Firletka stał niedaleko krawędzi klifu, lecz pilnował, by nie zbliżyć się do niej na mniej niż trzy długości kociego ogona i podziwiał korzystające z silnego wiatru mewy i inne ptaki nadmorskie. Bardzo podobało mu się to, z jaką gracją szybowały. Ich potężne skrzydła dawały mu pewnego rodzaju zachwyt. Zaraz za uczniem siedział Trójoki Zając, który go pilnował, jednocześnie również obserwując pokaz ptactwa.
Nieopodal nich wylądowała mała grupa mew, skrzecząc radośnie. Kocury od razu się wycofały, by im nie przeszkadzać i obserwować je z bezpieczniejszej odległości, minimalizując ryzyko ataku. Firletka słyszał, jak zanim się urodził, Klan Klifu miał swego rodzaju “bitwę” z mewami, które regularnie i po trochu pozbywały się Klifiaków. Jego tata został wysłany na pozbycie się ich gniazd i z bólem serca musiał to wykonać. Było to trochę przykre, ale arlekinek rozumiał, że była to jednak dosyć pilna sprawa.
Ptaki zaczęły tupać, co było dość ciekawym zachowaniem. Firletka się zastanawiał, o co im chodziło, ale po jakiejś chwili z ziemi zaczęły wręcz wypływać dżdżownice, które od razu kończyły w dziobach mew jako pokarm. Kocurek zastrzygł uszami, a Trójoki Zając się na niego spojrzał.
— Widzisz, jakie one są mądre? — Uśmiechnął się. — Potrafią takie coś wymyślić. Jakie te ptaki są cudowne — westchnął z podziwem.
To prawda, są cudowne. Ale to oglądanie ptaków nie mogło trwać w nieskończoność. W końcu przecież wyszli na trening, nie na podziwianie.
Kocur szturchnął Firletkową Łapę lekko barkiem, który otrząsnął się ze skupienia i zachwytu pierzastymi zwierzętami.
— Musimy iść. Powspinamy się dziś — oznajmił i ruszył głębiej w ląd, oglądając się jeszcze za uczniem, który jeszcze ostatni raz spojrzał na mewy i ruszył za nim.
***
Po niedługim czasie znaleźli się na obrzeżach lasku nieopodal Złotych Kłosów. Zaszli nieco głębiej, po czym Trójoki Zając wybrał drzewo z wysoko osadzoną, bujną koroną, idealną do zwiedzania. Jednak, by dostać się do gałęzi, trzeba było się wspiąć po pniu. Firletka przełknął ślinę, podczas gdy mentor przeciągnął się dla rozgrzewki.
— Obserwuj mnie uważnie, bo będziesz musiał powtórzyć to, co robię — rzekł i podszedł do pnia i zaczął ostrzyć sobie pazury o korę, po czym się w niej zaczepił. Podciągnął się w górę i zaczepił ponownie, a potem znowu się odbił i tak aż do pierwszego konara. — Twoja kolej! — powiedział do syna, spoglądając na niego w dół.
Firletkowa Łapa strzepnął ogonem i zaczepił się pazurami o korę. Popatrzył się trochę w górę, potem w dół, nie wiedząc za bardzo co począć. Zastanowił się moment, po czym jakoś wdrapał się na wysokość ogona. Położył po sobie uszy, czując, jak się osuwał powoli w dół.
— Uh… — stęknął, starając się trochę podciągnąć, lecz biedak wczepił się za głęboko i nie mógł wyciągnąć pazurów tak hop siup, jak zrobił to tata. Potrzebował chwili, by oswobodzić się z pułapki, po czym runął na ziemię. Zaraz jednak stanął na łapy i się otrzepał, następnie pomyślał chwilę. Może nie powinien się tak zatrzymywać, tylko w paru susach pokonać ten pień? W poziomie było to łatwe, lecz w pionie pewnie było to nieco cięższe. Tak więc naprężył łapy, odbił się od ziemi i wylądował na pniaku, lecz zamiast się zastanawiać, ruszył susem w górę. Powtórzył to parę razy z przerwami na wzięcie oddechu, aż dostał się do rozwidlenia pnia na parę gałęzi.
— Gratulacje, udało ci się! — rozradował się Trójoki Zając, liżąc syna między uszami. Mruczał z dumą, podczas gdy Firletka wylizywał podrapane, naruszone poduszki łap.
— Co dalej?
— Tak naprawdę, co tylko chcesz — miauknął. — Możesz się przejść po gałęziach, zapolować na wiewiórki, nie ma to znaczenia. Wykonałeś swój cel — wyjaśnił, po czym wstał i wspiął się nieco wyżej po grubym konarze, który był raczej tylko przechylony w górę niż pionowy jak pień. Tak więc Firletka poszedł jego śladem. Kremowy wojownik przeszedł na gałąź innego drzewa i zeskoczył na kolejną, niżej osadzoną, po czym miękko wylądował na ściółce leśnej. Uczeń był zadziwiony lekkością, z jaką się poruszał i próbował iść tym samym szlakiem, trochę chwiejnym krokiem. W końcu wylądował zaraz obok taty.
Oboje wrócili do obozu, po drodze jeszcze łapiąc wiewiórkę, którą sobie zjedli.
[739 słów + wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz