami uginały się grube konary starych buków, które rosły w tej części terytorium od pokoleń. Z ich koron rozciągał się widok na niższe drzewa, a pomiędzy nimi można było dostrzec wijące się ścieżki, którymi poruszali się wojownicy. Dalej rosły potężne dęby, których szerokie gałęzie przypominały naturalne mosty łączące kolejne fragmenty lasu. Od czasu do czasu przeskakiwałyśmy także na sosny, gdzie żywiczny zapach mieszał się z aromatem młodych igieł. Owocowy Las był domem zwiadowców nie bez powodu. Większość jego ścieżek prowadziła wysoko nad ziemią, a doświadczony kot potrafił przemierzyć znaczną część terytorium, ani razu nie schodząc na leśne runo.
Dopiero gdy dotarłyśmy do niewielkiego wzniesienia porośniętego starymi dębami, Rohan zatrzymała się i odwróciła w moją stronę. Przez chwilę mierzyła mnie spokojnym spojrzeniem, po czym usiadła na jednej z grubych gałęzi.
— Dzisiaj nie będziemy trenować tak jak zwykle. — Przechyliłam lekko głowę, czekając, aż dokończy. — Masz dziesięć księżyców i chociaż jesteś młoda, uczysz się naprawdę w zatrważającym tempie. Uważam, że nadszedł czas, by sprawdzić, czy jesteś gotowa zostać zwiadowczynią. To będzie twoja próba.
Serce zabiło mi mocniej. Wiedziałam, że ten dzień kiedyś nadejdzie, jednak mimo wszystko nie spodziewałam się, że właśnie dziś usłyszę te słowa. Wzięłam głęboki oddech i skinęłam głową.
— Jestem gotowa.
Mentorka odpowiedziała jedynie krótkim uśmiechem.
— W takim razie pokaż mi wszystko, czego się nauczyłaś.
Pierwsza część próby nie wymagała szybkości ani siły. Rohan prowadziła mnie przez kolejne fragmenty lasu, zatrzymując się przy różnych gatunkach drzew. Nie pytała tylko o ich nazwy. Chciała wiedzieć, czy rozumiałam cały las.
— Co możesz powiedzieć o tym miejscu? — zapytała, zatrzymując się przy ogromnym buku.
Podeszłam bliżej, przesuwając łapą po gładkiej korze.
— Buk ma mocne gałęzie i gęstą koronę. Dobrze nadaje się do obserwacji, bo liście skutecznie zasłaniają zwiadowcę. Trzeba jednak uważać po deszczu. Kora robi się wtedy śliska, szczególnie na młodych pędach.
Rohan skinęła głową i ruszyła dalej. Następne było stare drzewo, którego pień pokrywały grzyby.
— A tutaj?
Przyjrzałam się uważnie korze.
— To drzewo zaczyna chorować. Drewno przy podstawie jest miękkie. Nie wspinałabym się na najwyższe gałęzie, bo mogą nie wytrzymać ciężaru kota.
— Dlaczego zwiadowca powinien to wiedzieć? — spytała, rzucając mi uważne spojrzenie.
— Bo nie tylko ma dotrzeć do celu. Ma jeszcze wrócić.
Na pysku mentorki pojawił się cień zadowolenia. Drugim zadaniem była wspinaczka. Nie zwyczajna, jaką ćwiczyłyśmy od księżyców, lecz taka, która wymagała samodzielnego podejmowania decyzji. Rohan wskazała wysoki dąb rosnący po drugiej stronie doliny.
— Masz dotrzeć tam wyłącznie koronami drzew. Nie interesuje mnie, jak szybko to zrobisz. Chcę zobaczyć, czy potrafisz wybrać właściwą drogę.
Spojrzałam przed siebie. Na pierwszy rzut oka najkrótsza trasa wydawała się oczywista, ale po chwili zauważyłam, że kilka gałęzi kończy się zbyt daleko od kolejnych drzew. Musiałabym wykonywać bardzo ryzykowne skoki. Wybrałam więc inną drogę.
Poruszałam się spokojnie, zatrzymując się przed każdym trudniejszym przejściem. Kilka razy zmieniałam wcześniej obrany kierunek, gdy zauważałam spróchniałą gałąź albo zbyt cienki konar. Wiatr delikatnie poruszał koronami, dlatego czekałam, aż drzewa uspokoją się po każdym mocniejszym podmuchu. Kiedy dotarłam do wskazanego dębu, Rohan pojawiła się obok mnie chwilę później.
— Dlaczego wybrałaś dłuższą drogę?
— Bo krótsza była niebezpieczna.
— Nawet jeśli straciłaś przez to czas?
— Martwy zwiadowca nie przyniesie klanowi żadnych informacji.
Mentorka zaśmiała się cicho.
— Dobrze odpowiedziałaś.
Później zeszłyśmy na ziemię. Rohan nie odezwała się ani słowem. Po prostu ruszyła przed siebie, aż zatrzymałyśmy się przy niewielkim błotnistym zagłębieniu. Ziemia była miękka po ostatnich opadach, dlatego odciśnięte ślady zachowały się wyjątkowo dobrze.
— Opowiedz mi tę historię.
Ukucnęłam przy pierwszym tropie. Nie dotykałam go od razu. Najpierw przyjrzałam się jego kształtowi, głębokości i odległości pomiędzy kolejnymi odciskami.
— Lis. — Przesunęłam się kilka kroków dalej. — Dorosły. Samiec albo większa samica. Szedł tędy dziś rano.
— Skąd to wiesz?
— Krawędzie śladów jeszcze się nie osunęły. Gdyby były starsze, wiatr naniósłby więcej pyłku i liści. — Ruszyłam dalej tropem. — Nie polował. Poruszał się pewnie i nie zmieniał kierunku. Prawdopodobnie tylko przechodził przez teren.
Rohan przyklęknęła obok mnie.
— Gdzie poszedł?
Podniosłam głowę i przez chwilę wpatrywałam się w las.
— W stronę zachodniej granicy. Jeżeli będzie szedł tym samym kierunkiem, opuści nasze terytorium.
— A gdybyś prowadziła patrol?
— Zgłosiłabym świeże ślady i sprawdziła, czy rzeczywiście opuścił teren. Nie ryzykowałabym samotnego pościgu.
Mentorka skinęła głową.
— Właśnie to chciałam usłyszeć.
Na koniec zaprowadziła mnie do najwyższego drzewa, jakie rosło w tej części Owocowego Lasu. Potężny dąb górował nad pozostałymi koronami niczym strażnik całego terytorium.
— Wejdź na sam szczyt.
Spojrzałam wysoko ponad siebie. Wiatr kołysał najwyższymi gałęziami, ale nie czułam już strachu. Przez ostatnie księżyce właśnie do tego przygotowywały mnie wszystkie treningi.
Wspinałam się spokojnie, wykorzystując każdą wskazówkę, jakiej nauczyła mnie Rohan. Nie walczyłam z drzewem, tylko dostosowywałam się do jego ruchów. Kiedy gałąź uginała się pod wpływem wiatru, czekałam cierpliwie, aż wróci na swoje miejsce. Każdy skok wykonywałam dopiero wtedy, gdy miałam całkowitą pewność, że bezpiecznie wyląduję. W końcu dotarłam na samą górę.
Widok zapierał dech. Zielone korony drzew ciągnęły się aż po granice terytorium, a pomiędzy nimi połyskiwały niewielkie polany i ścieżki. W oddali dostrzegłam błyszczącą w słońcu rzekę, jeszcze dalej pas ciemniejszych sosen, a wysoko nad lasem krążył myszołów.
— Co widzisz? — zawołała Rohan z niższej gałęzi.
Rozejrzałam się uważnie.
— Dwie sójki na południu. Wiewiórkę, która niesie gałązki do dziupli. Świeżo złamaną brzozę po ostatnim wietrze… i dym. Bardzo daleko. Chyba poza granicami naszego terytorium. — Rohan weszła nieco wyżej.
— Nie patrz tylko oczami. Posłuchaj.
Zamknęłam je na moment. Las natychmiast ożył. Słyszałam szum liści, stukanie dzięcioła, plusk wody, trzepot skrzydeł, a gdzieś bardzo daleko szczeknięcie lisa.
— Lis na zachodzie — powiedziałam cicho.
— Ten sam, którego tropiłaś wcześniej. — Dopiero wtedy otworzyłam oczy.
Kiedy zeszłyśmy na ziemię, słońce zaczynało już powoli kierować się ku zachodowi. Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, wsłuchując się w odgłosy budzącego się do życia lasu. W końcu Rohan zatrzymała się jeszcze raz.
— Powiedz mi, Psianko… czego nauczył cię las? — Spojrzałam przed siebie, na korony drzew poruszające się leniwie na wietrze.
— Że nie zawsze najszybsza droga jest najlepsza. Że trzeba umieć słuchać, zanim zacznie się działać. I że zwiadowca nie jest właścicielem lasu… jest tylko jego gościem. Jeśli będzie go szanował, las odwdzięczy się tym samym.
Rohan przez dłuższą chwilę nic nie odpowiedziała. Na jej pysku pojawił się jedynie cichy, dumny uśmiech. Nie powiedziała jeszcze, czy zdałam próbę. Nie musiała. Po jej spojrzeniu wiedziałam, że dostrzegła nie tylko to, czego mnie nauczyła, ale także to, kim przez te wszystkie księżyce się stałam.
Gdy wróciłam do obozu, łapy wciąż przyjemnie drżały mi ze zmęczenia. Każdy mięsień przypominał o godzinach spędzonych wysoko w koronach drzew, o nieustannym balansowaniu na gałęziach i skakaniu z jednej na drugą. Mimo tego czułam się lekka jak piórko. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio rozpierała mnie taka duma. Rozejrzałam się nerwowo po obozie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że… zdałam. Naprawdę zdałam.
Jeszcze kilka księżyców temu nie potrafiłam poprawnie utrzymać równowagi na cieńszej gałęzi. Myliłam tropy, zbyt mocno ufałam wzrokowi zamiast nosowi i często działałam zbyt szybko. A teraz Rohan uznała, że jestem gotowa. Gotowa zostać pełnoprawną zwiadowczynią Owocowego Lasu. To brzmiało wręcz nierealnie.
Przez krótką chwilę stałam jak wryta pośrodku obozu, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Dopiero po kilku oddechach przypomniałam sobie o kimś, komu chciałam powiedzieć o tym jako pierwszemu. Mamie.
Natychmiast poderwałam się do biegu. Śnieg zdążył już niemal całkowicie stopnieć, ustępując miejsca miękkiej ziemi pachnącej wilgocią i świeżą zielenią. Przeskakiwałam między korzeniami drzew, omijałam koty wracające z patroli i niemal wpadłam na jednego z wojowników, rzucając tylko szybkie przeprosiny przez ramię. Serce waliło mi jak oszalałe.
W końcu dostrzegłam znajomą sylwetkę Purchawki przed lecznicą. Złotooka szamanka układała właśnie pęczki świeżo przyniesionych ziół, dokładnie sprawdzając ich stan. Wyglądała na skupioną, ale gdy usłyszała moje szybkie kroki, uniosła głowę. Nie zwolniłam nawet na moment. Kilka susów później znalazłam się tuż obok niej, próbując złapać oddech po biegu.
— Mamo… zdałam! — wyrzuciłam z siebie, zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej. — Rohan przeprowadziła dziś moją próbę… i powiedziała, że jestem gotowa zostać zwiadowczynią!
Słowa wypływały ze mnie jedno za drugim. Opowiedziałam o wszystkim, niemal nie robiąc przerw na oddech. O tropach lisa, które musiałam odnaleźć i poprawnie odczytać. O wspinaczce po najwyższych gałęziach, gdzie najmniejszy błąd mógł zakończyć się bolesnym upadkiem. O rozpoznawaniu zdrowych i chorych drzew, o skradaniu się do wiewiórki oraz o zadaniach, które Rohan przygotowała tak, by sprawdzić każdą umiejętność, nad którą pracowałyśmy przez ostatnie księżyce.
— Myślałam, że jeszcze czymś mnie zaskoczy… że znajdzie jakiś błąd i każe mi trenować dalej… ale kiedy wróciłyśmy, powiedziała tylko, że zdałam i jestem gotowa.
Purchawka odłożyła zioła, których wcześniej nawet na chwilę nie wypuszczała z łap. Podeszła bliżej i przez krótką chwilę po prostu mi się przyglądała. W jej spojrzeniu nie było zaskoczenia. Była za to duma, której nie dało się ukryć. Delikatnie dotknęła mojego czoła swoim nosem.
— Jestem z ciebie bardzo dumna, Psianko. — Te kilka prostych słów sprawiło, że poczułam przyjemne ciepło rozlewające się po całym ciele. Chyba dopiero teraz naprawdę uwierzyłam, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.
— Wiedziałam, że sobie poradzisz — powiedziała łagodnie. — Za każdym razem, kiedy wracałaś z treningów, widziałam zmęczenie w twoich oczach. Czasami byłaś sfrustrowana, czasami miałaś ochotę od razu zasnąć, ale następnego dnia znów wychodziłaś z Rohan do lasu. Nigdy nie szukałaś łatwiejszej drogi. Po prostu uczyłaś się dalej.
Spuściłam na moment wzrok na własne łapy. Były pokryte drobnymi zadrapaniami po korze, a opuszki wciąż lekko piekły po całym dniu wspinaczki.
— Było kilka chwil, kiedy naprawdę myślałam, że sobie nie poradzę — przyznałam cicho. — Zwłaszcza na początku. Wydawało mi się, że nigdy nie nauczę się poruszać po gałęziach tak lekko, jak Rohan.
— A jednak się nauczyłaś. Nie dlatego, że wszystko przychodziło ci z łatwością, ale dlatego, że potrafiłaś wyciągać wnioski z własnych błędów. To jedna z najważniejszych cech dobrego zwiadowcy.
Usiadłam obok mamy, owijając ogon wokół łap. Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. W ciszy słyszałam jedynie szelest liści nad obozem i cichy śpiew ptaków, które wróciły wraz z nadejściem wiosny. Powoli zaczynało do mnie docierać coś jeszcze.
Minęły zaledwie cztery księżyce od mojego mianowania na uczennicę. Cztery.
Zmarszczyłam lekko brwi, licząc w myślach kolejne księżyce. Im dłużej nad tym rozmyślałam, tym bardziej wydawało mi się to nierealne. Wielu uczniów szkoliło się znacznie dłużej, zanim mentor uznał ich za gotowych do próby. Rohan mogła przecież bez problemu powiedzieć, że potrzebuję jeszcze czasu. Mogła przygotowywać mnie przez kolejne księżyce, aż uznałaby, że opanowałam wszystko do perfekcji.
A jednak tego nie zrobiła. Uznała, że już teraz potrafię samodzielnie patrolować las, odczytywać jego znaki i podejmować właściwe decyzje. Spojrzałam na Purchawkę z szerokim uśmiechem.
— Dopiero teraz uświadomiłam sobie… to chyba naprawdę szybko, prawda?
Szamanka zaśmiała się cicho.
— Bardzo szybko. Rohan jest wymagającą mentorką i nie wypuszcza uczniów na próbę tylko dlatego, że minęło odpowiednio dużo czasu. Jeśli pozwoliła ci podejść do niej już teraz, oznacza to, że naprawdę uwierzyła w twoje umiejętności.
Poczułam, jak ogon sam unosi mi się z dumy. Nie dlatego, że uważałam się za najlepszą. Po prostu świadomość, że zdobyłam zaufanie kotki, którą tak bardzo podziwiałam, znaczyła dla mnie więcej niż jakiekolwiek pochwały.
— Dziękuję, mamo — powiedziałam cicho. Purchawka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i raz jeszcze musnęła moje czoło nosem.
— Gratuluję ci, Psianko. Jestem pewna, że zostaniesz zwiadowczynią, z której cały Owocowy Las będzie dumny.
Słysząc te słowa, mimowolnie spojrzałam gdzieś ponad koronami drzew, za którymi rozciągał się cały znajomy las. Jeszcze niedawno wydawał mi się ogromny i pełen tajemnic. Dziś nadal budził we mnie ten sam zachwyt, ale przestał być czymś obcym. Coraz częściej miałam wrażenie, że zaczynam rozumieć jego rytm, odczytywać historię zapisaną w śladach na ziemi, w zapachach unoszących się między drzewami i w szumie gałęzi. I właśnie dlatego nie mogłam doczekać się dnia, w którym oficjalnie stanę się jedną z tych kotek, które będą czuwać nad bezpieczeństwem całego Owocowego Lasu.

[2157 słów]

[43%]

28 lipca 2026

Od Psianki do Gronostaja

Pora Nagich Drzew

Świeży śnieg skrzypiał pod moimi łapami, kiedy powoli przemierzałam obóz. Mróz szczypał w nos, a z każdym oddechem przed pyskiem pojawiała się niewielka chmurka pary. Pora Nagich Drzew nie należała do najłatwiejszych, ale miała w sobie coś wyjątkowego. Wszystko wydawało się spokojniejsze. Nawet codzienny gwar Owocowego Lasu był przytłumiony przez grubą warstwę śniegu, która pokrywała korzenie, gałęzie i legowiska. Koty poruszały się ostrożniej, częściej chroniąc się przed zimnem w swoich kryjówkach, a patrole wracały do obozu z białym puchem przyczepionym do futer.
Dopiero co wróciłam z treningu z Rohan. Mentorka poświęciła dzisiejszy dzień na ćwiczenie poruszania się po ośnieżonych gałęziach i wyszukiwanie śladów zwierzyny, które częściowo przykrył świeży opad. Nie było łatwo. Śnieg potrafił ukryć nawet wyraźne tropy, a oblodzona kora zmuszała mnie do stawiania każdego kroku z ogromną ostrożnością. Mimo zmęczenia czułam jednak satysfakcję. Każdy taki trening przybliżał mnie do dnia, w którym sama zostanę pełnoprawną zwiadowczynią.
Otrzepałam łapy ze śniegu i przez chwilę bez celu rozglądałam się po obozie. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na znajomej sylwetce. Czarny kocur z charakterystycznymi białymi “skarpetkami” na przednich łapach wyróżniał się nawet pośród krajobrazu Pory Nagich Drzew. Gronostaj nie był już kociakiem. Niedawno został mianowany uczniem wojownika i od tamtej pory coraz częściej widywałam go u boku Jaśminowca.
Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Pamiętałam go jeszcze ze żłobka. Już wtedy potrafił godzinami zajmować się jedną rzeczą albo opowiadać o czymś z takim zaangażowaniem, że trudno było mu przerwać. Wydawał się trochę inny od większości kociaków, ale nigdy nie uważałam tego za coś złego. Wręcz przeciwnie. Lubiłam słuchać kotów, które patrzyły na świat na swój własny sposób.
Byłam też zwyczajnie ciekawa, jak radzi sobie podczas pierwszych dni szkolenia. Sama doskonale pamiętałam emocje, które towarzyszyły mi po mianowaniu. Zachwyt mieszał się wtedy z niepewnością, a każdy dzień przynosił tyle nowych informacji, że wieczorem zasypiałam niemal natychmiast. Zastanawiałam się, czy Gronostaj przeżywał to podobnie, czy może od pierwszego dnia wszystko układał sobie w głowie według jakiegoś własnego planu.
Ruszyłam spokojnym krokiem w jego stronę, nie chcąc go wystraszyć ani przeszkodzić mu, jeśli właśnie nad czymś intensywnie się zastanawiał. Dopiero gdy znalazłam się kilka lisich długości od niego, zatrzymałam się i uśmiechnęłam ciepło.
— Cześć, Gronostaju.
Przez krótką chwilę przyglądałam mu się z zaciekawieniem. Miałam wrażenie, że od czasu ceremonii urósł jeszcze bardziej. Nadal był puchaty, przez co wydawał się większy, niż był w rzeczywistości, ale w jego postawie pojawiło się coś nowego. Może odrobina pewności siebie. A może po prostu duma z tego, że wreszcie rozpoczął wymarzone szkolenie.
— Gratuluję mianowania. Jeszcze nie miałam okazji ci tego powiedzieć.
Usiadłam na śniegu, owijając ogon wokół łap. Zimno powoli przenikało przez futro, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po całym dniu biegania po lesie chwila spokojnej rozmowy wydawała się wyjątkowo przyjemna.
— Jak ci idzie trening z Jaśminowcem? — przechyliłam lekko głowę, wyraźnie zaciekawiona odpowiedzią.
— Sama pamiętam swój pierwszy tydzień z Rohan. Wszystko wydawało mi się wtedy nowe. Każdego dnia wracałam do obozu z głową pełną informacji. Czasami miałam wrażenie, że nigdy nie nauczę się tego wszystkiego. Potem okazywało się, że następnego dnia coś, co wcześniej wydawało się trudne, przychodziło już trochę łatwiej.
Na wspomnienie dzisiejszego treningu cicho się zaśmiałam.
— Dzisiaj przez dobre pół dnia ćwiczyłam poruszanie się po ośnieżonych gałęziach. Wydawało mi się, że skoro umiem się wspinać, to śnieg nie zrobi większej różnicy… myliłam się. Kilka razy łapy prawie uciekły mi spod siebie, a Rohan tylko spokojnie powtarzała, żebym nie walczyła z drzewem i zaufała własnej równowadze. Dopiero pod koniec treningu zaczęłam czuć, że naprawdę mam nad tym kontrolę.
Spojrzałam gdzieś ponad jego barkiem, jakby na moment wracając myślami do wysokich gałęzi, po których jeszcze niedawno się wspinałam. Mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każda nowa umiejętność sprawiała, że coraz bardziej rozumiałam las i coraz pewniej się w nim poruszałam. Po chwili znów przeniosłam wzrok na Gronostaja.
— A u was? Co robiliście na pierwszych treningach? Bardziej ćwiczycie walkę, czy najpierw uczycie się podstaw? Zawsze zastanawiało mnie, jak wygląda szkolenie wojowników od środka. Każda ścieżka w klanie jest przecież trochę inna, a rzadko mamy okazję o tym porozmawiać.
Na moim pysku ponownie pojawił się łagodny uśmiech. Naprawdę chciałam go wysłuchać. Lubiłam poznawać doświadczenia innych uczniów, bo choć wszyscy służyliśmy temu samemu klanowi, każdy uczył się zupełnie czegoś innego.
Może właśnie dlatego rozmowy z innymi zawsze wydawały mi się tak ciekawe. Każdy z nas patrzył na świat z innej perspektywy. Wojownik zwracał uwagę na rzeczy, których zwiadowca mógł nawet nie zauważyć, a szaman dostrzegał znaczenie wydarzeń, nad którymi pozostali przechodzili do porządku dziennego. Dzięki takim rozmowom miałam wrażenie, że sama uczę się czegoś nowego, nawet jeśli tego dnia nie opuszczałam już obozu.
Zastanawiałam się też, jak Gronostaj odnajdywał się wśród nowych obowiązków. Czy trening odpowiadał jego uporządkowanemu sposobowi myślenia? Czy Jaśminowiec pozwalała mu analizować wszystko we własnym tempie? Miałam nadzieję, że tak. Każdy mentor uczył inaczej, ale wierzyłam, że potrafiła dostrzec mocne strony swojego ucznia i odpowiednio je wykorzystać.
Przekrzywiłam lekko uszy, cierpliwie czekając na jego odpowiedź. Nie spieszyło mi się nigdzie. Śnieg nadal powoli opadał z gałęzi, wiatr cicho poruszał koronami drzew, a Owocowy Las żył swoim spokojnym, rytmem Pory Nagich Drzew. Przez chwilę mogłam po prostu usiąść i posłuchać, jak wygląda świat oczami świeżo mianowanego ucznia wojownika.

<Gronostaju?>

[858 słów]

Od Psianki do Orchidei

Mróz szczypał mnie w nos, kiedy ostrożnie wyciągnęłam ze stosu świeżej zdobyczy dorodną mysz. Śnieg skrzypiał cicho pod łapami, a chłodne powietrze niosło ze sobą dobrze znane zapachy obozu. Rozejrzałam się przez chwilę, szukając znajomej, liliowej sylwetki. Ktoś wspomniał wcześniej, że Orchidea odpoczywa niedaleko legowiska starszych, więc ruszyłam właśnie w tamtym kierunku.
Odkąd zostałam uczennicą, coraz częściej starałam się pomagać innym nie tylko podczas obowiązków. Przyniesienie komuś posiłku wydawało się drobiazgiem, ale wierzyłam, że nawet takie małe gesty potrafią poprawić komuś dzień. Poza tym od dawna chciałam lepiej poznać Orchideę. Wydawała mi się niezwykle spokojna i łagodna, choć jednocześnie sprawiała wrażenie kotki, która nosiła w sobie wiele wspomnień.
Dostrzegłam ją po chwili. Podeszłam wolnym krokiem, żeby jej nie przestraszyć, po czym położyłam mysz przed jej łapami. Na moim pysku od razu pojawił się ciepły uśmiech.
— Cześć, Orchideo. Pomyślałam, że może jesteś głodna, więc przyniosłam ci coś do jedzenia.
Usiadłam obok, owijając ogon wokół łap. Nie chciałam narzucać się starszej kotce, ale jednocześnie miałam nadzieję, że nie będzie miała nic przeciwko krótkiej rozmowie. Przez chwilę wpatrywałam się w biały krajobraz za wejściem do obozu, zanim ponownie przeniosłam wzrok na Orchideę.
— Jeśli nie przeszkadzam… mogę chwilę z tobą posiedzieć?
Ostatnie dni były bardzo intensywne. Treningi z Rohan zajmowały większość mojego czasu, ale mimo zmęczenia czułam ogromną satysfakcję. Każdy dzień przynosił coś nowego, a ja chłonęłam wiedzę z prawdziwym entuzjazmem. Na samą myśl o dzisiejszych ćwiczeniach aż lekko poruszyłam uszami.
— Dzisiaj uczyłam się z Rohan wspinaczki po drzewach podczas Pory Nagich Drzew. Myślałam, że będzie podobnie jak wcześniej, ale śnieg i lód wszystko utrudniają. Kilka razy prawie się poślizgnęłam, ale na szczęście udało mi się utrzymać równowagę. — Parsknęłam cichym śmiechem na wspomnienie jednej z prób. — Mentorka pokazała mi, jak szukać miejsc, gdzie kora nie jest aż tak śliska, i jak mocniej wbijać pazury. Pod koniec powiedziała nawet, że robię postępy. Bardzo się z tego ucieszyłam. — Na chwilę zamilkłam, spoglądając ku koronom drzew kołyszącym się delikatnie na wietrze Pory Nagich Drzew. — Im więcej uczę się jako zwiadowczyni, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wybrałam odpowiednią drogę. Las ciągle mnie zaskakuje. Nawet Porą Nagich Drzew jest pełen śladów i rzeczy, których wcześniej w ogóle nie zauważałam.
Przez moment obracałam łapą w niewielkiej kupce śniegu, która leżała na ziemi obok mnie.
— A jak u ciebie? Jak ci minął dzień?

<Orchideo?>

[384 słowa]

[8%]

Od Psianki do Puchacza

Mróz szczypał mnie w nos od samego rana, a każdy oddech zamieniał się w niewielkiego obłoczka pary. Pora Nagich Drzew potrafiła być piękna, choć zdecydowanie nie należała do najłatwiejszych. Śnieg skrzypiał pod łapami, gałęzie uginały się pod białym puchem, a las wydawał się cichszy niż zwykle. Nawet ptaki odzywały się rzadziej, jakby same próbowały oszczędzać siły. Mimo chłodu lubiłam wychodzić z obozu o tej porze roku. Każdy ślad odciśnięty na śniegu był wyraźniejszy niż zwykle, a Rohan powtarzała, że właśnie zimą zwiadowca uczy się najwięcej.
Dzisiejszy trening skończył się wcześniej niż zazwyczaj. Przećwiczyliśmy rozpoznawanie tropów i poruszanie się po oblodzonych gałęziach, po czym mentorka uznała, że dalsze ćwiczenia nie mają sensu, skoro wiatr z każdą chwilą robił się coraz silniejszy. Wróciłam więc do obozu z przyjemnym zmęczeniem, czując, jak zimne powietrze szczypie mnie w policzki. Otrzepałam łapy z przyklejonego śniegu i przez chwilę rozejrzałam się po znajomych legowiskach. Każdy zdawał się czymś zajęty. Jedni wzmacniali legowiska przed kolejnymi opadami, inni rozmawiali przy stosie ze zdobyczą albo wracali z patroli. Wtedy mój wzrok zatrzymał się na Puchaczu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Kojarzyłam go jeszcze z czasów, kiedy oboje byliśmy kociakami, choć wtedy bardziej widywałam go pędzącego przez obóz niż stojącego w miejscu. Odkąd został uczniem zwiadowcy, nie mieliśmy zbyt wielu okazji do rozmowy. Każde z nas pochłonęły własne treningi. Ja spędzałam większość dni z Rohan w lesie, ucząc się tropów, wspinaczki i orientacji w terenie, a on uczył się wszystkich zwiadowczych obowiązków pod okiem Figi. Mimo że szkoliliśmy się na tę samą rangę, każdy mentor miał własny sposób nauczania. Byłam zwyczajnie ciekawa, jak wyglądały jego treningi.
Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłam w jego stronę. Śnieg cicho skrzypiał pod moimi łapami, a ogon poruszał się spokojnie za moimi plecami. Gdy znalazłam się bliżej, zatrzymałam się z ciepłym uśmiechem.
— Cześć, Puchaczu.
Przez chwilę przyglądałam mu się z rozbawieniem. Wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam. Może odrobinę większy, może trochę poważniejszy… ale tylko odrobinę. W jego pomarańczowych oczach nadal dało się dostrzec ten charakterystyczny błysk, który zwykle zwiastował kolejny szalony pomysł. Zastanawiałam się, czy trening zwiadowcy choć trochę go uspokoił, czy wręcz przeciwnie.
— Jak ci idzie szkolenie? — Usiadłam wygodniej na ubitym śniegu, owijając ogon wokół łap. — Pomyślałam sobie, że chociaż oboje uczymy się na zwiadowców, pewnie nasze treningi i tak trochę się różnią. Ja praktycznie cały czas biegam z Rohan po lesie, uczę się tropów albo wspinam po drzewach. Czasem wracam tak zmęczona, że mam wrażenie, iż zasnę jeszcze zanim dotrę do legowiska. Jestem ciekawa, jak wyglądają twoje dni. — Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swoje pierwsze próby wspinaczki. — Ostatnio przez pół dnia próbowałam nauczyć się odpowiednio rozkładać ciężar na gałęziach. Na początku kilka razy prawie z nich zleciałam. Rohan tylko cierpliwie powtarzała, żebym zaufała własnym łapom i przestała się spieszyć. Dopiero pod koniec treningu zaczęło mi to naprawdę wychodzić. Nadal mam jeszcze mnóstwo do nauczenia, ale chyba właśnie to najbardziej lubię. Każdy dzień przynosi coś nowego.
Spojrzałam na niego z zaciekawieniem.
— A jak jest u ciebie? Co było najtrudniejsze od czasu mianowania? Nauczyłeś się już czegoś, co szczególnie ci się spodobało?
Przekrzywiłam lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem czekając na odpowiedź. Nie pytałam z grzeczności. Naprawdę chciałam wiedzieć. Każdy mentor uczył trochę inaczej, a każdy uczeń wynosił z treningów coś innego. Lubiłam słuchać o rzeczach, których sama jeszcze nie doświadczyłam, dlatego byłam ciekawa, co Puchacz powiedziałby o swoich pierwszych księżycach nauki.
Na moment mój wzrok uciekł gdzieś poza sylwetkę Puchacza. Zastanowiłam się, jak radził sobie Zew. Odkąd razem z Łzą przenieśli się do Klanu Burzy, nie miałam okazji ich zobaczyć. Czasami łapałam się na tym, że mimowolnie wypatrywałam w obozie znajomego, dymnego futra, zanim przypominałam sobie, że już go tutaj nie było. Nadal trudno było przyzwyczaić się do tej myśli. Przez tyle księżyców byliśmy nierozłączni, a teraz każde z nas szło własną ścieżką.
Miałam nadzieję, że dobrze odnalazł się w nowym miejscu. Zew zawsze był ciekawy świata i potrafił odnaleźć radość nawet w drobnych rzeczach, ale mimo wszystko zmiana klanu musiała być dla niego ogromnym przeżyciem. Zastanawiałam się, czy zdążył już poznać nowych przyjaciół, czy jego mentor był cierpliwy i czy trening sprawiał mu tyle samo frajdy, ile sprawiałby tutaj. Byłam niemal pewna, że nadal zdarzało mu się zamyślać podczas spacerów i wpadać na inne koty, tak jak robił to od najmłodszych księżyców. Ta myśl wywołała cichy uśmiech na moim pysku.
Pomyślałam też o Łzie. Zawsze wydawała się od nas odrobinę poważniejsza i bardziej opanowana, dlatego wierzyłam, że również dobrze radzi sobie w Klanie Burzy. Mimo to tęskniłam za nimi obojgiem. Czasem wyobrażałam sobie, że kiedyś jeszcze spotkamy się gdzieś na granicy podczas wspólnego patrolu albo zgromadzenia i będziemy mogli usiąść razem, choć na chwilę, opowiadając sobie o wszystkim, czego nauczyliśmy się od czasu rozłąki. Byłam ciekawa ich historii tak samo, jak teraz chciałam poznać opowieści Puchacza o życiu przyszłego wojownika.

<Puchaczu?>

[796 słów]

[16%]

24 lipca 2026

Od Psianki Do Modrogończyka

Przeciągnęłam się leniwie, aż łopatki uniosły się pod moim biało-czarnym futrem. Dzisiejszy trening naprawdę dał mi w kość. Mięśnie przyjemnie piekły od wysiłku, a pod opuszkami łap wciąż czułam szorstką korę drzew, po których przez większość dnia wspinałam się pod czujnym okiem Rohan. Kiedy rano wychodziłyśmy z obozu, byłam przekonana, że wspinanie się nie może być aż tak trudne. Przecież zwiadowcy robili to niemal codziennie. Wystarczyło dobrze wbić pazury i iść coraz wyżej… Tak mi się przynajmniej wydawało.Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje wyobrażenia. Już przy pierwszej próbie zsunęłam się kilka lisich długości w dół, ledwo utrzymując równowagę. Za drugim razem było niewiele lepiej, bo zamiast patrzeć, gdzie stawiam łapy, uparcie obserwowałam gałęzie nade mną. Dopiero po kilku kolejnych próbach zaczęłam rozumieć, o czym mówiła Rohan. Wspinaczka nie polegała na sile. Trzeba było wyczuć drzewo, zaufać własnym łapom i odpowiednio rozłożyć ciężar ciała. Mentorka spokojnie tłumaczyła mi, że drzewo nie jest przeciwnikiem, z którym trzeba walczyć. Jest czymś, z czym należy współpracować. Pod koniec treningu udało mi się wejść na całkiem wysoki dąb bez ciągłego zatrzymywania się i szukania miejsca na kolejną łapę. Nadal byłam daleka od umiejętności doświadczonych zwiadowców, ale kiedy zeszłam na ziemię, Rohan pochwaliła mnie za cierpliwość i wytrwałość. Te kilka słów wystarczyło, by uśmiech nie schodził mi z pyska przez całą drogę do obozu.
Dopiero gdy przekroczyłam wejście do obozu, zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Marzyłam o kilku łykach wody i czymś do zjedzenia. Już miałam skierować się w stronę stosu ze zdobyczą, kiedy jeden ze zwiadowców siedzących na gałęzi zawołał do mnie.
— Psianka! Twój brat cię szukał! Powiedział, żebyś przyszła do lecznicy, jak wrócisz. Podobno ma dla ciebie jakiś prezent!
Moje uszy natychmiast wystrzeliły do góry. Prezent? Dla mnie? Zamrugałam zaskoczona, po czym podziękowałam zwiadowcy skinieniem głowy i od razu ruszyłam w stronę lecznicy. Po drodze próbowałam zgadnąć, o co mogło chodzić.
Może Gończyk znalazł jakieś wyjątkowo ładne pióro? Albo kamień? Ostatnio zdarzało mu się przynosić różne drobiazgi, które uważał za niezwykle cenne. Z drugiej strony równie dobrze mógł po prostu chcieć opowiedzieć mi o czymś, czego nauczył się podczas treningu z Purchawką. Od kiedy został uczniem szamana, wręcz promieniał z radości. Za każdym razem, gdy wracał z nauki, wyglądał tak, jakby odkrył kolejną tajemnicę świata. Bardzo lubiłam słuchać jego opowieści. Nawet jeśli nie wszystko rozumiałam, jego entuzjazm był zaraźliwy. Cieszyło mnie, że odnalazł miejsce, w którym naprawdę czuł się szczęśliwy.
Kiedy dotarłam do wejścia do lecznicy, ostrożnie wsunęłam głowę do środka. Znajomy zapach ziół od razu otulił mój nos. Zawsze lubiłam to miejsce. Było spokojne, ciche i zupełnie inne od gwarnego środka obozu.
— Gończyku? — zawołałam z uśmiechem. — Słyszałam, że mnie szukałeś.
Widząc brata, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Wyglądał tak, jakby ledwo mógł usiedzieć w miejscu.
— Przepraszam, że tyle to trwało. Rohan dzisiaj uczyła mnie wspinaczki na drzewa i chyba trochę straciłam poczucie czasu.
Zaśmiałam się cicho, przypominając sobie swoje pierwsze nieudane próby.
— Na początku byłam pewna, że zaraz spadnę z pierwszej gałęzi. W sumie… kilka razy prawie tak było, ale potem zaczęłam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To naprawdę dziwne uczucie. W pewnym momencie przestajesz myśleć o każdej łapie z osobna i po prostu się wspinasz. Rohan mówi, że z czasem będzie to dla mnie całkowicie naturalne. Mam nadzieję, że ma rację, bo naprawdę chciałabym kiedyś poruszać się po koronach drzew tak pewnie, jak doświadczeni zwiadowcy.
Na chwilę zamilkłam, przypominając sobie jeszcze jedną rzecz z dzisiejszego treningu.
— A później pokazała mi też, jak wybierać odpowiednie gałęzie. Nie każda wygląda tak solidnie, jak się wydaje. Kazała mi kilka razy zatrzymać się w połowie wspinaczki i sama ocenić, czy następna gałąź utrzyma mój ciężar. Raz się pomyliłam i usłyszałam tylko ciche trzasknięcie pod łapą. Na szczęście nic się nie stało, ale powiedziała, że właśnie na takich błędach najlepiej się uczę. Myślę, że miała rację. Następnym razem byłam już o wiele ostrożniejsza.
Zanim jednak zdążyłam zapytać o prezent, z ciekawością przyjrzałam się bratu. Od kiedy został uczniem szamana, naprawdę się zmienił. Nie chodziło nawet o wygląd, bo wciąż był tym samym Gończykiem, którego znałam od najmłodszych księżyców. Było w nim jednak coś nowego. Kiedy mówił o treningach, oczy aż mu błyszczały, a każdy kolejny dzień przynosił mu nowe pytania i odkrycia. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby ktoś z taką radością chłonął wiedzę. Cieszyłam się, że odnalazł swoje miejsce. Wiedziałam, że będzie świetnym szamanem, bo oprócz ogromnej ciekawości świata miał też w sobie cierpliwość i dobroć, których nie dało się nauczyć.
Zastanowiłam się przez chwilę, jak bardzo nasze ścieżki zaczynały się od siebie różnić. Ja każdego dnia poznawałam las, uczyłam się tropów, wspinaczki i poruszania między drzewami, a Gończyk spędzał godziny nad ziołami, wierzeniami i nauką od Purchawki. Mimo to miałam wrażenie, że w pewnym sensie robimy to samo. Oboje chcieliśmy jak najlepiej służyć Owocowemu Lasowi. Ja zamierzałam pomagać, odnajdując drogę i strzegąc granic, a on będzie ratował koty i prowadził je bliżej Wszechmatki. Każde z nas obrało inną ścieżkę, ale cel pozostawał ten sam.
Na samą myśl zrobiło mi się ciepło na sercu. Ostatnio coraz częściej byliśmy zajęci własnymi treningami i nie mieliśmy już tyle czasu na wspólne zabawy, co jako kociaki. Tym bardziej doceniałam każdą chwilę, kiedy mogliśmy spokojnie porozmawiać. Miałam nadzieję, że nawet kiedy zostaniemy pełnoprawnymi członkami klanu i obowiązków będzie jeszcze więcej, nadal znajdziemy czas, żeby opowiadać sobie o tym, czego nauczyliśmy się danego dnia i wspierać się tak, jak robiliśmy to od zawsze. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, po co właściwie tu przyszłam.
— Ale podobno miałeś dla mnie jakiś prezent? — Przechyliłam głowę z wyraźnym zaciekawieniem. — Jestem naprawdę ciekawa, co takiego udało ci się znaleźć.
Ogon zakołysał się za moimi plecami, a ja patrzyłam na Gończyka z ciepłym uśmiechem. Szczerze mówiąc, nawet jeśli okazałoby się, że tym prezentem jest zwykły listek albo kamyczek, i tak bardzo by mnie ucieszył. Wiedziałam, że brat zawsze wkładał całe serce we wszystko, co robił, a sam fakt, że pomyślał o mnie podczas swojego treningu, był dla mnie więcej wart niż jakikolwiek przedmiot.

[985 słów + wspinaczka na drzewa]

[20% + 5%]

23 lipca 2026

Od Psianki CD. Kropli

Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Czułam, jak ciepło rozlewało się po całym ciele, zupełnie jakby promienie słońca przedzierały się przez korony drzew i ogrzewały mnie od środka. Nie spodziewałam się tego. Przyszłam tutaj po prostu porozmawiać z Kroplą, a tymczasem okazało się, że pamiętała mnie znacznie lepiej, niż przypuszczałam. Co więcej, naprawdę chciała, żebym do niej przychodziła.
Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że dla niej byłam jednym z wielu kociaków, którymi kiedyś się zajmowała. Teraz zrozumiałam, że tamta zabawa z mchem nie zniknęła wyłącznie z mojej pamięci. Ona również ją pamiętała. To sprawiło, że zaczęłam patrzeć na nią trochę inaczej. Nie tylko jak na spokojną, cichą stróżkę, która pomagała wszystkim dookoła, ale jak na kotkę, która zapamiętywała nawet drobne chwile i nosiła je w sobie przez bardzo długi czas.
Przez moment nie odpowiedziałam. Zamiast tego tylko patrzyłam na Kroplę, zastanawiając się, ile takich wspomnień jeszcze w sobie ukrywała. Zawsze wydawała mi się zamknięta w sobie, jakby między nią a resztą świata istniała niewidzialna ściana. Nie była niemiła. Wręcz przeciwnie. Zawsze pomagała, zawsze robiła wszystko, o co ją poproszono. Po prostu rzadko pozwalała komukolwiek zajrzeć głębiej. Może właśnie dlatego cieszyłam się, że teraz siedziałyśmy tutaj razem.
— Naprawdę? — zapytałam z wyraźnym ożywieniem. — To… bardzo chętnie.
Zaśmiałam się cicho, a mój ogon poruszył się energicznie za plecami. Sama myśl o tym, że po treningach mogłabym przychodzić do Kropli i opowiadać jej o wszystkim, czego nauczyłam się danego dnia, wydawała mi się niezwykle przyjemna. Nie każdy potrafił słuchać w taki sposób jak ona. Większość kotów albo od razu zaczynała mówić o sobie, albo udzielała rad, zanim druga strona zdążyła skończyć opowieść. Kropla po prostu słuchała. Uważnie. Tak, jakby każde słowo naprawdę miało znaczenie.
Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, dlaczego jako kociak tak chętnie do niej lgnęłam. Wtedy nie potrafiłam tego nazwać. Po prostu wiedziałam, że obok niej dobrze się czułam. Teraz wiedziałam już dlaczego.
— I nie tylko wtedy, kiedy będę miała jakieś przygody. Mogę po prostu przyjść i trochę posiedzieć. Albo opowiedzieć ci o czymś ciekawym z treningu. Rohan ciągle pokazuje mi nowe rzeczy. Mam wrażenie, że za każdym razem, gdy wydaje mi się, że już coś rozumiem, okazuje się, że istnieje jeszcze drugie dno. Chyba właśnie to najbardziej lubię.
Na chwilę zamilkłam. Mój wzrok przesunął się po obozie, gdzie wojownicy wracali z patroli, uczniowie rozmawiali między sobą, a kilka starszych kotów leniwie wygrzewało się w promieniach słońca. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Spokojnie. A jednak miałam wrażenie, że ta rozmowa zostanie ze mną na długo.
Zaczęłam zastanawiać się, ile razy Kropla siedziała sama, podczas gdy wokół niej przewijały się dziesiątki kotów. Wykonywała swoje obowiązki, pomagała wszystkim, ale czy ktoś naprawdę zatrzymywał się, żeby zapytać, jak ona się czuła? Sama przed chwilą powiedziała, że woli słuchać niż mówić. To piękne, ale jednocześnie trochę smutne. Bo jeśli wszyscy tylko opowiadają o sobie, kto wysłucha jej?
Spojrzałam na nią uważniej. Miała ten sam delikatny uśmiech, ale w jej oczach dostrzegałam coś więcej. Jakieś zmęczenie. Może tęsknotę. A może po prostu przyzwyczajenie do samotności.
— Ale… to działa też w drugą stronę — powiedziałam spokojnie, już bez wcześniejszego entuzjazmu. — Jeśli kiedyś ty będziesz chciała z kimś porozmawiać… albo zwyczajnie posiedzieć z kimś w ciszy… to też możesz mnie znaleźć — lekko przechyliłam głowę. — Wiem, że jestem jeszcze uczennicą i pewnie nie umiem pomagać tak dobrze, jak ty. Ale mogę słuchać. Naprawdę.
Przez chwilę zastanawiałam się nad własnymi słowami.
— Rohan mówi, że dobry zwiadowca musi najpierw nauczyć się słuchać lasu, zanim nauczy się go czytać. Myślę… że z kotami jest podobnie.
Na moment zapadła między nami przyjemna cisza. Nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie. Czułam, że nie musiałam jej niczym wypełniać. To było dla mnie nowe doświadczenie. Zwykle cisza wydawała mi się czymś, co trzeba było jak najszybciej przerwać. Tym razem było inaczej.
Zerknęłam w stronę wyjścia z obozu. Za krzewami rozciągał się las, który każdego dnia poznawałam coraz lepiej. Jeszcze kilka księżyców temu wydawał mi się ogromny i trochę przerażający. Teraz budził przede wszystkim ciekawość. Chciałam wiedzieć o nim wszystko. Każdą ścieżkę, każdy zapach, każde miejsce, które omijały inne koty. Po chwili wróciłam spojrzeniem do Kropli.
— Wiesz… chyba trochę ci zazdroszczę. Nie dlatego, że jesteś stróżem, tylko dlatego, że potrafisz sprawić, że kot obok ciebie czuje się spokojny. Ty chyba nawet tego nie zauważasz. Jak byłam mała, zawsze wydawało mi się, że wszystko będzie dobrze, jeśli akurat ty byłaś w pobliżu. Nie dlatego, że byłaś najsilniejsza albo najgłośniejsza. Po prostu… byłaś. To chyba też jest pewnego rodzaju talent.
Przez chwilę patrzyłam na ziemię przed swoimi łapami, delikatnie przesuwając pazurem po miękkim piasku.
— Czasami mam wrażenie, że wszyscy chcą być bohaterami. Wojownikami, którzy wygrywają bitwy. Zwiadowcami, którzy odnajdują ślady. Uzdrowicielami, którzy ratują życie. Ale mało kto myśli o tym, jak ważne są koty, przy których inni po prostu… czują się bezpiecznie.
Uśmiechnęłam się szerzej.
— Chyba właśnie taka jesteś.
Powoli podniosłam się z miejsca i przeciągnęłam leniwie, czując przyjemne rozluźnienie mięśni. Nie spieszyło mi się nigdzie. Gdyby nie obowiązki, mogłabym siedzieć tutaj jeszcze bardzo długo.
— Dziękuję ci. Za tamtą zabawę, kiedy byłam kociakiem. Za to, że mnie pamiętałaś. I za dzisiaj.
Po krótkim zawahaniu podeszłam bliżej i delikatnie musnęłam bark Kropli czubkiem nosa. Gest był krótki i nieśmiały, ale płynął prosto z serca.
— Obiecuję, że będę wpadała — zaśmiałam się cicho. — A kiedy w końcu nauczę się bezbłędnie rozpoznawać wszystkie tropy lisa, borsuka i kuny, przyjdę się tym pochwalić. Nawet jeśli Rohan uzna, że to nic wielkiego. Pewnie i tak znajdzie kolejne ślady, których jeszcze nie znam.
Spojrzałam jeszcze raz na Kroplę, czując, że ta rozmowa zmieniła coś między nami. Nie była już tylko stróżką, którą pamiętałam z dzieciństwa. Stała się kimś, do kogo naprawdę chciałam wracać. Kimś, komu chciałam opowiadać o swoich sukcesach, porażkach i wszystkim, co wydarzy się po drodze.
— Umowa? — zapytałam z ciepłym uśmiechem, wyciągając ku niej łapę w trochę dziecinny, ale całkowicie szczery sposób.

<Kroplo?>

[967 słów]

[19%]

Od Psianki CD. Borowika

Ledwo przekroczyłam wejście do obozu, a moje łapy wydawały się cięższe niż zwykle. Trening z Rohanem był długi i wymagający, ale jednocześnie dawał mi ogromną satysfakcję. Wciąż czułam na opuszkach łap szorstkość kory drzew, po których kazała mi się wspinać, a w nozdrzach mieszały się zapachy mchu, mokrej ziemi i śladów pozostawionych przez leśne zwierzęta. Mimo zmęczenia nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Każdy dzień przynosił coś nowego i z każdym kolejnym wschodem słońca coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostanie zwiadowczynią, było najlepszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać.
Mimowolnie zaczęłam zastanawiać się, co w tej chwili robią Zew i Łza. Minęło już trochę czasu, odkąd opuścili Owocowy Las, a mimo to wciąż łapałam się na tym, że odruchowo rozglądałam się po obozie, jakbym spodziewała się zobaczyć ich znajome sylwetki. Dopiero po chwili przypominałam sobie, że przecież ich już tutaj nie było. Mieli nowe legowiska, nowych opiekunów i nowe obowiązki, podczas gdy ja nadal każdego ranka budziłam się w tym samym miejscu.
Próbowałam wyobrazić sobie ich życie w Klanie Burzy. Czy Zew wciąż był tak samo rozkojarzony i wpadał na wszystkich po drodze? Czy Łza zdążyła już zwrócić na siebie uwagę całego obozu, tak jak zawsze potrafiła? Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam niemal pewna, że tak właśnie było. Nie umiałam sobie wyobrazić miejsca, w którym Łza nie znalazłaby sposobu, żeby wszyscy wiedzieli o jej istnieniu.
Westchnęłam cicho, czując lekkie ukłucie tęsknoty. W dzieciństwie wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, że zawsze byli gdzieś obok. Nawet jeśli każde z nas zajmowało się czymś innym, wystarczyło odwrócić głowę, żeby zobaczyć rodzeństwo. Teraz między nami rozciągała się granica dwóch klanów. Wiedziałam, że sojusz nadal trwał i pewnie jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale to nie było już to samo. Nie mogłam po prostu pobiec do Zewu, żeby pochwalić się nowym tropem, ani posłuchać kolejnych przechwałek Łzy.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że byli szczęśliwi. Jeśli naprawdę odnaleźli swoje miejsce w Klanie Burzy, to właśnie tego im życzyłam. A kiedyś, przy następnym spotkaniu obu klanów, będę mogła opowiedzieć im o wszystkim, czego nauczyłam się jako zwiadowczyni. I może wtedy okaże się, że choć nasze ścieżki się rozeszły, nadal potrafimy rozmawiać ze sobą tak samo łatwo, jak wtedy, gdy jako kociaki ganialiśmy się po żłobku, udając, że cały świat należy tylko do nas.
Już miałam skierować się w stronę stosu świeżej zwierzyny, kiedy dostrzegłam znajomą sylwetkę siedzącą niemal na środku obozu. Borowik wyglądał, jakby czekał na coś… albo na kogoś. Dopiero gdy jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, zrozumiałam, że tym kimś byłam ja. Przez krótką chwilę poczułam przyjemne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie na mnie czekał tylko po to, żeby zamienić kilka słów.
Na moim pysku niemal od razu pojawił się szeroki uśmiech. Lubiłam Borowika. Był trochę… niezwykły. Nigdy nie wiedziałam, dokąd zaprowadzi go własny tok myślenia. Potrafił z całkowitą powagą rozważać istnienie niewidzialnych kotów, planować ucieczkę przed zupełnie nierealnymi katastrofami, a chwilę później opowiadać o zwiadowcach tak mądrze, że chłonęłam każde jego słowo. Czasami trudno było za nim nadążyć, ale chyba właśnie dlatego rozmowy z nim były tak ciekawe.
Podeszłam bliżej, słuchając jego gratulacji z wyraźnym skupieniem. Z każdym kolejnym słowem czułam, jak moje uszy unoszą się coraz wyżej. Dawniej pewnie od razu zaczęłabym opowiadać o sobie albo przechwalać się tym, czego już się nauczyłam. Tym razem jednak przede wszystkim zrobiło mi się zwyczajnie ciepło na sercu. Miło było usłyszeć, że ktoś zauważył moje starania i uważał, że naprawdę się do tego nadaję. Usiadłam naprzeciw niego, owijając ogon wokół łap.
— Dziękuję! Naprawdę bardzo się staram. Rohan mówi, że jeszcze popełniam sporo błędów, ale podobno szybko się uczę — na chwilę opuściłam wzrok na swoje łapy, przypominając sobie dzisiejszy trening. — Dzisiaj nawet mnie pochwaliła. Powiedziała, że zaczynam bardziej ufać nosowi niż oczom. A wcześniej… chyba ze trzy razy zgubiłam trop i byłam przekonana, że idę dobrze — zaśmiałam się cicho, trochę zawstydzona własnymi pomyłkami. — Uczyłyśmy się rozpoznawać tropy lisów. Na początku wydawało mi się, że wszystkie zapachy są takie same, ale później zaczęłam wyczuwać różnice. Lis pachnie zupełnie inaczej niż kot. Tak ostro… i trochę gryzie w nos. Rohan mówiła, że zwiadowca powinien umieć rozpoznać taki trop od razu, bo kiedyś może od tego zależeć bezpieczeństwo całego patrolu.
Na samą myśl o tym poczułam lekki dreszcz. Jeszcze niedawno byłam zwykłym kociakiem biegającym po żłobku, a teraz ktoś powierzał mi wiedzę, od której kiedyś mogło zależeć życie innych kotów. Brzmiało to trochę przerażająco, ale jeszcze bardziej motywowało mnie do dalszej nauki.
Rohan nie zamierzała jednak ułatwiać mi zadania. Kilka razy celowo prowadziła mnie przez miejsca pełne innych zapachów, gdzie trop niemal całkowicie zanikał. Byłam przekonana, że idę właściwą drogą, ale za każdym razem słyszałam spokojne pytanie, czy na pewno jestem pewna swojego wyboru. Dopiero wtedy orientowałam się, że znowu popełniłam błąd. Musiałam wracać, uspokajać oddech i jeszcze raz zaufać własnemu nosowi zamiast oczom. Dopiero za którymś razem udało mi się odnaleźć właściwy ślad, a Rohan pochwaliła mnie, mówiąc, że zaczynam rozumieć, na czym naprawdę polega tropienie.
Im więcej o tym opowiadałam, tym bardziej czułam, że naprawdę chcę być coraz lepsza. Każdy nowy trening uświadamiał mi, jak wiele jeszcze przede mną, ale zamiast mnie to zniechęcać, tylko bardziej motywowało do pracy.
— Dlatego… naprawdę chciałabym kiedyś potrenować też z tobą. Skoro jesteś zwiadowcą od tylu księżyców, to pewnie wiesz mnóstwo rzeczy, których jeszcze nawet nie zdążyłam zobaczyć. Może nauczyłbyś mnie czegoś, czego Rohan jeszcze nie pokazała?
Na samą myśl o wspólnym treningu ogon poruszył mi się z wyraźnym ożywieniem. Borowik był doświadczonym zwiadowcą i wiedział o tej roli znacznie więcej niż ja. Sam fakt, że uważał mnie za wartą wspólnego treningu, był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.
Nagle przypomniała mi się nasza rozmowa sprzed wielu księżyców, jeszcze z czasów, gdy byłam małym kociakiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie apokalipsy niewidzialnych kotów i wszystkich dziwnych planów, które zdążył wtedy wymyślić. Od tamtego dnia wielokrotnie rozglądałam się po lesie, zastanawiając się, czy przypadkiem naprawdę gdzieś się nie ukrywają. Oczywiście nigdy żadnego nie zobaczyłam… ale przecież właśnie na tym polegał problem. Skoro były niewidzialne, to może rzeczywiście gdzieś tam były.
— Wiesz… czasami nadal myślę o tych niewidzialnych kotach, o których mi kiedyś opowiadałeś. Nadal żadnego nie widziałam… ale chyba właśnie o to chodzi, prawda? — parsknęłam cichym śmiechem, wyobrażając sobie Borowika opracowującego kolejne plany ewakuacji przed katastrofami, które istniały chyba tylko w jego głowie. — Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś naprawdę nadejdzie taka apokalipsa, to będziesz w pobliżu. Wymyśliłeś przecież tyle planów ucieczki, że na pewno któryś by zadziałał.
Ta myśl ponownie mnie rozbawiła. Borowik potrafił sprawić, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy przez chwilę wydawały się całkiem możliwe. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się z nim rozmawiało. Miał w sobie coś, co sprawiało, że świat wydawał się trochę większy, trochę ciekawszy i pełen rzeczy, o których większość kotów nawet nie pomyślałaby ani razu.

<Borowiku?>
[1124 słowa]

[22%]

10 lipca 2026

Od Psianki CD. Zewu

Przeszłość

Pisnęłam triumfalnie, gdy Zew przewrócił się pod moim ciężarem. Nie był przecież dużo większy ode mnie, więc wystarczyło odrobinę rozpędu i odrobina szczęścia, żeby wylądował na ziemi. Natychmiast postawiłam jedną łapkę na jego piersi, unosząc wysoko podbródek z miną zwyciężczyni.
— Mam cię! — oznajmiłam z wyraźną dumą. — Wygrałam!
Ogon aż chodził mi z zadowolenia. Pewnie za chwilę znowu zaczniemy biegać, ale przez tę jedną krótką chwilę zamierzałam nacieszyć się swoim zwycięstwem. Spojrzałam na Gończyka, jakbym oczekiwała, że natychmiast potwierdzi moją wygraną.
— Widziałeś? Widziałeś? Nawet nie zdążył uciec!
Zaśmiałam się głośno, po czym zeskoczyłam z Zewu i odsunęłam się o dwa kroki, dając mu możliwość wstania. Nie zamierzałam siedzieć na nim wiecznie. Berek był najfajniejszy właśnie wtedy, kiedy uciekał.
— Ale następnym razem nie możesz chować się za Gończykiem! — prychnęłam z udawanym oburzeniem. — To było nieuczciwe.
Pokręciłam głową z przesadną powagą, choć coraz trudniej było mi utrzymać poważny wyraz pyska. W końcu parsknęłam śmiechem.
— W sumie trochę śmieszne.
Przyjrzałam się Zewowi przez chwilę, a potem przekrzywiłam głowę.
— Wiesz… naprawdę często się zamyślasz.
Nie mówiłam tego złośliwie. Raczej z ciekawością. Wielokrotnie zauważyłam już, że kiedy razem się bawiliśmy, jego spojrzenie nagle odpływało gdzieś daleko. Jakby myślami był w zupełnie innym miejscu.
— O czym ty właściwie tak często myślisz?
Zrobiłam kilka drobnych kroków wokół niego, zaglądając mu w pysk z różnych stron, jakbym liczyła, że uda mi się tam znaleźć odpowiedź.
— Bo ja chyba nie umiałabym tyle myśleć. Zawsze jest coś ciekawszego do zrobienia.
Zaśmiałam się cicho i pacnęłam go lekko łapą w bark.
— Chodź! Leżenie jest nudne.
Nie czekając na odpowiedź, odbiłam się od ziemi i pognałam kilka lisich długości przed siebie. Po chwili odwróciłam głowę przez ramię, posyłając mu szeroki, zaczepny uśmiech.
— Tym razem nie będę cię gonić! Spróbuj mnie złapać, jeśli znowu nie zaczniesz patrzeć w chmury!
Wystawiłam mu czubek języka i natychmiast ruszyłam pędem między krzewami, co chwilę zerkając za siebie, czy już biegnie. Nawet jeśli mnie dogoni, to przecież o to właśnie chodziło. Im dłużej trwała zabawa, tym lepiej.

<Zew?>