Był środek dnia. Za oknem rozpościerało się niebo o tak głębokim, intensywnym odcieniu błękitu, że zdawało się nie mieć końca. Co pewien czas przecinały je długie, mlecznobiałe smugi, ciągnące się przez sklepienie niczym ślady pozostawione przez niewidzialne stworzenia, a pomiędzy nimi leniwie sunęły niewielkie obłoki o miękkich, nieregularnych kształtach. Niektóre przypominały puszyste kłębki mchu, inne rozciągały się w cienkie pasma, jakby wiatr z wolna rozczesywał ich brzegi.
Diane siedziała przy oknie tak cicho, że można by pomyśleć, iż sama stała się częścią otaczającego ją krajobrazu. Jej szeroko otwarte oczy nieustannie błądziły po bezkresnym błękicie, próbując dostrzec w nim coś więcej niż tylko barwy i światło. Był to jedyny fragment świata zewnętrznego, jaki mogła oglądać każdego dnia. Była niska, a więc jej perspektywa była naprawdę ograniczona — pozostawało jej jedynie niebo.
A jednak właśnie ono wystarczało, by rozbudzić wyobraźnię.
Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Za każdym razem wydawało jej się inne, choć nie umiała jeszcze zrozumieć dlaczego. Czasami było jasne i niemal oślepiające, innym razem pokrywały je ciężkie, szare chmury, które zdawały się połykać całe światło dnia. Dziś jednak wyglądało spokojnie, niemal pogodnie, jakby nic na świecie nie mogło zmącić jego niezmiennego piękna.
W sercu Diane rodziło się znajome uczucie.
Ciekawość.
Zastanawiała się, jak pachnie powietrze tam, gdzie kończy się dach domu. Czy wiatr, który wprawiał firanki w ruch, był równie miękki, jak wyglądał? A przede wszystkim — co znajdowało się dalej, poza błękitem, którego końca nie potrafiła dostrzec?
Powoli odwróciła głowę w stronę ojca, który odpoczywał nieopodal, i przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby próbowała zdecydować, czy zadać nurtujące ją pytanie.
— Tato? Byłeś kiedyś... o tam? — odezwała się w końcu cicho, unosząc łapkę i wskazując nią nie tyle na okno, ile na rozciągające się za nim bezkresne sklepienie.
Ojciec podążył wzrokiem za jej gestem. Na moment uniósł głowę wyżej, a w jego oczach pojawił się rozbawiony błysk.
— Tak wysoko? — zaśmiał się cicho. — Nie, słonko. Żaden kot nie potrafi wspiąć się aż tam.
Zamilkł na krótką chwilę, jakby wspomnienia same odnalazły go szybciej niż kolejne słowa.
— Ale jeśli pytasz o świat poza tym domem... to tak. Byłem na zewnątrz kilka razy.
Diane natychmiast nastawiła uszu. Jej ogon drgnął z podekscytowania, a źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że niemal pochłonęły bursztynowe tęczówki.
— Naprawdę? — wyszeptała z niedowierzaniem.
Ojciec skinął głową.
— Naprawdę. Trawa łaskocze w opuszki łap, kiedy jest jeszcze mokra od porannej rosy. Słońce świeci nawet jaśniej, niż lampy, które zdobią sufit, a wiatr... wiatr niesie tyle zapachów naraz, że trudno je wszystkie zapamiętać. Czasem czuć kwiaty, czasem wilgotną ziemię, a czasem obecność zwierząt, których nawet nie widać.
Diane słuchała z zapartym tchem.
Każde kolejne słowo budowało w jej wyobraźni obraz miejsca, którego nigdy nie widziała, lecz które zdawało się istnieć tuż za cienką taflą szkła. Nagle okno przestało być dla niej zwykłym fragmentem ściany. Stało się granicą między światem, który znała od urodzenia, a drugim — ogromnym, pachnącym i pełnym tajemnic, czekającym cierpliwie na dzień, w którym będzie mogła postawić na nim swoje pierwsze kroki.
— A kiedy ja będę mogła tam pójść? — zapytała Diane niemal natychmiast, nie odrywając wzroku od błękitnego sklepienia. W jej głosie pobrzmiewała dziecięca nadzieja, której nie potrafiła jeszcze ukrywać. — Tak bardzo chciałabym zobaczyć trawę... i kwiaty. Chciałabym przekonać się, czy naprawdę są takie miękkie i kolorowe, jak opowiadasz. A może spotkałabym też innego kota... albo Wyprostowanego.
Ojciec uśmiechnął się łagodnie.
Wyciągnął łapę i delikatnie pogładził ją po czubku głowy.
— Jesteś jeszcze bardzo mała, słonko — odparł cicho. — Twoje łapki dopiero uczą się pewnie stąpać po podłodze, a świat za tym oknem jest znacznie większy i bardziej nieprzewidywalny, niż może ci się wydawać.
Diane spuściła uszy.
Choć przeczuwała, jaka padnie odpowiedź, mimo wszystko poczuła lekkie ukłucie zawodu. Zdawało jej się, że skoro potrafi już samodzielnie chodzić, bawić się z rodzeństwem i zadawać tyle pytań, to jest również gotowa zobaczyć wszystko, o czym dotąd jedynie słyszała.
— Ale ja będę ostrożna... — wymruczała niemal błagalnie. — Obiecuję. Nie oddalę się ani na krok.
Ojciec cicho się zaśmiał.
— Właśnie dlatego, że jesteś ostrożna, chcę, żebyś jeszcze trochę poczekała. Czasami największą odwagą jest umiejętność cierpliwego czekania na właściwy moment.
Diane westchnęła cichutko.
— Rozumiem…
Widząc rozczarowanie malujące się na jej pyszczku, ojciec pochylił się nieco bliżej.
— Ale... — zaczął z lekkim uśmiechem. — Mogę wnieść cię na parapet. Stamtąd zobaczysz znacznie więcej niż z podłogi. Co ty na to?
Uszy Diane natychmiast wystrzeliły ku górze.
— Ojej! Naprawdę?
— Naprawdę.
Nie czekając ani chwili dłużej, ostrożnie chwycił ją za kark. Diane instynktownie wtuliła się na moment w jego pierś, czując znajome ciepło futra oraz spokojny rytm bijącego serca. Chwilę później znalazła się wysoko — znacznie wyżej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Parapet wydał jej się ogromny.
Usiadła ostrożnie przy samej szybie, a oczy rozszerzyły się z zachwytu.
Świat nagle urósł.
To, co wcześniej było jedynie skrawkiem błękitu, odsłoniło przed nią swoje dalsze oblicze.
Tuż pod oknem rozciągał się ogród. Gęste źdźbła soczyście zielonej trawy poruszały się zgodnym rytmem pod podmuchami letniego wiatru, przypominając fale na niewidzialnym, zielonym jeziorze. Pomiędzy nimi rozkwitały kwiaty w odcieniach żółci, fioletu i bieli, których płatki kołysały się lekko na smukłych łodygach, jakby prowadziły ze sobą cichy taniec.
Przez chwilę Diane zapomniała nawet mrugać.
Świat był o wiele większy, niż kiedykolwiek przypuszczała.
Nagle coś przemknęło przez ogród.
Mały ptak sfrunął na trawę, przekrzywił głowę, po czym kilkoma szybkimi podskokami znalazł się przy jednym z kwiatów. Jego pióra połyskiwały w słońcu, a drobny dzióbek nieustannie poruszał się, jakby prowadził rozmowę z samym sobą.
— Tato... — wyszeptała Diane, niemal bojąc się, że głośniejszy dźwięk mógłby spłoszyć niezwykłego gościa. — Co to jest?
Ojciec stanął obok niej i również spojrzał przez szybę.
— To ptak. Jeden z wielu mieszkańców ogrodu.
Koteczka śledziła go z zapartym tchem, obserwując, jak po chwili rozkłada skrzydła i jednym, lekkim ruchem unosi się w powietrze. Przez kilka uderzeń serca szybował ponad trawą, aż wreszcie zniknął wśród gałęzi pobliskiego drzewa.
Diane długo patrzyła za miejscem, w którym zniknął.
Coraz mocniej czuła, że za szybą kryje się świat nieskończenie bogatszy od tego, który znała. Świat pełen nieznanych zapachów, dźwięków i stworzeń, z których każde zdawało się opowiadać własną historię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz