Tamtego dnia nie chciała siedzieć w obozie. Nie mogła patrzeć na zaszklone oczy, wykrzywione pyszczki i zwieszone czy oplecione ciasno wokół łap ogony. Właściwie każdy członek klanu cierpiał z powodu odejścia Borsuczej Gwiazdy – był ich przywódcą; miał w sobie coś z dobrotliwego dziadka, którym w mniejszym lub większym stopniu był nawet dla niespokrewnionych ze sobą kotów. Ta więź często umykała codziennej uwadze, przesłonięta bagażem obowiązków, zwłaszcza, że w ostatnich księżycach swego życia Borsuk nie był zbyt aktywny, ale tym bardziej bolesna była jej utrata. Point przewodził Klanowi Wilka o wiele, wiele dłużej, niż Owocowa Pogoń w ogóle chodziła po tym świecie; teraz, kiedy miało go zabraknąć, czuła się po prostu smutna. Z tego powodu rozumiała też do pewnego stopnia żałobę innych, ale wcale nie oznaczało to, że jej ściśnięte własnym żalem serce mogło wytrzymać widok tego olbrzymiego, grupowego smutku.
Dlatego też niedługo po tym, jak Błotnisty Pysk został Błotnistą Gwiazdą, a jego “eskorta” wróciła do lasu i odespała spędzoną na czuwaniu noc, bura kotka wybyła z obozu na samotny spacer.
Pora Zielonych Liści już się skończyła. Przyprawiające o zawrót głowy zapachy letnich kwiatów i owoców ustępowały miejsca cięższej i wilgotniejszej atmosferze kolejnej pory roku. Liście, choć powoli, zaczynały sukcesywnie przybierać cieplejsze kolory, by w następnych dniach opuścić swoje rodzinne gałęzie i zmieszać się z błotem leśnej ściółki. Ptaki też zmieniały melodie swoich treli, wplatając w nie melancholijne nuty, jakby układały akompaniament dla rozpaczającego klanu.
Jakiś śpieszny, marny listek sfrunął z nieba łagodnymi zakosami wprost na jej nos. Zdmuchnęła go, poirytowana. Nie była w nastroju na beztroskie zabawy z martwą tkanką drzew.
Kontynuowała wędrówkę. Minęła Wielką Polanę, przy której przystanęła na moment, by pokontemplować drgającą pod naporem wiatru trawę; w zamyśleniu przeszła obok nienaturalnie powykręcanych drzew i ostrożnie wyglądających spod igliwia kolorowych grzybów, których fantazyjne kształty w innej sytuacji przyprawiłyby ją o atak śmiechu. Tego dnia żaden wybryk natury nie mógł poprawić jej humoru.
Ostatecznie zbrzydła jej i samotność. Spacer wcale nie rozegnał smutku, a tylko go spotęgował, gdy zobaczyła, że wraz z liderem zamiera przyroda; zatęskniła za towarzystwem, z którym mogłaby się nim podzielić i ulżyć sobie w żałobie… A jednocześnie najzwyczajniej w świecie nie chciało jej się wracać.
Rozejrzała się bezradnie, starając się w otaczającej przyrodzie znaleźć rozwiązanie konfliktu interesów umysłu i zmęczonych łap. Jeśli nie zostało się wyszkolonym w zbieraniu ziół, na co dzień nie znajduje się odpowiedzi w listkach czy śladach ptasich łapek; działanie to nie miało więc dużych szans powodzenia. A jednak to nie był zwyczajny dzień.
Znalazła. Ledwie kilka długości lisa od niej chylił się ku ziemi stary, przepróchniały płot, a za jego wątpliwą ochroną pasła się biała owca z niewielkim jagnięciem.
Zanim się obejrzała, szła już w tamtą stronę. Rozmowa z baranem? Czemu nie!
– Hej, miniaturowa chmurko. – Starała się najbardziej, jak mogła, żeby jej głos wypadł uspokajająco. Owieczka zabeczała, zaalarmowana, i szybko skryła się w cieniu swojej mamy. Kiedy jednak puszysta matrona zaszczyciła buraskę jedynie pogardliwym łypnięciem, powoli wystawiła w stronę kotki zaciekawiony łepek. – Tak, tak. Chodź. Nie bój się. Nie zjem cię, maluchu.
Ponieważ jego matka, zapewne przyzwyczajona do przemykających skrajem lasu kotów, nie zdradzała żadnych oznak niepokoju, jagniątko ośmieliło się poczynić w stronę Owocowej Pogoni kilka ostrożnych kroczków.
– Właśnie. Chodź do mnie. Pewnie masz miękkie futerko… No cóż, nie jestem dziś w dobrym nastroju, więc nazwę cię Kamyczek. Jak się masz, Kamyczku?...
W ciągu kilku następnych godzin zdążyła nie tylko dotknąć swojego Kamyczka łapą bez spłoszenia go; zagrała z nim w berka (był zdecydowanie lepszy w uciekaniu, niż gonieniu), zmieniła mu troszkę fryzurę, a kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, była w trakcie zajmującej, nieco jednostronnej dysputy na wielce poważne, życiowe tematy.
– ...Więc pamiętaj, nigdy nie biegaj tuż po jedzeniu. Skręt żołądka to naprawdę nieprzyjemna sprawa – ostrzegła, a leżący tuż obok maluch zabeczał potakująco. Chwilę siedzieli w ciszy. – Ech, po co ja ci to mówię… – westchnęła nagle, opierając głowę na łapach. – Choćbym do ciebie krzyczała przez okrągły księżyc, nic do ciebie nie dotrze. Jesteś tylko małą, głupią owieczką, odporną na wszystkie troski świata… Małą, głupią owieczką, prawda? Świat potrafi być okrutny... Mógłby cię zwalić z nóg, ale ty niczego nie zrozumiesz, więc po prostu pobiegniesz dalej! Dobrze mówię? – spytała. Kamyczek zajęty był już skubaniem kępki trawy. – Dobrze mówię…?
Odpowiedział jej tylko cichy szum wiatru w gałęziach drzew.
– No cóż – mruknęła, wstając z miejsca z cichym stęknięciem – miło było, ale wiesz co? Wrócę do siebie, zanim zapomnę, jak brzmi jakikolwiek głos prócz mojego.
W podskokach oddaliła się kierunku płotu. Jagniątko odwróciło się i zmierzyło odchodzącą towarzyszkę zabawy wzrokiem; jeszcze kilka uderzeń serca temu powiedziałaby, że smutnym, ale teraz zaczynała się zastanawiać, czy przypisywane owieczce emocje nie są tylko wytworem jej wyobraźni.
– Pa, Kamyczku. – Wkraczając do lasy, nie oglądała sie już za siebie. – Idę pogadać sobie z Łabądkiem.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owocowa Pogoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Owocowa Pogoń. Pokaż wszystkie posty
21 lipca 2019
Od Owocowej Pogoni
Dookoła fruwały frywolnie płatki dzikiej wiśni. Powietrze było świeże i słodkie, wypełnione zapachem wiosennych kwiatów, rozwijających się żwawo na gałązkach krzewów. Przez tę sielankę biegł zajączek, opadając z sił, i biegł też powód jego zmartwień – Owocowa Pogoń. Z każdym uderzeniem serca zbliżała się do swojej ofiary; los zwierzątka był już przesądzony. Wysunęła język, koncentrując się na ostatnim wybiciu, które miało przynieść kres tej chaotycznej gonitwie. Zmrużyła oczy, odepchnęła się, jej pazury dosięgły miękkiego futerka…
– Bu.
Ze strachu o mało nie wyrżnęła głową w odstający konar; zorientowanie się w otoczeniu zajęło jej pewną chwilę. Nie biegła wcale leśną ścieżką, a leżała w legowisku wojowników; nie było widać ani płatków, ani kwiatów, ani żadnego zajączka, był za to stojący nad nią z prawie zawadiackim uśmieszkiem Łabędzia Szyja.
– Ła-Łabędź?... Łabędź! Żyjesz! – Skoczyła na równe łapy, mimo różnicy wzrostu prawie przewracając zaskoczonego kocura. – Martwiłam się o ciebie, barania głowo! I… czekaj, co teraz? – zastanowiła się, na moment przestając obskakiwać go dookoła. – No widzisz! Nawet nie wiem, czy mam być na ciebie zła, czy się cieszyć!
– Chyba wolałbym to drugie – udało mu się wtrącić pomiędzy jej wykrzyknikami. Korzystając z tej przerwy, polizał ją po głowie. – Nic ci się nie stało?
– Hm? Mnie się coś miało stać? To ty się zgubiłeś na łące w środku pożaru! Ja powinnam o to pytać. – Potrząsnęła łebkiem i odsunęła się od niego na krok, żeby zmierzyć go wzrokiem. Prawie natychmiast w jej oczach błysnął niepokój. – Aż! Cholera, twój grzbiet!…
– Czy to chociaż przez chwilę nie możesz być cicho? – Odezwał się nagle zaspany, ale i rozzłoszczony głos gdzieś z głębi legowiska. – Nie przeszło przez mysi móżdżek, że niektórzy chcą spać, trzepnięta choleryczko?
– Ta? – Odwróciła się i zgromiła delikwenta spojrzeniem. Z poirytowaniem stwierdziła, że rozpoznaje jego pysk. – Słońce już dawno wstało, może też już czas podnieść swój wyliniały zad, zapleśniała bulwo?
– Twoja mentorka musiała się chyba najeść kocimiętki, kiedy cię mianowali…
– Ej, ej! Odczep się od mojej mentorki, pierniku!
– Gdybyście mogli przenieść swoją kłótnię na zewnątrz, wszystkim byłoby lepiej – odezwał się znienacka Płomienisty Świt, a kilku innych wojowników przytaknęło zirytowanymi mruknięciami. Owocek pufnęła z niezadowoleniem, ale musiała przyznać, że gra niewarta była świeczki. Odwróciła się ostentacyjnie i wraz z przyjacielem, który od dobrych kilkunastu uderzeń serca przestępował z zakłopotaniem z łapy na łapę, podreptała ku wyjściu, ignorując szemranie Grzmiącego Potoku.
– Kiedy zdążyłaś mu tak zajść za skórę? – zapytał rudo-biały, wzdychając z ulgą, kiedy wyszli na obozową polankę. Nie był kłótliwym kotem i nie lubił włączać się do bezsensownych utarczek, ale z drugiej strony był zbyt nieśmiały, by spróbować taką przerwać.
– A, tak jakoś… Nazbierało się tu i ówdzie. Nie znoszę tego dziada, uch... – Ściągnęła brwi i wzruszyła ramionami. Przez chwilę przyglądała się bezwiednie żółknącym liściom nad ich głowami, po czym w przebłysku olśnienia przypomniała sobie o porzuconym temacie. – Ale! – Z konsternacją obróciła się w stronę kocura i wspięła się na palce (kiedy właściwie on tak urósł, co?), by mieć lepszy widok na jego grzbiet. I rzeczywiście widok miała dobry, nawet za dobry, bo w wielu miejscach zaczerwienionej skóry nie osłaniała już rdzawa sierść. – Na osty i ciernie… Nie boli cię to? To okropne! Gwiezdni strzelają tylko piorunami, gdzie popadnie, a sami trzęsą dupskiem za bezpieczną chmurką! Niech tylko tu zlezą, to przysięgam, że własnymi pazurami im flaki… Ej!
– Csii! – Łabędź zatkał jej pyszczek łapą, próbując powstrzymać tę rozsierdzoną tyradę. Rzucił spłoszone spojrzenie na starszego wojownika, który patrzył w ich stronę ze święcie oburzoną miną, i ściszył głos do szeptu. – Jeszcze narobisz sobie problemów, Owocku… Może nie wygrażaj naszym... szlachetnym przodkom w obecności całego obozu, d-dobrze?
– Pfe! – Gwałtownie odsunęła jego łapę. Również przycichła, ale ani myślała się uspokoić. Dopóki żyje, nikt nie będzie bezkarnie wypalał sierści Łabędziej Szyi! – Niech sami sobie podpalą ogony, wtedy się zastanowię!
– Ale to nikomu nie pomoże. Zresztą, nie mam do nich o to żalu. Sytuacja wymknęła się spod kontroli… A Turkawie Skrzydło posmarowała mi oparzenia jakimiś ziołami i powinny się jakoś wygoić.
– Ale i tak… – Nie chciała dać za wygraną. – Co by było, jakbyś został tam dłużej? Albo… – Przełknęła ślinę; z trudem przechodziło jej to przez gardło. Dokończyła o wiele ciszej, niepewnie. – Albo jakbyśmy w ogóle nie dały rady cię wyciągnąć?...
Milczał przez chwilę. Powiodła nieobecnym wzrokiem po polanie; większość członków klanu już rozpoczynała swoje obowiązki, a pozostali otrząsali się ze snu. Obóz budził się do życia we własnym, naturalnym tempie. Na myśl o tym, że tego dnia mogłoby w nim zabraknąć Łabędzia, przez jej ciało przebiegł dreszcz.
– Myślę, że nie warto się zastanawiać nad tym, co by było, gdyby… – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa. – W końcu mnie znalazłyście, prawda? To się liczy.
– Skąd ty w ogóle wiesz, jak to było? – Podniosła na niego oczy, nieco smutne, ale błyszczące pewną ciekawością. – Przecież byłeś nieprzytomny.
– Wiesz, drzemie we mnie magiczna moc wszechwidzącego białego tygrysa…
– Wciąż nie umiesz żartować.
– Ej! – obruszył się. – Zgadzam się, że nie jestem w tym mistrzem, ale najgorszym też nie! Nie doceniasz mnie…
Przeprosiła uniżonym ukłonem i roześmiali się oboje.
– Okej, okej. Medyczki mi opowiedziały, kiedy się obudziłem (przy okazji, Burzowe Futro prosi, żebyście przyszły na badanie), więc poszedłem do ciebie, żeby sprawdzić, jak się czujesz i… A, tak… – Nieco niepewnie przyciągnął ją do siebie łapą. Czując, że nie protestuje, przytulił się do niej i, niecnie korzystając ze swojego wzrostu, oparł podbródek na jej głowie. – Dzięki za uratowanie mi życia.
– Och… Nie ma sprawy. – Jego futro było miękkie i pachniało ziołami. Wtulenie się w nie okazało się osobliwie przyjemne. – Mogę cię ratować tyle razy, ile będzie trzeba… Ale oszczędź mi trochę kłopotu i następnym razem nie gub się w ogniu, kiedy krzyczę, żebyś uważał, dobrze?
– Dobrze. Nie będę. – Chwilę jeszcze ją tak trzymał, po czym nagle podniósł łeb. – Chyba powinieniem poszukać Północy – powiedział z wahaniem. – Jej też muszę podziękować. Mam nadzieję, że u niej też wszystko w porządku... Byłem wcześniej w legowisku uczniów, ale Dzika Zamieć musiał ją już wyciągnąć na trening…
– No cóż… W takim razie rzeczywiście powinieneś ją znaleźć. – Zamrugała, zaskoczona chłodem w swoim własnym głosie. Czyżby właśnie ofuknęła Łabądka tylko dlatego, że chciał iść i poszukać siostry? No nie! Co się z nią działo? Nie czekając na jego reakcję, sama wstała i otrzepała się.
– Mogę ci pomóc – zaproponowała, starając się ukryć zmieszanie. – Pewnie ćwiczą przy Białych Pniach. Idziemy?
– Jasne – odpowiedział niepewnie, z zagubieniem przyglądając się jej nerwowym ruchom.
Nie czekając dłużej, Owocowa ruszyła w stronę wyjścia, a Łabędzia Szyja podążył kilka kroków za nią.
<Północna Łapa może odpisać, jeśli chce :> >
– Bu.
Ze strachu o mało nie wyrżnęła głową w odstający konar; zorientowanie się w otoczeniu zajęło jej pewną chwilę. Nie biegła wcale leśną ścieżką, a leżała w legowisku wojowników; nie było widać ani płatków, ani kwiatów, ani żadnego zajączka, był za to stojący nad nią z prawie zawadiackim uśmieszkiem Łabędzia Szyja.
– Ła-Łabędź?... Łabędź! Żyjesz! – Skoczyła na równe łapy, mimo różnicy wzrostu prawie przewracając zaskoczonego kocura. – Martwiłam się o ciebie, barania głowo! I… czekaj, co teraz? – zastanowiła się, na moment przestając obskakiwać go dookoła. – No widzisz! Nawet nie wiem, czy mam być na ciebie zła, czy się cieszyć!
– Chyba wolałbym to drugie – udało mu się wtrącić pomiędzy jej wykrzyknikami. Korzystając z tej przerwy, polizał ją po głowie. – Nic ci się nie stało?
– Hm? Mnie się coś miało stać? To ty się zgubiłeś na łące w środku pożaru! Ja powinnam o to pytać. – Potrząsnęła łebkiem i odsunęła się od niego na krok, żeby zmierzyć go wzrokiem. Prawie natychmiast w jej oczach błysnął niepokój. – Aż! Cholera, twój grzbiet!…
– Czy to chociaż przez chwilę nie możesz być cicho? – Odezwał się nagle zaspany, ale i rozzłoszczony głos gdzieś z głębi legowiska. – Nie przeszło przez mysi móżdżek, że niektórzy chcą spać, trzepnięta choleryczko?
– Ta? – Odwróciła się i zgromiła delikwenta spojrzeniem. Z poirytowaniem stwierdziła, że rozpoznaje jego pysk. – Słońce już dawno wstało, może też już czas podnieść swój wyliniały zad, zapleśniała bulwo?
– Twoja mentorka musiała się chyba najeść kocimiętki, kiedy cię mianowali…
– Ej, ej! Odczep się od mojej mentorki, pierniku!
– Gdybyście mogli przenieść swoją kłótnię na zewnątrz, wszystkim byłoby lepiej – odezwał się znienacka Płomienisty Świt, a kilku innych wojowników przytaknęło zirytowanymi mruknięciami. Owocek pufnęła z niezadowoleniem, ale musiała przyznać, że gra niewarta była świeczki. Odwróciła się ostentacyjnie i wraz z przyjacielem, który od dobrych kilkunastu uderzeń serca przestępował z zakłopotaniem z łapy na łapę, podreptała ku wyjściu, ignorując szemranie Grzmiącego Potoku.
– Kiedy zdążyłaś mu tak zajść za skórę? – zapytał rudo-biały, wzdychając z ulgą, kiedy wyszli na obozową polankę. Nie był kłótliwym kotem i nie lubił włączać się do bezsensownych utarczek, ale z drugiej strony był zbyt nieśmiały, by spróbować taką przerwać.
– A, tak jakoś… Nazbierało się tu i ówdzie. Nie znoszę tego dziada, uch... – Ściągnęła brwi i wzruszyła ramionami. Przez chwilę przyglądała się bezwiednie żółknącym liściom nad ich głowami, po czym w przebłysku olśnienia przypomniała sobie o porzuconym temacie. – Ale! – Z konsternacją obróciła się w stronę kocura i wspięła się na palce (kiedy właściwie on tak urósł, co?), by mieć lepszy widok na jego grzbiet. I rzeczywiście widok miała dobry, nawet za dobry, bo w wielu miejscach zaczerwienionej skóry nie osłaniała już rdzawa sierść. – Na osty i ciernie… Nie boli cię to? To okropne! Gwiezdni strzelają tylko piorunami, gdzie popadnie, a sami trzęsą dupskiem za bezpieczną chmurką! Niech tylko tu zlezą, to przysięgam, że własnymi pazurami im flaki… Ej!
– Csii! – Łabędź zatkał jej pyszczek łapą, próbując powstrzymać tę rozsierdzoną tyradę. Rzucił spłoszone spojrzenie na starszego wojownika, który patrzył w ich stronę ze święcie oburzoną miną, i ściszył głos do szeptu. – Jeszcze narobisz sobie problemów, Owocku… Może nie wygrażaj naszym... szlachetnym przodkom w obecności całego obozu, d-dobrze?
– Pfe! – Gwałtownie odsunęła jego łapę. Również przycichła, ale ani myślała się uspokoić. Dopóki żyje, nikt nie będzie bezkarnie wypalał sierści Łabędziej Szyi! – Niech sami sobie podpalą ogony, wtedy się zastanowię!
– Ale to nikomu nie pomoże. Zresztą, nie mam do nich o to żalu. Sytuacja wymknęła się spod kontroli… A Turkawie Skrzydło posmarowała mi oparzenia jakimiś ziołami i powinny się jakoś wygoić.
– Ale i tak… – Nie chciała dać za wygraną. – Co by było, jakbyś został tam dłużej? Albo… – Przełknęła ślinę; z trudem przechodziło jej to przez gardło. Dokończyła o wiele ciszej, niepewnie. – Albo jakbyśmy w ogóle nie dały rady cię wyciągnąć?...
Milczał przez chwilę. Powiodła nieobecnym wzrokiem po polanie; większość członków klanu już rozpoczynała swoje obowiązki, a pozostali otrząsali się ze snu. Obóz budził się do życia we własnym, naturalnym tempie. Na myśl o tym, że tego dnia mogłoby w nim zabraknąć Łabędzia, przez jej ciało przebiegł dreszcz.
– Myślę, że nie warto się zastanawiać nad tym, co by było, gdyby… – powiedział powoli, uważnie dobierając słowa. – W końcu mnie znalazłyście, prawda? To się liczy.
– Skąd ty w ogóle wiesz, jak to było? – Podniosła na niego oczy, nieco smutne, ale błyszczące pewną ciekawością. – Przecież byłeś nieprzytomny.
– Wiesz, drzemie we mnie magiczna moc wszechwidzącego białego tygrysa…
– Wciąż nie umiesz żartować.
– Ej! – obruszył się. – Zgadzam się, że nie jestem w tym mistrzem, ale najgorszym też nie! Nie doceniasz mnie…
Przeprosiła uniżonym ukłonem i roześmiali się oboje.
– Okej, okej. Medyczki mi opowiedziały, kiedy się obudziłem (przy okazji, Burzowe Futro prosi, żebyście przyszły na badanie), więc poszedłem do ciebie, żeby sprawdzić, jak się czujesz i… A, tak… – Nieco niepewnie przyciągnął ją do siebie łapą. Czując, że nie protestuje, przytulił się do niej i, niecnie korzystając ze swojego wzrostu, oparł podbródek na jej głowie. – Dzięki za uratowanie mi życia.
– Och… Nie ma sprawy. – Jego futro było miękkie i pachniało ziołami. Wtulenie się w nie okazało się osobliwie przyjemne. – Mogę cię ratować tyle razy, ile będzie trzeba… Ale oszczędź mi trochę kłopotu i następnym razem nie gub się w ogniu, kiedy krzyczę, żebyś uważał, dobrze?
– Dobrze. Nie będę. – Chwilę jeszcze ją tak trzymał, po czym nagle podniósł łeb. – Chyba powinieniem poszukać Północy – powiedział z wahaniem. – Jej też muszę podziękować. Mam nadzieję, że u niej też wszystko w porządku... Byłem wcześniej w legowisku uczniów, ale Dzika Zamieć musiał ją już wyciągnąć na trening…
– No cóż… W takim razie rzeczywiście powinieneś ją znaleźć. – Zamrugała, zaskoczona chłodem w swoim własnym głosie. Czyżby właśnie ofuknęła Łabądka tylko dlatego, że chciał iść i poszukać siostry? No nie! Co się z nią działo? Nie czekając na jego reakcję, sama wstała i otrzepała się.
– Mogę ci pomóc – zaproponowała, starając się ukryć zmieszanie. – Pewnie ćwiczą przy Białych Pniach. Idziemy?
– Jasne – odpowiedział niepewnie, z zagubieniem przyglądając się jej nerwowym ruchom.
Nie czekając dłużej, Owocowa ruszyła w stronę wyjścia, a Łabędzia Szyja podążył kilka kroków za nią.
<Północna Łapa może odpisać, jeśli chce :> >
27 czerwca 2019
Od Owocowej Łapy (Owocowej Pogoni)
Owocowa Łapa wybiegła z obozu w podskokach. W głowie galopowały jej tysiące splątanych myśli, a pobudzane tym chaosem łapki odbijały się od ziemi w radosnym pędzie. Podniosła głowę – w koronach drzew aż buzowało od hałaśliwego ptasiego życia, a letnie słońce miło ogrzewało jej pręgowany grzbiet. Ach, jaki piękny dzień!
Bryknęła wesoło kilka razy, by rozładować emocje, po czym na próbę przyjęła przesadnie poważną i dumną minę. Nie utrzymała jej dłużej niż uderzenie serca, bo już po chwili z jej pyszczka wydobył się głośny, czysty śmiech.
Miała powody do radości. Po – jak jej się zdawało – wiekach okupacji Lisiej Gwiazdy Klan Wilka odbił swoje tereny i na nowo zarządzał nimi tak, jak chciał. Znów mogła do woli ganiać po swojej ziemi, nikt nie mówił jej, co ma, a czego nie może robić. Znów byli wolni.
A do tego dzisiaj Gęsie Pióro oznajmiła, że jeśli dzisiaj dobrze jej pójdzie, to wieczorem zostanie wojowniczką.
Wreszcie z trudem powstrzymała objawy wesołości – co jak co, ale gdyby jej mianowanie opóźniło się przez spłoszenie zwierzyny jej okrzykami, to byłaby to okropna porażka – i cichutko ruszyła przed siebie, przez las, który podczas swojego pobytu w Klanie Wilka zdążyła już tak dobrze poznać. Jej zmysły jeszcze przez chwilę leniuchowały, otumanione szczęściem, ale wkrótce wyostrzyły się i bura mogła rozpocząć najważniejsze w życiu łowy.
Wbrew swojej naturze szła wolno. Ostrożnie przemykała pomiędzy pędami paproci, wiedząc, że ich najlżejsze poruszenie mogło zaważyć na jej sukcesie. Uszy poruszały się żwawo niczym antenki u owada, wyszukując źródła obiecujących odgłosów, a oczy śledziły otoczenie, wypatrując ruchu wskazującego na obecność zwierzyny. Pręgowana sierść zlewała się z igrającymi na ściółce plamami cienia. Niegdyś pulchna maskotka Dwunogów, a kilka księżyców później już wytrenowana uczennica, gotowa dowieść swojej wartości. Teraz stała się duchem. Diabelsko niebezpiecznym.
Przynajmniej dla wiewiórek.
– Ha! Jedna moja – wymruczała łobuzersko, zasypując swoją pierwszą ofiarę. Gdyby nie kilka rozsypanych rudych włosków, nikt nie dowiedziałby się, że skoczne stworzonko kiedykolwiek istniało.
Pobieżnie rzuciła okiem na spoczywający nieopodal głaz – chciała zapamiętać jego wygląd na wypadek, gdyby zgubiła swój trop lub coś go zatarło – i ruszyła dalej. Po swojej haniebnej ucieczce podczas bitwy z Klanem Klifu przykładała się do nauki o wiele bardziej, starając się swoją pracą zrekompensować karygodny uczynek. Sumienność opłaciła się; los wiewiórki prędko podzielił kos i tłusta ryjówka.
Nie każda próba kończyła się powiększeniem liczby złapanych zwierząt. Czasami kotkę zdradzała jakaś podstępnie ukryta sucha gałązka czy zbyt ekscytowane ruchy ogona. Zdarzało się, że mimo jej starań zwierzyna zauważyła jej przykurczoną sylwetkę i zaalarmowana uciekła, zmuszając ją do obejścia się smakiem. Owocowa Łapa nie była w końcu mistrzem podkradania się. Jednak dzięki treningowi zwierzyny, której życie kończyło się w jej łapach, było więcej niż osobników, którym udało się zbiec.
Właśnie pozbawiła życia kolejnego niewielkiego ptaka i udawała się na poszukiwanie kolejnej ofiary, kiedy nagle coś w niej drgnęło. Zatrzymała się wpół kroku, oszołomiona, i powoli powiodła spojrzeniem po drzewach, pod którymi się znalazła. Pamiętała to miejsce.
Przechodziła tędy wraz z rodzicami, kiedy prowadzili ją do obozu dziesięć księżyców temu.
Na jej czoło wstąpiły zmarszczki. Radość, którą spowodowała zapowiedź mianowania, jakby gdzieś się ulotniła.
Być może dziś otrzyma nowe imię. Zostanie pełnoprawną członkinią Klanu Wilka. Zamknie się jeden rozdział w jej życiu, a otworzy nowy, w którym pozna pełnię smaku klanowego życiua.
Ale czy tego naprawdę chciała?
Wbiła wzrok w wyschnięte liście, jakby szukając odpowiedzi wśród ich nieregularnych kształtów. Nieoczekiwanie jeden z nich przypomniał jej zabawkę, którą bawiła się jako kociak. W domu Dwunożnych było miło, głośno, ale bezpiecznie. Zawsze czuwali nad nią rodzice, a wokoło miała rodzeństwo. Miała Skrzypka. Jej serce dźgnęło poczucie winy. Z taką łatwością o nich zapomniała…
Była tutaj. Znalazła drogę. Niespodziewanie, przypadkiem zrobiła coś, co chciała zrobić od początku swojego pobytu tutaj. Pozostawało podążyć odnalezionym szlakiem, by znaleźć się w domu. Tam, gdzie zawsze chciała wrócić.
To wydawało się takie proste…
Niepewnie wyciągnęła przed siebie łapę, po czym postawiła ją znowu.
Czy porzuci las, który cię wychował, na rzecz ciepłego miejsca o Dwunogów, w którym się urodziła?
Tak, szepnął głos w jej głowie. Przecież od początku tego chciałaś, prawda?
Zacisnęła zęby. Nie wiedziała, co zrobić, jaką podjąć decyzję. A nie miała czasu do namysłu.
Jeżeli dziś wróci do obozu, pewnie zostanie wojowniczką. Będzie musiała przysięgać, a nie chciała złamać przysięgi.
To była jedyna okazja, żeby wrócić do rodziców, i jeżeli z niej nie skorzysta, przepadnie na zawsze.
W głowie miała zupełny bałagan. Iść? Czy może wracać? Jaki los jest jej pisany? Którą ścieżkę ma wybrać? Choć była już rozmiarów dorosłego kota, znów poczuła się jak zagubiony kociak. Wiedziona jakimś nagłym impulsem, mętnym wspomnieniem, zrobiła krok...
– Owocowa Łapo? – Z krzaków dobiegł nieśmiały głos Łabędziej Łapy.
Uśmiechnęła się pod nosem i odwróciła się.
– Łabędź! – zawołała gromko, podbiegając do kocurka. Też się uśmiechnął, swoim zwyczajem trochę niepewnie, ale zawsze. – Co tutaj robisz?
– Płomienisty Świt kazał mi iść na polowanie… Powiedział, że dziś sprawdzi moje umiejętności, i-i jeżeli się spiszę, to…
– Nie żartuj! Ciebie też chcą dzisiaj mianować!? – wykrzyknęła, a kiedy zaskoczony rudo-biały potwierdził skinieniem głowy, aż podskoczyła z zachwytu. – No to na co my czekamy? Chodźmy, szybko! Przyniesiemy tyle zdobyczy, że aż im szczęki opadną!
Przybycie kolegi z legowiska podziałało na nią otrzeźwiająco. Rozbiegane myśli uspokoiły się i ułożyły równo, jasno wskazując prostą odpowiedź: idź do domu.
Kiedyś tym mianem nazwałaby ceglaną kostkę, w której dane było jej przyjść na świat, ale nie była już Owockiem, naiwnym brzdącem skaczącym wokoło nóg mamusi. Zbyt wiele przeszła na tej ziemi, zbyt wiele pochłonęła jej łez radości i smutku, zbyt wiele pokładała w jej mieszkańcach, by móc odejść stąd bez słowa.
Była Owocową Łapą, przyszłą wojowniczką. Jej domem był Klan Wilka, a rodziną jego członkowie.
Chichocząc radośnie, pobiegła z powrotem w gęstwiny, tym razem już z Łabędzią Łapą u boku. On akurat zachowywał się ciszej, chociaż również wyglądał na całkiem zadowolonego.
***
– Chłodna Łapo, Łabędzia Łapo, Owocowa Łapo… wystąpcie.
Owocowa Łapa wypięła dumnie pierś i ustawiła się na środku polanki, tuż obok Łabędziej Łapy, który wyglądał na mocno zestresowanego. Pacnęła go lekko końcówką ogona, żeby doprowadził się do porządku; spojrzał na nią kątem oka i z pewnym trudem się wyprostował, a w zamian posłała mu pocieszający uśmiech.
Długo czekała na tę chwilę. Teraz była już pewna, że dokonała dobrego wyboru. Jeżeli w jej łebku pałętały się jeszcze jakieś smutki związane z miejscem urodzenia, to tylko trochę już słabsza tęsknota za rodzicami i bratem. Szkoda, że nie mogli jej teraz zobaczyć...
– Ja, Płonący Grzbiet, zastępca lidera Klanu Wilka, wzywam naszych walecznych przodków, by spojrzeli na tę oto trójkę uczniów. Uczyli się pilnie, by poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu i posiąść umiejętności, dzięki którym będą strzec jego praw. Polecam wam ich jako kolejnych wojowników.
Wszyscy milczeli z szacunkiem. W obozie panowała uroczysta cisza.
– Chłodna Łapo, Łabędzia Łapo i Owocowa Łapo – Kocur odkaszlnął; od ciągłego powtarzania tych imion każdemu zaschłoby w gardle. – Czy obiecujecie przestrzegać kodeksu wojownika oraz dzielnie służyć klanowi i bronić go nawet za cenę życia?
– Obiecujemy! – odpowiedzieli chórem. Choć każde z nich włożyło w to swoje własne emocje, to ich okrzyk zlał się w jedno – wyraźne potwierdzenie ich poświęcenia i chęci do służby.
Byli gotowi.
– W takim razie mocą Klanu Gwiazdy nadaję wam imiona wojowników. Chłodna Łapo, od tej chwili nazywać się będziesz Chłodny Wiatr. Klan Gwiazdy docenia twoją dobroć i pracowitość. Witamy cię jako pełnoprawnego członka Klanu Wilka.
Zastępca zszedł z podwyższenia i rytualnie dotknął pyszczkiem głowy błękitnej kotki, a ona polizała go w bark. Nieco oszołomiona usunęła się na bok.
– Łabędzia Łapo, od teraz twoje imię brzmieć będzie Łabędzia Szyja. Klan Gwiazdy uznaje twoje oddanie i odwagę i wita cię jako pełnoprawnego członka Klanu Wilka.
Rudo-biały podszedł do przodu; Owocek zauważyła, że uginają się pod nim łapy. Powtórzyły się tradycyjne gesty. Łabędzia Szyja… Brzmiało nieźle. Trochę słyszała o tych wielkich białych ptakach o dostojnie zagiętych szyjach. Szczerze mówiąc, poza plamami białego koloru jej kolega wcale ich nie przypominał. Stworzenia te potrafiły zamienić się bowiem w prawdziwe bestie, syczeć i warczeć, a nawet poważnie uszkodzić wojownika, który zalazł im za pióra. Ten jej Łabądek był cichy i spokojny. O niebo lepszy od tych przerośniętych kaczek.
A jednak potrafił być też mężny. Pokazał to w bitwie, pomyślała bura, i poczuła ukłucie żalu. Gdybym ja też mogła tak walczyć, zamiast uciekać jak wystraszony zając…
Nie mogła jednak zmienić przeszłości, za to miała jeszcze ceremonię do odbycia! Prędko zwróciła swoje myśli na właściwy tor i z przysiadającego się do wojowników Łabędziej Szyi przesunęła spojrzenie na Płonący Grzbiet.
– Owocowa Łapo – rozpoczął mianowanie ostatniej uczennicy – od dziś zwać się będziesz Owocowa Pogoń. Klan Gwiazdy ceni twój optymizm i chęć do działania. Witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Wilka.
Dotknął nosem czubka jej głowy, a ona polizała go w bark.
– Chłodny Wiatr! Łabędzia Szyja! Owocowa Pogoń! – W tej magicznej chwili polana zamieniła się w jeden wielki harmider; zdawało się, że koty urządziły sobie konkurs na najgłośniejszego krzykacza. Teraz kotce już to nie przeszkadzało. Też przyłączyła się do okrzyków, skandując imię pozostałej dwójki. Z szerokim uśmiechem przyjęła gratulacje od swojej mentorki, siostrzyczki Świetlikowej Łapy (“smutno mi będzie bez ciebie w legowisku... na pewno ciebie też niedługo mianują, nie przejmuj się!”) i wielu, wielu innych kotów, po czym wreszcie mogła odetchnąć.
Stało się. Została wojowniczką.
Niczego nie żałowała.
– Pamiętajcie, że zgodnie z tradycją musicie odbyć tej nocy milczące czuwanie! – przypomniał im jeszcze zastępca, po czym zakończył zgromadzenie.
– Jasne! – odkrzyknęła nieprzytomnie, podbiegając do Łabędziej Szyi i Chłodnego Wiatru. Nikt już nie spoglądał na nią surowo; wszyscy przyzwyczaili się do jej głośnych odpowiedzi, które nierzadko wydawały się zupełnie nie na miejscu.
– No, to pilnujemy... Chodźcie! – zawołała, machając ogonem; chociaż miała przed sobą perspektywę bezsennej nocy, z oczu wręcz tryskały jej radosne iskierki. – Będziemy najlepszą grupą strzegącą obozu na świecie!
– Okej – Chłodny Wiatr uśmiechnęła się lekko, co bura zauważyła z dumą; choć kotka była miła i uczynna, to niełatwo było zdobyć jej zaufanie, a uśmiech to zawsze jakiś krok w tę stronę, nie?
– N-no… To chodźmy – Łabędź też chyba był w dobrym humorze. Cała trójka ruszyła więc na miejsce, z którego mieli tej nocy w ciszy strzec obozu, wypatrując w mroku wrogów zagrażających bezpieczeństwu klanu, którego dziś zobowiązali się bronić – nawet za cenę życia.
Bryknęła wesoło kilka razy, by rozładować emocje, po czym na próbę przyjęła przesadnie poważną i dumną minę. Nie utrzymała jej dłużej niż uderzenie serca, bo już po chwili z jej pyszczka wydobył się głośny, czysty śmiech.
Miała powody do radości. Po – jak jej się zdawało – wiekach okupacji Lisiej Gwiazdy Klan Wilka odbił swoje tereny i na nowo zarządzał nimi tak, jak chciał. Znów mogła do woli ganiać po swojej ziemi, nikt nie mówił jej, co ma, a czego nie może robić. Znów byli wolni.
A do tego dzisiaj Gęsie Pióro oznajmiła, że jeśli dzisiaj dobrze jej pójdzie, to wieczorem zostanie wojowniczką.
Wreszcie z trudem powstrzymała objawy wesołości – co jak co, ale gdyby jej mianowanie opóźniło się przez spłoszenie zwierzyny jej okrzykami, to byłaby to okropna porażka – i cichutko ruszyła przed siebie, przez las, który podczas swojego pobytu w Klanie Wilka zdążyła już tak dobrze poznać. Jej zmysły jeszcze przez chwilę leniuchowały, otumanione szczęściem, ale wkrótce wyostrzyły się i bura mogła rozpocząć najważniejsze w życiu łowy.
Wbrew swojej naturze szła wolno. Ostrożnie przemykała pomiędzy pędami paproci, wiedząc, że ich najlżejsze poruszenie mogło zaważyć na jej sukcesie. Uszy poruszały się żwawo niczym antenki u owada, wyszukując źródła obiecujących odgłosów, a oczy śledziły otoczenie, wypatrując ruchu wskazującego na obecność zwierzyny. Pręgowana sierść zlewała się z igrającymi na ściółce plamami cienia. Niegdyś pulchna maskotka Dwunogów, a kilka księżyców później już wytrenowana uczennica, gotowa dowieść swojej wartości. Teraz stała się duchem. Diabelsko niebezpiecznym.
Przynajmniej dla wiewiórek.
– Ha! Jedna moja – wymruczała łobuzersko, zasypując swoją pierwszą ofiarę. Gdyby nie kilka rozsypanych rudych włosków, nikt nie dowiedziałby się, że skoczne stworzonko kiedykolwiek istniało.
Pobieżnie rzuciła okiem na spoczywający nieopodal głaz – chciała zapamiętać jego wygląd na wypadek, gdyby zgubiła swój trop lub coś go zatarło – i ruszyła dalej. Po swojej haniebnej ucieczce podczas bitwy z Klanem Klifu przykładała się do nauki o wiele bardziej, starając się swoją pracą zrekompensować karygodny uczynek. Sumienność opłaciła się; los wiewiórki prędko podzielił kos i tłusta ryjówka.
Nie każda próba kończyła się powiększeniem liczby złapanych zwierząt. Czasami kotkę zdradzała jakaś podstępnie ukryta sucha gałązka czy zbyt ekscytowane ruchy ogona. Zdarzało się, że mimo jej starań zwierzyna zauważyła jej przykurczoną sylwetkę i zaalarmowana uciekła, zmuszając ją do obejścia się smakiem. Owocowa Łapa nie była w końcu mistrzem podkradania się. Jednak dzięki treningowi zwierzyny, której życie kończyło się w jej łapach, było więcej niż osobników, którym udało się zbiec.
Właśnie pozbawiła życia kolejnego niewielkiego ptaka i udawała się na poszukiwanie kolejnej ofiary, kiedy nagle coś w niej drgnęło. Zatrzymała się wpół kroku, oszołomiona, i powoli powiodła spojrzeniem po drzewach, pod którymi się znalazła. Pamiętała to miejsce.
Przechodziła tędy wraz z rodzicami, kiedy prowadzili ją do obozu dziesięć księżyców temu.
Na jej czoło wstąpiły zmarszczki. Radość, którą spowodowała zapowiedź mianowania, jakby gdzieś się ulotniła.
Być może dziś otrzyma nowe imię. Zostanie pełnoprawną członkinią Klanu Wilka. Zamknie się jeden rozdział w jej życiu, a otworzy nowy, w którym pozna pełnię smaku klanowego życiua.
Ale czy tego naprawdę chciała?
Wbiła wzrok w wyschnięte liście, jakby szukając odpowiedzi wśród ich nieregularnych kształtów. Nieoczekiwanie jeden z nich przypomniał jej zabawkę, którą bawiła się jako kociak. W domu Dwunożnych było miło, głośno, ale bezpiecznie. Zawsze czuwali nad nią rodzice, a wokoło miała rodzeństwo. Miała Skrzypka. Jej serce dźgnęło poczucie winy. Z taką łatwością o nich zapomniała…
Była tutaj. Znalazła drogę. Niespodziewanie, przypadkiem zrobiła coś, co chciała zrobić od początku swojego pobytu tutaj. Pozostawało podążyć odnalezionym szlakiem, by znaleźć się w domu. Tam, gdzie zawsze chciała wrócić.
To wydawało się takie proste…
Niepewnie wyciągnęła przed siebie łapę, po czym postawiła ją znowu.
Czy porzuci las, który cię wychował, na rzecz ciepłego miejsca o Dwunogów, w którym się urodziła?
Tak, szepnął głos w jej głowie. Przecież od początku tego chciałaś, prawda?
Zacisnęła zęby. Nie wiedziała, co zrobić, jaką podjąć decyzję. A nie miała czasu do namysłu.
Jeżeli dziś wróci do obozu, pewnie zostanie wojowniczką. Będzie musiała przysięgać, a nie chciała złamać przysięgi.
To była jedyna okazja, żeby wrócić do rodziców, i jeżeli z niej nie skorzysta, przepadnie na zawsze.
W głowie miała zupełny bałagan. Iść? Czy może wracać? Jaki los jest jej pisany? Którą ścieżkę ma wybrać? Choć była już rozmiarów dorosłego kota, znów poczuła się jak zagubiony kociak. Wiedziona jakimś nagłym impulsem, mętnym wspomnieniem, zrobiła krok...
– Owocowa Łapo? – Z krzaków dobiegł nieśmiały głos Łabędziej Łapy.
Uśmiechnęła się pod nosem i odwróciła się.
– Łabędź! – zawołała gromko, podbiegając do kocurka. Też się uśmiechnął, swoim zwyczajem trochę niepewnie, ale zawsze. – Co tutaj robisz?
– Płomienisty Świt kazał mi iść na polowanie… Powiedział, że dziś sprawdzi moje umiejętności, i-i jeżeli się spiszę, to…
– Nie żartuj! Ciebie też chcą dzisiaj mianować!? – wykrzyknęła, a kiedy zaskoczony rudo-biały potwierdził skinieniem głowy, aż podskoczyła z zachwytu. – No to na co my czekamy? Chodźmy, szybko! Przyniesiemy tyle zdobyczy, że aż im szczęki opadną!
Przybycie kolegi z legowiska podziałało na nią otrzeźwiająco. Rozbiegane myśli uspokoiły się i ułożyły równo, jasno wskazując prostą odpowiedź: idź do domu.
Kiedyś tym mianem nazwałaby ceglaną kostkę, w której dane było jej przyjść na świat, ale nie była już Owockiem, naiwnym brzdącem skaczącym wokoło nóg mamusi. Zbyt wiele przeszła na tej ziemi, zbyt wiele pochłonęła jej łez radości i smutku, zbyt wiele pokładała w jej mieszkańcach, by móc odejść stąd bez słowa.
Była Owocową Łapą, przyszłą wojowniczką. Jej domem był Klan Wilka, a rodziną jego członkowie.
Chichocząc radośnie, pobiegła z powrotem w gęstwiny, tym razem już z Łabędzią Łapą u boku. On akurat zachowywał się ciszej, chociaż również wyglądał na całkiem zadowolonego.
***
– Chłodna Łapo, Łabędzia Łapo, Owocowa Łapo… wystąpcie.
Owocowa Łapa wypięła dumnie pierś i ustawiła się na środku polanki, tuż obok Łabędziej Łapy, który wyglądał na mocno zestresowanego. Pacnęła go lekko końcówką ogona, żeby doprowadził się do porządku; spojrzał na nią kątem oka i z pewnym trudem się wyprostował, a w zamian posłała mu pocieszający uśmiech.
Długo czekała na tę chwilę. Teraz była już pewna, że dokonała dobrego wyboru. Jeżeli w jej łebku pałętały się jeszcze jakieś smutki związane z miejscem urodzenia, to tylko trochę już słabsza tęsknota za rodzicami i bratem. Szkoda, że nie mogli jej teraz zobaczyć...
– Ja, Płonący Grzbiet, zastępca lidera Klanu Wilka, wzywam naszych walecznych przodków, by spojrzeli na tę oto trójkę uczniów. Uczyli się pilnie, by poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu i posiąść umiejętności, dzięki którym będą strzec jego praw. Polecam wam ich jako kolejnych wojowników.
Wszyscy milczeli z szacunkiem. W obozie panowała uroczysta cisza.
– Chłodna Łapo, Łabędzia Łapo i Owocowa Łapo – Kocur odkaszlnął; od ciągłego powtarzania tych imion każdemu zaschłoby w gardle. – Czy obiecujecie przestrzegać kodeksu wojownika oraz dzielnie służyć klanowi i bronić go nawet za cenę życia?
– Obiecujemy! – odpowiedzieli chórem. Choć każde z nich włożyło w to swoje własne emocje, to ich okrzyk zlał się w jedno – wyraźne potwierdzenie ich poświęcenia i chęci do służby.
Byli gotowi.
– W takim razie mocą Klanu Gwiazdy nadaję wam imiona wojowników. Chłodna Łapo, od tej chwili nazywać się będziesz Chłodny Wiatr. Klan Gwiazdy docenia twoją dobroć i pracowitość. Witamy cię jako pełnoprawnego członka Klanu Wilka.
Zastępca zszedł z podwyższenia i rytualnie dotknął pyszczkiem głowy błękitnej kotki, a ona polizała go w bark. Nieco oszołomiona usunęła się na bok.
– Łabędzia Łapo, od teraz twoje imię brzmieć będzie Łabędzia Szyja. Klan Gwiazdy uznaje twoje oddanie i odwagę i wita cię jako pełnoprawnego członka Klanu Wilka.
Rudo-biały podszedł do przodu; Owocek zauważyła, że uginają się pod nim łapy. Powtórzyły się tradycyjne gesty. Łabędzia Szyja… Brzmiało nieźle. Trochę słyszała o tych wielkich białych ptakach o dostojnie zagiętych szyjach. Szczerze mówiąc, poza plamami białego koloru jej kolega wcale ich nie przypominał. Stworzenia te potrafiły zamienić się bowiem w prawdziwe bestie, syczeć i warczeć, a nawet poważnie uszkodzić wojownika, który zalazł im za pióra. Ten jej Łabądek był cichy i spokojny. O niebo lepszy od tych przerośniętych kaczek.
A jednak potrafił być też mężny. Pokazał to w bitwie, pomyślała bura, i poczuła ukłucie żalu. Gdybym ja też mogła tak walczyć, zamiast uciekać jak wystraszony zając…
Nie mogła jednak zmienić przeszłości, za to miała jeszcze ceremonię do odbycia! Prędko zwróciła swoje myśli na właściwy tor i z przysiadającego się do wojowników Łabędziej Szyi przesunęła spojrzenie na Płonący Grzbiet.
– Owocowa Łapo – rozpoczął mianowanie ostatniej uczennicy – od dziś zwać się będziesz Owocowa Pogoń. Klan Gwiazdy ceni twój optymizm i chęć do działania. Witamy cię jako pełnoprawną wojowniczkę Klanu Wilka.
Dotknął nosem czubka jej głowy, a ona polizała go w bark.
– Chłodny Wiatr! Łabędzia Szyja! Owocowa Pogoń! – W tej magicznej chwili polana zamieniła się w jeden wielki harmider; zdawało się, że koty urządziły sobie konkurs na najgłośniejszego krzykacza. Teraz kotce już to nie przeszkadzało. Też przyłączyła się do okrzyków, skandując imię pozostałej dwójki. Z szerokim uśmiechem przyjęła gratulacje od swojej mentorki, siostrzyczki Świetlikowej Łapy (“smutno mi będzie bez ciebie w legowisku... na pewno ciebie też niedługo mianują, nie przejmuj się!”) i wielu, wielu innych kotów, po czym wreszcie mogła odetchnąć.
Stało się. Została wojowniczką.
Niczego nie żałowała.
– Pamiętajcie, że zgodnie z tradycją musicie odbyć tej nocy milczące czuwanie! – przypomniał im jeszcze zastępca, po czym zakończył zgromadzenie.
– Jasne! – odkrzyknęła nieprzytomnie, podbiegając do Łabędziej Szyi i Chłodnego Wiatru. Nikt już nie spoglądał na nią surowo; wszyscy przyzwyczaili się do jej głośnych odpowiedzi, które nierzadko wydawały się zupełnie nie na miejscu.
– No, to pilnujemy... Chodźcie! – zawołała, machając ogonem; chociaż miała przed sobą perspektywę bezsennej nocy, z oczu wręcz tryskały jej radosne iskierki. – Będziemy najlepszą grupą strzegącą obozu na świecie!
– Okej – Chłodny Wiatr uśmiechnęła się lekko, co bura zauważyła z dumą; choć kotka była miła i uczynna, to niełatwo było zdobyć jej zaufanie, a uśmiech to zawsze jakiś krok w tę stronę, nie?
– N-no… To chodźmy – Łabędź też chyba był w dobrym humorze. Cała trójka ruszyła więc na miejsce, z którego mieli tej nocy w ciszy strzec obozu, wypatrując w mroku wrogów zagrażających bezpieczeństwu klanu, którego dziś zobowiązali się bronić – nawet za cenę życia.
25 maja 2019
Od Owocowej Łapy CD Spopielonej Paproci
Przez kilka ostatnich księżyców tyle nasłuchała się o klanowych rangach, że w tej kwestii stała się prawdziwą encyklopedią. Ostatniej nocy spędziła wiele czasu na rozważanie, czy powinna się cieszyć z rychłego mianowania, czy też nie. Odstraszały ją dziwnie brzmiące imię i napływ obowiązków, doszła jednak do wniosku, że możliwość opuszczania obozu niweluje wszystkie niedogodności. Czy zdecydowałaby tak, czy inaczej, nie miałoby koniec końców żadnego wpływu na jej dumną postawę i błąkający się po pyszczku uśmieszek tego jednego dnia. Koteczka bowiem, oprócz swoich zalet, miała również w sobie krztynkę próżności, a chyba niewiele tak łechce tę chciwą pannicę, jak cały tłumek kotów wykrzykujący radośnie imię żywiciela, prawda?
Zanim mogła odezwać się choćby słówkiem do nowej mentorki, klanowicze otoczyli ją ściśle ze wszystkich stron, aby złożyć jej gratulacje. Nie bez zaskoczenia zauważyła, że teraz potrafi już większość z nich nazwać po imieniu – biorąc pod uwagę to, że nie tak wiele wschodów słońca temu przy wymawianiu tych dwóch członów plątał jej się język, było to znaczące osiągnięcie. Przez chwilkę interesantów w zamian za miłe słowa obdarzała czarującym uśmiechem i grzecznym “dziękuję”, które wyniosła jeszcze z domu Dwunogów, ale szybko jej się to znudziło, a nienaganne maniery przeszły w machinalne potakiwanie główką. Przynajmniej do czasu, aż w zasięgu wzroku nie pojawiła się średniego wzrostu cętkowana kotka, na której widok buraska z miejsca się ożywiła. Musiała ją zapytać o coś niezwykle ważnego.
– Spopielona Paproci, Spopielona Paproci! – miauknęła podekscytowana, nim tamta zdążyła pogratulować jej odbycia ceremonii. – Płonący Grzbiet powiedział, że ma nadzieję, że Gęsie Pióro przekaże mi całą swoją wiedzę, no a Gęsie Pióro była twoją uczennicą, więc ma tę wiedzę od ciebie, nie? Czy to znaczy, że tak naprawdę przekaże mi twoją wiedzę? Albo nie, przecież ty też musisz ją skądś mieć! Ty też miałaś mentora, i on miał mentora, i on też… To skąd ta cała wiedza się wzięła? To takie poplątane… – jęknęła, gubiąc się w zakrętach swojego własnego pytania.
– Cóż, nie wiem, jak się to wszystko zaczęło – zaczęła ostrożnie starsza kotka; na jej pyszczku gościło zdziwienie połączone z rozbawieniem – ale to chyba nie do końca tak, że przekazujemy tę samą wiedzę. W końcu każdy kot oprócz treningu ma też swoje własne przeżycia, więc do tego, czego uczy swojego ucznia, może dodać nowe informacje, prawda?
– Hmmm. – Owocek zmrużyła oczy i zastygła na moment w bezruchu; tylko jej ogon powoli bujał się na boki, świadcząc o tym, że uczennica intensywnie myśli. – To tak, jakby w misce zostawić trochę karmy… A potem właściciel dosypuje nowej… I jest jej więcej, tak?...
Kilka kotów spojrzało na nią z ukosa, słysząc to niecodzienne porównanie; ona jednak zdawała się tego nie zauważać.
Zupełnie niespodziewanie podskoczyła na równe nogi.
– Okej, dziękuję! – wykrzyknęła zadowolona, po czym dodała głośne: – Ziuuum! – i już jej nie było. Przecisnąwszy się między rozchodzącymi się powoli kotami, w podskokach pobiegła w stronę Gęsiego Pióra, by to ją zasypać nową lawiną dziwacznych pytań.
***
– Owocowa Łapo! Walcz!
Potoczyła się i przywarła do ziemi, spojrzenie szeroko rozwartych, przerażonych oczu wbijając w postawnego kocura. W jego wykrzywiony agresją pysk. W odsłonięte, błyszczące w słońcu kły.
Nie można powiedzieć, by ostatnie księżyce upłynęły w Klanie Wilka sielankowo. Narastające z chwili na chwilę napięcie stało się ostatnimi czasy dobrze wyczuwalne nawet dla takiego lekkoducha, jak bura uczennica. Jak to ona, nie martwiła się nim jednak zbytnio; klan był silny, ostatnio jego szeregi poszerzyło nawet kilka nowych kotów. Ani trochę nie spodziewała się więc, że ktoś mógłby na nich napaść.
Zresztą nawet gdyby tak się stało, gdyby w obawie przed atakiem trenowała dnie i noce, nikt, nawet najwytrawniejszy mentor, nie byłby w stanie przygotować jej na piekło, które właśnie rozciągało się przed jej oczami.
– Dalej! – usłyszała kolejny krzyk Gęsiego Pióra, która, walcząc zaciekle z własnym przeciwnikiem, nie mogła ruszyć jej na pomoc.
Napastnik skoczył. Znów spróbowała zrobić unik, ale zesztywniałe ze strachu łapy nie zadziałały wystarczająco szybko. Poczuła okropny ból w boku; ziemię zbryzgała ciemnoczerwona posoka.
To moja…?
Zrobiło jej się słabo. W uszach jej szumiało, nozdrza wypełnił odór potu zmieszanego z krwią. Jak skamieniała wpatrywała się w przeciwnika, który właśnie unosił łapę do kolejnego ciosu. Czas zwolnił swój bieg. Czy uderzenie będzie decydujące? Jej gorączkowe myśli wypełnił obraz ostrych jak brzytwy pazurów rozcinających jej gardło; ciało upadło bezwładnie na ziemię, a do splamionej krwią sierści przylepił się kurz, wznoszony w powietrze przez wijących się w walce wojowników. Czy tak miało skończyć się jej życie?
Łapa zaczęła opadać. W chwili, gdy miała dotknąć celu, Owocek wyrwała się do przodu, pchana nagłym impulsem. Mięśnie, na których poczuła szpony kocura, zapulsowały ostrym bólem, nie zawahała się jednak ani na moment, ślepo siekąc w przeciwnika wszystkim, czego tylko mogła użyć przeciw niemu. Cięcia pazurami, uderzenia przednich łap, kopniaki tylnymi, bolesne ugryzienia zadane z taką dzikością, że nadawało jej to wygląd barbarzyńskiej bestii – to wszystko posypało się na jej napastnika niczym lawina. Nie przypominało to żadnej z technik walki, którą starała się jej wpoić Gęsie Pióro, nie była to właściwie żadna technika – tylko uzewnętrznienie najbardziej podstawowej, właściwej wszystkim istotom woli życia; szaleńczy zryw kogoś, kogo postawiono w sytuacji beznadziejnej, skonfrontowanego z zabójczym zagrożeniem, nieuchronną perspektywą śmierci, a mimo to ten ktoś wraz ze swoim ostatnim tchnieniem rzuca się na swego oprawcę, nie zważając na konsekwencje, na swoje szanse, na nic… najzwyczajniej w świecie chcąc po prostu – istnieć. Tak właśnie atakowała Owocowa Łapa.
Kocur, którego uwagę uśpiła jej niezdarność i przerażenie, szybko uległ jej zawziętym ciosom. Potoczyli się po zadeptanej trawie, oddalając się od masy walczących. Był większy od niej i z pewnością bardziej doświadczony; ona jednak nie baczyła na straty, które mogła odnieść, i to właśnie nadawało jej atakom niezwykłą bezwzględność, ponadprzeciętną brawurę, która ostatecznie pozwoliła jej stanąć nad nim i zadać ostatni, decydujący cios. Przez sekundę patrzyła, jak jego krew miesza się z jej własną, a potem strumieniami zdąża ku głównemu polu bitwy i tam łączy się w rzeki lepkiej mazi, zmieszanej z błotem i kurzem, pochodzącej od kilku, kilkunastu, nie, dziesiątek rannych kotów…
Zaraz potem okręciła się i rzuciła do ucieczki.
Nie był to bieg rannej kocicy, tylko dzikiego stworzenia, które uwolniło się w niej podczas walki. Kolce krzewów okalających obóz wczepiły się w jej sierść; pazury wrogów, którzy czyhali tuż za jego granicą, na nowo poprzecinały jej skórę, ona jednak nie zważała już na nic i w szaleńczym pędzie przedarła się przez nich, jak pędzony przez nieustępliwego łowcę królik przesadza dziko splątane krzewy, by jako pierwszy dopaść bezpiecznej nory.
Tyle że ona nie miała schronienia. Swój dom właśnie zostawiła za sobą.
Biegła, nie oglądając się za sobą, aż nawet adrenalina nie była w stanie dłużej utrzymać jej na łapach. Czując, jak traci dech, zatrzymała się, a chwilę później bezwładnie opadła leśną ściółkę.
Co się stało?...
Zamrugała powoli, wracając do rzeczywistości. Duch walki i bitewny zapał powoli opuszczał jej ciało, pozostawiając ją bez sił, jak sflaczały balonik. Rany z wolna zaczęły odzywać się bólem; nie patrzyła na nie, obawiając się, że nie zniesie widoku. Tak naprawdę nie były bardzo poważne, ale bolesne i świeże, a jej dziecięca jeszcze wyobraźnia nadała im wygląd śmiertelnych obrażeń.
W gałęziach drzew wysoko nad jej głową łagodnie śpiewały ptaki, gdzieś niedaleko cicho szumiała rzeczka. Uspokoiwszy się nieco, wzięła głęboki wdech. Powietrze przyjemnie pachniało wodą, świeżością Pory Nowych Liści i… Klanem Burzy.
Momentalnie znieruchomiała. Klan Burzy… Atak… Bitwa!
Spróbowała poderwać się na łapy; jej ciałem targnął spazm bólu, ale zacisnęła zęby i nie dała się mu obezwładnić. Zaczęła kuśtykać w stronę obozu, drżąc z wysiłku. Kto wie, czy większa jego część spowodowana była nie obrażeniami, a wyrzutami sumienia.
– Chciałam tylko… się uratować... zabiliby... mnie… – wysapała pomiędzy ciężkimi wdechami, usprawiedliwiając się przed samą sobą, jak wiele razy za kociaka, kiedy próbowała uśmierzyć poczucie winy wywołane jakimś mniejszym występkiem. Miała zamiar dodać jeszcze, że w końcu Klan Wilka nie jest jej prawdziwym domem, jednak w porę dotarło do niej, jak niesprawiedliwa jest ta wymówka, i nawet nie potrafiła jej wypowiedzieć na głos. Zazwyczaj nieuszktałtowane do końca poczucie moralności kotki przyjmowało jej pokrętne usprawiedliwienia, a wyrzuty sumienia w mig się ulatniały. Dziwne, ale teraz ta metoda nie była szczególnie skuteczna.
Powrót zajął jej dużo więcej czasu – zmęczenie i ból dawały jej mocno w kość, uniemożliwiając jej uzyskanie tempa wyższego niż spacerowe. Kiedy po dłuższej chwili uniosła głowę, by zorientować się w terenie, pierwszym, co ją uderzyło, był odpychający odór walki – przerażenia, desperacji, furii, śmierci. Gdy wypełnił jej nozdrza, miała najszczerszą ochotę cofnąć się, a potem uciekać, gdzie pieprz rośnie, byle dalej od tej strasznej woni – zmusiła się jednak do pozostania. Tak, obóz był już niedaleko. Gałęzie osłaniających go drzew i krzewów były brutalnie podeptane i połamane, jednak to z pewnością było tutaj.
Inaczej niż przedtem, teraz nie widziała już sił wroga, które wcześniej okrążyły jej dom i starały się zatrzymać ją samą. Nie mogła jednak odetchnąć z ulgą. Nie teraz, kiedy serce ściskało się jej w piersi, a w uszach dudnił głos:
– ...Tylko i wyłącznie z asystą przynajmniej jednego wojownika klanu klifu. Co do kocurów... przysługuje im jedna mysz dziennie. Polować macie tak często, aż…
Przestąpiła zdewastowane zabezpieczenia obozu. Płomyczek nadziei, który tlił się w niej jeszcze chwilę temu, nie tylko zgasł – został wręcz brutalnie zduszony, kiedy wzrok koteczki padł na środek obozu, brudny od krwi, zapełniony kotami. Atakujący i odpierający najazd, ranni, dogorywający i martwi, wszyscy w jednym miejscu, wszyscy rozścieleni na brunatnej ziemi lub stojący obok, tam, gdzie jeszcze kilka ksieżyców temu wesoło bawiły się kocięta, a wojownicy w spokoju dzielili się językami, a nad wszystkim górował jeden kot, rudy barbarzyńca, którego sierść zdawała się płonąć w świetle późnego słońca, a okrutne słowa przemowy wbijały się niczym ciernie w serce oniemiałej z przerażenia Owocowej Łapy.
– Lisie łajno! Jeśli wydaje ci się, że możesz rozkazywać Klanowi Wilka, to… – wrzasnął Płonący Grzbiet, wybiegając na środek, jednak jego również bitwa pozbawiła sił; upadł, oddychając z trudem, zanim mógł dokończyć swoją wypowiedź. Bura uczennica instynktownie ruszyła w stronę leżącego, by udzielić mu pomocy, ale stojący obok wojownik Klanu Klifu był szybszy: w ułamku sekundy zagrodził jej drogę i machnął jej pazurami tuż przed nosem. Cofnęła się prędko i skuliła, na co prychnął z wyższością i odwrócił się z powrotem.
Uniosła oczy, by jeszcze raz spojrzeć na martwe ciała. Przy niektórych stały już koty i opłakiwały straconych bliskich. Poległych można pochować, krew wytrze wiatr i woda, ale obraz wojennego zniszczenia wrył się w duszę Owocowej Łapy i wiedziała, że pozostanie tam już na zawsze.
Zacisnęła szczęki, starając się nie rozpłakać. Nie miała siły i odwagi postawić się wrogom i nie potrafiła się z tym pogodzić. Czy naprawdę inne klany miały podzielić między siebie terytorium Klanu Wilka, a Klan Klifu otrzymać nad wilczakami władzę absolutną? Czy tak właśnie będzie wyglądać od teraz jej życie?
Czy byłoby inaczej, gdybym nie uciekła?
Teraz docierało to do niej z pełną mocą. Zdezerterowała. Uciekła z pola bitwy. Wołała chronić własną skórę, podczas gdy klan, który dał jej opiekę, wił się i umierał pod pazurami wroga. A teraz było już za późno, by zmazać tę winę.
Nie mogła dłużej powstrzymać potoków łez; polały się po jej zabrudzonym posoką i pyłem pyszczku i zrosiły ziemię, która od jakiegoś czasu piła tylko krew. Płakała, bo żal jej było klanu, płakała za koty, które zginęły, płakała, bo czuła się jak najgorszy potwór bez krzty honoru i lojalności. Ruszyła wolno wzdłuż ściany obozu, szlochając cicho. Kilku najeźdźców otaksowało ją czujnym spojrzeniem, ale już nikt nie uznał trzęsącej się, ledwo trzymającej się na nogach rannej koteczki za zagrożenie.
Zataczała się tak bez celu, aż nieomal nie wpadła na błękitną wojowniczkę.
– Spopielona Paproci – załkała, a w jej głosie nie dało się odnaleźć nic z tonu, jakim wymawiała imię kotki w dniu swojego mianowania. Miała wiele do powiedzenia: chciała się przyznać do swojego okropnego występku i zacząć się kajać, ale była zbyt zmęczona, by sensownie ubrać to w słowa, więc wyszeptała tylko słabe: – Co teraz z nami będzie?...
<Spopielona? Przepraszam, że tak długo ;-; Mam nadzieję, że wszystko w porządku z tym op>
Zanim mogła odezwać się choćby słówkiem do nowej mentorki, klanowicze otoczyli ją ściśle ze wszystkich stron, aby złożyć jej gratulacje. Nie bez zaskoczenia zauważyła, że teraz potrafi już większość z nich nazwać po imieniu – biorąc pod uwagę to, że nie tak wiele wschodów słońca temu przy wymawianiu tych dwóch członów plątał jej się język, było to znaczące osiągnięcie. Przez chwilkę interesantów w zamian za miłe słowa obdarzała czarującym uśmiechem i grzecznym “dziękuję”, które wyniosła jeszcze z domu Dwunogów, ale szybko jej się to znudziło, a nienaganne maniery przeszły w machinalne potakiwanie główką. Przynajmniej do czasu, aż w zasięgu wzroku nie pojawiła się średniego wzrostu cętkowana kotka, na której widok buraska z miejsca się ożywiła. Musiała ją zapytać o coś niezwykle ważnego.
– Spopielona Paproci, Spopielona Paproci! – miauknęła podekscytowana, nim tamta zdążyła pogratulować jej odbycia ceremonii. – Płonący Grzbiet powiedział, że ma nadzieję, że Gęsie Pióro przekaże mi całą swoją wiedzę, no a Gęsie Pióro była twoją uczennicą, więc ma tę wiedzę od ciebie, nie? Czy to znaczy, że tak naprawdę przekaże mi twoją wiedzę? Albo nie, przecież ty też musisz ją skądś mieć! Ty też miałaś mentora, i on miał mentora, i on też… To skąd ta cała wiedza się wzięła? To takie poplątane… – jęknęła, gubiąc się w zakrętach swojego własnego pytania.
– Cóż, nie wiem, jak się to wszystko zaczęło – zaczęła ostrożnie starsza kotka; na jej pyszczku gościło zdziwienie połączone z rozbawieniem – ale to chyba nie do końca tak, że przekazujemy tę samą wiedzę. W końcu każdy kot oprócz treningu ma też swoje własne przeżycia, więc do tego, czego uczy swojego ucznia, może dodać nowe informacje, prawda?
– Hmmm. – Owocek zmrużyła oczy i zastygła na moment w bezruchu; tylko jej ogon powoli bujał się na boki, świadcząc o tym, że uczennica intensywnie myśli. – To tak, jakby w misce zostawić trochę karmy… A potem właściciel dosypuje nowej… I jest jej więcej, tak?...
Kilka kotów spojrzało na nią z ukosa, słysząc to niecodzienne porównanie; ona jednak zdawała się tego nie zauważać.
Zupełnie niespodziewanie podskoczyła na równe nogi.
– Okej, dziękuję! – wykrzyknęła zadowolona, po czym dodała głośne: – Ziuuum! – i już jej nie było. Przecisnąwszy się między rozchodzącymi się powoli kotami, w podskokach pobiegła w stronę Gęsiego Pióra, by to ją zasypać nową lawiną dziwacznych pytań.
***
– Owocowa Łapo! Walcz!
Potoczyła się i przywarła do ziemi, spojrzenie szeroko rozwartych, przerażonych oczu wbijając w postawnego kocura. W jego wykrzywiony agresją pysk. W odsłonięte, błyszczące w słońcu kły.
Nie można powiedzieć, by ostatnie księżyce upłynęły w Klanie Wilka sielankowo. Narastające z chwili na chwilę napięcie stało się ostatnimi czasy dobrze wyczuwalne nawet dla takiego lekkoducha, jak bura uczennica. Jak to ona, nie martwiła się nim jednak zbytnio; klan był silny, ostatnio jego szeregi poszerzyło nawet kilka nowych kotów. Ani trochę nie spodziewała się więc, że ktoś mógłby na nich napaść.
Zresztą nawet gdyby tak się stało, gdyby w obawie przed atakiem trenowała dnie i noce, nikt, nawet najwytrawniejszy mentor, nie byłby w stanie przygotować jej na piekło, które właśnie rozciągało się przed jej oczami.
– Dalej! – usłyszała kolejny krzyk Gęsiego Pióra, która, walcząc zaciekle z własnym przeciwnikiem, nie mogła ruszyć jej na pomoc.
Napastnik skoczył. Znów spróbowała zrobić unik, ale zesztywniałe ze strachu łapy nie zadziałały wystarczająco szybko. Poczuła okropny ból w boku; ziemię zbryzgała ciemnoczerwona posoka.
To moja…?
Zrobiło jej się słabo. W uszach jej szumiało, nozdrza wypełnił odór potu zmieszanego z krwią. Jak skamieniała wpatrywała się w przeciwnika, który właśnie unosił łapę do kolejnego ciosu. Czas zwolnił swój bieg. Czy uderzenie będzie decydujące? Jej gorączkowe myśli wypełnił obraz ostrych jak brzytwy pazurów rozcinających jej gardło; ciało upadło bezwładnie na ziemię, a do splamionej krwią sierści przylepił się kurz, wznoszony w powietrze przez wijących się w walce wojowników. Czy tak miało skończyć się jej życie?
Łapa zaczęła opadać. W chwili, gdy miała dotknąć celu, Owocek wyrwała się do przodu, pchana nagłym impulsem. Mięśnie, na których poczuła szpony kocura, zapulsowały ostrym bólem, nie zawahała się jednak ani na moment, ślepo siekąc w przeciwnika wszystkim, czego tylko mogła użyć przeciw niemu. Cięcia pazurami, uderzenia przednich łap, kopniaki tylnymi, bolesne ugryzienia zadane z taką dzikością, że nadawało jej to wygląd barbarzyńskiej bestii – to wszystko posypało się na jej napastnika niczym lawina. Nie przypominało to żadnej z technik walki, którą starała się jej wpoić Gęsie Pióro, nie była to właściwie żadna technika – tylko uzewnętrznienie najbardziej podstawowej, właściwej wszystkim istotom woli życia; szaleńczy zryw kogoś, kogo postawiono w sytuacji beznadziejnej, skonfrontowanego z zabójczym zagrożeniem, nieuchronną perspektywą śmierci, a mimo to ten ktoś wraz ze swoim ostatnim tchnieniem rzuca się na swego oprawcę, nie zważając na konsekwencje, na swoje szanse, na nic… najzwyczajniej w świecie chcąc po prostu – istnieć. Tak właśnie atakowała Owocowa Łapa.
Kocur, którego uwagę uśpiła jej niezdarność i przerażenie, szybko uległ jej zawziętym ciosom. Potoczyli się po zadeptanej trawie, oddalając się od masy walczących. Był większy od niej i z pewnością bardziej doświadczony; ona jednak nie baczyła na straty, które mogła odnieść, i to właśnie nadawało jej atakom niezwykłą bezwzględność, ponadprzeciętną brawurę, która ostatecznie pozwoliła jej stanąć nad nim i zadać ostatni, decydujący cios. Przez sekundę patrzyła, jak jego krew miesza się z jej własną, a potem strumieniami zdąża ku głównemu polu bitwy i tam łączy się w rzeki lepkiej mazi, zmieszanej z błotem i kurzem, pochodzącej od kilku, kilkunastu, nie, dziesiątek rannych kotów…
Zaraz potem okręciła się i rzuciła do ucieczki.
Nie był to bieg rannej kocicy, tylko dzikiego stworzenia, które uwolniło się w niej podczas walki. Kolce krzewów okalających obóz wczepiły się w jej sierść; pazury wrogów, którzy czyhali tuż za jego granicą, na nowo poprzecinały jej skórę, ona jednak nie zważała już na nic i w szaleńczym pędzie przedarła się przez nich, jak pędzony przez nieustępliwego łowcę królik przesadza dziko splątane krzewy, by jako pierwszy dopaść bezpiecznej nory.
Tyle że ona nie miała schronienia. Swój dom właśnie zostawiła za sobą.
Biegła, nie oglądając się za sobą, aż nawet adrenalina nie była w stanie dłużej utrzymać jej na łapach. Czując, jak traci dech, zatrzymała się, a chwilę później bezwładnie opadła leśną ściółkę.
Co się stało?...
Zamrugała powoli, wracając do rzeczywistości. Duch walki i bitewny zapał powoli opuszczał jej ciało, pozostawiając ją bez sił, jak sflaczały balonik. Rany z wolna zaczęły odzywać się bólem; nie patrzyła na nie, obawiając się, że nie zniesie widoku. Tak naprawdę nie były bardzo poważne, ale bolesne i świeże, a jej dziecięca jeszcze wyobraźnia nadała im wygląd śmiertelnych obrażeń.
W gałęziach drzew wysoko nad jej głową łagodnie śpiewały ptaki, gdzieś niedaleko cicho szumiała rzeczka. Uspokoiwszy się nieco, wzięła głęboki wdech. Powietrze przyjemnie pachniało wodą, świeżością Pory Nowych Liści i… Klanem Burzy.
Momentalnie znieruchomiała. Klan Burzy… Atak… Bitwa!
Spróbowała poderwać się na łapy; jej ciałem targnął spazm bólu, ale zacisnęła zęby i nie dała się mu obezwładnić. Zaczęła kuśtykać w stronę obozu, drżąc z wysiłku. Kto wie, czy większa jego część spowodowana była nie obrażeniami, a wyrzutami sumienia.
– Chciałam tylko… się uratować... zabiliby... mnie… – wysapała pomiędzy ciężkimi wdechami, usprawiedliwiając się przed samą sobą, jak wiele razy za kociaka, kiedy próbowała uśmierzyć poczucie winy wywołane jakimś mniejszym występkiem. Miała zamiar dodać jeszcze, że w końcu Klan Wilka nie jest jej prawdziwym domem, jednak w porę dotarło do niej, jak niesprawiedliwa jest ta wymówka, i nawet nie potrafiła jej wypowiedzieć na głos. Zazwyczaj nieuszktałtowane do końca poczucie moralności kotki przyjmowało jej pokrętne usprawiedliwienia, a wyrzuty sumienia w mig się ulatniały. Dziwne, ale teraz ta metoda nie była szczególnie skuteczna.
Powrót zajął jej dużo więcej czasu – zmęczenie i ból dawały jej mocno w kość, uniemożliwiając jej uzyskanie tempa wyższego niż spacerowe. Kiedy po dłuższej chwili uniosła głowę, by zorientować się w terenie, pierwszym, co ją uderzyło, był odpychający odór walki – przerażenia, desperacji, furii, śmierci. Gdy wypełnił jej nozdrza, miała najszczerszą ochotę cofnąć się, a potem uciekać, gdzie pieprz rośnie, byle dalej od tej strasznej woni – zmusiła się jednak do pozostania. Tak, obóz był już niedaleko. Gałęzie osłaniających go drzew i krzewów były brutalnie podeptane i połamane, jednak to z pewnością było tutaj.
Inaczej niż przedtem, teraz nie widziała już sił wroga, które wcześniej okrążyły jej dom i starały się zatrzymać ją samą. Nie mogła jednak odetchnąć z ulgą. Nie teraz, kiedy serce ściskało się jej w piersi, a w uszach dudnił głos:
– ...Tylko i wyłącznie z asystą przynajmniej jednego wojownika klanu klifu. Co do kocurów... przysługuje im jedna mysz dziennie. Polować macie tak często, aż…
Przestąpiła zdewastowane zabezpieczenia obozu. Płomyczek nadziei, który tlił się w niej jeszcze chwilę temu, nie tylko zgasł – został wręcz brutalnie zduszony, kiedy wzrok koteczki padł na środek obozu, brudny od krwi, zapełniony kotami. Atakujący i odpierający najazd, ranni, dogorywający i martwi, wszyscy w jednym miejscu, wszyscy rozścieleni na brunatnej ziemi lub stojący obok, tam, gdzie jeszcze kilka ksieżyców temu wesoło bawiły się kocięta, a wojownicy w spokoju dzielili się językami, a nad wszystkim górował jeden kot, rudy barbarzyńca, którego sierść zdawała się płonąć w świetle późnego słońca, a okrutne słowa przemowy wbijały się niczym ciernie w serce oniemiałej z przerażenia Owocowej Łapy.
– Lisie łajno! Jeśli wydaje ci się, że możesz rozkazywać Klanowi Wilka, to… – wrzasnął Płonący Grzbiet, wybiegając na środek, jednak jego również bitwa pozbawiła sił; upadł, oddychając z trudem, zanim mógł dokończyć swoją wypowiedź. Bura uczennica instynktownie ruszyła w stronę leżącego, by udzielić mu pomocy, ale stojący obok wojownik Klanu Klifu był szybszy: w ułamku sekundy zagrodził jej drogę i machnął jej pazurami tuż przed nosem. Cofnęła się prędko i skuliła, na co prychnął z wyższością i odwrócił się z powrotem.
Uniosła oczy, by jeszcze raz spojrzeć na martwe ciała. Przy niektórych stały już koty i opłakiwały straconych bliskich. Poległych można pochować, krew wytrze wiatr i woda, ale obraz wojennego zniszczenia wrył się w duszę Owocowej Łapy i wiedziała, że pozostanie tam już na zawsze.
Zacisnęła szczęki, starając się nie rozpłakać. Nie miała siły i odwagi postawić się wrogom i nie potrafiła się z tym pogodzić. Czy naprawdę inne klany miały podzielić między siebie terytorium Klanu Wilka, a Klan Klifu otrzymać nad wilczakami władzę absolutną? Czy tak właśnie będzie wyglądać od teraz jej życie?
Czy byłoby inaczej, gdybym nie uciekła?
Teraz docierało to do niej z pełną mocą. Zdezerterowała. Uciekła z pola bitwy. Wołała chronić własną skórę, podczas gdy klan, który dał jej opiekę, wił się i umierał pod pazurami wroga. A teraz było już za późno, by zmazać tę winę.
Nie mogła dłużej powstrzymać potoków łez; polały się po jej zabrudzonym posoką i pyłem pyszczku i zrosiły ziemię, która od jakiegoś czasu piła tylko krew. Płakała, bo żal jej było klanu, płakała za koty, które zginęły, płakała, bo czuła się jak najgorszy potwór bez krzty honoru i lojalności. Ruszyła wolno wzdłuż ściany obozu, szlochając cicho. Kilku najeźdźców otaksowało ją czujnym spojrzeniem, ale już nikt nie uznał trzęsącej się, ledwo trzymającej się na nogach rannej koteczki za zagrożenie.
Zataczała się tak bez celu, aż nieomal nie wpadła na błękitną wojowniczkę.
– Spopielona Paproci – załkała, a w jej głosie nie dało się odnaleźć nic z tonu, jakim wymawiała imię kotki w dniu swojego mianowania. Miała wiele do powiedzenia: chciała się przyznać do swojego okropnego występku i zacząć się kajać, ale była zbyt zmęczona, by sensownie ubrać to w słowa, więc wyszeptała tylko słabe: – Co teraz z nami będzie?...
<Spopielona? Przepraszam, że tak długo ;-; Mam nadzieję, że wszystko w porządku z tym op>
14 maja 2019
Od Owocka (Owocowej Łapy) cd. Cętkowanego Liścia
– No powiedz! Powiedz! Kto ci niby zabronił mówić? Ten ważny kot? Ja chcę wiedzieć, teraz! – zakwiliła koteczka, ale ze strony Cętkowanego Liścia odpowiedziało jej tylko milczenie. Jeszcze chwilę żądała wyjaśnień, niemal podskakując w wyczekiwaniu, po czym z rozdrażnieniem ściągnęła brwi. Jeżeli tak miało wyglądać to życie w klanie, to tym bardziej nie chciała tu zostawać.
– Jak nie chcesz mi powiedzieć, to ja cię już nie lubię! Nie lubię cię! I jesteś głupia i w ogóle! – krzyknęła ze złością, nie zapominając o wysunięciu języka na pełną długość, po czym, głośno tupiąc małymi łapkami, odbiegła. Bynajmniej nie w kierunku żłobka. O nie, skoro pierwszy plan tej wściekłej kulki zawiódł, to czas na drugi. A on polegał na uzyskaniu informacji u źródła, czyli, jak sobie go Owocek określiła, “ważnego pana”.
Z początku nikt nie zwrócił uwagi na naburmuszonego kociaka pędzącego w stronę legowiska lidera, a kiedy ktoś zorientował się i krzyknął, buraska wpadała już na pełnej prędkości prosto do mieszczącej się pod konarem jamki.
– Panie Borowa Gwiazdooooo! – zawołała, ledwie wyhamowując tuż przed zdziwionym przywódcą i wybudzając go tym samym z drzemki, w którą właśnie zapadł. – O co chodzi z jakimiś nowymi imionami i wojownikami? Dlaczego dał pan Cętce jakiegoś Liścia? Wszystko się przez pana pokićkało! Teraz albo się do mnie nie odzywa, albo mówi, że dowiem się jutro, a ja chcę…
– Przepraszam, Borsucza Gwiazdo – ukłoniła się z zakłopotaniem szylkretowa kotka, zatykając Owockowi pyszczek ogonem. Kociak pufnął z oburzeniem, ale nie mógł usunąć nałożonej nań po raz kolejny blokady. – Musiała uciec ze żłobka.
– Nic się nie stało, Wróblowy Śpiewie – to było ostatnie, co dane było koteczce usłyszeć w legowsiku lidera przed tym, jak została podniesiona za kark i wyprowadzona na zewnątrz.
– To nie fair! – jęknęła głośno, kiedy tylko puszyste futerko przestało łaskotać ją w podniebienie. – Wszyscy mnie ignorujecie! To jakaś tajemnica, czy co? A nawet jeśli to sekret, ja i tak chcę się dowiedzieć!
Zewsząd rozległy się poirytowane pomruki kotów, których odpoczynek został przerwany przez krzyki buraski. Nie straciła ona jednak rezonu, nawet po “To znowu ten bobek tak się drze?” czy “Mówiłem, że nic dobrego z nich nie wyrośnie”.
– I dowiesz się, kochanie – uspokoiła kulkę futra szylkretka, odłożywszy ją na miękkie posłanie w żłobku. Serce jej się krajało, kiedy patrzyła na smutną minkę kociaka okrutnie potraktowanego przez los, która wykwitła na pyszczku małej, ale dobrze wiedziała, że jeżeli odpowie na choćby jedno jej pytanie, pociągnie ono za sobą lawinę kolejnych, a rozochoconego kociaka nie będzie już tak łatwo ułożyć do snu. – Ale teraz wszyscy są zmęczeni. Popatrz, nawet twoja siostrzyczka już śpi… Komuś może się coś pomylić, a chyba nie chcesz, żeby ktoś przypadkiem powiedział ci nieprawdę, nie? Za to jutro powiem ci wszystko, co będziesz chciała.
– Ale… – zająknęła się Owocek. Nie chciała tak łatwo odpuszczać, ale wizja otrzymania nieprawdziwych informacji, którą roztoczyła przed nią starsza kotka, nie wyglądała zachęcająco. – Ale co, jak ja chcę, żeby to Cętkowany Liść mi powiedziała?
– Hm, w takim razie musisz ją jutro ładnie poprosić. Ale jeżeli gdyby nawet się nie zgodziła, to pamiętaj, że zawsze masz mnie! A teraz śpij już, bo nie będziesz miała siły, żeby jutro słuchać.
– E tam, ja zawsze mam siłę! Nawet za dużo! – pochwaliła się koteczka, ale posłusznie zwinęła się w kłębuszek, na wypadek, gdyby słowa kotki mogły się ziścić. – No, dobrze… Dobranoc!
– Dobranoc – odpowiedziała ciepło wojowniczka i opuściła żłobek.
Mała ziewnęła. Mimo tego, co mówiła, była jedynie kociakiem, który jak każdy inny potrzebował jeszcze wiele snu. Przewracała się jeszcze chwilę z boku na bok, po czym zapadła w długi, spokojny sen, pełen wirujących liści, puchatych ogonów i drzemiących Borsuczych Gwiazd.
– Jak to jesteś zmęczona!? – wykrzyknęła zdumiona koteczka, po tym jak następnego dnia punktualnie o świcie wybiegła na poszukiwania Cętkowanego Liścia. Z oczywistych względów nie zajęły jej one zbyt wiele czasu. Do momentu, w którym padło to pytanie, zdążyła już w ramach “ładnego poproszenia” wycofać swoje wczorajsze oszczerstwa i nawet użyć kilku magicznych słów – tylko po to, żeby usłyszeć, że na razie z opowieści nici.
– Po prostu. Nie spałam całą noc, bo musiałam pilnować obozu. Owocku, przesuń się wreszcie! Mam cię stratować? – spytała poirytowana wojowniczka, kiedy kocię po raz kolejny zatarasowało jej swoim całkiem sporym ciałkiem wejście do legowiska wojowników. Możliwe, że dałoby się jakoś nad nim przedostać, gdyby nie to, że nieustannie wierciło się i podskakiwało, przez co wyminięcie go w ten sposób bez zrobienie mu krzywdy stawało się niemożliwe.
– To po co go pilnowałaś? Wróblowy Śpiew powiedziała mi wczoraj, że mam spać, żeby mieć siłę. I widzisz? Mam! A ty co? Dorośli zawsze mówią, co mamy robić, a potem sami robią kompletnie co innego! To jest ta… hi...hipotacja, czy coś… – Owocek potrząsnęła głową, próbując tym gestem cofnąć swoją nieudaną próbę wypowiedzenia trudnego słówka. – Teraz już się nie wymigasz! Masz mi wszystko opowiedzieć!
– Jak nie chcesz mi powiedzieć, to ja cię już nie lubię! Nie lubię cię! I jesteś głupia i w ogóle! – krzyknęła ze złością, nie zapominając o wysunięciu języka na pełną długość, po czym, głośno tupiąc małymi łapkami, odbiegła. Bynajmniej nie w kierunku żłobka. O nie, skoro pierwszy plan tej wściekłej kulki zawiódł, to czas na drugi. A on polegał na uzyskaniu informacji u źródła, czyli, jak sobie go Owocek określiła, “ważnego pana”.
Z początku nikt nie zwrócił uwagi na naburmuszonego kociaka pędzącego w stronę legowiska lidera, a kiedy ktoś zorientował się i krzyknął, buraska wpadała już na pełnej prędkości prosto do mieszczącej się pod konarem jamki.
– Panie Borowa Gwiazdooooo! – zawołała, ledwie wyhamowując tuż przed zdziwionym przywódcą i wybudzając go tym samym z drzemki, w którą właśnie zapadł. – O co chodzi z jakimiś nowymi imionami i wojownikami? Dlaczego dał pan Cętce jakiegoś Liścia? Wszystko się przez pana pokićkało! Teraz albo się do mnie nie odzywa, albo mówi, że dowiem się jutro, a ja chcę…
– Przepraszam, Borsucza Gwiazdo – ukłoniła się z zakłopotaniem szylkretowa kotka, zatykając Owockowi pyszczek ogonem. Kociak pufnął z oburzeniem, ale nie mógł usunąć nałożonej nań po raz kolejny blokady. – Musiała uciec ze żłobka.
– Nic się nie stało, Wróblowy Śpiewie – to było ostatnie, co dane było koteczce usłyszeć w legowsiku lidera przed tym, jak została podniesiona za kark i wyprowadzona na zewnątrz.
– To nie fair! – jęknęła głośno, kiedy tylko puszyste futerko przestało łaskotać ją w podniebienie. – Wszyscy mnie ignorujecie! To jakaś tajemnica, czy co? A nawet jeśli to sekret, ja i tak chcę się dowiedzieć!
Zewsząd rozległy się poirytowane pomruki kotów, których odpoczynek został przerwany przez krzyki buraski. Nie straciła ona jednak rezonu, nawet po “To znowu ten bobek tak się drze?” czy “Mówiłem, że nic dobrego z nich nie wyrośnie”.
– I dowiesz się, kochanie – uspokoiła kulkę futra szylkretka, odłożywszy ją na miękkie posłanie w żłobku. Serce jej się krajało, kiedy patrzyła na smutną minkę kociaka okrutnie potraktowanego przez los, która wykwitła na pyszczku małej, ale dobrze wiedziała, że jeżeli odpowie na choćby jedno jej pytanie, pociągnie ono za sobą lawinę kolejnych, a rozochoconego kociaka nie będzie już tak łatwo ułożyć do snu. – Ale teraz wszyscy są zmęczeni. Popatrz, nawet twoja siostrzyczka już śpi… Komuś może się coś pomylić, a chyba nie chcesz, żeby ktoś przypadkiem powiedział ci nieprawdę, nie? Za to jutro powiem ci wszystko, co będziesz chciała.
– Ale… – zająknęła się Owocek. Nie chciała tak łatwo odpuszczać, ale wizja otrzymania nieprawdziwych informacji, którą roztoczyła przed nią starsza kotka, nie wyglądała zachęcająco. – Ale co, jak ja chcę, żeby to Cętkowany Liść mi powiedziała?
– Hm, w takim razie musisz ją jutro ładnie poprosić. Ale jeżeli gdyby nawet się nie zgodziła, to pamiętaj, że zawsze masz mnie! A teraz śpij już, bo nie będziesz miała siły, żeby jutro słuchać.
– E tam, ja zawsze mam siłę! Nawet za dużo! – pochwaliła się koteczka, ale posłusznie zwinęła się w kłębuszek, na wypadek, gdyby słowa kotki mogły się ziścić. – No, dobrze… Dobranoc!
– Dobranoc – odpowiedziała ciepło wojowniczka i opuściła żłobek.
Mała ziewnęła. Mimo tego, co mówiła, była jedynie kociakiem, który jak każdy inny potrzebował jeszcze wiele snu. Przewracała się jeszcze chwilę z boku na bok, po czym zapadła w długi, spokojny sen, pełen wirujących liści, puchatych ogonów i drzemiących Borsuczych Gwiazd.
* * *
– Po prostu. Nie spałam całą noc, bo musiałam pilnować obozu. Owocku, przesuń się wreszcie! Mam cię stratować? – spytała poirytowana wojowniczka, kiedy kocię po raz kolejny zatarasowało jej swoim całkiem sporym ciałkiem wejście do legowiska wojowników. Możliwe, że dałoby się jakoś nad nim przedostać, gdyby nie to, że nieustannie wierciło się i podskakiwało, przez co wyminięcie go w ten sposób bez zrobienie mu krzywdy stawało się niemożliwe.
– To po co go pilnowałaś? Wróblowy Śpiew powiedziała mi wczoraj, że mam spać, żeby mieć siłę. I widzisz? Mam! A ty co? Dorośli zawsze mówią, co mamy robić, a potem sami robią kompletnie co innego! To jest ta… hi...hipotacja, czy coś… – Owocek potrząsnęła głową, próbując tym gestem cofnąć swoją nieudaną próbę wypowiedzenia trudnego słówka. – Teraz już się nie wymigasz! Masz mi wszystko opowiedzieć!
<Cętka?>
25 kwietnia 2019
Od Owocka CD Cętkowanego Liścia
Choć temperatura nie była za wysoka, Owocek ani myślała pozostawać tego dnia w żłobku. Akurat tak się jednak złożyło, że reszta kociaków nie miała raczej ochoty na zabawę, co, w połączeniu z jej brakiem zaufania do tutejszych kotów, skazywało ją na samotne spędzanie czasu. Postanowiła go sobie umilać, obserwując (czasem także zjadając) przygodne chrząszcze i inne wszelkiego rodzaju kolorowe robaczki. Gdyby robiła to z większym rozmysłem i świadomością, można byłoby powiedzieć, że na swój sposób zachowywała się mądrze – przez następne kilka miesięcy miała tych owadów wcale nie oglądać.
Pewnie reszta dnia upłynęłaby jej na podobnych czynnościach, gdyby nie wołanie, które rozległo się niespodziewanie ze środka obozu, oraz wywołane nim zbiegowisko w tym samym miejscu.
– Oho! Wreszcie coś się dzieje! – ucieszyła się buraska, od razu stając na równe nogi. Nie popędziła jednak w ślad za gromadzącymi się klanowiczami, a w drugą stronę – do kociarni.
– Hej, Świetliku, tam się coś właśnie zaczyna! Idziesz? – zapytała, przebierając łapkami z podekscytowania.
– Wolałabym zostać. Chyba, że bardzo ci zależy... – Owocek nie dosłyszała końcówki odpowiedzi siostry, bo już po kilku pierwszych słowach odwróciła się na pięcie.
– Okej, to ja idę! Opowiem ci wszyściusieńko, jak wrócę, nie martw się! – zapewniła ją radośnie i rzuciła się pędem w stronę wydarzeń. A działo się coś naprawdę ważnego – wianuszek kotów okalał centrum akcji niczym mur. Akurat to się koteczce nie spodobało, bo gapiowie stłoczyli się tak gęsto, że ze swojej bliskiej ziemi perspektywy nie widziała praktycznie niczego.
– Hej! Co się tutaj wyprawia? – zapytała głośno, i nieco bezczelnie, stojącego obok wojownika.
– Ciszej – zganił ją tamten i nie udzielił jej odpowiedzi. Kotka tupnęła gniewnie nóżką. Jak on śmie tak ją ignorować? No halo, przecież ona też ma prawo wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi! To nie jej wina, że jest taka niziutka!
Już miała mu coś nieprzyjemnego odparować, kiedy kątem oka dostrzegła, że jeden z zebranych unosi łapę, żeby podrapać się po nosie. To moja szansa!, zrozumiała, a znalezienie się na miejscu uniesionej na chwilę kończyny nie zajęło jej nawet uderzenia serca. Zaskoczony kot prawie na nią nastąpił, ale jej to “prawie” wystarczało do szczęścia; już po chwili się zresztą od niego oddaliła, bo okazało się, że kiedy już wniknie się w tłum, to dalsze przepychanie się przez niego staje się o wiele łatwiejsze. Wykorzystując swoje niewielkie gabaryty, koteczka przecisnęła się aż do pierwszego rzędu, w samą porę, by usłyszeć głośne:
– Przysięgam. – Na środku stał nie kto inny, jak Cętkowana Łapa, natomiast kiedy Owocek podniosła nieco główkę, dostrzegła również znajomego, biało-brązowego kocura. Jego położenie jasno wskazywało na to, że nie pomyliła się w jego ocenie: pełnił tu jakąś ważną rolę. Co bura uczennica właśnie przysięgała? Ciekawość koteczki urosła do olbrzymich rozmiarów. Przez moment rozważała wypytanie kogoś z obecnych, ale uroczysty nastrój ceremonii działał przytłaczająco nawet na tak rozbrykaną istotkę, jak ona. Koniec końców słowa lidera, które rozległy się po chwili, udzieliły odpowiedzi na jej pytania.
– Zatem mocą klanu Gwiazd nadaję Ci nowe imię wojownika. Cętkowana Łapo, od dziś będziesz znana jako Cętkowany Liść. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i oddanie, i wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Poprawka: udzieliły odpowiedzi na część jej pytań, bo koniec przemowy dał zalążek do powstania wielu, wielu więcej. Zupełnie zdezorientowana mała patrzyła, jak kocur dotyka pyszczkiem głowy mianowanej, na co ta odpowiada dotknięciem jego barku. Co to ma być za jakiś Cętkowany Liść? Po co jej nowe imię? Stare było niedobre? I czym jest ten cały Klan Gwiazd? Wydaje mi się, że gdzieś już to słyszałam… Zagadki mnożyły się w jej głowie, a nagły rwetes, który wybuchł w dotychczas względnie cichym obozie, zmieszał ją jeszcze bardziej. Nagle bowiem wszyscy zgromadzeni zaczęli uparcie skandować dwa słowa, i to tak głośno, że Owocek, która sama nie należała do cichych osób, aż opadła na ziemię i przykryła uszka łapkami, żeby nie popękały jej bębenki.
– Cętkowany Liść! Cętkowany Liść! – Kiedy okrzyki stały się nieco cichsze, buraska wstała. W głowie jej się kręciło od tych wszystkich nowych i dziwacznych rzeczy, które przed chwilą zobaczyła i usłyszała. Kilka kotów już ruszało w kierunku mianowanej kocicy; skojarzyły się one Owockowi z tłumem, który wcześniej otoczył ją tak szczelnie, że tylko dzięki szczęściu udało jej się obejrzeć ceremonię. Oo, co to, to nie!
Tak szybko, że oczy zgromadzonych ledwie zarejestrowały jej ruch, śmignęła w stronę Cętkowanego Liścia, niemal wpadając jej pod łapy.
– Co to ma być? – bez ogródek zwróciła się do wojowniczki, gotowa swoim zwyczajem zasypać ją pytaniami. – O co chodzi z tym wojownikiem? I dlaczego zmienił ci imię? Nie podobało mu się, czy co? I po co wszyscy tak krzyczeli?
Chociaż wszystkie te kwestie były dla niej ważne, to szczególnie interesowała ją sprawa nowej godności kotki. Już wcześniej zauważyła, że imiona tutejszych są dziwacznie długie i pokręcone, jednak dotąd nie wpadła na to, że mogą być zmieniane! To wszystko okropnie ją ciekawiło – ale i martwiło. Co, jeśli ją też będą chcieli nazwać jakimś Liściem?
Oczekując zaspokojenia swojej ciekawości, wpatrywała się w starszą kotkę jak w obrazek.
<Cętka?>
Pewnie reszta dnia upłynęłaby jej na podobnych czynnościach, gdyby nie wołanie, które rozległo się niespodziewanie ze środka obozu, oraz wywołane nim zbiegowisko w tym samym miejscu.
– Oho! Wreszcie coś się dzieje! – ucieszyła się buraska, od razu stając na równe nogi. Nie popędziła jednak w ślad za gromadzącymi się klanowiczami, a w drugą stronę – do kociarni.
– Hej, Świetliku, tam się coś właśnie zaczyna! Idziesz? – zapytała, przebierając łapkami z podekscytowania.
– Wolałabym zostać. Chyba, że bardzo ci zależy... – Owocek nie dosłyszała końcówki odpowiedzi siostry, bo już po kilku pierwszych słowach odwróciła się na pięcie.
– Okej, to ja idę! Opowiem ci wszyściusieńko, jak wrócę, nie martw się! – zapewniła ją radośnie i rzuciła się pędem w stronę wydarzeń. A działo się coś naprawdę ważnego – wianuszek kotów okalał centrum akcji niczym mur. Akurat to się koteczce nie spodobało, bo gapiowie stłoczyli się tak gęsto, że ze swojej bliskiej ziemi perspektywy nie widziała praktycznie niczego.
– Hej! Co się tutaj wyprawia? – zapytała głośno, i nieco bezczelnie, stojącego obok wojownika.
– Ciszej – zganił ją tamten i nie udzielił jej odpowiedzi. Kotka tupnęła gniewnie nóżką. Jak on śmie tak ją ignorować? No halo, przecież ona też ma prawo wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi! To nie jej wina, że jest taka niziutka!
Już miała mu coś nieprzyjemnego odparować, kiedy kątem oka dostrzegła, że jeden z zebranych unosi łapę, żeby podrapać się po nosie. To moja szansa!, zrozumiała, a znalezienie się na miejscu uniesionej na chwilę kończyny nie zajęło jej nawet uderzenia serca. Zaskoczony kot prawie na nią nastąpił, ale jej to “prawie” wystarczało do szczęścia; już po chwili się zresztą od niego oddaliła, bo okazało się, że kiedy już wniknie się w tłum, to dalsze przepychanie się przez niego staje się o wiele łatwiejsze. Wykorzystując swoje niewielkie gabaryty, koteczka przecisnęła się aż do pierwszego rzędu, w samą porę, by usłyszeć głośne:
– Przysięgam. – Na środku stał nie kto inny, jak Cętkowana Łapa, natomiast kiedy Owocek podniosła nieco główkę, dostrzegła również znajomego, biało-brązowego kocura. Jego położenie jasno wskazywało na to, że nie pomyliła się w jego ocenie: pełnił tu jakąś ważną rolę. Co bura uczennica właśnie przysięgała? Ciekawość koteczki urosła do olbrzymich rozmiarów. Przez moment rozważała wypytanie kogoś z obecnych, ale uroczysty nastrój ceremonii działał przytłaczająco nawet na tak rozbrykaną istotkę, jak ona. Koniec końców słowa lidera, które rozległy się po chwili, udzieliły odpowiedzi na jej pytania.
– Zatem mocą klanu Gwiazd nadaję Ci nowe imię wojownika. Cętkowana Łapo, od dziś będziesz znana jako Cętkowany Liść. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i oddanie, i wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka.
Poprawka: udzieliły odpowiedzi na część jej pytań, bo koniec przemowy dał zalążek do powstania wielu, wielu więcej. Zupełnie zdezorientowana mała patrzyła, jak kocur dotyka pyszczkiem głowy mianowanej, na co ta odpowiada dotknięciem jego barku. Co to ma być za jakiś Cętkowany Liść? Po co jej nowe imię? Stare było niedobre? I czym jest ten cały Klan Gwiazd? Wydaje mi się, że gdzieś już to słyszałam… Zagadki mnożyły się w jej głowie, a nagły rwetes, który wybuchł w dotychczas względnie cichym obozie, zmieszał ją jeszcze bardziej. Nagle bowiem wszyscy zgromadzeni zaczęli uparcie skandować dwa słowa, i to tak głośno, że Owocek, która sama nie należała do cichych osób, aż opadła na ziemię i przykryła uszka łapkami, żeby nie popękały jej bębenki.
– Cętkowany Liść! Cętkowany Liść! – Kiedy okrzyki stały się nieco cichsze, buraska wstała. W głowie jej się kręciło od tych wszystkich nowych i dziwacznych rzeczy, które przed chwilą zobaczyła i usłyszała. Kilka kotów już ruszało w kierunku mianowanej kocicy; skojarzyły się one Owockowi z tłumem, który wcześniej otoczył ją tak szczelnie, że tylko dzięki szczęściu udało jej się obejrzeć ceremonię. Oo, co to, to nie!
Tak szybko, że oczy zgromadzonych ledwie zarejestrowały jej ruch, śmignęła w stronę Cętkowanego Liścia, niemal wpadając jej pod łapy.
– Co to ma być? – bez ogródek zwróciła się do wojowniczki, gotowa swoim zwyczajem zasypać ją pytaniami. – O co chodzi z tym wojownikiem? I dlaczego zmienił ci imię? Nie podobało mu się, czy co? I po co wszyscy tak krzyczeli?
Chociaż wszystkie te kwestie były dla niej ważne, to szczególnie interesowała ją sprawa nowej godności kotki. Już wcześniej zauważyła, że imiona tutejszych są dziwacznie długie i pokręcone, jednak dotąd nie wpadła na to, że mogą być zmieniane! To wszystko okropnie ją ciekawiło – ale i martwiło. Co, jeśli ją też będą chcieli nazwać jakimś Liściem?
Oczekując zaspokojenia swojej ciekawości, wpatrywała się w starszą kotkę jak w obrazek.
<Cętka?>
22 kwietnia 2019
Od Owocka
Koteczka poruszyła wąsikami z niezadowoleniem. Właśnie kończyła jeść swoją porcję dziwnego jedzenia kotów klanowych. Skąd oni brali te dziwne, puszyste kąski? W porównaniu do karmy jadło się je raczej niewygodnie; Owockowi co i rusz sierść wchodziła między ząbki, nie mówiąc już o raczej obrzydliwym widoku, który ukazywał się jej oczom, kiedy docierała do środka zdobyczy. Na jej skargę kot, który przyniósł tu jedzenie, odpowiedział tylko protekcjonalnym śmiechem i zapewnieniem, że niedługo się przyzwyczai. Według małej raczej się na to nie zanosiło.
Choćby nawet i najobrzydliwszy, posiłek zawsze przynosił energię, a tej kotce nie trzeba było wiele pożywienia, by naładować akumulatory. Już po chwili stała na łapkach, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś do roboty. Nie musiała szukać długo. Już sam widok zewnętrznego świata przypomniał jej o tym, że nawet nie wie jeszcze, co gdzie się znajduje w obozie – a przecież dla jej celu, czyli jak najszybszej ucieczki, była to wiedza niezwykle ważna! Kiedy tylko zdała sobie z tego sprawę, prędko przeskanowała otoczenie w poszukiwaniu kota, który mógłby jej przekazać niezbędne informacje. Niestety, przydatnej w takich chwilach Cętkowanej Łapy nie było w pobliżu, a Świetlik nie wiedziała pewnie więcej od niej samej. Reszty kotów, które zazwyczaj przebywały w żłobku, teraz tam nie było. Wybiegła na zewnątrz. Bawiące się nieopodal kociarni rodzeństwo od razu zwróciło jej uwagę. Bura kotka dała się już Owockowi poznać jako nieprzyjazna, toteż koteczka ani myślała prosić ją o oprowadzenie – co to byłaby za przyjemność? Jednak szczęście uśmiechnęło się chyba tego dnia do córki pieszczochów, gdyż ledwie kilka uderzeń serca po tym, jak zauważyła Łabędzia i Północ, ta ostatnia oddaliła się, pozostawiając swojego brata samego.
– Hej, Łabędziu! – zawołała bura, na łeb, na szyję biegnąc w stronę kocurka. – Oprowadzisz mnie po obozie? Proszę!
Łabędź odwrócił się zaskoczony i jakby przestraszony.
– A-ale… – wyjąkał cicho, rzucając spojrzenie za siebie – właśnie bawimy się w chowanego z Północą…
– Oj, to tylko chwilka, nic jej się nie stanie! – zapewniła go wesoło koteczka. – No proszę, zgódź się! Zgódź! Moja mama zawsze mówiła, że kocury muszą pomagać kotkom, bo inaczej to zwykłe dranie… Czy jakoś tak. No chodź!
Rudo-biały wyglądał na zagubionego i przytłoczonego jej radosnym słowotokiem. Jego niezdecydowanie wykorzystała Owocek, niemal popychając go w stronę pierwszego obiektu, o którym chciała się czegoś dowiedzieć.
– O, na przykład to. Co to jest? – zapytała ciekawsko, wskazując łapką legowisko starszych.
Choćby nawet i najobrzydliwszy, posiłek zawsze przynosił energię, a tej kotce nie trzeba było wiele pożywienia, by naładować akumulatory. Już po chwili stała na łapkach, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś do roboty. Nie musiała szukać długo. Już sam widok zewnętrznego świata przypomniał jej o tym, że nawet nie wie jeszcze, co gdzie się znajduje w obozie – a przecież dla jej celu, czyli jak najszybszej ucieczki, była to wiedza niezwykle ważna! Kiedy tylko zdała sobie z tego sprawę, prędko przeskanowała otoczenie w poszukiwaniu kota, który mógłby jej przekazać niezbędne informacje. Niestety, przydatnej w takich chwilach Cętkowanej Łapy nie było w pobliżu, a Świetlik nie wiedziała pewnie więcej od niej samej. Reszty kotów, które zazwyczaj przebywały w żłobku, teraz tam nie było. Wybiegła na zewnątrz. Bawiące się nieopodal kociarni rodzeństwo od razu zwróciło jej uwagę. Bura kotka dała się już Owockowi poznać jako nieprzyjazna, toteż koteczka ani myślała prosić ją o oprowadzenie – co to byłaby za przyjemność? Jednak szczęście uśmiechnęło się chyba tego dnia do córki pieszczochów, gdyż ledwie kilka uderzeń serca po tym, jak zauważyła Łabędzia i Północ, ta ostatnia oddaliła się, pozostawiając swojego brata samego.
– Hej, Łabędziu! – zawołała bura, na łeb, na szyję biegnąc w stronę kocurka. – Oprowadzisz mnie po obozie? Proszę!
Łabędź odwrócił się zaskoczony i jakby przestraszony.
– A-ale… – wyjąkał cicho, rzucając spojrzenie za siebie – właśnie bawimy się w chowanego z Północą…
– Oj, to tylko chwilka, nic jej się nie stanie! – zapewniła go wesoło koteczka. – No proszę, zgódź się! Zgódź! Moja mama zawsze mówiła, że kocury muszą pomagać kotkom, bo inaczej to zwykłe dranie… Czy jakoś tak. No chodź!
Rudo-biały wyglądał na zagubionego i przytłoczonego jej radosnym słowotokiem. Jego niezdecydowanie wykorzystała Owocek, niemal popychając go w stronę pierwszego obiektu, o którym chciała się czegoś dowiedzieć.
– O, na przykład to. Co to jest? – zapytała ciekawsko, wskazując łapką legowisko starszych.
<Łabędź? Wiem, że jesteś już uczniem, ale strasznie chciałam napisać z perspektywy kociaków; możemy niedługo zrobić time skip>
Od Owocka CD. Cętkowanej Łapy
Na dźwięk pytania kotki małe serduszko Owocka zaczęło bić jeszcze szybciej. Cętkowana Łapa nie mogła się przecież dowiedzieć, że próbuje znaleźć najlepszą trasę ucieczki! Na pewno powiedziałaby tamtemu biało-brązowemu kocurowi, który chyba był tu najważniejszy, i wszystkie klanowe koty chciałyby ją powstrzymać. Nie można do tego dopuścić! Ale co robić? Co ma jej powiedzieć? Nie miała pojęcia!
Wargi burej koteczki zadrżały i po chwili rozpłakała się, nie mogąc poradzić sobie z narastającą presją. Na początku bardzo się na siebie za to zdenerwowała, bo miała już kilka księżyców i nie wypadało jej ryczeć. To tylko sprawiło, że jej szloch, teraz napędzany również złością, stał się głośniejszy. Po chwili córka pieszczochów zmiarkowała jednak, że takie zachowanie może jej się opłacić – przecież zapłakanego kociaka nikt nie będzie miał serca zasypywać pytaniami, a ponadto istniała szansa, że uczennica uzna, że Owocek jest tylko niegroźną, ciapowatą beksą, której nikt nie będzie nawet podejrzewał o plan brawurowej ucieczki z klanu. Uspokoiła się, ale nie przestawała zawodzić.
– Csii, nie płacz... – Starsza kotka próbowała zapanować nad sytuacją. – Cały obóz się obudzi!
Mała przyciszyła trochę swoje płaczliwe jęki, bo faktycznie nie chciałaby obudzić potencjalnie niebezpiecznych klanowych kotów. Wciąż jednak smutno pociągała noskiem, a z jej oczek płynęły łzy.
– Ja chciałam tylko… zobaczyć to drzewko… – chlipnęła, dotykając łapką kory.
– Ale nie możesz oglądać drzewek w nocy, wtedy jest niebezpiecznie – powiedziała łagodnie uczennica. W jej głosie słychać było zdziwienie – w końcu kocięta nieczęsto wychodzą same ze żłobka późną porą, by obwąchać przypadkowy pniak. – Rano możesz poprosić jakiegoś wojownika, żeby z tobą poszedł i… pooglądał drzewka. Chodź, odprowadzę cię do żłobka.
Owocek pokiwała smętnie główką i wolno podreptała za Cętkowaną Łapą do kociarni. Tam cichutko podeszła do swojej siostry i zwinęła się w kłębek obok niej jak najgrzeczniejszy kociak pod słońcem
– No. Śpij dobrze – szepnęła na pożegnanie starsza kotka i równie cicho odeszła w stronę jakiegoś legowiska. Bury kociak przez chwilę udawał, że smacznie śpi, po czym jego złote oczy znów zajarzyły się w ciemności. Uch, dlaczego Cętka musiała ją zauważyć? Będzie musiała przełożyć swoją ekspedycję na jutrzejszą noc! Cóż, przynajmniej dowiedziała się czegoś nowego: te koty mają bardzo lekki sen. Następnym razem trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej, aż księżyc będzie wysoko na niebie, i dopiero wtedy wyjść. Tak…
Koteczka ziewnęła szeroko. Snuła swoje misterne plany jeszcze tylko kilka uderzeń serca, po czym zmorzył ją słodki, kocięcy sen.
***
– Borsuczy Kle, pójdziesz na poranny patrol?
– Jasne, Płonący Grzbiecie. Kogo mam wziąć ze sobą?
– Może Goździkową Rosę, Świerkową Korę i Cętkowaną Łapę.
Owocek otworzyła szeroko oczka i mlasnęła. Słońce na niebie! Nowy dzień! Oczywiście wciąż jest na tych głupich terenach Klanu Wilka… Ale miała nadzieję, że wkrótce to się zmieni, i postanowiła na razie nie martwić się swoim położeniem.
Spojrzała w stronę, z której dobiegał dialog, który ją obudził. Jakiś bury kocur właśnie znikał pod gałązkami niewielkiego krzewu, najpewniej z powodu polecenia tego rudego. Koteczka nie zrozumiała dokładnie, o co chodzi – w głowie zaczynało jej się kręcić, kiedy myślała o tych wszystkich dziwnych imionach – ale jedno słowo szczególnie przykuło jej uwagę: patrol. Nie znała jego znaczenia, ale kojarzyło jej się ze sprawdzaniem czegoś. W sprawdzaniu różnorakich rzeczy natomiast była całkiem dobra. Przez chwilę obserwowała jeszcze z ciekawością wyłaniające się spod krzewów postaci, w tym już poznaną przez nią Cętkowaną Łapę. Co te koty będą robiły? Nie czuła zupełnie zapachu Dwunogów (ale dziwnie!), więc raczej nie chciały się dowiedzieć, czy ktoś wsypał im karmę do miski… Może będą szukać tego dziwnego jedzenia, które leżało na polance ułożone w stosik? A może chcą sprawdzić, czy ktoś nie przyniósł im nowych kociąt, tak jak to zrobili jej rodzice z nią i Świetlikiem? Niezależnie od ich zamiarów, Owocek już wiedziała, że chce w tym uczestniczyć.
Już podnosiła się, by radośnie przebiec przez obóz, krzycząc „Hej, poczekajcie na mnie!”, kiedy zorientowała się, że to nie musi być najlepszy pomysł. Wyglądało na to, że w tym miejscu panuje wiele dziwacznych zasad, i bura miała przeczucie, że któraś z nich zabrania jej udać się na ten cały patrol. To jednak nie mogło jej powstrzymać! Szybciutko przemknęła pod ścianę kociarni, po czym dyskretnie zza niej wychynęła. Nikt na nią nie patrzył. Cicho wymknęła się ze żłobka i ruszyła w stronę wychodzących kotów, kryjąc się w trawie i krzewach porastających skraj obozu. Przez nikogo niezauważona, dotarła do wyjścia.
Czwórka kotów – na pewno nie chciałaby się do niej zbliżyć, gdyby nie było wśród nich Cętkowanej Łapy, przy której nie czuła się aż tak obco – oddaliła się już na kilka długości lisa. Owocek uśmiechnęła się szeroko i dumnie podążyła za nimi, kryjąc się za drzewami i krzewami, by nikt jej nie zauważył. Na razie nie chciała się pokazywać, chociaż kto wie – może potem zechce wyskoczyć i zrobić im niespodziankę?
Wargi burej koteczki zadrżały i po chwili rozpłakała się, nie mogąc poradzić sobie z narastającą presją. Na początku bardzo się na siebie za to zdenerwowała, bo miała już kilka księżyców i nie wypadało jej ryczeć. To tylko sprawiło, że jej szloch, teraz napędzany również złością, stał się głośniejszy. Po chwili córka pieszczochów zmiarkowała jednak, że takie zachowanie może jej się opłacić – przecież zapłakanego kociaka nikt nie będzie miał serca zasypywać pytaniami, a ponadto istniała szansa, że uczennica uzna, że Owocek jest tylko niegroźną, ciapowatą beksą, której nikt nie będzie nawet podejrzewał o plan brawurowej ucieczki z klanu. Uspokoiła się, ale nie przestawała zawodzić.
– Csii, nie płacz... – Starsza kotka próbowała zapanować nad sytuacją. – Cały obóz się obudzi!
Mała przyciszyła trochę swoje płaczliwe jęki, bo faktycznie nie chciałaby obudzić potencjalnie niebezpiecznych klanowych kotów. Wciąż jednak smutno pociągała noskiem, a z jej oczek płynęły łzy.
– Ja chciałam tylko… zobaczyć to drzewko… – chlipnęła, dotykając łapką kory.
– Ale nie możesz oglądać drzewek w nocy, wtedy jest niebezpiecznie – powiedziała łagodnie uczennica. W jej głosie słychać było zdziwienie – w końcu kocięta nieczęsto wychodzą same ze żłobka późną porą, by obwąchać przypadkowy pniak. – Rano możesz poprosić jakiegoś wojownika, żeby z tobą poszedł i… pooglądał drzewka. Chodź, odprowadzę cię do żłobka.
Owocek pokiwała smętnie główką i wolno podreptała za Cętkowaną Łapą do kociarni. Tam cichutko podeszła do swojej siostry i zwinęła się w kłębek obok niej jak najgrzeczniejszy kociak pod słońcem
– No. Śpij dobrze – szepnęła na pożegnanie starsza kotka i równie cicho odeszła w stronę jakiegoś legowiska. Bury kociak przez chwilę udawał, że smacznie śpi, po czym jego złote oczy znów zajarzyły się w ciemności. Uch, dlaczego Cętka musiała ją zauważyć? Będzie musiała przełożyć swoją ekspedycję na jutrzejszą noc! Cóż, przynajmniej dowiedziała się czegoś nowego: te koty mają bardzo lekki sen. Następnym razem trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej, aż księżyc będzie wysoko na niebie, i dopiero wtedy wyjść. Tak…
Koteczka ziewnęła szeroko. Snuła swoje misterne plany jeszcze tylko kilka uderzeń serca, po czym zmorzył ją słodki, kocięcy sen.
***
– Borsuczy Kle, pójdziesz na poranny patrol?
– Jasne, Płonący Grzbiecie. Kogo mam wziąć ze sobą?
– Może Goździkową Rosę, Świerkową Korę i Cętkowaną Łapę.
Owocek otworzyła szeroko oczka i mlasnęła. Słońce na niebie! Nowy dzień! Oczywiście wciąż jest na tych głupich terenach Klanu Wilka… Ale miała nadzieję, że wkrótce to się zmieni, i postanowiła na razie nie martwić się swoim położeniem.
Spojrzała w stronę, z której dobiegał dialog, który ją obudził. Jakiś bury kocur właśnie znikał pod gałązkami niewielkiego krzewu, najpewniej z powodu polecenia tego rudego. Koteczka nie zrozumiała dokładnie, o co chodzi – w głowie zaczynało jej się kręcić, kiedy myślała o tych wszystkich dziwnych imionach – ale jedno słowo szczególnie przykuło jej uwagę: patrol. Nie znała jego znaczenia, ale kojarzyło jej się ze sprawdzaniem czegoś. W sprawdzaniu różnorakich rzeczy natomiast była całkiem dobra. Przez chwilę obserwowała jeszcze z ciekawością wyłaniające się spod krzewów postaci, w tym już poznaną przez nią Cętkowaną Łapę. Co te koty będą robiły? Nie czuła zupełnie zapachu Dwunogów (ale dziwnie!), więc raczej nie chciały się dowiedzieć, czy ktoś wsypał im karmę do miski… Może będą szukać tego dziwnego jedzenia, które leżało na polance ułożone w stosik? A może chcą sprawdzić, czy ktoś nie przyniósł im nowych kociąt, tak jak to zrobili jej rodzice z nią i Świetlikiem? Niezależnie od ich zamiarów, Owocek już wiedziała, że chce w tym uczestniczyć.
Już podnosiła się, by radośnie przebiec przez obóz, krzycząc „Hej, poczekajcie na mnie!”, kiedy zorientowała się, że to nie musi być najlepszy pomysł. Wyglądało na to, że w tym miejscu panuje wiele dziwacznych zasad, i bura miała przeczucie, że któraś z nich zabrania jej udać się na ten cały patrol. To jednak nie mogło jej powstrzymać! Szybciutko przemknęła pod ścianę kociarni, po czym dyskretnie zza niej wychynęła. Nikt na nią nie patrzył. Cicho wymknęła się ze żłobka i ruszyła w stronę wychodzących kotów, kryjąc się w trawie i krzewach porastających skraj obozu. Przez nikogo niezauważona, dotarła do wyjścia.
Czwórka kotów – na pewno nie chciałaby się do niej zbliżyć, gdyby nie było wśród nich Cętkowanej Łapy, przy której nie czuła się aż tak obco – oddaliła się już na kilka długości lisa. Owocek uśmiechnęła się szeroko i dumnie podążyła za nimi, kryjąc się za drzewami i krzewami, by nikt jej nie zauważył. Na razie nie chciała się pokazywać, chociaż kto wie – może potem zechce wyskoczyć i zrobić im niespodziankę?
<Cętka?>
17 kwietnia 2019
Od Owocka C.D Cętkowanej Łapy
Kotka przeciągnęła się i wydała z siebie zadowolone mlaśnięcie. Wokoło śpiewały ptaki, nosek tonął w przyjemnych zapachach, a kilka promieni popołudniowego słońca przyjemnie grzało jej futro. Skoro jest słońce, pomyślała po chwili beztroskiego leniuchowania, to jest czas na zabawę!
Gwałtownie otworzyła ślepka, gotowa podnieść się na łapy i gromko ogłosić rodzeństwu początek gry w berka. Radość wyparowała jednak z jej oczek tak szybko, jak ujrzały one świat – nie wyłożone czyściutkimi, gładkimi kamieniami wnętrze Siedliska Dwunożnych, gdzie dotąd żyła wraz z rodzicami, Świetlikiem i Skrzypkiem, spędzając całe dnie na spaniu w miękkim posłaniu, jedzeniu ulubionej karmy i zabawie wśród kolorowych drobiazgów. Nie, to był "obóz Klanu Wilka". Czyli jakaś dzicz.
Naraz wspomnienia wczorajszego dnia wróciły i zalały ją niczym powódź. Z powrotem zacisnęła powieki, próbując się nie rozpłakać. Każdą komórką swojego ciała chciała, by to wszystko okazało się tylko okrutnym żartem; wiedziała jednak dobrze, że to nieprawda. Zostały porzucone i zmuszone do życia… tutaj.
Ale nie na długo, prędko podjęła decyzję. Wrócę do domu przy pierwszej okazji!
Była pewna, że chociaż rodzice zostawili je tu z własnej woli, to musi to być jakieś nieporozumienie. Po prostu nie wiedzieli, że Owockowi i Świetlikowi się tu nie podoba… Na pewno już żałują, że oddali je tym kotom, i niedługo po nie wrócą!
W tej sprawie jednak buraska, jak zresztą w żadnej innej, nie zamierzała czekać na ruch Vegetable i Meata. W jej głowie już pojawił się obraz szczęścia i dumy rodziców, kiedy koteczki same odnajdą drogę do domu i pojawią się przed ich oczyma. Dlatego też zamierzała uciec stąd najszybciej, jak będzie mogła. Możliwości pozostania w tym całym klanie nigdy nawet nie wzięła pod uwagę.
Chociaż nie mogła się poszczycić długim istnieniem na tym świecie, nie była idiotką – wiedziała, że jeśli spróbuje oddalić się teraz, to nie tylko nie zajdzie zbyt daleko, ale obce koty na pewno ją złapią (a może i zrobią coś gorszego? Kto je tam wie!). Zresztą, nie miała pojęcia, jak na taki pomysł zareagowałaby Świetlik, która – jak odnotowała Owocek, rzucając okiem na siostrę – była jeszcze pogrążona we śnie. Nie, nie. Najpierw musiała jak najlepiej poznać obszar, na którym się znalazła, oraz jego mieszkańców. Wtedy ułoży najwspanialszy plan ucieczki, jaki świat widział!
Z tym postanowieniem powoli – na wypadek, gdyby potencjalny wróg nie zauważył jej nagłego otwarcia oczu, wolała nie dawać mu dobrowolnie przewagi w postaci informacji, że już nie śpi – przekręciła głowę, obserwując otoczenie spod przymrużonych powiek. Najwyraźniej ktoś przeniósł ją do czegoś w rodzaju pokoju, jak w jej domu, ale o wiele, wiele mniejszego, splecionego z gałęzi i wyłożonego czymś miękkim i zielonym. Z wielkim wysiłkiem stłumiła chęć zbadania go i kontynuowała swój tajny rekonesans. Kiedy obróciła się jeszcze trochę, ujrzała trzy spore kształty, a nos jasno oznajmił jej, że są to kocie sylwetki. Nie mogąc się powstrzymać, całkowicie rozchyliła powieki i niemal pisnęła z radości.
Dwie z odpoczywających kulek sierści też były kociętami!
Od razu podniosła się z ziemi i ruszyła do bliższej z nich. Inne kociaki, oprócz tego, że mogą dotrzymać im towarzystwa, pewnie wiedzą o wiele więcej na temat tego klanu! Podekscytowana zbliżyła się do biało-rudego kocurka i lekko pacnęła go łapką po głowie, żeby go obudzić.
– Czeeść! Jestem Owocek! Jak masz na imię? – zapytała biednego kociaka, który niemal podskoczył ze strachu, a teraz patrzył na nią szeroko otwartymi, niebieskimi oczkami.
– Ła...Łabędź – odpowiedział, a widząc, że przebudził go nie krwiożerczy borsuk, a młodsza od niego koteczka, uspokoił się nieco. Nadal jednak mierzył ją niespokojnym i jakby speszonym wzrokiem.
Owocek prawie odetchnęła z ulgą. Po tych wszystkich cudacznych nazwach, które miała okazję wczoraj zasłyszeć, jednoczłonowe imię było dla jej uszu niczym świeża woda w upalne popołudnie. Podsycało też jej nadzieję na to, że na swoje następne pytanie otrzyma odpowiedź twierdzącą.
– Ciebie też rodzice tutaj zostawili?
Łabędź zastrzygł uszami z zaskoczeniem.
– Nie... – odparł cicho, lekkim ruchem łapy wskazując leżące nieopodal kotki. – Moja mama i siostra są tu, a tata pewnie gdzieś w obozie.
Bura zasępiła się, a poczucie niesprawiedliwości zawrzało w niej na nowo. Nie widziała wokół żadnych innych kociaków; czy naprawdę tylko ją i jej siostrę spotkał taki los?
Tymczasem biało-rudego najwyraźniej coś dręczyło. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć; co chwilę uchylał pyszczek, ale zamykał go z powrotem, zanim zdążyło się z niego wydobyć jakiekolwiek słowo. Wreszcie jednak żal i zdumienie, które przyniosła wypowiedź kotki, wzmocnione widokiem jej zasmuconego pyszczka, wygrało w nim z nieśmiałością.
– Ale… jak to możliwe? Dlaczego cię zostawili? – spytał w końcu niepewnie.
– Też chciałabym wiedzieć – prychnęła, tupiąc łapką w mech z przypływu mieszanki złości i tęsknoty. – Ale… może to tylko jakaś pomyłka… Pewnie tak. To musi być pomyłka!
Ostatnie słowa wymruczała już pod nosem z jakąś dziwną energią. Łabędź zamilkł. Chociaż pilnie potrzebowała informacji, uznała, że nie będzie go męczyć dalszą rozmową; było widać, że nie czuje się komfortowo. Gdyby taka sytuacja przydarzyła się u nich na podwórku, Owocek nie miałaby oporów przed przeciąganiem konwersacji, ale to było zupełnie obce miejsce i wolała nie zrazić do siebie kotów na samym starcie. Kto wie, może rudzielec okaże się przydatny – albo przynajmniej będzie znał jakieś fajne gry?
Matka Łabędzia wciąż jeszcze spała, natomiast koteczka, która okazała się być jego siostrą, właśnie przecierała oczy, zapewne zbudzona dźwiękami rozmowy. Mała bała się jednak, że jej charakter będzie podobny do charakteru brata, a poza tym, jak właśnie stwierdziła, kociaki mogą nie wiedzieć wszystkiego o tym dziwnym leśnym obozie. Musiała zasięgnąć języka od kogoś innego… Tylko od kogo?
Dźwięk kroków sprawił, że w mig się odwróciła. W wejściu do kociarni stanęła dorosła, bura kotka. Jej zapach wydał się Owockowi znajomy, tak – to ta sama kotka, która starała się ją pocieszyć po wczorajszym… incydencie.
– Cześć! Jestem Owocek! – przedstawiła się głośno wyuczoną formułką, budząc swoją siostrę i niemal wpadając nowo przybyłej pod łapy. – O co chodzi z tym całym klanem i stawaniem się “kimś”?
Uznała, że za wczorajszą pomoc podziękuje jej, kiedy już uzyska odpowiedzi na wszystkie pytania, których to miała w zanadrzu jeszcze wiele, wiele więcej. No, chyba że zapomni.
<Cętka?>
Gwałtownie otworzyła ślepka, gotowa podnieść się na łapy i gromko ogłosić rodzeństwu początek gry w berka. Radość wyparowała jednak z jej oczek tak szybko, jak ujrzały one świat – nie wyłożone czyściutkimi, gładkimi kamieniami wnętrze Siedliska Dwunożnych, gdzie dotąd żyła wraz z rodzicami, Świetlikiem i Skrzypkiem, spędzając całe dnie na spaniu w miękkim posłaniu, jedzeniu ulubionej karmy i zabawie wśród kolorowych drobiazgów. Nie, to był "obóz Klanu Wilka". Czyli jakaś dzicz.
Naraz wspomnienia wczorajszego dnia wróciły i zalały ją niczym powódź. Z powrotem zacisnęła powieki, próbując się nie rozpłakać. Każdą komórką swojego ciała chciała, by to wszystko okazało się tylko okrutnym żartem; wiedziała jednak dobrze, że to nieprawda. Zostały porzucone i zmuszone do życia… tutaj.
Ale nie na długo, prędko podjęła decyzję. Wrócę do domu przy pierwszej okazji!
Była pewna, że chociaż rodzice zostawili je tu z własnej woli, to musi to być jakieś nieporozumienie. Po prostu nie wiedzieli, że Owockowi i Świetlikowi się tu nie podoba… Na pewno już żałują, że oddali je tym kotom, i niedługo po nie wrócą!
W tej sprawie jednak buraska, jak zresztą w żadnej innej, nie zamierzała czekać na ruch Vegetable i Meata. W jej głowie już pojawił się obraz szczęścia i dumy rodziców, kiedy koteczki same odnajdą drogę do domu i pojawią się przed ich oczyma. Dlatego też zamierzała uciec stąd najszybciej, jak będzie mogła. Możliwości pozostania w tym całym klanie nigdy nawet nie wzięła pod uwagę.
Chociaż nie mogła się poszczycić długim istnieniem na tym świecie, nie była idiotką – wiedziała, że jeśli spróbuje oddalić się teraz, to nie tylko nie zajdzie zbyt daleko, ale obce koty na pewno ją złapią (a może i zrobią coś gorszego? Kto je tam wie!). Zresztą, nie miała pojęcia, jak na taki pomysł zareagowałaby Świetlik, która – jak odnotowała Owocek, rzucając okiem na siostrę – była jeszcze pogrążona we śnie. Nie, nie. Najpierw musiała jak najlepiej poznać obszar, na którym się znalazła, oraz jego mieszkańców. Wtedy ułoży najwspanialszy plan ucieczki, jaki świat widział!
Z tym postanowieniem powoli – na wypadek, gdyby potencjalny wróg nie zauważył jej nagłego otwarcia oczu, wolała nie dawać mu dobrowolnie przewagi w postaci informacji, że już nie śpi – przekręciła głowę, obserwując otoczenie spod przymrużonych powiek. Najwyraźniej ktoś przeniósł ją do czegoś w rodzaju pokoju, jak w jej domu, ale o wiele, wiele mniejszego, splecionego z gałęzi i wyłożonego czymś miękkim i zielonym. Z wielkim wysiłkiem stłumiła chęć zbadania go i kontynuowała swój tajny rekonesans. Kiedy obróciła się jeszcze trochę, ujrzała trzy spore kształty, a nos jasno oznajmił jej, że są to kocie sylwetki. Nie mogąc się powstrzymać, całkowicie rozchyliła powieki i niemal pisnęła z radości.
Dwie z odpoczywających kulek sierści też były kociętami!
Od razu podniosła się z ziemi i ruszyła do bliższej z nich. Inne kociaki, oprócz tego, że mogą dotrzymać im towarzystwa, pewnie wiedzą o wiele więcej na temat tego klanu! Podekscytowana zbliżyła się do biało-rudego kocurka i lekko pacnęła go łapką po głowie, żeby go obudzić.
– Czeeść! Jestem Owocek! Jak masz na imię? – zapytała biednego kociaka, który niemal podskoczył ze strachu, a teraz patrzył na nią szeroko otwartymi, niebieskimi oczkami.
– Ła...Łabędź – odpowiedział, a widząc, że przebudził go nie krwiożerczy borsuk, a młodsza od niego koteczka, uspokoił się nieco. Nadal jednak mierzył ją niespokojnym i jakby speszonym wzrokiem.
Owocek prawie odetchnęła z ulgą. Po tych wszystkich cudacznych nazwach, które miała okazję wczoraj zasłyszeć, jednoczłonowe imię było dla jej uszu niczym świeża woda w upalne popołudnie. Podsycało też jej nadzieję na to, że na swoje następne pytanie otrzyma odpowiedź twierdzącą.
– Ciebie też rodzice tutaj zostawili?
Łabędź zastrzygł uszami z zaskoczeniem.
– Nie... – odparł cicho, lekkim ruchem łapy wskazując leżące nieopodal kotki. – Moja mama i siostra są tu, a tata pewnie gdzieś w obozie.
Bura zasępiła się, a poczucie niesprawiedliwości zawrzało w niej na nowo. Nie widziała wokół żadnych innych kociaków; czy naprawdę tylko ją i jej siostrę spotkał taki los?
Tymczasem biało-rudego najwyraźniej coś dręczyło. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć; co chwilę uchylał pyszczek, ale zamykał go z powrotem, zanim zdążyło się z niego wydobyć jakiekolwiek słowo. Wreszcie jednak żal i zdumienie, które przyniosła wypowiedź kotki, wzmocnione widokiem jej zasmuconego pyszczka, wygrało w nim z nieśmiałością.
– Ale… jak to możliwe? Dlaczego cię zostawili? – spytał w końcu niepewnie.
– Też chciałabym wiedzieć – prychnęła, tupiąc łapką w mech z przypływu mieszanki złości i tęsknoty. – Ale… może to tylko jakaś pomyłka… Pewnie tak. To musi być pomyłka!
Ostatnie słowa wymruczała już pod nosem z jakąś dziwną energią. Łabędź zamilkł. Chociaż pilnie potrzebowała informacji, uznała, że nie będzie go męczyć dalszą rozmową; było widać, że nie czuje się komfortowo. Gdyby taka sytuacja przydarzyła się u nich na podwórku, Owocek nie miałaby oporów przed przeciąganiem konwersacji, ale to było zupełnie obce miejsce i wolała nie zrazić do siebie kotów na samym starcie. Kto wie, może rudzielec okaże się przydatny – albo przynajmniej będzie znał jakieś fajne gry?
Matka Łabędzia wciąż jeszcze spała, natomiast koteczka, która okazała się być jego siostrą, właśnie przecierała oczy, zapewne zbudzona dźwiękami rozmowy. Mała bała się jednak, że jej charakter będzie podobny do charakteru brata, a poza tym, jak właśnie stwierdziła, kociaki mogą nie wiedzieć wszystkiego o tym dziwnym leśnym obozie. Musiała zasięgnąć języka od kogoś innego… Tylko od kogo?
Dźwięk kroków sprawił, że w mig się odwróciła. W wejściu do kociarni stanęła dorosła, bura kotka. Jej zapach wydał się Owockowi znajomy, tak – to ta sama kotka, która starała się ją pocieszyć po wczorajszym… incydencie.
– Cześć! Jestem Owocek! – przedstawiła się głośno wyuczoną formułką, budząc swoją siostrę i niemal wpadając nowo przybyłej pod łapy. – O co chodzi z tym całym klanem i stawaniem się “kimś”?
Uznała, że za wczorajszą pomoc podziękuje jej, kiedy już uzyska odpowiedzi na wszystkie pytania, których to miała w zanadrzu jeszcze wiele, wiele więcej. No, chyba że zapomni.
<Cętka?>
08 kwietnia 2019
Od Owocka
Słońce górowało na niebie, łagodnie ogrzewając ziemię. Jego promienie były jednak na tyle słabe, że nie potrafiły się przedostać przez korony drzew - mimo pory dnia pod baldachimem różnokolorowych liści panował więc półmrok. Parująca powoli rosa nadawała powietrzu nieprzyjemną wilgotność. Skryte w wysokich gałęziach ptactwo przerwało swoje trele, znużone ciepłem i duchotą, i tylko czasem dawało się usłyszeć ciche nawoływanie kukułki. Zdawało się, że cały las zgnuśniał i rozleniwił się; nawet zwierzyna leśna, ostatnimi czasy spędzająca całe dnie na gromadzeniu zapasów, ledwie szmerała w leśnym poszyciu.
Ten moment właśnie wybrała czwórka kotów na swoją wędrówkę. Vegetable i Meat prowadzili swoje dzieci przez gęstwinę z pewną podniosłością, można by rzec - ceremonialnie. Pysk buro-białego kocura miał dosyć ponury wyraz, za to jego partnerka niemal tryskała jakimś uroczystym entuzjazmem. Kocięta tej pary, czyli dwie małe, ładne koteczki, różniły się od siebie tak mocno, że obcemu trudno by było uwierzyć, że pochodzą z tego samego miotu. Ciałko jednej z nich, wyższej i smuklejszej, przyozdabiała sierść błękitno-biała; futerko drugiej, nieco bardziej korpulentnej budowy, stapiało się kolorem z listowiem, po którym stąpała, i poznaczone było prążkami. Różnice nie kończyły się jednak na wyglądzie - podczas gdy pierwsza koteczka, o wdzięcznym imieniu Świetlik, wędrowała tuż obok matki, z pyskiem niewyrażającym żadnej konkretnej emocji, jej siostrzyczka co i rusz wybiegała naprzód, dokładnie obwąchując każdy pniak i turlając się w wyschniętych liściach, a jej głośny śmiech niósł się echem po zaspanym lesie i dodawał mu nieco wesołości.
- Łaa! Mamo, co to za ptak? Patrz, ma kropki na brzuchu! - zawołała Owocek, bo tak było na imię małej rozrabiace, zatrzymując się nagle. Jak zaczarowana wpatrywała się w sporego biało-płowego ptaszka, żerującego kilka króliczych skoków dalej.
- To drozd, kochanie. - Zanim jej matka zdążyła dokończyć zdanie, buraska z głośnym okrzykiem ruszyła do ataku. Spłoszony drozd oczywiście odleciał z furkotem, zanim w ogóle znacząco się do niego zbliżyła, ale koteczce zdawało się to nie przeszkadzać. Przykucnęła i wystrzeliła w górę, wymachując krótkimi łapkami w stronę niedoszłej zdobyczy, która zdążyła już zniknąć jej z oczu. Wylądowała na ziemi z głuchym odgłosem, wzniecając przy tym burzę listków, i zaśmiała się.
- Szkoda, że nie ma z nami Skrzypka! Ciocia Pietruszka opowiada śmieszne historie, ale tutaj jest sto razy fajniej! Ale będzie nam zazdrościł, jak mu wszystko opowiem, kiedy wrócimy! - Nie odwracając wzroku od kawałka kory, którym właśnie zaczęła się bawić, dodała: - Właśnie, mamo, kiedy wracamy?
Vegetable przemilczała jednak to pytanie, nie odpowiedział również Meat, a sama Owocek w kilka sekund o nim zapomniała i przelała całą uwagę na radosne polowanie na liście.
***
Rozmowy rodziców z nowo napotkanymi kotami trwały już dłuższą chwilę. Siostrzyczki, pozostawione same sobie, siedziały na skraju dużej polany, wypełnionej całą rzeszą obcych kotów. Owocek nigdy wcześniej nie czuła się tak obserwowana - zdawało jej się, że z każdego zakątka łypie na nią para zagadkowych oczu - a liczba nieznajomych sprawiała, że pierwszy raz w życiu poczuła się onieśmielona. Wyjątkowo więc nie hasała wokoło, tylko siedziała niespokojnie obok swojej siostry, rozglądając się niepewnie po miejscu, w którym się znalazły. Las nagle przestał wydawać jej się wspaniały.
- Świetliku… - Nachyliła się w stronę ucha bicolorki, czując, że te wgapiające się w nie obce koty nie pogardziłyby wcale możliwością posłuchania ich rozmowy. Nie zamierzała im tego ułatwiać. - Co my tutaj robimy? Myślisz, że to ma jakiś związek z tym całym stawianiem się jakimiś kimsiami, o którym mówiła mama?
- Nie wiem - odpowiedziała równie cicho Świetlik - Ale chyba tak. Dlaczego te koty tak dziwnie na nas patrzą…?
- Może nigdy nie widziały kociaków? - zastanowiła się Owocek. - Albo to te całe lwy i lamparty, o których mówiła Marchewka… Jakie one są chude!
- Lwy i lamparty są o wiele większe i straszniejsze. A poza tym to tylko bajka. Ale faktycznie, są bardzo chude...
- Popatrz, tamten nie ma oka! - prawie krzyknęła bura, ale w ostatniej chwili opanowała się i ściszyła głos. Wskazała na jednego z obcych końcówką ogona, ledwie powstrzymując się przed drżeniem. Coraz mniej jej się tu podobało. - Świetliku… Nie mam pojęcia co się tu dzieje, ale coś jednak wiem. Te koty nas nie lubią…
Rzeczywiście, chociaż niektóre spojrzenia wyrażały tylko zdziwienie czy ciekawość, w większości kryło się zdenerwowanie, niechęć, a nawet ślady nienawiści. Owocek rozglądała się, coraz bardziej nieufnie, ale nigdzie nie mogła znaleźć ucieczki przed wzrokiem nieznajomych. Byli wszędzie, otaczali ją ze wszystkich stron… Pierwszy raz odkąd się urodziłą miała ochotę obrócić się i biec, biec przed siebie, jak najdalej od tego, co działo się w jej życiu.
Znajomy głos ojca wybawił ją od koszmaru. Odwróciła głowę, by znów dostrzec sylwetki ukochanych rodziców. Czym prędzej wstała i popędziła w ich stronę.
- Mamo! Tato! Wreszcie! Możemy już wracać? - zapytała błagalnie, po czym, przysuwając się do ojca, dopowiedziała cichutko: - Nie podoba mi się tutaj…
Tata miał się uśmiechnąć, popukać ją lekko ogonem po łebku i oznajmić, że wracają do domu. Miał ją pocieszyć i zapewnić, że dzielny Ogryzek-odkrywca poradzi sobie z wszystkim, co napotka na swojej drodze.
Nie miał unikać jej spojrzenia. Nie miał milczeć. To po prostu nie powinno, nie mogło się dziać. Coś było nie tak. Bura zastygła w przerażeniu.
- Tato…? - zapytała słabym głosem. Nikt jej nie odpowiedział; nawet szmer rozmów, który do tej pory niósł się po polance, zdawał się cichnąć. Odwróciła się. - Mamo! O co chodzi, wracajmy!...
- Kochanie… - Vegetable spróbowała roześmiać się uspokajajaco, ale przypominało to bardziej nerwowy chichot. - Ja z tatą teraz pójdziemy, ale wy zostaniecie tutaj… Przecież musicie stać się kimś, prawda?
- C-co? - ledwie słyszalnie wyjąkała kotka. Nie zrozumiała połowy z tego, co powiedziała matka - a może zwyczajnie nie chciała rozumieć. One… zostaną? Bez rodziców i Skrzypka? Z tymi kotami? To musi być sen, uświadomiła sobie Owocek. Mama nie powiedziałaby czegoś takiego.
- Czas się pożegnać - westchnął ktoś stojący za nią. Kiedy się obróciła, ujrzała starszego już kocura o zabawnym, biało-brązowym ubarwieniu. Kojarzyła jego głos: to z nim przed chwilą rozmawiali rodzice - albo mary w tym koszmarze, jak kto woli.
Mama pochyliła się nad nią i polizała ją po główce, mrucząc pożegnanie. Po chwili do koteczki podszedł ojciec. W jego oczach błyszczały łzy, jednak Owocek tego nie zauważyła tego - siedziała otumaniona, mechanicznie powtarzając pozdrowienia. Prawdę mówiąc, w ogóle widziała niewiele, niewiele słyszała, jakby wpadła w jakiś dziwny trans.
Nie wiedziała, co dzieje się dookoła; nie była nawet pewna, co dzieje się z nią samą. Trudno jej było logicznie myśleć. W głowie szumiały jej bezładnie skrawki wypowiedzi matki, które bezskutecznie starała się uspokoić słabnącym przeświadczeniem: To nie może dziać się naprawdę.
Zanim się obejrzała, stała już obok swojej siostry, której reakcja na to wszystko umknęła jej świadomości, tuż obok łap jakiegoś nieznanego jej kota. Teraz obcy zaczęli się zbliżać, a ich spojrzenia przybrały na intensywności; Owocek nie zwracała jednak na nich uwagi. Tym, w co wlepiła na poły nieobecny, tępy wzrok, były oddalające się sylwetki jej rodziców.
W jednej chwili jej złudzenia rozsypały się jak domek z kart. Choć ta sytuacja wydawała się zupełnie nierealna, to wszystko było zbyt żywe, zbyt prawdziwe. To nie sen. To rzeczywistość.
Oczy kociaka rozszerzyło przerażenie. Z natłoku myśli i informacji, które próbowały poskładać się w jej główce w jakiś sensowny obraz, wyłoniła się jedna i niemal zabębniła jej w uszach.
Jeśli teraz nic nie zrobi, straci swoich rodziców na zawsze.
- MAMO! TATO! - wrzasnęła z całych sił, znienacka wyrywając do przodu. Potknęła się i poturlała, ale po chwili znów była na nogach. Z tyłu dobiegły jej uszu nerwowe nawoływania, ale nie obchodziło jej to. Wszystko, czego chciała, to znaleźć się w domu, wtulona w ciepłą sierść matki czy ojca. - MAMO!
Vegetable nie odwróciła się, za to jej partner stanął i rzucił koteczce pełne bólu spojrzenie; on też tego nie chciał. To dodało Owockowi nadziei, jednak jej płomyczek zgasł tak prędko, jak się pojawił, kiedy kocur westchnął i podążył za ukochaną.
Przerażona bura zawołała jeszcze raz, ale nikt jej nie odpowiedział. Z tyłu dotarł do niej odgłos łap uderzających o liście i po chwili poczułana karku czyjeś poduszki, powstrzymujące ją przed dalszym biegiem. Wyrwała się i chciała ruszać dalej, ale znów potknęła się i upadła. Tym razem nie miała już siły wstać. Oczy zaszły jej łzami, ledwo przez nie widziała. Starała się podnieść i pędzić dalej, ale nie mogła. Z jej małego gardziołka wydobył się desperacki krzyk - mrożący krew w żyłach krzyk zrozpaczonego, sfrustrowanego dziecka. Ucichły wołania i rozmowy, ucichło kilka ptaków śpiewających swoje smętne pieśni, ucichły myszy buszujące w krzakach - las zamarł, jakby trwożnie zasłuchany w ten przerażąjący, płynący z głębi maleńkiego przecież ciałka wrzask. W końcu nawet i na to córce pieszczochów nie starczyło siły i jej wycie przeszło w urywany, rozpaczliwy szloch. Niemal rozpłaszczyła się na liściach, na które spływały jej łzy.
Ktoś - jakaś kotka - podszedł do niej i łagodnym głosem wymruczał pocieszenie; działanie zmysłów Owocka było jednak zbyt zmącone strachem i wyczerpaniem, by mogła rozróżnić słowa. Odruchowo wtuliła się w obcą sierść.
- Ja… Ja chcę do d-domu… - wyszeptała między jednym ciężkim oddechem a drugim, pociągając nosem. - D-do mamy…
Dlaczego nas to spotkało?...
<Świetlik albo ktoś z KW?>
Ten moment właśnie wybrała czwórka kotów na swoją wędrówkę. Vegetable i Meat prowadzili swoje dzieci przez gęstwinę z pewną podniosłością, można by rzec - ceremonialnie. Pysk buro-białego kocura miał dosyć ponury wyraz, za to jego partnerka niemal tryskała jakimś uroczystym entuzjazmem. Kocięta tej pary, czyli dwie małe, ładne koteczki, różniły się od siebie tak mocno, że obcemu trudno by było uwierzyć, że pochodzą z tego samego miotu. Ciałko jednej z nich, wyższej i smuklejszej, przyozdabiała sierść błękitno-biała; futerko drugiej, nieco bardziej korpulentnej budowy, stapiało się kolorem z listowiem, po którym stąpała, i poznaczone było prążkami. Różnice nie kończyły się jednak na wyglądzie - podczas gdy pierwsza koteczka, o wdzięcznym imieniu Świetlik, wędrowała tuż obok matki, z pyskiem niewyrażającym żadnej konkretnej emocji, jej siostrzyczka co i rusz wybiegała naprzód, dokładnie obwąchując każdy pniak i turlając się w wyschniętych liściach, a jej głośny śmiech niósł się echem po zaspanym lesie i dodawał mu nieco wesołości.
- Łaa! Mamo, co to za ptak? Patrz, ma kropki na brzuchu! - zawołała Owocek, bo tak było na imię małej rozrabiace, zatrzymując się nagle. Jak zaczarowana wpatrywała się w sporego biało-płowego ptaszka, żerującego kilka króliczych skoków dalej.
- To drozd, kochanie. - Zanim jej matka zdążyła dokończyć zdanie, buraska z głośnym okrzykiem ruszyła do ataku. Spłoszony drozd oczywiście odleciał z furkotem, zanim w ogóle znacząco się do niego zbliżyła, ale koteczce zdawało się to nie przeszkadzać. Przykucnęła i wystrzeliła w górę, wymachując krótkimi łapkami w stronę niedoszłej zdobyczy, która zdążyła już zniknąć jej z oczu. Wylądowała na ziemi z głuchym odgłosem, wzniecając przy tym burzę listków, i zaśmiała się.
- Szkoda, że nie ma z nami Skrzypka! Ciocia Pietruszka opowiada śmieszne historie, ale tutaj jest sto razy fajniej! Ale będzie nam zazdrościł, jak mu wszystko opowiem, kiedy wrócimy! - Nie odwracając wzroku od kawałka kory, którym właśnie zaczęła się bawić, dodała: - Właśnie, mamo, kiedy wracamy?
Vegetable przemilczała jednak to pytanie, nie odpowiedział również Meat, a sama Owocek w kilka sekund o nim zapomniała i przelała całą uwagę na radosne polowanie na liście.
***
Rozmowy rodziców z nowo napotkanymi kotami trwały już dłuższą chwilę. Siostrzyczki, pozostawione same sobie, siedziały na skraju dużej polany, wypełnionej całą rzeszą obcych kotów. Owocek nigdy wcześniej nie czuła się tak obserwowana - zdawało jej się, że z każdego zakątka łypie na nią para zagadkowych oczu - a liczba nieznajomych sprawiała, że pierwszy raz w życiu poczuła się onieśmielona. Wyjątkowo więc nie hasała wokoło, tylko siedziała niespokojnie obok swojej siostry, rozglądając się niepewnie po miejscu, w którym się znalazły. Las nagle przestał wydawać jej się wspaniały.
- Świetliku… - Nachyliła się w stronę ucha bicolorki, czując, że te wgapiające się w nie obce koty nie pogardziłyby wcale możliwością posłuchania ich rozmowy. Nie zamierzała im tego ułatwiać. - Co my tutaj robimy? Myślisz, że to ma jakiś związek z tym całym stawianiem się jakimiś kimsiami, o którym mówiła mama?
- Nie wiem - odpowiedziała równie cicho Świetlik - Ale chyba tak. Dlaczego te koty tak dziwnie na nas patrzą…?
- Może nigdy nie widziały kociaków? - zastanowiła się Owocek. - Albo to te całe lwy i lamparty, o których mówiła Marchewka… Jakie one są chude!
- Lwy i lamparty są o wiele większe i straszniejsze. A poza tym to tylko bajka. Ale faktycznie, są bardzo chude...
- Popatrz, tamten nie ma oka! - prawie krzyknęła bura, ale w ostatniej chwili opanowała się i ściszyła głos. Wskazała na jednego z obcych końcówką ogona, ledwie powstrzymując się przed drżeniem. Coraz mniej jej się tu podobało. - Świetliku… Nie mam pojęcia co się tu dzieje, ale coś jednak wiem. Te koty nas nie lubią…
Rzeczywiście, chociaż niektóre spojrzenia wyrażały tylko zdziwienie czy ciekawość, w większości kryło się zdenerwowanie, niechęć, a nawet ślady nienawiści. Owocek rozglądała się, coraz bardziej nieufnie, ale nigdzie nie mogła znaleźć ucieczki przed wzrokiem nieznajomych. Byli wszędzie, otaczali ją ze wszystkich stron… Pierwszy raz odkąd się urodziłą miała ochotę obrócić się i biec, biec przed siebie, jak najdalej od tego, co działo się w jej życiu.
Znajomy głos ojca wybawił ją od koszmaru. Odwróciła głowę, by znów dostrzec sylwetki ukochanych rodziców. Czym prędzej wstała i popędziła w ich stronę.
- Mamo! Tato! Wreszcie! Możemy już wracać? - zapytała błagalnie, po czym, przysuwając się do ojca, dopowiedziała cichutko: - Nie podoba mi się tutaj…
Tata miał się uśmiechnąć, popukać ją lekko ogonem po łebku i oznajmić, że wracają do domu. Miał ją pocieszyć i zapewnić, że dzielny Ogryzek-odkrywca poradzi sobie z wszystkim, co napotka na swojej drodze.
Nie miał unikać jej spojrzenia. Nie miał milczeć. To po prostu nie powinno, nie mogło się dziać. Coś było nie tak. Bura zastygła w przerażeniu.
- Tato…? - zapytała słabym głosem. Nikt jej nie odpowiedział; nawet szmer rozmów, który do tej pory niósł się po polance, zdawał się cichnąć. Odwróciła się. - Mamo! O co chodzi, wracajmy!...
- Kochanie… - Vegetable spróbowała roześmiać się uspokajajaco, ale przypominało to bardziej nerwowy chichot. - Ja z tatą teraz pójdziemy, ale wy zostaniecie tutaj… Przecież musicie stać się kimś, prawda?
- C-co? - ledwie słyszalnie wyjąkała kotka. Nie zrozumiała połowy z tego, co powiedziała matka - a może zwyczajnie nie chciała rozumieć. One… zostaną? Bez rodziców i Skrzypka? Z tymi kotami? To musi być sen, uświadomiła sobie Owocek. Mama nie powiedziałaby czegoś takiego.
- Czas się pożegnać - westchnął ktoś stojący za nią. Kiedy się obróciła, ujrzała starszego już kocura o zabawnym, biało-brązowym ubarwieniu. Kojarzyła jego głos: to z nim przed chwilą rozmawiali rodzice - albo mary w tym koszmarze, jak kto woli.
Mama pochyliła się nad nią i polizała ją po główce, mrucząc pożegnanie. Po chwili do koteczki podszedł ojciec. W jego oczach błyszczały łzy, jednak Owocek tego nie zauważyła tego - siedziała otumaniona, mechanicznie powtarzając pozdrowienia. Prawdę mówiąc, w ogóle widziała niewiele, niewiele słyszała, jakby wpadła w jakiś dziwny trans.
Nie wiedziała, co dzieje się dookoła; nie była nawet pewna, co dzieje się z nią samą. Trudno jej było logicznie myśleć. W głowie szumiały jej bezładnie skrawki wypowiedzi matki, które bezskutecznie starała się uspokoić słabnącym przeświadczeniem: To nie może dziać się naprawdę.
Zanim się obejrzała, stała już obok swojej siostry, której reakcja na to wszystko umknęła jej świadomości, tuż obok łap jakiegoś nieznanego jej kota. Teraz obcy zaczęli się zbliżać, a ich spojrzenia przybrały na intensywności; Owocek nie zwracała jednak na nich uwagi. Tym, w co wlepiła na poły nieobecny, tępy wzrok, były oddalające się sylwetki jej rodziców.
W jednej chwili jej złudzenia rozsypały się jak domek z kart. Choć ta sytuacja wydawała się zupełnie nierealna, to wszystko było zbyt żywe, zbyt prawdziwe. To nie sen. To rzeczywistość.
Oczy kociaka rozszerzyło przerażenie. Z natłoku myśli i informacji, które próbowały poskładać się w jej główce w jakiś sensowny obraz, wyłoniła się jedna i niemal zabębniła jej w uszach.
Jeśli teraz nic nie zrobi, straci swoich rodziców na zawsze.
- MAMO! TATO! - wrzasnęła z całych sił, znienacka wyrywając do przodu. Potknęła się i poturlała, ale po chwili znów była na nogach. Z tyłu dobiegły jej uszu nerwowe nawoływania, ale nie obchodziło jej to. Wszystko, czego chciała, to znaleźć się w domu, wtulona w ciepłą sierść matki czy ojca. - MAMO!
Vegetable nie odwróciła się, za to jej partner stanął i rzucił koteczce pełne bólu spojrzenie; on też tego nie chciał. To dodało Owockowi nadziei, jednak jej płomyczek zgasł tak prędko, jak się pojawił, kiedy kocur westchnął i podążył za ukochaną.
Przerażona bura zawołała jeszcze raz, ale nikt jej nie odpowiedział. Z tyłu dotarł do niej odgłos łap uderzających o liście i po chwili poczułana karku czyjeś poduszki, powstrzymujące ją przed dalszym biegiem. Wyrwała się i chciała ruszać dalej, ale znów potknęła się i upadła. Tym razem nie miała już siły wstać. Oczy zaszły jej łzami, ledwo przez nie widziała. Starała się podnieść i pędzić dalej, ale nie mogła. Z jej małego gardziołka wydobył się desperacki krzyk - mrożący krew w żyłach krzyk zrozpaczonego, sfrustrowanego dziecka. Ucichły wołania i rozmowy, ucichło kilka ptaków śpiewających swoje smętne pieśni, ucichły myszy buszujące w krzakach - las zamarł, jakby trwożnie zasłuchany w ten przerażąjący, płynący z głębi maleńkiego przecież ciałka wrzask. W końcu nawet i na to córce pieszczochów nie starczyło siły i jej wycie przeszło w urywany, rozpaczliwy szloch. Niemal rozpłaszczyła się na liściach, na które spływały jej łzy.
Ktoś - jakaś kotka - podszedł do niej i łagodnym głosem wymruczał pocieszenie; działanie zmysłów Owocka było jednak zbyt zmącone strachem i wyczerpaniem, by mogła rozróżnić słowa. Odruchowo wtuliła się w obcą sierść.
- Ja… Ja chcę do d-domu… - wyszeptała między jednym ciężkim oddechem a drugim, pociągając nosem. - D-do mamy…
Dlaczego nas to spotkało?...
<Świetlik albo ktoś z KW?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)