BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upadły Kruk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Upadły Kruk. Pokaż wszystkie posty

16 marca 2024

Od Upadłego Kruka

 Nie wiedział ile czasu minęło odkąd opuścił Klan Wilka. To była... spontaniczna decyzja, ale warta zachodu. Udało mu się uciec, nikt go nie ścigał. Był sam, sam w wielkim lesie. 
Początek samotniczego życia nie był taki zły jak sądził. Nie był w końcu do końca sam. Mógłby nawet przysiąc, że widział przemykającą obok niego postać. Pierwszym jego odruchem było gotowanie się do walki. W końcu nie wiedział na co mógł się natknąć na terenach zawładniętych przez naturę i samotników. Ale co kierował wzrok, zjawa znikała. To sprawiło, że jego zmaltretowany przez mrocznego ducha umysł, widział w tym... jego. Czy to jakaś kolejna faza szaleństwa? Nie dość, że słyszał głos Mrocznej Gwiazdy, tak też widział go na jawie. 
Gdyby tylko miał przy sobie medyka, ten zauważyłby jaki był rozpalony. Nie było z nim najlepiej, lecz nie szukał pomocy. Nie myślał już racjonalnie. Cała jego świadomość została wypalona, zmielona i posklejana na nowo w twór, którego celem było tylko przetrwanie. 
Pierwsze księżyce z dala od klanu pozwalały mu jeszcze polować. Łapał myszy i drobne ptactwo. Teraz jednak sunął przed siebie, wciąż i wciąż, jak gdyby to było właściwe. Dawno zapomniał o głodzie. Nauczył się go ignorować. Wiedział, że coś było nie tak, ale nie rozumiał co. Gdy tylko próbował się zastanowić nad tym, myśl ulatywała, a głos szeptał mu cicho "idź". Więc szedł, szedł, aż z tego letargu nie wytrącało go drzewo, w które uderzył głową. 
Wydał z siebie głuche westchnienie i usiadł. Jego łapy były obdarte do krwi. Chude, słabe i drżące. Raczej już dzisiaj nigdzie nie zawędruje. Nie wstanie, nie gdy czuł ogarniającą go słabość. 
— A czy ja cię przed tym nie przestrzegałem, Upadły Kruku? — powiedział głos. — Pomyśl tylko, jak żyłbyś teraz, gdybyś przyjął moją szczodrą pomoc... Byłbyś jednym z moich przodujących wojowników, a kto wie, może i doczekałbyś się szacunku w gronie moich kultystów, hm? Szkoda, jak to wszystko przepadło... Czasami jesteśmy największymi wrogami samych siebie. Taki ten los przewrotny, nieprawdaż? Zgiń, Kruku, w bólu i chorobie, a gdy przyjdziesz do mnie po śmierci, twoje krzyki będą tak głośne, że usłyszą je żywi.
— Przecież idę. Zapomniałeś? — odpowiedział na jego słowa. — Cały czas idę.
Wydawało mu się czy duch przejmował jego szaleństwo? Nie wiedział co czyni w równym stopniu co on sam? To dziwne... Sądził, że było na odwrót. Że kierował się za głosem, by na końcu... No właśnie co? Co było na końcu tej drogi, którą podążał? Czy tam czekała go śmierć? Mroczna Puszcza? A może coś innego?
— Skądże — rozległ się cichy szept ducha. —  Ale jak długo będziesz iść? Twoje łapy ledwo dźwigają twoje ciało. Okazuje się, że kruk może upaść jeszcze niżej.
Westchnął ciężko i ułożył łeb na ziemi. Już nie wzleci. Nie odbije się, nie... Nie miał sił. Chciał zasnąć. Odpocząć. Zaznać wytchnienia. Z dala od tych niebieskich oczu, które przewiercały go na wskroś. 

***

Poczuł ulgę opuszczając ciało. To było tak jakby go zalało zimną wodą w upalny dzień. Wydał ostatnie tchnienie, uwolnił swoją duszę od ciężaru. Był wolny, lekki. Wszystko odeszło. Cały ból fizyczny, a nawet psychiczny. Nic go nie obciążało. Gdyby wiedział, że to było takie miłe uczucie, że mgła rozwieje się i znów będzie myślał racjonalnie, to zapewne skończyłby ze sobą szybko. 
A potem... Poczuł szarpnięcie. Jak gdyby ktoś sięgnął po niego i zabrał go z tego świata. Na nic zdał się opór. Po prostu leciał, leciał, aż nie wylądował w ciemnym, pozbawionym gwiazd lesie. 
I wtedy, leżąc tak jeszcze na Bezgwiezdnej Ziemi, ujrzał tą bliznowatą, paskudną gębę, która nawiedzała go od tylu księżyców. 
I cała radość zniknęła. 

20 grudnia 2023

Od Upadłego Kruka

Minęło parę dni od zgromadzenia. Wilcza Tajga rzucała mu co rusz spojrzenia, ale nie zwracał na to uwagi. Dojrzał swój cel. Tą piękną istotę, która również zwiędła niczym usychający kwiat. Czerwona Róża oddaliła się od niego, gdy jego szaleństwo coraz bardziej wyszło na jaw. Irytowało go to, bowiem pamiętał jak niegdyś byli blisko siebie. To była dziwna sytuacja. Z jednej strony nie chciał jej widzieć, aby uchronić ją przed tragicznym losem, z drugiej strony pragnął jej wyjawić, że ich wróg wciąż miał się dobrze. Czy postępował dobrze? Najpewniej nie.
Wpatrywał się w nią przez dłuższy czas, bowiem nie wiedział czy jest realna. Wszak widział jej śmierć na wiele sposobów w koszmarach. Na dodatek... powoli tracił poczytalność. Czuł jak coś mu się wymyka. Jakaś racjonalna część jego istnienia. Widział obrazy, w których był kimś. Kimś kto urabiał kotki na prawo i lewo, wykorzystując je ku swej rozrywce. Chciał to powtórzyć. Zaznać tej satysfakcji. Posiadać władzę nad czyimś życiem. Chęć rosła z każdą chwilą, gdy wspominał to jak niegdyś on i Czerwona Róża byli blisko. Chciał znów do tego wrócić...
"Znam twoje myśli, Upadły Kruku. Bardzo chcesz tego, by zasmakować tego rodzaju władzy nad kimś, jaką ja dzierżyłem w swoich łapach przez większość swego życia. Czerwona Róża pewnie tobą pogardza... W końcu tak się zmieniłeś, stałeś się jedynie obłąkańcem. Czemu miałoby jej na tobie zależeć? Pokaż jej, gdzie jest jej miejsce. Pokaż jej, że należało być przy tobie, by żałowała tego, że kiedykolwiek się od ciebie odwróciła" melodyjny głos zmarłego przywódcy roznosił się jak odległe echo w jego uszach.
Tak. Pan miał rację. Pragnął tego coraz bardziej, z każdym słowem, które padało w jego głowie. Na dodatek złość na kotkę wzrosła. W końcu porzuciła go, zostawiła. Dała złudną nadzieje, że ich los mógł się spleść, a teraz? Teraz była niczym obcy, ledwo żywy cień, który błąkał się po obozie bez celu. 
Podniósł się ciężko na łapy, chwiejąc się, bowiem słabość go ogarnęła na kilka chwil.
— Prowadź mnie, panie. Razem odpłacimy jej za tą ujmę. Musi wiedzieć gdzie jej miejsce. Tak... — zaśmiał się, widząc wizje siebie nie jako dogorywającego powoli trupa, a potężnego kota, który miał władzę. 
Ruszył za nią w idealnym momencie, bowiem wyszła z obozu. Nikt go nie zatrzymał, licząc zapewne na to, że skona pod jakimś drzewem i już nie wróci. Głupcy. Szakala Gwiazda nie była tak mądra jak upiór z jego snów. Ten nigdy nie dał mu zaznać takiej swobody. Teraz, gdy Sosnowa Igła odeszła, nie miał nikogo na ogonie. Byli sami. 
— Myślisz... że mnie pokocha, gdy pokaże jej, że zbłądziła? Zrobi dla mnie wszystko? — mamrotał pod nosem, wolnym krokiem sunąc za nią niczym cień.
"Tak, Kruku. Będzie twoja, jeśli odpowiednio to rozegrasz. Pamiętaj... Przemoc łączy się z miłością. Pokaż jej, że wiesz najlepiej, co dla niej dobre; że zsyła na siebie cierpienie w chwili, gdy cię odrzuca. Pokaż jej, że tylko z tobą będzie naprawdę szczęśliwa" mroczny głos instruował Kruka z nutą wyraźnego zadowolenia. "Koty głupieją, gdy karmisz je siłą i miłością. Bo nie przywykły do tego, że można kogoś kochać i jednocześnie go krzywdzić. Zachowaj odpowiednią odległość, Kruku. Nie może cię jeszcze zobaczyć"
Skinął łbem, a następnie otarł się o drzewo z zadowolonym pomrukiem. Szczęście wtedy go ogarniało, bowiem wolał tą stronę ducha, która nie krzywdzi, a wydaje się aprobować jego kroki. Chciał słyszeć z jego pyska pochwały. Łaknął tego niczym spragniony. A gdy coraz bardziej tego pragnął, tym bardziej stawał się zdeterminowany, by postarać się go nie zawieść.
Przybrał pozycję łowiecką, by skryć się w gąszczu krzewów. Czerwona Róża właśnie ze znudzoną miną rozglądała się po otoczeniu, szukając najwyraźniej pożywienia. 
Rady jego przewodnika przelatywały mu przez umysł. Jakaś cząstka jego świadomości, zdołała je jeszcze w jakiś sposób przeanalizować. 
Chyba wiedział o co chodziło. A nawet jeśli nie, to pan go poprowadzi.
"Jest tak samo cwana, jak ją zapamiętałem" ton głosu przywódcy zmienił się; słychać w nim było wyraźną urazę. "Ciekawe, czy zmądrzała przez te księżyce od mojej śmierci... To czas, by się przekonać. Teraz rób, co mówię, Upadły Kruku. Chcesz, by się ciebie przestraszyła, ale by wciąż widziała w tobie tego samego kota. Przywitaj się z nią, a potem wyjdź z zarośli. Powiedz jej, jak bardzo za nią tęsknisz, Kruku, daj jej znać, że nie pozwolisz jej od ciebie odejść. Zaznacz granice, ale bądź przy tym delikatny."
Gdy ostatnie słowa padły, jego pysk od razu otworzył się, tak jakby rozkaz uaktywnił w nim kaskadę zdarzeń.
— Witaj, Czerwona Różo. — Wynurzył się z zarośli, spotykając jej pełne zdumienia spojrzenie. Dojrzał w jej oczach przez chwilę tęsknotę za utraconymi marzeniami, lecz szybko to skryła. Mądrze. — Nie wiesz jak za tobą tęskniłem. Unikasz mnie... Dlaczego? — Nie przestawał na nią napierać, nawet wtedy, gdy zmuszona jego bliskością zaczęła się cofać. O tak, on nią sterował. Kierował jej ciałem tak jak pragnął. Wyznaczał rytm jej kroków i kierunek, w którym zmierzała. To on miał pełnie władzy. On... 
— Co tu robisz? — padły słowa, a jej ciało zatrzymało się na drzewie. — Nie powinno cię tu być. Ześwirowałeś... Wszyscy o tym gadają w klanie, więc nie mów mi tu o tęsknocie. Nic między nami nie było.
Kłamstwa! To były kłamstwa! Wmawiała to sobie, widział to po sposobie w jakim uciekała od niego wzrokiem.
"Tęskni za tobą, Upadły Kruku. Tęskni za tym, jak byliście blisko. Widzisz to po jej oczach... Widzisz to, jak okłamuje samą siebie. Musisz pamiętać, kto wydaje rozkazy, a kto je wykonuje w tej relacji, Kruku. Musisz pamiętać, że to ona ma dostosować się pod twoje wymagania. Spytaj się jej, dlaczego cię porzuciła, spytaj się jej, dlaczego nie wierzy w to, że jesteś tą samą osobą. Powiedz jej, że zależy ci na niej bardziej niż kiedykolwiek i zrobisz wszystko, by utrzymać ją przy sobie. Że to nie jest kwestia jej wyboru"
O tak. Widział to. Pragnęła od zawsze jego uwagi. Tymi swoimi docinkami i wpadaniem mu pod łapy, gdy był jeszcze zdrowy na umyśle.
— Dlatego mnie porzuciłaś? Bo tak gadają? Boisz się głupich plotek? Czemu nie wierzysz, że jestem tą samą osobą, którą znałaś? Ja... tak długo nad tym myślałem. Byłem głupi, że wcześniej ci o tym nie powiedziałem. Że nie zrobiłem pierwszego kroku. Czerwona Różo... zależy mi na tobie.
— Kłamiesz — wydusiła z siebie. 
Pokręcił łbem.
— Zależy bardziej niż kiedykolwiek. Zrobię wszystko byś to zrozumiała. Naprawie swoje winy. 
— Nie... Ja... na to za późno. Nie wiem czy... — nie dokończyła, bowiem jej przerwał.
— To nie jest kwestia twego wyboru! — warknął, czując jak irytacja powoli przenika przez jego pysk. Zaraz jednak wziął oddech, łagodniejąc. — Pamiętam te chwile, gdy byliśmy razem...
— To było bardzo dawno temu... Łasico... Czy dobrze się czujesz?
Odsunął się od niej nagle, jakby kocica uderzyła go w pysk. Jak śmiała... Jak śmiała wypowiadać to imię! To była jego hańba. Grzech, który przywracał okrutne wspomnienia, gdy był zaślepiony ideą matki. Nie... Nie był w stanie tego znieść. 
Poczuł nagle przemożną chęć, by ukarać ją za te słowa. Chciał zasmakować jej krwi, usłyszeć krzyk oraz zobaczyć jej łzy. 
"To taki wstyd... Wracać do swojego poprzedniego imienia, do imienia, które nadała ci matka; które miałeś nosić jako żywy następca jej przyjaciela. Jakbyś był oddany tylko jej woli... Bez własnej osobowości, bez własnego zdania. A ona potwornie ci to wypomniała. Pewnie sama chciałaby posiadać nad tobą taką kontrolę, jaką matka miała nad tobą, nie sądzisz, Kruku? A może... Łasico?" W głosie lidera słychać było kpinę. "No właśnie. To ty zdecyduj, czy chcesz, by cię tak nazywano. Pokaż jej, czy ma prawo zwracać się do ciebie tym imieniem."
— Nie nazywaj mnie tak! — zasyczał, czując jak pazury wbijają mu się w ziemię. Głos zmarłego podjudził go tylko bardziej. On? Łasicą? Nigdy! Pluł sobie w twarz, że kiedyś był tak głupi, że był dumny z tego miana. Teraz jednak przejrzał ten fałsz, którym karmiła go matka. Nie zamierzał być po raz kolejny poniżany! — Nigdy. Więcej! — wycedził, podchodząc do niej w jednej chwili. Czuł jej oddech na pysku, widział zaskoczone spojrzenie oraz skrzywienie nosa. Jak nic nie podobała jej się ta bliskość.
— Jesteś szalony... — szepnęła, ale nie zareagowała, gdy szarpnął nią boleśnie tak, że upadła na ziemie.  Nie wydała z siebie krzyku. Ujrzał jak sama zaczyna się wściekać na to, że popsuł jej urodę. 
— Ty wronia strawo! — Wykrzywiła się wrogo. — Co ty sobie myślisz?! 
No właśnie... Co w niego wstąpiło? Czemu nagle uraza tak wielka zawładnęła jego sercem? Nie podobała mu się jej postawa. Gdzieś w tle umysłu brzmiało mu słowo "zdrada". Czy to prawda? Nigdy jej nie zależało na Kruku? Wolała Łasice? Tego nic niewartego gnojka? 
— A ty?! Jak śmiesz się tak do mnie zwracać?! Nie masz prawa... Nie masz... — zawarczał gardłowo, postępując krok naprzód. 
— Szakala Gwiazda powinna dawno cię wygnać! Powiem jej o wszystkim! Zamknie cię w jakiejś norze świrusie!
"No widzisz, Kruku... Najpierw ciągle opierała się moim skromnym propozycjom, ale jeśli trzeba, wyda swojego przyjaciela - a któż wie, gdyby nie ta utarczka - może i kogoś więcej, wprost w łapy jednego z moich. Taka jest Róża... Obłudna i dwulicowa. Ale boi się ciebie, Kruku. Jest wściekła i przestraszona. To dobrze."
— Nie mogę pozwolić jej uciec... To ja musze ją uwięzić... — powiedział do ducha, a kotka słysząc te słowa nastroszyła sierść.
— Świr! Spróbuj tylko mnie tknąć, a pożałujesz! — Wystawiła pazury, gotowa do ewentualnej walki.
— Powiedz panie co robić. Co robić? — kolejny raz zaufał w tej kwestii swojemu oprawcy. Był niczym gotujący się do skoku pies, którego powstrzymywała wola pana przed rzuceniem się w kierunku swojej ofiary. Bowiem wciąż gdzieś w jego świadomości była ta racjonalna iskierka, która buntowała się przed dokonaniem tego co pragnęła cała reszta jego ciała. Ale krew... tak kusiła. Ten zapach i smak rozpływający się po pysku... Błogość jaka wtedy ogarniała jego umysł... 
"Co zrobić?" głos lidera zaśmiał się cicho, przeszywając głowę Kruka. "Zależy, czy chcesz ją zabić, czy unieszkodliwić. W obu przypadkach powinieneś użyć siły. Zrań ją na tyle, by nie mogła uciec ani się bronić."
I wtedy stracił kontrole. Jego łapy same zadecydowały. Rzucił się na nią, splatając w morderczym uścisku. Walczyła zaciekle, ale oboje mieli wyrównane szansę. Wszak tu już przestało chodzić o własne pobudki. Teraz kiedy ból rozchodził się po jego ciele spowodowany zadrapaniami, liczyło się tylko i wyłącznie zmuszenie jej do tego, aby przestała. Aby przestała go krzywdzić.

***
*tw krew*

Dyszał spoglądając na martwe ciało kotki. Nie pamiętał chwili, kiedy wyzionęła ducha i jak dokładnie to się stało. Jedyne co widział to krew. Czuł ją wszędzie. Nawet na języku. To była jego sprawka? Nie... Teraz świadomość czynu do niego dotarła. Zabił ją.  
— Nie... — wyrwało się z jego pyska. — Nie! Czemu... Dlaczego?! — Potrząsnął nią z nadzieją, że ożyje. Poczuł jak łzy zaczynają spływać mu po pysku. — Co ja zrobiłem... — zaczął łkać, przejeżdżając sobie łapami po głowie, mierzwiąc futerko. Oszalał. Miała rację. Oszalał. Nie panował już nad tym kim był. Duch odebrał mu wszystko co tak cenił. A teraz sen okazał się być prawdą. Stał się potworem. Dokładnie takim samym jak Mroczna Gwiazda. 
"Zamierzasz płakać z powodu jej śmierci?" głos w jego głowie prychnął z wyraźną pogardą. "Myślisz, że ona by nad tobą płakała, gdybyś umarł? Nie okazuj jej swojej słabości nawet po śmierci. Zasłużyła na to. Było mi obojętne, co zamierzasz z nią zrobić, ale śmierć zdaje się lepsza niż podarowanie jej łaski, którą wykorzystałaby przeciw tobie."
On nic nie rozumiał! Nic! Dla niego to była tylko zabawa, gra. Nie widział tego co on widział w niej. Dlaczego dał się wytrącić z równowagi? Co takiego się stało, że wpadł w zwierzęcy szał? Czy to oznaczało, że był już stracony? 
Szakala Gwiazda go zabije. Zrobi publiczną egzekucję. Uwolni go od ziemskich trosk. A wtedy... Jego oddech przyśpieszył. Musiał uciekać. Nie mógł tu pozostać. Nie chciał skończyć jak Nocna Tafla i inni, rozszarpani na oczach wielu. Chciał wybrać swój własny koniec. 
"Uciekaj, Kruku, tylko to ci pozostało. Jeśli nie Szakala Gwiazda, to ja skończę twój żywot. Nieważne, co wybierzesz, skończysz w marności, a twoje ciało zjedzą wrony i kruki. Nikt nie będzie cię opłakiwał. Nikt nie będzie cię pamiętał. A po śmierci znów się spotkamy."
I zrobił to czego sam od siebie oczekiwał. Pognał w tę pędy jak najdalej od martwego truchła. Przedzierał się przez krzewy, pozostawiając za sobą skapujące z pyska krople krwi. Nie miał do czego już wracać. Był... wolny. Nareszcie po tylu księżycach zdecydował się wybrać drogę, w której nie było Klanu Wilka. Nie był już zmuszony przebywać tam z woli matki oraz ducha. Ten pozwolił mu odejść. 
Może Mroczna Gwiazda wiedział, a może on sam przeczuwał, że jego czas dobiega powoli końca. Wybrał po raz pierwszy świadomie jak chciał zakończyć swoje życie. Nie jako zdrajca, stracony na oczach wielu. Umrze w zapomnieniu, gdzieś na terenach niczyich, gdzie rozdziobię go dzikie ptactwo. Tak... Tak odchodzili ci, którzy próbowali zmienić świat na lepsze, lecz zamiast tego popadli w obłęd. 
Chociaż łapy powoli odmawiały mu posłuszeństwa, a płuca paliły od biegu, pozwolił sobie odsapnąć dopiero wtedy, gdy granica z Klanem Wilka była już daleko. 
I teraz... nie wiedział co zrobić. Świat stał przed nim otworem, jak też różne niebezpieczeństwa. Zapach krwi drażnił go po nosie, ale nie miał sił, by coś z nim zrobić. Wdrapał się na najbliższe drzewo i ukrył w jego koronach. Może dożyje jutra, a może spadnie podczas koszmaru i rozbiję głowę? Dlatego też nie zmrużył oka. Nie, gdy nie poczuł, że był już sam. Tylko był pewien problem... On nigdy nie był sam. Zawsze gdzieś w głowie szumiał mu głos upiora, który oczekiwał go w Mrocznej Puszczy. 

26 listopada 2023

Od Upadłego Kruka

Czas jakby przestał dla niego istnieć. Obudzenie się ze snu sprawiało mu coraz większe problemy, tak samo jak wstanie i udanie się na polowanie. Zaczął unikać wspólnych treningów pod okiem mistrza. To nie było podyktowane lenistwem, o nie. Był dumny ze swych stalowych mięśni, które teraz wydawały mu się tylko złudzeniem. Schudł i to bardzo. Ledwo był w stanie przełknąć cokolwiek, bowiem przełyk ściskał mu się boleśnie. Stres w jakim żył, pasożyt w jego głowie, to nie pomagało mu dojść do siebie. Na dodatek nieprzespane noce dawały o sobie znać. 
Czuł się... wycieńczony. Każdy oddech sprawiał mu ból. Tak jakby śmierć powoli już stała na progu, wyciągając w jego stronę swoje łapy. Dlatego też, gdy Szakala Gwiazda zwołała klan, nie spodziewał się usłyszeć swojego imienia w liście osób wybranych na zgromadzenie. To było... nierealne. Czyżby się przesłyszał? Nie... To chyba nie była prawda. Nigdy na nim nie był, nie było powodu, aby go zabierać. Co się zmieniło? Czyżby Szakala Gwiazda postanowiła go utopić w odmętach morza? 
Ciężkim wzrokiem powiódł po zebranych kotach. Nie miał ochoty nigdzie iść. Padał na pysk, a jeszcze jakieś bezcelowe spotkania z innymi klanami? Nie... To nie dla niego...
— No, przyznam, że swoją decyzją Szakal zaskoczyła nawet mnie — śmiech rozległ się w jego uszach napawając czystym przerażeniem. Jego ciało już tak reagowało na słowa niechcianego gościa, który nie zamierzał go zostawić w spokoju. Nigdy nie chciał się zamknąć. Nigdy... — Na jej miejscu nie pozwoliłbym szaleńcowi tułać się wśród takich tłumów. To proszenie się o problemy... Ale, cóż, tak się składa, że mnie to więcej nie dotyczy. A ty, Kruku? Nie czujesz się nieco przytłoczony faktem, że idziesz na zgromadzenie po raz pierwszy w życiu jako tak wiekowy wojownik?
Jak gdyby to była jego wina, że nie był wybierany. Zdawał sobie sprawę, że to było ukartowane. Mroczna Gwiazda nigdy nie chciał go dopuścić do innych kotów. Izolował go, co było bardzo mądrym posunięciem. Gdyby miał szansę na zdobycie popleczników to właśnie tam. Wtedy być może to wszystko skończyłoby się inaczej... 
— Ciszej — zwrócił się do osobnika, który najwidoczniej się rozgadał. To stanowiło problem, dla niego. — Usłyszą cię — chociaż mówił to do ducha, tak też jego słowa wypowiadane były na głos. Już dostrzegał ukradkowe spojrzenia, które kierowano w jego stronę. Świr, nienormalny, oszalał... Te i inne określenia zalały mu umysł. Cofnął się, przytłoczony całą tą sytuacją, wpadając tym sposobem na jakąś kocicę. 
— Uważaj, jak chodzisz — zwróciła mu chłodno uwagę, ledwo utrzymując równowagę. — W tym momencie to ty powinieneś być cicho, a nie ten cały "on". 
Miała rację... Za bardzo się rozgadał. Zbyt dużo powiedział. Nikt nie mógł się dowiedzieć, że on tu był. Od razu zaczęłyby się problemy. Nie mógł do tego dopuścić... 
Skinął jej spięty głową, po czym słysząc, że oto wyruszali, skierował się za liderką w stronę miejsca zgromadzeń. Widać było, że każdy krok sprawiał mu ból. Zmęczenie po raz kolejny dało o sobie znać. Musiał przystawać co po chwilę, próbując złapać oddech. Nie wiedział czemu szedł, czemu parł naprzód. Może to on przejął już nad nim kontrole? Może jego krok był tym jego? Nie wiedział, nie wiedział i coraz bardziej gubił się w swych myślach. 
— Kim jesteś? — nagle zwrócił się ponownie do wojowniczki, gdy ta znalazła się z powrotem tuż obok niego. — Znamy się?
Parsknęła. Aż tak to pytanie było dziwne? 
— Wilcza Tajga — przedstawiła się zwięźle i zimno, nie zaszczycając kocura nawet spojrzeniem. — Cóż, ja ciebie znam, ale ty jesteś chyba bardzo odcięty od rzeczywistości, jeśli mnie nie kojarzysz. Żyjemy w jednym klanie od wielu księżyców.
— Widzisz, ma rację — powiedział wreszcie zmarły przywódca po długim milczeniu. Chociaż nie mógł go zobaczyć, mógł sobie tylko wyobrażać, jak dokładnie Mroczna Gwiazda lustruje wzrokiem jego wszystkie działania, wszystkie słowa, które wypowiadał. — Chyba bardzo dobrze cię wymęczyłem, skoro masz problem z zapamiętaniem imienia kogoś, kto żyje z tobą w jednym klanie. Nie myślisz o niczym więcej, tylko o mnie... Bo nie daję tobie o sobie zapomnieć nawet na moment.
Tak to prawda... Nic już się nie liczyło tylko ten głos. Ten zimny, pozbawiony litości, a jednocześnie melodyjny i kuszący głos. Jak miał nawiązywać nowe znajomości, gdy jego świat kręcił się w miejscu? Nie rozpoznawał kogo przyjmowano do klanu, kto z niego odchodził. Żył w bólu, skupiając się na niechcianej osobowości w swojej głowie. Szukał wyjścia lub kryjówki, która uchroni go przed jego wzrokiem. Ale to nigdy nie wychodziło. Zawsze go znajdował i wyciskał z niego ostatnie tchnienie.
— Naprawdę? — zdumiał się, chociaż to wyglądało bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. Nie wiedział do kogo kierował te słowa. Do Wilczej Tajgi czy swego prześladowcy. Zaraz jednak skupił swe spojrzenie na kotce, aby dopowiedzieć. — Rzeczywistość... Tak... Nie wiem co jest już prawdą... Ile to już minęło czasu... Tak to wszystko boli... Nie chcę dać mi odetchnąć... — wyrzucił z siebie zbolałym głosem. 
— Tak, to prawda, przyjacielu. Nie dam ci odetchnąć ani teraz, ani jutrzejszego dnia, ani za księżyc, ani za sezon, ani za wszystkie wieki, nawet po śmierci będziesz musiał mierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Mówiłem ci to wiele razy, ale nie mógłbym przepuścić okazji, by ci o tym przypomnieć. Czas zlewa ci się już teraz, na ziemi... Księżyce mijają jak uderzenia serca. Więc co będzie po śmierci, w Mrocznej Puszczy? Wyobrażasz to sobie? — jego głos był przerażająco czysty i spokojny i chociaż zdawał się mówić cicho, w głowie Kruka brzmiał głośniej niż nigdy wcześniej. I to spowodowało, że przyśpieszył. Byle go zgubić... 
Nie miał pojęcia jak doszło do tego, że wyczuł zapach morza, a chwilę potem dojrzał wyspę. Na moment jakby rozum do niego powrócił, ale to była chwila. Zaraz znów oczy zaszły mu mgłą cierpienia, które nie zamierzało odejść. Z ciężkim westchnieniem wdrapał się na skałę, na której zbierało się towarzystwo i przysiadł, łapiąc oddech.
— Przed kim usiłujesz uciec, Kruku? — głos zaśmiał się w jego głowie. — Przecież dobrze wiesz, że ode mnie nie ma ucieczki. Nieważne, jak daleko pobiegniesz, jak szybko będziesz się przemieszczać. Nawet gdybyś utopił swoją słabą główkę w toni morza, nie uciekłbyś przed moim głosem. Nie udawaj głupiego...
Mroczna Gwiazda zdawał się być wręcz rozbawiony staraniami kocura, jakby patrzył na niego z politowaniem. Nie cierpiał tego uczucia bezsilności. Duch miał rację. To była bezsensowna ucieczka. Jedynie stracił szybciej siły, które powinien zachować na powrót. 
Zacisnął mocno zęby, biorąc głęboki oddech.
— Stój — upomniała go lekko zirytowana towarzyszka, która wciąż za nim podążała. — Przyrzekam, że jeśli się zgubisz, nie skończy się to dla ciebie dobrze. 
— Milcz! — wydusił z siebie akurat w momencie, gdy Wilcza Tajga ponownie się obok niego zjawiła. Co ona... śledziła go? Była na jego usługach? Spojrzał na nią tępym wzrokiem, próbując zrozumieć czego od niego chciała. Słysząc jednak coś o zgubieniu się i nie skończeniu dobrze, wydał z siebie szaleńczy, wręcz można powiedzieć histeryczny śmiech. 
— Oj kochana... — Uśmiechnął się szelmowsko, zaraz się krzywiąc. — Śmierć to wybawienie, a jednocześnie wstęp do piekła. Szakala Gwiazda kazała ci za mną łazić? — zmarszczył nos, wiodąc wzrokiem po kotach, natrafiając na skałę liderów. To miało być szybkie rozeznanie, gdzie siedziała złota, która nakazała go pilnować, a zamiast tego w jego oczy rzucił się kto inny. Kania. Jego brat... U boku lidera. Co... Co tu się zadziało? Czyżby znów śnił? Rzeczywiście to nie mogła być prawda, bowiem jak? 
— To jakaś kolejna twoja sztuczka? — zwrócił się do ducha, kręcąc głową. — Co on tam robi? Zdradził nas...? Ale... Nie... On by nie dołączył do matki, do klanu burzy, ona nie chciała!
— Żaden obłąkany szaleniec nie będzie mnie pouczać — mruknęła niezadowolona kocica, która była teraz przez niego całkowicie ignorowana. — Nie sądzę również, by wiedza, czy otrzymałam jakikolwiek rozkaz, była ci do czegokolwiek potrzebna. I naprawdę myślisz, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach puściłby cię na zgromadzenie bez opieki? I co? Liczyłby na to, że nie zrobisz niczego głupiego? Daj spokój, nie jesteś... — Po czym zauważyła, jak diametralnie zmienił się wyraz jego pyska. Podążyła za jego wzrokiem na skałę liderów, ale nie zobaczyła tam nic ciekawego. — O co chodzi?
— To nie żadna sztuczka,  mój drogi Upadły Kruku. Jak miałbym wpłynąć na wolę żywych? Twój brat sam się na to zdecydował. Sam dokonał wyboru. Widzisz... On coś osiągnął. Teraz patrzy na ciebie z góry, ze skały liderów. A ty? Jesteś związany nieodwracalnie przykrą obietnicą cierpienia i za życia, i po śmierci. Brzmi jak materiał na ciekawą historyjkę dla przestraszenia niegrzecznych kociąt, prawda? — zamruczał głos. — Widzisz, Kania przeżył i pewnie wciąż podąża za swoją niemądrą matką. Tym go właśnie przewyższasz. Nie chciałbyś się odpłacić bratu za to, jak cię zdradził? Jak spisał twój plan na straty?
Tak... Miał rację. Te słowa wyzwoliły w nim wściekłość. W końcu Kania niegdyś chciał go zabić. Wtedy na wojnie udawał, że mu się udało, a teraz... Teraz osiągnął szczyt, gdy on gryzł piach. Słowa Wilczej Tajgi docierały do niego jakby z oddali. Swój wzrok wbijał w czekoladowego, który jeszcze go nie spostrzegł. I wtedy... narodziła się w jego głowie pewna myśl. 
— Zabiję go... — mruknął na znak zgody. — Tym razem się uda. Tym razem wygram. Pomożesz mi. Razem pozbędziemy się woli mej matki. Zgnije pod naszymi łapami, tak... — zaśmiał się niczym szaleniec, robiąc krok naprzód i kolejny, aby tylko móc przepchać się przez tłum i dopaść swego brata. Brata, który teraz w jego oczach był najgorszym złem, które chodziło po ziemi. To była jego szansa... Nie... Wróć... Ich szansa. Znów zakosztują świeżej krwi. Ah, ależ to będzie cudowne uczucie...
Jego słowa od razu wywołały w Wilczej Tajdze niemałe zmieszanie. 
— Do końca ci rozum odjęło? — syknęła cicho. Ustała mu na ogon, żeby ten nie mógł dostać się do skały liderów, by odwalić prawdziwy Armagedon na zgromadzeniu. — Naprawdę nie chcę się denerwować i mogę z łapą na sercu przyrzec, że jestem niezwykle spokojną osobą, ale jakimś cudem ty masz talent do wyprowadzania mnie z równowagi... Chyba zarażasz innych swoją psychozą  — burknęła z nutą sarkazmu. — Nie będziesz dziś nikogo zabijał. Chodź, wracamy, gdzie żeśmy byli, bo widzę, że tłok niezbyt ci sprzyja.
Ale kocur nie był zbyt chętny do posłuchania jej, więc finalnie z braku laku uderzyła go lekko w tył głowy, a gdy na moment zamroczyła mu się wizja, złapała go za kark i odciągnęła nieco do tyłu. To spowodowało, że w jego umyśle pojawiło się zwątpienie. Czyżby źle zrobił? Nie oto chodziło panu? Czyżby to była kolejna scena jego cierpienia, gdy robił mu nadzieje, a potem odbierał wszystko, obserwując jego ból? Najwyraźniej tak. 
— Dlaczego mi nie pozwalasz... Dlaczego mówisz takie słowa, a potem odbierasz mi szansę — miauczał biadoląc i kocicy i duchowi, który najpewniej wyśmienicie się bawił. — Ty! — wyszczerzył kły na Wilczą Tajgę, która odciągnęła go od celu. Czemu tak się na niego uparła? Przecież nawet się nie znali! Czyżby Szakal ją wysłała do pilnowania jego osoby? Ale dlaczego? Po co go tu zabrała? Niczego nie rozumiał... — Masz jakiś problem? — zwrócił się teraz do wojowniczki pełni świadomie, mrużąc wrogo oczy. — Trzeba zabić zdrajcę nim zniszczy lidera! Trzeba to zrobić! Teraz!
— Przymknij się, na niebiosa! — syknęła do niego półszeptem. — Tak, mam problem. Jak chcesz zabijać koty, to rób to gdzieś indziej niż na publicznym zgromadzeniu. Jeśli poleje się krew z łap Klanu Wilka, będziemy mieli ogromny problem. Wszyscy. Przez ciebie. Więc, na litość wszystkich przodków, zachowuj się, bo zwracasz na siebie uwagę. Zabijaj sobie kogo tam chcesz, ale nie pod domeną Klanu Wilka. Bo za twoje nierozsądne działania zapłacimy my wszyscy — dodała spokojniej, ale ton jej głosu był chłodny, jakby dawała kocurowi znać, że nie zamierzała pozwolić mu na to, co chciał zrobić i bynajmniej nie żartowała. — I schowaj te zęby. Zacznij zachowywać się adekwatnie do swojego wieku. Oszalałeś.
O dziwo to do niego dotarło, co go samego zaskoczyło. Rozluźnił napięte mięśnie i wbił spojrzenie w kocicę, jak gdyby przywróciła mu na powrót rozum. 
— Masz rację... Masz rację... Co ja robię? — Przetarł łapą swój pysk, biorąc głęboki oddech. — To on... On znów mąci mi w głowie. Nie chce przestać. Czuje go... Nie chcę odejść. Niszczy mój umysł. — Oparł swój pysk o ramię wojowniczki, jak gdyby nagle cała jego siła wyparowała i tylko to sprawiało, że jeszcze nie upadł. — Każ mu przestać mącić. To jego wina. On chcę krwi. On chcę pogrążyć Klan Wilka w wojnie. On. Ten co dał wam wielkość...
— Och, Kruku, psujesz całą zabawę... Naprawdę nie chcesz rzucić się z pazurami na swojego brata? — jego głos wciąż był spokojny. Kocur nie zdawał się nawet zaskoczony, jakby przewidywał to, że Wilczaczka powstrzyma Upadłego Kruka od morderstwa. W końcu jednak jego głos stał się mniej teatralny, a bardziej naturalny, jakby skończył na moment bawić się w swoje gierki. — Muszę przyznać, jestem pod wrażeniem. Zrobiłeś się bardzo posłuszny w ostatnim czasie — zacmokał. — Nie martw się, mój drogi, czas zemsty nadejdzie, ale teraz jedynie cię testowałem. Dobra jest z ciebie maszyna do zabijania. Niemal jak ten rudzielec z Klanu Burzy, jak on miał... Puszek? Tak... Jesteś równie dobry, choć w przeciwieństwie do niego nie brak ci intelektu.
Puszek? Nie znał typa, nie wiedział o czym mówił, ale sam fakt, że upiór zdawał się zadowolony jego postępowaniem, zrodziło w jego wnętrzu radość. Tak jakby oczekiwał tych pochwał z jego niematerialnego pyska. Co się z nim działo?! Oszalał, oszalał... 
Jego towarzyszka zmarszczyła brwi. 
— Jaki on? — spytała, ukrywając zaciekawienie pod warstwą chłodnego tonu głosu. — Jeśli coś tak uporczywie utrudnia ci życie, wątpię, żebym ja mogła coś z tym zrobić. Być może pomogłaby ci pomoc medyka... lub porządnego psychologa. Kim jest ten, który dał Klanowi Wilka wielkość? — powtórzyła pytanie. — I dlaczego spośród wszystkich kotów miałby dręczyć akurat ciebie?
Łapy mu zadygotały, kiedy kotka zaczęła wypytywać. Za dużo, za dużo. Nie wiedział komu odpowiedzieć. W jego głowie panował chaos. Jak miał prowadzić dwie rozmowy jednocześnie? Nie dało się, nie wiedział co zrobić. Musiał wybrać.
Oblizał pysk, wzdychając ciężko. 
— M-m... — próbował z siebie wydusić, ale nie był w stanie. Imię kocura było niczym piętno, które nie dawało o sobie zapomnieć. Nie chciał wypowiadać go na głos. — Lider... Przed Szakal. Byłem zły... Graliśmy w grę... Byłem głupi. Sądziłem, że uda mi się go przechytrzyć. Myliłem się. On... on wygrał. I teraz tu jest. Z nami. Nie słyszysz? Mówi i mnie zadręcza każdego dnia, w każdej chwili mego życia. Przyjdzie po mnie... Gdy umrę. Rozszarpie mą dusze... Musze być posłuszny, by się zlitował. Musze — miauczał niczym w transie, chociaż wielokrotnie się przekonał o tym, że ten trud był bezsensowny. On nie da mu odetchnąć, nie da litości. Będzie cierpiał po wieki... A mimo to próbował wciąż i wciąż, niczym głupiec licząc na cud.
— Głupcze... Ona nie słyszy. Nikt nie słyszy. Nikt, oprócz ciebie. Jesteśmy tylko my; tylko my, bym mógł wsłuchiwać się w twoje cierpienie, tylko my, byś wiedział, że jesteś samotny, że nikt nie może ci pomóc, że nikt ci nie uwierzy, że tylko ja jestem twoją ostoją i tylko ja mam prawo decydować o twoim losie.
To brzmiało tak strasznie i prawdziwie. 
Wilcza Tajga popatrzyła na niego jak na szaleńca i długo milczała, jego zdaniem za długo. Zepsuł ją? A może znów czas stanął? Czy to był sen? Zaraz się z niego zbudzi?
— Och, Mroczna Gwiazda? Przecież już od dawna go z nami nie ma. Dlaczego miałby marnować swój czas na przeklętych żywych, którzy nie powinni go teraz obchodzić? Czy duchy nie mają lepszych zajęć? — jej głos był zrównoważony i spokojny, ale doskonale widać było, że to tylko pozory, które kotka utrzymywała, by nie ukazywać zbyt dużo emocji. — A przede wszystkim, dlaczego Mroczna Gwiazda, który, jak opowiadała mi moja mentorka, zbudował obecny Klan Wilka w dużym stopniu, miałby kazać ci zabić kogoś na oczach tylu kotów? Nie słyszę i nikt tutaj nie słyszy. A co sobie myślałeś? Gdybyśmy słyszeli to, co ty, nikt nie rzucałby w twoim kierunku krzywych spojrzeń. 
Prychnął krótkim śmiechem, bowiem miała rację. Czy naprawdę duch nie miał lepszych zajęć? 
— Dobre pytanie. Zapytaj go — zachęcił ją do tego, bowiem i go to ciekawiło. — Bo Kania to mój brat. On kieruje się wolną naszej matki. Tej, która chciała jego zguby, co knuła za jego plecami. Jest zagrożeniem dla Klanu Wilka. Trzeba się go pozbyć. Nie widzisz tego? Nie rozumiesz? — najwidoczniej nie... Nie była wtedy w klanie. Nie widziała co się działo. Może wtedy by zrozumiała, że to właściwa droga. — Też to powiedział... — westchnął ciężko. — Szkoda, bo chętnie bym odpoczął od jego głosu. Zagnieździł się niczym pasożyt i wysysa ze mnie siły. Spójrz na mnie... Kiedyś byłem silny, teraz ledwo stoję na łapach. A to wszystko przez to, że byłem głupi i zagrałem z nim w grę. Nie graj z nikim w to. To cię zniszczy — przestrzegł ją przed losem, który mógł spotkać każdego nieuważnego osobnika, który cechował się zbytnią pewnością siebie.
— Jak mam rozumieć cokolwiek, gdy nie dajesz mi konkretów? Imion, sytuacji, czegokolwiek... Wypowiadasz się, jakby każdy wiedział, co ci po głowie chodzi.  — miauknęła zgodnie z własną opinią. — Zgromadzenie z pewnością nie jest właściwym miejscem do pozbywania się kotów. Zrobiłbyś to i co potem? Byłbyś na oczach wszystkich. Jeśli nie ten cały Kania, to jakiś inny lider wykorzystałby sytuację na naszą niekorzyść — na jego przestrogę wywróciła oczami. — Poważnie? Nie wiem, co ja bym bez ciebie zrobiła... — mruknęła z ironią. — Wychowałam się na brudnej, niebezpiecznej ulicy, Upadły Kruku. Naprawdę myślisz, że nie potrafię mierzyć siły na zamiary? Nie plączę się w konflikty, których nie jestem w stanie wygrać. Już dość się przekonałam na błędach swoich rodziców, czym grozi nadmierne przecenianie własnych możliwości. Nie potrzebuję doświadczać tego na własnej skórze.
— Słusznie przestrzegasz innych przed swoim marnym losem, drogi Kruku. Jesteś idealnym przykładem, jak kończy się zadzieranie z niewłaściwymi osobami. Czyż niewystarczająco ci to uświadomiłem? Takie z ciebie żywe trofeum, dowód na to, że nawet najmądrzejszych i najsilniejszych wrogów jestem w stanie pokonać, zmusić ich do posłuszeństwa. Wilcza Tajga i wszyscy inni młodzi Wilczacy powinni uczyć się na twoim przykładzie, czym kończy się nielojalność, odrzucenie zasad Klanu Wilka, odrzucenie mojej łaski. Czym kończy się sprzeciw.
Pokręcił łbem, aby pozbyć się tych słów z głowy. Niechciane łzy zebrały się w jego oczach, a zęby mocno otarły się o siebie w poczuciu bezsilności. Nie chciał być jego trofeum... Nie chciał... Pragnął się go pozbyć. Im dłużej z nim był, tym coraz bardziej czuł, że nie był już sobą. Tracił swoją osobowość, to co czyniło go istotą myślącą. Częściej w jego głowie brzmiały słowa ducha, które uważał za swe własne myśli. A najgorsze było w tym wszystkim to, że nie był w stanie nic z tym zrobić. 
— Mój brat. Ten czekoladowy w cętki. Nie wiem jakie nosi tam imię. Ja go znałem jako Kanią Łapę — wydusił z siebie. — Nie wiem czy jest liderem, mało co wiem, to moje pierwsze zgromadzenie. Wiem tylko, że na wojnie walczył przeciwko nam i chciał mnie zabić. Myśli, że nie żyje... Może knuć coś złego skoro dostał się do władzy — powtarzał swoje uparcie. — To dobrze, że wiesz... To rozumiesz, że trzeba coś zrobić. Ostrzec Szakalą Gwiazdę. Gdybym wcześniej tu był... ujrzał gdzie on stoi... dawno bym to zrobił. Chodźmy do niej. Będę się hamował. Obiecuję.
Gdy zaczął opisywać Kanię, dymna automatycznie spojrzała na skałę liderów. Widziała go; stał obok Srokoszowej Gwiazdy. 
— Dobrze. Pozwolę ci. Ale nie ręczę za siebie, jeśli będziesz coś próbował — ostrzegła go, spoglądając na niego nieufnie. — To do Szakalej Gwiazdy należy decyzja, co zrobić z obecnością Kani. Nie do ciebie. Nie bądź zbyt pewny swoich możliwości. 
Skinął łbem, po czym skierował swe kroki ku skale liderów. Gdy szedł, nie spuszczał wzroku z jednego punktu... Z kocura, który był mu niegdyś bratem. Dużo kosztowało go sił, by nie skoczyć mu do gardła. Głód krwi znów się pojawił. Chciał poczuć na języku ten słodki, metaliczny smak. Ujrzeć go pokonanego. Pozbyć się zagrożenia, które mogło przysporzyć im niepotrzebnych zmartwień. 
Jego ofiara chyba coś wyczuła, bo ich wzrok się spotkał. Ujrzał jak zaskoczenie na pysku brata zmienia się w szok i niedowierzanie. Posłał mu przerażający uśmiech. O tak... Niech wie, że z nim nie skończył. Niech się boi... Teraz... Byli tak blisko... Wystarczyło go złapać i pociągnąć, zwłaszcza że głupiec postąpił krok bliżej, by się upewnić co do tego, że wzrok nie płata mu figli.
I już powoli... jego pysk otwierał się. I już powoli... czuł jak serce mu przyśpiesza, a chęć zaatakowania kocura rośnie. 
— Nie rób...  —  syknęła towarzyszka, usiłując go powstrzymać, chwytając go ponownie za ogon. —  Szakala Gwiazda cię zabije, zabije cię i trafisz do tego swojego Mrocznej Gwiazdy czy kogokolwiek tam sobie uroiłeś — rzuciła szeptem, czując, jak włoski na karku jej się jeżą. 
— A więc naprawdę zamierzasz go zaatakować? Moje słowa chyba trafiły w sam środek twojego serca... Mam rację? — odezwał się z teatralnym współczuciem głos zmarłego lidera. — Pozwolę ci. Dam ci wybór, byś zdawał sobie sprawę, że ja wiem najlepiej. Jednak pamiętaj, że w chwili, gdy zaciśniesz szczęki na gardle swego ukochanego brata, rozpęta się chaos. Kto wie, czy tylko jedno życie zostanie stracone? Jednak Kania na to zasłużył, oj, zasłużył. I powinien to wiedzieć. Kto zadziera ze mną, zadziera z całym Klanem Wilka, ze wszystkimi moimi sprzymierzeńcami, ze wszystkimi tymi, którzy się mi poddali z własnej woli czy nie.
Słysząc te ostrzeżenie, odwrócił łeb. Chaos... Nie... Nie mógł tego zrobić. Miał wybór, ale wiedział doskonale, że tak naprawdę go nie posiadał. Na dodatek Wilcza Tajga była temu przeciwna. Ciągnęła go za ogon, a on cofnął się do Kani, który mordował go wzrokiem podobnym do tego jakim i on go obdarzał... Och, na pewno chciał też się na niego rzucić. 
— Nic nie robię... Obiecałem — mruknął do niej niewinnie, kierując swe kroki ku liderce. Tym razem omijając brata szerokim łukiem.
Otaksowała go dokładnie nieufnym, chłodnym spojrzeniem. 
— Mam taką szczerą nadzieję. A teraz idziemy do Szakalej Gwiazdy i powiesz jej ze szczegółami, dlaczego powinna mieć na uwadze Kanię — rzuciła ostrożnie, podkreślając "ze szczegółami", aby nie zaczął mamrotać przed złotą niezrozumiałe inkantacje.
— Tak, tak... — mruknął pod nosem, po czym podszedł do liderki, nie wchodząc jednak na skałę, a stając tuż u jej podnóża. — Szakala Gwiazdo... Można na słowo? — i gdy ta podeszła opowiedział jej o wszystkim, a następnie wrócił do Wilczej, zadowolony z tego, że postąpił słusznie, tak jak na wilczaka przystało.
Jego pierwsze w życiu zgromadzenie obyło się bez szumu... Jednakże to co zapoczątkował... Tego nie wie nikt. 

19 października 2023

Od Upadłego Kruka

 Czerwony kaszel nawiedził Klan Wilka tak niespodziewanie, że przez chwilę trudno mu było zrozumieć, że oto jego drugi w kolejce najgorszy wróg, dostał za swoje. Sosnowa Igła wypluwała z siebie krwawe smugi, jakby płacąc za wszystkie swoje zbrodnie. A miała dużo za uszami, oj miała. Gdyby nie to, że czuł się tak ogromnie zmęczony, cieszyłby się z jej nieszczęścia. Z chęcią oglądałby jej upadek, ale odkąd w jego głowie zamieszkał potwór, sam modlił się o szybko śmierć. Jednak... Czy był w stanie odejść z tego świata, wiedząc że trafi po śmierci w łapy swojego niematerialnego oprawcy? Nie... Bał się tego. Bał się, że będzie tylko gorzej. 
A ileż on musiał się z nim trudzić! Codziennie prawił do niego mantry o litość. Codziennie słyszał jego złowrogi śmiech i słowa, które pozbawiały go resztek nadziei na przyszłość. 
— Na pokutę miejsce jest za życia. Teraz, gdy się mnie pozbyłeś jest już za późno. 
Mimo to nie przestawał wierzyć. Trzymał się nikłej nadziei, że duch mu odpuści, zobaczy, że nie było sensu tego dalej ciągnąć. No bo zemsta zemstą, ale bez przesady! Już teraz czuł się niczym żywy trup. Wyżuty i wypluty, przemielony przez sadystę, który nie dawał mu odsapnąć nawet na moment.
— A-ale... Byłem głupi. Nie wierzyłem w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd — powtarzał, licząc na to, że jakoś go udobrucha. Pragnął tego niczym spragniony wody. 
— Ja też byłem głupi, gdy byłem młody i też mi się za to dostało. Tylko, że ja potrafiłem z tej sytuacji wybrnąć — głos zmarłego zabrzmiał w jego głowie. 
On nie potrafił znaleźć wyjścia. Nie widział żadnego rozwiązania. Mroczna Gwiazda wygrał. Wszczepił się w niego niczym pasożyt i jedyne na co mógł liczyć to wierzyć w to, że pozwoli mu szybko zgasnąć, gdy tylko wyzionie ducha. 
— Panie mój, wspaniały, najwspanialszy, boski i potężny, zlituj się, bo zbłądziłem, kare poniosłem, zrozumiałem swe błędy — powtarzał, mrucząc pod nosem słowa modlitwy. 
Nie wiedział jak do tego doszło, że upadł aż tak nisko. Nie poznawał siebie. Zabił niewinnego kota, a teraz jeszcze upokarzał się przed kimś, kogo nienawidził z całego serca. Gniew jednak już dawno uleciał, pozostawiając ogromną rozpacz i żałość. Nie posiadał już dumy, nie posiadał godności. Pragnął jednego. Wziąć głęboki oddech i przespać w spokoju noc. Ileż to księżyców minęło? Zbyt wiele. Jego umysł trawiony był przez napady coraz częstszej gorączki. Podupadł na zdrowiu, jego kondycja zamierała. Czuł się tak, jakby umierał, rozpadał się i nic nie mógł zrobić. Nie potrafił zatrzymać tego stanu. Tylko on mógł. Ten, który doprowadził go na skraj. 
— Mów dalej, chętnie posłucham — głos pławił się w jego niedoli, oglądając ten żałosny spektakl desperata. 
Padł do drzewa, bijąc mu pokłon, na powrót przepełniony upragnioną nadzieją. Może dziś się uda wybłagać litość. Może jak się postara, zmruży oczy, wyśpi się, a koszmary odejdą w niepamięć. Nie mógł dłużej tak żyć! To była przeraźliwa udręka! Ciągłe napięcie, jakie trzymał w ciele, wyniszczało go od środka. 
Nie zwracał uwagi na to, że był obserwowany przez naderwanouche demony. Wodzili za nim wzrokiem, zastanawiając się, dlaczego oszalał. Czemu go to spotkało... Co miał za uszami. Wiedzieli? Wiedzieli o nich? Teraz to nie było ważne. 
— Najwspanialszy liderze Klanu Wilka. Jedyny mądry wśród głupich gryzoni. O przepotężny, co nie szczędzi litości wrogom, błagam o oddech. Jeden, maleńki. O sen spokojny, bez twej udręki. Nie szarp pazurami swymi mej duszy zranionej. Odpuść mi bólu, na dzień mały. Chwała o Panie, chwała ci wieczna. Uczynię wszystko by ugasić twój gniew. Daj mi tylko szansę na pokute. — Zacisnął oczy oczekując na głos, te upragnione słowa, które wyzwolą go z oków niedoli. 
— Niech no pomyśle... — Zamarł oczekując potwierdzenia. Stres zżerał go, a oddech uwiązł gdzieś w gardle. Modlił się wewnętrznie, że oto modlitwa zostanie wysłuchana. Co z tego, że miał za sobą wiele takich prób i powinien nauczyć się już, że żadna nie została wysłuchana. Zdawał sobie sprawę, że zmarły świetnie się bawił. Mroczna Gwiazda teraz naprawdę miał go pod swoimi łapami, złamanego i pokonanego. A to wszystko z jego winy. Z własnej głupoty. Mógł wycofać się z planu matki, ale nie... Wolał doprowadzić go do końca. 
— Nie. — Jedno słowo, a taki sprawiło mu ból, gorszy niż nocne tortury. 
Wrzasnął z frustracji, a pazury zagłębiły się w korzę drzewa, pozostawiając na nim niezbyt głęboki ślad. Nie poprzestał na tym. Szarpał za drzewo, odrywał jego części, próbując ulżyć zbolałej duszy. Mógł się spodziewać odmowy. Mógł, ale wciąż głupi miał nadzieję! 
— Och, nie denerwuj się tak, to dopiero początek — Mroczna Gwiazda wciąż mówił, wciąż tkwił w jego głowie, odczytując każde myśli. 
Zaśmiał się histerycznie. Zwariował już dawno, nie dało się tego ukryć. 
— Ten twój "początek" trwa już długo nie sądzisz? I co? I nic nowego nie wymyśliłeś! — wytknął mu ten fakt, jakby licząc, że chociaż raz uda mu się wskazać mu jak nierozsądnie postępuje. Trawił go koszmarami, swoim głosem już od wielu księżyców, a finał jego cierpień nie nadchodził. Wciąż żył, wciąż oddychał, a powinien już dawno leżeć martwy, rozszarpany nawet przez tego jego synalka. 
— To początek, bo jeszcze żyjesz. Zabawa zacznie się po śmierci — oczywiście, że mógł spodziewać się, że coś takiego powie. Przecież był świadom gdzie trafi. A jednak... To przypomnienie sprawiło, że jego sierść stanęła dęba. Ta niby pusta groźba, miała w sobie taką moc, że aż przez moment włączył mu się rozsądek.
— Nie... Błagam. — Cofnął się, jakby uciekał przed wrogiem, który stał mu przed nosem. To było jednak zbędne zachowanie, ponieważ przeciwnik był niewidoczny. Jedynie materializował się w jego snach, przypominając dobitnie co takiego uczynił i na co się skazał. 
— Błagać sobie możesz. To cię nie uratuje. 
— Błagam. Ja nie chcę... Nie chcę do ciebie — Zaczął się kiwać, a dreszcze ogarnęły całe jego ciało. Bał się. Bał tych cierpień jakie mógł mu zadać. Skoro już teraz tak boleśnie go krzywdził, gdy był żywy, to co dopiero będzie, gdy stanie na tym samym poziomie duchowym co on? Czy zgaśnie szybko i nareszcie odpocznie snem wiecznym, czy potwór będzie powoli, przez wieczność bawił się nim, rozrywając jego duszę powoli na strzępy? 
Odpowiedział mu śmiech tak mroczny i przeraźliwy, że wolał sobie na to nie odpowiadać. 

***

Chociaż od dłuższego czasu unikał Czerwonej Róży, ta coraz częściej próbowała go złapać. Zagadywała, zachowując się dziwnie... A raczej... Wytykając mu, że to z nim było coś nie tak. Nie przypominał wszak siebie z dawnych księżyców, gdzie tulili się razem do siebie. Gdzie powoli tworzyła się między nimi jakaś głębsza więź. Tamten on zniknął, przepadł, pozostawiając tylko pustą skorupę. A zaczęło się od tego, że nie chciał jej zaufać w kwestii pozbycia się Mrocznej Gwiazdy, pomimo tego, że mógł się domyślać co ten jej robił. Krzywdził wszak wszystkich, którzy mu się stawiali. Nie chciał jej narażać na egzekucje, taką jaka spotkała Nocną Tafle. Akurat pointka była sama sobie winna, mogła go nie zdradzać. Dodała swemu bratu tylko pewności, że nie był z nim szczery. 
Widząc ją na horyzoncie ponownie chciał ją minąć, uciec, przestać istnieć, lecz coś mu nie pozwoliło. Czyjś głos zamruczał mu do ucha słowa, które podniosły mu sierść na karku. 
— Nie mogę... — odpowiedział, biorąc głębszy oddech. 
— Zastanów się Kruku... Tak bardzo pragniesz odpokutować swe winy... Nie zrobisz tego dla swojego boga? 
Gdyby jeszcze posiadał coś takiego jak intelekt, zauważyłby że coś tu nie grało. Że przecież nic co by zrobił, nie sprawiłoby, że Mroczna Gwiazda by się nad nim ulitował. Udowodnił mu to na wiele sposobów, nagradzając jego oddanie mękami tak przeraźliwymi, że naprawdę liczył, że już nigdy się nie obudzi. Ale wciąż otwierał oczy, żył i istniał. Coraz bardziej zmęczony tą grą, która między nimi się rozgrywała. 
Teraz jednak jego umysł był złamany. Pozbawiony rozsądku, pusty i spragniony wolności. Był w stanie posunąć się do okropnych czynów, dla tej nic nie wartej obietnicy spokoju. 
Wpatrywał się jeszcze jakiś czas w kocicę, która zniknęła w legowisku wojowników. Egoistyczna pobudka rosła z każdym uderzeniem serca. Wszak nigdy nie liczył się z czyimś zdaniem czy uczuciami. Posłał na śmierć sojuszniczkę, bo ta mu wadziła. Dlaczego by teraz nie spróbować po raz kolejny udowodnić mrocznemu duchowi swojej lojalności? Może rzeczywiście, gdy spełni jego zachciankę, ten nagrodzi go cudownym snem? Odegna potwory, ból zniknie, a jego płuca wezmą głęboki oddech, na który aktualnie nie było go stać? 
— Zrobię — w końcu mu odpowiedział, powoli starając się wymyślić plan. 
Musiał się postarać. To było konieczne - tak sobie powtarzał. Bo czym było życie jednej kotki, jak nie ofiarą i szansą na odkupienie?

08 września 2023

Od Upadłego Kruka CD. Wieczornej Łapy (Wieczornej Mary)

*bardzo dawno temu za życia Mrocznej Gwiazdy*

Aż w nim się skręciło, gdy usłyszał pytanie kotki. Po dziś dzień ten widok zadowolonej gęby lidera sprawiał, że po nocach dręczyły go koszmary. Musiała przypomnieć mu jak się zbłaźnił przed całym klanem. Nigdy więcej nie zamierzał dopuścić do takiej sytuacji. Dobrze, że Czerwona Róża jeszcze do niego z tym nie podeszła, chcąc wyjaśnić co takiego odwalał. Świat go po prostu nienawidził. Ten pech wręcz za nim się ciągnął od narodzin. Najpierw świrnięta mentorka, a potem Wieczór. I to wszyscy spokrewnieni z Mroczną Gwiazdą. Jakże... przedziwnie się złożyło, że miał takie nieprzyjemne wspomnienia z tą rodziną. 
— Nie istnieję. — Machnął uchem, przyśpieszając. Dobrze, że Sosnowa Igła była zajęta. Jeszcze jej tu brakowało. Pewnie się wkurzy widząc, że sobie poszli, ale miał to gdzieś. Nie będzie się przyjaźnił z tą raszplą. — W takim razie idź trenuj. Ja nie mam czasu na ciebie.
Chciał się zmyć, ale niestety, kocica za nim wciąż podążała. Normalnie przykleiła się jak jakiś rzep do ogona! 
— Ale ja mam czas dla ciebie. Doceń to. I jak to, nie jesteście razem? Jak mi przykro...
— Normalnie. Nie jesteśmy. Przeliterować ci to? — Przewrócił oczami. — Nie warto na mnie tracić czasu. Poradzę sobie sam. Nie potrzebuje twojego towarzystwa. Umiem polować w przeciwieństwie do ciebie.
— Kto powiedział, że nie umiem polować? —  parsknęła Wieczorna Łapa. — Już się trochę uczę i wiem jak złapać durną piszczkę!
— To poluj... Ale beze mnie. — Przyspieszył, aby ją zgubić. Uczennica stawiała szybciej kroki, aby za nim nadążyć, co mu się nie spodobało. Może powinien pobiec? Wejść na drzewo i poskakać z gałęzi na gałąź jak wiewiórka? Nie... Jeszcze tak nisko nie upadł, by być pchanym przez desperację. 
— Wracaj! Chyba, że chcesz kolejną randkę z Omenem! — usłyszał jej głos. 
Na te słowa zatrzymał się i posłał jej niezadowolone spojrzenie. Groziła mu? Ugh! Najgorsze, że nic nie mógł zrobić, bo zaraz jej dziadek rozpruje mu flaki. Czuł się jak pies na uwięzi. Wciąż musiał zachowywać pozory posłuszeństwa, by nie stracić życia. I chociaż czuł pazury na gardle, jeszcze nie przeszło mu przez myśl, aby się poddać. Nie, gdy istniał plan, który pomoże wyrwać Klan Wilka z władzy tyrana. 
— Nie chcę.
— Jakby mnie to obchodziło... — mruknęła znudzona czarno-biała. — Możemy się gdzieś po prostu przejść, piesku?
Ugh! Znowu zaczynała z tym psem! Myślał, że już jej przeszło, ale najwidoczniej nie. Spokojnie, tylko spokojnie. Musiał to wytrzymać. Dla matki. Dla jej głupiego planu. Nie miał pojęcia kiedy zacznie działać, ale mogłaby nieco się z nim pośpieszyć. Ile już wodził lidera wilczaków za nos? Dość długo, aby widzieć, że czas im się kończył. 
— Ta. Możemy się przejść — prychnął wrogo. Jakoś zniesie jej towarzystwo nim Sosna ich nie wywęszy. Te dwie były niczym najgorsze robactwo. Jak już się doczepiły nie potrafiły odpuścić. 
— Jaki jest twój cel w życiu?— Wieczorna Łapa spojrzała przed siebie i zaczęła po prostu iść, wyznaczając trasę ich wędrówki.
Cel w życiu? No to go zaskoczyła. Czemu się tym interesowała? 
— Po prostu żyć i nie stracić głowy. — Nie powie jej przecież, że planował morderstwo jej dziadka. Które na dodatek... szło dość mozolnie przez fakt, że lider coraz więcej miał w klanie swoich szpiegów. 
— Nie czujesz się pusto przez to, że nie masz celu? To trochę dziwne. Ja na przykład nie wiem co chcę w życiu osiągnąć i... Ciężko mi myśleć o przyszłości. Bo co niby zrobię po treningu? Nic. Po prostu będę wojownikiem.
— Nie. Nie myślę o przyszłości. Teraźniejszość wystarczająco daje mi w kość. — mruknął, rzucając jej podejrzane spojrzenie. — A co chcesz osiągnąć? Masz jakieś aspiracje prócz dręczenia mnie?

<Wieczór?>

27 lipca 2023

Od Upadłego Kruka

Patrzył na zgliszcza, które pozostały po lesie. Dym wciąż się unosił, lecz było go mniej. Przesuwał się leniwie po ziemi, wydając swój ostatni dech. To wyglądało... koszmarnie. Jak jątrząca się rana na ciele. Był wilczakiem odkąd pamiętał i widok rannego lasu powodował w nim ból, ale i czystą wściekłość. Zniszczono ich dom. Za który tyle istnień oddało swoje życie. Powinien cieszyć się, że żył, że nie skończył tak jak Astrowy Migot, ale nie potrafił. Nie, gdy prawdopodobnie przyjaciel zmarł w okropnych boleściach. Takiego końca nie życzył nawet własnemu wrogowi. 
— Widzisz to co ja? — zapytał ducha, zaciskając bezsilnie pysk. — Kto to zrobił... Kto śmiał... Nam to zrobić...
— Kto? — kocur zaśmiał się szorstko. —  Och, to proste. Burzacy. A któż inny mógłby tego dokonać, hm? Któż inny mógłby spalić nasz las w nadziei, że odbierze paru Wilczakom życie?
Gniew rozpalił mu pierś słysząc tą odpowiedź. Rzeczywiście. To była ich wina. Nie mogli znieść tego, że odzyskali wolność w tak mało krwawy sposób, musieli się zemścić. I gdyby nie to... Gdyby nie ten okrutny akt przemocy... Astrowy Migot by żył. Obiecał sobie, że coś z tym zrobi. Nie potrafił pozbyć się z piersi uczucia, które kazało mu wymierzyć karę sprawcą. Paliło go i promieniowało na opuszki łap. Teraz jednak nie był w stanie nic zrobić. Nic a nic. Taki rozchwiany nie był najlepszym materiałem na wojownika. Musiał ochłonąć. Ale wiedział, że im nie odpuści. Tak jak nie odpuścił swojemu wrogowi. Pielęgnował swoją nienawiść skrycie, by przygotować plan idealny... Który okazał się... Niezbyt trafny, tak jak zakładał. 
— Pożałują — syknął, zaciskając ze złością pysk. — Będą się z tobą smażyć w Mrocznej Puszczy.
— Och, oczywiście, będą cierpieć, o ile dasz im zasłużoną nauczkę — odparł kusiciel. — Banda niezrównoważonych psychicznie idiotów, którym duma odebrała rozum. A ty pójdziesz do nich i sprawisz, by sprawiedliwości stało się zadość.
Słowa dawnego lidera w tym momencie przemawiały do niego z nową siłą. Nie zastanawiał się nad tym, że brzmiało to dziwnie. Że to on miał wykonać robotę, którą zwykle obarczało się większą grupę wojowników. Atak na Klan Burzy? To brzmiało tak bezsensownie, lecz teraz? Teraz czuł się tak, jakby był zdolny zagryźć każdego burzaka za ich zbrodnie. Złość i gniew wypełniły go do takiego stopnia, że zaczął się trząść. Chociaż Mroczna Gwiazda zamilkł, słyszał ostatnie jego zdanie bardzo wyraźnie. Postawił krok na przód, lecz został zatrzymany przed popełnieniem głupoty przez jednego z wojowników, który kazał mu nie podchodzić do lasu. Syknął tylko na niego, po czym wtopił się w tłum, obserwując spalony las z niebezpieczną nutą w oczach. Sprawiedliwości stanie się zadość.

***

Stokrotkowa Gwiazda była głupia i nikt nie zaprzeczał. Wiele miał o niej niepochlebnych myśli, lecz siedział cicho. Nie mógł znów się wychylić. Nie mógł dać im tej szansy. Dlatego też nic nie mówił, gdy liderka zrzekła się władzy oddając ją córce. Duchy jej to powiedziały. Duchy... Czy to takie same upiory, które nękały go co dzień? Mógłby się z nią dogadać, ale nie potrafił zaufać kultystom Mrocznej Puszczy. Nie, gdy prawie przez nich stracił życie. 
Chociaż emocje po spalonym lesie opadły, wciąż przez głowę przewijała mu się chęć zemsty. Dziwnie się czuł. Może to wina bezsennych nocy? Osłabienia organizmu przez mniejsze racje żywnościowe jakie pochłaniał? Po śmierci przyjaciela zamknął się w sobie. Łapał się na tym, że go wpatrywał. To tak bolało. Ta świadomość, że stracił go na zawsze. 
Teraz jednak powinien zająć się nowym problemem jakim była Szakala Gwiazda. Nieco się obawiał kotki. Patrzyła na niego tak... dziwnie. Jakby podejrzewała co zrobił. Nie podobało mu się przebywanie w obozie pełnym kultystów Mrocznej Puszczy. Czuł ich wzrok, ich szepty, a jego mózg nie nadążał z tym wszystkim co się dookoła niego działo. Jedynym głosem, którego wyczekiwał, który stał się jego drugim sumieniem był głos ducha, który wciąż go nie opuścił. W zasadzie nie znał już życia sprzed niego. Stał się czymś... normalnym. Jego brak powodował w nim dziwny niepokój. Teraz też to czuł. Tą pustkę w duszy. Milczał. Dlaczego milczał? 
Wstał, po czym wymknął się z obozu. Chciał się przejść, może zapolować, aby znaleźć sobie jakieś zajęcie. Czuł, że jeśli się nie ruszy to oszaleje. Potrzebował zająć myśli czymś innym. I właśnie w ten sposób dotarł na granice z Klanem Burzy. Stanął, wpatrując się w horyzont. To tam żyła jego matka. Tam go zostawiła, skazując na los zdrajcy. Wciąż czasami był przy niej myślami. Myliła się, że śmierć rozwiąże ich problemy. Że była właściwa. Przez nią i jej głupią idee, został obarczony pasożytem, który nie zamierzał go opuścić. I coraz bardziej łapał się na tym, że powoli nie chciał się z nim rozstawać.
Wciągnął głęboko powietrze, gdy w oczy rzuciła mu się samotnie polująca, rudawa sylwetka. Nie był sam... Był tu ktoś jeszcze. Ktoś inny. Ktoś odpowiedzialny za zniszczenie jego domu. 
— Masz szansę — szepnął przeszywający głos w jego głowie. — Możesz dokonać zemsty.
Zemsta... Tak. Mógł to zrobić. Klan Burzy zapłaci za to co im wszystkim uczynił. Duch wrócił, dając mu poczuć na powrót to co czuł, gdy widział szalejące płomienie. Jego łapa powoli przekroczyła niewidoczna granice, gdy machinalnie zaczął podążać w stronę kocicy. To była szansa. Szansa na pomszczenie przyjaciela i całego klanu. 
— Pożałują... — syknął pod nosem, czując jak gniew w nim zaczął wzrastać. Emocje kłębiły się, szukały ujścia. Wystarczyło tylko je puścić. Pozwolić im zadziałać. 
Szylkretka uniosła pysk akurat w momencie, gdy się na nią rzucił. Pchany nieznaną mu dotąd siłą, wyżywał się na biednej istocie, która próbowała walczyć o przeżycie. To wszystko. Ten cały ból, tortury, którymi raczył go co noc Mroczna Gwiazda, pochłonęły jego świadomość, odebrały zmysły. Nie umiał skrzywdzić czegoś co było niematerialne, więc frustracja uszła na biedną ofiarę, która stanęła mu na drodze. Był... potężny. Był... wielki. Strach w jej oczach napędzał go tylko do tego jednego słowa, które rozbrzmiewało mu raz po raz w głowie. "Zabij, zabij, zabij". 

*uwaga krew, łamanie kości*

26 czerwca 2023

Od Upadłego Kruka

Dym. To było widoczne jak okiem sięgnąć. Dym... jego łapa jeszcze się nie zrosła, a już kolejna śmierć zaglądała mu w oczy. Wybuchł w lesie pożar. Wspaniale. Poderwał się na trzy kończyny, kaszląc i czując jak łzawią mu oczy. Nie czuł ognia, ale dymu była tu masa. Nikt nie mógł zostać dla własnego dobra. Uduszą się. 
— Wspaniale... Nie ma cię od kilku księżyców i klan staje w płomieniach — zażartował do swojego towarzysza, starając się kulejąc na trzech łapach, odnaleźć w tej mgle wyjście. 
— Trzymałem Klan Wilka w ryzach za swojego życia, ale gdy mnie nie ma, jesteście o wiele słabsi i bardziej narażeni na niebezpieczeństwo. A tak narzekałeś na moje rządy, Kruku. Więc masz, co chciałeś. Klan Wilka bez Mrocznej Gwiazdy. Nie wygląda tak utopijnie, jak miało być, co? 
Położył po sobie uszy. Nie przewidział, że pan lider wybierze na swojego zastępcę wariatkę, co gada z duchami... Normalnie jakby widział siebie. Bo on też już nie mógł zaliczyć się do zdrowych psychicznie. Nie, gdy miał w głowie takiego sąsiada. 
— Przyznaję, że... Za twoich rządów było może i krwawo, ale nikt nas nie podpalał... — miauknął dość niechętnie. — Nie rób mi wyrzutów sumienia. Żałuję swego czynu od dnia, w którym się do mnie odezwałeś. 
Przedarł się przez tunel i wyszedł na wolność. Zakaszlał czując jak odór siarki szczypie go w krtani. Musiał skierować kroki ku wodzie. Ku świeżemu powietrzu.
— Niezbyt przyjemnie, muszę przyznać. Choć ziemskie problemy niezbyt mnie obchodzą, to nigdy nie przestało mi zależeć na sile Klanu Wilka. Wierzę, że syn i reszta i z tego zdołają się wykaraskać bez mojej interwencji. Nie bez powodu tyle poświęciłem na naukę strategii — odezwał się zmarły, wtrącając swoje przemyślenia. 
— No proszę — zakaszlał. — Zaczynasz się otwierać przede mną. Urocze — zaczął kicać w kierunku, w którym przeczuwał, że był brzeg jeziora. W tym dymie ciężko było określić kierunek. Na szczęście jednak miał dobrego nosa, chociaż czuł w nim tylko dym, bowiem zauważył wojowników. Wystarczyło pójść za nimi. Lecz nagle zamarł, bo od początku tej akcji zauważył brak pewnej osoby. Gdzie Astrowy Migot? Rozejrzał się, ale nie dostrzegł przyjaciela. Czując w obowiązku, aby kogoś o tym powiadomić, zaczepił Szakali Szał i podzielił się z nią tą informacją. Kocica nie wyglądała na zadowoloną, że śmiał w ogóle się do niej odzywać, ale poszła go szukać. No... Przynajmniej jedna rozsądna. Chociaż odnosił wrażenie, że po tym jak odkrył istnienie kultu stała się dla niego bardziej... oschła. 
— Gdzie teraz... — Rozejrzał się i spojrzał na szalejące w oddali płomienie. Pierwszy raz widział coś takiego na oczy. Były... Potężne. Olbrzymie. Straszniejsze niż w opowieści. — To chyba kara od Klanu Gwiazdy. Zwykły kot by nie był w stanie tego zrobić.
Miał nadzieję, że z Astrem będzie wszystko w porządku. Ten głupek może i zachowywał się jak mysi móżdżek, ale wątpił, by ruszył walczyć z płomieniami, robiąc z siebie bohatera. 
— Nie nazwałbym tego otwieraniem się — odparł głos beznamiętnie po dłuższej chwili ciszy. — Po prostu stwierdzeniem faktu. Wierzysz w to, że banda umarlaków, która nie interesuje się życiem kotów i daje minimalne poszlaki życia nagle zapragnęłaby zaistnieć w naszych oczach? Nawet ja nie zwariowałem na tyle, by w to wierzyć, Kruku. Prawdziwy wróg jest bliżej, niż myślisz.
— Masz teraz na myśli ogień czy siebie? — prychnął. — Wiesz... Jakoś przywykłem do twojej obecności. Zaakceptowałem w sobie. — Dotknął teatralnie swego serca. — A te twoje koszmary, którymi mnie straszysz robią się już nudne. Powtarzasz się. Te mięsne falki nawet nie zrobiły na mnie wrażenia — powiadomił kocura, kierując się w kierunku przeciwnym do ognia. — Chyba nareszcie udało mi się cię rozgryźć — zaśmiał się pod nosem.
— Cóż, jeśli widok tak tragicznych obrazów już cię nie rusza, oznacza to pierwszy stopień do wariactwa — odparł niewzruszony duch. — Jesteś już wyjęty spod prywatności i swobody.
— Bywa. Gdy się przyzwyczaisz to już to tak nie przeszkadza — stwierdził, kulejąc przed siebie. Nagle stanął i zastrzygł uszami. — Słyszałeś? — szepnął do niego, rozglądając się ostrożnie po otoczeniu. Napiął swoje ciało w gotowości na atak. — Ktoś tam jest. Śledzi nas? A może to zwierzyna? Ten dym mógł wywabić je z ukrycia. Zapolujemy? Nie... To bezsensu. Powinniśmy iść dalej. Nie wiadomo czy ogień zaraz nie znajdzie się bliżej — miauczał swoje myśli na głos, nawet nie orientując się, że to robi.
Zamiast przeciwnika dostrzegł tylko Błękitnego Ognia, który widząc go od razu do niego podszedł i złapał za kark, zaczynając ciągnąć jak niesforne kocię. 
 — Ał, ał! Co robisz?! Umiem jeszcze chodzić! — warknął w jego stronę, czując jak ucisk na sierści znika. 
— To się ruszaj. Jezioro jest w tamtą stronę. — Wskazał kierunek, eskortując go aż pod samą wodę. 
Wspaniale... Przecież szedł dobrze, o co on tak się pruł? 

***

Astrowy Migot nie wrócił, a Szakli Szał przyznała, że nie odnalazła po nim żadnego śladu. Miał coraz bardziej czarne myśli, niepokój go zżerał. Obserwował jak dym coraz gęściej wylewa się spomiędzy drzew, jak upał narasta z każdą chwilą. Gdzie był ten idiota? No gdzie? Martwił się, co nie uszło uwadze towarzyszowi, który chcąc go dobić wypowiedział tylko dwa słowa. 
— Nie żyje. 
Nie żył?! Zachłysnął się powietrzem zmieszanym z dymem, zaczynając kaszleć. Jak to nie żył?! Co się stało? Co?! Nie musiał pytać. Mógł się domyślić. Ogień trawiący ciało... Poczuł jak w oczach zbierają mu się łzy. Czy to był kolejny koszmar zesłany przez Mroczną Gwiazdę? Wybudzi się z niego? Nie... Skądże. To była prawda. Rzeczywistość. Serce łamało mu się na drobne kawałeczki, uświadamiając sobie, że już nigdy nie spotka tego idioty. Nie pokłócą się, nie będą mogli cieszyć się wspólną chwilą... razem. Nie zwracał uwagę na otoczenie, na koty czy też na ducha, który czerpał satysfakcję z jego cierpienia. 
Wrzasnął cierpiętniczo, wpatrując się w las i w płomienie. Te, które odebrały mu przyjaciela. Czy przez chwilę nie przeszło mu przez myśl, że być może Mroczna Gwiazda kłamał, aby go dobić? Może tak... Ale... Dlaczego miałby to robić? Jaki miałby cel w okłamywaniu go? Nigdy przecież tego nie robił. Zawsze szczerze mówił o swoich czynach. Teraz to byłoby do niego niepodobne. Ale... skąd wiedział? Czy go spotkał? To był jakiś duchowy instynkt? 
Teraz jednak nie potrafił o tym myśleć. Nie, gdy ból trawił jego ciało. Kto... Kto odpowiadał za ten pożar? To pytanie na moment pojawiło się w jego głowie. Raczej samoistnie nie został wywołany. Czy to naprawdę Klan Gwiazdy? A może... celowe działanie? 
Wziął głęboki oddech, czując jak nałykany dym ucieka mu nosem. Jak budzi się w nim coś od dawna zapomnianego. Wściekłość. Czysta i pierwotna. Czuł jak jego ciało drży, a pazury wbijają w suchą ziemię. Pragnął odpowiedzi, a potem... Aby sprawiedliwości stało się zadość. 

24 czerwca 2023

Od Upadłego Kruka

*kilka dni przed pożarem*

Obudził się w środku nocy, dygocząc ze strachu. Szybko opuścił legowisko wojowników, jak co noc, zaciągając się świeżym, nocnym powietrzem. Mrocznej Gwieździe nie znudzi się chyba doprowadzać go do zawału serca. Był zmęczony... Mimo to postanowił się wymknąć. Gdy strażnik odszedł na moment od wyjścia, szybko przez nie przemknął. O dziwo ten mrok nie budził w nim strachu. Cisza była zbawienna, łaknął jej całym sobą. Nie wiedział ile szedł, gdy usłyszał jakieś śmiechy. Sosnowa Igła? A co ona tu robiła? Miał już kolejne omamy? Powoli zaczął kierować się ku dźwiękowi, a to co ujrzał sprawiło, że zamarł. 
— C-c-co to... jest? — Wpatrywał się z szeroko rozwartą szczęką na zbiorowisko kotów. Wszyscy mieli naderwane lewe ucho, wszyscy otaczali płaczącego samotnika, który wyrywał się, ale zamiast upragnionej wolności, jedyne co dostawał to ból. Jeszcze go nie zauważyli. Cofnął się szybko, chowając za drzewem, próbując uspokoić swoje szybko bijące serce. Krzak zaszeleścił. Zamarł, obawiając się, że zwrócą na to uwagę, ale ku jego zaskoczeniu, najwyraźniej za dobrze się bawili. Wyjrzał ostrożnie za swojej kryjówki, obserwując jak wyrywano biedakowi sierść, a jego krzyk niósł się po okolicy.
Choć Kruk nie widział pyska swojego prześladowcy, mógł być niemalże pewien, że ten się uśmiechał.
— Niesamowite, prawda? Działamy już od tak długiego czasu... Kult zaistniał jeszcze za panowania Jastrzębiej Gwiazdy, mojego mentora. A ja... Dałem mu drugie życie. Sprawiłem, że niemalże połowa klanu oddała się wspólnemu celowi.
— Co? — szepnął z szokiem. O czym on mówił? Jak to działali? Jak za panowania Jastrzębiej Gwiazdy?! Mroczna Gwiazda ukrywał coś takiego przed nosem całego klanu?! Przed nim? Czemu się nie domyślił?! Oczywiście miał podejrzenia, że te naderwane uszy to coś więcej niż taka przyjacielska ozdoba, ale nigdy nie przypuszczałby, że... Że to wiązało się z tym czymś. Kult... Kult czego? Kogo? Mrocznej Gwiazdy? A może tego poprzedniego lidera? Niepokój sprawił, że sierść stanęła mu dęba. Nie pomagały krzyki i widok jaki rozgrywał się przed jego oczami. 
— Co to za kult? Wy... mordujecie koty? Tak po prostu... Szczurzy Cień... — zauważył sylwetkę sojusznika. Co on tam robił?! A no tak, miał to całe naderwane ucho, ale... ALE CZEMU MU O TYM NIE POWIEDZIAŁ?! Poczuł oburzenie i gniew na burego. Co on sobie myślał?! W co on pogrywał?! Tylko zdrowy rozsądek trzymał go przed wpadnięciem tam i żądaniem wyjaśnień.
— Nie wszystko na raz, mój drogi — odezwał się enigmatycznie głos w jego głowie. — Nie licz, że będę podsuwał ci każdą informację pod nos. A każde zabójstwo ma swój powód, Kruku, i w tym przypadku nie jest inaczej.
Wcześniej tak chętnie otwierał swój duchowy pysk, a teraz się wstrzymywał z odpowiedziami?! Co to miało znaczyć?! Chciał wyjaśnień. Klan jak się dowie... To wtedy ich wszystkich wygna. Jeszcze istniały osoby, które źle patrzyły na takie bestialstwo. Mógł załatwić to coś... i zmieść z powierzchni ziemi. Nie pozwoli na takie barbarzyństwo, o nie! Może i był sadystą, bo bawiło go cierpienie kotów, lecz sprawa się miała inaczej, gdy to dotyczyło niewinnych osób. 
Zaczął po cichu się wycofywać. Obudzi klan, ostrzeże i każdy zobaczy co ukrywało się w ich szeregach. Jakie... robactwo. Był obrzydzony, że mieszkał z takimi kotami w jednym legowisku. Byli nienormalni! 
I właśnie wtedy, poczuł jak jego tył wpada na coś miękkiego. Zesztywniał i odwrócił łeb. Irga. Cholera. Śledziła go? Ile słyszała? Czy wiedziała, że rozmawiał z jej zmarłym partnerem? O rany, a jak go zaraz zeżrą?! Jak tego samotnika. Widząc, że złota robi krok naprzód, zerwał się do ucieczki. Potknął się jednak o korzeń i wypadł na miejsce kaźni. Spojrzenia łaknących krwi kultystów spoczęły na nim. Poczuł jak krew odpływa mu z pyska. Chłodny Omen zasyczał wrogo, po czym w jedno uderzenie serca, znalazł się nad nim, wbijając swoje ostre pazury w jego sierść. 
— Co tu robisz?! Przebrzydły zdrajca, trzeba było cię zabić już wcześniej! 
— W-weź mu coś p-powiedz! — wypiszczał cienko, a rudy spojrzał na niego jak na świra. Czuł jak serce mu łomocze w klatce piersiowej, a umysł zaczyna szukać rozwiązania całej tej sytuacji. Musiał uciec, uciec nim go ubiją jak psa. 
Lecz zanim cokolwiek zrobił Mroczna Gwiazda, pan tego teatrzyku ponownie się odezwał. 
— Jeśli spróbujesz komukolwiek powiedzieć o tym, co zobaczyłeś, dopilnuję, żeby twoje życie zamieniło się w jeszcze gorsze piekło. Pozbędę się wszystkich rzeczy, na których ci jeszcze zależy i objawię się moim kotom w śnie, żeby nie dali ci wolności. Wtedy będziesz uciśniany nie tylko przeze mnie, ale i przez nich — głos był spokojny, ale przesączony satysfakcją z tego, co się działo. — Lepiej uważaj, bo mój syn nie należy do delikatnych kotów.
Nigdy jeszcze w życiu nie czuł takiego stresu jak teraz. Dusił się, chociaż Chłodny Omen nawet nie naciskał mu na gardło czy pierś. Słowa złego ducha, nie polepszały jego stanu. Wariaci! Wariaci! Teraz jeszcze bardziej pojął dawne słowa lidera, który zdradził mu, że karmił kocim mięsem klan w porze wielkiego głodu. To była... Ich sprawka. Kanibale chodzili wśród nich! 
— Co to miało być? Gadaj! — Rudzielec szarpnął nim, powodując ból, a jego zmęczony umysł już zaczął wyobrażać sobie najgorsze. Zżerali go. Zżerali. 
Nic więc dziwnego, że mistrz nie dostał odpowiedzi, gdy po prostu tam zemdlał. 

***

Obudził się nad rzeką. A raczej... woda wdzierająca mu się do nozdrzy to zrobiła. Odepchnął się łapami, kaszląc i biorąc haust świeżego powietrza. Rozejrzał się, ale był otoczony. Przez... tych całych kultystów. To, to nie był sen? Och, jak bardzo pragnął teraz się obudzić. Wyglądało na to, że to nie był żaden słaby wymysł mrocznego ducha, o nie, a prawdziwa rzeczywistość. 
Chłodny Omen mordował go wzrokiem, tak jak i inni. Nie miał gdzie uciec. Musiał zdać się na łaskę lub niełaskę tych stworzeń.
— No? Teraz już będziesz gadał? — syknął synalek poprzedniego lidera, nieco zirytowany.
Co miał im powiedzieć? Co im powiedzieć? 
— Ja... — zaczął gorączkowo myśleć. Spojrzał po pyskach kotów, aż natrafił na wzrok Szczurzego Cienia. Kocur podrapał się w ucho. Niby nic nie znaczący gest, ale właśnie mógł uratować mu życie. 
— Ja... ja chciałem do was dołączyć — palnął. 
Zapadła cisza, a on ugryzł się w język. No tak, wspaniałe wyjście. Zaraz urwą mu ucho, zmuszą do mordowania i tak będzie dziękować im za okazaną łaskę. 
Widział konsternacje na ich pyskach. Nie spodziewali się tego po nim, w zasadzie on też nie. 
— Skąd o nas wiesz? — Rudzielec nie wyglądał na przekonanego, a podejrzliwość z niego biła na wiele króliczych skoków. 
— Mroczna Gwiazda mi powiedział. — i w sumie to nie było kłamstwo, bo rzeczywiście zmarły szepnął mu co niecoś o tym kulcie i to dosłownie kilka chwil temu. — Jak żył... — akurat to było kłamstwo, ale raczej nie powinien teraz wybrzydzać i decydować się na prawdomówność. Nie chciał, aby wzięli go za wariata, bo jeszcze dość szybko obalą jego twierdzenie. A wtedy... Kto wie co by się z nim stało. — Miałem do was dołączyć... 
— Ty? Nie rozśmieszaj mnie — parsknęła Sosnowa Igła. — Chyba mu nie wierzycie? Ten dzieciak zemdlał! Nie ma mowy. Nie. — Kręciła ostro głową, by na końcu posłać mu tak mordercze spojrzenie, że doskonale zdawał sobie sprawę, że była pierwsza do wbicia mu swoich kłów głęboko w gardło.  
— Musimy go zabić. Wtedy nie rozpowie w klanie — mruknął Błękitny Ogień, a mu aż krew odeszła z pyska.
— Hej, spokojnie. Wiem o was od dłuższego czasu i jakoś nikomu nie powiedziałem. A to... że zemdlałem. To... wystraszyliście mnie. Nie wiedziałem, że tu będziecie. To był przypadek — miauczał, starając się ich przekonać do swojej prawdy. 
Miał nadzieję, że mu odpuszczą. Musiał mieć jakąś silniejszą kartę przetargową. Coś lepszego niż słowa. Ale co to mogło być? 
—  Niesamowite. Kłamiesz jak z nut, byle uchronić się przed śmiercią — usłyszał pomruk ducha w uchu. — Oni nie są głupi. Będą trzymać cię na muszce, żebyś nie zrobił niczego głupiego. To tak jak ze Szczurzym Cieniem... Ach, biedak, taki był uroczy jako kociak. Ale po tym, jak do nas dołączył, stał się zupełnie innym kotem.
Cicho. Rzucił w myślach do kocura, starając się uspokoić swoje szybko bijące serce. Teraz nie potrzebował głupich gadek zmarłego. Nie, gdy praktycznie czuł powiew śmierci na swojej sierści. 
— Ah, tak? Udowodnij. Powiedz coś co wiemy tylko my — zaproponowała Sosnowa Igła z zadowolonym uśmieszkiem, jak gdyby miała zaraz obedrzeć go z kłamstwa. 
Co wcześniej mówił ten zdechlak o tym kulcie? W zasadzie mało, ale dał mu mimo wszystko jakąś wskazówkę. Ona na pewno była dość silna, aby ci uwierzyli, że rzeczywiście o nich wiedział za sprawką poprzedniego lidera. 
— Istnieje od rządów Jastrzębiej Gwiazdy, a Mroczna Gwiazda dał mu drugie życie. Kontynuował jego dzieło...
Wszystkich zatkało. Nawet Szczurzy Cień miał szok wypisany na pysku. Widział jak Chłodny Omen zaczyna się wahać. Czyżby dzisiaj jednak nie miał umrzeć? 
— Wierzysz w Mroczną Puszczę? — rzucił sceptycznie. 
Od razu pokiwał gorliwie głową.
— Oczywiście. Ciężko nie wierzyć — miauknął zgodnie z prawdą, bo w końcu miał w głowie dowód istnienia tych demonów z piekła rodem. Nie podobało mu się to, ale powoli zaczynał przyzwyczajać się do tego stanu w jakim tkwił. 
— Rozmawiają z tobą? — rzuciła odrealniona Srokrotkowa Gwiazda. Dopiero teraz ją zauważył. Wtf, co ona tu robiła?! I dlaczego zaczęła z takiej grubej rury pytać o duchy? Czy też słyszała ich głosy? Była nawiedzona? W zasadzie... No zachowywała się zawsze dziwnie, ale i tak widok liderki w tym miejscu był dla niego tak wielkim szokiem, że tylko pokiwał łbem. 
— Codziennie. 
— Łże. Łże jak pies! — zbulwersowała się Sosna. 
Zmarszczył brwi i spiorunował ją wzrokiem.
— Zazdrościsz? Chętnie się wymienię — parsknął opryskliwie, a bura zasyczała na niego wrogo. 
— Dobrze. Skoro tak mówisz zweryfikujemy twoje słowa. Ale na ten moment... — Rudy podszedł, a następnie poczuł jak chwyta go za tylną kończynę, która pękła z trzaskiem. 
Wrzasnął, patrząc na niego z szokiem, niedowierzaniem i strachem. Co?! Złamał mu nogę! A to drań! Rozpaliła go olbrzymia chęć zemsty, lecz powstrzymał swój krwiożerczy instynkt przed rzuceniem się na kocura. Nie mógł go skrzywdzić, bo Mroczna Gwiazda zaraz na powrót zacznie swój terror. 
 Chłodny Omen uśmiechnął się do niego upiornie.
— Byś nie uciekł. Bierzcie go — Po czym poczuł jak Błękitny Ogień i Sosnowa Igła szarpią go za kark. 
Czuł się niczym ten samotnik, którego tak radośnie mordowali. Różnica była jednak taka, że on jeszcze miał szansę na przeżycie tego spotkania. Nie mógł tylko wyjść z roli. 
— Podoba się taki zwrot okoliczności? — rozmarzył się w jego głowie Mroczna Gwiazda. — Jestem tak dumny z mojego syna. Dba o moje dziedzictwo i mój interes nawet po mojej śmierci. Pilnuje moich wrogów. Tak jak ciebie, Kruku. Złamał ci kość, żebyś nie mógł zwiać. A to dopiero początek tego, do czego są zdolni. Ufam, że Chłodny Omen nie będzie w stosunku do ciebie delikatny.
Czy mu się podobało? Nie. Żałował, że w ogóle wyszedł na ten spacer. Mógł siedzieć potulnie jak trusia w obozie i żyć w błogiej nieświadomości. Przewrócił oczami na te jego przechwałki. Za dużo ich słyszał, aby mieć ich dość. 
Ból był potworny. Łapa ciągła się za nim smętnie, gdy go tak tachali przez las. A dokąd? A no... Zaciągnęli go nad... grób Mrocznej Gwiazdy. W zasadzie... nie tego się spodziewał. Rzucili go przed nim jak piszczkę, a Chłodny Omen stanął tuż obok, bacznie go obserwując.
— Twierdzisz, że Mroczna Puszcza do ciebie przemawia. A więc nie powinieneś mieć oporów, aby czcić zmarłego lidera czyż nie? — Uśmiechnął się pod nosem — Złóż mu hołd. 
Oszalał! Wariat! Oni wszyscy byli zdrowo stuknięci! Miał czcić swojego wroga jak boga?! I to jeszcze wiedząc, że Mroczna Gwiazda się temu przysłuchiwał i czerpał chorą satysfakcję z tej całej szopki?! 
Wrzasnął, gdy mistrz stanął mu łapą na złamanej kończynie. Zacisnął zęby i wydał z siebie niezadowolony pomruk.
— Dalej. Rób to albo pożegnasz się z łapą — zagroził synalek tego szajbusa. 
Nie miał wyjścia. Musiał to zrobić. Aby ocalić skórę.
— Wielki Mroczna Gwiazdo... — zaczął krzywiąc się z bólu. — Wspaniały liderze Klanu Wilka... Składam ci hołd... — przerwał słysząc przy uchu jak Chłodny Omen coś mu szepcze. Ugh... na serio? Zwariował... Wyciągnął łapę i naciął ją, spryskując grób swoją krwią. — Podarowuje ci moją krew, która jest esencją życia. Niech będzie dowodem mojej... lojalności. Chwała ci o panie... — zakończył swój żałosny występ ku uciesze tych sadystów.
— Teraz poczekamy na znak. Jeżeli Mroczna Gwiazda przejmie twój hołd, przeżyjesz — miauknął rudzielec, a on spojrzał na niego z szokiem wymalowanym na pysku. 
Znak?! Jaki znak?! Co on miał niby zrobić?! Wstać z martwych?! Już miał go w głowie! Jego synalek był zdrowo stuknięty jeżeli myślał, że to zadziała. Och, jak dobrze, że nie wiedział, że to on był odpowiedzialny za jego śmierć, bo coś czuł, że zaraz wykopałby mu grób... Wcześniej dość brutalnie rozszarpując na strzępy, tak jak to było w przypadku Spasionej Świni. 
— Nigdy nie sądziłem, że będę patrzyć, jak składasz hołd nad moim grobem na moich oczach. Doprawdy... Interesujące — miauknął zimnym tonem głosu Mroczna Gwiazda. — Mógłbym pozwolić im, by cię zabili, ale nie chcę twojej śmierci. Nie teraz. Nie wycierpiałeś dostatecznie dużo. Dlatego ciesz się, że przyjmę twój przymuszony podarunek z posoki. Idealnie ukazałeś mi własną żałosną sytuację, którą tak niedawno chciałeś nazywać triumfem. Taki oto triumf... Klękasz ze złamaną nogą i zapłakanymi ślepiami nad grobem swojego oprawcy, składając mu dary z własnej krwi i modląc się do niego w ciszy, podczas gdy ten przysłuchuje się temu. 
Tak. Był żałosny. Upadł nisko. Ale... to nie pierwszy raz. Przecież za życia vana lizał już krew z trawy, kłaniał mu się samoistnie i podlizywał, więc godność... Godność utracił już dawno. Nie zależało mu już na niej. Życie było cenniejsze. A skoro przyszło mu żyć w takim nienormalnym klanie to tym bardziej. 
Wiatr zaszumiał nieco mocniej, mierzwiąc futra zebranych, aż gałąź zakołysała się i spadła na ziemię.  
Każdy drgnął, gdy rozległ się trzask kawałka drewna. Widział jak szok pojawił się na ich pyskach. Jedynie Chłodny Omen szeroko się szczerzył, patrząc na drzewo tak, jakby jego ojciec zmartwychwstał.
— Witaj ojcze. Cieszę się, że nic ci nie jest — odezwał się do powietrza, a następnie spojrzał na czekoladowego. — Mroczna Gwiazda przyjął twój dar. Przeżyjesz. Na razie jednak do kultu nie zostaniesz włączony. Musze mieć pewność co do twych intencji. Dlatego też wrócisz do obozu. I tak nam byś się nie przydał ze złamaną łapą. Jednak jeśli usłyszymy, że nas zdradziłeś.... — Nadepnął mu na kończynę powodując, że wrzasnął z bólu. — To złożę cię ojcu w ofierze. I to nie będzie przyjemne — zagroził.
Skinął mu łbem, że zrozumiał, a następnie poczuł jak ponownie biorą go za kark i ciągną, tym razem jednak do obozu. Odetchnął z ulgą. Upiekło mu się. 
— Ja zapytam duchów o zdanie — dodała jeszcze liderka. — Wtedy będzie jasność.
Ugh, zaczął zastanawiać się czy ona naprawdę z kimś stamtąd rozmawiała, że była taka pewna swoich słów. On jak na tą noc miał już dość jakichkolwiek kontaktów ze zmarłymi. 

23 czerwca 2023

Od Upadłego Kruka

*księżyc po śmierci lidera*

To był koszmar. Mroczna Gwiazda żył w jego głowie, w jego myślach, snach, wspomnieniach. Czasami miał schizy, że go widział na jawie, stając zamurowany i wgapiając się w odległy punkt, który tylko on widział. Stał się bardziej nerwowy i niechętnie wybierał się na polowania z innymi. Kocur nie dawał mu spokoju. Wciąż gadał i gadał, i gadał. Marzył o tym, aby się zamknął. Kusiło go uderzyć się łbem o drzewo w nadziei, że to by pomogło. Noce miał całkowicie nieprzespane. Budził się z wrzaskiem, dygocząc jak osika, wybiegając w ciemną noc, by zwymiotować to co zjadł. Czuł się... chory. Nie dało się tak żyć. Nie dało. Czuł się tak, jakby jego umysł nie należał już do niego. Jakby był przez niego ściskany i siatkowany na małe kawałeczki. To było niczym gwałt na duszy! Czuł się nieczysty. I nic nie mógł z tym zrobić. 
Udało mu się wymknąć samotnie na polowanie, co nie zdarzało się często. Zawsze go mieli na oku. Obawiali się, że znów coś knuł. Tylko... co? Lider nie żył, nie powinni mieć kolejnych podejrzeń. Teraz przez to, że miał niańkę w postaci ducha, wciąż nie czuł się sam. Próbował uciec... Uciec przed nim... Ale on zawsze był. Zawsze. Nawet w tej chwili. Wziął głęboki oddech, po czym usiadł na ziemi, wlepiając wzrok w podłożę. Musiał coś wymyślić. Pozbyć się go jakoś, bo już czuł, że było z nim źle. To nie tak miało się skończyć! Nie tak! Znów ta myśl zaświtała mu w głowie. Spojrzał na drzewo, po czym, a tak, dla spróbowania, by obalić swoją teorię, walnął się w nie łbem. Bolało. 
— Jesteś? — zapytał, chcąc sprawdzić czy duch odpuścił.
— Oczywiście — rozległ się głos w jego głowie. — Tak prędko bym cię nie opuścił, choć ty zdajesz się dążyć do tego, by rozłupać sobie czaszkę jak Cienista Łapa.
Nie wyszło. Gorzkie rozczarowanie pozostawiło niesmak w ustach. Wcale nie chciał rozłupać sobie głowy! To było niedorzeczne. Musiał tylko sprawdzić... Tylko to. Zawsze istniała nadzieja, że to mogło sprawić, aby odpuścił. Aby zniknął z jego życia. 
— Zostaw mnie... — wyjęczał wręcz błagalnie, osuwając się po drzewie. — Nie masz w tych zaświatach innych rozrywek? Pogadaj z rodziną czy coś.
Potworny śmiech przeciął mu głowę.
— Wręcz przeciwnie, Kruku, w tych zaświatach rozrywek jest co nie miara. A z bliskimi już rozmawiałem. To oni pomogli mi z męczeniem cię. Bardzo mnie wspierają — kolejna fałda śmiechu rozległa się w umyśle czekoladowego. — Nie zostawię cię, wróbelku. Nie po tym, co zrobiłeś. Wystarczyło tylko się poddać, ale zamiast tego wolałeś się sprzeciwić mojej woli... Więc teraz na własnej skórze czujesz, że ze mną nie możesz wygrać, nigdy.
Położył po sobie uszy, zwieszając nisko łeb niczym skarcone kocię. Nie przewidział tego. Gdyby wiedział, że śmierć nie oznacza końca, nigdy by nawet nie przeszło mu przez myśl, by odbierać mu życie! Teraz jednak było za późno. Czasu nie cofnie. Pozostał lament i płacz. 
— D-dogadajmy się — wyjąkał, powoli akceptując fakt, że być może to była jedyna droga do uczynienia swojego życia lepszym.
Śmiech stał się jeszcze głośniejszy i jeszcze bardziej sardoniczny, wywołując w środku Kruka wrażenie, jakby jego mózg miał zaraz eksplodować.
— Och, w żadnym wypadku. Na dogadywanie się był czas za życia. Dawałem ci wiele szans, a mogłem cię zabić. Po mojej śmierci nie ma już kompromisów. Trzeba było myśleć i się poddać.
Złapał się za głowę, czując jak mu pulsuje. Skrzywił się, zamykając oczy, by ból rozszedł mu się po kościach. W takim stanie nie był w stanie nawet logicznie myśleć! Czuł się potwornie. Oddech mu przyśpieszył i gdyby nie to, że był sam, na pewno ktoś zaraz by się nim zainteresował. 
— Błagam! Ja nie wiedziałem...! Nie wiedziałem o tym! — wyjęczał zbolałym głosem. — Przepraszam! A-a zresztą... Sam mówiłeś, że chciałeś się zabić! Nie mścij się za to, że ci pomogłem w osiągnięciu tego celu! Obiecuje, że nie będę nic knuł przeciwko twoim sojusznikom i dzieciom. Tylko odejdź. Spoczywaj w pokoju!
— A ja nie wiedziałem, że moja pierwsza partnerka ucieknie, a moje dzieci trafią do wrogiego klanu. Zapłaciłem za swoje błędy i wyciągnąłem z nich lekcje, których ty nie potrafisz wyciągnąć. Myślisz, że jeśli pogardzam śmiercią ze starości, to zaakceptuję fakt, że ktoś taki jak ty w tchórzliwy sposób usiłował się mnie pozbyć, ciesząc się z tego jak głupi? Nie, kochany. Dałem ci poczucie, że wygrałeś, pozwoliłem, żebyś myślał, że cokolwiek osiągnąłeś. Ale przy mnie... Jesteś tylko pesteczką, kleszczem, który wgryzł się w moje futro — zamruczał. — Już pokazałeś, ile twoje obietnice są warte, Kruku. Gdybyś przeciwko mnie nie spiskował, miałbyś moje zaufanie. Zawsze powtarzałem pierworodnemu, żeby nie mówił mi nic, zanim tego dokona. Nauczył się. Nie kłamał mi w pysk ani nie składał wątpliwych obietnic — Na moment głos umilkł, a gdy znów się odezwał, przesączony był słodką, sztuczną troską. — Co jest, Kruczyno? Gdzie jest ta twoja pewność siebie i triumfalny uśmiech? Już nie jest tak wesoło, gdy trzeba wziąć na barki konsekwencje swoich działań, prawda? Płacz dalej, a ja będę się wsłuchiwał. I będę nasycał się faktem, że złamałem ciebie i twoje nierealne marzenia.
Zacisnął pysk, siadając i opierając łeb o pień drzewa. Czuł tą bezsilność, jak go ogarnia i rzeczywiście powoduje, że z jego oczu uciekły łzy, a z pyska wydobył się szloch. Przegrał, przegrał! Zanim jednak rozkleił się całkowicie i poddał niczym ostatni tchórz, przypomniał sobie kim przecież był. Nie powinien ulegać duchowi. Nawet jeśli sprawa wyglądała na przesądzoną, nie mógł dać mu takiej satysfakcji. Sam przyznał, że nasycał się tym. Tą jego żałosnością. Otarł wściekle łzy, podnosząc się zaraz na łapy. Nie! Skoro chciał walki, to będzie walczył! Do końca swojego życia! Nie da mu triumfować! Mógł w końcu zachowywać się wciąż jak wygrany. To było oszukiwanie, ale być może go to wkurzy... Właśnie... Wkurzy go. Ten plan coraz mniej mu się podobał. Nie chciał go bardziej rozjuszyć. Co miał więc zrobić? Nie wiedział. 
— Stanę się silniejszy... — miauknął na głos. Nie mówił tego do ducha, lecz do siebie. By dodać sobie otuchy i odzyskać utraconą nadzieję. — Nie będę się przed tobą kulił. Nie... Zignoruje cię. Tak... Znudzi ci się to. Będę udawał, że nie istniejesz. Nie jesteś w mojej głowie, to tylko głupie halucynacje spowodowane nieświeżą piszczką...
— Można siebie oszukiwać i rzucać na wiatr czułe kłamstewka, albo pogodzić się z okrutną prawdą — głos w głowie odezwał się tym razem z nutą politowania i rozbawionego, gardłowego pomruku. — To, że będziesz udawać, że nic się nie dzieje, nie znaczy, że to prawda i sam dobrze to wiesz. Twoje gorączkowe, błagalne wręcz szukanie oparcia w pocieszaniu się w myślach jest... satysfakcjonujące, Kruku. Jesteś zdesperowany, żeby odzyskać życie, które utraciłeś.
Czy był zdesperowany? Owszem. Nie wiedział w końcu co zrobić. To nie było coś co dało się załatwić łapami. Nie mógł uciec, nie mógł się z tym zmierzyć w walce. Ten stan był nieosiągalny. Chociaż jego ciało pragnęło się tego pozbyć, nie było żadnej możliwości, aby nawet dotknąć ducha tyrana łapą. Położył po sobie uszy. 
— Co mi da pogodzenie się? — Wbił pazury w ziemię, czując rosnący gniew na Mroczną Gwiazdę i te jego perfidne zabawy. — Co mi da zaakceptowanie ciebie w mojej głowie? NIC! — krzyknął i przeorał pazurami korę drzewa. — Nic! — Ponownie wbił się w nią, przeciągając po niej łapami, aby nieco wyzwolić emocje, które się w nim kłębiły.
— Pogodzenie się ze swoim losem jest lepsze, niż próba zbuntowania się wobec tego, kto cię uciśnia. Nie chcesz denerwować ducha, Kruku. To, co ci zrobiłem to dopiero początek przy tym, co mogę ci zrobić. Zatem krzycz, płacz, tup nóżkami, dopóki masz na to siłę, aż i to zmęczy cię na tyle, że wypowiedzenie choćby słowa przeciw mnie byłoby dla ciebie niewyobrażalnym wysiłkiem.
Najgorsze co było w Mrocznej Gwieździe, to nie to, że gadał mu w głowie, ale to, że gadał z sensem. Jego słowa nawet za życia do niego trafiały. Odrzucał je jednak z uwagi na wole matki. Nie chciałaby, aby spoufalał się z wrogiem. Nie chciał jej po prostu zawieść, chociaż wtedy nawet przy nim nie była. W zasadzie... To nigdy nie była. Musiał tą sprawę przemyśleć. Gorzej, że duch słuchał wszystkiego. Nie podobało mu się to, że miał wgląd do jego myśli. Nie miał nawet małego grama prywatności! 
Nie odpowiedział mu na to. Pozbierał się na łapy, po czym wrócił do obozu, zastanawiając się nad tym jak do tego tematu podejść.

Od Upadłego Kruka

 *drugi dzień po śmierci lidera*

Gdy się ocknął, dziwne wydarzenie z nocy uznał za zły sen. Rozciągnął się, ziewając, ponieważ czuł się niewyspany. A czekał go poranny trening z Chłodnym Omenem. Tak bardzo chciał jeszcze zostać na wygodnym posłaniu. Lider zdechł to powinni świętować, a jak jego psy chciały opłakiwać go, to niech dadzą im jeden dzień wolnego, a nie zachowywali się tak, jakby nic specjalnego się nie wydarzyło. Właśnie... Zerknął na śpiącą Irgowy Nektar. Dziwne, że nie wstawała, ale co się dziwił. Mogła się obijać do woli. Będzie musiał zapytać Szczurzego Cienia czy ma to co mu obiecał... Musiał skrócić żywot tej wariatki. 
— Jak się spało, Upadły Kruku?
Zamarł. Nie... To nie mogła być prawda! Rozejrzał się po otoczeniu zaniepokojony, czując jak sierść unosi mu się na grzbiecie. To to nie był sen?! Informacje jakie padły z pyska lidera w mroku, obijały mu się po głowie, powodując że znów to uczucie strachu w nim zaczęło narastać. Nie widział go, ale słyszał. Gdzie się chował? 
— Gdzie się ukrywasz? — szepnął pod nosem, bo w końcu nie był tu sam. Koty dopiero się budziły i ostatnie to czego chciał, aby zauważyli jak gadał do siebie.
— Jestem za tobą — odezwał się głos.
Odwrócił się od razu, oczekując ujrzenia potwornego oblicza duszy, lecz nic nie dostrzegł. Najeżył sierść, a Lwia Grzywa, który obok niego przechodził, rzucił mu pytające spojrzenie. 
— W porządku? — zapytał. 
—Tak... To nic takiego. Musimy iść na trening — zbył temat szybko, podnosząc się na łapy i wychodząc z legowiska. 
Ale go drań podpuścił! Mimo tego, że nigdzie go nie widział, czuł się tak, jakby ten go obserwował, co nie zmniejszało jego napięcia. Stanął w szeregu przy kotach, którzy już czekali na swoją mistrzynie. Miał nadzieję, że Mroczna Gwiazda nie będzie do niego mówił przez cały czas, bo czuł, że oszaleję.
— Chyba zaczynasz wariować, Kruku... Czas płynie... — nucił głos w jego głowie. — Jak łatwo jest zniszczyć kota...
— Cicho — szepnął cicho do niego, nie potrafiąc uwierzyć w to, że tylko on go słyszał. Nikt nie wydawał się zainteresowany głosem lidera, który rozlegał się tak wyraźnie tuż obok nich. A może... Ten siedział mu w głowie? Na samą myśl znów dreszcz przebiegł po jego ciele. Jeżeli to prawda to jak można było go uciszyć? Walnąć się w łeb? To nonsens! Nie podobało mu się też to, że wtrącał swoje głupie komentarze. Może i kiedyś rozmawiali dużo, ale gdy chciał mógł sobie odejść i bawić się z kocurem, sprzedając mu kłamstwa. A teraz? Przecież musiał słyszeć jego myśli! Czyli wiedział co planuje, co sądzi i wiele, wiele więcej. Powoli docierało do niego, że nie miał prywatności... Nawet we własnej głowie. 
— Nie zniszczysz mnie... Rozmowa z tobą owszem, jest dla mnie szokiem, ale kot potrafi się dostosować do nowego... problemu i go rozwiązać. Więc nie ciesz się... — burknął do niego, by to zrozumiał. 
— Moje komentarze nie są głupie. Są prawdziwe — odparł głos. — Potrafi się dostosować? A co się dzieje z bezskrzydłym krukiem, który wpadnie do jeziora? Co się dzieje, gdy motyl żyjący w ciepłych porach znajdzie się na środku śnieżnych prerii? Makabryczne obrazy za snów, koszmary, rany, które przenoszą się do świata rzeczywistego... Mało kto to zniesie. Dlatego mój mentor nigdy nie objawiał się Kamiennej Gwieździe. Zobaczyła go dopiero po własnej śmierci...
Położył po sobie uszy. Ugh... Kolejny dowód, że rzeczywiście siedział mu w głowie i słyszał myśli. Na dodatek te jego porównania bardzo mu się nie podobały. Domyślał się ich znaczenia. 
— Ja nie obawiam się makabrycznych widoków. Przyznaję, że twoja postać jest odrażająca, ale nie powoduje to we mnie traumy. Widziałem zwłoki rozszarpanych kotów i nawet mnie to nie ruszyło — przypomniał mu o tym, bo przecież na egzekucji Spasionej Świni czy też karze Nocnej Tafli czuł się dobrze. A nawet to go bawiło. Jeżeli Mroczna Gwiazda sądził, że był aż tak delikatny to się mylił. 
— Co tam szepczesz? — Szczurzy Cień przysiadł się do niego. — Zaraz uznają, że zwariowałeś po śmierci Mrocznej Gwiazdy. Sosnowa Igła już się chichrała, że za nim tęsknisz. 
Spalił buraka pod sierścią, słysząc te słowa padające z pyska wojownika. Pokręcił szybko głową. 
— Powtarzałem na głos tylko te ruchy, które ostatnio nam pokazywała mistrzyni. Tak lepiej mi idzie nauka — rzekł, nie wspominając mu nic o duchu w głowie. Nie chciał, aby uznał go za wariata, albo się przestraszył przez co przestałby z nim współpracować. Potrzebował go. Tylko on znał prawdę o śmierci lidera. 
— Myślisz, że chodzi tu tylko o obrzydliwe widoki? — zamruczał Mroczna Gwiazda, delektując się tym, że już wychodził na wariata. — Nie będę naprostowywać, co boli najbardziej, gdy duch obserwuje twoje ruchy. Sam się przekonasz — uważnie słuchał tego, co mówił Szczur. — Sam widzisz... Powoli odgrywasz rolę szaleńca. Zobaczymy, na jak długo.
Zacisnął pysk, aby mu nie odpowiedzieć. Nie zamierzał być wariatem. Skupił się na tym co tu i teraz, ignorując wnerwiający głos. Ruszył wraz ze Szczurem, wychodząc z obozu, a następnie wziął udział w treningu. Walczył, przypominając sobie niedawną wojnę i spotkanie z bratem. Chciał go zabić, ale oszukał go i ten uznał, że nie żył. Ciekawe co knuł... I czy już wiedział, że żył? 
Wgryzł się w bark swojego przeciwnika, popychając na ziemię. Nikt nie zarzuci, że był słaby. Ani przebrzydły duch ani nikt inny. Nieco dzisiaj wzięło go na brutalniejszą strategię. Możliwe, że to przez to, że jakiś typ siedział mu we łbie. Musiał się uspokoić a nic tak nie dodawało otuchy jak zlanie kogoś do krwi.