— Och... Maluchu, ale ja naprawdę nie potrafię... — Migotka zaczynała być faktycznie smutna, że musi ją zawieść.
— Wielki Pan powiedział, że Piękna Pani lata... — Teraz to Purchawka traciła animusz. Miodek, kiedy napotkał oczy partnerki, poczuł się jednocześnie dotknięty i skarcony. Ile emocji potrafiła ona wyrazić tymi soczystymi ślepkami... Przełknął gulę. Musiał to teraz odkręcać.
— Ah... Bo ja nie powiedziałem ci wszystkiego, jaka ze mnie gapa! — zawołał i uderzył się łapą w czoło. Zezowate oczka skierowały się prosto na niego. — Migotka potrzebuje magicznego pyłku, który spada z motylich skrzydełek, kiedy te fruwają nad łączkami. Bardzo ciężko go znaleźć, bo z każdym deszczem pyłek się rozpuszcza i trafia prosto do ziemi. Wiesz, co wzrasta z tego pyłku?
— N-nie — odpowiedziała koteczka, dochodząc do siebie powoli po tym wielkim zawodzie.
— Dmuchawce! — wykrzyknął, a z pyska szylkretki wypadł cichutki chichot.
— Naprawdę?! — Maluch skoczył na równe łapki i przypadł nimi o przednie nogi Miodka. — To jak jest dużo latawiec, to Piękna Pani mniej lata?
— Dokładnie tak, prawda Płateczku? — zwrócił się do ukochanej, która uśmiechała się w ich stronę niczym poranek.
— Tak, tak. Ale to by było z mojej strony takie samolubne... Wszyscy uwielbiają wzbijać w powietrze dmuchawce, więc nie zbieramy motylego, magicznego pyłku — potwierdziła łagodnie.
— Bo Piękna Pani jest nie tylko piękna, ale i bardzo dobra. Zawsze ci pomoże jeśli będziesz mieć jakiś kłopot, nawet najgłupszy — zapewnił czekoladowy. — Jeśli kiedyś pomyślisz, że przeszkoda na twojej drodze jest głupiutka, pamiętaj, że ja zapewne napotkałem głupsiejszą.
Jakże piękne jest to, że mogę zestarzeć się przy jej boku... — myślał w takich chwilach jak ta. Szylkretka wróciła jakiś czas temu z porannych zwiadów. Teraz zawsze, kiedy kończyła swoje obowiązki, była taka zmęczona. Zapadła w sen pod rozłożystą, starą czereśnią, ukołysana przez szum trawy, otulona jej źdźbłami. Wojownik trzymał jej łeb na przednich łapach i obserwował. Spoglądał w kierunku obozu, który tętnił życiem. Uczniowie wracali z treningów, wieczorny patrol powoli zbierał się do wyjścia, łowieckie grupy to wkraczały, to ponownie wybywały, aby czerpać z obfitości pory. Nagle dostrzegł czarną postać, która dziarsko truchta w jego kierunku. Przez moment myślał, że to Orzeszek. Aż dreszczyk go przeszedł, bo to mogłoby znaczyć, że jego maleńka Kruszynka miała jakiś problem. Jednak kiedy kot niemal nie wszedł w wielki kamień przed sobą, wiedział, że to ktoś inny.
— Pozdrowienia Purchawko — powiedział nie za głośno. Zbyt wielka ostrożność nie była sensowna, gdyż sen Migotki był twardy niczym gałęzie, po których skacze podczas patroli. — Cały czas migasz mi jedynie w kąciku oka. Czyżby trening na stróża był aż tak wymagający, żeś o nas zapomniała? A może masz inne, tajemne, sekretne obowiązki?