BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmierzchająca Zatoka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmierzchająca Zatoka. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2025

Od Zmierzchającej Zatoki

Przed porodem
— No więc… Jestem w ciąży — zwieńczyła swój długi monolog tymi jakże prostymi słowami, spoglądając ku niebu, jakby oczekując od niego wsparcia.
Był dżdżysty, pochmurny poranek. Pogoda od rana dawała się wszystkim we znaki, psując humor i brudząc futro. Zmierzch zdążyła już nawet dojść do wniosku, że z błocka, które grubą warstwą zalegało na runie leśnym, mógł bez problemu wyjść jakiś ohydny stwór, ponieważ przeklęty przez cały dzień lepił się każdemu do łap… Ususzone konary drzew skrzypiały i jęczały na wietrze, a mgła utrudniała dostrzeżenie ścieżki naprzód. Tego dnia też Zmierzchająca Zatoka udała się z Judaszem, by pomówić z jego bratem i choćby spróbować przekonać go do racji ich pomysłu…
Salomon milczał przez jedną chwilę, kolejną, aż w końcu w powietrzu zawisło pytanie wypowiedziane zawistnym wręcz tonem.
— Czyli? — W każdym skrawku ciała okazywał swą irytację - drżeniem ogona, ciągłym wysuwaniem pazurów, rozbieganym wzrokiem. Mimo, że znali się tak długo, dalej nie odkryła, czemuż miałby tak jej nie lubić… Jaki błąd popełniła. — Z tego co rozumiem, nic mi do tego.
Judasz rzucił bratu ostrzegawcze spojrzenie, jednak ten ewindentnie zignorował starszego. Obejrzał się za siebie i przewrócił oczami, ewidentnie chcąc jeszcze bardziej podkreślić swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji.
— Podjęliśmy decyzję, że przenosimy się do Klanu Nocy — wtrącił Judasz gładko, najpewniej chcąc załagodzić burzliwe słowa, które padły chwilę temu. — Tak będzie lepiej, uwierz mi. Nie będziemy głodować. Zdobędziemy dach nad głową. Przyjaciół. I co najważniejsze, będziemy mogli właściwie zająć się kociakami.
Młodszy zaśmiał się sucho i wydawało się, że nawet wiatr ustał w oczekiwaniu na jego słowa, bez względu na to, jak bardzo raniące mogły one być.
— I tak sobie ćwierkaliście za moimi plecami? Naprawdę? Jesteście żałośni. W kółko tylko widzicie swój czubek nosa! Macie gdzieś, jak ja mogę się czuć. Co mi robicie — fuknął, spluwając mu prosto w pysk i gwałtownie przecinając powietrze ogonem. — Bo oczywiście — stwierdził ironicznie — jestem tylko głupim, nic nieznaczącym elementem waszej układanki. Może najlepiej mnie wyrzucić na śmietnik, co?
— To jeszcze nie jest oficjalna decyzja — Judasz wydawał się dość mocno poirytowany obcesowością brata, z trudem wydobywając z siebie te słowa, ciche jak szept wiatru.
— Ta, jasne — zlekceważył go natychmiastowo. — A ty jesteś królową wszechświata.
Brutalnie popchnął niebieskiego, który cofnął się gwałtownie do tyłu. Judasz ze świstem wypuścił powietrze, przecinając swoim ogonem powietrze niczym batem.
— Bo zaraz stracę cierpliwość — zagroził. Ewidentnie był to już koniec żartów. Jego oczy dotąd będące spokojnym oceanem, zamieniły się we wzburzone morze, na którym wiatr miotał fale na różne strony, a błyskawice przecinały niebo.
— Tak?
— A i owszem, młody.
Nastąpiło jedno pchnięcie. Kolejne. Hah, z pozoru może niegroźne, lecz co z kamieniami?
Ze skałami, które mogą zabić?
Może gdyby byli bardziej ostrożni, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Lecz los nie był pobłażliwy.
***
— Zabiłaś go! To twoja wina! — wrzeszczał ze łzami w oczach Salomon, bezsensownie wpatrując się w znieruchomiałe ciało zbroczone krwią. Zesztywniałe, zimne. Bez życia.
Ciało jej partnera.
Łkała, a po jej policzkach toczyły się gorzkie wodospady żałoby. Płynęły bezustannie, ani na chwilę nie przestawały. Bo może to rzeczywiście była wina jej marzeń o rodzinie. O lepszej przyszłości. Podniosła łeb, z pustym wzrokiem obracając się w kierunku burego.
Bo nikt jej już nie pozostał.
— Jesteś skończona! Rozumiesz to!? — Ciągnął dalej, obnażając zęby. — Już nigdy nie będziesz bezpieczna. Znajdę cię. Wypruję flaki, zakopię żywcem! Jesteś… Jesteś po prostu fałszywym ptaszkiem, który w niebezpieczeństwie zwiewa! Zrujnowałaś… wszystko!
Jak w mantrze przytaknęła. Bo tego od niej oczekiwał. Potwierdzenia.
A później po prostu odeszła.

27 stycznia 2025

Od Zmierzchającej Zatoki

 Powietrze było ciężkie i parne. Chmury złowrogo wisiały nad nieboskłonem, a drzewa szumiały niespokojnie, gałęziami kołysząc się w rytm wiatru. Lecz czy przeszkadzało to dwójce naszych bohaterów? Zapewne znacie odpowiedź. Leżeli wtuleni w siebie na soczyście zielonej trawie rozkoszując się chwilą, z premedytacją łamiąc swoje granice i pozwalając sobie na okazanie uczuć. W zasadzie byli w związku, mimo, że nigdy nie ubrali tego w słowa - liczył się sam fakt, że w duszy mieli co do tego pewność. To była nowa szansa na poczucie szczęścia. Zrozumienia samego siebie.
— Chociaż nie mam pewności, co wydarzy się za mgnienie oka, wschód słońca czy księżyc, nie myślę już o tym. Nie wybiegam za bardzo w przyszłość, tylko nareszcie cieszę się teraźniejszością — pośród ciszy rozległ się jej głos, łagodny niczym poranny wietrzyk. — Jeszcze bardziej doceniam każdy promyk słońca, oddech, radość bliskich mi kotów. Jestem wdzięczna za wszystkie chwile, które mogę z nimi spędzić, bo choć mówi się, że nie powinniśmy uzależniać swojego szczęścia od otaczających nas kotów, one mi je naprawdę dają i nie potrafię tego zmienić. Lecz jest ktoś, bez którego nie znaczyła bym nic — wyrzuciła, nie spoglądając mu w oczy. Bała się, że będzie miał do niej żal o te słowa. Nie spodziewała się jednak, że pociągnie nitkę…
— Kiedyś wyobrażałem sobie szczęście jako polanę, do której docieram po długiej, wycieńczającej ucieczce przez ciemny las. Wyobrażałem sobie, że się potykam, upadam, aż docieram do miejsca, w którym trawa jest soczyście zielona, niebo bezchmurne, a słońce świeci wysoko nad moją głową — rzekł na jednym oddechu. — Wyobrażałem sobie, że zrzucam z siebie cierpienie, biegnę i już nic mnie nie boli. Teraz, gdy nareszcie odnalazłem swoją polanę, gdy pod łapami czuję trawę, rozumiem, że nie jest ważne, jak na nią dotarłem, ale z kim na niej jestem.
Ból będzie w naszym życiu zawsze, każdego dnia w różnej postaci i z różnych powodów.
Bo przecież nie da się go wyzbyć, gdy się kocha.
I mimo, że ich los splótł się całkiem przypadkiem, mimo tego, że ich charaktery i doświadczenia były zupełnie inne, skończyli tu we dwoje. Odnaleźli swą bezpieczną przystań, chwilę wytchnienia w wędrówce, którą byli dla siebie nawzajem. A te z pozoru puste słowa były dla nich najpiękniejszą obietnicą, przypieczętowaniem niewypowiedzianych słów. Początkiem owocu ich miłości…

***
— Jestem w ciąży — wyszeptała, a jej serce jakby zgubiło rytm. Jak zareaguje? Będzie wściekły? Zrozpaczony? Nie odważyła się unieść wzroku i w milczeniu oczekiwała reakcji. Cisza trwała chwilę. Dwie. Aż w końcu pośród lasu rozległ się delikatny, niepewny pomruk.
— To cudownie… Będę ojcem, prawda? — Judasz nie wyglądał jednak na zbyt zadowolonego. Pysk oszpeciła mu niechęć, z całej siły przebijająca się coraz bardziej poprzez jego mimikę twarzy.
— Nie cieszysz się? — rezygnacja w jej głosie była wręcz namacalna. Jak to? Po tym wszystkim, co przeszli, nie mógł się poddać… Nie teraz.
Delikatnie przesunął ogonem po jej boku, jak gdyby chciał dodać jej otuchy.
— To nie tak — sprostował, próbując bezskutecznie złapać z nią kontakt wzrokowy. — Ja po prostu… Jak my się nimi zajmiemy? Żyjemy w dwóch całkowicie odrębnych światach. Ty masz swoje życie, a ja swoje…
W głowie zaświtał jej pewien pomysł i uznała, że warto się nim podzielić.
— A jakbyś dołączył do Klanu Nocy? Co by było wtedy? — ciągnęła, z każdą chwilą bardziej podekscytowana. — Znalazłbyś dom. Nie musielibyśmy się ukrywać!
— Ale co z Salomonem? Nie będzie przekonany… Nie ufa ci. To nie wyjdzie…
— Och, nie martw się! Na pewno go przekonamy — rzekła.
Choć wcale nie była tego taka pewna.

Od Zmierzchającej Zatoki

 Gdy tylko okoń wypłynął bliżej brzegu uniosła się ku niemu czarna łapa, która z niebywałą wprawą wyrzuciła go w powietrze. Woda ochlapała kota obok, który w akcie zemsty odpłacił się swej towarzyszce tym samym. Po wodzie poniósł się rzewny śmiech Zmierzchającej Zatoki, która wyszczerzyła się do Judasza. To właśnie takie dni pełne beztroski lubiła najbardziej…
Ostatnio jednak nie były one jej dane. Musiała martwić się o rozwijającą się rodzinę, o dobre wyszkolenie swojej uczennicy, o udźwignięcie śmierci Tuptającej Gęsi. Zbyt duży natłok, kłopotów w bród, a ona sama pośród tego wszystkiego… Ciążyło jej to niesłychanie, jednak jak to ona - nie dała tego po sobie poznać. Po prostu wciskała na pysk wymuszony uśmiech i starała się być wsparciem, co jednak nie wychodziło jej zbyt dobrze.
Na niespodziewany trzask podskoczyła nieco, gwałtownie wyrzucając z głowy te myśli pełne niepokoju i zdała sobie sprawę, że to po prostu Judasz nadepnął przypadkiem na gałąź. Rzuciła mu słaby uśmiech, jednak on znał jej sztuczki.
— Wszystko w porządku? — w powietrzu zawisło jego pytanie, jak gdyby okrywając ich płachtą niepewności. — Zachowujesz się jak nie ty… Co cię dręczy?
Czy chciała udzielać odpowiedzi na jego pytanie? Zdecydowanie nie. Nie chciała, by przejmował się jej stanem, zwłaszcza, że na razie miał na głowie wykarmienie siebie i brata. Z tego, co nie tak dawno temu jej powiedział wynikało, że główny dostęp do zwierzyny łownej zablokował im jakiś parszywy lis… Cóż jednak mogli uczynić z tak małym doświadczeniem? Wbrew swej woli wzięła głęboki oddech, by przygotować się do odpowiedzi.
— Po prostu się martwię — rzuciła, wbijając wzrok w nieruchomą taflę wody. — Wszystko stało się takie… Spokojne. Aż nazbyt, nie sądzisz? Jakieś niebezpieczeństwo nad nami zawisło, lecz jest zbyt późno, by się przed nim obronić.
— Mi się wydaje, że nie warto się przejmować. Przynajmniej na razie. Cisza przed burzą nie zawsze jest przyjemną pieszczotą, jednak czymś nieuniknionym. Należy cieszyć się tym czasem, przynajmniej dopóki nikt nam nie przeszkodzi — skwitował, łagodnie kładąc końcówkę swojego ogona na jej boku. — Chodźmy, upolujmy coś dla młodego, pewnie umiera z głodu — dodał na koniec.
Och, Klanie Gwiazdy, co ona by bez niego zrobiła?

16 listopada 2024

Od Zmierzchającej Zatoki

Porą Opadających Liści
Od ich ostatniego spotkania coś się zmieniło. Stworzył się między nimi jakiś dystans, a on sam stał się… Niedostępny? Nadal spotykali się na rozmowach, żartowali… Coś jednak było nie tak. Nie wiedziała, czy było to za sprawą niepewności bądź strachu, że rozpowie to, co zdecydował się jej pokazać. Zdawała sobie za to sprawę, że ten stan rzeczy nie był zbytnio zdrowy.
W wolnym czasie jak najczęściej starała się odwiedzać Salomona, który nadal był zamknięty w sobie. Nie zdążyła go dobrze poznać, mimo to jednak żywiła do niego jakiś szacunek i chęć zrozumienia. Widziała, że nie przepadał za jej towarzystwem - wiecznie na nią warczał i raz nawet prawie ją uderzył, gdy spytała o jakieś delikatnie historie z dzieciństwa. Widziała jednak, że było mu trudno i zapewne musiał dać wiele z siebie, by powściągnąć emocje.
Leżała rozciągnięta na trawie, bezskutecznie próbując wsłuchać się w ptasie trele i szum wody. Ale jak miała się nie dekoncentrować, gdy Judasz spoczywał u jej boku i nie wzdygał się pod jej dotykiem? Z błogim westchnieniem wciągnęła do nozdrzy woń kwiatów i odprężyła najlepiej, jak potrafiła. Wtuliła pysk w futro kocura i trwała tak w bezruchu, póki pośród ciszy rozległ się jego głos.
– Chcesz usłyszeć coś o moim dzieciństwie? – Zapytał niby niedbale, choć poczuła, jak pod jego skórą napinają się mięśnie.
Tak, chciała. I to nawet bardzo. Nie miała jednak pewności, co spowodowało taką nagła zmianę. Niegdyś musiała go błagać o opowiedzenie, a ten i tak nie ulegał jej słowom, z uporem trwając przy tak drażliwym temacie.
– Czasem warto wyrzucić z siebie ciężkie chwile – szepnęła łagodnie, spoglądając mu wprost w oczy. Jak bardzo, bardzo, bardzo kochała te tęczówki… Przerażało ją jednak to, jak dużo skrywały cierpienia i bólu. Więcej, niż by ktokolwiek był w stanie unieść. Nie wiedziała, czy zdawał sobie z tego sprawę. Ten jednak dalej unosił ten ciężar, ale co, jeśli kiedyś w końcu się złamie?
Usłyszała z jego strony ciche westchnienie i wręcz namacalnie poczuła wewnętrzną walkę, jaką właśnie ze sobą toczył. Wydawał się tak zagubiony. Delikatnie musnęła ogonem jego bok, jak gdyby nakłaniając, by w końcu przestał się ukrywać z poczuciem winy i wyrzucił je u jej stóp.
Usłyszała głęboki oddech, jaki zabrał i zdała sobie sprawę, że za chwilę rozpocznie opowieść.
– Urodziłem się w domostwie – rozpoczął zwyczajnie, nie patrząc jej w oczy. – Niegdyś wołali na mnie Rozkwit, a na moich braci, którzy jak ja wyłonili się z łona Lilii, naszej matki, Sepia i Orzeł. Ojciec… Nie był aktywny w naszym życiu. Grom wiecznie nas wyśmiewał, poniżał, a matka… Mu na to pozwalała. A może tego nie widziała – rzucił z żalem, podświadomie wysuwając pazury. – Byłem bardzo zżyty z moimi braćmi. Potrafiliśmy przegadać cały dzień i noc, i śmiać się do rozpuku z byle błahostek. Oni jednak mieli coś, czego ja nie posiadałem – dodał cicho i niemrawo. – Sepia był mądry. Posiadał wiedzę tak dużą, że nawet ciężko było mi to pojąć. Zawsze zachwycał całą rodzinę zabawnymi, a zarazem idealnie wyważonymi anegdotkami. Wszystko obracał w żart. A Orzeł… On po prostu był silny. Koty w mieście czuły przed nim respekt, mimo jego młodego wieku, a sam był z tego dumny i kochał się popisywać. A ja? – zaśmiał się sucho. – Ja byłem nikim. Byłem głupi, cherlawy, chorowity, niezdarny. I niby kochający rodzice by tak nie powiedzieli o dziecku – tu zrobił dłuższą przerwę. – Ale mój ojciec nie kochał. Uwielbiał ze mnie szydzić. Na początku kierował swoją wzgardę ku naszej „niechcianej” jego zdaniem trójce, ale w końcu cały ciężar przeniósł na mnie. Bo oni mogli mu się jeszcze przydać. I jak na zawołanie zaczęliśmy dorastać. Ale szczęście nic nie jest wieczne, prawda? Orzeł stał się dumny. Popisywał się przed ojcem, dla poklasku spluwał w moja stronę i dręczył. Tak właśnie rozpoczęło się piekło.
Gdzieś wtedy narodził się młody. Nie jest to jednak najważniejsze. Czułem się tak bardzo źle. Cierpienie przygniatało mnie z każdej strony. Chciałem je odrzucić. I proszę, jak na zawołanie natrafiła się okazja. Byliśmy w ogrodzie – szepnął cicho, głosem przepełnionym bólem, a jego oczy stały się szkliste. – Miałem taką jedną ulubioną szyszkę. Korzystałem z niej dość często. Była moją ukochaną zabawką, otrzymaną od matki, była gestem miłości. A wtedy zjawił się on. – rzekł ponuro. – Wrzasnął na mnie, że mam mu oddać moją jedyną zabawkę. Odmówiłem. Tak bardzo nie chciałem, pragnąłem w końcu być wolny, żeby przestał mnie dręczyć. Więc się postawiłem. Ale on nie odpuścił tak łatwo; splunął na mnie i powiedział, że mnie zabije. Że rozpruje mój brzuch, wyrzuci na wierzch moje bebechy, ponieważ nawet one są bezużyteczne – złapał wielki haust powietrza, jak gdyby się dusił. – Wtedy go popchnąłem. Mógłbym bronić się tym, że ogród był piękny i równo przycięty – szepnął z grobowym uśmiechem. – Ale były w nim także kamienie. Sparaliżowany obserwowałem, jak jego krew rozbryzgała się po trawie i zbroczyła moje futro. Ale to nie było najgorsze. Ojciec tak bardzo na mnie wrzeszczał. Że mnie zabije, że mnie nienawidzi. I zabrał się za mnie. Po piętnastym uderzeniu przestałem liczyć. Czułem tylko ból – wyznał pusto. – I wtedy zjawiła się ona. Ta cicha, uległa kotka, która dawała wrażenie, że nigdy mnie nie kochała. Nie chciała. Lilia rzuciła się na Groma z wrzaskiem, kurczowo próbując go ode mnie odczepić z błagalnym wzrokiem, jak gdyby prosząc, bym uciekał. Więc… Uciekłem. Życie w lesie przez kilka następnych dni było ciężkie. Nie umiałem walczyć ani polować, miałem wręcz wrażenie, że ledwo trzymam się na powierzchni. I wtedy przyszli oni. – nie uszła jej uwadze ulga wypisana na pysku Judasza, gdy ten wspominał tamten dzień. – On i Salomon, jak wyjaśnił mi później Sepia, od dawna chcieli do mnie dołączyć. Ojciec trzymał ich jednak pod kloszem i nawet posunął się nieraz do kar cielesnych. Jednak niczym błogosławieństwo spłynął na nich dzień, gdy dwunożni zabrali Groma do obcinacza. W końcu się wyrwali. I jak dowiedziałem się później, matki też nie było, ponieważ umarła w mojej obronie. We trójkę jednak lepiej radziliśmy sobie z problemami. Sepia posiadał duże umiejętności łowieckie, więc utrzymywał nas przy życiu. Ale co – wtrącił z suchym uśmiechem. – Żadna historia nie kończy się dobrze. Ojciec dalej znajdował ucieczkę w znęcaniu się nad nami. Ale nie personalnie. Jak dowiedziałem się później, Grom wcale nie porzucił naszego tematu. Miał dość duże wtyki w mieście. Więc do czego niedawno się posunął? – zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Jakieś trzy księżyce temu zaczął nasyłać na nas różne koty. Oni… Oni zabili Sepię – wtrącił łamiącym się głosem. – To miało być ostrzeżenie. Za każdym razem, jak przychodzą, biją nas dosłownie do nieprzytomności i szydzą. Raz nawet za poleceniem mojego ojca zmuszali mnie do tak podłych i obrzydliwych rzeczy, aż nie uwierzyłem, że jestem nędzny i nie zacząłem korzystać z tytułu Judasz Niewierny. Nie chcę tak żyć.
I w tym momencie zadała sobie pytanie, jak można trzymać sobie tak wiele bólu.

Od Zmierzchającej Zatoki

Porą Opadających Liści
Z każdym dniem poznawała Judasza coraz lepiej. Jego ulubiony kolor, zapach… Jednak dalej nie znała ani krzty jego historii czy prywatnego życia. Za każdym razem uparcie się bronił od udzielenia odpowiedzi i przy pytaniach o rodzinę odpowiadał zdawkowo i prędko zmieniał temat. Co takiego ukrywał?
Ucieszyła się więc, gdy po jej wielu prośbach, namowach, błaganiach i groźbach (których wizja najwyraźniej nie bardzo mu się spodobała) zgodził się zabrać ją w pewne miejsce, które podobno miało rozwiać jej wszelkie wątpliwości.
Z niecierpliwością czekała na kocura, wystukąjąc łapą na podłożu nerwowy rytm i przygryzając wargę. Spóźniał się. Była tego całkowicie pewna. Słońce chyliło się ku zachodowi, a ona dalej oczekiwała, myśląc, że ten wystawił ją do wiatru. Wokół jednak krajobraz okrywała mgła, lecz teraz, gdy ta zdążyła się rozmyć, Zmierzch zauważyła niewielką sylwetkę zmierzającą ku niej. Bury był lekko zgarbiony, a jego krok był chwiejny i nieśpieszny. Po kilku minutach ociągania się, dotarł w końcu na miejsce, stanął przed nią i spojrzał jej głęboko w oczy.
– Proszę – szepnął. – Bez względu na to, co się dzisiaj stanie, nie masz prawa mówić o tym nikomu. Po prostu nie masz…
Uśmiechnęła się lekko i przejechała końcówką ogona po jego pysku, ciekawa zachowania jego ciała. Bardzo bawiły ją jego reakcje na dotyk, więc gdy ten się nie odsunął, powinna poczuć rozczarowanie. Ono jednak nie zamierzało się pojawić.
– Rozchmurz się! Nie zamierzam rozpowiadać naszych sekretów – odpowiedziała, wstając z podłoża. – To co, idziemy?
***
Kroczyli w akompaniamencie trzaskania gałęzi i pohukiwania sów, pośród mroku, który zdążył już objąć nieboskłon, zakrywając las cieniem. Nigdy wcześniej nie wychodziła za granice klanu i ta przechadzka ją trochę przerażała. Może i nie poszli aż tak daleko… Taką miała nadzieję.
W mgnieniu oka dotarli do niczym niewyróżniającego się miejsca, jednak podświadomość poinformowała ją, że to zapewne już tutaj. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała wołanie obok siebie:
– Salomonie, możesz już wyjść. Jesteśmy bezpieczni.
Nie zdążyła przetrawić tych słów, nim niewielki kocur wyłonił się z cienia rzucanego przez pobliskie drzewo. Był niski i krępy, na oko dość młody, z futrem w odcieniach identycznych co Judasz. Jednak nie to w nią uderzyło, tylko podobieństwo ich rys, równo osadzone oczy, smukła szczęka. Więc wniosek był tylko jeden.
Miał brata.
Odwróciła głowę w stronę starszego kocura, biorąc głęboki oddech i próbując powściągnąć natłok myśli. Dlaczego zdecydował jej o nim powiedzieć?
Niby uprzedzając pytania, Judasz niechętnie mruknął:
– Ja… Nie chciałem, byś dowiedziała się w nieodpowiedni sposób lub w złym momencie. Wolałem ci to przekazać sam.
Otworzyła pysk by rzucić jakąś odpowiedź, gdy przerwał jej głęboki i szorstki głos:
– Na co kierujesz tu ten plebs? Ciągle gadasz, że niby nas bronisz. Jak to widzisz, przyprowadzając obce koty w serce naszego życia?
Atmosfera momentalnie się zmieniła. Powietrze zrobiło się gęste i lepkie od niewypowiedzianych słów, a Judasz i Salomon dosłownie strzelali w siebie piorunami z oczu. W końcu młodszy się poddał i z pełnym irytacji westchnieniem spuścił wzrok.
Nie wiedziała, jaki wykonać kolejny ruch.
– Jestem Zmierzchająca Zatoka – szepnęła cicho, jak gdyby myśląc, że te trzy słowa cokolwiek zmienią.
I chyba przyniosło to skutek.
W jego ślepiach złość powoli przeobrażała się w zawstydzenie. Rozumiała go. Młody żył w środku lasu, bez praktycznie żadnego bezpiecznego schronienia, samotny, wychowywany pod pieczą brata.
– Przepraszam.
I takie były ich początki.

Od Zmierzchającej Zatoki

Porą Zielonych Liści
Chodziła tam dzień w dzień.
Nie miała pojęcia, czy w zasadzie oczekiwała jakichś większych zmian. Łowiła, rzucała mu ryby. I w zasadzie nic więcej.
Nic nie mówił. Trwał w ciszy za każdym razem, gdy pytała. Milczał jak głaz. I właśnie dziś postanowiła to zmienić.
U jej łap jak zwykle leżała zdobycz, tym razem jednak były to dwie ryby, nie jedna. Nie była w stanie rozpoznać ich gatunku. Nie obchodziło jej to mimo to zbytnio, ponieważ ważny był sam fakt, że coś złowiła. Powracając do swego pierwotnego planu, z całej siły uderzyła łapą o środek jednej z ryb, by ta przepołowiła się. Łuski ślizgały się pod jej łapami i gdy przez przypadek trafiła w podłoże, przeklęła pod nosem i uznała, że łatwiej będzie ją przegryźć. Walić higienę.
Zjawił się punktualnie. Dumny w swej ciszy, wyłonił się spośród drzew. I czekał, aż rzuci mu jeść.
Nie dała.
W jego oczach zaświeciła niepewność. Podszedł do niej, może i myśląc, że to pewien rodzaj testu. Odsunęła jednak zdobycz łapą i z poczuciem wygranej wypisanym na pysku, powstała i spojrzała mu w oczy.
– Nie tak łatwo – powstrzymała go lekko rozbawionym tonem. – Oczekuję zapłaty.
Jego zaskoczenie uderzyło w nią wręcz wielką falą. Patrzyła, jak ten najwyraźniej próbuje przetrawić informacje. Nie zamierzała jednak długo trzymać go w niepewności.
– Historie. – sprostowała, lecz widząc, że jeszcze żadna z jego szarych komórek się nie rozgrzała, wyjaśniła:
– Opowiesz mi historie. W zamian dostaniesz to, czego oczekujesz.
Jego śmiech… Był tak… Czysty. Krystaliczny. Szczery. Była pewna, że nigdy nie słyszała dźwięku piękniejszego od tego. W zasadzie… Słyszała go pierwszy raz. Nie wiedząc więc, czy nie jest to i ten ostatni, starała się zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
– Co ci opowiedzieć? – zapytał cicho. – Słyszałem, że wy, Nocniacy, lubicie bajki. Której pragniesz? Mam ich pełen wachlarz.
Pomyliła się. To nie śmiech był cudem. Tylko jego głos, głęboki i dźwięczny. Nie dała jednak się wyprowadzić z równowagi.
– Nie pragnę baśni ani legend – odpowiedziała mu. – Pragnę twoich historii. A więc… Jak masz na imię?
Widziała jego wewnętrzną walkę. Znała to uczucie tak dobrze… Sama nienawidziła stawiania sobie granic, by następnie je przekroczyć. Mruknął w końcu zdawkowo i z widoczną niechęcią:
– Judasz Niewierny.
– A więc, Judaszu – kontynuowała, nie spuszczając z niego wzroku – Czemu nikt nie nauczył cię polować?
Milczał. Może było to za sprawą wspomnień, ciężkiej przeszłości… Nie wiedziała. Widziała jednak, że nie zamierzał się odezwać.
– Ostatnie pytanie – ostrzegła. – Skąd się wziąłeś na tych terenach?
To pytanie… Go zaskoczyło. Widziała jego ból. Tęsknotę. Ale on mimo tego odpowiedział jej sucho i zdawkowo:
– Odszedłem z rodzinnego domu. Już był czas rozwinąć skrzydła.
***
Spotykali się bardzo często. Pytania o błahostki takie jak ulubiony kolor stały się codziennością, a ona czuła, że w końcu żyje. Powracała do obozu wiecznie radosna, a szczęście rozsadzało jej pierś.
I był to najpiękniejszy okres w jej życiu.

15 listopada 2024

Od Zmierzchającej Zatoki

Porą Zielonych Liści
Po raz kolejny zawędrowała w okolice Zrujnowanego Mostu. Podobało się jej to miejsce - nie miała pojęcia, co za tym stało, ale to tam czuła, że może się odprężyć i w końcu być sobą. Emanowało spokojem, jakąś taką otwartością, która nakłaniała do pozostania tam. Nie pomijając też oczywiście faktu, że samo w sobie było piękne. Flora nadwodna nieraz ją zachwycała, było jej niekiedy ciężko oderwać wzrok.
Dziś jednak było coś nie tak.
W powietrzu unosiła się ledwo wyczuwalna woń palonej gumy, dymu i jakiegoś podgniłego owocu. Unosiła się na wietrze, z każdym silniejszym podmuchem przybierając na mocy. Zmierzchająca Zatoka z niepokojem wciągała ją w swoje nozdrza, mając nadzieję, że ta nieznana woń nie jest zapowiedzią kłopotów. Pierwszy raz natknęła się na ten nieznany jej zapach, było to dla niej więc dość zadziwiające. Jednak nie powiedziałaby, że ją to przeraziło… Bardziej zaintygowało i wzbudziło zainteresowanie. Tym więc sposobem ten wręcz błahy element otoczenia przyciągnął prawie całą jej uwagę.
Posmakowała powietrza, próbując określić, gdzie znajdował się tak wonny przedmiot, którego poszukiwała. Jednak odpowiedź jej zmysłów nie była jednoznaczna. Wiedziała jedynie, że powinna skierować się w lewo.
Poszła więc w tamtym kierunku, kierując się praktycznie tylko węchem i co jakiś czas w niepewności spoglądając za siebie. Im dalej szła, tym woń robiła się coraz intensywniejsza i wyraźna, aż w końcu całkowicie ją otoczyła. Nie wiedziała jednak, czego się spodziewać.
Nad brzegiem siedział skulony kot. Pod jego skórą wyraźnie rysowały się żebra, sierść była brudna i posklejana. Był straszliwie zaniedbany, wyglądał, jak gdyby nie miał nawet czasu na poranną higienę.
Przezwyciężyła jednak strach i raźnym krokiem zbliżyła się ku niemu.
– Co tu robisz? – zagaiła, stojąc jednak dalej w pewnej odległości od kocura. - Zgubiłeś się?
Gdy jej dźwięczny głos dotarł do jego uszu, przestraszony podskoczył. Nie miała zamiaru go zaskoczyć… Jednak jej wysiłek utrzymania spokojnego i ufnego głosu jej nie wyszedł, ponieważ tamten zaczął cofać się na ślepo w mieliźnie. Woda wokół niego zaczęła unosić pyłki spływające z jego futra.
– Jesteś głodny? – rzuciła jeszcze jedno pytanie, nie poddając się zbyt prędko.
Jednak tym razem jej słowa dały jakikolwiek efekt. Kocur w końcu się zatrzymał, jednak najwyraźniej dalej nie miał ochoty się zbliżać.
Był to kolejny krok w przód, nie zamierzała więc rezygnować. Na chwilę spuściła wzrok z przybysza i zgrabnym ruchem wyrzuciła na brzeg z wody okonia. Nie mogła udawać, że nie widziała, jak zaświeciły mu się oczy - pozostał jednak dalej w swych postanowieniach i nie ruszył się ani o cal.
Ciekawa reakcji kocura rzuciła w jego stronę rybę. Nie spodziewała się niczego wielkiego i także nie otrzymała. Dymny począł uważnie się jej przyglądać i nie spuszczając z niej wzroku ugryzł niewielki kawałek mięsa. Widząc, że nie napotkała go żadna gniewna reakcja, chwycił okonia w pysk i zanim zdążyła za nim wrzasnąć, pędem uciekł w siną dal.
I tyle go widziała.

09 października 2024

Od Zmierzchającej Zatoki

Znowu tu była. Ze śmiechem wpatrywała się w swoje oblicze; nędzne, żałosne i szkaradne, a po jej podbródku spływały gorzkie łzy. Czego tu szukała? Ukojenia? Niepewnie wyciągnęła łapę i przejechała nią po spokojnej tafli, a w ślad za nią, na wodzie zaczęły formować się zmarszczki; jej odbicie zostało wzburzone. Na pewno go tu nie znajdzie. Nie tutaj, nie pośród tylu znajomych twarzy. Ze spokojem sama mogła przyznać, że była w żałosnym, wręcz opłakanym stanie, a nie chciała ryzykować, że dojrzy ją tak Mandarynkowe Pióro czy Syreni Lament, a w najgorszym nawet choćby przypadku… Bursztynowa Łapa. Obóz nie był bezpiecznym miejscem. To było więzienie, złota klatka, po której biegała z wymuszonym uśmiechem, nie godząc się na cierpienie innych. Zbyt dużo straciła. „Czy dobrze się czujesz?” Mogła teraz jedynie klepać zapamiętanie formułki: Tak, nic się nie dzieje. Tak, tylko trochę mnie rozbolał brzuch. Tak, po prostu pyłki wleciały mi do oczu i tak jakoś się załzawiły.
Zrezygnowanym wzrokiem omiotła cały obóz. Co jakiś czas rozlegał się szum zdawkowych rozmów, niekiedy przerywany nieśmiałym chichotem. Pomiędzy zielenią tętniły wymyślne odcienie brązu, czerni czy też jaśniejszych barw. To było miejsce, które znała, w którym się wychowywała. Ale… Pragnęła czegoś więcej. Nie chciała włóczyć się bez celu, mając nadzieję, że jakoś wszystko się ułoży. Nie chciała z bezsilnością patrzeć na czekoty, wiedząc, że nie może się ich pozbyć… Nie teraz. Pragnęła wolności. Miejsca, w którym nie miałaby ograniczeń. A którym byłaby sobą. A więc… Czemu nadal tu tkwiła? Czemu nadal nie stchórzyła? Było to jedno z wielu pytań, na które nie zdołała znaleźć odpowiedzi. Jednak miała wrażenie, że nie była w stanie tego porzucić. Odejść, zostawić gdzieś tam w tyle, zapomnieć. To wydawało się nie do pomyślenia. Była tu od zawsze. To tutaj stawiała pierwsze kroki, podejmowała ważne decyzje, wylewała swoje żale i smutki. Czy od tego czasu coś się zmieniło?

* * *

Niepewnie skakała po pieńkach wystających z wody, co jakiś czas oglądając się za siebie, by mieć pewność, że nikt za nią nie podąża. Pragnęła samotności. Jednak jedyne dźwięki, jakie rozbrzmiewały pośród martwej ciszy, były krokami jej zmordowanych łap. Parła naprzód, na ślepo szukając jakiegokolwiek pocieszenia; miejsca, w którym w końcu mogłaby… Może i nawet mogłaby udać się na spoczynek? Pragnęła tego całą swoją grzeszną duszą. Teraz wszystko było dla niej nadzieją. Wszystko, co nie wiązało się z kontaktem z kimkolwiek… Jednak jak wytłumaczy nieobecność w obozie? Co im odpowie? Niby nie miała zakazu wychodzenia poza jego granice. Nawet wręcz przeciwnie, powinna to robić, ale zawsze ma obowiązek stać za tym jakiś, najlepiej stały, sensowny powód. Bo cóż miałaby odpowiedzieć? Że wyruszyła w poszukiwaniu swojego miejsca w egzystencji? Brzmiało to… Właśnie. Brzmiało to po prostu jak kiepsko opowiedziany żart. Tak więc… Polowanie. Tak. Polowanie. Z ulgą przyjęła tak prostą odpowiedź. Bo na cóż byłoby jej dłuższe rozmyślanie?
Westchnęła. Taki był jej los. Nędzny, jak ona sama… Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, jeden niezdarny krok, a wywinęła fikołka, przy okazji obijając się o pieńki i głośnym pluskiem lądując w wodzie. Skrawkiem świadomości poczuła usuwające się jej spod łap łuski. Teraz już na pewno nic nie złowi. Powoli, po którejś już próbie zmuszenia samej siebie do jakiegokolwiek ruchu, popłynęła niezdarnie ku brzegowi. Wywlokła się przemarznięta na trawę, nie ukrywając, z niemałym trudem. Była przemoknięta do szpiku kości, a zęby szczękały jej z zimna.
Jednak nigdy nie traciła czujności. Gdy zauważyła mknącą szybko sylwetkę po otwartym terenie, miała ochotę za nią wrzasnąć. Jednak tego nie zrobiła.

Bo po co.

31 sierpnia 2024

Od Zmierzchu (Zmierzchającej Łapy) CD. Mandarynki (Mandarynkowego Pióra)

Z niedowierzaniem wpatrywała się w wielkie, wściekłe, pomarańczowe ślepia, które bez cienia skruchy ją piorunowały i ściągały z powrotem na ziemię. Tylko… Co ona takiego zrobiła? Niepewnie przeanalizowała swoje poprzednie posunięcia z nadzieją, że będzie miała jakieś usprawiedliwienie. Ale w głowie trwała jej przejmująca, niewytłumaczalna pustka. Niepewnie się otrzepała i wstała na chwiejne łapki, nie spuszczając wzroku z niewielkiej sylwetki.
– Przepraszam - wymamrotała cicho i spuściła wzrok na swoje łapy. Zdążyła już dojrzeć krwisty symbol lotosu na czole srebrnej, który jak gdyby ostrzegał ją, by uważać na słowa. Zadzieranie z rodem królewskim… No, po prostu nie było dość dobrym pomysłem. Ba, kotka nawet dość ją zaintrygowała, ale czarna była zbyt struchlała, by rozpocząć rozmowę. - Jak mogę się odwdzięczyć?
Srebrna spojrzała na nią z góry, co z resztą nie było zaskakujące, gdyż ta była od Zmierzchu jakieś pół głowy wyższa. Emanowała spokojem, zdecydowaniem i wiedzą o swoim miejscu w społeczeństwie, no ba, przecież księżniczka musi się zachowywać wyniośle. Czy tego chce, czy nie. Jednak… Zielonooka wyczuwała jej skrywane ciepło i nadzieję, gdzieś tam, gdzie niełatwo było dotrzeć.
– Po prostu nie właź mi pod łapy - skwitowała, odwracając się obojętnie. Jeszcze kiedyś zrówna ją ku sobie. Może.
– Jak sobie życzysz - odpowiedziała ulegle, ledwie szeptem, skłaniając z szacunkiem głowę i odprowadzając kotkę wzrokiem. Kiedyś.

***

Żal.
Negatywny stan emocjonalny spowodowany doznaną stratą. Towarzyszy mu często trudność w pogodzeniu się, że tego, co utracone już nie ma i wynikającym z tego brakiem akceptacji rzeczywistości takiej, jaka jest tu i teraz.


Znała te słowa. Sama kiedyś skleciła je w całość po pierwszym spotkaniu z Mandarynkowym Piórem, wtedy Mandarynką. Czuła żal, że nie dała rady przełamać lodu serca czarnej. Nie wtedy. Ale czy to na pewno był żal? Była pewna, że dopiero teraz właściwie zasmakowała tego uczucia. Tej pustki. Ale… Nie straciła nic poza nadzieją. To w takim razie… Co czuła?
Brak chęci do wykonywania czynności związanych z utrzymywaniem się przy życiu czy jakąkolwiek aktywnością fizyczną przestały ją interesować. Życie to był jeden wielki żart. I do tego kiepsko opowiedziany. Nienawidziła czekoladowych. Nienawidziła ich całych, od czubków wąsów po delikatną powłokę otulającą poduszki łap. Chcieli odebrać jej brata. Chcieli jej bratu odebrać ją. Nie mogła żyć w ciągłym strachu, obawiając się tych krwiożerczych istot, ale jaki miała wybór? Nie miała go.
Przymrużyła oczy, gdy światło poranka wpadło przez zasłonę z liści do legowiska i zaczęło zwiastować kolejny dzień. Nie chciała wstawać. Mandarynkowe Pióro nie będzie na nią wiecznie czekać, ale nie zamierzała się spieszyć. Nie, jeśli nie był to szczytny cel. Niechętnie przewróciła się z pleców na bok i z zaskoczeniem powietrze gwałtownie uciekło jej z płuc. Znała tę sylwetkę, smukłą i królewską. A przede wszystkim była to ta sylwetka, której mogła zaufać. I nie chciała, by oglądała ją ona w tak tragicznym stanie.

[448 słów]
[przyznany 9%]
<Mandarynko?>

22 sierpnia 2024

Od Zmierzchającej Łapy do Bursztynowej Łapy

Ostatnio tak dużo się działo… A jednak dalej czuła, że niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią. Najpierw atak Błotnistej Plamy… Wzdrygnęła się i poczuła odrętwiające zimno rozlewające się po jej ciele. Nadal miała w głowie tę furię w jej oczach, szaleństwo w każdym ruchu, futro sklejone od krwi, kły ociekające śliną. I ten odór śmierci. Tak… Tak mało brakowało. Co, gdyby nie było tam Kotewkowego Powiewu tkwiącej z uporem przy jej bracie? Gdyby nie było Sroczej Gwiazdy? Sprawy mogły przybrać całkiem inny obrót. I to nie taki, jakiego każdy oczekiwał.
A teraz… Zmiana mentorki. Przez przybycie Dymki (czy też Mżawki) z Kijanką i Ikrą do obozu, Kotewka musiała odpuścić sobie jej treningi. Bezzwłocznie została jej przydzielona nowa mentorka, ale… Mandarynkowe Pióro? To była jej “przyjaciółka”. Nikt więcej.
Tak więc kierowały się wspólnie na trening, krocząc niespiesznie po bagnistym terenie. Przez to, że przez cały ten czas jej uwaga była skupiona na przyrodzie, podskoczyła na widok brata wybiegającego jej naprzeciw.
– Arghh! – wrzasnęła, a gdy go rozpoznała, futro natychmiastowo opadło jej w dół. – Oh, to tylko ty, Bursztynowa Łapo… Co cię tu sprowadza?
Kremowy wydawał się dość speszony jej reakcją. Policzki mu spąsowiały i otworzył pysk, jak gdyby miał coś powiedzieć. Bez namysłu go zamknął i w końcu zebrał się na odpowiedź.
– Mamy razem trening. Kolcolistne Kwiecie polecił poinformować ciebie… I twoją… Mentorkę.
Niepewnie zaszurał łapami i wbił wzrok w ziemię.
Nie przegapiła jednak, co działo się na jednym z ostatnich minionych zgromadzeń. Relacją między młodym kocurem, a srebrną, była dość sztywna. Z rozmysłem jednak zignorowała to.
– No to jak… Idziemy?
[259 słów]
[przyznano 5%]
<Bursztynowa Łapo?>

12 czerwca 2024

Od Zmierzch do Syrenki (Sarenki)

Zmierzch powoli zamrugała swoimi wielkimi, zielonymi oczkami, otwartymi na radosny, o tej porze roku biały i zasypiający świat. Nieliczne promienie słońca prześwitywały przez liście, jednak nie dawały one wyczekiwanego ciepła, jedynie oświetlały futerko - a jej czarne ciałko pozostawało nadal zimne. Zadrżała z chłodu. Oczywiście - równie dobrze mogła włóczyć się po lesie i jeść padlinę, ale to było niewiele lepsze. Z nadzieją na większą ilość ciepła skuliła się najciaśniej, jak potrafiła, jednak nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów. Westchnęła. Rezygnując z kolejnych prób rozgrzania się, w końcu stanęła na własnych łapkach, które widocznie się pod nią trzęsły. Zrobiła w przód kilka niepewnych i chwiejnych kroków, ostrożnie kładąc łapki na ziemi, nie spuszczając wzroku ze zdradliwych kończyn. Szła dość nieśpiesznie, by w przypadku niefortunnego przebiegu sytuacji móc zareagować. Kroczyła więc, aż w końcu potykając się o kamień, przekoziołkowała się na drugi koniec żłobka. Szybko wstała i zaczęła oglądać swoje wszystkie części ciała, bo były takie śliczne, nie mogły już nie być śliczne. I może mogłaby teraz narzekać, ale zamiast tego wydała pisk ekscytacji. Dosłownie pod nią leżało... Coś ognistoczerwonego, poprzetykanego pomarańczowymi żyłkami i nakrapianego żółtymi plamkami. Ale ten listek był śliczny! Chwyciła go w pyszczek i tym razem nie zważając na przeszkody pod nogami, podbiegła do Sarenki. Uśmiechnęła się szeroko, zrobiła wielkie, słodkie, maślane oczęta i upuściła liść pod jej łapami. Oznajmiła radośnie:
 - Znalazłam dla ciebie listek! Suchy, ale listek! Czerwony listek! Duży listek! - z ekscytacją opowiadała, podskakując w górę z radości. W końcu zaczęła ciężko dyszeć i w końcu usiadła u łap niebieskiej. Przechyliła główkę, w oczekiwaniu na reakcję. Przecież się chyba spisała!

<Syrenka?>

13 sierpnia 2023

Od Zmierzchu CD. Poranku

 Przenieśli ich. Zmierzch nie do końca była przejęta całym tym przedsięwzięciem, ale miękkie posłanie i własna nora nie były czymś, na co mogła narzekać. Podobała jej się nowo nabyta prywatność. Mogła się zaszyć w kącie z dala od ciekawskich oczu. No, może poza tymi należącymi do rodzeństwa. Te jednak jej nie przeszkadzały.
Gdy Poranek odezwała się do niej, Zmierzch przeniosła na nią jasne spojrzenie, przekrzywiając głowę, by zaraz odwrócić uszy w jej stronę, by siostra wiedziała, że ma jej uwagę. Jak zwykle miała wiele do powiedzenia, ćwierkając to o tym, to o tamtym. Kotka zastanawiała się czasami co kłębi się w głowie jej siostrzyczki. Tyle myśli. Tyle niedopowiedzeń. Tyle ciekawości. Nie była pewna, czy też powinna być tak podekscytowana wszystkim.
Przeniosła wzrok na kocie futro, na którym będą spędzać teraz noce. Było wygodniejsze niż liście i mech.
- Byłoby bardziej miękko, gdyby było go więcej - wtrąciła w siostrzany monolog, spoglądając znów na Poranek, której oczy aż lśniły z zachwytu. - Cieszę się, że ci się podoba - dodała jeszcze, ogarniając jasnym wzrokiem wnętrze nory. Zastanawiała się moment nad odpowiedzią, którą mogła udzielić siostrze.
- Ładna. Dużo miejsca. Prywatność - pokiwała głową z aprobatą. - Będziesz mogła się wyspać. Można pobiegać. Lubię nową norę. Ciepła, przytulna.
Zmierzch ułożyła się w kulkę, podciągając nóżki pod siebie. Skinęła głową, by siostra przylgnęła do niej bokiem i powyglądała z nory.

< Poranek? >