Jasne światła
CW/TW: trochę obrzydliwe opisy; myśli i próba samobójcza; intruzywne myśli; uzależnienie; wymioty
Przeszłość
Oczy go piekły, powieki ledwo wytrzymywały w pozycji uniesionej, pyszczek miał odrętwiały, gardło obolałe, zdarte i suche jak piach, a głowa pulsowała mu jakby coś próbowało wydostać się ze środka jego czaszki na zewnątrz. Po brodzie płynęła mu niewielka strużka śliny, wyczuwalna, ale niemartwiąca dla jego niezbyt dobrze działającego jeszcze mózgu. W tym momencie czuł, że nie myślał. Zwyczajnie nie był w stanie. Jakby zawartość jego czaszki zmieniła się w glutowatą maź. Każda jedna czynność jego umysłu sprawiała, że ból głowy wyłącznie się pogarszał. Wiedział tylko, że było tu przeraźliwie zimno, światło raziło go tak, jak nigdy wcześniej, a w powietrzu unosił się zapach strachu, krwi, potu, moczu i czegoś dziwnego, czego nie potrafił określić. Zamknął oczy, pragnąc odgrodzić się od niepotrzebnych bodźców. Słyszał coś, choć nie wiedział, co dokładnie — wszystko zlewało się w jednolitą, płynną kakofonię. Chciał zatkać uszy, ale jego słaba, drżąca łapa napotkała po drodze na jakąś dziwną, twardą przeszkodę, która ani drgnęła nawet, gdy Lulkowe Ziele włożył w ten ruch całą pozostałą mu siłę.
Niechętnie rozchylił powieki, przeklinając jasne światło, drażniące jego wrażliwe gałki oczne. Z ogromnym trudem uniósł głowę. Czuł się, jakby starał się wybudzić o poranku po wzięciu zbyt dużej porcji maku. Och, mak… Przyjąłby go teraz z szeroko otwartymi łapami. Tęsknił za czasami, gdy ten miał na niego jeszcze tak silny wpływ!
Spojrzał w bok, próbując zlokalizować przeszkadzający mu obiekt. Świat początkowo wirował, a obiekty wokół wiły się niczym węże, co wyłącznie wywołało u niego mdłości.
— Litości… — jęknął rozpaczliwie, ledwo powstrzymując wymioty.
Zamknął oczy, tylko na momencik… i znowu zasnął, pogrążając się w głębokiej, błogiej nieświadomości.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Gdy ponownie się wybudził, świat dookoła przestał się kręcić. Dziwna mieszanina dźwięków ustała, przechodząc w cichy szum. Obecny wcześniej smród strachu i płynów ustrojowych zniknął, przekształcając się w delikatną woń kwiatów i czegoś, czego nie potrafił rozpoznać. Powieki nie ciążyły mu już tak podle, Czuł się więc nieco lepiej. Cóż, do czasu…
Do czasu, aż nie poczuł tego okropnego, przeszywającego bólu w tylnej łapie i dole pleców. Nigdy nie doznał czegoś tak przerażająco dotkliwego. Próbował się odwrócić, spojrzeć na swoją nogę, — pewien, że ta była co najmniej złamana — lecz coś krępowało jego ruchy, uniemożliwiając mu skontrolowanie sytuacji. Dopiero po kilkudziesięciu uderzeniach serca uspokoił się i przestał szamotać, akceptując tę beznadziejną sytuację. Aby odwrócić uwagę od bolącej kończyny, Lulkowe Ziele uniósł nieco łeb, rozglądając się dookoła, chcąc jakoś ocenić swoje obecne położenie.
To, co widział, było… trudne do opisania. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkał. Był wewnątrz czegoś. Otaczały go barwne ściany, a on sam spoczywał na czymś miękkim, zapewne na legowisku — ale budującym je materiałem zdecydowanie nie był mech, trawy ani nic, co on już dobrze znał.
Naprzeciw niego znajdowało się duże przejście, nieco osłonięte jakimiś dziwnymi, zwisającymi materiałami. Wokół było schludnie, czysto. Nie zauważył niczego niepokojącego, ale nie był pewien, czy mógł czuć się bezpiecznie. Nie miał pojęcia, czym to miejsce było. Wiedział już, że żył, to było bardziej niż pewne — doświadczał tego boleśnie każdym elementem swojego ciała. Skrzywił się na samą myśl o tym. Czyżby porwał go potwór? To o tym w swoich historiach opowiadała im Kotewkowy Powiew? Znalazł się w jamie dwunożnych?
Westchnął ciężko, starając się zmusić swój mózg do wznowienia pracy — został jednak wytrącony z rytmu przez czyjeś chrząknięcie. Odwrócił się w jego stronę o tyle, o ile mógł, dostrzegając jedynie część sylwetki nieznajomego. Reszta zasłonięta była przez te dziwne, krępujące ruchy coś na jego szyi.
— Witaj — rzekł tajemniczy kot, ostatecznie zbliżając się na tyle, że wzrok dzikusa mógł objąć całe jego jestestwo. Był łysy i gruby. Na swoim ciele miał dziwne, kolorowe coś, a tam, gdzie ów przedmiot nie sięgał widoczna była pomarszczona skóra, pokryta tu i ówdzie ciemnymi plamami. — Witaj w naszych skromnych progach, przyjacielu. Zapewne jesteś zdziwiony tym… wszystkim, co tu się dzieje. Pozwól, że zaznajomię cię z twoją nową rzeczywistością.
Lulkowe Ziele przyglądał się przybyszowi szeroko otwartymi, żółtymi ślepiami. Wpatrywał się w niego tak, jakby ten właśnie obwieścił mu, że za oknem latają jeże. To jednak zdawało się go nie zrażać.
— Wiem, wiem, jesteś przestraszony, zszokowany, zdezorientowany, skonfundowany i… pewnie jeszcze jakieś określenia pasowałyby do obecnie odczuwanych przez ciebie emocji, czyż nie? Wszyscy nowi tak reagują. Ale tutaj naprawdę nie ma się czego bać. Nasi dwunożni to wspaniałe, dobroduszne istoty. Zawsze zbierają takie biedne, zagubione duszki, jak ty, i przynoszą je tutaj, aby się nimi zająć. Jest nas tu całkiem sporo. Chociaż ja byłem pierwszy — powiedział z nieukrywaną dumą, wypinając do przodu łysą, pomarszczoną pierś. — Nazywam się Andora, ale czasami zwą mnie również Surowym Kurczakiem lub Golcem. To honorowe miana, tak nazywają mnie jedynie nasi państwo. Ciebie natomiast nazwali Edredon, cokolwiek to znaczy.
— To taki ptak — wychrypiał Lulkowe Ziele, ledwo wykrztuszając z siebie te słowa. Nie polubił kocura. Zdawał się być butny, pyszny, jakby czuł się o wiele lepszy od niego. Jak Żmijowiec. Nawet trochę go przypominał. Dałby sobie odgryźć łapę, że gdyby Andora nie był łysy, to on i jego brat wyglądaliby jak dwie krople cuchnącej, mulistej wody. — I wcale się tak nie nazywam.
— O, mówisz? No proszę — miauknął pieszczoch, niezbyt entuzjastycznie. — Jesteś dziki, nie? Widać to po tobie. Nie odnajdujesz się tu. Wyrywali ci mnóstwo kleszczy i dali tę dziwną, śmierdzącą wodę na pchły. Ale nie jesteś z miasta, mieszczuchy czuć dymem. Ty pachniesz jak kwiaty, grzyby i zioła z ogródka sąsiadów, więc jesteś leśniakiem. Wy macie jakieś dziwne imiona. I jeszcze dziwniejsze przywiązanie do nich, ale to nie moja sprawa. Jak cię tam zwano? I co tam robiłeś? Nie wyglądasz na… jak to oni ich tam zwali? Bojownika? Jesteś strasznie wynędzniały, zwłaszcza jak na kocura. Nawet jak na wasze mizerne standardy.
Coś go wewnętrznie zakłuło, gdy ten durny piecuch wytknął jego sylwetkę — a jeszcze bardziej, gdy z jego śmierdzącego bobkami pyska wydobyło się to jedno słowo. Kocur. Nocniak wzdrygnął się na sam ten wyraz.
— Lulkowe Ziele… — odparł, zbierając się na jakiś rodzaj odwagi. Och, jakże ten łysy lisi bobek go irytował! Uważał, że od razu go rozgryzł, czyż nie? Że już wszystko o nim wiedział? — I nie, nie jestem wojownikiem. Zajmuję się roślinami.
— Jejuniu, paskudnie was tam wszystkich nazywają. Będę na ciebie mówić Lulu, dobra? Ta wersja jest słodsza — miauknął, chociaż wcale nie brzmiało to jak pytanie. Bardziej jak pewne obwieszczenie. — Roślinami, tak? Ja też. Często wykopuję ziemię z doniczek albo podjadam kwiaty, gdy państwo nie patrzą. Ale oni tego nie lubią, zawsze się za to obrażają, więc chyba nie będziesz mógł tu tego robić.
Lulkowe Ziele nie miał nawet siły komentować tych słów. Po prostu odwrócił głowę na tyle, na ile pozwalało mu to krępujące ruchy ustrojstwo na jego szyi, po czym zamknął oczy, ignorując swojego niechcianego towarzysza.
-ˋˏ ༻❁༺ ˎˊ-
Lulkowe Ziele nie był pewien, ile czasu minęło. Na pewno więcej, niż parę wschodów słońca. Choć czy na pewno? Zamknięty i unieruchomiony w czterech ścianach gniazda dwunożnych nie był w stanie zorientować się co do położenia księżyca ani fazy, w jakiej się znajdował — dane mu było więc zaledwie zgadywać, co utrudnione było przez fakt, że wszystkie dni zlewały się mu w jednolitą, zwartą całość. Większość nich przesypiał, czasami nawet nie wiedząc, czy przypadkiem nie pominął którejś doby całkowicie. Poza tym obserwował dziwny, okrągły przedmiot wiszący tuż przed nim, który co jakiś czas wydawał rytmiczne dźwięki — Andora nazwał ów artefakt zegarem — lub wzrokiem podążał za latającą po jego więzieniu muchą. Niewiele więcej mógł zresztą porabiać w swoim stanie.
Od łysego pieszczocha dowiedział się, że krępujący ruchy mechanizm zamontowany na jego szyi zwał się kołnierzem i został tam umieszczony przez dwunożny odpowiednik ichniego medyka. Zgodnie z najlepszą wiedzą od swojego prywatnego eksperta dowiedział się także, że to właśnie w tym legowisku znajdował się, gdy otworzył oczy po raz pierwszy, bo prawdopodobnie przeżył coś, co jego przymusowy kompan nazwał cięciem, po czym wciśnięto jego tył w białą, twardą substancję — tak zwany gips. Cokolwiek to wszystko znaczyło. Łysy kocur użył o wiele za dużo słów, których Lulek sensu absolutnie nie pojmował — ale głupio mu było się do tego przyznać. Kiwał więc jedynie głową co jakiś czas, udając, że przyjął do informacji wszystko, co ten mu przekazał. Zrozumiał tyle, że jego próba samobójcza zakończyła się porażką, wskutek której skończył z jakimiś poważnymi obrażeniami tylnych łap i biodra — chociaż to wydedukował głównie empirycznie, a nie dzięki jego pomocy. Andora nie potrafił mu powiedzieć, co dokładnie się stało, ale w lulkowej opinii musiało to być złamanie, prawdopodobnie dość rozległe. Był przekonany, że już nigdy po czymś takim nie stanie, ale piecuch uspokoił go, mówiąc coś o tym, że ogrom z kotów, które tu trafiały, był w znacznie gorszym stanie, z którego wychodził ostatecznie bez większego szwanku — co najwyżej z bliznami lub nie do końca prostym chodem. To pozwoliło nieco odetchnąć z ulgą (byłemu?) Nocniakowi — chociaż w sumie nie wiedział, czemu.
Zastanawiał się nad tym spędzając kolejną samotną godzinę w swoim więzieniu. Czy on chciał chodzić? Nie planował przecież wracać do Klanu Nocy, prawda? Prawda — a skoro takie miał podejście, to do czego przydałyby mu się sprawne nogi? Przecież i tak nic go już w życiu nie czekało. Tak naprawdę fakt, że jeszcze dychał, zawdzięczał wyłącznie złośliwości losu i własnemu pechowi. Nic, co chciał osiągnąć, nigdy mu nie wychodziło — najwyraźniej liczyło się do tego również umieranie. Och, jakim zgorzknieniem go to wszystko napełniało! Miotały nim emocje, których nie potrafił prosto sklasyfikować. To była jakaś dziwna mieszanka, połączenie wszystkich uczuć, jakie dotychczas poznał. Gniew, smutek, żal, rozgoryczenie, ulga, wewnętrzny spokój, radość, nostalgia.
Czy tęsknił za klanem? Być może. Czuł ukłucie gdzieś głęboko za każdym razem, gdy jego wstrętni porywacze (znani także jako jego nowi właściciele lub pod imionami Pierre i Jean) przynosili mu na spodku brejowatą, pachnącą jak ryby papkę. Jej konsystencja pozastawiała wiele do życzenia, ale nie planował jak na razie umierać z głodu. Był to proces o wiele zbyt długi i bolesny, aby chciał się na coś takiego porywać. Zresztą, po kilku pierwszych kęsach szło się przyzwyczaić do żelowej faktury, a kiedy zamknął oczy, to potrafił sobie nawet wyobrazić, że znowu był z rodziną. Dzielił z nimi posiłek, leżąc przy źródełku w centrum obozu. Rosiczka i Wężynka śmiały się z jakiegoś durnego dowcipu opowiedzianego przez ich srebrną przyjaciółkę, Tojad leżał wtulony w bok Borówki, zachwycając się nią jak zwykle, a Żmijowiec jadł rybę, tym razem nie znajdując w jej wnętrzu żadnych obślizgłych robali…
Zwłaszcza nocami, gdy budziły go ryki potworów i krzyki podrostków dwunożnych, zbierało mu się na takie nostalgiczne przemyślenia. Czasami nawet zdarzało mu się uronić łzę, chociaż nie miał ku temu żadnego powodu. Dostał to, czego chciał. Sam o tym zdecydował. Postanowił uciec, wyrwać się, zakończyć to wszystko — swoje życie, nie tylko to klanowe, życie jako całość. Cudem (niefortunnym) przeżył, czego absolutnie nie miał w planach, a teraz? Żałował? Przecież był tak pewien swojej decyzji, najpewniejszy, jaki kiedykolwiek był! To była głupota. A jednak… tak bardzo mu tego wszystkiego brakowało. Wspólnego zajmowania się ogrodem z Pierzastą Kołysanką, dostarczania ziół medyczkom i krótkiej pogawędki z kotkami, nawet rozmów z jego parszywym rodzeństwem.
Zastanawiał się, czy żałowałby także, gdyby naprawdę umarł. Czy także zmieniłby zdanie, cierpiąc z powodu podjęcia tak bezwzględnie trwałego wyboru? A może by się cieszył? Nie czułby już bólu, czyż nie? Żadnego jego rodzaju, zarówno fizycznego, jak i tego psychicznego, który stanowił jego największy problem. Zakładając, rzecz jasna, że po odejściu zachowałby świadomość własnego istnienia. Takie przekonanie było żywe w Klanie Nocy. Niemal każdy wierzył w moc przodków, żyjących bez żadnych cierpień na nocnym nieboskłonie, obserwujących ich z góry. Śnieżna Mordka zawsze mu o tym wszystkim mówiła, zwłaszcza, gdy on nie chciał słuchać. Znała każdą legendę, każdą opowieść Kotewkowego Powiewu na pamięć. Była nimi szczerze zafascynowana, kompletnie wierząc w każdą jedną bajkę, jakby była niezaprzeczalnym, namacalnym wręcz faktem. Wieczorami, gdy byli jeszcze uczniami, zwierzyła się mu kilka razy z wrażenia, iż ktoś tam, na górze, wśród tych wszystkich ślicznych gwiazd nad nią czuwał — i nad nim na pewno też. On zazwyczaj zbywał ją prychnięciem. Szczerze w to wątpił.
Teraz jednak, gdy zamykał swoje żółte ślepia, widział malujące się na nicości białe kropki, coś jak mroczki, ale ukryte pod jego powiekami. Wyglądały jak gwiazdy, a gdy wystarczająco długo odpoczywał w ten sposób, potrafiły nawet tworzyć skomplikowane gwiazdozbiory. Na nowo rozpalało to w nim jakiegoś rodzaju nadzieję, mały płomyczek radości, nawet, gdy podświadomie uważał je za zaledwie wytwory jego przemęczonego umysłu.
Wychodziło na to, że jego srebrna nie-koleżanka miała rację. Tylko sam Lulkowe Ziele nie był przekonany, czy ów ktoś na pewno życzył mu dobrze. Rozumiał tylko jeden przekaz płynący z jego czynów — musiał żyć, czy tego chciał, czy nie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz