Zacisnąłem zęby na grubej łodydze jeszcze mocniej, aż poczułem, jak źdźbła łaskoczą mnie po nosie. Roślina ani myślała się poddać. Szarpałem głową na boki, próbując wyrwać ją razem z kawałkiem ziemi, ale zamiast tego moje przednie łapy zaczęły tracić kontakt z podłożem. Najpierw uniosła się jedna, potem druga, a chwilę później poczułem nieprzyjemne łaskotanie w brzuchu, kiedy moje łapy zawisły nad ziemią. Znieruchomiałem. Przez moment nawet nie mrugnąłem, wpatrując się w ziemię znajdującą się pode mną.
— Drzemlik…? — pisnąłem, a moje uszy położyły się płasko na głowie. — Ja chyba… latam.
Nie brzmiało to wcale tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Ogon zjeżył mi się lekko, gdy spróbowałem poruszyć tylnymi łapami. Nic. Tylko kołysałem się na boki, uczepiony zębami tej przeklętej trzciny. W brzuchu poczułem dziwne ściskanie. Z jednej strony było to trochę fascynujące. Byłem wyżej niż wcześniej! Mogłem zobaczyć kawałek obozu ponad niskimi kępami roślin i dostrzec poruszające się w oddali ogony dorosłych kotów. Z drugiej strony wcale nie byłem pewien, jak właściwie wrócić na ziemię.
— Tylko… nie puszczaj mnie — wymamrotałem przez zaciśnięte zęby, chociaż sam nie wiedziałem, czy mówiłem to do Drzemlika, czy do trzciny.
Wiatr prześlizgnął się pomiędzy wysokimi łodygami, wprawiając je w delikatny szelest. Kilka kropel wody, które pozostały na liściach po nocnym deszczu, spadło na moje futro. Jedna trafiła prosto między oczy. Odruchowo zmrużyłem ślepia, a wtedy trzcina przechyliła się jeszcze bardziej.
— AAAAA!
Puściłem ją. Na całe szczęście nie spadłem z dużej wysokości. Wylądowałem na miękkiej, wilgotnej ziemi z głuchym pacnięciem, a chwilę później przewróciłem się na bok. Przez kilka uderzeń serca leżałem bez ruchu, próbując zrozumieć, czy wszystkie moje łapy nadal znajdowały się na swoim miejscu. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się, gdy spojrzałem na swoje łapki. Były. Wszystkie cztery.
— Żyję… — wymruczałem z ogromną ulgą, po czym spojrzałem na Drzemlika. — Koty jednak nie potrafią latać.
Usiadłem, otrzepując z futra drobinki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Dopiero teraz zauważyłem, że kawałek trzciny, który przed chwilą próbowałem wyrwać, nadal leżał obok mnie. Spojrzałem na niego z wyraźnym wyrzutem. To wszystko było jego wina.
— Ale przynajmniej mamy jedzenie dla naszego ślimaka.
Podniosłem głowę, a mój wzrok powędrował w stronę miejsca, w którym zostawiliśmy naszego nowego pupila. Wydawało mi się, że konstrukcja z mchu, kamienia i ściółki była z tej odległości jeszcze mniejsza niż wcześniej. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ślimak nadal tam był. Przecież obiecaliśmy, że się nim zajmiemy.
Ruszyłem więc z powrotem, tym razem zdecydowanie ostrożniej. Stawiałem łapę za łapą, omijając mokre wgłębienia w ziemi i większe kamienie. Obóz z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej niż z kociarni. Wysokie trzciny poruszały się nad naszymi głowami, a pomiędzy nimi co jakiś czas pojawiały się sylwetki dorosłych kotów. Słyszałem ich rozmowy, szelest łap przesuwających się po podłożu oraz pojedyncze miauknięcia dochodzące z różnych stron. Wszystko wydawało się ogromne, a jednocześnie niezwykle interesujące. Kiedy dotarłem do Drzemlika, zerknąłem najpierw na niego, potem na ślimaka.
— Widzisz? — mruknąłem z dumą. — Nie zjadłem ziemi ani nie umarłem.
Po chwili nachyliłem się nad naszym pupilem, sprawdzając, czy nadal siedział na kamieniu. Muszla była wilgotna i błyszczała w świetle słońca, które przedzierało się przez trzcinowe liście. Dotknąłem jej ostrożnie końcem nosa.
— Nadal śpi. — zmarszczyłem nosek.
<Drzemliku? Myślisz, że ślimaki też potrafią latać?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz