Kocur w ostatnich dniach był w wyjątkowo dobrym humorze, co nie umknęło uwadze niektórym, szczególnie Skrzydlatej Płomykówce, która za każdym razem nieco mrużyła swe jasne ślepia, gdy starszy znajdował się w pobliżu. Kocica miała wrażenie, że od zielonookiego w niektórych momentach aż wręcz bije radosna aura, której u niego nie widziała od… w sumie nigdy. Nie kojarzyła zbytnio, by wojownik kiedykolwiek aż tak tryskał radością. Szakłak oczywiście czuł na sobie jej spojrzenie oraz zadawane przy tym nieme pytanie, co się wydarzyło w jego życiu, że zachowuje się, jak nie on. Mimo to ich dwójka nie miała zbytnio, kiedy o tym porozmawiać, gdyż czarnofutry brał Bursztynową Łapę na trening, uczestniczył w patrolach lub też przesiadywał z Gasnącą Prawdą, jakby ich dawny chłód w stosunku do siebie nawzajem, przeminął, niczym zalegający śnieg po porze nagich drzew.
Zielone spojrzenie właśnie uważnie śledziło pewnego kremowego wojownika, który rozmawiał z Lodówkowym Ciosem i Skrzydlatą Płomykówką, zapewne ustalając skład na patrol. Czarna kita za nim nieco sunęła po kamiennej posadzce jakby w oczekiwaniu na koniec tego długiego rozwodzenia się nad wybraniem raptem paru kotów na łowy lub sprawdzenie granic. Nieco zmrużył ślepia, kiedy to cętkowana nawiązała z nim krótki kontakt wzrokowy. Szakłak miał wrażenie, że właśnie w tym momencie na pysku młodszej pojawia się cień uśmiechu, ale i ukrytego w nim podstępu. Dosłownie uderzenia serca później, wróciła swymi niebieskimi oczami na rozmówców, którzy w ciszy słuchali jej dalszych słów.
— Co ty kombinujesz Skrzydlata? — mruknął pod nosem, w momencie, gdy czekoladowa oraz kremowy skinęli głową, a zastępczyni odeszła. Pomiędzy wojownikami wywiązała się jeszcze krótka wymiana zdań, jakby chcieli się upewnić co do ustaleń z cętkowaną. Dopiero po tym Gasnąca Prawda skierował się w stronę niewiele młodszego od siebie wojownika.
— Skrzydlata Płomykówka uznała, że powinniśmy razem przeszukać stary obóz.
— A Lodówkowy Cios? Widziałem, że z wami rozmawiała — mruknął zielonooki.
— Została poproszona o zmianę warty z Rudą Lisówką przy pilnowaniu więźniów. — Na te słowa młodszy skinął głową i podniósł się z dotychczas zajmowanego miejsca, z którego miał idealny punkt obserwacyjny na wcześniejszą rozmowę trójki Burzaków.
— W takim razie chodźmy, mówiła może o jakimś konkretnym miejscu?
Dawny członek Klanu Klifu pokręcił przecząco głową.
— Mamy spory wybór, gdyż podobno jedynie legowisko wojowników i starszyzny zostało na razie dokładnie przeszukane.
— Czyli pozostają pozostałe legowiska oraz dwa wyjścia z obozu.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Pomiędzy ich dwójką toczyła się rozmowa, dopóki nie wyszli na pogorzelisko. Szakłak niemal od małego się w nim wychowywał i za każdym razem widok stanu, w jakim się znajdował, sprawiał, że jego chęci do życia nieco gasły. Gdyby nie jakiś Burzak, zapewne podzieliłby los zmarłych, wciąż pamiętał szok i rozkojarzenie, kiedy nagle został wyrwany ze snu, wszędzie był dym, a on mógł jedynie podążać u kogoś boku w nadziei, że będzie jednym z ocalałych.
Czując lekkie muśnięcie w bark, kątem oka spojrzał na pręgowanego, który nieco przysunął się do jednolitego, jakby chcąc mu dać znać, że nie jest tu sam i obok siebie ma kogoś, na kogo może liczyć. Na ten gest Szakłak minimalnie skinął głową i biorąc głębszy wdech, a następnie wydech, ruszył przed siebie, a dokładniej ku tylnemu wyjściu z obozu. Pomiędzy ich dwójką panowała cisza, lecz żaden z nich nie kwapił się do tego, by ten stan rzeczy zmieniać, a gdy tylko wkroczyli do podziemnego tunelu na prawo od Skruszonego Drzewa, przystąpili do poszukiwań. Szukali wszystkiego, co mogło się nadać — w pośpiechu porzucone zioła, osobiste znaleziska pobratymców czy cokolwiek innego, świadczącego o tym, jak koty w panice i strachu opuszczały dawny dom. Podłoże w tunelu w niektórych miejscach stanowiła mieszanka ziemi z drobnymi kamieniami, między którymi mogli na coś trafić. Nie spieszyli się, dając sobie tyle czasu, ile potrzebowali na dokładne zbadanie każdego zakamarka.
Na początku tunelu nic nie znaleźli, a zielonooki miał wrażenie, że oprócz wciąż obecnej woni dymu, czuje także już wietrzejący zapach strachu i paniki. Wojownik czuł, jak jego mięśnie same się napinają, jakby nad nim wciąż istniało widmo nagłej ucieczki przed ognistymi jęzorami. W pewnym momencie uniósł nieco spojrzenie na Gasnącą Prawdę, który był przed nim na jakąś długość królika. Kocur badał bardziej lewą stronę tunelu, podczas gdy prawą zajmował się młodszy. Widok kremowego, nieco uspokoił galopujące myśli Szakłaka, pozwalając mu się na nowo skupić w poszukiwania.
Zbliżając się do połowy tunelu, czarnofutry natknął się na skrzydło motyla, które jakimś cudem ocalało. Jego barwa była jaskrawo pomarańczowa z czarnymi żyłkami i krańcami, będące oprószone białymi kropkami.
— Gasnąca Prawdo, mam coś — oznajmił, a wymieniony przerwał swoje poszukiwania, by podejść do zielonookiego.
— Czuję głównie zapach dymu — stwierdził, gdy próbował dowiedzieć się, do kogo mogło należeć. — Jednak jest też coś jeszcze.
Poczciwy Szakłak sam spróbował określić przykrytą dymem woń.
— To chyba Małej Bazi — mruknął po dłuższej chwili. Nie czekał na nic więcej i po prostu delikatnie pochwycił znalezisko, mając zamiar od razu je zanieść właścicielce.
✩。:*•.───── ≪ ◦ ❖ ◦ ≫ ─────.•*:。✩
Kiedy tylko zwrócił kotce skrzydło motyla, uznał, że skoro Gasnąca Prawda ma chwilę, a i on sam już miał za sobą trening z Bursztynową Łapą, to udadzą się razem na patrol w stronę granicy z Klanem Wilka. Do dziś wojownik pamiętał dzień, w którym właśnie w tych okolicach wraz ze Skrzydlatą Płomykówką i Szarą Skórą, którego obecnie już nie było w klanie. Nie dlatego, że odszedł z własnej woli, lecz zginął w pożarze.
Po drodze udało im się złapać jakieś nornice, choć im bliżej byli granicy, tym trudniej było poczuć coś innego niż woń lasu iglastego, który w całości należał do Wilczaków. W międzyczasie pręgowany wyczuł trop zwierzyny i postanowił na nią samemu zapolować, na co zielonooki przystał, w końcu nikt raczej im się do gardeł nie rzuci, dopóki pozostaną na własnym terenie.
Mając po swojej prawej las, a po lewej Martwy Szlak w pewnym momencie do jego uszy dobiegł cichy przerażony pisk. Instynktownie przystanął, wyciągając szyję, by lepiej usłyszeć obcy dźwięk, który tak nie pasował do cichej i spokojnej pieśni równin. Kiedy w końcu te na nowo rozbrzmiały i nim zdołał się zastanowić, ruszył nagłym biegiem w stronę granicy za obumarłymi krzewami. Przeraźliwe kwilenie wskazywało na porzucone kocięta na ich terenie, a według kodeksu nie mógł opuścić małych istotek w niebezpieczeństwie.
Kierowany pradawnymi zasadami i instynktem po krótkim czasie dotarł do miejsca, skąd niosły się popiskiwania kociąt. Zielonooki ujrzał pod jednym z krzewów kunę, która upatrzyła sobie czyjeś dzieci na obiad. Czarna sierść od razu się nastroszyła, a pazury wysunęły, by dosięgnąć drapieżnika. Nawet się nie zastanawiał, gdy skoczył uratować obce kocięta. Zwierzę, gdy poczuło na swym długim cele obce zęby i pazury, wypuściło z pyska pręgowanego klasycznie kociaka, którego ciało bezwiednie padło na ziemię. Kocur jednak nie miał czasu się zastanawiać, czy maluch żyje, gdyż kuna nadal stanowiła zagrożenie, więc pierwszym co musiał zrobić to ją przegonić. Ta na szczęście musiała być młodym osobnikiem, gdyż kiedy tylko wojownik przeorał pazurami po jej grzbiecie, to ta uciekła — oczywiście nie pozostawiła zielonookiego bez odzewu ze swojej strony, gdyż Burzak oberwał w pysk, idealnie od lewej brwi aż do niemal prawego policzka. Rana była skośna przechodząca pomiędzy oczami.
Po odprowadzeniu wzrokiem uciekającego drapieżnika skierował swoje ślepia na dwie biedne kulki. Niestety jedna z nich nie poruszała się czy też nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, nie to co druga, która nadal przerażona kuliła się blisko ziemi. Szakłak ciężko opadł na ziemię, by żyjącego kociaka otulić ogonem — pozostał, tak aż ten się nie uspokoił. Dopiero kiedy popiskiwanie ucichło, kocur wziął delikatnie nieżyjącego malucha i położył ostrożnie na grzbiecie, by następnie jego brata ostrożnie załapać za skórę na karku. W ten sposób udał się w drogę powrotną do obozu, choć po drodze dołączył do niego kremus, która wziął od niego martwe ciało kociaka i w ten sposób wrócili.
Żyjąca znajdka od razu została zaniesiona do medyków, a kociak, którego nie udało się uratować, został pochowany. Dopiero kiedy maluch całkowicie się uspokoił po traumatycznym przeżyciu, wyznał, że jego brat zwał się Kleszcz, a on Patyczak.
Event Klanu Burzy:
Poszukiwania - próba nieudana, osobisty skarb współklanowicza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz