Z samego rana wyczołgałem się powoli z legowiska, przeciągając się. Spojrzałem w niebo. Słońce było już w połowie ponad linią drzew. Umówiłem się z Jaśminowcem na trening o świcie. Ale to niemożliwe. Przecież ja zawsze wstawałem, gdy słońce jest w połowie ponad linią drzew, dlaczego więc miałbym wstać o świcie? Gdzie tu sens? Zdecydowałem się więc całkowicie zignorować jej instrukcje.
Ruszyłem w stronę wyjścia z obozu, stawiając szybkie i stanowcze kroki jak to miałem w zwyczaju. Wyglądało to z boku trochę tak, jakbym biegł, idąc. Mentorka już tam na mnie czekała.
– Spóźniłeś się, Gronostaju – mruknęła, patrząc na mnie z góry z wyraźną dezaprobatą.
– Usz! Tak! – pokiwałem gorliwie głową. – Tak, wiem, wiem! Bo… bo słońce jest wyżej, niż świt więc znaczy się, że się… że spóźniłem się! Sam się zorientowałem, nawet…
– Posłuchaj, Gronostaju.
Zamilkłem. Zmarszczyłem brwi. Nie lubiłem, gdy ktoś mi przerywał. Bardzo nie lubiłem.
– Ale…
– Nie – stanowczo przerwała mi ponownie Jaśminowiec. – Gronostaju. Rozumiem, że to twój pierwszy trening. I że dostosowanie się do nowego rytmu dnia może być trudne. Dlatego dzisiaj będę wyrozumiała. Zawsze jednak musisz przychodzić na umówiony czas. Spóźnienia - już niezależnie nawet od okoliczności - to brak szacunku dla drugiego kota. Rozumiesz?
Zamrugałem, cofając lekko głowę do tyłu. Nie odrywałem od niej moich wyłupiastych ocząt.
– Pff… Nie wiedziałem tego… – mruknąłem z zamyśleniem.
Poczułem się nieco niekomfortowo z tak bezpośrednią uwagą co do mojego zwyczajowego zachowania. Ale dobra. Skoro mówiła, że to dziś bez znaczenia no to bez znaczenia. Nie będę się przejmować, skoro mówiła, że mam się nie przejmować. Zamachałem ogonkiem na boki w wyczekiwaniu.
– To już wiesz. Dobrze… W takim razie możemy zacząć trening – jej ton stał się nieco łagodniejszy. – Dzisiaj tylko obejdziemy sobie całe nasze terytorium, żebyś miał mniej więcej pogląd na całość, a potem to wszystko będziemy doszczegóławiać.
***
Nie była to łatwa wyprawa. Terytorium nie było wcale aż tak duże, problem stanowiły moje braki w budowie fizycznej oraz warunki atmosferyczne. To znaczy, moje krótkie łapki sprawiały, że ledwo co wystawałem główką ponad warstwę śniegu. Cały czas zostawałem w tyle i mentorka musiała na mnie czekać. Jaśminowiec jednak nie komentowała tego w żaden sposób. Cierpliwie zwalniała tempo, bym mógł nadgonić, opowiadała, gdzie jesteśmy, co tu się znajduje, jakie rośliny tam rosną i jakie zwierzęta występują, na co uważać…
Za to moje futerko stawało się coraz bardziej nastroszone z nasilającej się irytacji.
W ten sposób obeszliśmy Owocowy Lasek, Upadłą Gwiazdę, potem Śliwowy Gaj, a następnie skierowaliśmy się w stronę starego buku, stanowiącego pomost nad rzeką dzielącą nasz teren.
Jaśminowiec zaczęła się wspinać po spróchniałym pniu, ale ja zatrzymałem się gwałtownie. Wytrzeszczyłem oczy jeszcze szerzej, nie patrząc na nic bezpośrednio i cofając główkę. Wyraz mojego pyska przypominał długą, cienką, poziomą linię. Futerko stało na moim grzbiecie już niemal całkiem pionowo. Byłem cały oblepiony roztapiającą się białą breją. W dodatku ten zapchlony śnieg nie chciał przestać skrzypieć! Prościej mówiąc - odczuwałem wszechobecną odrazę i irytację.
– A ja na to nie wejdę – stwierdziłem, tupiąc krótką łapką.
Mentorka uniosła lekko jedną brew.
– Hm? Dlaczego nie? Nie ma się czego bać. Woda jest zamarznięta, nie musisz się martwić, że do niej wpadniesz. A pień nie jest oblodzony, bo regularnie chodzą tędy patrole. Wskakuj.
– Nie! Nie! Usz! Ja chcę już wrócić! Teraz!
Jaśminowiec już otwierała pysk, żeby powiedzieć coś zapewne logicznego, jak i pocieszającego, ale ja nie dałem się tak łatwo. W jednej chwili nabrałem do płuc jak najwięcej powietrza, po czym wsadziłem główkę w najbliższą zaspę. Gruba warstwa białego puchu miło tłumiła wszystkie irytujące dźwięki (w tym głos pewnej kotki), światło i zapachy… tyle że powoli zaczynałem tracić czucie w pysku i uszkach. To jedyny minus.
– Ugh! Gronostaju! Co ty robisz?!
Za sobą usłyszałem gwałtowne skrzypnięcie śniegu a po nim kilka cichszych. Nagle poczułem, jak zęby mentorki zaciskają się na moim karku i podnoszą mnie w górę. Jakbym był jakimś kociakiem!
– USZ! AAA! – krzyknąłem, wybierając niesprecyzowane dźwięki zamiast słów.
Zacząłem desperacko machać łapkami, ale to nie pomogło. Mentorka nie puściła mnie, za to zaczęła iść w stronę pnia. Wskoczyła na niego bez większego problemu i zaczęła iść, zupełnie ignorując szamoczącą się niemo kulkę futra w swoich zębach. To jest, mnie.
– O nie! – mruknęła niewyraźnie. – Przeprowadzę cię przez nasze tereny W CAŁOŚCI i BEZ DYSKUSJI! Miał być trening to będzie.
Po chwili nieco się uspokoiłem. Zaczął docierać do mnie sens jej słów. Miała rację. Miał być trening. Plan był, że robimy obchód. Wszystko…wszystko się zgadzało. Wszystko miało… sens.
Łapki powoli opadły mi na brzuszek. Od tego szamotania śnieg całkiem się ode mnie odkleił.
– Pff… Możesz… możesz postawić mnie już. Możemy iść – burknąłem.
Mentorka westchnęła głęboko, po czym ostrożnie opuściła mnie na ziemię po drugiej stronie rzeki.
– Oj, Gronostaju… – pokręciła lekko głową na boki. – To będą długie księżyce…
Spojrzałem jej głęboko w oczy.
– Miałaś na myśli “mega prze-epickie księżyce”?
Kotka parsknęła.
– Nie. Miałam na myśli dokładnie to, co powiedziałam – zaczęła iść dalej.
Dorównałem jej kroku, teraz drepcząc po śniegu równo z nią.
– Nie, nie! Nie łapiesz po prostu. Gdy ktoś coś mówi, zwłaszcza w kontekście mowy potocznej czy sarkazmu, jest około trzydziestu ośmiu procent szans, że ma na myśli coś dokładnie odwrotnego. Więc, nawet gdy nie mam racji, to mam rację. Bo gdy to powiedziałem, to nie wiesz, czy też nie miałem na myśli przeciwieństwa…
– Uh. Zgubiłam się chyba. Że co? – kotka uniosła brew, uśmiechając się.
– Ughhh... – przewróciłem moimi ogromnymi oczkami z irytacją. – To ja może zacznę od początku.
– A może skupimy się na treningu? – zasugerowała. – Możemy sobie już darować resztę zwiedzania, ale skoro już tu jesteśmy, to przejdziemy się kawałek po rozlewisku i wrócimy do obozu. Ale jutro będzie powtórka, Gronostaju.
– To może skupimy się na treningu – przytaknąłem.
– Więcej cię nosić nie będę.
– Usz! Nigdy więcej! – wymamrotałem, otrzepując głowę na boki.
[1019 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz