***
— Idziesz z nami. Potrzebujemy dużo złowić, od kiedy zwierzyna się wybudziła. Każda łapa będzie przydatna, dlatego idziesz z nami. — Rudzielec poszedł za Sowim Zmierzchem. Następnie do nich jeszcze dokooptowały się Aksamitkowy Nos i Kalinowy Powiew.
***
— Musimy się rozejrzeć czy tutaj nie ma Dwunożnych i psów. Bądźcie czujni. Gdy dotrzemy tam, gdzie ich nie będzie, zaczniemy polować — powiedział spokojnie Sowi Zmierzch do kotów, które już tam coś mu szeptały. Tęgosz jednak nie słyszał tego, co gadali wojownicy, bo był bardziej z tyłu patrolu, a reszta była z przodu, blisko starszego liliowego kocura.
Nie chciał szczerze widzieć Seradelowego Nektaru. Przecież jej ego tak musiało podskoczyć po otrzymaniu tego odznaczenia, że mu uszy zwiędną, jak będzie musiał słuchać jej przechwalania się. Uszy mu się czerwieniły ze złości. Tak nie umiał się z tym pogodzić. Przy takiej pogodzie kot mógł się uśmiechać od ucha do ucha, ale nawet tak dobra pogoda nie mogła poprawić humoru rudzielca.
— Dobrze ekipo, teraz samotnie będziecie masowo polować na drobną zwierzynę. Macie czas do dotknięcia czubka najwyższej sosny przez słońce. Gdy się odnajdziemy, to w grupie już złowimy coś większego. Liczę, że zgrabnie uwiniecie się z tym zadaniem. — Sowi Zmierzch odszedł od nich i po chwili inne koty też już poszły w swoje strony. Cętkowanemu Tęgoszowi też pozostało gdzieś iść, by upolować więcej niż trzy ofiary.
***
— Uważaj! — Ktoś krzyknął, skacząc na niego, przez co królik uciekł. Oczywiście Tęgosz zrobił się taki czerwony na twarzy, że nie było na niej ani jednego odcienia pomarańczu. Spojrzał na fajtłapę, która śmiała mu przeszkodzić i bez zastanowienia przygwoździł winowajcę do ziemi.
— Co ty robisz?! Ten królik był cenny, a ty mi go spłoszyłeś! — dyszał w stronę cynamona.
— O-o-o-on był trujący! Gdybyś go do obozu wziął, to ktoś, kto by go zjadł, umarłby od razu. Lub ty sam!
Rudzielec tak przestraszył samotnika, że ten trząsł się i brzmiał na wstrząśniętego.
— Nie rozśmieszaj mnie! Zwierzyna, która jest trująca? Ze śmiechu chyba padnę. To, że ten królik się nimi otruł, to nie znaczy, że ja muszę. — Cętkowany Tęgosz musiał przyznać, że rozśmieszył go fakt, że zwierzyna może być trująca. Przecież nigdy mu się nie zdarzyło widzieć zwierzyny, która mogła kogoś otruć, chociaż patrząc na tego królika, to może było to możliwe?
— Sam królik nie jest trujący, a-ale jagody, które zjadł już tak. Ta czerwona jagoda, którą widzisz, ona jest bardzo mocna. Tylko jedna jagoda i już nie żyjesz. Kiedyś odwiedzałem kuzynostwo, zwykle chodziliśmy do nich co sezon, mieszkali bowiem w mieście. Miałem tam kuzynów, Basię, Kasię, Ptysia, Zbysia i Władzię. Byli dużo młodsi ode mnie. Tak dużo ich było, że moje wujostwo nie przykładało się do ich wychowania. W mieście jakoś mieli zawsze te nietypowe zwyczaje. Raz przeszliśmy się po parku Dwunożnych, dorośli wtedy rozmawiali ze sobą, a kociaki się bawiły samowolnie. Ja wtedy chyba pomagałem w znalezieniu jakiegoś jedzenia. Wtedy było tak pusto, że można było chwilę tam posiedzieć i złapać wiewiórki. Ja nie złapałem żadnej, za to wujek trzy i bardzo się cieszył. Zwierzyna to tam rzadkie zjawisko, to z wszystkiego się cieszą, nawet ze szczura! Mieliśmy niedługo się zbierać do innej części miasta, bo za niedługo mieli przyjść Dwunożni. Szukaliśmy wtedy tych kociaków i znaleźliśmy je szybko, ale Basia nie żyła. Miała pyszczek ubrudzony z tej jagody i ze śliny. Był to dla mnie straszny widok, ale dla wujostwa nie. Szybko się stąd zmyliśmy, a Basia tam została. To było okropne...
Cętkowanemu Tęgoszowi zabrało mowę. Jedna jagoda mogła tyle szkód zrobić jednemu kotu? Chwila... chyba mógł to jakoś spożytkować. Przecież chciał się pozbyć Trzcinniczkowej Dziupli, a otrucie go poprzez danie mu zwierzyny z jedną czerwoną jagodą lub większą ich ilością w środku mogłoby załatwić sprawę.
— Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć. Normalnie bym cię sprał za to, że jesteś znowu na naszych terenach, wiesz? Ale chyba ci dam tylko upomnienie, a teraz już! Wynocha! — krzyknął na Kazarka, a ten zdążył czmychnąć. Przynajmniej dobrze, że tak szybko znikł. Jeden problem z głowy.
Rudzielec podszedł do czerwonej jagody, by zapamiętać, jak wygląda, a następnie poszedł w las, by złapać jeszcze kilka ptaków.
***
***
Kilka wschodów słońca od tego patrolu
— Witaj, Blednący Szaleju! Chcesz może iść ze mną na polowanie? Powiem ci, że bardzo zwracają moją uwagę obiecujące koty w klanie. Szybko się mianowałeś, nie każdemu się to udaje, wręcz nielicznym. Na szczęście ja do nich należę, więc ja się niczym nie martwię — dumnie się pochwalił, bo miał czym. Był utalentowany i pochodził z wpływowej i szanowanej rodziny. Taki kot jak on nie mógłby być chyba bardziej szczęśliwy. Srebrny rudzielec z zakłopotaniem spojrzał na bok. Chyba się nie spodziewał, że taka osobistość jak Tęgosz do niego podejdzie.
— Sam nie wiem — odparł młodszy wojownik. Cóż za uparciuch! Trzeba było użyć swoich ukrytych umiejętności manipulatorskich.
— Nie wiesz? Weź tak nie mów, Szaleju! Jako mój kolega jesteś mi winny, chyba że wolisz cały dzień tak siedzieć i patrzyć na innych, mimo że ze mną mogłeś coś upolować — udawał obrażonego. Nawet wyglądał tak, jakby miał odejść od Szaleju, ale kocurek przybliżył się do niego.
— Czekaj. Ja chyba… pójdę z tobą jednak. — Cętkowany Tęgosz się uśmiechnął. Jak miło, że miał towarzysza na specjalny spacerek.
— To chodźmy. Nasze lasy są tak obfite, że pod łapy od razu nam się coś rzuci!
Dość energicznie Cętkowany Tęgosz wyszedł z Blednącym Szalejem poza obóz.
***
Jemu też się zdarzyło zostać bitym nie raz przez Tropiącą Łaskę, ale sam w ramach małej zemsty został wojownikiem, pokonując ją w pojedynku. Wtedy poczuł triumf, choć nie ukrywał, że wolał walczyć ostatecznie z Seradelowym Nektarem, gdy była jeszcze uczennicą, by się zrewanżować za to, że przegrał z nią pierwszy trening walki. Ogólnie teraz kotka miała jakąś dobrą passę. Nie dość, że wygrała z nim dawno temu walkę, to jako pierwsza zgarnęła odznaczenie Powiernika Ciernia, przed nim. Przenigdy nie czuł się tak upokorzony. Będzie musiał tak z tym żyć do końca swoich dni.
— Nie ukrywam, to wielka satysfakcja mianować się od kogoś starszego, kto powinien dawno znaleźć swój rozum. Najwyżej jej odpadł, gdy próbowała zaatakować kociaki kilkukrotnie mniejsze od siebie, albo na tym zgromadzeniu, na którym pobiła się z jakimś uczniem.
Może Blednący Szalej był jak on? Choć nie, nie znał go dobrze, więc musiał jeszcze go obserwować. Nagle usłyszeli jakiś szelest wśród iglastych drzew.
— To chyba znak, żeby zapolować. Zaczniemy? — Cętkowany Tęgosz rzucił do srebrnego rudzielca.
— Oczywiście — odparł młodszy, który rozdzielił się od Cętkowanego Tęgosza, by coś znaleźć. Rudy cętkowany wojownik zrobił to samo. Wyostrzył zmysł węchu i słuchu, by złapać jakieś ptaszysko. Kręcił się po lesie, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Coś czerwonego jak krew, ale były to tylko jagody. Te, które zjadał królik, którego chciał złapać kilka wschodów słońca temu. Miał przecież najpierw znaleźć ptaka, nie jagody! Cętkowany Tęgosz pokręcił nosem i szukał dalej. W końcu do jego uszu doszło ćwierkanie. Podchodząc bliżej, zauważył nieopodal rudzika. Szybko przyjął pozycję łowiecką i skradł się do ptaka, skacząc na niego, lecz nie zabijając go. Ptaka wziął za szyję. Chciał go zanieść na miejsce, gdzie rosły trujące jagody. Szedł sobie spokojnie, a ptak się wyrywał i panikował. W końcu Tęgosz się zatrzymał nad jagodami, chwilę odczekał i puścił ptaka, a następnie przytrzymał go w jednej łapie przy ziemi. Ptak ćwierkał z otwartym dziobem, drugą łapą więc kocur dawał mu jagody do dzioba. Rudzik jedną połknął bez problemu, drugą też, a trzecia mu utknęła w połowie. Dopiero wtedy rudzielec wykręcił ptakowi kark. Po usłyszeniu chrupnięcia ptak zmarł. Tęgosz tę trzecią jagodę upchał już pazurem, tylko na tyle by była niewidoczna.
Po chwili poszedł z powrotem na miejsce, gdzie się rozdzielił z Szalejem. Akurat los chciał, by kocury spotkały się po drodze.
— Co moje oczy widzą, też rudzik? — Cętkowany Tęgosz spojrzał na ptaka, którego trzymał w pysku Blednący Szalej.
— Owszem. Będziesz jeszcze polował? — spytał go młody rudzielec.
— Niestety nie, dużo już upolowałem rano. — Młodzieniec spojrzał na niego z chłodnym wyrazem pyska. Tęgosz nie kłamał. Był na porannym patrolu przedtem, a teraz było między Wysokim Słońcem a wieczorem.
— Dobrze, to pozwól, że ja jeszcze coś upoluję. — Blednący Szalej odszedł od rudzielca, znikając w krzakach. Tęgosz upewnił się, że młodego nie było i spojrzał na swego ptaka. Przecież miał tylko ugryzioną szyję. Gdyby wpadł to by była dla kogoś pierwsza poszlaka. Prędko wgryzł się w ptaka, pozostawiając ślad ugryzienia na jego brzuchu.
On i Szalej mieli te same ptaki. Mroczna Puszcza chyba mu sprzyjała, choć ptaki się różniły, bo ptak Blednącego Szaleju był mniejszy i zgrabniejszy niż jego ptak, bo ten, którego miał, był bardziej okrągły. Obtoczył dwa ptaki w trawie, by zamaskować ich zapach. Następnie tam, gdzie Szalej postawił swego ptaka, podstawił swego, a sam wziął zdobycz srebrnego.
W mgnieniu oka Blednący Szalej wrócił z pustymi łapami. Prawdopodobnie coś mu uciekło.
— Chciałem coś złapać, ale mi odleciało! Prawie miałem tego kosa. — Młody srebrny rudzielec westchnął zawiedziony.
— Czasem najlepszym się zdarza! Nie bój żaby, twój rudzik i tak jest okazały. Może jeden ze starszych by się ucieszył takim podarunkiem? — Chciał go nakierować, by tego ptaka, co weźmie, dał Trzcinniczkowej Dziupli. Mógł niby dodać, że jakiemuś Powiernikowi Cienia, lecz mieli ich dwóch w starszyźnie, a przecież Lamentująca Toń nie była jego celem do otrucia.
— Starszy? Byle komu chyba nie dam tego ptaka, niektórzy w końcu za życia przynieśli hańbę klanowi, a w sumie zastanowię się w obozie. — Młody chwycił otrutego ptaka i poszedł z nim. Cętkowany Tęgosz równie poszedł za nim. Przecież nie mógł pozwolić, by zatruta zwierzynę dostał niewłaściwy kot.
***
— To ja chyba pójdę dać mego ptaka Lamentującej Toni — rzucił syn Cienistej Zjawy. Chciał mu zasugerować, że idzie dać komuś bardziej zasłużonemu ptaka.
— Też pójdę z tobą — rzucił Blednący Szalej.
— Serio? Myślałem, że dla ciebie starsi nie są zasłużeni. — Chciał udawać zaskoczenie, ale na serio był zestresowany, bo obawiał się, że Szalej nie zrobi tego, co sam planował.
— Zwyczajni nie są, ale Powiernicy jak najbardziej. Chyba go dam Trzcinniczkowej Dziupli, przynajmniej on się nigdzie nie rusza, a reszta Powierników ma i tak swoje zajęcia.
Cętkowany Tęgosz bardzo się ucieszył z tego powodu. Oba kocury ruszyły do legowiska starszych. Wchodząc tam, widział wiele posiwiałych pysków, w tym Trzcinniczkową Dziuplę, który był czyszczony przez swoją siostrę, Gąsiorkowy Trzepot.
— Witaj, Trzcinniczkowa Dziuplo. Jesteś głodny? — Blednący Szalej spytał starszego. Ten obrócił pysk w stronę głosu.
— Wcześniej już jadłem, ale chętnie coś jeszcze przegryzę. — Starszy uśmiechnął się, aż było trochę żal Tęgoszowi, że zaraz zobaczy go martwego. Żarcik. Tak na poważnie bardzo chciał, by to słabe ogniwo zniknęło z tego klanu jak najszybciej. Siostra Powiernika też spojrzała na ptaka. Wtedy rudzielec musiał zmienić swe zamiary i to jej dać swego ptaka.
— Proszę, Gąsiorkowy Trzepocie. Widzę, że też jesteś głodna. — Uśmiechnął się do starszej kocicy.
— Dziękuje wam, to miłe z waszej strony.
Blednący Szalej usatysfakcjonowany wyszedł z legowiska starszych, Tęgosz też. Tylko on wiedział, że to ostatni posiłek Trzcinniczkowej Dziupli — tego, który niesprawiedliwie nosił tytuł nazwany po jego ojcu.
<Bladnący Szaleju? Ups>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz