Przeszłość
Końcówka jego ogona drgnęła w lekkim poirytowaniu. Czy Rzekotkowa Łapa miała trudności z wymową? — Man-da-ryn-ko-wa Gwiazda. Tak, jestem członkiem rodu, najmłodszym, ale też jednym z najzdolniejszych — poprawił ją dość sprawnie, ale też nie mógł zaprzepaścić kolejnej okazji ku temu, żeby podkreślić swoją wyższość, lepszość. Kocur odsunął lekko łeb, żeby przypadkiem nie zderzyć się z podskakującą na każde strony młódką. Wreszcie odsunął ją nieco, gdy uznał, iż sytuacja zbyt bardzo wymykała się spod kontroli, nie mógł pozwolić na to, żeby doszło do jakichś nieprzyjemności. Pokręcił głową, entuzjazm koteczki był naprawdę ogromny, chyba nie spotkał nigdy wcześniej kogoś tak szczęśliwego... chociaż on na jej miejscu też by się tak cieszył, cieszył, że może rozmawiać z kimś tak niesamowitym, jak on sam. Że dostał kogoś tak boskiego za mentora. — Nie, członków rodu rozpoznasz po charakterystycznym, krwistym znaku lotosu na czole, a także tym, iż są spokrewnieni z Mandarynkową Gwiazdą, parę pokoleń wstecz, ze Sroczą Gwiazdą. Była ona przewspaniałą przywódczynią. Jest to również ściśle związane z historią o powstaniu świata. Rodzice opowiadali ci o niej, prawda? — rozgadał się nieco, jakaż szkoda, że nigdy nie miał okazji jej poznać osobiście! Czy czuwała nad nim ze Srebrnej Skóry? W końcu woda była jednym z łączników z gwiezdnymi przodkami, byli bliżej nich niż którykolwiek inny klan, nawet Klan Klifu.
Dotarłszy do następnego legowiska, legowiska uczniów, miauknął:
— To tutaj od dzisiaj będziesz mieszkać. Po naszym treningu będziesz mogła przenieść swoje legowisko z kociarni, tutaj, albo stworzyć nowe — kontynuował.
Niebieska pokiwała głową na pytanie o historiach przekazywanym kotkom. Słuchała dalej co point miał jej do powiedzenia, chłonąc wszystko jak gąbka. Zaraz jednak, niestety, się rozkojarzyła. Wesoła Łapa wlepiła gały w znak na czole mentora. Był taki wyrazisty! W porównaniu z futrem kocura prezentował się świetnie!
Poszli do legowisk uczniów. Kotka zajrzała do środka, ale już po chwili jej pyszczek przybrało swego rodzaju rozczarowanie, jakby oczekiwała tam zobaczyć samą Sroczą Gwiazdę albo Mandarynkową Gwiazdę, a nie jamę z legowiskami. Widać było na jej mordce znudzenie.
— A z czego zrobić nowee? — zapytała. — Bo ja spałam zawsze na mamusi! Albo na siostrach! Czy tu też będę mogła?
— Z leśnej ściółki, uschniętych paproci, piór… jeśli zależy ci na wygodzie i zazwyczaj właśnie z takich materiałów robi się legowiska, spójrz na to — zachęcił ją, wskazując na jedno z wielu łóż poukładanych nieregularnie blisko siebie. Dalsze pytanie wydało mu się dość absurdalne, teraz przecież była uczennicą, a jej mama musiała wrócić do obowiązków wojowniczych. Pokręcił głową. — Nie. Jeśli siostry ci pozwolą, to na nich możesz, ale wojownikom nie spodoba się twoja obecność w ich norze. Uczniowie są głośni i się często rozpychają, a wojownicy po całym dniu pracy marzą jedynie o odpoczynku. Chyba że dostaniesz od niej pozwolenie, ale wtedy musisz być bardzo cicho, żeby nikomu nie przeszkadzać — odparł stanowczo i może chłodniej, niż zamierzał, jednak musiała wiedzieć o granicach innych kotów.
Od jakiegoś czasu lecznica przepełniona była chorymi, na co Rogaty Flaming nie zwrócił wcześniej aż tak wielkiej uwagi - przeprowadzał treningi wraz ze swoją uczennicą, Wesołą Łapą. Nie był medykiem, nie znał się na ziołolecznictwie, więc nawet nie mógł za wiele z tym zrobić (nie, żeby planował). Musieli przecież udoskonalić tamten chwyt, który nie wyszedł jej wcale tak świetnie podczas ślubu. Nie mógł pozwolić na to, by jego uczennica była bita przez losowe koty należące do jego klanu. Nie mogła być przez kogokolwiek! Nie dość, że było to z pewnością przykre dla niej, tak też przynosiło i jemu ujmę, bo skoro jego uczennica nie potrafiła się obronić, oznaczało to, że albo nie przykładał się do ich treningów (co było oczywiście nieprawdą, niezwykle zależało mu na tym, żeby nie przynosiła mu wstydu, a tylko dumę), albo z uczennicą był kłopot, co również byłoby dość dotkliwym i nieprzyjemnym stwierdzeniem. Point czyścił sobie właśnie dość zawzięcie łapę, po tym, jak przebywał na śniegu odrobinę zbyt długo - czuł mrowienie, a wraz z nim dość leniwie powracało mu czucie do poduszek, lekko go łaskocząc i rozprowadzając aksamitne ciepło. Podczas treningu musiał zapodziać mu się tam drobny kamyczek, którego właśnie udało mu się wyjąć...
Podszedł do niego Ulewny Szkwał, Rogaty Flaming początkowo nie podniósł nawet wzroku znad swojej łapy, którą teraz oglądał w celu doszukania się wszelkich większych niedoskonałości. Mimo to informacje wlatywały mu jednym uchem.
— Witaj, Książę, cieszę się, że kaszel nie dotknął twojej osoby. Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, był wybitnym wydarzeniem, pomimo niezbyt dobrego wstępu. Od tego czasu jest spokój, oby tak zostało. Skoro jednak już zajmuję uwagę Księcia, to jak idą treningi z Wesołą Łapą? Jestem pewny, że Książe jest wybitnym mentorem, którego Wesoła Łapa z przyjemnością słucha.
— Z Wesołą Łapą wspaniale. Prawdopodobnie, gdyby przydzielono jej kogoś innego za mentora, wcale nie szłoby tak łatwo. Nie każdy się nadaje do nauczania przyszłych pokoleń, dlatego jej przyszłość jest w bezpiecznych łapach. Pod moimi skrzydłami uczy się pilnie, często trenujemy teraz chwyty bitewne w razie potrzeby — rozgadał się, przyozdabiając swój pysk w uśmiech, usłyszawszy końcówkę wypowiedzi fińczyka i spojrzał na niego. Pokiwał ochoczo głową. — Cieszy mnie, że to dostrzegasz, Ulewny Szkwale. Mało kto docenia wybitnych mentorów, raczej każdy uważa nauczanie młodych za powinność i nikomu z wojowników nie gratulują za wiele — kontynuował, poruszając spokojnie końcówką ogona. Mogliby to zmienić, parę miłych słówek zawsze poprawiało humor, szczególnie jemu! Dzień bez chwalenia go, jego wybitnych umiejętności i obszernej wiedzy był dniem straconym.
Zauważywszy w oddali Wesołą Łapę, brodzącą w gęsto porozrzucanym po ich terenach puchu, zamyślił się na parę uderzeń serca. Oby tylko nie wpadła na lód, szkoda, żeby sobie powybijała zęby albo nabiła kolejnych siniaków.
Poprawił nieco zeschnięte już kwiaty ogórecznika w swoim ogonie.
Wesoła Łapa wytarzała się w pobliskiej zaspie, wynurzając z niej głowę niczym kret z kretowiska. Wyskoczyła z powrotem na płaski grunt, ślizgając się na lodzie skrytym pod śniegiem. Zakręciła kilka niezbyt zgrabnych piruetów, po czym upadła na tyłek. Zauważyła w tym czasie swojego mentora oraz jakiegoś kota nieopodal, więc podniosła się i podeszła. Dotarłszy, otrzepała futro z piasku, sypiąc na tego niebieskiego kota, bo przecież Pan Książę Rogaty Flaming nie lubił być brudny! Więc na niego musiała uważać.
— Wytarzałam się w piasku! — oznajmiła. — Ale był taaaaki zimny! TAAAKI! — kichnęła, a gluta wciągnęła z powrotem do nosa.
Rogaty Flaming zrobił nieco obrzydzoną minę, podnosząc jedną z łap do góry, jakby chcąc ochronić się przed nawałnicą mokrego piachu zmieszanego ze śniegiem, który i tak - całe szczęście - nie sypnął na niego. Już miał mówić, żeby uważała, aczkolwiek nawet go nie dotknęły te obrzydlistwa, więc nie musiał nic mówić. Szkwał tuż obok był nim pokryty dość obficie, a point, zauważywszy to, zaczął się śmiać. Wyglądał absurdalnie.
Niebieskiego fińczyka nieco skręciło, gdy Wesoła Łapa smarknęła z powrotem tego gluta. Jeszcze dodatkowo został przez nią ochlapany piachem, przez to Rogaty Flaming z niego się śmiał. Otrzepał się z piachu i już nie miał go na sobie. Zobaczył, że Lilia wróciła do obozu, więc podszedł w podskokach do swojej partnerki, wtulając się w jej futro.
— Cześć, Liliowa Pieśni, upolowałaś coś może lub zobaczyłaś coś ciekawego? Bo ja pilnuje obozu przepełnionego zasmarkanymi kotami — popatrzył z ukosa na Wesołkę, która raczej powinna być w lecznicy, a nie na wolnym powietrzu.
— Upolowałam dwie, całkiem pulchne nornice! Chcesz zjeść jedną ze mną? — spytała.
— Jasne, jestem głodny od tej warty.
— Pańskie futerko wygląda prześlicznie na tle tego śniegu! — niebieska miauknęła beztrosko.
Kocur napuszył sierść na piersi, poprawiając ją jednokrotnie łapą. — Wiem, wspaniałe jest, prawda? — powiedział, mrużąc oczy z zadowoleniem.
Nagle po obozie rozeszło się kilka zszokowanych, zduszonych okrzyków, gdy zza trzcinowych ścian obozu, wprost z mroków jego wejścia, dobiegł najpierw ostry, intensywny zapach, a po chwili charakterystyczny dźwięk czyichś ciężkich, wolno stawianych kroków. Pierzasta Kołysanka pomrukiwała coś pod nosem, a wszystko dookoła, zdawało się, zamarło. Liliowa wojowniczka nastawiła uszu, a fińczyk natychmiast się zjeżył. Stanął przed partnerką w celu ochrony jej, jeżąc się tak, że wyglądał na większego, młoda Żabia Łapa poszła w jego ślady, również się strosząc. Patrzyła po starszych w celu otrzymania reakcji, która jasno powiedziałaby jej: “możesz podejść”, ale nie otrzymała tego.
Gdy zza trzcinowych ścian obozu dobiegł pointa intensywny, ostry zapach, a potem ciężko stawiane kroki, postawił czujnie uszy, chociaż starał się nie dać po sobie pokazać, że jednak ta rzecz zwróciła jego uwagę.
Wesoła Łapa podziwiała swojego mentora przez dłuższe uderzenie serca, a kocur pozwalał jej na to, jednak nic nie trwało wiecznie. Młódka zwróciła pysk ku dźwiękom.
— Fuj! Co tak śmierdzi, Panie Książę Rogaty Flamingu?
Książę zawęszył, obserwując rozwój wydarzeń. Kojarzył ten smród z czasów młodości, kiedy to do obozu wtargnęły borsuki. Nie widział ich, aczkolwiek słyszał sporo, no i pamiętał, jak przeszkadzano mu tamtego razu w odpoczynku. Poruszył lekko ogonem, ale nie odpowiedział na pytanie.
Do obozu, jak większość kotów zdążyła już odgadnąć, wtargnęło wielkie, umięśnione zwierzę. Borsuk. Nie był on jednak sam – w szczękach trzymał kocie ciało. **Znajome** kocie ciało. Choć pokryte przez szramki, ciemne, pręgowane futro o złocistym podbrzuszu nadal pozostawało charakterystyczne dla jednego z członków Klanu Nocy.
Spojrzała na stwora. Uniosła ogon do góry.
— Ale misiaczek! Czemu ma w pysku coś futrzanego?
Rodzice nie opowiadali jej nigdy o borsukach? Ciekawe, czy w takim razie słyszała o lisach albo innych drapieżnikach, które pilnowały, żeby kotom nie było nigdy za komfortowo i na zawsze dobrze. Skoro nie kojarzyła, będą mieli co robić na następnych treningach… Z zamyślenia wyrwał go zawzięty syk, a potem wysunięte do przodu cielsko nakrapianego kocura.
— Zostaw nas w spokoju, borsucza strawo, albo moje kły wylądują na twojej szyi! Słyszysz mnie?! — swoją klatkę piersiową tak nadmuchał, jak dzikie ptaki podczas godów i zaczął komicznie chodzić to na prawo, to na lewo, czekając na atak zwierzęcia. Rogaty Flaming poczuł, jak serce przyśpiesza mu bicia. Gdyby borsuk zechciał, jednym ruchem łapy powaliłby fińczyka, a szczęką zmiażdżyłby mu czaszkę. Może i Rogaty Flaming był niezwykle dumny i przekonany o swojej wyższości, ale wiedział, kiedy powinno się wycofać. Kotom mógł pokazywać, jaki to on wspaniały, ale borsukowi… borsuki działały prawdopodobnie inaczej. On był mądrzejszy od kotów rzucających się do gardła borsukowi!
Do Ulewnego Szkwału przysunęła się bliżej Żabia Łapa, która coś do niego cicho mruknęła, a czego Flaming nie wyłapał słuchem, na parę uderzeń serca wybity z rytmu przez scenę, która odgrywała się przed jego oczami. Tak się skupił na bestii, że zupełnie zapomniał o kocie, którego trzymała w paszczy.
Gdyby dało się coś dostrzec w małych, czarnych jak noc oczkach borsuka, byłby to zapewne ruch przewracanych źrenic. Zwierzę uchyliło pysk, pozwalając ciału upaść na ziemię. Bok kotki uniósł się nieznacznie, a kilka piór wysunęło się zza jej uszu i wzbiło w powietrze. Z nieba dobiegł pisk. Kocur przyglądał się scenie dalej.
— Co się tu odwala? Borsuki zaczęły już latać? Kociaki? Jeszcze czego, na Klan Gwiazdy! — syknął niebieski, zdezorientowany całkowicie.
Liliowa Pieśń dotknęła ogonem barku partnera i zasyczała na borsuka.
— Jeśli to ty zabiłeś Nenufarowy Kielich oraz zraniłeś Czosnkową Krewetkę, zabije cię! — ale chwilę później z jej pyszczka wybrzmiało: — Przepraszam.
— Za co przepraszasz? Twoja reakcja była prawidłowa, przecież każdy normalny kot by zasyczał na borsuka. Zwłaszcza że niedawno nam wtargnęły do obozu — polizał partnerkę za uchem pocieszająco.
Żabia Łapa rozwarła szeroko oczy i spojrzała na starszego wojownika. Ten zadarł głowę do góry więc Żabka i też tam spojrzała. Podeszła parę kroków bliżej do borsuka, przywarta do ziemi jak glonojad do dna rzeki. Kotka przyniesiona przez borsuka jeszcze żyła, potrzebowała pomocy!
Borsuczyca warknęła na jazgoczące koty, obdarzając je spojrzeniem pełnym irytacji.
— Lesz-nhik — wycharczała, łapą szturchając Świteziankowe Jezioro.
— Le...Lecznik? — Żabka powtórzyła samej sobie i wstała z ziemi. Nieco pewniejszym krokiem podeszła w kierunku borsuka, obracając się na resztę wojowników. Była tylko uczniem to nie tak, że całkowicie bała się podejść, ale byłoby to nierozważne.
Wesoła Łapa, niewiele myśląc, wyszła krok do przodu, a Rogaty Flaming poczuł, jak zaczyna się w nim lekko gotować. Czy ona miała ikrę zamiast mózgu?
— Dzień dobry! Witamy w Klanie Nocy! Co Pan przyniósł, panie misiaczku? — zapytała, dostrzegając po chwili, że to futerko było... praktycznie martwym kotem. Jej entuzjazm uleciał, mina zbledła, a łapki zaczęły się trząść.
Bestia tupnęła łapą zniecierpliwiona, a point przybliżył się i stanął tuż obok swojej uczennicy, spoglądając nieufnie na zwierzę. Jej krótki ogon uniósł się na sztorc, gdy mała kotka przyczołgała się bliżej niej. Słysząc jej słowa, po chwili zamyślenia przytaknęła masywnym łbem.
— Lesz-hnik? — spytała, tym razem wskazując pazurem na Żabią Łapę. Nieco przechyliła głowę na bok.
Żabia Łapa opuściła po sobie uszy.
— Nie... ale... Lecznik tam — wskazała łapą na norę do leczenia, gdzie stały inne koty. — Wezmę... do lecznika? Proszę?
Samica innego gatunku przyglądała się z uwagą srebrnej istocie. Jej mina (o ile nazwać to można było miną) wydawała się złagodnieć, a wargi, dotąd odsunięte i ukazujące rzędy pokaźnych zębów, opadły. Przytaknęła, łapą popychając nieprzytomną w stronę kotki.
— Wóz? Ghie? — padło kolejne zachrypłe pytanie.
— Nie wiem. Pytać, ich! — srebrna wskazała na resztę kotów i chwyciła nieprzytomną kotkę, jak tylko silnie mogła za kark i zaczęła ciągnąć. Była od niej mniejsza, słabsza, ale robiła, co mogła.
Ulewny Szkwał podszedł do kotki, pomagając w transporcie Świteziankowego Jeziora.
— Myślałaś, że sama to uniesiesz? Idziemy z nią do medyka, natychmiast — odparł, idąc z Żabią Łapą łapa w łapę, w stronę lecznicy. Żabia Łapa z wielką chęcią skorzystała z pomocy Szkwału. Pokiwała łebkiem i razem z wojownikiem zaniosła ją do medyka, a już po paru uderzeniach serca wyskoczyła z nory raz jeszcze, oglądając wszystkich, jakby doszukiwała się nowych zmian w zachowaniu. Rogaty Flaming nie ingerował ani nie powstrzymywał nikogo, chociaż może powinien porozstawiać co po niektórych…
Liliowa odwzajemniła gest i rzekła do borsuczycy, tym samym wykonując gest co uczennica:
— Tam, co ciebie sprowadza? Albo co ciebie sprowadzać?
Karmicielka wychyliła łeb z kociarni, a jej źrenice były zwężone w szparki. Zagradzała wyjście kociętom, żeby nie wyszły na polanę obozowiska. Kiedy tylko dostrzegła wielkiego borsuka, zjeżyła się i nieufnie oglądała dzikie stworzenie z odległości.
— Co się tam dzieje?! — Trzcinowy Szmer prychnęła nieufnie. — Czemu nie przeganiacie tego borsuka? Ostatnio straciliśmy wojownika przez jednego z nich!
Czułość, którą chwilę wcześniej borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę, znikła wraz z momentem krzyku Trzcinowego Szmeru. Na grzbiecie ciemnego nosa pojawiły się głębokie zmarszczki, a oczy częściowo przykryła ściągnięta w dół skóra.
— Kot milszy — odprychnęła karmicielce. — Zamary dobhe. Koty iss wóz. Znaheść. Cas kytki.
Narcyzowa Łapa już z daleka słyszał nerwowe głosy kotów, a jego nozdrza wypełniała drażniąca, obca woń. Gdy wylazł z legowiska uczniów, smród tylko się spotęgował; zmarszczył nos i stanął przy jednym z kotów, kierując wzrok na... borsuka?
— Ale jaja!
— Czas krótki? — zapytała Liliowa Pieśń, ignorując łaciatego kocurka.
Borsuczyca zarzuciła ostro ogonem raz w jedną, a raz w drugą stronę. Widać było, że nie jest cierpliwa, a zlewające lub struchlałe ze strachu koty jedynie ją rozsierdzają. Mąciła wzrokiem po tłumie, jakby czegoś szukając, aż w końcu wzrokiem natrafiła na wychodzącą z lecznicy Żabią Łapę. Pewnym siebie krokiem, jak gdyby wcale nie otaczała ją chmara wojowników, ruszyła przed siebie, pokonując dzielącą je przestrzeń szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Ciepły oddech borsuczycy uderzył w pysk uczennicy.
Żabia Łapa zdębiała na dokładnie pół sekundy i spojrzała na wielkie stworzenie przed swoim pyskiem.
— T... tak? Potrzeba? Coś?
Ulewny Szkwał przystanął u boku młódki na wszelki wypadek, przyglądając się zwierzu.
Łaciata o guzikowatych, małych oczach pokiwała głową, w końcu zadowolona z interakcji z kotem.
— Znahesc kot na granisy — sapnęła, czubkiem nosa wskazując na lecznicę. — Koty — poprawiła się. Spokój jednak nie trwał długo, bo bura szylkretka postanowiła również dołączyć się do powoli powstającego rzędu kotów przed bestią.
— Co się tutaj dzieje?! — powtórzyła, zwracając na siebie uwagę obcego. — Kogo szukasz? Nie ma tutaj lidera, ja reprezentuje władzę podczas ich nieobecności.
Liliowa Pieśń zjeżyła futro wzdłuż kręgosłupa, a następnie przerażona, krzyknęła:
— Chyba nasi pobratymcy są ranni! Trzeba ich przetransportować!
Żabia Łapa jednak nie dała się wytrącić z równowagi, próbując dowiedzieć się, co miał gość na myśli.
— Więcej kot? Więcej kotów? Na granicy? — spytała, słysząc słowa Lili, które ją naprowadziły. — Czy… tylko ten na granicy? — pokazała jeden paluszek.
— Pokażesz kierunek? — do stosu pytań liliowa także dorzuciła własną cegiełkę, kręcąc głową w różnych kierunkach.
— Na razie nie wiemy gdzie, musimy poczekać, aż borsuk nam wskażę drogę — udzielił się i Ulewny Szkwał.
Bestia zatrząsła łbem, marszcząc brwi. Przytłaczała ją ilość dochodzących do niej odgłosów.
— Ihny kot... Zy. Skswyshic. Skswyshic sahmihse — splunęła na ziemię z obrzydzeniem. — Niehyhny. Brdny. Bsytia. — dotknęła swojego brzucha, kończąc ostatnie zdanie. Jej oczy utkwione były w wejściu do lecznicy.
— Jaki zapach miał?
— Inny... zły kot ją skrzywdził... Bestia... Gdzie proszę? W którą stronę? — Żabia Łapa spojrzała na wojowników wokół siebie.
— Inny kot skrzywdził samice? — przedarł się cichy głos Wymarzonej Słodyczy.
Trzcinowy Szmer popatrzyła się na młodsze koty.
— Nic z tego nie zrozumiałam. Umie ktoś to przetłumaczyć? Czego ona chce?
Żabia łapa spojrzała na Trzcinę.
— Świtezianka została zaatakowana przez innego kota na granicy i ten borsuk ją tutaj przyniósł w bardzo złym stanie! — szybko mruknęła do kotki. — Z tego... co ledwo zrozumiałam.
— Sym... — warknęła łaciata, zanurzając pazury w ziemi. — Sym tyn, tsy szenie mohe zbil... Zbic go. Ja.
Wymarzona Słodycz się przybliżyła, ale nic nie wypowiedziała.
— Czy ten kot nadal jest na naszym terytorium? Może powinniśmy go przegonić. Jest nas za mało, ktoś musi powiadomić inny patrol... — szylkretka spytała borsuka.
Srebrna opuściła uszy po sobie.
— Syn... Zabił twojego syna... a ty jego... — przetarła łapą pysk. — Gdzie? Gdzie? — zbliżyła się do Trzcinowego Szmeru, jakby doszukując się u niej swego rodzaju wsparcia. Rogaty Flaming do tej pory milczał, przyglądając się każdej najmniejszej ich reakcji. Było to dziwne, nic nie przykuło do tej pory na tak długo jego uwagi, ani tym bardziej nie zamknęło pyska na tak długą chwilę. Żabia Łapa również przymknęła pyszczek, wtulając się w bok karmicielki. Może było jej zimno.
— To okropne! Czyżby to był kot, którego przyniosłaś? — wyrwało się z pyszczka liliowej.
Borsuczyca w odpowiedzi milczała przez wiele uderzeń serca, patrząc po wszystkich tych kotach ustawionych naokoło niej. Najwyraźniej nie umiała nazwać wszystkiego, co widziała. Wydała z siebie natomiast szumiący syk, łapą robiąc w śniegu zagłębienie.
Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem, przysłuchując się rozmowie, do tej pory i on również nikomu nie przerywał, więc było to niezwykle miłe dla uszu i nerwów.
— O czym ona bełkocze? I tak zaraz nas wszystkich zje! — syknął. — Trzeba ją wygonić!
Zimny wiatr mierzwił futra pobratymców, wyjąc wniebogłosy donośnie, odbierając uszom, poduszkom łap, a także samej skórze u niektórych ciepło, chociaż sam point nie odczuwał tego szczególnie dotkliwie ze względu na swoją wspaniałą, gęstą okrywę, idealnie przystosowaną do nieprzychylnych warunków.
— Co się tu dziej… — wybełkotała Pierzasta Kołysanka, marszcząc nos. Zdecydowanym, ale i eleganckim krokiem ruszyła do pozostałych. Świetnie, kolejni gapie…
Trzcinowy Szmer rzuciła ostre spojrzenie na Narcyzową Łapę i ogonem wskazała lecznicę.
— Narcyzowa Łapo, jeśli zamierzasz przeszkadzać mi w pracy, to może lepiej, żebyś popilnował kociąt albo zatroszczył się o Świteziankowe Jezioro — uciszyła kocura.
Przeniosła swoje spojrzenie na borsuczyce i Żabią Łapę.
— Jesteś w stanie dokładnie przetłumaczyć, co ten borsuk chce? Nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować, jeśli każdy będzie syczał.
— Rozumiem... część. Mogę spróbować, Zrobię, co mogę — przytaknęła młódka. W końcu już i tak rozmawiała z borsukiem, coś rozumiała.
Borsuczyca, widząc brak zrozumienia ze strony Klanu Nocy, wydała z siebie wpierw zmęczony furkot, a następnie ponownie poczęła gadać swym dziwnym, ciężkim do rozszyfrowania głosem, brzmiącym jak bulgot wzburzonej wody podczas burzy. Jej głos był niezwykle niski i zapadał w pamięci. Flaming nie fatygował się nawet, żeby rozwodzić nad tym, cokolwiek do nich hurkotała, już były do tego przynajmniej trzy koty.
— Pomyc... Warga. Kreh bryhna. Kot dory — znowu wskazała na lecznicę. — Warga czuha. Phak pomyk. Pomyc zieki phak. Ja. Muszy czywaci koty... Kamić brynytke. Sznięta. Mszyne. Wasz ahe. Brynytka sahba. Sihy bryk. Sznięta urą. Kamić! Dyży! — poleciła.
Żabia Łapa opuściła uszy, słysząc tyle średnio zrozumiałych słów skierowanych do nich. Usiadła sobie i założyła łapę na łapę.
— Pomoc... Warga...? Kres bruta… Świtezianka jest dobra... to na pewno zrozumiałam… — zrobiła chwilę przerwy. — Warga... Warga twoje imię? — wskazała na borsuczycę. — I... Pomogła ci. Kotka. Tamta — jej palec poszybował ku lecznicy. — I... Koty muszą czuwać... karmić? Szczenięta. Myszami... Brytynka słaba? Bryk silny? Szczenięta umrą... Karmić... Dyży…? Dużo?
Gość pokręcił głową, gdy został nazwany Wargą. Wskazała na niebo.
— Warga.
— Wagra... syn? — podniosła prawą łapę. — Warga bóg? — podniosła lewą.
— Buh. Mahtka.
— Warga! To przecież borsucza wiara! — olśniło zielonooką.
Borsuczyca przyjrzała się Liliowej Pieśni, która dokazywała od początku jej zjawienia się. Pokiwała.
— Świtezianka dobra... — powtórzyła pod nosem słowa Żabiej Łapy. — Świteziankowe Jezioro była kiedyś samotniczką. Może właśnie samotnicy nas zaatakowali oraz tę borsuczycę. Musimy sami to sprawdzić i zawołać po pomoc resztę Nocniaków z patrolu granicznego... Wszystkie koty zdolne do samodzielnego pływania! — Trzcinowy Szmer podniosła głos, żeby koty zwróciły na nią uwagę. — Potrzebujemy patrolu o małej ilości kotów, który szybko by odszukał patrol graniczny oraz sprawdził dogłębnie miejsce, w którym Świteziankowe Jezioro została zaatakowana!
— Ja nie wiedziałam, urodziłam się siedem księżyców temu... — mruknęła cichutko do lilki. — Dziękuję... Nakarmimy ją dobrze — wskazała na lecznicę. — Dziękuję... za pomoc... czy coś... coś jeszcze?
— Wiem, nie obwiniam cię — mruknęła pocieszająco wojowniczka. Przekierowała spojrzenie na borsuczycę z błyskiem nadziei w ślepiach. — Czy możesz nam podać kierunek?
Ulewny Szkwał kiwnął głową w stronę Trzcinki, unosząc niebieski ogon wysoko.
— Ja jestem chętny, namiestniczko! Zrobię wszystko w mojej mocy, by zebrać wsparcie i przeszukać to miejsce. Nie możemy mieć więcej rannych kotów, jak to się stało ze Świtezianką.
— Ja również — zgłosiła się liliowa, acz z nutą niepewności. — Chociaż nie wiem, czy nie będę bardziej potrzebna tutaj, przy Żabiej Łapie — położyła ogon pocieszająco na barkach małej, widać było, że cała ta sytuacja jest dla niej stresująca.
Borsuczyca, nie myśląc długo, chwyciła Żabią Łapę za jedną z przednich kończyn, widząc, że koty zaczynają się zbierać.
— Brynytka jes mhi — powiedziała, machając energicznie łbem raz w stronę lecznicy, a raz w stronę stosu zwierzyny. — Sznięta... Nje. Kocita. Kot — uniosła łapę nieco ponad ziemię, jakby pokazywała coś małego.
Narcyzowa Łapa również się odezwał jak od niechcenia. Strzepnął ogonem.
— Mogę iść — burknął. — Byle z dala od tego śmierdziela — wskazał łapą na borsuka.
Żabka, gdyby nie to, że oparta była o innego kota, to prawdopodobnie by padła na ziemię na gest borsuka. Mimo to uśmiechnęła się i niepewnym wzrokiem spojrzała na stos zwierzyny. — Nakarmić ją? Teraz?
— Dziecko kota?
Bestia smętnie przytaknęła.
Ulewny Szkwał obrócił się w stronę swojej ukochanej.
— Lepiej tu zostań, to dosyć ryzykowna akcja. Będę spokojniejszy, gdy zostaniesz tutaj i będziesz bezpieczna — polizał ją czule za uszami. — Przy okazji dobrze ci idzie tłumaczenie języka borsuków, Trzcinowemu Szmerowi bardziej się przydasz pod tym kątem — posłał jej lekki uśmiech, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
— Dobrze, ale nie uważaj mnie za delikatny liść! Kto przyniósł raz jastrzębia? — zaczęła się z nim droczyć, odwzajemniając gest. Łbem potarła o jego policzek parokrotnie. Jej entuzjazm jednak opadł, gdy ponownie skupiła się na słowach olbrzyma. — Może znalazła malucha? Prawie nic nie rozumiem — zrobiła chwilę przerwy, poruszając nieco nerwowo łapą. — Jedno dziecko, czy wiele? — zaczęła gestykulować tak, jak tylko potrafiła, żeby może ją zrozumiano.
Borsuczyca w odpowiedzi jednak wzruszyła ramionami. Znowu pokazała raz na lecznicę, a raz na... Znowu na brzuch. Przejechała po nim łapą.
Żabia łapa wytrzeszczyła oczka tak, że wyglądały niczym dwie, wielkie okrągłe monety obok siebie. — Świtezianka jest W CIĄŻY?! — mało nie zmiotło ją z łap, gdy zatoczyła się, ale szybko oparła o bok stojącej nadal Trzcinowego Szmeru. Rogaty Flaming spojrzał z lekkim zdziwieniem również, chociaż nie powinno go to dziwić szczególnie – przecież w Klanie Nocy wiecznie rodziły się jakieś kocięta… Trzcinka w odpowiedzi pacnęła młódkę w głowę, bo jej reakcja była dość niepoważna i nieadekwatna do sytuacji. Odwróciła pysk do dwóch kocurów.
— Ulewny Szkwale i Narcyzowa Łapo, to będzie wasze zadanie. Natomiast ty, Liliowa Pieśni, zostaniesz, gdyż dobrze rozumiesz borsuczycę — postanowiła, po czym znów zwróciła się do młodego wojownika. — Szkwale, postarajcie się znaleźć jak najszybciej patrol graniczny i sprawdzić miejsce, gdzie została zaatakowana Świteziankowe Jezioro. Jeśli znajdziecie kogoś podejrzanego, sami we dwójkę nie atakujcie. Jest nas mało tutaj i potrzebne jest wsparcie. Ruszajcie jak najszybciej.
— Tak jest, namiestniczko! Chodź, Narcyzie — niebieski szybko zniknął z obozu.
Borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę pełnym bólu i goryczy spojrzeniem.
— Zy kot. Szwydził one...
Jasna kotka wytrzeszczyła oczy, również zszokowana tym, czego właśnie się dowiedziała.
— Chyba rozumiem! Ty obroniłaś kotkę z lecznicy, bo była w ciąży przed złym kotem?
Żabia Łapa położyła uszy po sobie z żalem.
— Była... w ciąży... Zły kot... nie... To straszne... — przykryła łapą pyszczek, a w jej oczkach zaczęło tlić się tak wiele emocji, że musiały w końcu znaleźć gdzieś upust.
— Gyszej... Nje byha... Sześniej.
Żabka pokiwała głową i nieco bardziej oparła się o futro Słodyczy. Jej uszy nie mogły przywrzeć bardziej do jej ciała. Trzcinowy Szmer również wydawała się przybita nowymi informacjami, chociaż nie ruszyła się z miejsca.
— Straszne...
Parę uderzeń serca później, z głębokim westchnieniem pochyliła głowę w kierunku borsuczycy.
— Dziękuję — miauknęła. — Że przyniosłaś... Tutaj — mruknęła. Czas na przemyślenie swoich słów będzie potem. Ten borsuk bowiem zdawał się wyjątkowo przyjazny... Trochę szacunku za jej gest się jej należał.
Zdawało się, że bestia skończyła mówić. Na ten moment. Ruszyła ku wyjściu z obozu, jednak nim wstąpiła w tunel z niego wyprowadzający, odwróciła się.
— On... Czykał. Zapach dygi. Mycny. Wieział. Mysli tak. Ja.
Srebrna, po wysłuchaniu słów, wręcz z impetem uderzyła o ziemię, kładąc się na niej, ponieważ łapy ją zawiodły. Koty pochyliły się nad małą, jednak jej bok unosił się, a potem opadał, a ślepia były rozszerzone. To spotkanie przepełnione było przeróżnymi emocjami i reakcjami, co mogło być najzwyczajniej w świecie zbyt wielkim obciążeniem dla tak młodego kota. Trzcina nakryła ją swoim ogonem w próbie pocieszenia i podniesienia na duchu, a ślepiami wracała do żłobka w celu skontrolowania, czy jej dwie małe pociechy przypadkiem nie ulotniły się z kociarni. Rogaty Flaming machnął ogonem do Wesołej Łapy, która stała obok niego jak wryta. Wiatr targał jej futerkiem, a poduszki łap z pewnością zaczynały szczypać od tak długiego przebywania na chłodnym puchu.
Mroźne pazury chłodnej Pory Nagich Drzew wisiały nad obozem, próbując wedrzeć się do legowisk Klanu Nocy. Koty zajmowały się odśnieżaniem niemal każdego dnia, ponieważ ilość pierza lecącego z nieba niemal wymykała się spod kontroli. Rogaty Flaming próbował się oczywiście nie przepracowywać. Jeśli tylko miał okazję, swoją robotę zrzucał na kogoś innego w celu wykonania bardziej ambitnych obowiązków, czyli… polowanie, patrolowanie granic i obowiązkowo – prezentowanie się jak na księcia przystało. Pielęgnacji swojego niezwykłego futra poświęcał niezwykle wiele czasu, była to rutyna, której się trzymał każdego dnia. Rozejrzał się po obozowiczach. Już parę uderzeń serca później w podskokach przybyła do niego jego uczennica, której właśnie nadmiar piachu zsuwał się z jasnych wąsów.
— Wesoła Łapo, następnym razem, gdy do obozu wkroczy nam borsuk, nie przybliżaj się do niego tak, nawet jeśli wydaje ci się, że może mieć dobre zamiary. Nie każda bestia ma tyle cierpliwości, gdyby tylko zechciał, wielu z nas mogłoby nie być w stanie mu sprostać, oczywiście poza mną, Mandarynkową Gwiazdą i resztą kotów z rodu. Nie wolno ci ufać każdej istocie, która nie szczerzy do ciebie kłów od razu. Może zrobić to za uderzenie serca, a ty nie zdążysz zareagować — tłumaczył, językiem przejeżdżając po swojej puchatej, śnieżnobiałej piersi. Naprawdę musiał jej tłumaczyć coś, co było oczywiste dla niego, odkąd tylko pamiętał? Dziwne, że sama o tym nie wiedziała.
— To tutaj od dzisiaj będziesz mieszkać. Po naszym treningu będziesz mogła przenieść swoje legowisko z kociarni, tutaj, albo stworzyć nowe — kontynuował.
Niebieska pokiwała głową na pytanie o historiach przekazywanym kotkom. Słuchała dalej co point miał jej do powiedzenia, chłonąc wszystko jak gąbka. Zaraz jednak, niestety, się rozkojarzyła. Wesoła Łapa wlepiła gały w znak na czole mentora. Był taki wyrazisty! W porównaniu z futrem kocura prezentował się świetnie!
Poszli do legowisk uczniów. Kotka zajrzała do środka, ale już po chwili jej pyszczek przybrało swego rodzaju rozczarowanie, jakby oczekiwała tam zobaczyć samą Sroczą Gwiazdę albo Mandarynkową Gwiazdę, a nie jamę z legowiskami. Widać było na jej mordce znudzenie.
— A z czego zrobić nowee? — zapytała. — Bo ja spałam zawsze na mamusi! Albo na siostrach! Czy tu też będę mogła?
— Z leśnej ściółki, uschniętych paproci, piór… jeśli zależy ci na wygodzie i zazwyczaj właśnie z takich materiałów robi się legowiska, spójrz na to — zachęcił ją, wskazując na jedno z wielu łóż poukładanych nieregularnie blisko siebie. Dalsze pytanie wydało mu się dość absurdalne, teraz przecież była uczennicą, a jej mama musiała wrócić do obowiązków wojowniczych. Pokręcił głową. — Nie. Jeśli siostry ci pozwolą, to na nich możesz, ale wojownikom nie spodoba się twoja obecność w ich norze. Uczniowie są głośni i się często rozpychają, a wojownicy po całym dniu pracy marzą jedynie o odpoczynku. Chyba że dostaniesz od niej pozwolenie, ale wtedy musisz być bardzo cicho, żeby nikomu nie przeszkadzać — odparł stanowczo i może chłodniej, niż zamierzał, jednak musiała wiedzieć o granicach innych kotów.
***
Parę wschodów słońca później
Podszedł do niego Ulewny Szkwał, Rogaty Flaming początkowo nie podniósł nawet wzroku znad swojej łapy, którą teraz oglądał w celu doszukania się wszelkich większych niedoskonałości. Mimo to informacje wlatywały mu jednym uchem.
— Witaj, Książę, cieszę się, że kaszel nie dotknął twojej osoby. Ślub Trzcinowego Szmeru i Żmijowcowej Wici, był wybitnym wydarzeniem, pomimo niezbyt dobrego wstępu. Od tego czasu jest spokój, oby tak zostało. Skoro jednak już zajmuję uwagę Księcia, to jak idą treningi z Wesołą Łapą? Jestem pewny, że Książe jest wybitnym mentorem, którego Wesoła Łapa z przyjemnością słucha.
— Z Wesołą Łapą wspaniale. Prawdopodobnie, gdyby przydzielono jej kogoś innego za mentora, wcale nie szłoby tak łatwo. Nie każdy się nadaje do nauczania przyszłych pokoleń, dlatego jej przyszłość jest w bezpiecznych łapach. Pod moimi skrzydłami uczy się pilnie, często trenujemy teraz chwyty bitewne w razie potrzeby — rozgadał się, przyozdabiając swój pysk w uśmiech, usłyszawszy końcówkę wypowiedzi fińczyka i spojrzał na niego. Pokiwał ochoczo głową. — Cieszy mnie, że to dostrzegasz, Ulewny Szkwale. Mało kto docenia wybitnych mentorów, raczej każdy uważa nauczanie młodych za powinność i nikomu z wojowników nie gratulują za wiele — kontynuował, poruszając spokojnie końcówką ogona. Mogliby to zmienić, parę miłych słówek zawsze poprawiało humor, szczególnie jemu! Dzień bez chwalenia go, jego wybitnych umiejętności i obszernej wiedzy był dniem straconym.
Zauważywszy w oddali Wesołą Łapę, brodzącą w gęsto porozrzucanym po ich terenach puchu, zamyślił się na parę uderzeń serca. Oby tylko nie wpadła na lód, szkoda, żeby sobie powybijała zęby albo nabiła kolejnych siniaków.
Poprawił nieco zeschnięte już kwiaty ogórecznika w swoim ogonie.
Wesoła Łapa wytarzała się w pobliskiej zaspie, wynurzając z niej głowę niczym kret z kretowiska. Wyskoczyła z powrotem na płaski grunt, ślizgając się na lodzie skrytym pod śniegiem. Zakręciła kilka niezbyt zgrabnych piruetów, po czym upadła na tyłek. Zauważyła w tym czasie swojego mentora oraz jakiegoś kota nieopodal, więc podniosła się i podeszła. Dotarłszy, otrzepała futro z piasku, sypiąc na tego niebieskiego kota, bo przecież Pan Książę Rogaty Flaming nie lubił być brudny! Więc na niego musiała uważać.
— Wytarzałam się w piasku! — oznajmiła. — Ale był taaaaki zimny! TAAAKI! — kichnęła, a gluta wciągnęła z powrotem do nosa.
Rogaty Flaming zrobił nieco obrzydzoną minę, podnosząc jedną z łap do góry, jakby chcąc ochronić się przed nawałnicą mokrego piachu zmieszanego ze śniegiem, który i tak - całe szczęście - nie sypnął na niego. Już miał mówić, żeby uważała, aczkolwiek nawet go nie dotknęły te obrzydlistwa, więc nie musiał nic mówić. Szkwał tuż obok był nim pokryty dość obficie, a point, zauważywszy to, zaczął się śmiać. Wyglądał absurdalnie.
Niebieskiego fińczyka nieco skręciło, gdy Wesoła Łapa smarknęła z powrotem tego gluta. Jeszcze dodatkowo został przez nią ochlapany piachem, przez to Rogaty Flaming z niego się śmiał. Otrzepał się z piachu i już nie miał go na sobie. Zobaczył, że Lilia wróciła do obozu, więc podszedł w podskokach do swojej partnerki, wtulając się w jej futro.
— Cześć, Liliowa Pieśni, upolowałaś coś może lub zobaczyłaś coś ciekawego? Bo ja pilnuje obozu przepełnionego zasmarkanymi kotami — popatrzył z ukosa na Wesołkę, która raczej powinna być w lecznicy, a nie na wolnym powietrzu.
— Upolowałam dwie, całkiem pulchne nornice! Chcesz zjeść jedną ze mną? — spytała.
— Jasne, jestem głodny od tej warty.
— Pańskie futerko wygląda prześlicznie na tle tego śniegu! — niebieska miauknęła beztrosko.
Kocur napuszył sierść na piersi, poprawiając ją jednokrotnie łapą. — Wiem, wspaniałe jest, prawda? — powiedział, mrużąc oczy z zadowoleniem.
Nagle po obozie rozeszło się kilka zszokowanych, zduszonych okrzyków, gdy zza trzcinowych ścian obozu, wprost z mroków jego wejścia, dobiegł najpierw ostry, intensywny zapach, a po chwili charakterystyczny dźwięk czyichś ciężkich, wolno stawianych kroków. Pierzasta Kołysanka pomrukiwała coś pod nosem, a wszystko dookoła, zdawało się, zamarło. Liliowa wojowniczka nastawiła uszu, a fińczyk natychmiast się zjeżył. Stanął przed partnerką w celu ochrony jej, jeżąc się tak, że wyglądał na większego, młoda Żabia Łapa poszła w jego ślady, również się strosząc. Patrzyła po starszych w celu otrzymania reakcji, która jasno powiedziałaby jej: “możesz podejść”, ale nie otrzymała tego.
Gdy zza trzcinowych ścian obozu dobiegł pointa intensywny, ostry zapach, a potem ciężko stawiane kroki, postawił czujnie uszy, chociaż starał się nie dać po sobie pokazać, że jednak ta rzecz zwróciła jego uwagę.
Wesoła Łapa podziwiała swojego mentora przez dłuższe uderzenie serca, a kocur pozwalał jej na to, jednak nic nie trwało wiecznie. Młódka zwróciła pysk ku dźwiękom.
— Fuj! Co tak śmierdzi, Panie Książę Rogaty Flamingu?
Książę zawęszył, obserwując rozwój wydarzeń. Kojarzył ten smród z czasów młodości, kiedy to do obozu wtargnęły borsuki. Nie widział ich, aczkolwiek słyszał sporo, no i pamiętał, jak przeszkadzano mu tamtego razu w odpoczynku. Poruszył lekko ogonem, ale nie odpowiedział na pytanie.
Do obozu, jak większość kotów zdążyła już odgadnąć, wtargnęło wielkie, umięśnione zwierzę. Borsuk. Nie był on jednak sam – w szczękach trzymał kocie ciało. **Znajome** kocie ciało. Choć pokryte przez szramki, ciemne, pręgowane futro o złocistym podbrzuszu nadal pozostawało charakterystyczne dla jednego z członków Klanu Nocy.
Spojrzała na stwora. Uniosła ogon do góry.
— Ale misiaczek! Czemu ma w pysku coś futrzanego?
Rodzice nie opowiadali jej nigdy o borsukach? Ciekawe, czy w takim razie słyszała o lisach albo innych drapieżnikach, które pilnowały, żeby kotom nie było nigdy za komfortowo i na zawsze dobrze. Skoro nie kojarzyła, będą mieli co robić na następnych treningach… Z zamyślenia wyrwał go zawzięty syk, a potem wysunięte do przodu cielsko nakrapianego kocura.
— Zostaw nas w spokoju, borsucza strawo, albo moje kły wylądują na twojej szyi! Słyszysz mnie?! — swoją klatkę piersiową tak nadmuchał, jak dzikie ptaki podczas godów i zaczął komicznie chodzić to na prawo, to na lewo, czekając na atak zwierzęcia. Rogaty Flaming poczuł, jak serce przyśpiesza mu bicia. Gdyby borsuk zechciał, jednym ruchem łapy powaliłby fińczyka, a szczęką zmiażdżyłby mu czaszkę. Może i Rogaty Flaming był niezwykle dumny i przekonany o swojej wyższości, ale wiedział, kiedy powinno się wycofać. Kotom mógł pokazywać, jaki to on wspaniały, ale borsukowi… borsuki działały prawdopodobnie inaczej. On był mądrzejszy od kotów rzucających się do gardła borsukowi!
Do Ulewnego Szkwału przysunęła się bliżej Żabia Łapa, która coś do niego cicho mruknęła, a czego Flaming nie wyłapał słuchem, na parę uderzeń serca wybity z rytmu przez scenę, która odgrywała się przed jego oczami. Tak się skupił na bestii, że zupełnie zapomniał o kocie, którego trzymała w paszczy.
Gdyby dało się coś dostrzec w małych, czarnych jak noc oczkach borsuka, byłby to zapewne ruch przewracanych źrenic. Zwierzę uchyliło pysk, pozwalając ciału upaść na ziemię. Bok kotki uniósł się nieznacznie, a kilka piór wysunęło się zza jej uszu i wzbiło w powietrze. Z nieba dobiegł pisk. Kocur przyglądał się scenie dalej.
— Co się tu odwala? Borsuki zaczęły już latać? Kociaki? Jeszcze czego, na Klan Gwiazdy! — syknął niebieski, zdezorientowany całkowicie.
Liliowa Pieśń dotknęła ogonem barku partnera i zasyczała na borsuka.
— Jeśli to ty zabiłeś Nenufarowy Kielich oraz zraniłeś Czosnkową Krewetkę, zabije cię! — ale chwilę później z jej pyszczka wybrzmiało: — Przepraszam.
— Za co przepraszasz? Twoja reakcja była prawidłowa, przecież każdy normalny kot by zasyczał na borsuka. Zwłaszcza że niedawno nam wtargnęły do obozu — polizał partnerkę za uchem pocieszająco.
Żabia Łapa rozwarła szeroko oczy i spojrzała na starszego wojownika. Ten zadarł głowę do góry więc Żabka i też tam spojrzała. Podeszła parę kroków bliżej do borsuka, przywarta do ziemi jak glonojad do dna rzeki. Kotka przyniesiona przez borsuka jeszcze żyła, potrzebowała pomocy!
Borsuczyca warknęła na jazgoczące koty, obdarzając je spojrzeniem pełnym irytacji.
— Lesz-nhik — wycharczała, łapą szturchając Świteziankowe Jezioro.
— Le...Lecznik? — Żabka powtórzyła samej sobie i wstała z ziemi. Nieco pewniejszym krokiem podeszła w kierunku borsuka, obracając się na resztę wojowników. Była tylko uczniem to nie tak, że całkowicie bała się podejść, ale byłoby to nierozważne.
Wesoła Łapa, niewiele myśląc, wyszła krok do przodu, a Rogaty Flaming poczuł, jak zaczyna się w nim lekko gotować. Czy ona miała ikrę zamiast mózgu?
— Dzień dobry! Witamy w Klanie Nocy! Co Pan przyniósł, panie misiaczku? — zapytała, dostrzegając po chwili, że to futerko było... praktycznie martwym kotem. Jej entuzjazm uleciał, mina zbledła, a łapki zaczęły się trząść.
Bestia tupnęła łapą zniecierpliwiona, a point przybliżył się i stanął tuż obok swojej uczennicy, spoglądając nieufnie na zwierzę. Jej krótki ogon uniósł się na sztorc, gdy mała kotka przyczołgała się bliżej niej. Słysząc jej słowa, po chwili zamyślenia przytaknęła masywnym łbem.
— Lesz-hnik? — spytała, tym razem wskazując pazurem na Żabią Łapę. Nieco przechyliła głowę na bok.
Żabia Łapa opuściła po sobie uszy.
— Nie... ale... Lecznik tam — wskazała łapą na norę do leczenia, gdzie stały inne koty. — Wezmę... do lecznika? Proszę?
Samica innego gatunku przyglądała się z uwagą srebrnej istocie. Jej mina (o ile nazwać to można było miną) wydawała się złagodnieć, a wargi, dotąd odsunięte i ukazujące rzędy pokaźnych zębów, opadły. Przytaknęła, łapą popychając nieprzytomną w stronę kotki.
— Wóz? Ghie? — padło kolejne zachrypłe pytanie.
— Nie wiem. Pytać, ich! — srebrna wskazała na resztę kotów i chwyciła nieprzytomną kotkę, jak tylko silnie mogła za kark i zaczęła ciągnąć. Była od niej mniejsza, słabsza, ale robiła, co mogła.
Ulewny Szkwał podszedł do kotki, pomagając w transporcie Świteziankowego Jeziora.
— Myślałaś, że sama to uniesiesz? Idziemy z nią do medyka, natychmiast — odparł, idąc z Żabią Łapą łapa w łapę, w stronę lecznicy. Żabia Łapa z wielką chęcią skorzystała z pomocy Szkwału. Pokiwała łebkiem i razem z wojownikiem zaniosła ją do medyka, a już po paru uderzeniach serca wyskoczyła z nory raz jeszcze, oglądając wszystkich, jakby doszukiwała się nowych zmian w zachowaniu. Rogaty Flaming nie ingerował ani nie powstrzymywał nikogo, chociaż może powinien porozstawiać co po niektórych…
Liliowa odwzajemniła gest i rzekła do borsuczycy, tym samym wykonując gest co uczennica:
— Tam, co ciebie sprowadza? Albo co ciebie sprowadzać?
Karmicielka wychyliła łeb z kociarni, a jej źrenice były zwężone w szparki. Zagradzała wyjście kociętom, żeby nie wyszły na polanę obozowiska. Kiedy tylko dostrzegła wielkiego borsuka, zjeżyła się i nieufnie oglądała dzikie stworzenie z odległości.
— Co się tam dzieje?! — Trzcinowy Szmer prychnęła nieufnie. — Czemu nie przeganiacie tego borsuka? Ostatnio straciliśmy wojownika przez jednego z nich!
Czułość, którą chwilę wcześniej borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę, znikła wraz z momentem krzyku Trzcinowego Szmeru. Na grzbiecie ciemnego nosa pojawiły się głębokie zmarszczki, a oczy częściowo przykryła ściągnięta w dół skóra.
— Kot milszy — odprychnęła karmicielce. — Zamary dobhe. Koty iss wóz. Znaheść. Cas kytki.
Narcyzowa Łapa już z daleka słyszał nerwowe głosy kotów, a jego nozdrza wypełniała drażniąca, obca woń. Gdy wylazł z legowiska uczniów, smród tylko się spotęgował; zmarszczył nos i stanął przy jednym z kotów, kierując wzrok na... borsuka?
— Ale jaja!
— Czas krótki? — zapytała Liliowa Pieśń, ignorując łaciatego kocurka.
Borsuczyca zarzuciła ostro ogonem raz w jedną, a raz w drugą stronę. Widać było, że nie jest cierpliwa, a zlewające lub struchlałe ze strachu koty jedynie ją rozsierdzają. Mąciła wzrokiem po tłumie, jakby czegoś szukając, aż w końcu wzrokiem natrafiła na wychodzącą z lecznicy Żabią Łapę. Pewnym siebie krokiem, jak gdyby wcale nie otaczała ją chmara wojowników, ruszyła przed siebie, pokonując dzielącą je przestrzeń szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Ciepły oddech borsuczycy uderzył w pysk uczennicy.
Żabia Łapa zdębiała na dokładnie pół sekundy i spojrzała na wielkie stworzenie przed swoim pyskiem.
— T... tak? Potrzeba? Coś?
Ulewny Szkwał przystanął u boku młódki na wszelki wypadek, przyglądając się zwierzu.
Łaciata o guzikowatych, małych oczach pokiwała głową, w końcu zadowolona z interakcji z kotem.
— Znahesc kot na granisy — sapnęła, czubkiem nosa wskazując na lecznicę. — Koty — poprawiła się. Spokój jednak nie trwał długo, bo bura szylkretka postanowiła również dołączyć się do powoli powstającego rzędu kotów przed bestią.
— Co się tutaj dzieje?! — powtórzyła, zwracając na siebie uwagę obcego. — Kogo szukasz? Nie ma tutaj lidera, ja reprezentuje władzę podczas ich nieobecności.
Liliowa Pieśń zjeżyła futro wzdłuż kręgosłupa, a następnie przerażona, krzyknęła:
— Chyba nasi pobratymcy są ranni! Trzeba ich przetransportować!
Żabia Łapa jednak nie dała się wytrącić z równowagi, próbując dowiedzieć się, co miał gość na myśli.
— Więcej kot? Więcej kotów? Na granicy? — spytała, słysząc słowa Lili, które ją naprowadziły. — Czy… tylko ten na granicy? — pokazała jeden paluszek.
— Pokażesz kierunek? — do stosu pytań liliowa także dorzuciła własną cegiełkę, kręcąc głową w różnych kierunkach.
— Na razie nie wiemy gdzie, musimy poczekać, aż borsuk nam wskażę drogę — udzielił się i Ulewny Szkwał.
Bestia zatrząsła łbem, marszcząc brwi. Przytłaczała ją ilość dochodzących do niej odgłosów.
— Ihny kot... Zy. Skswyshic. Skswyshic sahmihse — splunęła na ziemię z obrzydzeniem. — Niehyhny. Brdny. Bsytia. — dotknęła swojego brzucha, kończąc ostatnie zdanie. Jej oczy utkwione były w wejściu do lecznicy.
— Jaki zapach miał?
— Inny... zły kot ją skrzywdził... Bestia... Gdzie proszę? W którą stronę? — Żabia Łapa spojrzała na wojowników wokół siebie.
— Inny kot skrzywdził samice? — przedarł się cichy głos Wymarzonej Słodyczy.
Trzcinowy Szmer popatrzyła się na młodsze koty.
— Nic z tego nie zrozumiałam. Umie ktoś to przetłumaczyć? Czego ona chce?
Żabia łapa spojrzała na Trzcinę.
— Świtezianka została zaatakowana przez innego kota na granicy i ten borsuk ją tutaj przyniósł w bardzo złym stanie! — szybko mruknęła do kotki. — Z tego... co ledwo zrozumiałam.
— Sym... — warknęła łaciata, zanurzając pazury w ziemi. — Sym tyn, tsy szenie mohe zbil... Zbic go. Ja.
Wymarzona Słodycz się przybliżyła, ale nic nie wypowiedziała.
— Czy ten kot nadal jest na naszym terytorium? Może powinniśmy go przegonić. Jest nas za mało, ktoś musi powiadomić inny patrol... — szylkretka spytała borsuka.
Srebrna opuściła uszy po sobie.
— Syn... Zabił twojego syna... a ty jego... — przetarła łapą pysk. — Gdzie? Gdzie? — zbliżyła się do Trzcinowego Szmeru, jakby doszukując się u niej swego rodzaju wsparcia. Rogaty Flaming do tej pory milczał, przyglądając się każdej najmniejszej ich reakcji. Było to dziwne, nic nie przykuło do tej pory na tak długo jego uwagi, ani tym bardziej nie zamknęło pyska na tak długą chwilę. Żabia Łapa również przymknęła pyszczek, wtulając się w bok karmicielki. Może było jej zimno.
— To okropne! Czyżby to był kot, którego przyniosłaś? — wyrwało się z pyszczka liliowej.
Borsuczyca w odpowiedzi milczała przez wiele uderzeń serca, patrząc po wszystkich tych kotach ustawionych naokoło niej. Najwyraźniej nie umiała nazwać wszystkiego, co widziała. Wydała z siebie natomiast szumiący syk, łapą robiąc w śniegu zagłębienie.
Narcyzowa Łapa strzepnął ogonem, przysłuchując się rozmowie, do tej pory i on również nikomu nie przerywał, więc było to niezwykle miłe dla uszu i nerwów.
— O czym ona bełkocze? I tak zaraz nas wszystkich zje! — syknął. — Trzeba ją wygonić!
Zimny wiatr mierzwił futra pobratymców, wyjąc wniebogłosy donośnie, odbierając uszom, poduszkom łap, a także samej skórze u niektórych ciepło, chociaż sam point nie odczuwał tego szczególnie dotkliwie ze względu na swoją wspaniałą, gęstą okrywę, idealnie przystosowaną do nieprzychylnych warunków.
— Co się tu dziej… — wybełkotała Pierzasta Kołysanka, marszcząc nos. Zdecydowanym, ale i eleganckim krokiem ruszyła do pozostałych. Świetnie, kolejni gapie…
Trzcinowy Szmer rzuciła ostre spojrzenie na Narcyzową Łapę i ogonem wskazała lecznicę.
— Narcyzowa Łapo, jeśli zamierzasz przeszkadzać mi w pracy, to może lepiej, żebyś popilnował kociąt albo zatroszczył się o Świteziankowe Jezioro — uciszyła kocura.
Przeniosła swoje spojrzenie na borsuczyce i Żabią Łapę.
— Jesteś w stanie dokładnie przetłumaczyć, co ten borsuk chce? Nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować, jeśli każdy będzie syczał.
— Rozumiem... część. Mogę spróbować, Zrobię, co mogę — przytaknęła młódka. W końcu już i tak rozmawiała z borsukiem, coś rozumiała.
Borsuczyca, widząc brak zrozumienia ze strony Klanu Nocy, wydała z siebie wpierw zmęczony furkot, a następnie ponownie poczęła gadać swym dziwnym, ciężkim do rozszyfrowania głosem, brzmiącym jak bulgot wzburzonej wody podczas burzy. Jej głos był niezwykle niski i zapadał w pamięci. Flaming nie fatygował się nawet, żeby rozwodzić nad tym, cokolwiek do nich hurkotała, już były do tego przynajmniej trzy koty.
— Pomyc... Warga. Kreh bryhna. Kot dory — znowu wskazała na lecznicę. — Warga czuha. Phak pomyk. Pomyc zieki phak. Ja. Muszy czywaci koty... Kamić brynytke. Sznięta. Mszyne. Wasz ahe. Brynytka sahba. Sihy bryk. Sznięta urą. Kamić! Dyży! — poleciła.
Żabia Łapa opuściła uszy, słysząc tyle średnio zrozumiałych słów skierowanych do nich. Usiadła sobie i założyła łapę na łapę.
— Pomoc... Warga...? Kres bruta… Świtezianka jest dobra... to na pewno zrozumiałam… — zrobiła chwilę przerwy. — Warga... Warga twoje imię? — wskazała na borsuczycę. — I... Pomogła ci. Kotka. Tamta — jej palec poszybował ku lecznicy. — I... Koty muszą czuwać... karmić? Szczenięta. Myszami... Brytynka słaba? Bryk silny? Szczenięta umrą... Karmić... Dyży…? Dużo?
Gość pokręcił głową, gdy został nazwany Wargą. Wskazała na niebo.
— Warga.
— Wagra... syn? — podniosła prawą łapę. — Warga bóg? — podniosła lewą.
— Buh. Mahtka.
— Warga! To przecież borsucza wiara! — olśniło zielonooką.
Borsuczyca przyjrzała się Liliowej Pieśni, która dokazywała od początku jej zjawienia się. Pokiwała.
— Świtezianka dobra... — powtórzyła pod nosem słowa Żabiej Łapy. — Świteziankowe Jezioro była kiedyś samotniczką. Może właśnie samotnicy nas zaatakowali oraz tę borsuczycę. Musimy sami to sprawdzić i zawołać po pomoc resztę Nocniaków z patrolu granicznego... Wszystkie koty zdolne do samodzielnego pływania! — Trzcinowy Szmer podniosła głos, żeby koty zwróciły na nią uwagę. — Potrzebujemy patrolu o małej ilości kotów, który szybko by odszukał patrol graniczny oraz sprawdził dogłębnie miejsce, w którym Świteziankowe Jezioro została zaatakowana!
— Ja nie wiedziałam, urodziłam się siedem księżyców temu... — mruknęła cichutko do lilki. — Dziękuję... Nakarmimy ją dobrze — wskazała na lecznicę. — Dziękuję... za pomoc... czy coś... coś jeszcze?
— Wiem, nie obwiniam cię — mruknęła pocieszająco wojowniczka. Przekierowała spojrzenie na borsuczycę z błyskiem nadziei w ślepiach. — Czy możesz nam podać kierunek?
Ulewny Szkwał kiwnął głową w stronę Trzcinki, unosząc niebieski ogon wysoko.
— Ja jestem chętny, namiestniczko! Zrobię wszystko w mojej mocy, by zebrać wsparcie i przeszukać to miejsce. Nie możemy mieć więcej rannych kotów, jak to się stało ze Świtezianką.
— Ja również — zgłosiła się liliowa, acz z nutą niepewności. — Chociaż nie wiem, czy nie będę bardziej potrzebna tutaj, przy Żabiej Łapie — położyła ogon pocieszająco na barkach małej, widać było, że cała ta sytuacja jest dla niej stresująca.
Borsuczyca, nie myśląc długo, chwyciła Żabią Łapę za jedną z przednich kończyn, widząc, że koty zaczynają się zbierać.
— Brynytka jes mhi — powiedziała, machając energicznie łbem raz w stronę lecznicy, a raz w stronę stosu zwierzyny. — Sznięta... Nje. Kocita. Kot — uniosła łapę nieco ponad ziemię, jakby pokazywała coś małego.
Narcyzowa Łapa również się odezwał jak od niechcenia. Strzepnął ogonem.
— Mogę iść — burknął. — Byle z dala od tego śmierdziela — wskazał łapą na borsuka.
Żabka, gdyby nie to, że oparta była o innego kota, to prawdopodobnie by padła na ziemię na gest borsuka. Mimo to uśmiechnęła się i niepewnym wzrokiem spojrzała na stos zwierzyny. — Nakarmić ją? Teraz?
— Dziecko kota?
Bestia smętnie przytaknęła.
Ulewny Szkwał obrócił się w stronę swojej ukochanej.
— Lepiej tu zostań, to dosyć ryzykowna akcja. Będę spokojniejszy, gdy zostaniesz tutaj i będziesz bezpieczna — polizał ją czule za uszami. — Przy okazji dobrze ci idzie tłumaczenie języka borsuków, Trzcinowemu Szmerowi bardziej się przydasz pod tym kątem — posłał jej lekki uśmiech, gdy nawiązali kontakt wzrokowy.
— Dobrze, ale nie uważaj mnie za delikatny liść! Kto przyniósł raz jastrzębia? — zaczęła się z nim droczyć, odwzajemniając gest. Łbem potarła o jego policzek parokrotnie. Jej entuzjazm jednak opadł, gdy ponownie skupiła się na słowach olbrzyma. — Może znalazła malucha? Prawie nic nie rozumiem — zrobiła chwilę przerwy, poruszając nieco nerwowo łapą. — Jedno dziecko, czy wiele? — zaczęła gestykulować tak, jak tylko potrafiła, żeby może ją zrozumiano.
Borsuczyca w odpowiedzi jednak wzruszyła ramionami. Znowu pokazała raz na lecznicę, a raz na... Znowu na brzuch. Przejechała po nim łapą.
Żabia łapa wytrzeszczyła oczka tak, że wyglądały niczym dwie, wielkie okrągłe monety obok siebie. — Świtezianka jest W CIĄŻY?! — mało nie zmiotło ją z łap, gdy zatoczyła się, ale szybko oparła o bok stojącej nadal Trzcinowego Szmeru. Rogaty Flaming spojrzał z lekkim zdziwieniem również, chociaż nie powinno go to dziwić szczególnie – przecież w Klanie Nocy wiecznie rodziły się jakieś kocięta… Trzcinka w odpowiedzi pacnęła młódkę w głowę, bo jej reakcja była dość niepoważna i nieadekwatna do sytuacji. Odwróciła pysk do dwóch kocurów.
— Ulewny Szkwale i Narcyzowa Łapo, to będzie wasze zadanie. Natomiast ty, Liliowa Pieśni, zostaniesz, gdyż dobrze rozumiesz borsuczycę — postanowiła, po czym znów zwróciła się do młodego wojownika. — Szkwale, postarajcie się znaleźć jak najszybciej patrol graniczny i sprawdzić miejsce, gdzie została zaatakowana Świteziankowe Jezioro. Jeśli znajdziecie kogoś podejrzanego, sami we dwójkę nie atakujcie. Jest nas mało tutaj i potrzebne jest wsparcie. Ruszajcie jak najszybciej.
— Tak jest, namiestniczko! Chodź, Narcyzie — niebieski szybko zniknął z obozu.
Borsuczyca obdarzyła Żabią Łapę pełnym bólu i goryczy spojrzeniem.
— Zy kot. Szwydził one...
Jasna kotka wytrzeszczyła oczy, również zszokowana tym, czego właśnie się dowiedziała.
— Chyba rozumiem! Ty obroniłaś kotkę z lecznicy, bo była w ciąży przed złym kotem?
Żabia Łapa położyła uszy po sobie z żalem.
— Była... w ciąży... Zły kot... nie... To straszne... — przykryła łapą pyszczek, a w jej oczkach zaczęło tlić się tak wiele emocji, że musiały w końcu znaleźć gdzieś upust.
— Gyszej... Nje byha... Sześniej.
Żabka pokiwała głową i nieco bardziej oparła się o futro Słodyczy. Jej uszy nie mogły przywrzeć bardziej do jej ciała. Trzcinowy Szmer również wydawała się przybita nowymi informacjami, chociaż nie ruszyła się z miejsca.
— Straszne...
Parę uderzeń serca później, z głębokim westchnieniem pochyliła głowę w kierunku borsuczycy.
— Dziękuję — miauknęła. — Że przyniosłaś... Tutaj — mruknęła. Czas na przemyślenie swoich słów będzie potem. Ten borsuk bowiem zdawał się wyjątkowo przyjazny... Trochę szacunku za jej gest się jej należał.
Zdawało się, że bestia skończyła mówić. Na ten moment. Ruszyła ku wyjściu z obozu, jednak nim wstąpiła w tunel z niego wyprowadzający, odwróciła się.
— On... Czykał. Zapach dygi. Mycny. Wieział. Mysli tak. Ja.
Srebrna, po wysłuchaniu słów, wręcz z impetem uderzyła o ziemię, kładąc się na niej, ponieważ łapy ją zawiodły. Koty pochyliły się nad małą, jednak jej bok unosił się, a potem opadał, a ślepia były rozszerzone. To spotkanie przepełnione było przeróżnymi emocjami i reakcjami, co mogło być najzwyczajniej w świecie zbyt wielkim obciążeniem dla tak młodego kota. Trzcina nakryła ją swoim ogonem w próbie pocieszenia i podniesienia na duchu, a ślepiami wracała do żłobka w celu skontrolowania, czy jej dwie małe pociechy przypadkiem nie ulotniły się z kociarni. Rogaty Flaming machnął ogonem do Wesołej Łapy, która stała obok niego jak wryta. Wiatr targał jej futerkiem, a poduszki łap z pewnością zaczynały szczypać od tak długiego przebywania na chłodnym puchu.
Teraźniejszość
Mroźne pazury chłodnej Pory Nagich Drzew wisiały nad obozem, próbując wedrzeć się do legowisk Klanu Nocy. Koty zajmowały się odśnieżaniem niemal każdego dnia, ponieważ ilość pierza lecącego z nieba niemal wymykała się spod kontroli. Rogaty Flaming próbował się oczywiście nie przepracowywać. Jeśli tylko miał okazję, swoją robotę zrzucał na kogoś innego w celu wykonania bardziej ambitnych obowiązków, czyli… polowanie, patrolowanie granic i obowiązkowo – prezentowanie się jak na księcia przystało. Pielęgnacji swojego niezwykłego futra poświęcał niezwykle wiele czasu, była to rutyna, której się trzymał każdego dnia. Rozejrzał się po obozowiczach. Już parę uderzeń serca później w podskokach przybyła do niego jego uczennica, której właśnie nadmiar piachu zsuwał się z jasnych wąsów.
— Wesoła Łapo, następnym razem, gdy do obozu wkroczy nam borsuk, nie przybliżaj się do niego tak, nawet jeśli wydaje ci się, że może mieć dobre zamiary. Nie każda bestia ma tyle cierpliwości, gdyby tylko zechciał, wielu z nas mogłoby nie być w stanie mu sprostać, oczywiście poza mną, Mandarynkową Gwiazdą i resztą kotów z rodu. Nie wolno ci ufać każdej istocie, która nie szczerzy do ciebie kłów od razu. Może zrobić to za uderzenie serca, a ty nie zdążysz zareagować — tłumaczył, językiem przejeżdżając po swojej puchatej, śnieżnobiałej piersi. Naprawdę musiał jej tłumaczyć coś, co było oczywiste dla niego, odkąd tylko pamiętał? Dziwne, że sama o tym nie wiedziała.
[4429 słów, trening Wesołej Łapy]
[44%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz