Tym razem patrol odbył się w większym gronie. Gracja lubiła wykorzystywać każdą możliwość na wyjście z obozu. Nie czuła się wtedy taka bezużyteczna, nieporadna i spisana w całości na straty. Zazwyczaj — bo niestety nie zawsze — udawało jej się coś upolować, więc pomimo noszenia coraz bardziej uwłaszczającego jej zdaniem mienia stróża, wracała do obozu z dumą przyklejoną do pyska i ze zwierzyną bezwładnie zwisającą z pyska. Ku jej odwiecznej niechęci do polowań i do "niszczenia natury" zabijaniem wszelkiego rodzaju ptactwa i gryzoni, zaczynała to powoli lubić. Podobał jej się powiew wiatru w futrze, gdy rzucała się w gonitwę i uczucie spełnienia, gdy dopadała ofiarę w zębiska bądź po prostu przyszpilała ją łapą do ziemi. Jedynie kwestia pozbawienia bezbronnego stworzenia życia, pozostawała u niej powodem do masy moralnych wahań.
Może jednak mogła podjąć się roli wojowniczki? Powinna dać sobie radę, chociaż nie była pewna, jak wyglądał ich trening. Opowieści Malinka z przebiegu jego szkolenia brzmiały dosyć chaotycznie, ale skoro on jako tako sobie radził, to czy i ona nie byłaby ku temu zdolna?
Gdzieś, spomiędzy drzew, rozległ się nagły syk. Gracja zmrużyła oczy, oglądając się na swoich pobratymców, którzy również pochwycili owy dźwięk i niepewnie spoglądali na siebie.
— Słyszeliście to? — odezwał się Lśniąca Tęcza, unosząc pysk i węsząc. — Ktoś się gdzieś tłucze. Czy jakiś inny patrol szedł teraz w te okolice? — mruknął.
— Raczej nie, to pewnie jakieś przybłędy — stwierdziła z niesmakiem Sadzawka, pusząc futro wzdłuż grzbietu. — To co, idziemy ich przepędzić? — zaproponowała.
Czekoladowa szylkretka niepewnie przystanęła z łapy na łapę.
— A jeśli ktoś potrzebuje pomocy? — zagadnęła niemrawo, spuszczając wzrok na ziemię. Nie chciała widzieć tych zniechęconych jej altruistyczną postawą spojrzeń.
— W pierwszej kolejności, to nie powinien wchodzić w ogóle na nasz teren — burknęła w odpowiedzi wojowniczka, prostując się. — Chodźcie po prostu, za nim zdążą nam jeszcze skraść zwierzynę z terenów.
Gracja tylko chwilę się wahała, pozwalając całej trójce z patrolu wyprzedzić ją. Kamyczek milczał, jak to miał w zwyczaju. Chociaż kotka skończyła już swój trening, lubiła towarzystwo dawnego mentora. Nie był konfliktowy, po prostu robił to, co musiał robić.
Szli wodzeni za nos zapachem krwi. Lśniąca Tęcza zasugerował, iż ktoś mógł się w pobliżu bić, jednak w pewnym momencie zgubili swój trop. Rozdzielili się na moment, obiecując sobie zawołać resztę, gdy tylko ktoś coś znajdzie.
Szylkretka od razu pomknęła w lewy bok. W głowie przewodziła jej myśl, że ktoś mógłby potrzebować pomocy i jeśli pierwsza go znajdzie, to uda jej się zrobić w ukryciu dobry uczynek.
Stanęła jak wryta, widząc coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Znana jej samotniczka, której niegdyś pomogła odnaleźć wnuka, leżała zadrapana w kałuży krwi. Otaczało ją kilka kotów, najpewniej jej rodzina. Przysłuchiwała się wymienianym między nimi słowom, zdając sobie sprawę, że dla starszej kotki nie ma już ratunku. Umierała, ale najwyraźniej szczęśliwa, bo w towarzystwie bliskich.
Przełknęła ślinę, gdy wśród stojących przed nią, zapadła cisza. Powoli, stąpając najciszej jak potrafi, wycofała się. Miała wrażenie, że jeden z kotów ją zauważył. Ten, którego właśnie, tamtego dnia, szukała wraz z Nocną Taflą. Wyglądał na tak zszokowanego i przejętego, iż nie zaalarmował reszty o jej obecności.
Gdy Gracja znalazła się na wystarczająco sensownej odległości, odwróciła się i rzuciła biegiem w kierunku miejsca, w którym po raz ostatni byli w pełnym składzie. Nie chciała przerywać tak drastycznej chwili tamtej grupie. W pędzie nie dostrzegła burej sylwetki wyrastającej tuż przed nią z ziemi. Skończyła tak, że wpadła z piskiem w Sadzawkę i obie przetoczyły się kilka króliczych skoków dalej.
— Gracjo! — syknęła, podczas gdy czekoladowa w popłochu zerwała się z niej i odsunęła na bok, cicho przepraszając. — Na litość, twoje imię coś nie odzwierciedla twojego chodu! Coś ty taka zdyszana, dzik cię gonił? — westchnęła, przyglądając jej się podejrzliwe.
— Nieee, coś tam — wskazała przeciwny kierunek od tego, z którego przybyła — było chyba w krzakach. Wystraszyłam się, ale jak tak teraz myślę, to w sumie podmuch wiatru mógł po prostu zwalić gałąź i ją złamać. Nic wielkiego — zapewniła.
Bura nie zdawała się przekonana, ale ostatecznie machnęła na nią łapą, wstała i otrzepała się, nie spuszczając z niej karcącego wzroku. Następnie obie poszły poszukać reszty, a gdy doszli do tego, że nikt nic nie znalazł, jeszcze raz — tym razem wspólnie — obeszli fragment granicy i wrócili do obozu.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gracja x Nocna Tafla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gracja x Nocna Tafla. Pokaż wszystkie posty
28 stycznia 2024
24 grudnia 2023
Od Nocnej Tafli CD Gracji
*już jakiś czas temu, Pora Nagich Drzew*
Właśnie wracała do kryjówki Wrzosu, Owsu, Krogulca i Szpaka, w której obecnie tymczasowo mieszkała wraz z córkami i swym wnuczkiem ze zwierzyną w pysku. O dziwo udało jej się coś złapać. Cieszyła się z tego i dziękowała duchom w myślach. Gdy tylko weszła do środka, dostrzegła, iż czwórki ich gospodarzy nie było. Cóż, najwyraźniej gdzieś wybyli, nie jej sprawa. Co jednak było dziwniejsze, to to, że Pierwiosnek spanikowana biegała po całym wnętrzu, a Świetlik bardziej metodycznie, choć dalej widocznie zdenerwowana, przeszukiwała każdy kąt. Pointka odstawiła swój posiłek na ziemię, po czym odchrząknęła, zwracając uwagę jak dotąd nie zauważających ją córek.
— Co się stało?
Obie kocice spojrzały po sobie, po czym Świetlik podeszła bliżej matki.
— Więc, pamiętasz, że zostawiłam Pierwiosnek na jakiś czas samą z Umakini, prawda?
— Tak — stwierdziła Nocna powoli. Już czuła, że to zmierzało w złym kierunku.
— Noi tak jakby… odwróciłam się, a jego już nie było! Zniknął w dosłownie kilka uderzeń serca! — miauknęła Pierwiosnek speszona.
— Tia… przecież jak wróciłam, spałaś jak kamień — warknęła zdenerwowana Świetlik na siostrę. — Jak mogłaś zgubić mojego kociaka!
Ogon Nocy napuszył się, a ta podeszła bliżej córek. Jeśli Umakini wyszedł sam, mogło mu się coś stać. Nawet jeśli nie zamarznie, bo wpadnie na pomysł by znaleźć jakąś norę, to mogło go coś zjeść po drodze. Drapieżniki w końcu były wygłodniałe przez braki w zwierzynie.
— Dokąd mógł pójść? — spytała z powagą, wbijając przenikliwe spojrzenie morskich oczu w Pierwiosnek.
— Um… coś mówił chyba… że woli pójść z tobą niż zostać ze mną…
Nocna Tafla spięła się.
— Czyli podsumowując, polazł za mną? — w jej głosie słychać było złość a także strach.
— No… w sensie… możliwe… — stwierdziła zielonooka.
— Idę go szukać. Wy tu zostańcie, na wypadek jeśli wróci — stwierdziła, po czym obróciła się na pięcie i wybiegła z legowiska.
Zaczęła szukać swych własnych śladów. Nie dlatego, że nie pamiętała drogi, a dlatego, że Umakini był skubanym spryciarzem. Gdy tylko odnalazła swe własne ślady z czasu, gdy wyszła, ledwie już widoczne w śniegu, dostrzegła niewielkie zagłębienia tuż obok nich. Nie były już do rozpoznania, ale Noc szybko wydedukowała, że najpewniej przed zasypaniem były to małe, kocięce łapki.
Ruszyła tym tropem, nasłuchując i co jakiś czas nawołując kociaka.
Miała nadzieję, że szybko go znajdzie. Bo polowała w okolicach Owocowego Lasu, a jeśli oni znajdą go pierwsi, mogli go zabrać do siebie i już nie oddać. A nawet jeśli nie, nie znała ich terenów za dobrze. W końcu raczej tam nie wchodziła, wiedziała, jak reagują na takie naruszenia granic. Będzie musiała bardziej uważać, bo wnuk wpadł na świetny pomysł a Pierwiosnek poszła sobie jak na złość spać, zamiast go pilnować! Ugh…
Dopiero po dłuższym czasie dotarła w końcu do miejsca, w którym polowała. Nie zaczęła jednak nawoływania. Była za blisko terenów owocniaków.
Zaczęła więc po prostu szukać w okolicy ich granicy, ale poza ich terenami. Jednak nic. Przepadł jak kamień w wodę. A jedynym rozsądnym
wytłumaczeniem było to, że poszedł dalej. Wypuściła powietrze z nosa, postanawiając, że nie ma co zwlekać.
Musiała przekroczyć granicę, jeśli chciała go znaleźć.
Tak więc ostrożnie, nasłuchując, a także wąchając powietrze, by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu, przekroczyła linię zapachową.
Czego się nie robi dla małych, nierozsądnych berbeci…
Tak też zaczęło się szukanie na obcym terenie.
Uniosła spojrzenie, by przenieść je na konary wysokich drzew. Skrzywiła się. Liczyła na to, że nie spadnie na nią jakaś kupa białego puchu, bo zmarznie tak, że ją stawy będą boleć przez następny księżyc. Już po chwili wróciła wzrokiem na ziemię, aby dalej szukać oznak bytności wnuka i tego, gdzie mógł skubany pójść.
Po drodze złamała jedną gałązkę, która była wcześniej ukryta pod białym puchem. Cóż, nie była idealna. Mogła tylko mieć nadzieję, że nikt tego nie usłyszał i bardziej uważać. Mimo niebezpieczeństwa, martwiła się, iż jeśli będzie tak zwlekać, czas może zrobić swoje, a Umakini się przeziębi, albo gorzej. Musiała wybrać optymalne tempo, co nie było prostym zadaniem.
W pewnym momencie stanęła, wciągając w nos powietrze. Mróz zaszczypał ją w niego, jednakże ona wyczuła lekką, znajomą woń.
I coś jeszcze…
Owocniaki.
Obróciła się, słysząc kroki stawiane bez należytej ostrożności, jeśli nie chciało się zostać wykrytym. Jej morskim oczom ukazała się kotka. Niska, czekoladowa szylkretka. Miała puchate futerko, lekko oklapnięte uszka i zielone oczy, w których pobliżu mogła dostrzec puchatą grzywkę. Wyglądała na dość młodą. Może uczennica?
— Zgubiła się pani? — spytała niespodziewanie obca, uprzedzając wszelką możliwą wypowiedź starszej. — Bo to teren Owocowego Lasu, więc nie powinno pani tu być — doprecyzowała.
— Nie zgubiłam się — odparła bez wyrazu. Terminatorka zdawała się zestresowana, mimo, iż próbowała to ukryć. Nie umknęło to uwadze dobrej obserwatorki, jaką była staruszka.
— To dobrze, ale nie powinno pani tu być — powtórzyła głośniej młodsza. Następnie wyprostowała się, próbując nadać sobie "groźnie" wyglądającej postury, aby pogonić przybysza. — W tym przypadku prosiłabym panią o opuszczenie tych terenów — jej ogon drżał z boku na bok.
Nocna Tafla lekko prychnęła na tę próbę wystraszenia jej. Dziecko myślało, że tak łatwo jej pójdzie? Najwyraźniej nie było siebie takie pewne w tej kwestii. I miało rację. Kąciki pyska pointki na chwilę się jeszcze uniosły, by zaraz potem jej pysk wrócił do kamiennego wyrazu, a oczy zaczęły świdrować obcą. Nie odrywała spojrzenia od pyska młodej.
— Dobrze — powiedziała po dłuższej chwili milczenia, jednak po kilku uderzeniach serca dodała — pod jednym warunkiem.
— Jakim? — niepewny głos wydobył się z pyska młodej.
— Pomożesz mi znaleźć kociaka.
Owocniaczka otworzyła szerzej ślipia, zaskoczona.
— Kociaka? Jakiego kociaka?
— Jak już musisz wiedzieć, to mojego wnuka. Tyle informacji ci chyba wystarczy? A może chcesz całą historię mojego długiego życia? — spytała sarkastycznie.
— Nie potrzebujemy na to tracić czasu, skoro pani wnuk jest dla pani ważny i z pewnością zależy pani na jego bezpieczeństwie — odparła na jednym wydechu czekoladowa. — Bardziej chodziło mi o jego wygląd. Nie mam pewności, czy kocię na które mogłabym natrafić, będzie akurat pańską zgubą — doprecyzowała.
— Przypomina mnie, więc łatwy do rozróżnienia od innych. Oczywiście mały, pachnie jak kotka, ale uważa się za kocura, to lepiej pamiętać bo inaczej skubany się obrazi na następny księżyc — dodała — przeszukałam tamten teren — wskazała łapą na terytoria za sobą.
Młodsza skinęła głową, a przeczesywanie terytorium zostało rozpoczęte.
Dwie kocice w ciszy chodziły między drzewami, zaglądając we wszelkie zakamarki, wyszukując małych, kocięcych śladów w białym puchu a nawet przetrząsując jego większe kupy, na wypadek, gdyby młody został przysypany przez śnieg spadły z chylących się pod jego ciężarem gałęzi.
Przez długi czas nie było ani widu, ani słychu po małym, czarnym kocięciu. Dopiero po dłuższym czasie, gdy Noc czuła już nie tylko zmęczenie, ale także to, iż poduszki łap porządnie jej zmarły, że blisko było, aby ich nie czuła, usłyszała wołanie.
— Proszę Pani, tutaj! — głos uczennicy rozległ się między drzewami, a Noc od razu ruszyła w jej kierunku przez śnieżne zaspy.
Gdy do niej dotarła, dostrzegła faktycznie małego Umakiniego, skulonego między korzeniami drzewa. O dziwo nie leżał na białej, mroźnej powierzchni, a na gołej ziemi z resztkami roślin na niej. Cóż, wyglądało na to, że młody był całkiem inteligentny. Może dzięki temu się nie przeziębi. Może, bo i tak miał na sobie trochę puchu i widać było, że jego kocięca sierść nie była dobrym izolatorem. Młody patrzył na obcą uważnym, jakby zmęczonym spojrzeniem ślipi, ale gdy tylko zobaczył swą babcię, od razu wstał po czym podszedł do niej i uchwycił się jej łapy, następnie przykładając do nogi staruszki swe czoło i kładąc po sobie uszy.
— Babciu Nocy, chcę do domu — powiedział cicho, choć wyraźnie słyszalnie dla obu kotek.
Starsza westchnęła.
— Było wychodzić samemu na mróz?
Nie otrzymała odpowiedzi, choć zdawało jej się iż futro kocurka nieco uniosło się. Przeniosła spojrzenie morskich oczu na owocniaczkę przyglądającą się temu wszystkiemu z boku, po czym skinęła jej głową.
— Dziękuję — mruknęła jeszcze, nim nie wzięła kociaka za skórę na karku i nie oddaliła się w mroźny krajobraz.
***
*ostatnia Pora Nowych Liści*
— I wtedy, w głębi jaskini zabłysły wielkie, żółte ślipia, których blask oślepił Włóczkę i Kłębek. Stali w bez ruchu, nie mogąc uwierzyć, w to, co widzieli… przed nimi stał ogromny, potężny niedźwiedź, o oczach świecących tak, niczym te potworów z drogi grzmotu! — miauknęła podniosłym głosem Pierwiosnek, unosząc przednie łapy niczym wspomniane zwierzę stojące na dwóch łapach, po czym zamachała nimi w powietrzu. — dwójka przyjaciół rzuciła się do ucieczki, ale…— To głupia historia — swym burknięciem przerwał srebrnej Umakini.
— Wcale nie głupia! Tylko oparta na faktach! Ciocia próbuje cię przestrzec! Słyszałam, że ta jaskinia jest w…
Nie dokończyła, bo Umakini tylko głośno prychnął po czym wstał na równe łapy i ruszył w stronę swej matki. Ułożył się w jej łapach, pozwalając jej na codzienną pielęgnację jego futerka.
Tymczasem Nocna Tafla obgryzała kosteczki upolowanego wcześniej ptaka z resztek mięsa. W końcu nic nie mogło się zmarnować. Może i nastała już Pora Nowych Liści, ale i tak wolała jak najbardziej się najeść teraz.
— Może ja opowiem ci historie? — spytała liliowa między liźnięciami syna.
— Nie — stwierdził twardo point, leciutko marszcząc pysk.
— W takim razie, ja dokończę swoją… — stwierdziła Pierwiosnek, która podeszła szybko do dwójki członków rodziny po czym zaczęła mówić — Kłębuszek i Włóczka biegli ile sił w łapach a…
— Nie! — warknął Umakini, tupiąc niezadowolony łapą.
— No co, już wyrosłeś z dobrych historii? — spytała Pierwiosnek, po czym chwyciła kocura i zaczęła tarmosić jego futerko na głowie.
— Dopiero co to ułożyłam! — miauknęła niezadowolona, acz również rozbawiona Świetlik.
Noc uśmiechnęła się pod nosem, zerkając na tę scenę.
Takie momenty w życiu właśnie lubiła.
***
*ostatnia Pora Zielonych Liści*
Patrzyła przed siebie. Na okoliczne drzewa których zielone liście były przyozdobione lśnieniem ostatnich promieni słońca.Duchy dawały jej znaki. Ostatnie dni były piękne. Każdy zachód słońca coraz bardziej i bardziej przyciągał wzrok. Nocna Tafla zmrużyła swe morskie ślipia. Wiedziała, jaki był przekaz. Niedługo miała nastąpić ceremonia Umakiniego. Skończył już prawie sześć księżyców. Duchy jakby wołały ich do siebie. Umakiniego… ale także ją. I to w cale nie w takim sensie, jako przewodnika ceremonii.
Ale wiedziała, że jeszcze nie odejdzie. Nie, póki Umakini nie przejdzie ceremonii. Musiał ją przejść pod jej okiem. Opowiadała mu o niej. I nie tylko. O wszystkim. Widziała jego zaangażowanie w ten temat. Wiedziała, że będzie dalej wierzył w ich rodzinną religię i może nawet przekaże ją dalej. Mógł sobie z tego nie zdawać sprawy, ale chciała, by wiedział, jak dalej prowadzić się przez życie, gdy jej już zabraknie. Chciała, by pamiętał.
Usłyszała za sobą kroki, a już po chwili obok niej usiadł wspomniany wnuk, który okrył ogonem swe łapy.
— Spójrz Umakini — wskazała przed siebie na prześwitującą między drzewami, pomarańczową kulę światła. Gdy tylko kocur tak podobny do niej wbił spojrzenie w krajobraz, kontynuowała — jak myślisz, co to jest? — spytała.
— Znak? — kocur domyślił się szybko.
— Tak, znak. Duchy czekają. Widzą twoją świetlaną przyszłość, nawet, gdy słońce mego życia zajdzie — stwierdziła.
Dostrzegła jak czarny lekko położył po sobie uszy.
— Kiedyś to musi przecież nastąpić. Duchy mnie wzywają, Umakini. Jeszcze nie jest ze mną źle, ale wiem, że dobra passa kiedyś się skończy. I to prędzej, niż później. — kocica wstała, po czym wbiła spojrzenie w pointa — jutro zbierzemy to, co potrzebne jest nam na twoją ceremonię — młody skinął jej głową. Wiedziała, że czekał na to już długo.
Następnie oboje wrócili do wnętrza swej obecnej kryjówki, by zjeść kolację, wymyć futra, a gdy słońce zajdzie już całkowicie za horyzont, pójść spać.
***
*kilka dni później*
Oddalili się dość mocno od swojej kryjówki, by móc przeprowadzić ceremonie. Potrzebowali spokoju. Ciszy. Nikt nie mógł im przeszkadzać. A przecież niedaleko mieszkali uzdrowiciel i reszta. Wolała, by ci się na nich nie natknęli, chociaż raczej w nocy będą spać. Stanęła między drzewami, których cienie opatulały leśną ściółkę. Tylko blask księżyca wpadający przez nieliczne przestrzenie między gęstymi koronami drzew lekko rozświetlał leśną gęstwinę.
Nocna Tafla położyła kocimiętkę na ziemi.
— Podejdźcie bliżej — zażądała. Świetlik i Umakini posłuchali jej polecenia. Następnie stara kocica wydzieliła z kupki roślinnej materii dwie porcje, zostawiając pewną dawkę dla siebie. — Zjedzcie.
Dwa koty pochyliły się nad roślinami, zaczynając pochłaniać aromatyczne liście. Również noc przystąpiła do konsumpcji cennego ziela. Zjadła jednak mniej. Pamiętała bowiem, jak skończyła się jej własna ceremonia. Uznała więc, że chociaż prowadzący ceremonię musi na tyle dobrze postrzegać rzeczywistość, by móc pomóc reszcie się ogarnąć, gdyby coś przerwało ceremonię.
Efekty nastąpiły po dość krótkim czasie. Koty rozluźniły się, a ceremonia się rozpoczęła.
***
Wrócili do domu dopiero nad ranem. Młody Umakini z nowymi bliznami zdobiącymi jego ciało. Po trzy pionowe znamiona przecinały każde oko, dwa poziome znajdowały się na nosie kocura. Także kark przecinała mu jedna pozioma blizna, tak, jak jego matce. Od ciotki otrzymał zaś jedno nacięcie gdzieś pomiędzy barkiem a klatką piersiową. Do tego wokół oczu wyrysowane zostały mu pazurem jego babki niedokładnie kółka, na jego własne życzenie. Tak więc kocur tamtej pamiętnej nocy zdobył równo dwanaście blizn. Widać było, iż był z nich dumny. Od tamtego dnia rozpoczął także szkolenie pod okiem swej matki, oraz starzejącej się babki.Od tamtego dnia minęło już parę księżycy. Nastała Pora Opadających Liści, powoli dobiegająca już końca. Nocna Tafla czuła, że wraz z każdym opadającym liściem, każdym drzewem, które nie miało już nawet resztek swej majestatycznej korony, ona sama słabła.
Była niczym stare drzewo, które powoli zaczynało uginać się pod własnym ciężarem, by ostatecznie upaść na ziemię.
Przyglądała się Umakiniemu, który wchodził właśnie na którąś z kolei gałąź nieomal nagiego drzewa.
— Bardzo dobrze. Na dzisiaj wystarczy. Teraz zejdź — kocur po chwili zaczął schodzić po pniu drzewa, a ostatecznie wylądował na ziemi, nieco niezgrabnie, ale nie wywalając się. — Wróć do kryjówki. Ja idę się przejść — powiedziała. Kocur skinął głową. Znał drogę, a poza tym nie była ona daleko od ich miejsca dzisiejszego treningu.
Staruszka patrzyła jeszcze za nim, po czym ruszyła przed siebie. Delikatny wiatr muskał jej futro, gdy przemierzała las, idąc w kierunku terytoriów Owocowego Lasu, w których pobliżu zdarzało jej się czasem polować.
Dopiero gdy stawy naprawdę zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, przystanęła pod starym klonem. Drzewa żyły długo. Zdecydowanie dłuższej niż koty. Plemiona, Klany, grupy samotników upadały… ale drzewa zostawały, pamiętając ich historię. Na setki księżyców, może nawet tysiące. Noc nie wiedziała. Skąd miałaby w końcu wiedzieć, ile dokładnie żyją drzewa? Jej życie było ułamkiem tego ich. Nie miała jak tego wiedzieć, bo jej przodkowie podróżowali po świecie, nie zatrzymywali się nigdzie na stałe, nie mogli przez pokolenia patrzeć na to samo drzewo, a nawet gdyby, to pamiętanie jak wiele pokoleń wstecz ono było w danym miejscu też nie było pewne, nawet przy stałym miejscu przebywania.
Zgarbiona siedziała tak, patrząc na ziemię, aż w końcu przez te wszystkie rozmyślania uniosła spojrzenie na drzewo.
I wtedy dostrzegła kunę wczepioną w jego pień.
Tw: opis walki, obrażeń, krew i inne takie
27 października 2023
Od Gracji do Nocnej Tafli
O śmierci Winogrona słyszał już każdy. Stojąc pomiędzy legowiskami, nie sposób było nie zauważyć całej akcji ratunkowej, a następnie ominąć przemowę lidera. Bura zginęła tak nagle, przygnieciona przeciążoną nadmiarem śniegu gałęzią. Jeśli nawet w rzekomo najbezpieczniejszym miejscu klanu, śmierć mogła tak łatwo każdego dopaść, to jak cały ten świat, który znajdował się poza obozem, miał jej nie przerażać? Nie miała już swojej mentorki, z którą sympatyzowała przede wszystkim przez wzgląd na charakterystycznie oklapnięte uszy. Nie dane jej było się pożegnać. Gracja nie była jeszcze kompletnie zaznajomiona z pojęciem śmierci, tak naprawdę pierwszy raz przeżywała stratę kogoś bliskiego.
A przecież kiedyś stanie się to czymś powszechniejszym. Ci z jej otoczenia będą się starzeć, i Wszechmatka, o której tyle Winogrono jej wspominała, przejmie nad nimi opiekę. O ile w ogóle istniała, bo Gracja tak naprawdę i tego nie pojmowała. Życie było zbyt skomplikowane jak na jej małą główkę.
Uroniła przy tym zamieszaniu tylko parę łez. Tak naprawdę życie toczyło się dalej, nie było czasu na ocieranie łapą pyska. Oczywiście proponowano jej czas na odpoczynek, aby zaznajomiła się z nową sytuacją, jednak zdecydowanie bardziej wolała już wrócić do tego treningu, by mieć na czym skupić myśli, a przy tym osiągnąć w końcu jakiś postęp w nauce.
Głupio byłoby, w takim momencie, aby wysiłek Winogrono poszedł na marne. Gracja musiała pokazać, że nabyła jakąkolwiek wiedzę od poprzedniej mentorki, a jej mianowanie to kwestia kilku księżyców na udoskonalenie taktyk.
Teraz nad jej edukacją pieczę przejęła Truchło. Biała kocica o niebieskich, przyjaznych ślepiach. Nie było to fałszywe złudzenie, ta naprawdę okazała się miła.
Czekoladowa dalej brała udział w patrolach, tyle że tym razem bardziej przygnębiona. Brakowało jej Winogrono głównie przez to, że dręczyła ją myśl, iż już nigdy nie będzie dane jej z nią porozmawiać.
I tym razem granicę okazały się spokojne. Gracja wolała uniknąć udziału w jakichkolwiek potyczkach, niezależnie od tego, czy wrogiem będzie inny klan, czy banda samotników. Bez przemocy żyło jej się lepiej.
Starała się chodzić bardziej otwartymi drogami, gdzie nieba nie przysłaniały jej rozległe gałęzie. Miała do nich uraz, patrząc na to, jak skończyła jej poprzednia mentorka.
Nim się obejrzała, przestrzeń wokół niej wypełniały wysokie pnie drzew. Przystanęła, chcąc spojrzeć błagalnie na Truchło z chęcią powrotu do obozu, jednak ta nie pojawiła się w zasięgu jej wzroku. Szylkretka spięła się. Jak mogły się zgubić?
Pisnęła, na dźwięk ułamanej gałęzi. Niepewnie skierowała swe kroki w stronę źródła dźwięku, licząc, że to ktoś z patrolu. Jakie było jej zdziwienie, gdy pośród krzewów ujrzała czarną sierść.
Nieznajoma od razu ją zauważyła. Pierwsze, co Gracją mogła stwierdzić, to że ta lata świetności miała już dawno za sobą. Siwe skrawki futra, zgarbiona i wychudzona sylwetka.
Czekoladowa poczuła się zagrożona. Samotniczka wyglądała, jakby dawno nie jadła.
— Zgubiła się pani? — spytała, uprzedzając wszelką możliwą wypowiedź starszej. — Bo to teren Owocowego Lasu, więc nie powinno pani tu być — doprecyzowała, starając się wmówić samej sobie, że nazwa ich ugrupowania brzmiała groźnie i wcale nie budziła powodów do śmiechu.
— Nie zgubiłam się — odparła, a uczennica się zawahała. I co teraz powinna zrobić? Przecież jej nie przepędzie, wciąż była słabsza i szansę na sukces w tej sprawie były nikłe.
— To dobrze, ale nie powinno pani tu być — powtórzyła głośniej, licząc na to, że Truchło usłyszy ją wśród świstu wiatru i uratuję przed ewentualną bijatyką, której stanowczo chciałaby uniknąć. Stawiała na konfrontacje słowną, ale nie była pewna, na ile może sobie pozwolić i ile cierpliwości oraz zawzięcie ma w sobie pointka.
Wyprostowała się, próbując nadać sobie "groźnie" wyglądającej posturą, aby pogonić przybysza.
— W tym przypadku prosiłabym panią o opuszczenie tych terenów — oświadczyła, błagając w duchu, by jej nerwowo drżący z boku na bok ogon nie zdradził ogarniającego jej stresu.
A przecież kiedyś stanie się to czymś powszechniejszym. Ci z jej otoczenia będą się starzeć, i Wszechmatka, o której tyle Winogrono jej wspominała, przejmie nad nimi opiekę. O ile w ogóle istniała, bo Gracja tak naprawdę i tego nie pojmowała. Życie było zbyt skomplikowane jak na jej małą główkę.
Uroniła przy tym zamieszaniu tylko parę łez. Tak naprawdę życie toczyło się dalej, nie było czasu na ocieranie łapą pyska. Oczywiście proponowano jej czas na odpoczynek, aby zaznajomiła się z nową sytuacją, jednak zdecydowanie bardziej wolała już wrócić do tego treningu, by mieć na czym skupić myśli, a przy tym osiągnąć w końcu jakiś postęp w nauce.
Głupio byłoby, w takim momencie, aby wysiłek Winogrono poszedł na marne. Gracja musiała pokazać, że nabyła jakąkolwiek wiedzę od poprzedniej mentorki, a jej mianowanie to kwestia kilku księżyców na udoskonalenie taktyk.
Teraz nad jej edukacją pieczę przejęła Truchło. Biała kocica o niebieskich, przyjaznych ślepiach. Nie było to fałszywe złudzenie, ta naprawdę okazała się miła.
Czekoladowa dalej brała udział w patrolach, tyle że tym razem bardziej przygnębiona. Brakowało jej Winogrono głównie przez to, że dręczyła ją myśl, iż już nigdy nie będzie dane jej z nią porozmawiać.
I tym razem granicę okazały się spokojne. Gracja wolała uniknąć udziału w jakichkolwiek potyczkach, niezależnie od tego, czy wrogiem będzie inny klan, czy banda samotników. Bez przemocy żyło jej się lepiej.
Starała się chodzić bardziej otwartymi drogami, gdzie nieba nie przysłaniały jej rozległe gałęzie. Miała do nich uraz, patrząc na to, jak skończyła jej poprzednia mentorka.
Nim się obejrzała, przestrzeń wokół niej wypełniały wysokie pnie drzew. Przystanęła, chcąc spojrzeć błagalnie na Truchło z chęcią powrotu do obozu, jednak ta nie pojawiła się w zasięgu jej wzroku. Szylkretka spięła się. Jak mogły się zgubić?
Pisnęła, na dźwięk ułamanej gałęzi. Niepewnie skierowała swe kroki w stronę źródła dźwięku, licząc, że to ktoś z patrolu. Jakie było jej zdziwienie, gdy pośród krzewów ujrzała czarną sierść.
Nieznajoma od razu ją zauważyła. Pierwsze, co Gracją mogła stwierdzić, to że ta lata świetności miała już dawno za sobą. Siwe skrawki futra, zgarbiona i wychudzona sylwetka.
Czekoladowa poczuła się zagrożona. Samotniczka wyglądała, jakby dawno nie jadła.
— Zgubiła się pani? — spytała, uprzedzając wszelką możliwą wypowiedź starszej. — Bo to teren Owocowego Lasu, więc nie powinno pani tu być — doprecyzowała, starając się wmówić samej sobie, że nazwa ich ugrupowania brzmiała groźnie i wcale nie budziła powodów do śmiechu.
— Nie zgubiłam się — odparła, a uczennica się zawahała. I co teraz powinna zrobić? Przecież jej nie przepędzie, wciąż była słabsza i szansę na sukces w tej sprawie były nikłe.
— To dobrze, ale nie powinno pani tu być — powtórzyła głośniej, licząc na to, że Truchło usłyszy ją wśród świstu wiatru i uratuję przed ewentualną bijatyką, której stanowczo chciałaby uniknąć. Stawiała na konfrontacje słowną, ale nie była pewna, na ile może sobie pozwolić i ile cierpliwości oraz zawzięcie ma w sobie pointka.
Wyprostowała się, próbując nadać sobie "groźnie" wyglądającej posturą, aby pogonić przybysza.
— W tym przypadku prosiłabym panią o opuszczenie tych terenów — oświadczyła, błagając w duchu, by jej nerwowo drżący z boku na bok ogon nie zdradził ogarniającego jej stresu.
<Nocna Taflo?>
[615 słów]
[615 słów]
[Przyznano 12%]
Subskrybuj:
Posty (Atom)