BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srebrzysty Nów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srebrzysty Nów. Pokaż wszystkie posty

31 marca 2025

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Strzepnął uchem, napawając się satysfakcją z obecnego biegu wydarzeń. Z chęci podtrzymania dobrych relacji, to on zawsze wychodził z inicjatywą wyjścia poza obóz, nieraz siłą wyciągając Piaska, wmawiając mu, że klan nie umrze, jak go chwilę nie będzie. Zazwyczaj szło mu to z marnym skutkiem, a jednak starania zdawały się odpłacić.
— Pierwszy dzień bycia normalnym ci sprzyja — stwierdził swobodnie. Czuł od partnera zapach ziół, i chociaż on sam miał na karku księżyców tyle, ile nigdy nie chciał mieć, tak nieustannie, od kocięcego okresu życia, wszelkie medykamenty były dla niego równoznaczne ze smrodem.
Kremowy zmrużył oczy, spoglądając na niego powątpliwie.
— A to wcześniej nie byłem normalny? — mruknął, zdając się brzmieć z lekka na urażonego.
Srebrzysty wykrzywił pysk w śmiały uśmiech, ruchem głowy zachęcając kocura do podniesienia się z ziemi i przetruchtanie się jak najdalej od zgiełku obozowiska. Wiedział, że bez słów Piaszczysta Zamieć zrozumie każdy jego ruch, spojrzenie, czy chociażby te nieodłączne, krzywe grymasy.
— Tak.
Wbrew pozorom cisza nie była niezręczna. Był jawny ze swoim nieraz specyficznym poczuciem humoru i chcąc nie chcąc, Piasek z pewnością już do tego przywyknął.
— I to jest twoja odpowiedź? — westchnął z dezaprobatą, kręcąc głową. Wibrysy za to drgnęły mu z rozbawienia.
— Jeśli cię nie zadowala, to mogę ją rozwinąć, ale pod warunkiem że się ruszysz i znajdziemy się wśród ładniejszych terenów — oświadczył, muskając końcówką ogona jego grzbiet. — Twoja łapa szybciej postawi krok w starszyźnie niż poza obozem jeśli będziesz się tak wlec... — zasugerował z uśmiechem.
Ku jego zaskoczeniu, kremowy nie odezwał się do niego ani słowem. Przez dłuższą chwilę wręcz nie ruszał się, by zaraz to Srebrny mógł tylko zaobserwować, jak kocur ostrożnie go wymija, by zaraz to dać susa pośród krzewy.
Niebieski, dotychczas przebierający łapami w miejscu, przystanął na moment, lekko zaskoczony. Minęło tak niewiele czasu, odkąd Piasek porzucił rolę zastępcy, a zdawał się być zupełnie inną wersją siebie. I to w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeni. Zaczerpnął oddech i pognał w ślad za jasną kitą.
Nic nie było przyjemniejsze od opuszczania obozu. Otwarte przestrzenie zawsze porywały go do biegów, pozwalały na uczucie wolności, odsunięcie w niepamięć myśli o żmudnych, rutynowych patrolach i tym podobnych "bzdet". Czuł, że kończyny same go niosą, a szczególne przyspieszył, gdy tylko udało mu się dogonić Piaszczystą Zamieć.
Były zastępca dotarł niemalże pod same granice klanu. Przed nimi rozpościerał się widok na spokojny nurt rzeki, za którą, na drugiej stronie brzegu, rozrastały się wysokie drzewa. Te terytoria nie należały do żadnego ugrupowania, co czyniło wizję ich odkrycia dosyć kuszącą. Gdyby tylko mieli zdolności Nocniaków, zmoczenie futra nie stanowiłoby problemu.
— Zastanawiałeś się czasem, co jest po drugiej stronie? — zagadnął go kremowy, jak gdyby miał pełen wgląd do jego myśli.
— W każdej chwili o tym myślę — odparł beztrosko. — To musi być przygoda. Zostawić tak wszystko za sobą i żyć bez żadnych zobowiązań — wymruczał. Nawet, jeśli nie był w stanie już stać się młodszym, stokroć bardziej wolał spędzić starość na czymś, co wzbudzi w nim adrenalinę, aniżeli leżeć całymi dniami w ciasnym legowisku.

<Piasku?>

26 grudnia 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Nienawidził poważnych rozmów. Wiedział, że się do nich nie nadaje, że nie potrafi przeanalizować rozsądnie sytuacji i rzucić na koniec pełnym wsparcia słowem. Dla niego wszystko dało obrócić się w żart i to robił zawsze. Nawet po śmierci matki, czym mimo wszystko się przejął, był w stanie używać w kontekście zmarłej zabawnych sformułowań.
— Dobrze wiesz, że nie staniesz się Piaskową Gwiazdą — zaczął, starając się chociaż brzmieć na rozważnego. — Jak już to Piaszczystą.
Kremowy westchnął, patrząc na niego z lekką rezygnacją.
— Wiesz, o co mi chodzi — mruknął z żalem. — Nie chcę tego. Bycie zastępcą mnie przerasta, a co dopiero jakbym miał pewnego dnia zostać liderem — przyznał z lękiem i smętnie zawiesił nisko łeb.
Srebrny przystanął, nie wiedząc, gdzie ich pokierować na kolejną z pozornie poważniejszych rozmów. Wszędzie zdawał się widzieć koty, a ponadto Piasek co rusz zwracał na siebie wzrok innych wojowników.
— Chodź na spacer. — Zadecydował po dłuższej chwili namysłu.
— Nie mogę, muszę zająć się...
— Nie musisz — przerwał mu gwałtownie. — Jak znikniesz na chwilę, to klan nie zginie. Od czegoś jest Obserwująca Gwiazda — oświadczył i bez oczekiwania na jego przytaknięcie, ruszył przed siebie.
Spokojnie opuścił obóz, przeciskając się między ostrymi cierniami. Chwilę później usłyszał ciche kroki za swoim grzbietem, a właściciel ich łap po chwili zrównał z nim swe tempo.
— Jak na kogoś, kto nie chce byś zastępcą, bardzo przejmujesz się swoimi obowiązkami — stwierdził Srebrzysty. — Gdybyś olał je, zaniedbał, liderka nie miałaby wyboru jak gdyby zmienić cię z kimś "rozsądniejszym" — rzucił ze znużeniem.
— To wcale nie jest takie proste — odparł. — Co pomyśli o mnie reszta klanu? To co innego zrezygnować samemu, a co innego jak cię z tej roli wyrzucą sił — stwierdził. — To wstyd.
Srebrny postanowił zamilknąć na dłużej, ciesząc się widokiem natury i brakiem zatłoczenia. Wspominał z tęsknotą okres, w którym nocowali poza obozem z polecenia poprzedniej liderki. Życie nigdy nie było prostsze, niż wtedy.
— Nie pomyślą tak, bo połowa nie myśli, a druga połowa powinna sobie zdawać sprawę, że to nie jest przyjemne stanowisko i lepiej się wycofać niż na nim zawodzić — oświadczył. Był szczerze zaskoczony samym sobą, że w ogóle wyprodukował te słowa.
Piaszczysta Zamieć dalej zdawał się nieprzekonany, choć lekki uśmiech na jego pysku sugerował, że trochę go to uspokoiło. Obaj zwolnili kroku.
— A jak myślisz, kto by mógł zostać zastępcą? — spytał spokojniej.
Niebieski zmarszczył nos, szczerze zaintrygowany tym pytaniem. To była ciekawa kwestia patrząc na obecne w klanie koty.
— Nie wiem, może Króliczy Nos? Jest miły, otwarty, skory do pomocy i rozsądny. Chyba nie ma lepszego kandydata — przyznał. — Albo Barszczowa Łodgya? Łatwiej by mi było wskazać tych, którzy na pewno się nie nadają, począwszy od mojego brata... — mruknął, wstrzymując parsknięcie.
Kto jak to, ale Szepcząca Pustka to dopiero zrobiłby z ich klanu niezłe pośmiewisko.
— A co, widzisz kogoś konkretnego? Może musisz podejść do Żmii i podać jej wprost czyjeś imię — zasugerował partnerowi.

<Piasek?>

28 października 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Zastrzygł uchem, wyłapując drżenie w głosie kremowego. Nie było ono w żadnym stopniu oznaką strachu, a jedynie czegoś na wzór zakłopotania. Srebrzysty uśmiechnął się lekko, wbijając spojrzenie w mocno obgryzionego ze wszystkich stron zająca. Całe to przedsięwzięcie zwane "związkiem" z każdym dniem wydawało mu się coraz to bardziej intrygujące. Dalej nie do końca zdawał się rozumieć wszystkich aspektów bycia z kimś w tak bliskiej relacji, a to, co uznawał za już wiadome, okazywało się nieraz coraz to większą niespodzianką.
— Skąd w tobie ten głód? — wymruczał, a z rozbawienia zadrżały mu wibrysy. — Aż tak cię głodzą na tej pozycji zastępcy? — zażartował. — Czy może i ty wpadłeś w ten ciężarny szał i masz do wykarmienia więcej żołądków pod serce...
— Srebrny! — Głos Piaszczystej Zamieci był niezwykle piskliwy, a jego skóra pod futrem z pewnością przyjęła barwę czerwieńszą niż najczystsza krew. — Ty jesteś jakiś niepoważny! Jestem kocurem! — wykrztusił, rozglądając się w popłochu. — Klanie Gwiazd, mam nadzieję, że nikt tego nie usłyszał...
Reakcja kocura wręcz sama wypchnęła długą salwę śmiechu z jego jasnego pyska. Przetarł łapą nos, próbując uspokoić nagłe swędzenie, po czym wyciągnął się i oparł o jego bok.
— Oj, już pożartować sobie nie można? Okropny rygor w tym klanie... — uznał, przyglądając się wędrującym po obozie kotom.
Nie przepadał kleić się do partnera na oczach wszystkich, a spojrzenia niektórych sprawiały wrażenie, jakby byli świadkami niemoralnych czynów, a nie przelotnych przytulasów.
Kremowy zdawał się sztywny, a mimo to pochylił łeb i przesunął zająca pod pysk srebrnego.
— Zjedz już lepiej, z głodu ci odbija... — stwierdził niemrawo, na co niebieski zaśmiał się po raz kolejny, a potem nic nie mówiąc, zabrał się za swój posiłek.

***

Księżyce mijały w zawrotnym tempie i chociaż on nie odmówiłby sobie określenia jako "młody i pełen wigoru", tak widok nowych kociąt, uczniów jak i świeżo mianowanych wojowników, uświadamiał go, że robił się coraz starszy. Nie przyjmował tego do wiadomości, ale gdzieś ta informacja krążyła mu z tyłu głowy. Dopóki nie marudził na odmawiające współpracy kości i tą "dzisiejszą młodzież", uznawał, że nie było z nim jeszcze źle.
To z czym zrzędzenia nie oszczędzał, stanowił czas spędzany z Piaszczystą Zamiecią. Zmalał. Spali obok siebie w legowisku, jedli razem posiłki, ale to dla Srebrzystego Nowiu nie było niczym wyjątkowym. Znacznie bardziej preferował spacery w najbardziej oddalone miejsca od obozu, a i nieraz łapy ciągnęły go poza granice, skąd dobiegały obce, intrygujące zapachy. Bez ograniczeń, bez obowiązków...
Przeciągnął się i wyszedł od medyków, gdzie jego jedynym celem odwiedzin było dopytanie się, czy Piaszczysta Zamieć u nich był. Kocur od dwóch pór zdawał się pociągać nosem, a teraz towarzyszył temu kaszel. Gdy niebieski miał okazję oprzeć się o kremowego, niemalże słyszał charczenie dochodzące z jego piersi.
Rozejrzał się i zlokalizował partnera opuszczającego Skruszoną Wieżę. Ochoczo podszedł do niego, wyjątkowo nie uśmiechając się na powitanie.
— Mam wrażenie, że ostatni widuję cię rzadziej niż własną matkę — zaczął, z głębokim westchnięciem.
Kremowy spojrzał na niego niepewnie, wahając się, aż w końcu nie odezwał się ze sporą ostrożnością w głowie.
— Przecież twoja matka nie żyje...
— No właśnie! — odparł z przekąsem, jakby to było coś oczywistego. — Poza tym obiecałeś mi, że odwiedzisz medyka. Byłem tam. A ciebie podobno ani razu tam nie widziano — mruknął z wyrzutem.

<Piaseczny?>

07 sierpnia 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Co by się nie działo, zazwyczaj łatwo mu było udawać spokojnego i zachowywać swoje swobodne podejście do życia. Z całej rodziny został mu tylko brat i ojciec. Przeżyli ogrom tragedii w ostatnim czasie, jednak w tym momencie wiedział, że żadne przy towarzyszących mu wtedy katastrofach uczucie, nie dorówna lękowi, jaki odczuł, gdy Ziębi Trel wbijała w niego swe zabójcze spojrzenia i z jadem w głosie wypowiadała w jego stronę groźbę.
Czy byłaby zdolna do tego, o czym mówiła? Jego zdaniem tak. Byłby skłonny stwierdzić, że dopuściłaby się czegoś znacznie gorszego, jednak z uwagi na obecność syna, oszczędziła wizji zmasakrowania Srebrnego.
Odważył się mrugnąć i zaczerpnąć oddech, dopiero gdy odeszła, a go z trwogi wyciągnął ciepły dotyk futra Piaszczystej Zamieci, którego słowa z pewnym opóźnieniem dotarły do przyozdobionych pędzelkami uszu.
— To było straszne — wyznał niebieski, kręcąc głową na boki. To było jak podejście do wilka i liczenie, że cię nie zje. Czysta głupota. — Nigdy więcej.
Potrzebował usiąść z wrażenia. Gdyby ktokolwiek zapytał go o definicję miłości, nie umiałby dotąd udzielić jakkolwiek sensownej odpowiedzi. Dla niego od samego początku była to zagadka, bo czy samo drżenie serca i rozchodzące się od niego ciepło świadczyło o sile uczuć?
Teraz był pewien, że nie. Głównym aspektem okazała się gotowość do poświęceń. W jego przypadku było to stanięcie pyskiem w pysk z tą przebrzydłą, posiadającą mrożący krew w żyłach wzrok żmiją.
— Nie będzie już potrzeby tego powtarzać. Zrozumiała — zapewnił kremowy, wzdychając. — Ah, Srebrny, czuję w końcu wolność — przyznał, a głosu tak pełnego ulgi, niebieski nie słyszał od niego nigdy. Jeśli już od kocięcych księżyców wpychano mu w głowę niestworzone podziały, chociaż pozorna akceptacja ze strony bliskich, wydawała się zbawienna.
— Skoro tak twierdzisz, wierzę w twoje słowa — mruknął, szczerze nieprzekonany, ale nie zamierzał dołować jego wizji lepszego świata. Zdawało się, że gorzej już być nie mogło. Teoretycznie nauczyli się czegoś po popełnionych błędach, ale do czego ich to doprowadzi?

***

Ciepły, słoneczny dzień, spędzali w cieniu Skruszonej Wieży. Leżał wyprostowany, czujnie obserwując, czy nikt nie mierzy go zabójczym wzrokiem z drugiego końca obozu. Piaszczysta Zamieć opierał się o niego i również z zainteresowaniem przyglądał się okolicy.
— To się porobiło z tym dzieciakiem twojej siostry — stwierdził w końcu Srebrzysty Nów, pozwalając sobie raz na jakiś czas poplotkować w zaufanym gronie, które składało się aż z jednego kocura. — Dzieci mają dzieci, a przecież dopiero co wyszedł ze żłobka — dodał z rozbawieniem.
To było całkiem zabawne, gdyż ledwo co potomkowie jego brata opuścili kociarnię i ta już miała zostać zapełniona przez nowe pokolenie. Patrząc na wściekle rude futra obu rodziców, spodziewał się armii równie nieszczęśliwych wiewiórek. W końcu to wszystko szło od Lwiej Paszczy. Jakkolwiek ich relacje nie były chaotyczne za jej życia, nie był w stanie wyzbyć się wspomnień charakteru tego chodzącego potwora.
— Najwyraźniej życie poza kociarnią nie jest mu przeznaczone — zaśmiał się i niespodziewanie wstał, przeciągając się niespiesznie. — Pójdę po coś do jedzenia, poczekaj tu chwilkę.
Mruknął w odpowiedzi coś niezrozumiałego, nie spuszczając wzroku z kremowej kity. Pomimo rozpowszechnienia wiedzy o ich bliższej relacji, nie czuł się tym przytłoczony. Sam nie wiedział, czego się spodziewał. Krzywych spojrzeń? Nawet jeśli były, naturalnie je odtrącał. Nie miał zamiaru przejmować się opinią tych, którym zwyczajnie nudziło się w życiu.
Wybrał ze stosu jednego z większych zajęcy, by w razie co zjeść go na spółkę. Doczłapał się z nim do swojego miejsca odpoczynku i podsunął pod pysk partnera.
— Aż taki jesteś głodny? — zaintrygował się Piasek.
Srebrny obszedł go i spoczął przy jego boku.
— Jestem tak samo głodny jak i ty. Zjedzmy go razem. To jest raczej coś, co robią koty, które bardzo się lubią, prawda? — zagadnął, próbując być choć trochę romantycznym.

<Piasek?>

09 lipca 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Obóz od zawsze wydawał mu się swego rodzaju pułapką. Ciernie okalające cały ten teren dodatkowo odbierały mu poczucie bezpieczeństwa, choć właśnie taka była ich rola. Miały chronić klan przed niebezpieczeństwami nadchodzącymi z zewnątrz, jednak gdy drapieżnik dostawał się do środka, ucieczka stąd była równie utrudniona, jak wejście tu.
O wiele bardziej cenił sobie otwarte przestrzenie. Tam, gdzie mógł biec, rozpędzić się bez obawy wpadnięcia w cokolwiek i cieszyć się widokiem natury, nasłuchując przy tym szumu wiatru i śpiewu ptaków. Tu te wszystkie kwestie były utrudnione. Nie podobała mu się struktura obozu. Nie podobała mu się istota bytu całego klanu. Czuł się ograniczony i przytłoczony, choć uwielbiał towarzystwo innych kotów i życie na odludziu nie było dla niego.
Dosyć smętnie jak na niego, przyglądał się tętniącemu życiu w obozie. Jego brat doczekał się dzieciaków, co nawet pasowało mu do obrazu kocura. Może nie sama rola ojca, a to, że po prostu jego miłosne wybory doprowadzą prędzej czy później do powiększenia się klanu.
Jego wzrok powędrował ku kremowemu futru. Piaszczysta Zamieć szedł wprost w jego stronę i chociaż Srebrzysty narzucił na pysk przyjazny uśmiech, tak partner nie odwzajemnił tego gestu, a towarzyszący mu wyraz był wręcz nienaturalnie poważny. Niebieski zmrużył oczy.
Nie spodziewał się kiedykolwiek ujrzeć partnera w roli zastępcy. Nie, żeby wątpił w jego zdolności dowodzenia. Po prostu nie sądził, że po tym całym uprzedzeniu Różanej Przełęczy wobec rodu, z którego wywodził się kocur, którykolwiek z jej następców dopuściłby kogoś takiego do władzy.
Los bywał jednak zwodniczy. Nie był jednak w stanie stwierdzić, czy pozytywnie. Kochał kremowego i chciał dla niego jak najlepiej, ale lubił też jego bliskość i cenił sobie spędzony z nim czas, a tak kluczowa dla klanu pozycja z pewnością zajmowała mu go sporo.
Głośne westchnięcie partnera spowodowało u niego zaintrygowanie. Spojrzał na niego w skupieniu, przysłuchując się krótkiej, dosyć zaskakującej wypowiedzi. No tak, teraz, choć brzmiało to nie najlepiej, problemem dla ich kwitnącej relacji pozostała Ziębi Trel. A ta zdawała się ostatnimi czasy nie odstępować swojego syna na krok i to nie do końca z powodu docenienia ostatniego żywego potomka.
— Myślę, że znacznie więcej kotów mogło się domyśleć. Teraz spędzamy z sobą więcej czasu w obozie. Twoja matka może również dostrzegać, że coś jest na rzeczy, ale zwyczajnie tego do siebie nie przyjmuje. Jesteś pewny, że nie padnie trupem, jak jej powiesz prawdę? — zamruczał, bo choć kotki nie znosił, tak śmierci im w klanie wystarczyło.
— Najwyżej się na mnie obrazi, ale przejdzie jej prędzej czy później. Aż tak źle nie będzie, ostatnio zniosła... — zdawał się wahać nad doborem kolejnych słów — znacznie gorsze wieści — stwierdził.
Srebrzysty Nów przeciągnął się, pozwalając sobie na chwilę milczenia i poukładanie kilku spraw w głowie.
— Bo szybko pocieszyła ją informacja o sukcesie jej syna w dojściu do władzy — odparł. — Nie wiem, czy teraz mam przygotowane cokolwiek, co poprawi jej humor po usłyszeniu "takiej tragedii" — przyznał, siadając wygodnie. — Cóż, jak przekonasz Obserwującą Gwiazdę, by zrezygnowała z władzy i oddała ją w twoje łapy, to jestem pewien, że twoja matka wybaczyłaby ci nawet zamo... — urwał. W świetle ostatnich zdarzeń niektóre wypowiedzi mogły być wyjątkowo nieadekwatne do ich sytuacji. — Wszystko. Po prostu wszystko.
Spuścił wzrok na własne łapy, przyglądając się, jak pazury zatapiają się w podmokłej ziemi. Sam już nie wiedział, czego chciał od życia. Spokoju? Większej dawki wrażeń? Znacznie większej swobody?
Nim Piaszczysta Zamieć zdołał mu jakkolwiek odpowiedzieć, pochylił się w jego stronę, opierając łeb o jego bark.
— Proszę, tulimy się na środku obozu. Myślę, że twoja matka nie powinna mieć już żadnych złudzeń co do naszej relacji — przyznał wprost, szukając wzrokiem rudawej kotki.

<Piasku?>

12 maja 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

 — To zależy — odparł wprost, z lekka zaskoczony jego pytaniem. Sądził, że po jego ostatnich zaniedbaniach zdrowia, dostanie na prywatności po łbie, a potem spędzą miło i spokojnie czas ze sobą. Temat, jakiego podjął się Piaszczysta Zamieć, budził w nim jednak masę wątpliwości co do wcześniejszych założeń. — Chociaż skoro mówisz, że sprawa byłaby słuszna, to tak, jasne, jestem wyrozumiały. Szczególnie względem ciebie. — Puścił mu oczko.
Kremowy zamrugał, zerkając na bok i momentalnie zmieniając temat. Nawet jeśli dla Srebrnego była to nietypowa jak na partnera zagrywka i z lekka go to wszystko zmartwiło, uznał, że na razie nie ma co się wgłębiać w szczegóły. Potrzebowali chwili dla siebie, z dala od zgiełku obozowiska i od krzywych spojrzeń kilku rudych kotek.
Musieli jak najlepiej wykorzystać ostatnie ciepłe dni Pory Zielonych Liści.

***

Dni mijały coraz szybciej. Czuł, jak czas ucieka mu, niczym królik na polowaniu.
Wraz z Piaszczystą Zamiecią pomieszkiwali w norze blisko granicy z Klanem Nocy i Klanem Klifu. Takie zadanie dała im jego matka, pełnili rolę "strażników", z uwagi na liczne zamęty z samotnikami. Było tu względnie spokojnie, nawet o zwierzynę nie było trudno, gdyż ta często sama wbiegała im w tych rejonach pod łapy.
Wraz ze świtem słońca, uchylił powieki i przeciągnął się, wyczuwając ciepło od strony kremowego kocura, smacznie drzemiącego u jego boku. Srebrzysty niemrawo oparł się o niego i głośno westchnął, bo chociaż wciąż był zaspany, tak nużyło go tkwienie w jednym miejscu.
Z początku ogromnie fascynowało go spanie poza obozem. Wyjście z rutyny naprawdę pozwoliło mu nabrać energii, jednak teraz, i tu zaczęło mu brakować ciekawych rzeczy do robienia. Klanowe życie nie służyło mu, wszystko miało swój schemat, do którego on — pomimo urodzenia się tu — nie mógł przywyknąć.
— Piaszczyno ty moja, ile będziesz jeszcze o mnie śnić? — wymruczał do ucha partnera. — Wstawaj, możesz mnie popodziwiać na żywo — dopowiedział, przekrzywiając łeb.
Kremowe futro poruszyło się, by zaraz to jego właściciel mógł spojrzeć na niebieskiego swymi żółtymi ślepiami.
— Nie śpię — odparł, po czym jak gdyby nigdy nic, ziewnął. — Od kiedy z ciebie taki ranny ptaszek? Podmienili cię? Przyzwyczaiłem się, że wolisz spać jak najdłużej... — mruknął z zawahaniem.
Srebrny podniósł się na równe łapy, wychodząc z ich kryjówki. Lekki powiew wiatru przemknął przez jego sierść, witając go swym przyjemnym chłodem.
— To w obozie, gdzie wiem, że jak wstanę, to muszę zabrać się za pracę — odpowiedział wyraźnie tonem, jakby było to niezwykle oczywiste.
Obserwował w skupieniu przelatujący po niebie klucz ptaków. Nie był pewien, czy to kaczki, gęsi, bądź jakieś inne łabędzie, ale bardzo pozazdrościł im skrzydeł. To dopiero musiała być swoboda. Swoboda, której potrzebował.
Rozproszył się, gdy z jego lewej zawitał pysk Piaszczystej Zamieci, który raczył wstać i do niego dołączyć.
— Tu też musimy zabrać się za pracę — stwierdził kremowy.
Zielonooki przyjrzał się otaczającym ich terenom. Dalej panował tu spokój. I nuda.
— To co innego. Tu jest przyjemniej, nikt mnie nie pogania, nie gdera nad uchem — wymieniał. — Nie licząc ciebie, gdy po wizycie w krzaczkach, zapominam zakopać po sobie mo...
— Srebrny! — Kocur podniósł na niego głos. I choć starał się najwyraźniej brzmieć poważnie, niebieski dostrzegł u niego ledwo wstrzymywane rozbawienie. — Świetnie się składa, że pora wracać do obozu złożyć raport. Możesz się pochwalić takimi wyznaniami swojej matce — zasugerował.
Młodszy z Burzaków uśmiechnął się szeroko.
— O widzisz. Z kim się zadajesz, takim się stajesz. Udziela ci się mój humor — zauważył. — No dobrze, odwiedzimy moją mateczkę. O ile jeszcze dycha — dodał, mniej wyraźnie.
Nie życzył Różanej Przełęczy źle. Kochał rodzicielkę na swój sposób, ale wiedział, że tej nie zostało już dużo czasu. Z nastawieniem, jakie dzierżył, przygotowywał się na to, że pewnego razu, gdy wróci do obozu, może jej już nie ujrzeć. Wolał oszczędzić łez. Chociaż szylkretka była jaka była, na pewno nie chciałaby, aby przez nią płakał.

<Piasek?>

14 lutego 2024

Od Srebrzystego Nowiu CD. Piaszczystej Zamieci

Nie spodziewał się tego ruchu ze strony kremowego. Wpatrywał się w niebo, mrugając powoli. Na klatce czuł ciężar ze strony kocura, który zdawał się wręcz zasypiać w jego futrze. Srebrny westchnął, niemrawo przytakując głową. Miał wrażenie, że taki poważny związek był zbyt dużą odpowiedzialnością dla niego. Nie potrafił przewidzieć swoich własnych ruchów, a co dopiero czyiś. Spoglądając na "już nie tylko przyjaciela", nie potrafił się domyślić, co mu siedzi w głowie i co powinien zrobić, aby go uszczęśliwić. A na tym pewnie polegała relacja, w którą dopiero co weszli. Na wzajemnym uszczęśliwianiu, dbaniu o drugą stronę i ciągłym podtrzymywaniu się na duchu.
Wiedział, że dla Piaszczystej Zamieci od zawsze był ogromnym wsparciem. Nie było co się dziwić, skoro jego rodzina to było jedno, wielkie wariatkowo. Niebieski starał się nie wzdychać co chwilę, z powodu tego, jak bardzo to wszystko na nim ciążyło. Był przyzwyczajony do wiecznego luzu, spokoju i do tego, że w każdej chwili, jakby coś mu się nie podobało, bez wyrzutów sumienia mógłby czmychnąć z klanu.
A od teraz nie było to takie łatwe. Nie mógł zostawić Piaska, a ten w życiu nie zostawiłby bliskich, pomimo tego, że byli dla niego — zdaniem Srebrnego — okropni.
— No już, nie ciesz się mną za bardzo, bo jeszcze ci się za szybko znudzę — rzucił z lekkim rozbawieniem, starając się odsunąć od siebie chmarę negatywnych myśli, jakie zawładnęły w jego głowie.
— W życiu — odparł pewnie kremowy, oddychając z ulgą. — Tyle na to czekałem... — westchnął rozmarzony.
— Ja też. To przykre, że nie możemy być tacy swobodni w uczuciach w obozie, bo twoja rodzina jest toksyczna i odbierają ci wolność w każdy możliwy sposób.
— Srebrzysty... — przerwał mu kocur, dosyć ostrzegawczym tonem głosu. — Tyle już na ten temat rozmawialiśmy. Proszę cię, nie mów tak o nich. Są może i z twojej perspektywy specyficzni, ale naprawdę. Dbają o mnie — zapewnił go, lekko się odsuwając.
— Też mi dbanie — parsknął, mrużąc oczy. Czym tak naprawdę była troska o drugą istotę, bliską sercu? Czy on na pewno dobrze sprawdzi się w roli kochającego partnera? Tak ciężko było mu to sobie w ogóle wyobrazić, a teraz przyszło mu to praktykować. — Wszyscy w twojej rodzinie mają coś nie tak z głową — stwierdził, wahając się na moment. — Oczywiście, nie licząc ciebie — dodał, zdając sobie sprawę, że jego słowa mogły nie mieć najlepszego wydźwięku.
Kremowy nieznacznie skrzywił się, kładąc uszy po sobie.
— Wcale tak nie jest — mruknął, ale nie brzmiał już na tak pewnego jak przy wcześniejszej wypowiedzi. — Czy naprawdę możemy o tym nie mówić? Chcę spędzić z tobą miło czas, skupić się na nas, a nie na twoich uprzedzeniach do mojej rodziny.
— Jak sobie życzysz — westchnął niebieski, odpuszczając temat. — Przyznam, że to miłe, żyć z myślą, że ma się partnera — rzucił nagle, uznając, iż warto choć trochę poprawić atmosferę. 

<Piasku?>

14 stycznia 2024

Od Srebrnego(Srebrzystego Nowiu) CD. Piaska(Piaszczystej Zamieci)

Zapatrzony w dal, powoli przetwarzał kierowane do niego słowa. Uśmiech sam mimowolnie wpływał mu na pysk, im większe zawstydzenie słyszał w głosie przyjaciela. Zerknął na niego ze spokojem, tłumiąc chęć parsknięcia krótkim śmiechem. Teraz rozumiał, skąd to dziwne dopytywanie się o poprzednie zgromadzenie i towarzyszące temu, dosyć nietypowe jak na kremowego zachowanie.
Srebrny nie potrafił podejść do tematu na poważnie. Wciąż czuł się młodą, wolną duszą i w każdym aspekcie życia szukał możliwości na dobrą zabawę. Uwielbiał Piaszczystą Zamieć, pomimo tego, że kocur momentami zdawał się zbyt kurczowo trzymać ogona swej stukniętej matki i ślepo podążać za równie szurniętymi siostrzyczkami. Niebieski nie gardził żadną chwilą spędzoną w jego towarzystwie. Słowa, które teraz słyszał, poniekąd go zmieszały i sprawiły, że momentalnie zaczął kwestionować niektóre wybory w swoim życiu. Bo dla niego wspomnienie przelotnego liźnięcia w nos nie było aż tak pamiętliwe. Może to kwestia jego ówczesnego stanu, w którym niemalże zasypiał, ale widząc minę przyjaciela, aż głupio było mu nie przejmować się tym wydarzeniem.
— Haha, to jakaś propozycja? — rzucił w końcu, szczerząc się mocniej na widoczniejsze oznaki skrępowania. Krzyżujące się łapy, podkulony ogon i wzrok pełen niepewności, skupiony wprost na nim. — Czyli musimy się znowu przespacerować na zgromadzenie, aby powtórzyć tak czuły akt? Mamusia pozwala ci na spoufalanie się z takim "niecnym łobuzem" jak ja? — kontynuował, dalej utrzymując swój głos w żartobliwym tonie.
Bo jak inaczej miał to potraktować? Byli raczej przyjaciółmi, ciekawymi życia, relacji między kotami, ale wciąż jednak przyjaciółmi. Takie zachowania kojarzyły mu się z parkami w podeszłym wieku, którym do roboty nie zostało nic więcej, niż trącać się noskami po kątach obozu.
— Nie no, miałem... miałem na myśli tutaj... — wyparował cętkowany, momentalnie chyląc głowę. Srebrny czuł jego wzrok na własnych łapach, toteż przystąpił o kilka kroków bliżej. Kremowy zadrżał na jego ruch.
— Brzmi całkiem... — zawahał się — uroczo. Skoro chciałbyś zrobić coś uroczego, to znaczy, że uważasz mnie za takiego? — zagadnął.
— Ja...
Nie dane było mu usłyszeć odpowiedzi na to pytanie. Spomiędzy krzaków, niczym goniony przez dzika, wyleciał Malwowy Rozkwit, pędząc wprost na nich. Niebieski odsunął się w porę, pozwalając kocurowi wyhamować w taki sposób, by nie staranował żadnego z nich.
— O ja cię, zgubiłem was na moment i już myślałem, że nigdy was nie znajdę! — wysapał, brzmiąc na wycieńczonego szybkim biegiem. — Taki przerośnięty zając mi wyleciał zza krzewów, że myślałem, że mnie pożre! Ja mu uciekłem, ale chciałem was ostrzec, tylko nie... — zamilkł, przyglądając się to spokojnej minie Srebrnego, a to otępiałemu Piaskowi. — O nieeee, przerwałem wam w czymś prywatnym? Przepraszam. Już zaraz sobie pójdę, chyba was to coś nie dorwie...
— W niczym nam nie przerwałeś. Wspominaliśmy sobie ostatnie zgromadzenie, na którym dane nam było być, zanim mojej matce odbiło — westchnął srebrzysty, kręcąc głową. — Chyba już możemy wracać, prawda Piaseczku? — zamruczał, czując satysfakcję z reakcji kocura na zdrobnienie jego imienia. — No, chyba że chciałbyś coś ode mnie coś jeszcze — mruknął, puszczając mu oczko. 

<Piasku?>

12 listopada 2023

Od Srebrzystej Łapy(Srebrnego) CD. Lwiej Łapy(Lew)

Spoglądał jeszcze przez chwilę w ślad za rudą kitą kotki. Paskudne to było i głupie, jakim cudem mogła być spokrewniona z Piaskiem, który był kompletnym przeciwieństwem tej przerośniętej wiewiórki? Przewrócił oczami, wspominając jej ostatnie słowa, po czym ruszył zająć się własną robotą. Miał nadzieję, że Lew przejedzie się kiedyś na swoim zachowaniu, a kremowy w końcu przestanie się kurczowo trzymać jej boku.

***

Nie dosyć, że potracił wszelkie zapasy godności, udając miłego dla niej i stając z problemem przed matką w trakcie zgromadzenia, to jeszcze stracił swoje piękną wolność, jaką dawała mu rola wojownika. Od samego początku swojej egzystencji uciekał przed ciężką pracą i "niewolą" obozową, a gdy myślał, że wyrósł z tego raz na zawsze, na nowo do tego wrócił. Gdyby Różana Przełęcz nie była taka sztywna i trochę więcej myślała, to tylko Szept ucierpiałby w tym całym zamieszaniu.
W tym momencie niebieski miał dowód, że bycie honorowym i dobrym nie popłaca. Wygarnąłby to rodzicielce, ale wolał nie ryzykować życiem jako wieczny uczeń. Musiał przeboleć tę karę, by na nowo móc cieszyć się nieograniczoną możliwością wychodzenia na polowania i wszelkiego rodzaju spacerki.
Ziewnął, gdy to rude cielę, dla którego tak się upokorzył, go minęło. Pomimo spadku rangi dalej widział na jej pysku wyraz pełen arogancji. Minęła go, jakby nawet tu nie stał i zapomniała, co dla niej zrobił, a on od razu pożałował, że nie zdążył podstawić jej łapy.
— Gdzie tak ci spieszno, Lewku? — mruknął, zwracając jej uwagę. — Oj, no nie patrz tak na mnie. Przecież takie imię cię teraz obowiązuje, a poza tym, lubimy się, czyż nie? Przyjaciele zdrabniają sobie imiona. — Uśmiechnął się, próbując sobie wmówić, że jej degradacja to jedyna miła rzecz, jaka wiązała się z tą całą sytuacją.
— Jak to gdzie? Do wymiany mchu — prychnęła, przystając. — Masz rację Srebrny — odmiauknęła, kiedy ten zdążył zwrócić swą osobą jej uwagę. — Nie uważasz jednak, że twoja mama się pomyliła? Tylko twój pusty brat zasługiwał na tę karę. A my, cała nasza trójka powinna zostać nagrodzona za pilnowanie porządku na zgromadzeniu.
Oh, jakże abstrakcyjna była to dla niego sytuacja. Nigdy w swym krótkim życiu nie spodziewałby się zgodzić z nią w jakiekolwiek kwestii. Momentami wręcz specjalnie mamrotał opinie sprzeczne z jej poglądami, ale w tym momencie nie mógł się na to wysilić.
— A czy wyglądam ci na szczęśliwego, skoro na nowo muszę słuchać się wojowników? I na dodatek spędzać czas z Szeptem w tych ciasnych tunelach? No moja mama jest drętwa, nie będę kłamać, że jest inaczej — westchnął, nie mogąc odpuścić sobie następnych słów. — Widzisz? Coś nas łączy. Oboje mamy dziwne matki.
Wiedział, że dla Lew Zięba była niemalże niczym dusza ściągniętą z Klanu Gwiazdy na ziemię. Najwyższa świętość. Potrzebował odrobiny rozrywki, więc z pełną świadomością ją podjudził.

<Lew?>

Od Srebrzystego Nowiu(Srebrnego) CD. Szepczącej Pustki(Szeptu)

Jego imię było wyjątkowo niebrzydkie, a to, że matka mianowała go w pierwszej kolejności, uznał za swego rodzaju wyróżnienie. Za to słysząc, jak od teraz będzie mógł zwracać się do brata, starał się ze wszystkich sił nie wybuchnąć śmiechem na oczach całego klanu. Pustka? No, nie mógł zaprzeczyć, liliowy nie za wiele miał we łbie, ale żeby liderka tak otwarcie o tym mówiła?
Dziwił go uśmiech Szepczącego. Podobała mu się ta jawna kpina z jego głupoty? Zresztą, nie Srebrnemu było oceniać upodobania brata. On sam po prostu zaakceptował swój nowy los, żegnając się z okrutną niewolą i witając nowe, jego zdaniem znaczne lepsze, życie.
Starał się spędzić noc w prostym siadzie, choć ciężko mu było nie poruszać co jakiś czas łapami, by te nie odmarzły mu od grubej warstwy śniegu, w jakiej przyszło im tkwić. Co jakiś czas zerkał na brata, by upewnić się, że to chucherko nie wykwitowało.
Spoglądał raz po raz na rozgwieżdżone niebo, wspominając słowa niektórych klanowiczów o zamieszkujących Srebrną Skórę zmarłych. I co, miał wierzyć, że patrzy teraz na niego przykładowo jego rodzeństwo? Albo ciotka, którą znał dosyć krótko, ale chociaż miał okazję ją poznać, nie to, co tą drugą, Pasikonikowy Nów, która zaginęła w czasie mającej miejsce przed jego narodzinami wojny, i nie wiadomo, co się z nią dokładnie stało. Dopiero teraz doznał olśnienia, że prawdopodobnie otrzymał po niej swój drugi człon.
Po raz kolejny przeorał łapą w śniegu. Oby była dobrą wojowniczką, bo nie chciał być kojarzony z kimś nieogarniętym.
Obserwował całą noc otoczenie, walcząc z sennością sklejająca mu powieki. Marzyło mu się iść do nowego legowiska i porządnie się zdrzemnąć. A potem wyjść na jakieś polowanie, po raz pierwszy sam, bez jakiejkolwiek przylepy na ogonie.
W końcu pierwsze promienie słońca wychyliły się zza linii horyzontu. Za sobą usłyszał nagły gwar rozmów, ledwo co rozbudzonych kotów. Zerknął z uśmiechem na Szepczącego, gdy pierwszy patrol opuścił granicę obozu, pozwalając im odezwać się po tak długim czasie milczenie.
— No i witaj, słodka wolności — wymamrotał sam do siebie, z zadowoleniem kierując się do nowego miejsca spania.

***

Nie nacieszył się za bardzo swoją wolnością.
Od momentu zgromadzenia wolał nie widzieć się z bratem, jednak kiedy jego najwspanialsza mateczka na świecie wymyśliła sobie karę godną pożałowania, został zmuszony do spędzania czasu z liliowym w tych okropnych, ograniczających dostęp do świata tunelach. Niech im się to najlepiej na łeb zawali, a żeby Różana Przełęcz miała ich na sumieniu. Już dwójkę kociąt straciła i jak widać, w ogóle nie wyniosła z tego żadnych wniosków.
— Ruszajmy braciszku, czeka nas cały dzień ciężkiej pracy tylko i wyłącznie z twojej winy — rzucił od niechcenia, patrząc z utęsknieniem na wyjście z obozu. Nie tak dawno mógłby sobie po prostu stąd iść, a teraz inni wojownicy byli zmuszeni tracić swój cenny czas na pilnowanie jego poczynań.
— Nie mojej, a tamtej bandy i co najwyżej naszej matki. Poza tym to ty na mnie nagada...
— Ci, ci, ci — wymamrotał, bijąc go lekko ogonem po nosie. — Już spokojnie Szepczusiu. Proszę nie obrażać mojej ukochanej przyjaciółki i jej braciszka, tylko i wyłącznie ty tu zawiniłeś, bo to ty byłeś niegrzeczny. Ja jedynie pilnowałem sprawiedliwości — zapewnił, kryjąc się zaraz to w tunelach. Nie było to bezpieczne miejsce gdy miał być tu z bratem, bo miał ograniczoną przestrzeń do ucieczki.

<Szept?>

Od Srebrzystego Nowiu (Srebrnego) CD. Piaszczystej Zamieci (Piaska)

Z pyska umknęło mu ciężkie westchnienie. To, o czym mówił Piaszczysta Zamieć, mogło być jedynie marzeniem. Na pewno nie był na za młody na mianowanie, więc nie potrafił domyślić się powodu, dla którego jego matka tyle zwlekała.
— Z jej przewrażliwieniem to za szybko nie nastąpi — odparł, strzygąc uchem. — A zresztą, ja tam się czuję gotowy, Zwiędły Hiacynt też mi mówił, że jestem na dobrej drodze, więc mógłby powiedzieć to samo mojej matce i miałbym to całe uczniowskie życie z głowy — mruknął, wzdychając. — Do dupy z tym.
Widział, jak kremowy spina się na te "wulgarne" sformułowanie, ale wyjątkowo ani nie skarcił go słownie, ani nie klepnął go ogonem po grzbiecie, jak to miewał w zwyczaju. Pozwolił przez chwilę Srebrzystemu w ciszy przyglądać się zamarzniętej tafli jeziora, nim sam nie postąpił o kilka kroków bliżej.
— Co ty, chcesz się poślizgać? — zaśmiał się niebieski, podążając za nim.
— Oczywiście, że nie! — lekko się obruszył, zerkając na niego z niepewnością. — Przecież nie wiemy, na ile jest wytrzymały ten lód — mruknął.
— Oj tam, odrobina ruchu nikomu nie zaszkodzi. Nocniaki jakoś podobno dają sobie radę w wodzie, to czemu my nie możemy? — zagadnął, powoli zaczynając to dokładniej analizować.
Kremowy zmrużył ślepia.
— W tak lodowatej wodzie to i oni by zbyt długo nie popływali — odparł, lekko muskając łapą zmrożoną taflę. — Okropnie zimne... Nawet nie chcę wiedzieć, jak jest pod...
— Ale ja chcę — przerwał uczeń, wskakując na taflę. Zaraz to usłyszał pod sobą dziwne skrzypienie, jednak zanim zdążyło się cokolwiek zadziać, coś ostro szarpnęło go do tyłu za ogon.
W przelocie zdążył tylko ujrzeć pysk Piaska zaciśnięty na jego kicie, którą puścił dopiero gdy wszystkie cztery łapy Srebrzystego stały na stabilnym gruncie.
— Oszalałeś? Takich rzeczy się nie robi! — rzucił, jednocześnie brzmiąc na złego, jak i zmartwionego. Młodszy kocur natomiast, niespiesznie się otrzepał, nie przejmując się myślą o stracie życia.
— Tralala, nie byłeś pewny, czy to utrzyma nasz ciężar, więc chciałem to sprawdzić. No i patrz, teraz wiemy, że nie był to najmądrzejszy pomysł. Musimy zaprosić tu kiedyś twoje siostry i popchnąć je na...
— Srebrny! — przerwał mu.
W odpowiedzi niebieski zaśmiał się i pacnął go z lekka obolałą kitą w nos.
— Już nie płacz, wracamy do obozu — rzucił z uśmiechem, podpierając się o jego bok i stawiając pierwsze korki w stronę wspomnianego miejsca.

***

No i pech chciał, że jego dobra passa się posypała. Sądził, że będzie mu dane bardziej wykorzystać wojownicze życie, a zamiast tego wrócił do znienawidzonego punktu.
Przynajmniej nie tylko go spotkał tak okrutny los, którego sprawcą nie mógł być nie kto inny jak jego ukochana staruszka. Z takim podejściem nie powinna chodzić na zgromadzenia, a jedynie przekierować swe kroki do starszyzny. Pomimo jego luźnego podejścia, powoli zaczynało go to irytować. Nienawidził uczniowskich obowiązków i powoli miał coraz bardziej dosyć własnej matki.
Przyglądał się obozowi w zamyśle. Widział Piaska z Lew, która dzięki interwencji Srebrnego na zgromadzeniach, przestała aż tak groźnie łypać na nich okiem. Przesunął swój wzrok dalej, szukając możliwości ucieczki z tego miejsca. I gdy tak stał, coś lekko naparło na niego z boku.
Obrócił wzrok na Malwowy Rozkwit, którego widok momentalnie przysunął mu do głowy pewną myśl. Wolność wręcz sama wpadała mu w łapy.
— Ojeju, przepraszam Sreb...
— Nic się nie stało — odparł, uśmiechając się najserdeczniej, jak tylko potrafił. — Co ty na to, by wykorzystać ładną pogodę na polowanie? Chciałbym zrobić coś dobrego dla klanu, a z obecnym statusem ciężko o to...
— Ah, no tak — mruknął kremowy, a jego spojrzenie spoczęło na moment na Srebrnym. — Nie mam nic do roboty, możemy tak zrobić. Rzeczywiście, jest dzisiaj bardzo ciepło, szkoda tracić ten czas na siedzenie w obozie.
Niebieski uśmiechnął się szerzej. Wszystko szło po jego myśli.
— A co powiesz na jeszcze jednego kolegę? Im nas więcej, tym weselej — rzucił ochoczo, łapiąc w idealnym momencie kontakt wzrokowy z Piaskiem. Ruchem głowy poprosił go o podejście do nich. — O, ten tutaj. Też bardzo chciałby przejść się po tych cudownie zielonych terenach i pooddychać trochę świeżym powietrzem. Zabierając naszą dwójkę na spacer, zyskasz wspaniałe towarzystwo, a i z klan będzie szczęśliwy, jak przytachamy tu sporo zwierzyny! — Podkreślił, licząc, że przekona to miłego kocura do pomocy im w ucieczce stąd, chociaż na krótką chwilę.

<Piasku?>

15 października 2023

Od Srebrzystej Łapy do Różanej Przełęczy

Z przeciągłym westchnięciem próbował utrzymać ciężkie od zmęczenia powieki jak najwyżej, byleby czujny wzrok mentora nie przyłapał go na zasypianiu na stojąco. Sam nie wiedział, jak to się stało, że tej nocy prawie że wcale nie zmrużył oka. Po części zwalał to na chorujących, bo miał wrażenie, że cały czas słyszał ich pokaszliwanie. Nawet gdy było cicho, jego podświadomość dalej podsuwała mu ten sam, uciążliwy dźwięk.
Choroba była słabością. Tak samo jak starość. Nie chciał przeżyć na skórze żadnej z tej rzeczy. Różnica w tych sprawach była jednak taka, że o ile o zdrowie może dbać, tak młody wiecznie nie będzie. Przez to złe myśli dręczyły go pół nocy i teraz czuł się jak żywy trup, będąc niewyspanym i próbując skutecznie przyjmować wiedzę od Zwiędłego Hiacynta.
— Wszystko rozumiesz? — padło pytanie, na które od niechcenia przytaknął.
— Ta, ta... — wymamrotał, z całych sił walcząc z ziewnięciem. Nigdy wcześniej język tak bardzo nie ciążył mu w pysku.
— To co w takim razie przed chwilą powiedziałem?
Skrzywił się. I tym rudy go zagiął. Srebrzysta Łapa niespiesznie wyprostował się, wrzucając na pysk lekki i niewinny uśmiech. O czym to on mógł mówić? Najpewniej jakieś życiowe porady w tym samym stylu co zawsze.
— No, że zadek nisko, głowa wysoko... — odparł to, co pierwsze mu ślina na język przyniosła, na co wojownik zmrużył oczy, patrząc na niego z lekkim niezadowoleniem.
— A o czym ty teraz mówisz? — mruknął. — Bo jeśli masz na myśli podstawową technikę polowania, to wszystko na odwrót — upomniał, a niebieski potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć sens jego słów. — Wracając do tematu, przy którym najwyraźniej całkowicie przestałeś mnie słuchać, wspomniałem, że jesteś już moim zdaniem gotowy na mianowanie — stwierdził, na co wibrysy ucznia zadrżały z ekscytacji. — Chociaż teraz mam co do czego wątpliwości...
— Nie, nie! — Kocur poderwał się, ożywiony. — Jest super, zgadzam się z tobą w pełni. Zapomniałem, że jesteś najmądrzejszym kotem, jakiego znam i ZAWSZE masz rację — podkreślił, co spotkało się z niejasnym dla młodego spojrzeniem. — A mówiłem kiedyś inaczej?
Zwiędły Hiacynt pokręcił głową z niedowierzaniem i machnął na niego lekceważąco ogonem. Na tym skończył się ich dzisiejszy trening. Wrócili do obozu, a Srebrny uznał, że pora na, chociaż krótką drzemkę, aby przegonić zmęczenie. Od tego pomysłu odciągnął go jednak ruch mentora. Srebrzysta Łapa uważnie obserwował ze swojego miejsca, jak kocur podchodzi do Różanej Przełęczy i zamienia z nią kilka słów.
Czy mówił liderce, że jego uczeń jest już gotowy na mianowanie? Ta cała ekscytacja całkowicie go rozbudziła. Powoli przesunął się w ich stronę, chcąc podsłuchać to, o czym dokładniej rozmawiali, jednak gdy znalazł się przy nich, ci rozeszli się w dwie różne strony. Niebieski uznał, iż pora zagadać do matki, bo od niej powinien być w stanie więcej wyciągnąć.
Gdy znalazł się tuż za ogonem kotki, odchrząknął, chcąc zwrócić jej uwagę. Szylkretka niespiesznie się do niego odwróciła, jakby wyczuła, że to on, a więc nie będzie to sprawa życia i śmierci.
— Witaj, moja ulubiona rodzicielko — zaczął z nietypową jak dla niego powagą w głosie. — To ten, jak mija ci dzionek? Wszystko w porządku? Humorek dopisuje? Słoneczko za bardzo nie przygrzewa? — zalał ją falą pytań.
Jego matka zmrużyła oczy, spoglądając na niego podejrzliwie.
— Co zrobiłeś? — spytała wprost.
Tupnął dla żartów łapą w miejscu, posyłając jej w odpowiedzi obruszone spojrzenie.
— Czemu mówisz to z takim negatywnym brzmieniem? — westchnął teatralnie, odchylając się lekko w tył. — Jak ja, twój najgrzeczniejszy i najspokojniejszy potomek, mógłbym w ogóle śmieć, zrobić coś niedobrego, przez co ty, jako moja ukochana i najwspanialsza i najlepsza mamusia, miałabyś mieć zbrukane imię? — rzucił, biorąc głęboki wdech. Pora przejść do sedna. — No i co powiedział ci Zwiędły Hiacynt? Przyznał, że jestem świetnym materiałem na wojownika i możesz mnie już mianować? Tylko proszę, jakieś ładne imię, nie psuj mi wizerunku jakąś Paszczą czy coś...
Nie liczył na to, by za bycie synem liderki były jakieś przywileje. Wystarczy mu, jak będzie miał z głowy trening i żaden mentor — chociaż lubił Hiacynta — nie będzie mu sterczał nad głową i nieustannie mówił, co ma robić.

<Pani Mamo?>
[687 słów]
[Przyznano 14%]

12 października 2023

Od Srebrzystej Łapy CD. Zwiędłego Hiacynta

Z początku strzepnął uchem na wołania wojownika. Nie spał od dłuższego czasu, ale nie raczył jeszcze ruszyć kupra z posłania. Od rana słychać było szmery wstających do treningów uczniów, a on jak najdłuższej chciał wykorzystać możliwość leżenia w cieple. W końcu jednak tchnęła go myśl, że jeśli nie chce spędzić wieczności jako terminator i pragnie uzyskać możliwość samodzielnego przemieszczania się po terenach, to musi zawalczyć o wyższą rangę.
Wyszedł z legowiska, witając mentora przeciągłym ziewnięciem, co spotkało się z pełnym politowania spojrzeniem. Mimo to posłuchał polecenia rudego i ruszył za jego ogonem w kierunku stojącej nieopodal jasnego kocura. Mżyste Futro miał podobną co do niego barwę futra. Jedynym, co ich tak właściwie różniło, była inna ilość bieli. Już raz towarzyszył im na patrolu, kojarzył go jako miłego kota, a to, że na dzień dobry ciepło się do niego uśmiechnął, tylko utwierdziło go w przekonaniu, że nie będzie źle.
Zwiędły Hiacynt zerknął na niego ukradkiem, a jego spojrzenie szybko stało się poważne. To był znak, że czas zabrać się do roboty i jakiekolwiek obijanie się nie będzie tu mile widziane.
— Dzisiaj idziemy na patrol — powtórzył Zwiędły Hiacynt, jakby zaspany wzrok jego ucznia tłumaczył mu wszystko i wiedział, że ten zaraz padnie znużonym snem, jeśli nie przypomni mu celu.
Srebrzysta Łapa westchnął cicho. Liczył na bardziej tradycyjne ćwiczenia, ale zdawał sobie sprawę, że patrolowanie granic również było istotną częścią obowiązków wojownika.
— Bez obaw, jeszcze będziemy mieli czas na typowy trening — zapewnił go jego mentor, jak gdyby wyraz pyska niebieskiego dalej zdradzał wszelkie jego myśli.
Ruszyli, żegnając się ze znienawidzonymi cierniami broniącymi obóz przed światem zewnętrznym. Ani trochę nie czyniło to dla Srebrnego tego miejsca przytulnym, a tym bardziej czymś, co mógłby nazwać domem, do którego chciałby chętnie wracać.
Już po pierwszych krokach, zniecierpliwiony zaczął niemalże robić okrążenia dookoła towarzyszących mu wojowników. Rudy długo nie komentował jego poczynań, wręcz ignorował kocięce zachowanie. Dopiero potem cicho charknął, chcąc zwrócić jego uwagę.
— Co dzisiaj robimy? — zapytał Srebrzysta Łapa, próbując rozpocząć rozmowę, mając nadzieję, że ich spokojny spacer zrobi się wkrótce ciekawszy.
— Na razie idziemy na patrol — odpowiedział mu mentor, na co młody odwrócił pysk i przewrócił oczami. Już trzeci raz to słyszał i w pełni to już załapał. Czy nuda była jakimś rodzajem kary? Nie zrobił nic złego, jedyne co to wykazywał się brakiem cierpliwości, ale to wszystko. Hiacynt powinien się już do tego przyzwyczaić.
— Bez treningu? — dopytywał, lekko zaskoczony.
— Trening będzie potem — uspokoił go mentor.
Srebrzysta Łapa zawahał się przez chwilę. Potem, czyli jak tylko skończą patrol, czy jeszcze później, jak wrócę do obozu, odpoczną i ponownie wyjdą? Nie wiedział, na ile może dręczyć kocura milionem upierdliwych pytań, ale postanowił dać mu na chwilę spokój. Jedynie pokiwał w końcu od niechcenia głową.
Zmieszał w sobie uczucia. To wszystko dalej było dla niego wyzwaniem, ale w końcu zaczynał rozumieć, że aby osiągnąć swoje cele, musi poświęcić się treningowi i pracy. Westchnął głęboko, przytakując mentorowi za każdym razem, gdy ten kazał mu zwrócić uwagę na coś, co działo się w ich otoczeniu. Wiedział, że trudna droga przed nim, ale był gotów stawić czoła przyszłym wyzwaniom. Dreptał wolno, byleby ich spowolnić. Im dłużej byli poza obozem, tym lepiej.
Wokół panował spokój, a na granicach klanu nie zauważyli niczego, co mogłoby budzić w nich obawy. Mżyste Futro towarzyszył im w pierwszej części zadania, a gdy zaczęli kierować się z powrotem do obozu, rudy odchrząknął, przystając.
— W sumie to możesz wrócić już sam. — Skierował te słowa w stronę srebrzystego kocura. — My przejdziemy się od razu na trening — oświadczył.
Wojownik uśmiechnął się lekko, przytakując głową.
— Zrozumiałe. Powodzenia wam obu, a tobie w szczególności, młody — rzucił w kierunku ucznia, odwracając się i idąc w przeciwną do nich stronę. Z każdym przelotnym oddechem, stawał się coraz mniejszym punktem w zasięgu wzroku zielonookiego.
Srebrzysta Łapa wyczuł, iż Zwiędły Hiacynt spojrzał na niego z wyraźnym zainteresowaniem. Wiedział, że nadszedł czas na bardziej intensywny trening.
— To... co będziemy robić? — zagadnął pogodnie niebieski, przystępując z łapy na łapę, lekko ożywiony. Warto się było dzisiaj skupić. Czuł, że jeśli pokaże się z dobrej strony, to może i wkrótce porzuci uczniowski przydomek.
— Na razie sprawdzimy twoje zdolności w polowaniu na króliki.
Srebrzysta Łapa potrząsnął głową, choć tak naprawdę jedynym, za czym do tej pory ganiał, były wiewiórki. Zawsze na miejscu rudych stworzonek wyobrażał sobie pewnie irytujące go istoty z sąsiadujących w legowisku posłań, dzięki czemu pogoń stawała się ciekawsza.
Jako, iż burzaki słynęły z tych kicających stworzeń, wstyd by było, gdyby nie potrafił owego dorwać. Ostatnio miał problemy z koncentracją, ale teraz postanowił dać z siebie wszystko, chociaż miał na uwadze, że jego dobre chęci to za mało.
Zwiędły Hiacynt pokierował go w kierunku zarośli, tłumacząc, że w tamtym rejonie najczęściej idzie dorwać długouszne zwierzęta. Srebrzysta Łapa starał się podążać za swoim mentorem, próbując zachować ciszę i wypatrzeć pośród traw jakikolwiek kształt. Póki co wszystko dla niego było zielone.
Minęło kilka uderzeń serca, nim pierwszy szelest nie skupił ich uwagi. Dostał kuksańca w bok i kilka rad, które rudy powtarzał mu wielokrotnie. W tym momencie liczyła się jego szybkość. Teren był otwarty, więc nie musiał martwić się o drzewa na swojej drodze, w które mógłby ostro zaryć pyskiem. Co najwyżej potknie się o jakiś korzeń, ale na tę chwilę groziło to jedynie upokorzeniem w oczach rudego, oraz zwianiem potencjalnego posiłku dla któregoś z członków klanu.
Wyskoczył do przodu, gdy znalazł się wystarczająco blisko ofiary. Ta zareagowała na tyle szybko, by od razu zerwać się do biegu, pędząc niemalże na oślep przed siebie. Niebieski zawahał się na moment, co kosztowało go zwiększeniem odległości między nim a tym, co miał upolować. No nic, czekało go bieganie i gwarantowana w gratisie zadyszka.
Było trudno, ale nie poddawał się. Nawet w pewnym momencie nie był już w stanie zorientować się, gdzie był jego mentor. Czy czekał tam na niego, czy też biegł gdzież za nim — możliwości było wiele, ale miał wrażenie, że jest stale obserwowany, więc zakładał tę drugą opcję.
Pierwszy kicajek mu uciekł. Po prostu umknął z jego wzroku, a ten zwyczajnie poddał się i zawrócił do wojownika, który cały czas był blisko. Srebrzysta Łapa sądził, że na tym skończą ten dzień, ale zostało mu polecone, aby jeszcze raz spróbować.
Kolejne podejście również okazało się nieskuteczne. Jak i następne. Powoli tracił siły, łapy odmawiały mu posłuszeństwa, gdy raz po raz rzucał się w pogoń. Poduszki piekły go, ale gdy jakimś cudem jego szczęka zacisnęła się na karku zająca, poczuł euforię przechodzącą wzdłuż jego ciała. Przez chwilę miał wrażenie, że śni na jawie, ale zapach świeżej krwi zwierzyny uświadomił go co do realizmu tej sceny. Był dumny z siebie, choć wiedział, że to jedynie kwestia szczęścia, a nie wprawienia. Czyli, chcąc nie chcąc, musiał się jeszcze wiele nauczyć.
Podniósł swoją zdobycz i udał się do mentora. Był zmęczony, ale pełen determinacji. Upuścił stworzenie tuż przy łapach rudego, odsuwając się na krok. Starał się uspokoić ciężki i przyspieszony oddech.
— Wystarczy na dziś? — wyszeptał, niemalże błagalnie, nie marząc już o niczym więcej, jak o skryciu się we własnym posłaniu i śnie. Nie sądził, że da się go jakkolwiek wycieńczyć, ale Zwiędły Hiacynt najwyraźniej potrafił dokonywać "niemożliwego", nie pozwalając mu ani na moment się poddać. Ciekawe, czy miał go już po prostu dosyć i chciał jak najszybciej skończyć jego trening, czy rzeczywiście zależało mu na dobrze wyszkolonym uczniu? Srebrny starał się docenić podejście mentora jako wzmocnienie mu wytrzymałości i uświadomienie, że nie wolno się zbyt szybko poddawać, ale jednocześnie jego wnętrze pragnęło odpoczynku i miało serdecznie dosyć tego wszystkiego.

<Zwiędły Hiacyncie?>
[1258 słów]
[polowanie na króliki]
[przyznano 30%]

09 października 2023

Od Srebrzystej Łapy CD. Piaskowej Łapy(Piasczystej Zamieci)

Naprawdę nie chciało mu się pracować. W jego opinii obóz był już wystarczająco ubezpieczony, okalany przez ostre ciernie krzewów, a każda szczelina na dodatek zatamowana była patykiem bądź mchem. Rozumiał kwestie bezpieczeństwa, ale jego matka to już powoli wpadała w paranoję. Przez te wysokie zabudowania słońce tu nie niemalże nie dochodziło, więc nie było jak wygrzewać się w jego blasku w wolnych chwilach. Powstałe "mury" odgradzały ich od porywistych wiatrów, ale i tak bywało tu raczej chłodno.
Zerknął na przybyłego przyjaciela, który bez jakichkolwiek narzekań zabrał się do roboty. Srebrny skulił uszy na brak przejawu buntów wobec tak nużących poleceń. Byli młodzi, pełni wigoru — dlaczego uczniom zlecano takie bezsensowne zadania, zamiast pozwolić im wyjść z obozu i korzystać ze sprawności kręgosłupa? Chętnie obszedłby wszystkie tereny we własnym tempie, a i gdyby tylko mógł — zaszedłby znacznie dalej. Przecież z jednej strony nie dzielili granicy z żadnym klanem, więc jakie były konsekwencje pozwiedzania tamtych okolic? Nikt ich by za to potem nie skrzyczał na tym śmiesznym zgromadzeniu.
— Jakoś idzie, Zwiędły Hiacynt jest całkiem znośnym mentorem, coś tam wie, tylko wieje nudą na treningach — mruknął, zgodnie z prawdą. — Zawsze mogło być gorzej.
Podchodził do sprawy optymistycznie. Chciał nabrać siły, doświadczenia, a jednocześnie zwyczajnie trochę się pobawić. Terminatorzy powinni mieć wyznaczony czas na rozrywkę, inaczej wszyscy pokończą jako drętwi staruszkowie z patykami wepchniętymi za głęboko w tyłek.
— To dobrze, że dostrzegasz takie pozytywy — odparł kremowy, uśmiechając się ciepło. Na moment ruchy jego łap zdawały się Srebrnemu wolniejsze, jakby kocur wahał się nad czymś. Ku jego przewidywaniom, ten zabrał ponownie głos. — Zastanawiam się, jak długo będę jeszcze uczniem. Tak właściwie to mógłbym już zostać mianowany, ale Różanej Przełęczy coś się do tego nie spieszy.
Niebieski rozmowę potraktował jako oznakę przerwy. Odsunął się od krzewów, siadając na miękkim fragmencie podłoża i zerkając za siebie, czy nie ma w pobliżu nikogo, kto pogoni go zaraz za obijanie się.
— W sumie to dopiero co przekroczyłeś ten minimalny wiek do ceremonii, więc może nie chce cię od razu rzucać na głęboką wodę i obciążać wojowniczymi obowiązkami — mruknął w zamyśle. — Chociaż bez tych treningów i ograniczeń, nie wydaje się być to trudniejszym życiem.
Piasek w przeciwieństwie do niego nie zaprzestał pracy. Srebrzysty obserwował przyjaciela. Widać, że zależało mu na udowodnieniu swojej zaradności i dobrych intencji. Nie zazdrościł mu bycia kojarzonym z liderką sprzed wielu księżyców, która uchodziła za tyrankę. Kremowy przeżywał to i niepotrzebnie męczył się przy treningach dwa razy bardziej, niż to było konieczne.
— Mam wrażenie, że niczego więcej na tym etapie się nie nauczę — stwierdził. — I nie uważam, że mam jakąś nadzwyczajną wiedzę, pozjadałem wszystkie rozumy i nie wiadomo co jeszcze. Po prostu... Twoja mama wciąż wydaje się do mnie uprzedzona. Do mnie i do mojej całej rodziny.
Młodszy skinął głową.
— W kontekście reszty twoich bliskich to jej się nawet nie dziwię... — uciął, dostrzegając znaczące spojrzenie kremowego. Owszem, nie raz był proszony o zaprzestanie obrażania takiej Lew czy Zięby, jednak było to silniejsze od niego. — Ale spójrz na to inaczej. Sam powiedziałeś, że twoja siostra robi eksperymenty. Wystawia naszą przyjaźń na próbę. Tylko po co? Obaj wiemy, że się lubimy i nasza znajomość jest normalna. Cokolwiek nie zrobię, i tak ta wariatka będzie próbowała ci wmówić, że coś jest nie tak, że ja tobą manipuluję bądź wyśmiewam się z ciebie — wymieniał to, co wydawało mu się oczywiste. — Wiesz doskonale, że taki nie jestem.
— Wiem — odparł niemalże natychmiastowo. — Po prostu... Nasze rodziny się różnią. To wszystko rzeczywiście brzmi nie najlepiej, ale u nas może trochę inaczej okazuje się troskę...
— Ta, jeśli to jest troska, to ja jestem latającą wiewiórką — prychnął, kręcąc głową. — Będę szczery. Ja martwię się tylko o ciebie, twoja rodzina mnie nie interesuje.
Nigdy jeszcze nic bardziej nie zachęciło go do pracy. Ta rozmowa wprowadzała go w zmieszanie i dyskomfort, a on nie lubił, gdy ich wymiana zdań miała negatywny charakter. Przybijało go to. Gdyby był bardziej szczery, nie hamował się, to jedno złe słowo mogłoby doprowadzić do kłótni. A tego nie chciał.
Z początku milczeli. Potem Srebrzysta Łapa podjął się bardziej odmóżdżających tematów, pozwalając, by obaj się rozluźnili. Przy tym, cały czas rozglądał się. Dopóki pewne rude istoty nie pojawiały się w zasięgu jego wzroku, był spokojny.

***

Przeciągnął się, a jego ciało mimowolnie zadrżało od przenikliwego chłodu Pory Nagich Drzew. Biel krajobrazu była przyjemna dla oka, ale zdecydowanie brakowało mu tych jasnych dni, słonecznych promieni okalających futro i obdarowujących go swym ciepłem.
A na dodatek działo się coś złego. Zazwyczaj było tu cicho, nawet gwar rozmów nie był tu nigdy problemem. Teraz natomiast milczenie przerywały nieraz krótkie, innym razem długie i brzmiące na wycieńczające pokaszliwania.
Słyszał od brata, Rumiankowej Łapy, że mieli problem z medykamentami. Kończyły im się zioła i nie było skąd brać nowych. A chorych też przybywało. Nie dziwił się, że byli to starsi. W końcu ich organizmy były o wiele słabsze, a to tylko dobitnie przypominało mu, jak przeraża go cały proces starzenia.
Kręcił się blisko wyjścia z obozu. Bardzo chciałby uciec od tego źródła zarazków, ale wciąż był tylko uczniem, któremu nie pozwalano na zbyt wiele.
— Hej, Srebrny...
Ucho mu drgnęło na dźwięk jego ulubionego głosu. Lekko uśmiechnął się, odwracając się przodem do kremowego. Powitał go ciepłym uśmiechem, instynktownie wzrokiem dokładnie analizując otoczenie. Nie widział żadnej z bliskich kocura, więc od razu się rozluźnił.
— Chyba dawno nie rozmawialiśmy — mruknął pogodnie. — Ah, ależ przepraszam, gdzie moje maniery. Już nie jesteśmy na tym samym poziomie. — Obszedł kremowego, muskając ogonem jego grzbiet. — No, no, pan pełnoprawny wojownik. Nie wiem, czy mam prawo przebywać teraz w otoczeniu kogoś tak ważnego, Piaszczysta Zamiecio — wymruczał z rozbawieniem.
— No co ty! — Kremowy niespodziewanie dał mu lekko łapą po nosie, szczerząc się. — Oczywiście, że możesz. Niedługo też zostaniesz mianowany. Dobrze sobie radzisz — zapewnił przyjaciela, kierując zaraz wzrok w stronę nagłych pokasływań. — Mam nadzieję, że nie zachorujemy. Pora Nagich Drzew daje się mocno we znaki. Klan Burzy potrzebuje teraz każdej pary łap, bo zwierzyny praktycznie nie ma... — zmartwił się.
Srebrny nienawidził się czymkolwiek przejmować. Nie potrafił jednak stosować swojego standardowego podejścia do życia w momencie, w którym każda chwila nieuwagi mogłaby wpłynąć negatywnie na jego zdrowie. Pierwszy raz starał się na odrobinę powagi w jakimkolwiek temacie, choć żarty pchały mu się ciągle na język.
— Jak i mnie mianują, to będziemy mogli wychodzić sami na polowania — zauważył. — No, na pewno radzę sobie coraz lepiej, ale i tak brakuje mi jeszcze trochę do twojego poziomu. Postaram się przyłożyć przy najbliższych treningach, to może Zwiędły Hiacynt powie mojej mamie co nieco dobrego na mój temat — mruknął, mrużąc oczy, gdy prószący śnieg na moment przysłonił mu widok. — Jesteśmy młodzi i silni, nas takie choróbska się nie imają — zapewnił, choć nie chciał tymi słowami kusić losu.
— Mam nadzieję — westchnął jego towarzysz, po czym niespiesznie otarł się o jego bok. — Chcesz się przejść? Wiesz... Jestem wojownikiem, mogę wychodzić z obozu, więc pod moją opieką i tobie pozwolą. Co ty na to? — zaproponował. — Możemy... Porobić coś w śniegu.
Srebrzysta Łapa gwałtownie wyprostował się, gdy zdał sobie sprawę, że to, o czym mówił niewiele starszy kocur, jest w pełni legalne. Nikt nie będzie mógł na niego gderać, jeśli opuszcza obóz pod opieką wyszkolonego wojownika, a nie jako młodociany zbieg.
— Naprawdę, pytasz mnie, co o tym sądzę? — parsknął. — No weź, a myślałem, że się już dobrze znamy. W życiu nie odmówiłabym takiej propozycji — przysiągł, czując, jak łapy rwą go do przodu. — Dawaj, zanim ktoś nas zobaczy i będzie niepotrzebnie kwestionował, czy aby na pewno możemy sobie wyjść.
Niby żadne zasady nie zabraniały im owych czynów, ale czuł, że ktoś z otoczenia Piaska mógłby nie być zadowolony z tego, że kremowy przebywa w jego towarzystwie i ukradziono by mu przyjaciela sprzed nosa.
Wojownik w odpowiedzi kiwnął głową i szybko, bez żadnych problemów, się wymknęli. Od razu, gdy opuścili obóz, kremowy przyśpieszył, wychodząc na prowadzenie i śmiejąc się radośnie. Z perspektywy Srebrnego, jego próby złapania w pysk płatków śniegu, wyglądały komicznie.
— Ale tu jest cudownie! — sapnął Piaszczysta Zamieć, przystając w miejscu. — Zimno, ale wspaniale. Pokażesz mi, jak się tym bawi? — Wskazał na biały puch.
Ucznia lekko zaskoczyło to pytanie, bo akurat o wiele bardziej preferował zabawy mchem w ciepłe dni. Miał już styczność ze śniegiem, w końcu urodził się Porą Nagich Drzew, ale był wtedy jednak na tyle mały, że nie pozwalano mu zbytnio opuszczać żłóbka, by mógł wypróbować wszelkie metody zabawy na dworze. Za to pamiętał, że gdy tylko udało mu się dobrać do zimnego puchu, wpychał go w uszy brata, a tego raczej uczynić Piaskowi nie zamierzał, ani nie chciał.
— Trudno jest z tego cokolwiek zrobić, chociaż mnie zawsze fascynowało, jak łatwo odciska się w tym ślady. Patrz, możesz zrobić całą swoją podobiznę — oświadczył, po czym rzucił się pyskiem płasko w zaspę. Od razu zmroziło całe jego ciało, ale gdy dał sobie chwilę, ostrożnie wstał, by niczego nie zepsuć i odsunął się, aby Piasek mógł popodziwiać jego dzieło. — Widzisz? Widać w tym mój pysk. Tak naprawdę jak się odpowiednio w tym wytwarzasz, to możesz zrobić dziury o zabawnych kształtach. Tylko nie zapomnij zamknąć oczy! Szczypie okropnie, jak ci się to badziewie dostanie do środka.
Cętkowany nie czekał nawet, aż ten skończy mówić, powtarzając jego wcześniejsze czyny. Wyglądał na zadowolonego, gdy odsuwał się od świeżo tworu.
— Ale ekstra — miauknął, odbijając tuż obok swoją łapkę.
Ułamek oddechu, wypełniony spokojem, przerwał nagły ruch ze strony Piaska. Rzucił się w kierunku Srebrnego i oboje przeturlali się po śniegu, zatrzymując się dopiero kilka króliczych skoków dalej. Pełen energii wojownik podniósł się na łapy, otrzepując ze śniegu i oceniającym spojrzeniem zerknął na ślad, jaki stworzyli.
— Patrz! Widzę w tym nas!
Wciąż trochę oszołomiony czynem kolegi, niebieski dalej leżał na plecach, wpatrując się w niebo. Zastrzygł uchem na słowa towarzysza, niespiesznie obracając się i podnosząc do pionu.
— Nie dziwię się, pozostawiliśmy po sobie wiele wzorków — parsknął, zerkając na niego w skupieniu. — Patrz, obaj jesteśmy teraz biali. No, to się dopiero nazywa równość. — Uśmiechnął się, i nim Piaszczysta Zamieć zdążyłby się odezwać, zrobił zamach łapą i sypnął śniegiem z zaspy w przyjaciela. — No, a teraz to cię nawet własna matka nie pozna.
Reakcja kocura go zaskoczyła. Nie obraził się, a ni nie skrzywił, tylko zachichotał, po czym odpłacił się przyjacielowi. Zgarnął śnieg w łapę i rzucił nim w jego stronę.
— Nie gadaj tyle, tylko działaj. A masz! — zawołał, zaraz to umykając w kilku susach dalej, by zgarnąć kończyną nową amunicję.
Srebrzystej Łapie nie udało się wykonać uniku. Odszedł kilka kroków w tył, marszcząc zmarznięty nos. Jasna plama, jaką był Piasek, zlewała mu się na tle zaśnieżonego krajobrazu. Im dalej uciekał, tym mniejszy się zdawał.
Młodszy zaczerpnął oddechu, po czym wybił się na tylnych łapach i ruszył w pogoni za wojownikiem.
— A od kiedy ty taki śmiały jesteś? — zaśmiał się głośno, choć świst wiatru zdawał się zagłuszać jego słowa.
— Od dzisiaj. — Wystawił mu psotnie język i rzucił w jego stronę śniegiem. — No i to fajna zabawa! Nie mów, że ci się nie podoba?
Tym razem puch ledwo co musnął jego polik, przelatując dalej. Niebieski ponownie przystanął, uśmiechając się głupio.
— Podoba się, podoba — zapewnił. — Wiesz, co mi się jeszcze podoba? — zagadnął, ruszając powoli w jego kierunku. — Ta nowa wersja ciebie, jaką właśnie mam przed sobą. Jesteś taki swobodniejszy, pogodniejszy. Widzisz? Jak nie ma przy tobie twoich sióstr-świrusek i szurniętej matki, nie masz powodów do stresu.

<Piasku?>
[1856 słów]
[Przyznano 37%]

16 września 2023

Od Srebrzystej Łapy CD. Piaskowej Łapy

Miło było, że po takim czasie, w którym jego kontakt z Piaskiem był znikomy, ten w końcu sam zrobił jakiś krok w stronę utrzymania ich znajomości na dobrym poziomie. Srebrnego jednak zaskoczył temat, jakiego kremowy się podjął. Czy ich niegroźna gra na zgromadzeniu aż tak weszła mu do głowy?
— Lubię, lubię cię — odparł, uśmiechając się lekko. — Ah, ciekawych rozmów się podejmujesz, wiesz? Chciałbym móc siedzieć w twojej głowie i wiedzieć, o czym myślisz, skoro pytasz mnie o takie rzeczy — dodał, unikając odpowiedzi na jego pytanie.
Tak naprawdę nie wiedział nawet, co mu powiedzieć. Przecież sam nie rozumiał, czym jest miłość, więc jak ktokolwiek miał mu się podobać w tym znaczeniu? Z tego co się zorientował po członkach Klanu Burzy, niektórzy nie byli zbyt wylewni w okazywaniu uczuć, a z drugiej strony, inni iskali się noskami na każdym kroku. To było niezrozumiałe dla jego młodzieńczego umysłu.
— Ja... Myślę wciąż o twoich słowach... Obawiałem się, że cię wtedy skrzywdziłem, dlatego wcisnąłeś mi kit, że tylko żartowałeś — westchnął, zerkając na niego niepewnie. — Lwia Łapa uważa, że bawisz się moimi uczuciami i mnie wykorzystujesz. Nie chcę w to wierzyć... Jesteś fajny i przy tobie czuję się wolny oraz szczęśliwy.
Skrzywił pysk z niesmakiem. Co ta ruda wywłoka mówiła na jego temat? Nietrudno było zauważyć, że się nie lubią, ale Piasek nie może winić go za ciągłe obrażanie jej, skoro ta robi to samo. Swoją drogą, co to za podwójne standardy, że ona mogła, a on dostawał za to burę?
— To dobrze, że jej nie wierzysz, bo nigdy nie chciałem dla ciebie źle — odparł. — Nie zraniłeś mnie, ja naprawdę nie jestem, póki co, na poważnie z takimi tematami. Jesteśmy młodzi, całe życie przed nami, jeszcze zrozumiemy, o co chodzi z tymi wszystkimi kwiatkami i uczuciami — stwierdził, podchodząc bliżej kremowego. Musnął ogonem jego przednią łapę. — Też uważam, że jesteś fajny. Miło słyszeć, że czujesz się tak w moim towarzystwie. Według mnie zasady klanowe dosyć mocno ograniczają nas od wolności, ale jestem w stanie zrozumieć, skąd wynika to w twoim przypadku — dodał. Na jego miejscu też czułby się wolny za każdym razem, gdy przewrażliwiona rodzinka nie siedziałaby mu na ogonie.
Piasek lekko uchylił pysk.
— N-naprawdę? — zamrugał zaskoczony. — To dużo dla mnie znaczy. Dziękuję. — Uśmiechnął się do niego, zaraz to jednak smutniejąc. — Lew i mama... nie pozwalają mi się z tobą spotykać... Jeśli nas nakryją... — Położył po sobie uszy. — Może być źle. Na zgromadzeniu siostra miała mnie pilnować, ale od niej uciekłem i widziałeś, że musiałem siedzieć w kącie... — mruknął. — Nie chcę wybierać pomiędzy tobą a rodziną. Nie rozumiem, dlaczego cię tak nienawidzą.
A więc to stąd to całe unikanie go przez kremowego. Jak zwykle głównymi sprawczyniami były te świruski.
Westchnął, przecierając łapą pysk. Nie mogłyby tak pójść sobie na spacer, zgubić się na nim i nigdy nie wrócić? On ich nie lubił, Różana Przełęcz też wydawała się nie być ich zwolenniczką, toteż wątpił, by ktokolwiek miał uronić łzę w tęsknocie.
— Bo są głupie — stwierdził wprost. Nie zamierzał owijać tego w bawełnę.
— Chyba się martwią... — Kremowy widząc jego wyraz pyska, przybliżył się bardziej, ocierając się o niego łbem. Srebrny lekko zesztywniał na ten ruch. — Ale nie zrezygnuje z naszej przyjaźni. Wiele dla mnie znaczy. Mogę przy tobie być sobą.
Poczuł przyjemne ciepło w okolicy klatki piersiowej. Zależało mu na ich znajomości, bo nie wiedząc czemu, samo towarzystwo Piaska wprawiało go w dobry nastrój. Nie był tak irytujący jak jego bracia, ani całkowicie drętwy jak inni w obozie.
— Nie możesz ugryźć swojej siostry w ogon, jak cię przyłapie i będzie chciała naskarżyć waszej starej? — zagadnął. — Albo ja mogę to zrobić, tylko istnieje wtedy ryzyko, że skończy bez ogona...
Kremowy natychmiastowo odsunął się i niespodziewanie pacnął go lekko łapą po głowie. Jego pysk jednak nie zdradzał, by był zły. Raczej dla niebieskiego wydawał się rozbawiony.
— Nie. Żadnego gryzienia. Nie chcę, żebyś wpakował się w kłopoty, bo wtedy będziemy w jeszcze gorszej izolacji niż teraz — wyjaśnił. — Ale jak będziemy mieć wspólne treningi, to nie mogą nam zabronić się spotykać. Chyba że twoja mama zrobi nam pod górkę — skrzywił nos, wzdychając głośno, po czym oparł ponownie łeb o futro przyjaciela. — Chciałbym być niebieski tak jak ty. Wtedy nie byłoby takiego z tym problemu...
— Sądzę, że kolor futra nie powinien mieć tu żadnego znaczenia. Moja mama bywa jakaś uprzedzona do różnych spraw, ale to pewnie przez to, że jest już stara i zwyczajnie głupieje — stwierdził. — Jeśli się nie uda, to przebolejemy ten okres bycia uczniami i jak obaj dorośniemy, to nikt nam nie zabroni wychodzić na jakiekolwiek polowania tylko we dwójkę — zapewnił. Wierzył w to, co mówił. Starał się być dużym optymistą i nie zamierzał się tak łatwo poddawać w walce o ich przyjaźń.

<Piasku?>
[811 słów]
[Przyznano 16%]

Od Srebrzystej Łapy CD. Szepczącej Łapy

Z początku bardzo podobała mu się wizja wyjścia na trening z bratem i jego mentorką. Diamentowa Grota czy tam Wąs nie była co prawda dla niego zbyt interesującym towarzystwem, ale dopóki miał jak dokuczać Szeptowi, olewał obecność kotki. Zwiędły Hiacynt był dosyć milczący przez większość czasu, jedynie co kilka kroków zdarzało mu się rzucić jakąś uwagę albo polecenie do niebieskiego.
Wojownicy oświadczyli im jeszcze w obozie, że dzisiaj przećwiczą interwały biegowe. Srebrny potrzebował długich wyjaśnień, na czym to polega, bo to pierwsze słowo jakoś do niego nie docierało. Dlaczego od razu nie mogli powiedzieć "No, raz biegasz szybciej, potem zwalniasz, a następnie znowu zasuwasz"? Świat byłby prostszy, gdyby tak wszystkiego nie utrudniali.
Wydawało mu się, że jest dosyć wytrzymały i zbyt szybko nie złapie żadnej zadyszki. Dopóki droga była prosta i nikt nie testował jego zwinności, szło mu dobrze. Gubił się co prawda z tą całą zmianą tempa co króliczy oddech, bo jego umiejętność skupiania się była na wyjątkowo niskim poziomie. Lubił na ogół biegać, ale bez takich wydziwień.
Zaśmiał się mimowolnie, słysząc ciężki oddech brata przy swoim boku. Zerknął na niego z uśmiechem, starając się ukryć własne zmęczenie. Łapy powoli się pod nim uginały.
— Pewnie o wiele lepiej niż my — odparł. — Nic go nie ograniczało, mógł chodzić, gdzie chciał i nie miał nad głową tych wszystkich bezsensownych zasad do przestrzegania — odparł. — Ty, a z tobą wszystko gra? Płuca zaraz z siebie wyplujesz.
Szept spochmurniał, mierząc go urażonym spojrzeniem.
— Sam wcale nie lepiej wyglądasz — burknął.
Na te słowa niebieski zbliżył łapy do siebie i starał się wyprostować. Zadarł wysoko w górę pysk, próbując przekonać samego siebie, że wcale się dziwnie nie kołysze na boki i nie ma problemów ze złapaniem równowagi.
— Nie no, ja akurat wyglądam zajebiście — stwierdził hardo. — Super sprawa, tak sobie z rana pobiegać w te i wewte, musimy częściej w ten sposób razem spędzać czas — oświadczył, zerkając przelotnie na ich mentorów. Zdawali się być pochłonięci rozmową na ich temat. — Patrz, obgadują nas. Pewnie mówią coś w stylu "No, ta Szepcząca Łapa to sierota, krzywe nogi ma i cud, że w ogóle tu doszedł. Ale Srebrzysty? O ja, ale wspaniały ruch, taki szybki jest ziomek, że aż nie mogłem za nim wzrokiem nadążyć" — zamruczał.
Pora Opadających Liści sprawiła, że ziemię w wielu miejscach pokrywało to, co zrzuciły z siebie drzewa. Miało to przeróżną barwę. Począwszy od pomarańczowo-żółtych kolorów, a kończąc na brązach i mocnej czerwieni. Korzystając z nieuwagi wojowników, naparł z całych sił na brata, pchając go w jedną z większych kupek liści.

<Szept?>
[429 słów]
[interweniały biegowe]

[Przyznano 14%]

15 września 2023

Od Srebrnego (Srebrzystej Łapy) CD. Koniczynowej Łąki

Przyglądał się przez dłuższą chwilę w ślad za rudą kotką. Przez żłóbkowe towarzystwo w postaci takich person jak Lew bądź Iskra, miewał myśli, że każdy kot o pomarańczowej barwie futra jest dziwny. Poznanie kuzynki było miłą odskocznią, ale skoro nawet mama dobrze o niej mówiła, to nie miał czego złego się po niej spodziewać.

***

Przeciągnął się, rozmyślając, gdzie dzisiaj przyjdzie mu zmierzyć w czasie patrolu. Nie lubił tych ograniczeń, jakimi była możliwość wyjścia z obozu jedynie na trening, albo w celu zapolowania z innymi, starszymi i bardziej doświadczonymi wojownikami. Wiele razy wspominano mu, aby uważnie obserwował ich ruchy i brał z nich przykład. Zazwyczaj starał się to robić, ale środowisko łatwo go rozpraszało, toteż rzadko kiedy cokolwiek wynosił z takich lekcji.
Sójczy Szczyt wymieniała imiona kotów na poranne sprawdzanie granic. Przekrzywił łebek, słysząc swoje miano, wraz z mentorem. Z nimi iść mieli Koniczynowa Łąka i Ostowy Pęd. Jego kuzyni z pewnością byli ciekawym towarzystwem, szczególnie ta pierwsza, z którą zdarzało mu się czasem wymienić słowo. Przywracała mu wiarę w to, że nie każda ruda kotka jest tak samo stuknięta.
Zwiędły Hiacynt nie pilnował go jakoś mocno, toteż mógł się od niego oddalić, skupiając się na zielonookiej. Zastanawiało go zawsze, jak tak ogniście futrzaste koty dają radę cokolwiek upolować, skoro przez ich kolor widać ich z odległości co najmniej kilkunastu króliczych skoków.
— A ty miałaś już jakiegoś ucznia? — zagadnął.
— Jeszcze nie — odparła natychmiastowo.
Zmrużył z zaciekawienia oczy.
— Jak to możliwe? Masz już trochę księżyców na karku, a mój mentor jest od ciebie młodszy no i... no i ma mnie. Więc czemu ty jeszcze nie miałaś nikogo do trenowania? — dopytywał.
Wzruszyła nieśpiesznie ramionami.
— Nie wiem. To nie ode mnie zależy, liderzy wybierają mentorów. Poza tym dosyć późno skończyłam swój trening, także może mieć to jakieś znaczenie — stwierdziła.
Srebrzysta Łapa potrzebował chwili, by to wszystko sobie przeanalizować. Miało to tam jakiś swój sens, ale i tak go to dziwiło. Nie wydawała się złą wojowniczką, przecież co ją widział, gdy wracała z patrolów, miała jakieś martwe zwierzę w pysku. Skoro potrafiła coś złapać i pewnie radziła sobie jako tako w walkach, to powinno to wystarczyć, aby móc szkolić kogoś innego.
— Mam nadzieję, że ja w przyszłości nie będę musiał tyle czekać — mruknął, zerkając na kotkę.

<Koniczyna?>
[382 słowa]
[Przyznano 8%]

09 września 2023

Od Srebrzystej Łapy CD. Piaskowej Łapy

Srebrzysta Łapa patrzył na Upadłego Potwora z mieszanką zdumienia i ekscytacji. Budził podziw już samym swoim rozmiarem. Z pewnością pomieściłby w swoim wnętrzu koty wszystkich klanów, jak i nie więcej.
W jego oczach, spłaszczona, wykonana z dziwnego materiału konstrukcja przypominała nieszczęśliwie poturbowanego giganta, który wyczerpany, leżał na trawiastej równinie. Długi, wystający z boku płaski element, sprawiał wrażenie skrzydła olbrzymiego ptaka, który utracił zdolność do lotu.
Wysokie fragmenty stwora zdawały się być jak łuski wypaczonej bestii. W oczach kocura migotały refleksy słońca, odbijające się od boków truchła. Srebrzysta Łapa przecierał wibrysy, przysuwając się coraz bliżej, aby dokładniej przyjrzeć się temu majestatycznemu i zarazem tragicznemu obiektowi. Porozrzucane dookoła części stworzenia nadawały temu miejscu klimatu.
Zwiedzenie tego, to była okazja, której nie mógł przegapić.
— Oczywiście, że chcę! — odpowiedział, a oczy zalśniły mu z wrażenia. — Cokolwiek by się tam nie kryło, to razem będziemy nie do pokonania, przecież wiesz — dodał, śmiało stawiając pierwsze kroki w przód. Nawet jeśli Piasek zadeklarował, że co nieco już o tym miejscu wie, niebieskiemu marzyło się odkrycie jak największej ilości ciekawych rzeczy na własną łapę.
Nie był w stanie jednoznacznie stwierdzić, co czuły jego nozdrza. Mieszanka przeróżnych zapachów, niekoniecznie mu znanych, poniekąd zaczynała drażnić mu narząd węchowy. Musiał na moment odwrócić łeb, zaczerpnąć świeżego powietrza, prosto z otwartych terenów i dopiero wtedy zdecydował się wejść do środka.
— Wszystko w porządku? — zapytał kremowy, przyglądając mu się z boku.
— Ta, po prostu śmierdzi tu trochę — odparł. — Ale to ma sens, w końcu potwory śmierdzą. Na przykład twoja mama albo siostra, Lew, okropnie cuchną…
Starszy uczeń stanął jak wryty, wlepiając w niego szeroko otwarte ślepia. Niebieski mimowolnie zaśmiał się, widząc to zaskoczenie w żółtych tęczówkach.
— Srebrny! — pisnął. — One w-wcale nie śmierdzą!
— Hmm, zawahałeś się — zauważył. — Chyba nie będę się narażał, aby potwierdzić twoją tezę. Im dalej jestem od nich, tym bezpieczniej się czuję.
— Zawahałem się, bo mnie zaskoczyły twoje słowa. Nic ci nie zrobiły, a ty co krok nawiązujesz w obraźliwy sposób do nich. Ja ci nie obrażam mamy ani kogokolwiek z rodzeństwa — burknął.
Niebieski odwrócił pysk w drugą stronę, przyglądając się wnętrzu Upadłego Potwora. Dziwne kształty o przeróżnych kolorach, choć głównie dominowały tu odcienie bieli i szarości. Podłoże też było dziwne, takie chropowate i nieprzyjemne w dotyku dla poduszek łap.
— Po prostu źle im z oczu patrzy i uważam, że mocno cię ograniczają — mruknął na swoje usprawiedliwienie, kontynuując eksplorację. Miał z tyłu głowy, że Różana Przełęcz nie byłaby najszczęśliwsza, gdyby dowiedziała się o ich ucieczce. Był świeżo mianowanym uczniem, a już dopuścił się złamania jednej z głównych zasad. Uznał, że w razie co wytłumaczy się brakiem dobrego zabezpieczenia granic obozu, a on jedynie testował to, jak szybko zorientują się, że mają zbiegów.
— Tłumaczyłem ci już, że po prostu o mnie dbają. Proszę, przestań o nich źle mówić — westchnął z żalem.
Srebrny zerknął na niego ukradkiem. Piasek mocno się tym przejmował, jego zdaniem — zupełnie niepotrzebnie. On dla przykładu miał gdzieś opinię innych o jego rodzinie. To, co on wiedział, było dla niego najważniejsze. Nie był jednak w stanie uwierzyć, że bliskim kremowego rzeczywiście zależało na jego dobru.
— Tak, zdążyłeś mi to już nawet dzisiaj powiedzieć — rzucił, kończąc na tym temat.
Nie chciał się z nim kłócić, ani nawet prowadzić jakichkolwiek dyskusji. To będą mogli zrobić w obozie, a na pozwiedzanie tych terenów drugiej szansy mogą nie dostać.
Obaj w końcu przystąpili do dokładniejszego badania tajemniczego truchła. Ostrożnie przeszukiwali zakamarki, sprawdzając każdy zakątek, który mógłby ukrywać jakieś sekrety. Odkryli coś na wzór gałęzi, ale płaskiej, wyrastającej we wnętrzu potwora, na czym dostrzec można było resztki starych gniazd ptaków, a także miejsca, które króliki byłyby w stanie wykorzystać jako schronienie.
W miarę jak odkrywał coraz to ciekawsze rzeczy, jego serce biło szybciej. To było jak odkrywanie zapomnianego świata pełnego tajemnic i nieznanych opowieści. Upadły Potwór, choć nie żywy, zdawał się nieść w sobie historię dawnych dni. Srebrny zastanawiał się, skąd to się tu w ogóle wzięło i czemu służyło. Był to tak dziwaczny obiekt, że nawet jego kreatywny umysł nie był w stanie wykrzesać z siebie sensownie brzmiącego pomysłu.
— To jest wspaniałe — westchnął Srebrzysta Łapa, wpatrując się w pozostałości potwora. — Ciekawe, co jeszcze tu można znaleźć. Myślisz, że dałoby radę na to wejść? — zagadnął, choć zdążył chwilę wcześniej zaryć boleśnie pazurami o bok tego obiektu, co sugerowałoby sprzeczną odpowiedź na jego pytanie.
— Raczej nie — odparł zwięźle Piasek, rozglądając się na boki. — Słońce się dosyć mocno przesunęło. Chyba powinniśmy wracać — mruknął, na co Srebrny strzepnął uchem.
— No weź, jakby się za nami stęsknili, to by już dawno ktoś tu przyszedł nas szukać — stwierdził, wskakując na jeden z leżących na ziemi elementów. Skupił swą siłę na tylnych kończynach i uniósł się przednimi łapami do góry. — O, a co tam dalej jest? — spytał, próbując sobie przypomnieć cokolwiek ze słów Zwiędłego Hiacynta. Starał się go słuchać podczas oprowadzki, ale nie jego wina, że mało ciekawe informacje wyrzucał automatycznie z głowy.
Kremowy powędrował wzorkiem w tym samym kierunku.
— Taka droga, po której czasami przechodzą inne potwory.
— Takie jak ten? — mruknął, spoglądając na niego z góry.
— Nie, takie mniejsze. Nie widziałem jeszcze zresztą, tylko słyszałem od innych… — uzupełnił.
Niebieskiemu rozbudziło to ciekawość do granic możliwości. Na pewno mieli jeszcze sporo czasu, nim słońce całkowicie zajdzie za horyzont. Ich mała eskapada wciąż go nie usatysfakcjonowała w pełni, więc chciał jeszcze doznać czegoś nowego.
— No to chodź, sprawdźmy to — rzucił pogodniej, zeskakując na ziemię. — Tam jest też granica z Owocowym Lasem, co nie? — zagadnął, gdyż nagle przypomniała mu się owa informacja.
Kremowy jedynie pokiwał głową, kuląc z lekka uszy.
— Nie sądzisz, że powinniśmy już wracać? — spytał.
— Nie.— Zbył to pytanie. — Według mnie musimy iść przed siebie, bo jak ciągle będziemy się cofać, to nigdzie w życiu nie zajdziemy — mruknął.
Piasek ponownie zesztywniał.
— Ale kiedyś będziemy musieli wrócić! — uparł się.
— Kiedyś. Kto wie, kiedy to „kiedyś” nastąpi? — Uśmiechnął się szeroko, idąc wprost w stronę granicy. — Tylko się rozejrzymy i wracamy. Spokojnie, nawet jeden włosek ci z głowy nie spadnie — zapewnił.

<Piasku?>
[1032 słowa]
[Przyznano 21%]

02 września 2023

Od Srebrnego(Srebrzystej Łapy) CD. Lew(Lwiej Łapy)

Przekrzywił łebek. Jakoś nigdy nie był świadkiem, aby którykolwiek z uczniów przesiadywał tu dłużej, sprzątając cokolwiek, co Lew uznawała za „bałagan”.
— To odplaucję to w przyszłości. Będę sprzątał po młodszych, tak, jak obecni uczniowie niby sprzątają po mnie — oświadczył, uśmiechając się w jej stronę serdecznie. Niech dziwaczka sobie nie myśli, że wywoła w nim jakiekolwiek poczucie winy. Życie było po to, by się nim bawić, a nie chodzić sztywno, jakby się miało patyk w tyłku.
Ruda zmierzyła go z lekka oziębłym wzrokiem.
— Powinno być ci wstyd, że przez ciebie marnują swój cenny czas — stwierdziła.
— No ale nie jest — odparł beztrosko. — Poczekam, jak ty zostaniesz uczennicą i wtedy nabałaganię, żebyś miała co lobić — obiecał.
Jej krzywe spojrzenie wynagradzało mu każdą chwilę, jaką spędzał w jej towarzystwie. Kolejna, upiorna kotka z rodziny Piaska. Ten to musiał mieć pecha, że trafił na same szurnięte samice.
Nie, żeby on posiadał jakąś mądrą rodzinę. Szept zdecydowanie zaniżał im poziom inteligencji, ale on to już w ogóle wymagał specjalnej opieki, więc należało mu to wybaczyć.
Niebieskiemu przez to wszystko odechciało się dalszego prowadzenia tej rozmowy. Wyszczerzył się przelotnie na pożegnanie do rudej i umknął z jej widoku, nim zdążyłaby go czymkolwiek jeszcze zanudzić.

***

Życie ucznia podobałoby mu się o wiele bardziej, gdyby jego robota ograniczała się do chodzenia na treningi i wszelkie patrole u boku mentora. Gdy trzeba było wysprzątać legowisko starszyzny, bądź ogarnąć cokolwiek w okolicach żłóbka, od razu zbierało mu się na bóle głowy.
Chwiejnym krokiem wrócił na swoje posłanie. Pomimo że na ten moment uczniów było dosyć sporo, tak nie czuł tu tej ciasnoty, którą zawsze odczuwał w kociarni.
Jego uwagę przykuła zgraja rudych kotek. Jak zwykle nierozłączne, zawsze zajmowały to samo miejsce. Według niego to było przesrane, aby matka towarzyszyła ci przez całą drogę edukacji, ale te najwyraźniej na to nie narzekały.
Przeciągnął się, nie spuszczając z nich wzroku. To po prostu było ciekawe zjawisko. Były tak podobne do siebie, nie tylko z wyglądu, ale i zachowania, a jednocześnie cały czas były to trzy różne byty.
Spojrzał na bok. Zajmowane do niedawna miejsce przez Ruczaja, stało teraz puste. Nie ukrywał, że choć nie miał mocno zaciśniętych relacji z bratem, to ta śmierć go poruszyła. W końcu była to pierwsza strata bliższej osoby, jaką przyszło mu przeżyć. Nie wiedział, czy powinien płakać i jak długo powinna trwać jego żałoba.
Tęsknił za nim, ale z drugiej strony, nie chciał przez to zapadać się w jakimś dole. Jego życie trwało i musiał je jak najlepiej wykorzystać.

***

Zadowolony wrócił z udanego treningu. Nie wszedł jednak od razu do legowiska, bo jego uwagę skupiła stojąca na uboczu — wyjątkowo sama — ruda rówieśniczka. Gdyby nie te powykręcane uszy i inne pręgowanie, naprawdę nie potrafiłby ich rozróżnić.
Srebrny nie ukrywał sam przed sobą, że mu się zwyczajnie nudziło. A że okazja do zapewnienia sobie odrobiny rozrywki zjawiła mu się w zasięgu wzroku, postanowił ją odpowiednio wykorzystać.
— O siema, Lewku!
Niemalże gołym okiem widział, jak kotce zaczyna pulsować żyłka na czole.
— Słucham? — mruknęła oburzona. — Jak ty mnie nazwałeś?
— Ohhhh, masz problemy ze słuchem? — westchnął zmartwiony. — Lewek. Bo tak masz na imię, czyż nie? — spytał z udawanym zaskoczeniem.
Zadarła ku górze pyszczek. Zawsze bawiło go, gdy posyłała mu to przepełnione wyższością spojrzenie.
— Lwia Łapa — poprawiła go, aczkolwiek jej spokój w głosie brzmiał w jego mniemaniu sztucznie.
— To brzmi tak sztywno — stwierdził, siadając obok. A niech pooddycha bardziej tym samym powietrzem co on. — A ty przecież jesteś bardzo rozrywkową damą, co nie? Może Lewuńciu ci bardziej odpowiada? — zasugerował, uśmiechając się życzliwie.

<Lew?>
[602 słowa]
[Przyznano 12%]

Od Srebrzystej Łapy CD. Piaskowej Łapy

W pierwszej kolejności po nielegalnym opuszczeniu obozu do głowy przyszła mu myśl, co by powiedziała matka, gdyby go teraz zobaczyła.
Po zaledwie krótkiej chwili uznał, że ma to jednak gdzieś.
A w następnym momencie wylądował w tym przeklętym dole wykopanym przez króliki.
— Mówiłeś? — mruknął bez przekonania Srebrny. — Jakoś nie słyszałem.
Rozejrzał się po niewielkim tunelu. Po ich upadku piach i kurz wzbiły się do góry i osiadły na ich futrach. U niego było to bardziej widoczny, bo u kremowego kolory były na tyle podobne, że aż tak nie rzucało się to w oczy.
— Nawet krzyczałem! — zapewnił.
W norze było dosyć ciasno. Zahaczali o siebie, próbując się nawzajem przepuścić, aby chociaż jeden wyszedł na zewnątrz. Zbocze nie było strome, ale na pewno będą musieli włożyć trochę energii we wspięciu się.
— Najwyraźniej słabo, bo kompletnie cię nie słyszałem — mruknął, unosząc pysk w górę i węsząc. — No dobra, pójdę pierwszy, jasne? No, chyba że moja bliskość ci odpowiada i chcesz tu ze mną dłużej posiedzieć, a zgoda na naszą małą ucieczkę była jedynie pretekstem do wpadnięcia tutaj i spędzenia więcej czasu razem. Ty to jesteś sprytny, tak to wszystko zaplanować...
Piasek osłupiał, niemalże wbijając się całym ciałem w kąt dziury. Uszy mu drżały, a ślepia unikały kontaktu wzrokowego.
— Oczywiście, że nie! Skąd ty ciągle bierzesz takie nieodpowiednie wnioski — burknął.
— No nie wiem, Piaseczku, ty mi powiedz — zamruczał, rozbawiony jego reakcją.
Nie chciał go dłużej męczyć, bo uznał, że ten mu jeszcze zejdzie na zawał, a potem Zięba udusi go za to. Obaj uczniowie w końcu wydostali się z króliczej nory z lekkim trudem. Ich futra były usłane piaskiem, a oczy drażnił kurz unoszący się w powietrzu. Kocury wymieniły spojrzenia i roześmiali się, choć nie byli pewni, czy śmiech był spowodowany ulgą, czy też sposobem na odreagowanie stresu, po tym jak pomyśleli, że mogliby tam utknąć na zawsze.
— Może jakbyśmy tam dłużej posiedzieli, przestawiłoby się nam myślenie i zrozumielibyśmy, dlaczego króliki tak bardzo polubiły życie pod ziemią? — mruknął niebieski, strząsając z siebie brud. — A nazajutrz obaj byśmy skakali jak porąbani i szamali roślinki.
— Możliwe. — Starszy brzmiał, jakby wciąż tkwiła w nim masa obaw. — Musimy być bardziej ostrożni w przyszłości. Nasza ucieczka jest zbyt ryzykowna — dodał, obmywając łapki.
— Gadasz jak każdy dorosły wojownik bez planów na siebie — stwierdził Srebrny. — O to chodzi, by było ryzykowanie. Na tym polega korzystanie z życia! Nie siedzisz cały czas na dupie, tylko idziesz ciągle w przód. Nie zrobisz postępów, jeśli nie postawisz chociaż jednego kroku i będziesz odwracał się za siebie — rzekł, ruszając żwawym tempem.
— A jak nasze matki się dowiedzą? Moja będzie zła…
— Twoja stara ciągle jest zła. Postaw jej się kiedyś, to się zajmie sobą, a nie będzie wściubiać ciągle ten swój wielki nochal w twoje życie — odparł, ale na te słowa nie uzyskał już odpowiedzi.
Wreszcie, po dłuższym trakcie, wyszli na bardziej otwartą przestrzeń. Słońce świeciło jasno na niebie, a wiatr delikatnie kłuł ich w nosy. Było coś magicznego w tym uczuciu wolności, jakie dawała im przyroda.
— Zobacz, Piasek, ten widok jest niesamowity! Może jakbyśmy poszli dalej, odkrylibyśmy jakieś nowe tereny? — zachwycił się Srebrzysta Łapa, unikając tematu wcześniejszego incydentu. — Ciekawe, czy za takie coś od razu by nas mianowali…
— Przecież ty dopiero co zostałeś uczniem — zauważył kremowy.
— E tam, jak bym był wystarczająco dobry, to mój wiek nie powinien być problemem — uznał. — Jak tam w ogóle z twoim mentorem? Dalej zachowuje się jak skończony głupek, czy poczyniłeś jakieś postępy? — zagadnął. — O, wyobraź sobie, że on by wpadł do takiej nory. Z tym swoim grubym zadkiem już by stamtąd nigdy nie wyszedł.

<Piasek?>
[621 słów]
[Przyznano 12%]