BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranek (OL). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poranek (OL). Pokaż wszystkie posty

03 maja 2026

Od Poranku CD. Mrozu

Nie wiedział, co dokładnie czuć. Zasmucił Świergot i chyba narobił sobie trochę kłopotów z innymi pobratymcami. Jednak Mróz wydawał się szczęśliwy. Przecież nawet obronił Poranka, całą winę biorąc na siebie. I choć rudy nie do końca był zadowolony z tego faktu, był wdzięczny, że jego brat w ogóle przyznał się do głupiego pomysłu. A najważniejsze było to, że był szczęśliwy. To liczyło się najbardziej ze wszystkich słów i rozczarowanych min, które dziś udało mu się zobaczyć.
Poranek leżał już z zamkniętymi oczami. Czekał, aż sen przyjdzie zabrać go w swoje szpony. Wtedy jednak poczuł czyiś dotyk. Od razu otworzył oczy. Nie przepadał za przytulasami i Mgiełka już zdążyła się o tym przekonać. Dlaczego więc tuliła się w chwili, gdy mieli spać? Coś było nie tak?
— Musimy kiedyś to powtórzyć — powiedział Mróz, prosto do jego ucha. Oczy rudego lekko się rozszerzyły. Czyli naprawdę sprawił bratu radość!
– Dobrze – mruknął cicho, licząc na to, że Mróz go usłyszy. – Jednak uważaj na siebie – powiedział jeszcze szeptem i znów zamknął oczy, chwilę później już zasypiając.
 
***
*TW: samookaleczenie, śmierć*
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania. Serce biło mu tak, jakby miało wyskoczyć z jego klatki piersiowej. Oddech miał wyraźnie przyspieszony, a przerażone spojrzenie latało po całym legowisku, szukając kota, który pojawił się w jego koszmarze.
– Przepraszam, przepraszam... – szeptał cicho, czując, jak łzy zaczynały spływać mu po policzkach. Znów to samo. Nie potrafił się uspokoić. Tym razem jednak czuł się inaczej niż zazwyczaj w takich sytuacjach. Wyrzuty sumienia pożerały go żywcem, a lęk znów ściskał go za gardło. Starał się oddychać, tak jak mówił mu Derwisz, jednak nic nie pomagało. Nie mógł się uspokoić, ale nie mógł też panikować w lecznicy, gdzie obok znajdowały się znajome koty. Musiał się uspokoić. Musiał.
Spojrzał przerażony na swoją łapę z wyciągniętymi pazurami. Nie myśląc za wiele, wbił pazury w swoją skórę, licząc na to, że ból jakkolwiek mu pomoże. Przecież wtedy pomógł! Teraz też musiał, prawda? Czerwona maź skleiła mu futro na łapie. Ból powoli zaczynał z niej promieniować, jednak serce rudego dalej biło szybciej, niż powinno. Oddech dalej był krótki i urywany, jakby szukany na siłę. "Dlaczego to nie działa?!" – pomyślał przerażony, znów wbijając pazury we własną skórę. "Dlaczego nic nie działa?!" – chciał wykrzyczeć te słowa. Zamiast tego jednak patrzył na krew spływającą po jego kończynie, czekając na jakiekolwiek uczucie ulgi, które jednak nie nadeszło. Zdesperowany spojrzał na składzik z ziołami. Doskonale wiedział, że niektóre mogły go uspokoić. Jednak niektóre też mogły wymierzyć mu sprawiedliwość za wszystkie czyny, których dokonał. Za śmierć Mrozu, za zaginięcie Murmur, za brak zaufania do własnych matek... Może lepiej było wziąć sprawy w swoje łapy, zamiast dawać Wszechmatce możliwość do igrania z jego umysłem, powoli i tak wyniszczając go od środka? Nie myślał nad tym długo. Chwycił odpowiednie zioła i wybiegł z legowiska, nie budząc przy tym nikogo. Ruszył w stronę swojego drzewa, ponieważ tylko tam czuł się bezpiecznie. Drogę znał już na pamięć. Upadł dopiero przy nim, nie mogąc już znieść bólu, który dalej promieniował z jego rannej łapy. Upuścił zioła obok siebie i położył głowę bezwładnie na ziemi, pozwalając łzom spływać z jego oczu. Starał się złapać oddech.
– Przepraszam – wydukał przez łzy i chwycił przyniesione zioła. Powoli przełknął wszystkie, przekraczając właściwą dawkę. Niedługo po tym dreszcz przeszedł przez jego ciało, niosąc za sobą jeszcze większą fale bólu niż ranna łapa.

[*]

01 maja 2026

Od Poranku

Jego stan poprawił się. Mimo częstych spadków nastroju był w stanie funkcjonować, a nawet opuszczać legowisko uzdrowicieli. Lęk dalej ściskał go za gardło, lecz ulga, będąca efektem rozmów z Derwiszem oraz niedawnej rozmowy z siostrami, pomagała mu jakoś się bronić. Dalej nie mógł uwierzyć, że wyjaśnił Mgiełce i Pszczółce, co się dzieje. Nigdy nie chciał mieszać ich w swoje własne problemy, ale nie mógł już dłużej z tym zwlekać, zwłaszcza że te i tak widziały go w tym najgorszym na tamten czas stanie. Musiały wiedzieć. A wsparcie, jakim otoczyły go podczas tej rozmowy, zapadło głęboko w jego pamięci.
Siedział przy ziołach, jak zwykle je układając. Liczył wszystkie, odkładając je na równe kupki. Musiał wiedzieć, jakie mają braki. Mimo pory Nagich Drzew Poranek wiedział, że już niedługo wszystko znów zacznie kwitnąć, a po opatrzeniu rannych z walki z bobrami i kilku innych kotów z innymi dolegliwościami, jak Czereśni, w ich składziku można było zauważyć sporo braków. Na szczęście nie była to ilość mogąca zaszkodzić ich codziennej pracy.
– Jest tu kto? – usłyszał głos Szafran. Rudy od razu się odwrócił, przerywając swoją pracę.
– Ja – mruknął i powoli podszedł do kotki, czekając na jakieś wytłumaczenie. W końcu mało kto wchodzi do legowiska uzdrowicieli bez wyraźnych problemów zdrowotnych.

Wyleczeni: Czereśnia, Szafran 

30 kwietnia 2026

Od Poranku CD. Gołąbka

*Wszystko dzieje się przed walką z bobrami*

– Rozmawiałem z siostrami – wyznał Poranek, wpatrując się gdzieś w dal. Na pysku siedzącego obok Derwisza pojawił się mały uśmiech.
– To wspaniale Poranku! – powiedział zadowolony samotnik, spoglądając co jakiś czas na rudego. – Jak się z tym czujesz? – zapytał.
– Dobrze – stwierdził Poranek, spuszczając głowę. – Brakowało mi tego. Trochę żałuję, że przez tyle czasu od nich uciekałem – mruknął cicho, jakby wstydził się własnych słów.
– Najważniejsze, że teraz już się nie boisz! Założę się, że one też za tobą tęskniły. W twoim zachowaniu widać głębokie przywiązanie do nich. Jednak pozwól, że zapytam... Rozmawiałeś z nimi o tym? – Derwisz wskazał jego łapę. Rudy zamilkł na chwilę. Po co miał z nimi o tym rozmawiać? Już wystarczyło, że co jakiś czas gdy uciekał z obozu, trafiał tu na starszego samotnika, tak jak było i tym razem. I chociaż Poranek doceniał chęć pomocy uzdrowiciela, czasem część niego wciąż chciała się buntować, mimo wiedzy na temat oddziaływań rozmów z Derwiszem na jego własne życie. W końcu nie tylko on zwrócił uwagę, że nie jest tak wycofany jak był jeszcze parę księżycy temu. – Rozumiem to za zaprzeczenie? – głos Derwisza przywrócił go do rzeczywistości.
– Nie rozmawiałem – wyznał w końcu Chwast. – Nie rozumiem, w czym to ma pomóc – stwierdził i spojrzał na siedzącego obok samotnika, wbijając w niego swoje spojrzenie.
– Rozumiem, że chcesz chronić swoje siostry, jednak nie mówiąc im całej prawdy, zawsze możesz je stresować. One naprawdę się o ciebie martwią Poranku i chcą ci pomóc, jak tylko mogą. Myślę, że jeśli powiesz im, jak się czujesz i wyjaśnisz sytuację, która była źródłem twoich konfliktów z nimi, pomoże to i tobie i im – wyjaśnił samotnik. Ciepły uśmiech pojawił się na jego pysku, jakby chciał przekonać Chwasta do swoich słów. Ten za to tylko kiwnął głową.
 
***
 
Myślał jeszcze nad słowami Derwisza, wchodząc do obozu. Może miał rację? Może Chwast powinien porozmawiać z siostrami i wyjaśnić im całą sytuację? Przecież zasługują na prawdę, chociaż była ona straszna. Zanim jednak podjął decyzję, jego uwagę przykuł kamyczek, leżący na jego posłaniu. Po dłuższej chwili rudy mógł nawet powiedzieć, że wygląda on jak listek. Mały, błyszczący, kamienny listek. Poranek podszedł trochę bliżej, nachylając się nad znaleziskiem. Nie było ono tak piękne jak chwasty, jednak i tak było dość ładne. I na pewno wyjątkowe, w końcu nie często udaje się znaleźć taki kamień. Kogokolwiek było, na pewno nie należało do Poranku, który to zbierał tylko chwasty, a na pewno musiało do kogoś należeć, ponieważ tak samo z siebie nie mogło pojawić się akurat na posłaniu rudego uzdrowiciela. Z tego też powodu kocur zrobił w swojej głowie małą listę, a dokładniej listę kotów, które mógłby zostawić taki kamyczek, akurat w tym miejscu. Policzył każdego z uzdrowicieli, ale również swoje siostry. Przecież mógł to być swego rodzaju prezent od nich, jednak wątpił w to. Pszczółka zazwyczaj nie robiła prezentów, a Mgiełka przyszłaby osobiście. Mimo to postanowił sprawdzić każdą możliwość. Nikt nie chciałby zgubić takiego ładnego kamiennego listka.
 
***
 
Cierpliwie czekał na Gołąbka, z małym kamiennym listkiem położonym dokładnie przed nim. Jego małe grono "oskarżonych" powoli się zmniejszyło, dlatego przyszła pora o spytanie młodego Gołąbka, który, patrząc na pozostałych podejrzanych, miał z nim największy kontakt. Dlatego, gdy tylko uczeń przekroczył próg lecznicy, spotkał się z przeszywającym wzrokiem swojego mentora, wyglądającego trochę jak sędzia, mający skazać podejrzanego za zgubę kamiennego listka.
– Czy to ty położyłeś to na moim legowisku? – zapytał, dokładnie obserwując Gołąbka.

<Młody Gołąbku?>
[552 słów]

[6%]

16 kwietnia 2026

Od Poranku CD. Gołąbka

Rudy uzdrowiciel stał w wejściu do lecznicy, przyglądając się scenie rozgrywającej się przy legowisku starszych. Jego uczeń wraz z kilkoma innymi kotami stali zgromadzeni przy małym, bezwładnym ciałku jerzyka, który, tak jak Poranek przypuszczał, nie przeżył zbyt długo. Mimo chęci pomocy Gołąbka. Poranek przyglądał się ceremonii, z tym samym wyrazem pyska, co zawsze, z tym samym mętlikiem w głowie, co zawsze, z tym samym... Wszystkim. Czuł się jak pusta powłoka. Bo skoro nic nie czuł, to czym innym miałby być? Nie znajdowało się w nim nic, przez całe życie, tylko ten sam wyraz twarzy, niemogący okazać żadnych uczuć na zawołanie, jak inni. Stres przez lata zżerał go od środka, aż w końcu została ta pustka i poczucie bezsilności, doprowadzające go w najgorszych momentach do łez. Westchnął cicho i wrócił myślami do pogrzebu jerzyka. Chwast zastanawiał się, jak to zniósł jego uczeń. W końcu kocur był bardziej emocjonalny czy wrażliwy. Przejmował się życiem małego ptaszka, mimo szarej rzeczywistości, którą stwierdził Chwast, gdy tylko Gołąbek pokazał mu małe, ledwo żywe stworzenie. Czy było to dla niego trudne?
Zanim kolejna myśl pojawiła się w głowie rudego, jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem młodego Gołąbka. Uczeń zauważył, że Poranek przyglądał się całej ceremonii z oddali, jednak zanim zdążył cokolwiek zrobić, uzdrowiciel zniknął, wgłębi swojego legowiska, czując jak zalewa go fala stresu. Nie chciał nieproszony zwrócić na siebie uwagi zgromadzonych na pogrzebie. Lepiej by nikt go nie widział.
 
***
 
– Miło, że tym razem nie uciekasz – mruknęła Mgiełka, z czymś na wzór sarkazmu w głosie. Mimo to, wyraz jej twarzy był bardziej pełen jakiejś troski, niż złości w stronę Poranku, dlatego też kocur nie do końca umiał odczytać jej zamiary i intencje.
– To nie tak, że uciekałem – zaczął spokojnie rudy. – Po prostu... Dużo się działo. Wiecie o tym – wybrnął, grzebiąc łapą w ziemi. Mgiełka parsknęła cicho i podniosła się znad jedzonej przez nią myszy.
– Przyznaj, nie chciałeś po prostu spędzać z nami czasu! – powiedziała rozbawiona Mgiełka, lekko szturchając brata łapą.
– Uwierz, narzekania Mgiełki z tego powodu były nie do zniesienia – wyszeptała Pszczółka, również z uśmiechem. Chwast kiwnął głową i spojrzał na obie swoje siostry. To one były najważniejszymi osobami w jego życiu. Cieszył się, że nie były na niego złe, ale też żałował, że wcześniej nie mógł wziąć się w garść i po prostu spędzić z nimi trochę czasu. Zawsze się bał, że będą chciały poruszyć ten jeden temat, który wywoływał u niego największy lęk. Na szczęście, dzięki przekonywaniu ze strony nikogo innego niż Derwisza, Chwast w końcu zebrał się na odwagę i dokładnie jak dawniej siedział ze swoimi siostrami, spokojnie jedząc i rozmawiając na najróżniejsze tematy. Po prostu spędzał z nimi czas. Tak jak to powinno wyglądać.
– Jak idzie ci nauczanie Poranku? W końcu zostałeś mentorem – zapytała Pszczółka, wyrywając rudego z zamyślenia.
– Normalnie. Gołąbek szybko łapie – mruknął Poranek, nie wspominając już nic o początkowej panic,e związanej ze zmianą swoich przyzwyczajeń i rutyny, na rzecz nauki ucznia. – A tobie? Ty też chyba masz ucznia.
– Tak, Całunke. I również dobrze! Całunka jest dobrą uczennicą. Mam nadzieję, że w niedługim czasie zostanie mianowana. Lepiej późno niż wcale!
– Czyli tylko ja z naszej trójki nie miałam ucznia? – zapytała nagle Mgiełka, pysk wyginając w grymas niezadowolenia.
– Spokojnie Mgiełko! Jeszcze pewnie dostaniesz ucznia. Na wszystko przyjdzie czas – stwierdziła Pszczółka.
– Tak... Chyba szybciej dołączę do starszyzny – powiedziała Mgiełka, na co druga z kotek wybuchła śmiechem. – Hej! Nie śmiej się! – krzyknęła wojowniczka i wyciągnęła łapy w stronę Pszczółki, chcąc zakryć jej pysk. – Jeśli ty też powiesz, że jest to zabawne, to popamiętasz mnie Poranku – zagroziła, zwracając się do Chwastu. Ten tylko na nią spojrzał, dając jej do zrozumienia, że nie ma zamiaru odzywać się w tej sprzeczce sióstr.
 
***
 
Siedział naprzeciw Gołąbka, dokładnie obserwując jego ruchy. To był kolejny trening i tym razem to młody uczeń musiał przyporządkować zioła do odpowiednich kategorii, przygotowanych wcześniej przez Poranka. Uzdrowiciel siedział w ciszy, nie komentując żadnego z wyborów kocura, niezależnie czy był on dobry czy zły. W końcu Gołąbek skoczył, a Poranek spojrzał na gotową pracę.
– Większość masz dobrze, jednak pietruszkę i rumianek należy podać do spożycia. Inaczej jest w przypadku olchy czarnej, daje się ją tylko do przeżucia. Często jeszcze mylisz sposoby użycia niektórych ziół – poinformował uzdrowiciel i spojrzał na Gołąbka. Wyglądał na zamyślonego, jakby coś siedziało mu w głowie. – Coś nie tak? – zapytał Poranek, nie wiedząc, czy może przejść dalej.
– Na pewno jesteś bardzo zmęczony walką z chorobą która u nas panowała – zaczął Gołąbek, co od razu zwróciło uwagę rudego uzdrowiciela. – Może będę ci zawsze przynosić zdobycz, byś nie musiał tracić sił na wychodzenie z legowiska? – zapytał. Poranek zdziwiony przekrzywił głowę lekko w bok. Co prawda możliwość nie wychodzenia z legowiska była bardzo kusząca, ponieważ dalej nie czuł się za dobrze wokół pobratymców. Jednak nie chciał męczyć młodego Gołąbka i zawracać mu głowy dodatkową zdobyczą. W końcu uczeń miał wiele własnych obowiązków, na których musiał się skupić.
– Nie chce zawracać ci głowy dodatkową zdobyczą – wydukał uzdrowiciel, zgodnie z prawdą.
– Przecież to nie jest żaden kłopot! – sprzeciwił się Gołąbek. Coś w wyrazie jego pyska nie pasowało Porankowi. Jakby nad czymś się zastanawiał, jednak zbyt intensywnie jak na ucznia, zwyczajnie chcącego pomóc swojemu mentorowi zdobyczą. Jednak zanim rudy zdążył dobrze zastanowić się nad tym wszystkim, Gołąbek zrzucił na niego bombę, której ten się nie spodziewał. – Proszę, powiedz mi co sprawia, że jesteś taki smutny. Ja się bardzo o ciebię martwię! – wyznał, nerwowo grzebiąc łapkami w ziemii. Poranek zjeżył sierść na karku. Jego oddech lekko przyspieszył, jednak sam kocur starał się nie zwracać na to większej uwagi. Musiał zachować spokój, zwłaszcza w obozie.
– Nie jestem smutny – stwierdził Poranek, co po części było prawdą. W końcu nie czuł nic, albo bardziej lęk i stres niż smutek. Mimo to jego uczeń nie musiał tego wiedzieć. Chwast nie chciał, by Gołąbek to wiedział. – Nie masz o co się martwić Gołąbku – zapewniał szybko, licząc na to, że uczeń zostawi temat w spokoju.
– Ja zawsze będę się o ciebie martwić. Bo w Owocowym Lesie wszyscy jesteśmy rodziną – powiedział młody Gołąbek. – Ale jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, to już nie będę pytać. I przepraszam jeśli byłem niemiły – bury zaczął grzebać łapką w ziemii, czekając na reakcję mentora. Nastała chwila ciszy. Chwast kiwnął tylko głową, nie odzywając się już. Stres ściskał go za gardło, a oddech dalej był nieco szybszy, niż zazwyczaj. W końcu jednak przełknął głośniej ślinę i mimo lęku wstał, by pozbierać porozrzucane po treningu zioła.

<Gołąbku?>
[1054 słowa]

[11%]

09 kwietnia 2026

Od Poranku CD. Gołąbka

Siedział w legowisku uzdrowicieli, powoli i dokładnie przeglądając zioła. Widział, że żeby nie musieć opuszczać tego jednego bezpiecznego miejsca w całym obozie, musiał zajmować się czymkolwiek pożytecznym. A układanie ziół było idealnym zajęciem, zwłaszcza dla Poranku. Przynajmniej dopóki wszystkie obowiązki nie zostaną wykonane, a on nie będzie mógł zniknąć poza obozem.
Dzień wyglądał zwyczajnie. Do lecznicy weszło tylko parę kotów, Wiciokrzew wraz ze swoją uczennicą wyszli najpewniej po brakujące rośliny... Było naprawdę spokojnie. Po czasie już nawet Poranek stracił wiarę, że ktokolwiek zakłóci mu ten spokój i porządek. I, jak się później przekonał, nie powinien tego robić.
– Poranku…? Chwaście…? – piskliwy głosik zaszedł go od tyłu. Rudy kocur od razu się spiął, kątem oka spoglądając w stronę źródła tego dźwięku, a tam zobaczył Gołąbka, dziecko Gąski. – Czy możesz, proszę, zerknąć na tego ptaka? Chcę tylko wiedzieć, co mu jest! – zapytał kociak, ewidentnie przejęty. Chwast odwrócił się w jego stronę, przy okazji rozglądając się, czy w okolicy jednak nie ma Wiciokrzewu, Purchawki czy chociażby Mistral (której i tak pewnie by nie zawołał), by wyręczyli go z obowiązku pomocy Gołąbkowi. Poczuł, jak żołądek nieprzyjemnie mu się ścisnął, gdy zdał sobie sprawę, że został sam. Mimo to nie dał po sobie tego poznać i bez słowa podszedł do kociaka. Gołąbek pokazał mu rannego, który leżał na małym prowizorycznym posłaniu z mchu. Jerzyk nie wyglądał najlepiej i na miejscu małego kocurka Chwast zostawiłby go na pastwę i tak przesądzonego już losu. Kocię jednak nie wyglądało na kogoś, kto mógłby zostawić jerzyka i zająć się swoimi sprawami.
– Nie da się go uratować. Jest zbyt słaby – stwierdził uzdrowiciel, dalej wpatrując się w jeszcze żywe zwierzę. Na twarzy Gołąbka pojawił się grymas czegoś na wzór smutku.
– Na pewno? A można jakoś poprawić jego stan? Może nie miał pożywienia... – gdybał kociak, jak gdyby to mogło zmienić rzeczywistość.
– Na pewno nie ziołami. Co do kwestii wyżywienia, jest to możliwe. Wygląda na wychudzonego. Jest też dość mały – stwierdził rudy. – Możliwe, że nie był w stanie czegoś sobie znaleźć – podsumował, tylko po to, by w następnej chwili Gołąbek wziął ptaka ze sobą, możliwe, że deklarując się do dokarmiania tego stworzenia. Poranek jednak tym się już nie przejmował, czując ulgę, że kociak wrócił do swoich zajęć.
 
***
 
Gołąbek został jego uczniem. Dalej nie mógł w to uwierzyć, a strach ściskał go za gardło z każdą chwilą, gdy tylko myślał o tym zbyt dużo. Mimo to starał się zachowywać w miarę normalnie, jak na siebie. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek z jego otoczenia widział go w stanie, w jakim widział go już Derwisz. I chociaż żałował, że nawet ten starszy samotnik widział, co zrobił, był mu wdzięczny, za chęć niesionej pomocy. Gdyby nie on, Poranek nie wiedział, co by się z nim stało. Czuł się jak tykająca bomba, która w każdym momencie mogła wybuchnąć. Nienawidził tego uczucia, ale nie potrafił z nim walczyć, dlatego zgodził się na rozmowę z Derwiszem. "I niestety najpewniej nie jedną" – myślał, spoglądając na ranę na swojej łapie. Mimo krótkiej znajomości ze starszym samotnikiem, już zdążył się przekonać, że on nie odpuści tak łatwo, jakby chciał Poranek.
Westchnął cicho, spuszczając głowę. To wszystko go przerastało. Ale musiał zająć się nauczaniem Gołąbka, dlatego powoli wstał i stanął w wejściu do lecznicy, lekko wychylając głowę. Wzrokiem zeskanował otoczenie w poszukiwaniu swojego nowego ucznia. W końcu odnalazł młodego Gołąbka. Uczeń stał nad jakimś cudem jeszcze żywym jerzykiem, a przynajmniej Poranek myślał, że jeszcze żywym, skoro nie doszła do niego informacja o śmierci ptaka.

<Młody Gołąbku?>
[569 słów]

[6%]

08 kwietnia 2026

Od Poranku

*TW: atak paniki, samookaleczenie*

Nie był w stanie zwierzyć się Derwiszowi ze wszystkiego. Nie był w stanie zwierzyć się nikomu, a zwłaszcza temu starszemu kocurowi, którego ledwo znał. I chociaż widział w samotniku coś na wzór małego podziwu, nie wierzył w jego słowa. Jego zaufanie w inne koty ewidentnie dalej było kruche, choć bez dokładniej przyczyny. Może to wszystko było przez biologiczną matkę Poranku? W końcu od niej zaczęła się nieufność i samotność młodego kocura. Jednak teraz nie miało to już znaczenia.
Biegł przed siebie, ile sił w łapach. Płuca piekły go od wysiłku, jednak głowa nie pozwalała przestać. Musiał biec. Znów musiał uciekać, chociaż już zaczynało się robić normalniej. Lecz iluzja tej zmiany pękła w jednej chwili, gdy rudy dowiedział się, że zostanie mentorem. Wtedy poczuł, jakby cała ziemia spod jego łap zaczęła uciekać, a on sam zaczął wpadać w wielką, ciemną otchłań. Był przerażony tym faktem. Nie chciał ucznia, doskonale wiedział, że nie był gotowy. Bał się, że skrzywdzi młodego Gołąbka swoimi problemami, które z dnia na dzień coraz bardziej zżerały go od środka. I chociaż powód paniki Poranku mógł okazać się błahy, dla kogoś, kto trzymał w sobie wszystko, było to jak wybuch, zakłócający mu ówczesny porządek. A to była jedyna rzecz, której rudy mógł się trzymać. Miał wrażenie, że wali mu się cały świat.
Zatrzymał się wreszcie na polanie, dysząc ciężko ze zmęczenia. Spuścił głowę, starając się powstrzymać łzy, cisnące mu się do oczu. Serce biło mu jak oszalałe, jakby również rwało się do ucieczki, byle jak najdalej od rzeczywistości. Byle jak najdalej od Chwastu.
Wtedy usłyszał złowieszcze krakanie wron, brzmiące prawie jak śmiech. Mroczne ptaki latały nad nim, jakby obserwując jego marny los. Śmiejąc się z jego istnienia, dokładnie jak szepty w jego snach.
– Zamknijcie się! – krzyknął łamiącym się głosem. – Co ja wam zrobiłem?! – warknął, spoglądając w górę, na wrony na tle zachmurzonego nieba. I chociaż tak strasznie pragnął usłyszeć ich odpowiedź, w zamian uzyskał tylko ciszę, pozostawiającą go w niewiedzy. Znów został sam. – Co jest ze mną nie tak, na Wszechmatkę! – łzy zaczęły spływać mu po policzkach, serce dudniło w uszach, a oddech, zamiast się uspokajać, tylko przyspieszał. Rudy otworzył szerzej oczy z przerażenia. Wiedział już, co to oznacza, ale nie wiedział, jak uciec.
– Poranku? – znajomy głos rozniósł się po polanie, nie przywracając jednak uzdrowiciela do rzeczywistości, jak zazwyczaj. Derwisz, wraz z Jaskier i Jeżogłówką, stali nieopodal Chwastu, wszyscy wyglądali na zdziwionych. – Poranku, wszystko dobrze? – zapytał od razu Derwisz, zostawiając swoich towarzyszy z tyłu. Rudy zjeżył sierść na karku, na widok starszego samotnika. Wzrok miał wbity w ziemię, nie był w stanie spojrzeć na Derwisza, zwłaszcza w takim stanie. Ten jednak wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Powoli podchodził do uzdrowiciela, analizując jego stan.
– O-Odsuń się – powiedział przez łzy Poranek.
– Poranku nic ci nie zrobię – zapewniał Derwisz, nie słuchając próśb rudego. – Jestem tu by ci pomóc.
– K-Kłamiesz! – warknął Chwast, czując jak jego oddech tylko przyspiesza ze stresu. To było już za dużo. Potrzebował spokoju. Potrzebował samotności. Potrzebował zniknąć.
– Spokojnie... – mruknął samotnik i wtedy złapał Owocniaka.
– Zostaw mnie! – syknął przerażony Chwast. Od razu zaczął się miotać, byleby starszy kocur go puścił. Ten jednak nie ustępował, dalej starając się przytrzymać rudego.
– Poranku spokojnie, nie chce zrobić ci krzywdy!
Chwast dalej się miotał. W końcu wyciągnął pazury i zamknął oczy, a ostatnie co pamiętał z tamtej chwili, to krzyk kogoś w oddali. Gdy otworzył oczy Derwisz leżał obok na ziemi. Wpatrywał się w rudego z czymś nieodgadnionym w oczach.
– Co ty wyrabiasz?! – krzyk Jaskiera odbił się echem w jego uszach. Młodszy kocur szybko stanął między dwójką starszych. Dopiero po chwili doszła do nich Jeżogłówka, która od razu przycupła przy Derwiszu. – On chciał ci przecież pomóc! – syknął Jaskier. Poranek dalej stał w tym samym miejscu. Z oczu dalej leciały mu łzy, tym razem jednak patrzył prosto na Derwisza. Poczuł jak coś ostrego łapie go za gardło. Niczym szpony, pozbawiające go możliwości prawidłowego oddychania. Szybko zaczął dyszeć, przyciągając tym samym uwagę Jeżogłówki. Jednak on sam się tym nie przejmował. Jedne o czym myślał to leżący na ziemi Derwisz, którego zranił.
– J-Ja przepraszam... – wydukał po chwili. – To nie tak miało wyglądać. To... Ja... – wyszeptał, próbując kurczowo złapać oddech pomiędzy każdym słowem. W końcu odwrócił głowę i szybko pobiegł na oślep przed siebie, chcąc tylko zniknąć samotnikom z oczu. Płuca piekły go z wysiłku. Mimo to biegł dalej, nie odwracając się za siebie. Czuł się strasznie, a każda myśl upewniała go w fakcie, że wszystko zepsuł. Fala negatywów zalewała go z każdym uderzeniem serca, a on sam czuł się jak pod wodą. Dokładnie jakby tonął i nie miał kontroli nad tym, co się dzieje. W końcu się zatrzymał. Dysząc ciężko usiadł na ziemi. Potrzebował czegoś by się uspokoić. Czegokolwiek...
 
***
*TW: dalej samookaleczenie*
 
Włóczył się po terenach Owocowego Lasu. Ból promieniował z jego łapy, jednak ten się tym nie przejmował. To ten ból jakkolwiek go uspokoił. Mimo to Poranek nie czuł się na siłach by wrócić do "domu". Nie chciał by ktokolwiek widział go w tym stanie. Zwłaszcza jego siostry czy ktokolwiek z legowiska uzdrowicieli.
Słońce powoli znikało za drzewami, tworząc na niebie ładną, pomarańczową poświatę. Zimny wiatr mierzwił futro na grzbiecie Chwastu, gdy ten przedzierał się przez krzaki do swojego drzewa. W końcu jego oczom ukazała się wielka roślina, którą odwiedzał zdecydowanie za często. Powoli podszedł do pnia i wtedy zauważył Derwisza. Kocur siedział z zamkniętymi oczami. Pysk miał zwrócony ku górze, jakby rozkoszował się lekkim jesiennym wiatrem. Otworzył oczy i spojrzał spokojnie na Chwasta, który stał w bezruchu, z przerażeniem wypisanym na twarzy.
– Możemy porozmawiać? – zapytał tylko, dalej z tym samym spokojem.
– Nie chce rozmawiać – powiedział Chwast, drżącym głosem.
– Proszę Poranku. To ważne. Widzę w jakim jesteś stanie. Wiele kotów się o ciebie martwi, w tym ja – odparł Derwisz. Coś w jego głosie przekonywało rudego. Może cały ten spokój? A może po prostu fakt, że Derwisz był spoza Owocowego Lasu. Niezależnie od przyczyny, skutek był jeden - Poranek się zgodził i usiadł obok samotnika.
– O czym chcesz rozmawiać?
– O tym czego byłem świadkiem – oznajmił starszy kocur, wzdychając ciężko. – Widzę, że się bardzo męczysz. I choć wiedziałem o tym już wcześniej, nie sądziłem, że wygląda to aż tak – mruknął.
– Skąd wiedziałeś? – zapytał Chwast, prawie że od razu.
– Od twoich sióstr – przyznał Derwisz. Nastała chwila przeszywającej ciszy. Poranek nie wiedział, co powiedzieć. Jego myśl znów przyspieszyły, a każda sytuacja w końcu zaczęła składać się w pełną całość.
– To przez nie tak się przejmujesz – wywnioskował rudy. – To one przekonały cię do pomocy mi. Nawet jeśli jej nie potrzebuje. A ja wierzyłem w te kłamstwa.
– To nie tak Poranku – zaczął Derwisz.
– To jak? Nagle zacząłeś się przejmować i pojawiać się w moim miejscu. I mówisz, że na pewno nie pokryło się to ze zmartwieniami moich sióstr?
– Wtedy gdy twoje siostry cię szukały, opowiedziały mi o tym co się stało. Jednak na tym skończyła się nasza rozmowa. Znalazłem cię przypadkiem, a już wcześniej widziałem, że nie jesteś w najlepszym stanie. Poranku nie mam celu w oszukiwaniu ciebie. Po prostu chciałem ci pomóc. Nie mogę patrzeć jak ktoś cierpi, nikt na to nie zasługuje. W tym ty – wyjaśnił Derwisz. – Twoje siostry nie mają w tym nic wspólnego. Nigdy nie miały – zapewniał. Poranek spuścił lekko głowę. Samotnik nie miał żadnego celu w oszukiwaniu go. Nawet jak rudy próbował się go doszukać, nie miał jak. Ledwo się znali, Derwisz i tak nie mieszkał w Owocowym Lesie, nie miał jak wykorzystać jego słabości. – Co stało ci się w łapę? – z zamyślenia wyrwał go głos kocura. Chwast nie odpowiedział i tylko schował łapę z dala od wzroku Derwisza. – Ty to zrobiłeś?
– To nie tak miało wyglądać – wydukał rudy. – To nic takiego.
– Poranku, to nie jest nawet opatrzone – zauważył samotnik. – To przez tę sytuację? Nie zraniłeś mnie Poranku. Naprawdę. Tylko mnie odepchnąłeś – powiedział przejęty Derwisz. Po chwili wstał i stanął przed Porankiem, by pokazać mu, że nie zranił go w żaden sposób. – Proszę nie rób tak więcej. To nie jest dobre – powiedział. Rudy za to się nie odezwał. Nie chciał rozmawiać z Derwiszem. Musiał już wracać do obozu i obydwoje doskonale o tym wiedzieli. – Daj mi ją opatrzeć – poprosił.
– Sam to zrobię jak wrócę – oznajmił cicho Chwast.
– A wrócisz?
– Tak – stwierdził uzdrowiciel po chwili. – Teraz mam ucznia. Muszę wrócić.
– Możemy się jeszcze spotkać i porozmawiać na spokojnie? – zapytał na koniec Derwisz. – Chociaż raz.
 
***
 
Spotkał się później z Derwiszem. Opowiedział mu o tym, jak się czuje. O tym, dlaczego to wszystko miało miejsce. Co siedzi w jego głowie. Pierwszy raz w ciągu całego swojego życia był tak szczery. Pierwszy raz poczuł, jak bardzo potrzebuje takich rozmów. Nie mógł już dłużej trzymać tego w sobie.

04 kwietnia 2026

Od Poranku

Wiciokrzew, Purchawka i Mistral szli z przodu. Poranek, ze wzrokiem wlepionym w ziemię, ale napiętymi wszystkimi mięśniami, szedł powoli za nimi, starając się nie wdawać w żadne konwersacje. Mimo wspólnej profesji bał się każdego z osobna. Ale dlaczego? Co go do tego popchnęło? Odpowiedź była jedna — powrót do Owocowego Lasu. A reszta? A reszta była tylko skutkiem jego błędów i kary Wszechmatki, za jego postępowanie. Za to, że pozwolił na zranienie Mgiełki, na zniknięcie Murmur i, co najważniejsze...
Śmiech rozbrzmiał echem w jego uszach. Od razu lekko podskoczył. Śmiech był ostry i głośny, dokładnie tak, jakby ktoś krzyknął mu do ucha. Podniósł lekko głowę, spodziewając się tam znajomych sylwetek trójki pobratymców. Nie zauważył jednak nikogo. Zamiast tego zobaczył tylko ciemne drzewa, wysokie i niektóre wręcz przerażające, zasłaniające jasne niebo. Ich cień padł prosto na niego, zostawiając go samego w ciemności. Samego. Nagle wszyscy go zostawili.
Zaczął się nerwowo rozglądać. Myśli w jego głowie od razu przyspieszyły, powodując lekkie zamieszanie.
– Gdzie jesteście? – odezwał się po raz pierwszy od wyjścia z obozu, jednak nikt mu nie odpowiedział. Obrócił się w obie strony, wzrokiem przelatując po każdym drzewie, każdym cieniu, każdym miejscu, gdzie mógł zobaczyć znajome twarze. Było pusto. Mimo to znów usłyszał ten śmiech. Czyżby ktoś z niego drwił? Śmiał się z niepowodzeń. Z jego zabłąkanej duszy, już dawno opuszczonej przez Wszechmatkę.
– To nie jest zabawne – mruknął cicho, strosząc sierść na karku. Śmiech stał się tylko głośniejszy, jakby nie słuchał słów uzdrowiciela. Jakby ich nie słyszał. – Wiciokrzewie? – zawołał rudy. – Purchawko? – został sam śmiech. – Mistral? – śmiech zagłuszający jego myśli i szepty, które dochodziły z oddali. To musieli być oni. Mimo strachu cały się spiął i pobiegł w stronę szeptów, męczących jego głowę. Liczył na cokolwiek związanego z Owocowym Lasem. Cokolwiek związanego z "domem". Nie zastał nic. Tylko drzewa, których cienie zamykały go w swoich szponach, tylko upewniając Poranka w fakcie, że został sam. Sam w ciemności. Nikt nie zauważył, że zniknął. Nikt go nie szukał. Nikomu nie był potrzebny.
 
***
 
Szybko podniósł się ze swojego posłania, czując jak dreszcze przechodzą po całym jego ciele. Oczy miał szeroko otwarte, oddech nie tak spokojny, jak powinien być. Musiał się uspokoić, zanim ktokolwiek przyjdzie do legowiska. Wziął głębszy oddech, uważnie rozglądając się dookoła, by upewnić się, że ciemny las był tylko snem. Jednak czy sen ten był tak daleki od prawdy?
– Halo? Jest tu ktoś? – głos Szafran, wchodzącej do legowiska, sprawił, że kocur poraz kolejny podskoczył. Dlaczego każdy musiał przychodzić zawsze wtedy, gdy on był chwilę po wstaniu?
 
***
 
Siedział przy swoim drzewie, starając się zebrać myśli, które przeskakiwały z tematu na temat. Jakby w jego głowie był mały kołowrotek, napędzany przez jakieś stworzenie. I mimo prób zatrzymania urządzenia - nic nie dawało. Jedną z takich myśli, była ta dotycząca obecnego stanu jego społeczności. I chociaż Poranek nie był na bieżąco z każdą sprawą w Owocowym Lesie, wiedział o śmierci niektórych kotów i wiedział o sytuacji na terenach Owocniaków. W takim miejscu pełnym plotek, nawet gdy nie chciał, dowiadywał się różnych rzeczy. Z szeptów, z zachowań i z ważniejszych ogłoszeń. Nawet jego bezpieczne legowisko nie dawało rady uchronić go przed każdą plotką, krążącą wśród pobratymców. Ale jedna rzecz była w stanie - śmierć. Od śmierci Rokitnika miał wrażenie, że nikt nie zwraca już na niego uwagi. Chociaż nigdy nie miał też kontaktów ze starszym kocurem, miał świadomość, że on mógł pamiętać go sprzed ucieczki z Murmur. A większość starszych wtedy kotów nie zapisała się dobrze w pamięci Chwastu. A rozmyślania takie naszły uzdrowiciela po wycieczce do legowiska starszyzny, gdzie to musiał zająć się chorym Bukszpanem.
Kolejną rzeczą, którą napędzał kołowrotek w jego głowie, było wspomnienie jego snu. To poczucie samotności, które towarzyszyło mu każdego dnia. Ten strach. Ta ciemność, którą widział, myśląc o swojej rzeczywistości. Czy to tak miało to wszystko wyglądać? Czy naprawdę jego życie było karą od Wszechmatki?
– Witaj Poranku! Co za spotkanie. Akurat wyszedłem na dłuższy spacer – rudy odwrócił głowę, jak zwykle spodziewając się najgorszego. Jednak zamiast kogoś z jego otoczenia, zobaczył Derwisza, który mimo nie mieszkania w Owocowym Lesie, co jakiś czas pojawiał się w okolicy. – Jak się miewasz?
– Żyje.
– Naprawdę miło mi to słyszeć! Jednak ja dalej pytam, jak żyjesz Poranku – mruknął z uśmiechem Derwisz, podchodząc do uzdrowiciela. – Mogę się dosiąść? – zapytał uprzejmie. Poranek chciał zaprzeczyć, chciał powiedzieć cokolwiek, ale zamiast tego tylko kiwnął głową. Tak więc skończył, wraz ze starszym kocurem, przy tym jednym drzewie, do którego przychodził od dłuższego czasu.
– Wierzysz w coś? – zapytał nagle rudy, mimo lęku spoglądając na towarzysza.
– Ciekawe pytanie, a odpowiedź brzmi tak. W siły natury. Uważam, że natura to najpotężniejsza z sił, a jej potęga wynika z czystości i miłości. Tylko się rozejrzyj! Tyle wystarczy by pojąć jej siłę. By zobaczyć miłość – zaczął swój wywód Derwisz. – Natura jest przepiękna, ale też niespodziewana. Nigdy nie wiesz, co możesz spotkać na swojej drodze. Po takim czasie w podróży mogę to potwierdzić. Ale nie tylko ja – rozmarzony samotnik zamknął na chwilę oczy. Na jego rozświetlonym blaskami słońca pysku pojawił się uśmiech. Łagodny i trochę kojący, jakby chciał zapewnić cały świat, że moc miłości i spokoju ich uratuje. Jednak Poranek w to nie wierzył. Nie umiał uwierzyć. – A ty? – nagle znów odezwał się Derwisz. – Wierzysz w coś konkretnego?
– Chyba tak – mruknął cicho rudy, wbijając wzrok w ziemię.
– Chyba?
– Skąplikowana sprawa – odparł cicho Chwast, spinając się lekko. Nastała chwila ciszy. Młodszy z kocurów odwrócił się lekko od starszego, jakby unikał jego spojrzenia. – Wierzę we Wszechmatkę – powiedział w końcu. – Jednak ona już nie wierzy we mnie – stwierdził Poranek, już zaczynając ze stresu grzebać łapą w ziemi.
– Co masz na myśli?
– Zrobiłem coś złego i teraz mierze się z jej karą – powiedział tylko Chwast, nie patrząc Derwiszowi w oczy. Nie był w stanie spojrzeć mu w oczy. Miał wrażenie, że nie mógł już nikomu spojrzeć w oczy.

Wyleczeni: Szafran, Bukszpan

19 marca 2026

Od Poranku CD. Orchidei

— Halo, jest tu kto? — Nagle usłyszał znajomy głos, wyrywający go z zamyślenia i pracy. W jednej chwili cały się spiął i odwrócił głowę w stronę wejścia do legowiska, gdzie stała jego dawna znajoma — Orchidea, dawniej zwana Chmurką czy Przepiórką. Poranek nie widział jej wieki i choć nie poznał się z kotką za dobrze, miał wrażenie, że tylko ona nie oceniała go po powrocie do Owocowego Lasu. Wydawała się... Wyrozumiała. W przeciwieństwie do większości Owocowego Lasu, który chyba najchętniej już pozbył się rudego uzdrowiciela i jego sióstr za ich głupotę. Zwłaszcza ze względu na śmierć Mroza, która, według niektórych a w szczególności starszych członków społeczności, była jego winą. A on się z nimi zgadzał, nosząc ten ciężar sam i cicho, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Wolał trzymać swoje myśli z dala od wspomnień o ukochanym członku rodziny, którego miał chronić, a poległ, płacąc za to jego życiem. Wiedział z resztą, że gdyby myślał o tym częściej, już dawno skończyłby dużo gorzej niż teraz, a to teraz też nie było dobre.
Pokręcił szybko głową, chcąc wrócić do rzeczywistości. Dopiero wtedy przypomniał sobie o obecności Przypływ oraz dopiero co przybyłej Orchidei. Powinien przecież coś powiedzieć... To była jego znajoma.
— Ja jestem… — odezwał się w końcu cicho, zaczynając przebierać łapami ze zdenerwowania. — O-och, hej Prze… To zna-aczy Orchideo — miauknął, gdy zauważył, że wzrok kotki zatrzymuje się na nim.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Widzę, że macie dużo na głowie jako uzdrowiciele… — szepnęła Orchidea, kiwając głową do znajomego.
— Akurat skończyłem… zajmować się Przypływ. Zostań tutaj na kilka dni, aby wydobrzeć — zwrócił się do Przypływ.
— Dobrze, bardzo dziękuję Poranku, od razu mi lepiej — odparła kocica, wygodniej układając się na swoim nowym tymczasowym posłaniu.
— Co u ciebie? Wiesz… Bardzo za wami wszystkimi tęskniłam i… chciałabym odnowić naszą relację… – nagle odezwała się Orchidea, delikatnie się uśmiechając. Chwast spuścił wzrok, nie wiedząc, co tak właściwie powiedzieć. No bo co miał? Nie potrafił w takie rzeczy. Nie umiał integrować się z innymi. Zwłaszcza po tym wszystkim, co ich spotkało. Niby nie było to dużo, ale sprawiło, że rudy uzdrowiciel nie potrafił funkcjonować w otoczeniu tylu kotów. Wzrok każdego z nich ciągnął się za nim, głupie szepty i głosy były obecne wszędzie, gdzie się pojawił, a wyrzuty sumienia i wspomnienia nawiedzały go w snach, często zakłócając jego spokój. Bał się innych kotów. Bał się własnego cienia.
Oddech nagle mu przyspieszył, co zwróciło uwagę obu kotek. Rudy otworzył nieco szerzej oczy, modląc się do Wszechmatki by to wszystko dobiegło końca. Dlaczego nie potrafił zrozumieć tego wszystkiego?
– Chwaście? – usłyszał głos Orchidei, na co szybko podniósł głowę.
– Ja... Tak, m-możemy odnowić naszą.... Relacje – wydukał szybko, mieszając się powoli we własnych słowach. – Tyle że... Nie teraz... Ja... Ja muszę iść – powiedział szybko i bez czekania na odpowiedź wybiegł z legowiska prosto na śnieg. Musiał uciec. Musiał biec do swojego drzewa by uciec od tego wszystkiego.
 
***
*TW: Coś na wzór myśli samobójczych*
 
Unikał sióstr, unikał Orchidei, unikał Derwisza, chociaż z tym ostatnim był mały problem, bo kocur zawsze pojawiał się w niekorzystnych dla Poranku sytuacjach. Starszy uzdrowiciel prawił Chwastowi jakieś lekcje, pomagał, chociaż rudy chciał od tego uciec. Jednak nie potrafił, ponieważ nie potrafił się odezwać. Za każdym razem było tylko gorzej. Chwast miał wrażenie, że powoli popada w obłęd.
Siedział przy swoim drzewie, chowając pysk między łapami. Chciał zniknąć. Droga Wszechmatko jak dobrze byłoby zniknąć! Bez żadnego słowa, bez pożegnania. Po prostu. Zniknąć. Lekko wzdrygął się na tę myśl. Niby pojawia się ona w jego głowie już nie pierwszy raz, ale sam do końca nie wiedział, co miał na myśli mówiąc "zniknąć". Chciał uciec? Z jednej strony tak. Dokładnie tak samo jak po powrocie do Owocowego Lasu, chciał po prostu wrócić do bycia samotnikiem. Jednak teraz? Pojęcie to mogło obrać różne kierunki. A on chyba po prostu miał już dosyć.
– Czyli to tu znikasz, gdy nie ma cię nigdzie w obozie – usłyszał nagle czyiś głos, na co od razu się podniósł. Starszy kocur powoli podszedł do Poranku, siadając obok. Jego zatroskany wzrok spoczął na towarzyszu, dokładnie się mu przyglądając, co tylko jeszcze bardziej zestresowało rudego. Co Derwisz tak właściwie od niego chciał? Czasem Chwast chciał by starszy uzdrowiciel patrzył na niego jak reszta starszyzny chwilę po powrocie do domu. Z odrazą. Przynajmniej nie musiałby się zastanawiać co siedzi w głowie przybysza z odległych krain. – Wszystko dobrze Poranku? Znów wyglądasz na zasmuconego – zauważył Derwisz, odwracając wzrok od młodszego. Ten podniósł się trochę i wbił wzrok w ziemię. Dlaczego Derwisz o wszystko dopytuje? Dokładnie jak jego siostry, których unikanie jednak wychodziło mu dużo lepiej.
– Żyje – odparł krótko Chwast. Derwisz westchnął cicho, jednak na twarzy dalej miał uśmiech.
– Jest to twoje stałe powiedzenie? Doprawdy zabawne Poranku! Czasem się zastanawiam czy ktokolwiek jest w stanie wyciągnąć z ciebie coś więcej niż informacja, że żyjesz – zaśmiał się starszy, jednak na widok dalej niewzruszonej twarzy rudego, szybko zamilkł. – Twoje siostry cię szukały – poinformował Derwisz. Chwast cały zesztywniał.
– Co im powiedziałeś?
– Że nie wiem. Widzę, że nie chcesz z nimi rozmawiać Poranku. Widzę też, że nie dzieje się z tobą za dobrze – mruknął starszy i odwrócił się w stronę kocura.
– Dlaczego się przejmujesz? – zapytał cicho rudy, spoglądając co jakiś czas na Derwisza.
– Ponieważ nikt nie zasługuje na cierpienie. W tym ty – powiedział Derwisz, uśmiechając się.
– Tyle że ja nie cierpię.
– Jednak nie ja chowam się tu praktycznie codziennie, z dala od pobratymców.
Poranek zamilkł. Wiedział, że Derwisz ma rację. Wiedział też, że kocur ma dobre serce i chciałby mu pomóc. Nawet jeśli on tego nie chce. Nawet jeśli młodszy on dałby oderwać sobie łapę zamiast poprosić o pomoc.
 
***
*Teraźniejszość*
 
Derwisz przychodził co jakiś czas z nim rozmawiać. Nie naciskał na wyjaśnienie czegokolwiek, co dręczyło rudego, za co ten był po cichu wdzięczny. Zamiast tego po prostu rozmawiali. Tak właściwie to Derwisz rozmawiał, a Poranek co jakiś czas wypowiedział kilka słów. Jednak póki starszy uzdrowiciel nie narzekał, Chwast był w stanie z nim siedzieć. Dawało mu to alibi gdyby uciekał od rozmowy z siostrami, ale też dawało mu to poczucie jakiejkolwiek przynależności.
Pora zielonych liści przynosiła ze sobą sporo upałów, które zdecydowanie nie sprzyjały rozwojowi ziół, potrzebnych uzdrowicielom. Nie licząc tego poza legowiskiem była masa słońca, za którym rudy nie przepadał, więc jego wypady poza legowisko były jeszcze rzadsze niż zazwyczaj. Jednak podczas nieobecności reszty uzdrowicieli ktoś musiał zająć się uzupełnieniem zapasów ziół, które skończyły się po wizycie Przypływ i Kolendry. I tym kimś niestety był Poranek.
Wziął głębszy oddech, spoglądając to na swoje łapy, to na polanę pełną słońca i pobratymców. Bał się. I choć trudno było mu to przyznać, czuł jak stres chwyta go za żołądek, wywołując nieprzyjemny ból. Najchętniej zapadłby się pod ziemię. Jednak musiał wykonywać swoje obowiązki. Nie mógł tak po prostu zaszyć się w legowisku na wieki. Powoli więc wyszedł z lecznicy i trzymając się każdej pobliskiej plamy cienia, przemieszczał się w stronę wyjścia z obozu. I cały jego plan poszedłby dobrze gdyby nie... Orchidea, która przyglądała mu się z daleka, nieświadomie wywołując u niego jeszcze większy stres.

Wyleczeni: Przypływ, Kolendra

<Dawna znajomo?>

01 marca 2026

Od Poranku

*jakiś czas temu*

Siedział cicho w legowisku. Łapami co chwilę przekładał rośliny, układając je w równe kupki na ziemi. Każde z osobna obserwował i co jakiś czas wszystkie dokładnie przeliczał. Mimo zmiany pory roku śnieg i mróz dalej były wszechobecne dookoła, co skutecznie uniemożliwiało nowym ziołom rozwój. Automatycznie w głowie Poranku tworzyło to pewnego rodzaju alert, który kazał mu sprawdzać, czy na pewno mają wszystkiego w odpowiednich ilościach. W końcu brak jakiejkolwiek rośliny mógł spowodować wiele problemów, patrząc na ilość chorych i nieprzyjemną pogodę, sprzyjającą wyziębieniom. Jednak pogoda ta była też pełna plusów, takich jak brak słońca, czy mniejsza konieczność opuszczania legowiska przez rudego uzdrowiciela. W taką pogodę bez jakiejś wyraźniej konieczności wyjścia mógł bez problemu siedzieć u siebie, przeglądając swoje chwasty, ale w główniej mierze jednak unikając kontaktów z innymi pobratymcami. W końcu kto bez urazu czy choroby odwiedziłby rudego uzdrowiciela? "Siostry" - zdał sobie sprawę i chwycił kolejne zioło. One zawsze znalazły chwilę, by przyjść do swojego brata, chociaż by powiedzieć obok, ponieważ ten dalej nie zdradzał im swoich sekretów i problemów. Nawet jeśli widział on wyraźne zirytowanie wymalowane na ich pyskach. Ale co miał zrobić? Nie chciał im robić pod górkę.
Podniósł głowę znad ziół, słysząc kroki. Odwrócił się w stronę wyjścia z legowiska i zobaczył tam dwa znajome pyski — Pumę i Purchawkę. Ze stresem ściskającym jego żołądek zwrócił się do dwójki kotów. Przecież musiał wrócić do swojej pracy.

Wyleczeni: Purchawka, Puma

08 lutego 2026

Od Poranku

Jego gorączka minęła, zioła, które dał mu Derwisz, pomogły skutecznie, mimo późniejszych obawach rudego. Mimo tego, że początkowo wziął zioła bez narzekania, gdy bardziej doszedł do siebie, do jego głowy wróciły obawy. W tym obawa o przyjmowaniu pomocy od mniej znanych "znajomych", jeśli w ogóle można było ich tak nazwać. Szczerze to Poranek sam nie wiedział. Nie bawił się w jakiekolwiek relacje i trudno było mu je odróżniać. Już zawieranie znajomości było dla niego wyzwaniem, a co dopiero głębsze relacje jak przyjaźnie czy związki. Ale rudy nie potrzebował tego typu "wsparcia". Lepiej było mu samemu. Bał się większości społeczności Owocowego Lasu, a swoim zachowaniem nawet chyba odstraszał innych członków klanu do jakiekolwiek integracji z nim. W końcu był tym "dziwnym" uzdrowicielem, który znika z obozu i chowa się w swoim legowisku, a gdy ktoś go odwiedza — zamarza jakby z przerażenia, nawet jeśli jego twarz nie okazuje tego typu emocji.
Z zamyślenia wyrwał go czyiś głos. Od razu zwrócił głowę w stronę wejścia do legowiska uzdrowicieli, dokładnie nasłuchując, ale też już się spinając, co najprawdopodobniej było pewną reakcją obronną jego ciała. Przełknął głośniej ślinę i wtedy do środka weszła młoda stróżka — Miodunka. Jej nieśmiały wzrok napotkał przerażony wzrok rudego, a uśmiech, który widniał na jej twarzy, mimo nuty łagodności nie potrafił złagodzić planującej atmosfery.
– Hej Poranku – przywitała się kotka, na co uzdrowiciel skinął głową.
– Coś się stało? – zapytał Poranek, odwracając głowę w stronę swoich ziół.
– Chyba mam gorączkę – wyjaśniła krótko kotka, na co Poranek kiwnął głową. Zajął się szukaniem odpowiednich roślin, może tych, co dał mu Derwisz? Jednak nie odezwał się już do Miodunki, pozostawiając ją w tej niezręcznej ciszy.
"W końcu jestem tym "dziwnym" uzdrowicielem" – przeszło mu przez myśl, a po chwili znalazł odpowiednią roślinę.

Wyleczeni: Miodunka 

18 stycznia 2026

Od Poranku

*Przed zniknięciem Osetka*

Leżał na swoim legowisku, starając się zasnąć, by nie musieć wdawać się w zbędne interakcje z innymi. Po ostatnim incydencie Pszczółka i Mgiełka nie dawały spokoju Porankowi, co jakiś czas zaglądając do legowiska uzdrowicieli. Jakby kocur miał za mało zmartwień na głowie. I mimo że rozumiał zachowanie sióstr, nie chciał myślami wracać do tych wszystkich sytuacji, które one tak bardzo chciały roztrząsać. Był tym wszystkim tak zmęczony.
Westchnął cicho i przewrócił się na drugi bok. Nic nie szło "dobrze", a z dnia na dzień kocur odnosił wrażenie, że zaczyna wariować. W końcu jak mógł nazwać swój stan? Sam nie wiedział, nigdy nie miał do czynienia z czymś takim, a na pewno nie na samym sobie.
Uchylił lekko powieki, czując, jak cały drży. Było mu tak zimno, mimo że temperatura poza legowiskiem nie spadała w znacznie szybkim tempie.
– Witaj Poranku – nagle rudy usłyszał czyiś głos, na co szybko się podniósł, prawie przy tym upadając. Jego ogon sam zaczął nieco drgać ze strachu, a oczy latały dookoła, chcąc znaleźć kota, który to odwiedził uzdrowicieli. – Wszystko dobrze? – zapytał Derwisz, spoglądając na Chwasta, na chwilę zostawiając przyniesione zioła. – Wyglądasz nie najlepiej.
– Tak też się czuje... – mruknął cicho Chwast, po chwili zwracając się głośniej do przybysza: – Żyje.
– Tyle też widzę, ale jak mija twoje życie? Jeśli potrzebujesz, mogę ci w czymś pomóc, ostatnio mniej niż zwykle widać cię poza legowiskiem – zauważył Derwisz, na co Chwast zamilkł. Spuścił lekko wzrok i cały się spiął, jakby przygotowywał się na ostrą reprymendę ze strony starszego kocura, nawet jeśli było to niedorzeczne. – Widać, że coś jest na rzeczy Poranku. Proszenie o pomoc nie jest niczym złym, ani oznaką żadnej słabości, wręcz przeciwnie! Proszenie o pomoc to oznaka dużej odwagi oraz zaufania do osób dookoła ciebie – powiedział kocur, jednak rudy znów nic nie odpowiedział. Zamiast tego spuścił tylko głowę, lekko drżąc od zimna i potu, który cały czas się z niego lał. Nie umknęło to uwadze Derwisza. – Coś się dzieje Poranku? – zapytał.
– Wybacz, chyba mam gorączkę, nie mogę się skupić – mruknął cicho Chwast i zamknął oczy. Musiał się zaraz położyć i odpocząć, dlatego w duszy prosił Wszechmatkę, by starszy uzdrowiciel opuścił legowisko. Bał się jego obecności, jak większości kotów ostatnimi czasy, a z tego powodu całe jego ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Jakby z dnia na dzień tracił kontrolę. Nawet jeśli nie miało to w ogóle sensu.
– Weź te zioła i odpocznij – usłyszał głos Derwisza i otworzył oczy. Pod jego łapami leżało kilka roślin. – Życzę ci szybkiego powrotu do zdrowia, a gdyby coś się działo pamiętaj, że nie jesteś tutaj sam. Bycie indywidualistą jest przydatne, ale w byciu w takiej grupie jak Owocowy Las, ważne jest zaufanie i możliwość opierania się na sobie nawzajem, gdy się tego potrzebuje. Dla niektórych może być to trudna umiejętność, jednak może ona ułatwić wiele z pozoru trudnych spraw. Miłego wieczoru! – powiedział jeszcze Derwisz, a zanim Poranek zdążył się zorientować, kocur opuścił legowisko, zostawiając go samego.

Wyleczeni: Poranek

28 grudnia 2025

Od Poranku

*TW: atak paniki*

Siedział przy swoim drzewie, przyglądając się nowo zebranym chwastom, dokładnie zabezpieczonym przed wszelakimi przeciwnościami pogody. Wiatr szumiał mu w uszach, lekko mierzwiąc jego krótkie futro. Niebo znów było zachmurzone, jakby zwiastując kolejną ulewę, która to będzie nękać koty zgromadzone w obozach. Poranek jednak się tym nie przejmował. Lubił tego typu pogodę, a brak słońca w porze Zielonych Liści tym bardziej dodawał mu otuchy. Zapowiadała się niezwykle szara pora Spadających Liści, a po niej najprawdopodobniej tylko gorsza Nagich Drzew. "Pora tworzyć zapasy ziół w legowisku..." – pomyślał, bardzo wybiegając wyobrażeniami w przyszłość. Zadrżał lekko na wspomnienie śnieżnych nocy podczas jego samotniczego życia. Brak ciepłych legowisk zawsze przynosił choroby i problemy, z którymi wszyscy musieli sobie radzić, nie zawsze tak skutecznie jak mogli to robić w Owocowym Lesie. Westchnął ciężko. Chociaż wiedział, że powrót do domu był dobrym pomysłem, dalej nie mógł się przyzwyczaić, a same powroty do obozu były wyzwaniem. Widok tylu zebranych kotów w jednym miejscu potrafił przyprawić go o mdłości, skutecznie odstraszając go od ponownego powrotu lub wyjścia z zatłoczonego obozu. Jednak nie mógł tak po prostu zniknąć. Chociaż coraz częściej myślał się, że to mogłoby pozbawić go wielu problemów, nie mógł tak po prostu zostawić Mgiełki i Pszczółki, ale też swoich obowiązków. W jakimś stopniu był potrzebny w Owocowym Lesie, nawet jeśli tylko ze względu na swoją pozycję uzdrowiciela. Jednak jedno było pewne — gdyby jego ścieżką było cokolwiek innego, już dawno nie byłoby go w Owocowym Lesie. Nie czuł większej więzi z tym miejscem, a zwłaszcza z kotami tam się znajdującymi. Może gdyby był inny, wszystko...
Ocknął się ze swoich rozmyślań, gdy niewielka kropla wody spadła na jego pysk. Szybko pokręcił głową i spojrzał w ciemniejsze niż wcześniej niebo.
 
***
 
Zaszył się w legowisku uzdrowicieli, układając zioła w odpowiedni sposób. Pomagało mu to zająć myśli, ale też sama taka praca była bardzo kojąca. No, przynajmniej według niego, bo domyślał się, że taki Mróz mógłby mieć z tym większy problem. Zawsze był dosyć żywiołowym kotem, a takie zajęcia były dla niego zbyt nudne...
Pokręcił szybko głową. Nie chciał o tym myśleć. Nie mógł. Wiedział doskonale, co się działo, gdy zbyt dużo myślał o zmarłych bliskich i szczerze nienawidził tego uczucia. Swojego zachowania w takich sytuacjach, myśli znajdujących się wtedy w jego głowie. Tej chęci do ucieczki najdalej jak się da, zwłaszcza od siebie, swojego ciała, doskonale wiedząc przy tym, że to niemożliwe. I tej bezsilności towarzyszącej temu wszystkiemu... Co tak właściwie się dzieje w takich sytuacjach?
– Hej Poranku – głos Pszczółki echem rozniósł się po cichej i pustej lecznicy. Rudy podniósł wzrok znad ziół i spojrzał na siostrę wymownym spojrzeniem. Tym razem jednak się nie zestresował, chyba tylko przy siostrach mógł dalej czuć się bezpiecznie. – Mam mały problem z uchem – wyjaśniła krótko kotka i podeszła do brata. Poranek po obejrzeniu ucha Pszczółki i po zadaniu jeszcze paru pytań dość szybko znalazł potrzebne medykamenty, najpewniej przez jego wcześniejsze przygotowanie.
– Coś jeszcze? – zapytał później Poranek, chcąc jak najszybciej wrócić do swoich zajęć. Nie chciał już więcej wychodzić tego dnia z obozu, ale widok Pszczółki w wejściu do legowiska na myśl przyniósł mu tylko przymus opuszczenia bezpiecznego legowiska.
 
***

Trafił dokładnie w punkt i już chwilę później przemierzał z Pszczółką tereny Owocowego Lasu, zmierzając do tego tajemniczego miejsca, do którego to kotka chciała go zabrać.
Deszcz jeszcze trochę kropił, wiatr, mocniejszy niż wcześniej, pchał małe krople prosto w oczy rudego kocura, tym bardziej zachęcając go do powrotu do układania ziół. Jednak prawdziwa niechęć i swego rodzaju niepokój pojawił się gdy Pszczółka zaprowadziła go na miejsce, gdzie siedziała już Mgiełka. Żołądek sam mu się ścisnął, przypominając sobie, że już raz uciekł od tej rozmowy. Od rozmowy, której tak bardzo się bał, ale też o której zapomniał, starając się jak najbardziej zająć czymś swój umysł.
Przełknął głośniej ślinę, zatrzymując się prawie od razu gdy zrozumiał podstęp stworzony przez obie jego siostry. Pomimo zachęceń Pszczółki, nie podszedł do przodu, a zamiast tego zaczął przebierać łapami ze zdenerwowania.
– Poranku możemy porozmawiać? – odezwała się Mgiełka, lekko uśmiechając się do brata. Ten się nie odezwał, dalej wpatrując się w kotkę. – Chciałabym porozmawiać o tym, co stało się podczas jednej z wizyt w izolatce. O twojej ucieczce i... Tym wszystkim. Chcę się dowiedzieć, co tak właściwie się stało – wyjaśniła spokojnie.
– Nic się nie stało – odparł za to Poranek, w ogóle nie podzielając spokoju siostry, lecz nie dając tego po sobie poznać. Jedyne co mogło go zdradzać, były tylko wykonywane przez niego ruchy, które pomagały mu zapanować nad wszystkimi znajdującymi się w nim emocjami.
– Poranku nie okłamuj mnie. Byłam tam i to zachowanie nie przypominało ciebie. Coś musiało być wtedy na rzeczy – stwierdziła kotka.
– Chcemy ci tylko pomóc, jesteś dla nas ważny – wtrąciła się Pszczółka, spoglądając to na Mgiełkę, to na Poranka.
– Nie potrzebuje waszej pomocy – powiedział kocur, kręcąc szybko głową. – Jest wszystko dobrze.
– Nie jest – zaprzeczyła Mgiełka.
– Jest.
– Skoro tak, to dlaczego znikasz na tak długo z obozu? Dlaczego cały czas jesteś gdzieś schowany? Czego tak bardzo się boisz? – zapytała kotka, wpatrując się w brata. Ten zamilkł, tylko spuszczając wzrok. – Czyli coś jest na rzeczy – stwierdziła Mgiełka. – Dlaczego więc nie chcesz nam powiedzieć?
– To moja sprawa.
– Ale wpływa też na nas. Jesteś dla nas ważny Poranku.
– Przepraszam – mruknął rudy, cofając się o krok.
– Powiedz, co się dzieje – odezwała się Pszczółka, jednak Poranek tylko pokręcił głową. Nie mógł im niczego powiedzieć. Nie był w stanie, ale też nie chciał.
– Dlaczego nam nie ufasz? – zapytała Mgiełka.
– Ufam.
– To dlaczego nie powiesz co się dzieje na Wszechmatkę? – zirytowany głos Mgiełki poniósł się echem, wbijając się boleśnie w głowę uzdrowiciela. – Dlaczego nie powiesz? Dlaczego nam nie ufasz? I to nie od teraz. Jesteś taki uparty! Zawsze! Nawet przed tą całą ucieczką. Ale po niej coś się zmieniło i to ewidentnie nie na lepsze. Co cię tak gryzie? Jest to związane z Mrozem, prawda? Z tym co mówili inni, gdy wróciliśmy do Owocowego Lasu. Mylę się? – wstała i podeszła nieco do brata. Chwast cały zesztywniał. Przestał się ruszać, oddech powoli zaczął mu przyspieszać. – Masz tendencje do zamartwiania się. Słyszałeś co oni mówili i utknęło to w tobie. Znam cię całe życie Poranku. Daje radę cię rozgryźć, nawet jeśli innym jest ciężko tego dokonać – mówiła dalej, jednak kocur już jej nie słuchał, słysząc tylko bicie własnego serca, dzwoniące mu w uszach. Czuł jak jest przerażony, jak nie może złapać dobrze oddechu, co tylko podsycało jego strach. – Poranku? – odezwała się Mgiełka, nie dostając odpowiedzi. Podeszła bliżej brata, widząc, że dzieje się coś złego. Pszczółka szybko do niej dołączyła. Też zaczęła coś mówić, jednak rudy nie wiedział co. Nie umiał się skupić. Nie był wstanie. Skupiał się tylko na przyspieszonym biciu serca dzwoniącym w uszach, na przerażeniu niemożnością złapania oddechu, na tym czymś trzymającym jego ciało. W końcu łzy same zaczęły spływać mu po policzku.
– Ja n-nie wiem – wyszeptał, próbując kurczowo złapać oddech pomiędzy każdym słowem. Czy tak wyglądała śmierć? Mgiełka i Pszczółka znów coś powtarzały, znów coś mówiły, on jednak nie rozumiał. Musiał uciekać. Czuł, że musi uciekać. Musiał się schować. Musiał znaleźć bezpieczne miejsce. Musiał się uwolnić.
Pobiegł na oślep przed siebie, czując jak z każdym krokiem coraz bardziej ucieka mu oddech. Mimo to biegł dalej, czując jak przerażenie ściga go niczym łowca swoją zwierzynę. Musiał uciekać. Uwolnić się od tego wszystkiego. Od swojego ciała. Znowu to samo. Znowu to uczucie.
Gwałtownie skręcił i zatrzymał się, prawie upadając na ziemię. Co było nie tak? Czy to Wszechmatka? Co się działo? Dlaczego się działo? 

Wyleczeni: Pszczółka 

27 grudnia 2025

Od Poranku CD. Kurki

*Pora zielonych liści*

Te dobroci czy drobnostki, jak to określił zwiadowca, mogły być dobrym określeniem chwastów Poranku. Przynajmniej do takiego wniosku doszedł rudy. W końcu też je kolekcjonował, zbierał i gromadził w różnych miejscach, podobnie do samego Kurki czy tego Czerwca. Jednak jedna rzecz nie podobała się rudemu, a jego zaangażowanie w całe zbieractwo chwastów nie umiało zostawić tego bez żadnego komentarza.
– Ja nie zbieram ziół dla przyjemności. One są, by pomóc innym, a znam się na nich przez szkolenie i moją własną chęć do poznania ich wszystkich – wyjaśnił Chwast, przyglądając się kupce zebranych przez niego ziół.
– Ach, czyli to... – zaczął Kurka, jednak wtedy uzdrowiciel znów się odezwał, skutecznie mu przerywając.
– To jest chwast – spojrzał na zerwany przez niego zielony liść. – One są inne niż zioła, chociaż niektóre też są używane do leczenia. Chwasty są mniej chciane. Szybko się rozprzestrzeniają, a ich obecność może przeszkadzać innym rośliną. Dlatego mogą być mniej lubiane. I dlatego wiele osób uznaje je za symbol... Czegoś niechcianego. Przynajmniej tak udało mi się wywnioskować z... – zamilkł na chwilę, wbijając pazury głęboko w ziemię. Mocno zacisnął powieki, czując już, jak łzy powoli zaczynają napływać mu do oczu. Wszystko przez wspomnienie Świergot. – W każdym razie nie należy mylić ze sobą ziół i chwastów, zwłaszcza że nie wszystkie są tak samo użyteczne – wybrnął z sytuacji, myśli znów skupiając na ukochanych roślinach, przez innych tak niedocenianych.

<Kurko?>

07 grudnia 2025

Od Poranku

Od śmierci najstarszych członków Owocowego Lasu, wszystkie krzywe spojrzenia i ciche szepty na temat Mgiełki, Pszczółki i Poranku ucichły. W końcu minęło już sporo czasu, każdy zdążył przyzwyczaić się do ich obecności, wszystko wyglądało jak dawniej. Przynajmniej w oczach Mgiełki i Pszczółki. Poranek nie widział tego, co one. W jego oczach dalej było źle, a każde wyjście na zatłoczoną polanę obozu wiązało się z nieprzyjemnym bólem brzucha, a w gorszych dniach również z mdłościami. Jego umysł zabawiał się tą nędzną cielesną powłoką, drwiąc z Poranku, ale udając jego przyjaciela. Rudy nie zdawał sobie z tego sprawy. A nawet jeśli, myśli były zbyt realne. Każda walka z jego głową kończyła się ucieczką, drżeniem lub wybuchem płaczu. Kocur sam nie był przekonany, co się dzieje. Nie rozumiał tego. Często nawet za bardzo się tego bał, by zrozumieć. Jednak jedno było pewne — nie chciał tego. A gdyby na terenie Owocowego Lasu znalazł się ktoś, umożliwiający mu ucieczkę od siebie, swojego ciała, głowy i otoczenia, zgodziłby się.
Zaczął uspokajać oddech, siedząc w kącie legowiska uzdrowicieli. Jego łapy niespokojnie uderzały w ziemię, tym samym wyrzucając z niego, choć odrobinę całego napięcia. Mało to jednak dawało. Zacisnął mocniej powieki. Dlaczego to wszystko wyglądało właśnie tak?
– Przepraszam Poranku? – usłyszał czyiś głos. Sierść na karku sama mu się postawiła, a on spanikowany otworzył oczy. Pieczarka. To była Pieczarka. Lekko się spiął, chcąc zapanować nad swoimi ruchami.
– Wybacz, nie chciałam cię wystraszyć – mruknęła kotka, z tym lekkim uśmiechem. Rudy spojrzał na nią i tylko kiwnął głową, nie chcąc już rozmawiać o tym z przywódczynią.
– Em... Co cię tu sprowadza? – zapytał po chwili Chwast.
– Ostatnio sporo kaszle... – na te słowa Chwast od razu wstał, prawie się przy tym przewracając. Epidemia w Owocowym Lesie dalej trwała, a choroba liderki była chyba ostatnią rzeczą, która była im potrzebna. – Wszystko dobrze Poranku? – zapytała wtedy kotka. Rudy nawet na nią nie spojrzał, zaczynając grzebać w ziołach.
– Tak, tak – mruknął tylko, nie wiedząc nawet, czy przekona to Pieczarkę. W końcu odwrócił się do niej z ziołami w pysku. Położył je przed kotką.
– Wróć do legowiska. Nie możesz się przemęczać, musisz odpocząć, później przyjdę z kolejną dawką ziół – polecił. – Nie wydaje mi się, że twój kaszel jest tak mocny... Jednak dla bezpieczeństwa nie zbliżaj się do chorych w izolatce. Może się jeszcze rozwijać. Póki co to tyle – oznajmił, wzrok mając wbity w kotkę, która właśnie wtedy zaczęła kaszleć.
– Dziękuję Poranku – powiedziała po chwili i spojrzała na zioła. – Mógłbyś coś jeszcze dla mnie zrobić? – zapytała, na co rudy kiwnął głową. – Mógłbyś zobaczyć co u Orchidei? Jej stan wydaje się nie poprawiać aż tak.
– Oczywiście – zgodził się kocur, w brzuchu już czując ten nieprzyjemny ścisk.
– Bardzo ci dziękuję – usłyszał jeszcze i Pieczarka wyszła, zostawiając go samego. Gdy tylko jej sylwetka zniknęła z pola widzenia Chwastu, ten odetchnął, spuszczając głowę. Wtedy jednak do legowiska wszedł Bukszpan, a chwilę po nim Bruk.
 
***
 
Stał przed izolatką, gapiąc się jedynie w wejście. Ogon niespokojnie mu drgał, a ból brzucha powoli powodował mdłości. Nie mógł jednak się wycofać. Wziął głębszy oddech. Był uzdrowicielem, tak? To był jego obowiązek. Nic złego już nie mogło go czekać. Prawda?
Zanim zdążył się zastanowić, łapy same ruszyły przed siebie, ciągnąc Chwasta do środka.
Odór choroby i różnych ziół unosił się w powietrzu. Wszystkie dźwięki z zewnątrz co chwilę były zagłuszane przez kaszel któregoś z chorych kotów. Chwast wziął głębszy oddech. Musiał zająć się pracą. Więc mimo lekko dalej towarzyszących mu problemów powoli kładł zioła obok chorych, sprawdzając stan każdego z nich. W końcu stanął przy Orchidei.
– Witaj – mruknął cicho i spojrzał na kotkę. Zmieniła się. Ale czego mógł się spodziewać, przecież sam nie wiedział się z nią od ich ucieczki. Od... Tak dawna. Przez ten czas oboje się zmienili, powątpiewał tylko czy na lepsze. – Jak się czujesz? – zapytał, kładąc obok niej zioła.
– Cześć i już lepiej – oznajmiła Orchidea, uśmiechając się lekko. Rudy kiwnął głową, tym samym dając przestrzeń tej niezręcznej ciszy. Spiął się. Czy tylko on miał taki problem z relacjami?
– Em... To dobrze. Wygląda na to, że niedługo będziesz mogła wrócić do siebie – stwierdził. – Jednak jeszcze dziś weź zioła – oznajmił i wstał. Pożegnał się z kotką i opuścił izolatkę. Stał tak chwilę, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Czy miał jeszcze dziś jakieś zajęcia? "Miałem się spotkać z Mgiełką" - przypomniało mu się i odwrócił się w stronę obozu. Odkąd Mgiełka zobaczyła jeden z jego "incydentów", bardziej się nim przejmowała. Chwast odnosił wrażenie, że kotka chciała zrozumieć, co tak właściwie się stało. Może chciała pomóc? Sam nie wiedział, ale nie chciał dopuszczać do tego siostry. Miał ją przecież bronić. A to oznacza obronę również przed jego własnymi demonami. Tymi, których nikt nie miał widzieć. Kotka jednak tego nie rozumiała, szybko informując o całym zdarzeniu Pszczółkę, dodając zmartwień na barki kocura. "Pewnie o tym chce pogadać..." - pomyślał Poranek i westchnął ciężko. Odwrócił głowę w stronę reszty terenów Owocowego Lasu. Tam było jego drzewo.
– Wybacz Mgiełko – powiedział szeptem i ruszył przed siebie, chcąc chociaż chwilę spędzić w spokoju.


Wyleczeni: Pieczarka, Bukszpan, Bruk
Wyleczona w epidemii OL: Orchidea 

16 listopada 2025

Od Poranku

*Wszystko dzieje się przed śmiercią kogokolwiek innego niż Leszczyna*

Epidemia zielonego klaszlu rozszalała się na dobre, powoli wyniszczając cały Owocowy Las od środka. Chorych każdego dnia przybywało, tym samym nie dając uzdrowicielom ani chwili na odpoczynek. Jednak nie tylko oni w tym wszystkim mieli łapy pełne roboty. Każdy zdrowy członek społeczności, niezależnie od posiadanej rangi, musiał uwijać się ze wszystkimi obowiązkami, by przyłożyć się do pomocy. W tych czasach każda łapa była potrzebna.
Poranek szybkim krokiem zmierzał ku niedawno zbudowanej izolatce, w pysku trzymając spory kłębek ziół. Trudno było opisać stres, który w tamtej chwili mu towarzyszył. Po stracie jednej ze starszych - Leszczyny - sytuacja w Owocowym Lesie gwałtownie się zmieniła. Nikt z uzdrowicieli nawet nie miał pewności, czy aby na pewno każdy z chorych przeżyje. Największe wątpliwości były oczywiście skierowane do najstarszych członków społeczności, ale również dzieci Szafran czy dzieci Miodukunki, która to niedawno wydała na świat potomstwo. Mimo tego w głębi rudy nie licząc stresu potrafił znaleźć też odrobinę szczęścia. W końcu obie jego siostry były zdrowe i nie zapowiadało się na to, by któraś z nich zachorowała. Jednak ostrożności nigdy nie było za wiele, więc rudy co jakiś czas prosił siostry, by ograniczały swoje wizyty w izolatce. Nigdy nie wybaczyłby sobie, gdyby któraś z nich zginęła właśnie z jego winy. Przecież to on wraz z Wiciokrzewem i Osetkiem był odpowiedzialny za stan chorych.
Powoli wszedł do środka, rozglądając się niepewnie. Położył po sobie uszy widząc w jakim stanie były niektóre koty. Śmierć ewidentnie czyhała na nich na każdym kroku. W końcu ruszył wgłąb izolatki, podchodząc do poszczególnych chorych, by dać im przeznaczone zioła.
W środku było głośno. Trudno było usłyszeć poszczególne rozmowy, lecz Poranek był przekonany, że słyszał urywki słów, zagłuszane jednak przez kaszel innych. Kocur starał się nie zwracać na to zbyt dużej uwagi. Od dobrych kilku dni nie mógł schować się przy swoim drzewie, więc tym bardziej wiedział, że nie mógł się rozpraszać zwykłymi rozmowami chorych pobratymców. Przecież o czym oni mogli rozmawiać? Pewnie o swoich chorobach... Prawda? Jego nadzieje na ten temat z dnia na dzień potrafiły przybierać przeróżne formy, zwłaszcza patrząc na fakt, że wśród zarażonych kotów znajdowała się też Mirabelka. Kotka, która najwcześniej rzucała w jego stronę te nieprzyjemne spojrzenia. Z tego też powodu, oczywiście nie mówiąc tego wprost, poprosił Wiciokrzewa, żeby to on zajmował się akurat nią i jej rodzeństwem. Przynajmniej gdy mógł. Sam rudy za to starał się unikać bezpośredniego kontaktu ze starszą. Może by trochę zmniejszyć swoje obawy? By dalej móc uciekać przed rzeczami, których nawet on sam nie potrafił w pełni do siebie przyjąć?
Kiwnął głową w stronę zastępczyni, która również była chora. Przypływ nieznacznie się do niego uśmiechnęła, po chwili zanosząc się kaszlem. Chwast od razu do niej podszedł, na ziemi rozkładając odpowiednie zioła.
– Te są dla ciebie – polecił, przesuwając rośliny w stronę starszej kotki. – Mogłabyś mi jeszcze powiedzieć, jak się czujesz? – zapytał. Musiał w końcu wiedzieć takie rzeczy.
– Nienajlepiej – przyznała słabo Przypływ, podnosząc głowę w stronę rudego. Wtedy to Chwast na nią spojrzał, a dokładniej w jej oczy, które nie wyglądały najlepiej. Przynajmniej jedno z nich.
– Co ci się stało z okiem? – zapytał prawie że od razu.
– Od jakiegoś czasu mnie boli, jednak przez ten kaszel trudno jest zwrócić na to większą uwagę – wyjaśniła zastępczyni.
– Od kiedy tak się dzieje i czemu nie powiedziałaś wcześniej? – dopytywał rudy, zaczynając szybko grzebać w przyniesionych roślinach. – Masz poważną chorobę, musimy od razu zająć się twoim okiem – oznajmił, a widząc, że nie ma przy sobie odpowiednich ziół, praktycznie od razu wyszedł z izolatki, nie czekając już na odpowiedź Przypływ.
 
***
 
– Nastepnyn rasem ite sam. Nie musis chodic rasen ze mna Mgielko – powiedział rudy, jednak na tyle niewyraźnie, że nawet jego siostra nie była w stanie go zrozumieć. Widząc to, rudy tylko wypuścił powietrze nosem, zdając sobie sprawę, że noszone przez niego zioła skutecznie utrudniały mu komunikację.
– Widzę jak bardzo się tym stresujesz – odezwała się Mgiełka, dużo wyraźniej niż jej brat. Chwast już się nie odezwał. Wiedział, że Mgiełka ma rację. Tym razem stresował się jeszcze bardziej niż za każdym innym, ponieważ to on tym razem musiał sprawdzić co u Mirabelki i jej rodzeństwa. Nie chciał tego robić. Najchętniej wróciłby do swojego drzewa, ale wiedział, że nie może tego zawalić. Miał obowiązki, którymi musiał się zajmować, nie ważne co. Jego jedna taka nieobecność, później mogłaby kosztować kogoś życie. Dlatego przed wejściem do izolatki spiął się bardziej niż zazwyczaj i napięcie wszedł do środka, jak zwykle rozglądając się dookoła. Prawie każdy ze zgromadzonych chorych dostał już swoją porcję ziół, przyszedł czas na siedzących na tyłach prowizorycznego legowiska starszych. Powoli ruszył w tamtą stronę, a za nim poszła Mgiełka, starająca się dodać mu trochę otuchy ale też pomagająca w noszeniu medykamentów.
– Nareszcie – mruknął ktoś cicho, jednak rudy nie był w stanie rozpoznać, do kogo dany głos należał. Sam jednak się nie odezwał, tylko lekko pochylając głowę. Po chwili zajął się segregowaniem odpowiednich ziół, dokładnie układając je na równe kupki. W tym czasie za jego plecami rozlegały się szepty. Poranek nie chciał się na nich skupiać. Wiedział, że jeśli by to robił, zwariowałby, ale mimo jego starań ciche głosy docierały do jego uszu, skutecznie wwiercając się w jego głowę. Spiął się tylko bardziej, starając się zapanować nad swoimi ruchami. Wszystko musiało być dobrze. Powtarzał to sobie w koło, każdego dnia wierząc w to jedno kłamstwo. Zacisnął mocno powieki, czując jak oddech mu przyspiesza.
– Poraneczku? – usłyszał głos Mgiełki, a uderzenie serca później poczuł na sobie jej dotyk. Dotyk palący jak ogień, przez który od razu odskoczył w bok. Wbił w siostrę swoje spojrzenie, dalej szybko oddychając, dalej łapiąc każdy najmniejszy ruch, każdy szept.
– Czemu się tak przedłuża?
– To on za tym stoi?
– Bezmyślny futrzak...
– To on przyczynił się do śmierci... – wtedy wstał. Czuł jak całe jego ciało drży. Myśli pędziły w jego głowie, a wzrok spanikowany latał dookoła. Sam nie wiedział co się dzieje. Nie potrafił zrozumieć. Nic do niego nie dochodziło. Jedyne, co słyszał dookoła to te szepty.
Wybiegł z izolatki, starając się nie udusić po drodze. Łzy napływały mu do oczu, skutecznie rozmazując mu cały obraz przed nim.
– Poraneczku! – Mgiełka biegła za nim, choć on tego nie chciał. Musiał być sam. Musiał się uspokoić. Albo uciec. Uciec gdzieś daleko, daleko biec przed siebie, by już nigdy nie wrócić, by się uwolnić. – Poraneczku co się dzieje? Wszystko dobrze? – pytała Mgiełka, choć Chwast prawie jej nie słyszał. – Poraneczku? – położyła ogon na jego barku, na co on znów odskoczył. Wbił w nią swoje spojrzenie, okazując tym samym oczy pełne łez. Kotka zamilkła, pierwszy raz widząc brata w takim stanie. Pierwszy raz w ogóle widząc jak płacze. – Poraneczku co się stało?
– Nic – odparł tylko chłodno rudy, odwracając się od siostry, nie chcąc by widziała go w takim stanie.

Wyleczeni: Przypływ 

03 listopada 2025

Od Poranku DO Wiciokrzewu

Uważnie przyglądał się sporemu drzewu przed nim, oceniając je z każdej strony. Czyżby wreszcie znalazł to idealne i mógł zacząć tworzenie sobie swojego własnego bezpiecznego świata? Chyba na to właśnie wychodziło.
Rudy podszedł powoli do rośliny i usiadł przy niej, w głowie wymyślając sobie szczegółowy plan działania. Musiał się zająć tym jak najszybciej, jeśli chciał mieć gdzie uciec. Ale czy to na pewno było rozwiązaniem jego problemów? Ucieczka od otaczającej go szarej rzeczywistości, gdzie nie potrafił nawet przyjąć jej do swojej własnej świadomości?
 
***
 
Gdy wrócił do obozu, dowiedział się o nie najlepszym stanie Leszczyny. Obu uzdrowicielom nie zajęło dużo czasu stwierdzenie choroby starszej. Zielony kaszel, który to był dość popularny w Porze Nagich Drzew, zawitał w Owocowym Lesie. Poranek na samym początku nie myślał, że będzie to coś poważnego. W dodatku myślami dalej był przy swoim drzewie, marząc, tylko by na chwilę uciec z nieprzyjemnego obozu. Jednak wtedy objawy choroby zaczęły mocniej dawać o sobie znać.
– Pszczółko – rudy odezwał się cicho, chcąc zwrócić na siebie uwagę siostry. Ta odwróciła się do niego z jakimś dziwnym wyrazem pyska. – Mogłabyś pójść po zioła? Zaraz ci pokażę, jakie dokładnie – zapytał, starając się nie zwracać uwagi na swoje pełne zmartwień dotyczących Pszczółki myśli.
– Oczywiście – odparła kotka i ruszyła za rudym do legowiska uzdrowicieli. Chwast powoli podszedł do rozłożonych na ziemi roślin i wskazał tą odpowiednią. Miał nadzieję, że mimo nieprzyjemnej pogody uda się znaleźć, choć odrobinę ziół, potrzebnych do leczenia zielonego kaszlu.
 
***
 
Chorych przybywało, a śmierć Leszczyny była przelaną kroplą goryczy w całej tej sytuacji. Chwast coraz częściej był zmuszony do częstszego przebywania w legowisku, by zajmować się chorymi pobratymcami. Najgorszym faktem było to, że choroba zaczęła opanowywać żłobek, w którym to znajdowały się kocięta Szafran, ale też Miodunka, która lada moment sama miała wydać na świat potomstwo. Obecność choroby w takim czasie była niebezpieczna i dla samej kotki i dla jej jeszcze nienarodzonych kociąt.
Rozdzielał zioła, chcąc jak najszybciej zrobić kupki odpowiednich medykamentów, by następnie móc zanieść je chorym. Uważnie liczył i oglądał każdą z roślin, w głowie już rejestrując, których brakuje, by później móc powiedzieć to Orzeszkowi, jedynemu zdrowemu stróżowi, który to został wyznaczony do pomocy. Jego ogon drgał nerwowo, zastępując tym samym to typowe dla Poranku uderzanie łapami o ziemię. Wtedy do legowiska wszedł Wiciokrzew, a za nim Osetek. Rudy wymamrotał ciche przywitanie, starając się na nowo skupić na swoim zadaniu. Chociaż nie przyznał tego przed nikim i najpewniej nawet nie przed samym sobą, stresowała go obecność uzdrowiciela i jego ucznia. Potrafił obawiać się ich, tak samo jak dawnej mentorki Mroza - Mirabelki - która to najczęściej rzucała mu ostre spojrzenia. Sam Chwast nie wiedział, czym jest to spowodowane, ale jedno było pewne - nie miało to teraz znaczenia. Musiał wrócić do obowiązków i nic nie mogło go rozpraszać. Gdy skończył, wychylił lekko głowę z legowiska, w poszukiwaniu Orzeszka, który powinien gdzieś kręcić się po obozie. Tak też było, a gdy tylko stróż wyłapał wwiercający się w jego ciało wzrok rudego, podszedł żwawym krokiem. Poranek szybko wyjaśnił Orzeszkowi, co dokładnie ma znaleźć i znów wrócił do środka, siadając przy ziołach. Był zmuszony by czekać na powrót Orzeszka, dlatego odwrócił się powoli w stronę młodszego uzdrowiciela, wbijając w niego swój wzrok. Chociaż sam bardzo tego nie chciał, była sprawa, którą pilnie musiał poruszyć z Wiciokrzewem, w związku z ich stanowiskiem. Dlatego przełknął ślinę i dalej przyglądał się kocurowi, czekając na jego reakcje. Gdy Wiciokrzew nieco niepewnie również spojrzał na rudego, ten zaczął mówić:
– Musimy ustalić, gdzie będziemy trzymać chorych – odezwał się, cierpliwie czekając na odpowiedź kolegi po fachu.

<Kolego po fachu?>

02 listopada 2025

Od Poranku DO Kurki

*Wszystko dzieje się przed śmiercią Leszczyny*

Od śmierci Świergot i Gruszki nie wiele się odzywał. Chociaż dla niego nie było to nic dziwnego, ten kto dobrze go znał, mógł ze spokojem powiedzieć, że kocur nie należał do przesadnie gadatliwych, to jednak mogło się odnieść wrażenie, że ma to charakter bardziej żałobny. Przynajmniej tak mówiły siostry Poranku, które to ze spokojem potrafiły odróżnić normalne zachowanie brata od tego, kim stawał się z każdym dniem po powrocie do Owocowego Lasu. Obie kotki wydawały się zmartwione jego zachowaniem, czego sam kocur nie potrafił pojąć. Chciał tylko się schować, uciec od tego wszystkiego, od własnej skóry. Tylko przebywanie poza obozem potrafiło sprawiać jakąś ulgę. Tam był przecież sam, bez zgiełku obozu, bez tych krzywych spojrzeń. Tam mógł odpocząć. I jak ostatnio wpadł na jakiś plan, tym razem wyszedłby go zrealizować. Chciał stworzyć sobie własne miejsce, by tam móc się chować, kiedy sam nie będzie dawał sobie rady. Musiał to zrobić, by przynajmniej nie denerwować sióstr i tak pochłoniętych żałobą za zmarłymi członkami rodziny. A doskonale wiedział, jak one potrafiły się martwić.
Mijał drzewa, dokładnie obserwując ich budowę. Musiał znaleźć idealne miejsce, by móc zbudować tam swoją "bazę". Chciał zrobić ją w jakiejś odległości od obozu, w końcu wiedział, że gdyby znajdowała się ona tuż przy polanie, każdy patrol zwiadowców mógłby natrafiać na jego budowle. To byłoby problematyczne i dla niego i dla patrolujących teren zwiadowców, wybitych z rytmu pracy. Dlatego coraz bardziej oddalał się od obozu, zbliżając się powoli do Szopy Strachu.
 
***
 
Jeszcze niedawno narzekał na tłum w legowisku uzdrowicieli. Przecież było ich sporo i wszyscy musieli pomieścić się w jednym legowisku, wraz z pacjentami i wszystkimi zebranymi ziołami, starając się nie przeszkadzać sobie nawzajem. Teraz jednak cała lecznica była pogrążona w żałobie, spowodowanej nagłą śmiercią Kruszynki. Choć Poranek nie znał jej dobrze, również siedział wraz z Wiciokrzewem i Osetkiem "opłakując" zmarłą uzdrowicielkę.
Nie spodziewał się jej śmierci. Kocur miał spore wrażenie, że coś przegapił. Ten jeden aspekt, który był odpowiedzialny za taki obrót spraw. Wbił wzrok w ziemię. Świat z dnia na dzień potrafił stracić tyle kolorów. Może Wszechmatka naprawdę maczała w tym łapy? Ale to nie miałoby sensu. Nie miała za co karać całego Owocowego Lasu.
Powoli wszedł do lecznicy, rozglądając się dookoła. Wiciokrzew siedział na swoim legowisku, Osetek dotrzymywał mu towarzystwa. Rudy spiął się na ich widok. Chociaż miał kontakt z młodszym uzdrowicielem i jego uczniem, były one tylko i wyłącznie ze względu na stanowisko. Szybkie "cześć", mijając się w wejściu, krótkie pytania o stan pacjentów czy brakujące zioła. Miał wrażenie, że nie potrafił z nimi rozmawiać, a odkąd tylko wrócił na swoje stanowisku czuł się jak odludek, jakieś stworzenie nie z tego świata, próbujące dostosować się do otaczającego środowiska. W dodatku wcześniej jego kontakty z dwójką kocurów nie były zbyt częste. Przecież wtedy w legowisku przebywała również Kruszynka, co powodowało, że rudy częściej przebywał gdzieś indziej, nie zaczynając rozmów z żadnym z uzdrowicieli. Teraz wszystko musiało ulec zmianie.
Kiwnął lekko głową na powitanie i szybkim krokiem ruszył w stronę zebranych ziół. Chciał wrócić do szukania dobrego miejsca na schronienie, a zbieranie ziół podczas takiego wypadu mogło podwoić skuteczność jego pracy. Dlatego zapamiętał nazwy brakujących roślin i bez słowa wyszedł, zostawiając Wiciokrzewa z Osetkiem. Szybkim krokiem przeszedł przez polanę pełną kotów i wyszedł z obozu, zaczynając rozglądać się za odpowiednim drzewem. Tym razem poszedł w inną stronę, dokładniej w stronę Dębowej Ostoi, z powodu dużej liczby drzew w tamtej okolicy.
 
***
 
Chodził w kółko. Przynajmniej odnosił takie wrażenie. Oceniał każde drzewo, starając się znaleźć to jedno, które byłoby idealne według niego. Niestety do tej pory żadne z roślin aż tak nie przykuło jego uwagi. Spuścił wzrok i skręcił w inną stronę. Domyślał się, że zaraz będzie musiał wrócić do obozu, dlatego chciał jeszcze ostatni raz przejść dookoła, mając nadzieję, że znajdzie swoje idealne drzewo. Wtedy jednak jego uwagę przykuła inna roślina, a mianowicie chwast. Kocur szybko do niego podszedł i nachylił się do jego łodygi, uważnie obserwując. Był naprawdę ładny, co od razu zapaliło lampkę w głowie Poranku, by zerwać roślinę i zabrać ją wraz z ziołami do Owocowego Lasu. Mógłby przechować go w legowisku, do póki nie znajdzie dobrego miejsca na swoją kryjówkę. Od słów szybko przeszedł do czynów, na chwilę odkładając na bok znalezione zioła. Już miał zacząć wyrywać chwast, gdy usłyszał dość głośny szelest. Szybko podniósł głowę i zobaczył jakiegoś drobnego kocura. Choć na początku go nie rozpoznawał, po chwili zdał sobie sprawę, że jest to jeden ze zwiadowców Owocowego Lasu.

<Zwiadowco Owocowego Lasu?>

26 października 2025

Od Poranku DO Czerwca

Stanął w wejściu do legowiska uzdrowicieli, zaglądając niepewnie do środka. Odkąd Osetek został mianowany, Poranek odnosił poważne wrażenie, że w środku jest jeszcze mniej miejsca, niż było dotychczas. Chociaż młody Osetek już wcześniej przebywał w lecznicy, nie miał on tylu obowiązków, co teraz podczas swojego szkolenia. Robiło to więc już trzech uzdrowicieli, jego, Kruszynkę oraz Wiciokrzewa, jednego ucznia, Osetka oraz chorych czy rannych pacjentów. Wszyscy mieli pomieścić się w legowisku uzdrowicieli. Rudy musiał przyznać, że dosyć mu to przeszkadzało i choć nie mówił tego głośno, było widać, jak coraz częściej przebywał poza legowiskiem, co również do najprzyjemniejszych rzeczy nie należało. Widział oraz, co najgorsze, czuł na sobie wzrok innych kotów, zwłaszcza starszych, pamiętających jego ucieczkę z Owocowego Lasu. Chociaż siostry przekonywały go, że to wszystko minie, on sam nie potrafił w to uwierzyć. Widział, jak inni na niego patrzyli. Zwłaszcza zauważył to wśród starszyzny, co tym bardziej odstraszało go od odwiedzin w ich legowisku. To wszystko go przerastało, a ciągnące się w jego głowie wyrzuty sumienia i wspomnienia ze zmarłymi bliskimi nie pomagały. A skoro nawet nie mógł zaszyć się w lecznicy, to gdzie miał się podziać?
Westchnął cicho, widząc w środku pozostałą dwójkę uzdrowicieli i Osetka. Powoli wycofał się, chcąc już znaleźć sobie jakieś inne miejsce, by przynajmniej chwilę posiedzieć, więc rozejrzał się dookoła. Obóz był pełen kotów, co nie zachęcało go do zostawania w nim na dłużej. Dlatego szybkim krokiem udał się w stronę wyjścia, chcąc zaczerpnąć trochę samotności. Powoli chodził dookoła, wlekąc przy tym łapami po ziemi. Nie miał siły, by robić sobie takie spacery. Najchętniej położyłby się w legowisku, ale niestety z wiadomych powodów wolał tego unikać. Wtedy do jego głowy wpadł inny pomysł, a dokładniej jego siostry. Wiedział, że mógłby pójść do nich, poprosić o chwilę wspólnego czasu, jednak wtedy musiałby się przyznać, że coś jest nie tak. A taka opcja nie wchodziła w grę. Od powrotu już wystarczająco dużo się działo, wiedział, że dla nich też to wszystko jest trudne, nie mógł zwalać nie swoich problemów. Musiał umieć samemu sobie z nimi poradzić. Przełknął głośniej ślinę i spuścił głowę. Nie wiedział już, co robić. Cały jego mały świat z dnia na dzień potrafił się zawalać. Jakby Wszechmatka kazała go za posłuchanie Murmur te księżyce temu.
Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy pod łapami poczuł wyraźne korzenie. Podniósł lekko głowę, a widząc drzewo o wąs od niego, cofnął się o krok do tyłu, już niespokojnie drgając ogonem. Drzewo wydawało się naprawdę ogromne, a może to przez fakt, że stał tuż pod nim? Z tego też powodu cofnął się jeszcze kawałek, po chwili unosząc głowę ku górze, chcąc zobaczyć koronę tej rośliny. Wtedy do jego głowy wpadł pewien pomysł, mogący rozwiązać jego problemy, z brakującym dla niego miejscem w okolicy.
 
***
 
Do obozu wrócił dopiero po dłuższym czasie, a po wykonaniu wszystkich swoich obowiązków w lecznicy, wyszedł na polane, zajmując jakieś miejsce z boku. Wzrok miał wbity w ziemię, w której to grzebał łapą, głowę za to miał kompletnie gdzie indziej. Jak zwykle siedział w swoich myślach. Jednak wtedy to poczuł na sobie czyiś wzrok, który przywrócił go do rzeczywistości. Szybko podniósł głowe, rozglądając się dookoła. Może tylko mu się wydawało? Lecz wraz z tą myślą przed oczami pojawił mu się rzeczywisty obraz. Zobaczył mniejszą grupkę kotów, co jakiś czas spoglądających w jego stronę. Cały się spiął na ten widok, a dodatkowego stresu dołożył mu czekoladowy kocur, który w tamtej chwili spojrzał na niego, najpewniej wyłapując przy tym również jego spojrzenie.

<Ty czekoladowy kocurze, wywołujący dyskomfort swoim spojrzeniem?>

22 października 2025

Od Poranku

*Przed śmiercią Sówki*

Oddali dzieci Mgiełki do Klanu Nocy. Według Pszczółki było to jedyne wyjście, patrząc na ich sytuację. W Klanie Nocy miało być im dobrze. Przecież to sąsiednia od Owocowego Lasu społeczność, inny klan, gdzie miały większe szanse na przeżycie, niż wraz z nimi, z ograniczoną ilością wyżywienia, odpowiednich ziół i bez odpowiedniego dachu nad głową. Poranek nie zastanawiał się długo nad propozycją siostry. Również chciał dla kociąt jak najlepiej. A jeśli to "najlepiej" oznaczało oddanie ich komuś innemu, nawet bez wiedzy Mgiełki, to był w stanie to zrobić. Dla dobra dzieci, ale i ich matki, która z każdym dniem była słabsza, co przekładało się na same kocięta.
Chwast doskonale pamiętał reakcje Mgiełki na informacje, że trójka maluchów "umarła". Jej płacz, czy krzyki. Nie mógł w tamtej chwili na to patrzeć, czując się okropnie z faktem, że to on wraz z siostrą doprowadzili ją do tego stanu. Przekonywał siebie samego, że ich decyzja była słuszna, jeśli chciał każdego utrzymać przy życiu. Ale czy to wystarczyło? Na Wszechmatkę, dlaczego życie składa się z tak dramatycznych decyzji? Nigdy nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie, nawet, teraz gdy stał przed swoją matką, która od małego uczyła go wszystkiego i na pewno umiała w jakiś sposób odpowiedzieć na jego rozterki. Jednak on nie potrafił ich wyrazić. Nie potrafił się odezwać, patrząc prosto na Świergot, której to nie widział przez tyle księżyców. Nic nie czuł, miał wrażenie, że śni, zwłaszcza patrząc na fakt, że jedyne co w tej chwili pamiętał z okresu po "śmierci" kociąt to jego słowa, że muszą wrócić do domu. Do ich domu. I oto stał w Owocowym Lesie, czując błogą pustkę, która była zbawieniem dla jego ciała, ale również pełnego zmartwień umysłu. Ocknął się dopiero gdy zobaczył łzy na pysku Świergot, ale też tulące ją Mgiełkę i Pszczółkę. Chwiejnie podszedł do szamanki i również się przytulił, pragnąc tej matczynej miłości, której od tak dawna nie dostał, ale też właśnie tej, o której kiedyś myślał, że jest mu zbędna. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, ile znaczyły dla niego obie jego matki. Nigdy nie musiał się bać, że ich zostawią. Nigdy nie powinien w nie wątpić.
 
***
 
Kilka pierwszych dni było prawdziwym wyzwaniem, na które kocur na pewno nie był gotów. Trudno było mu się przyzwyczaić do tego wszystkiego, co zmieniło się w Owocowym Lesie podczas ich nieobecności. Zaczynając od władzy, po nowe twarze, aż do dwójki innych medyków, a raczej powinno się powiedzieć uzdrowicieli, co ogłosiła jego matka pod okiem Sówki, wprowadzając tym samym nowe reformy dla jego stanowiska.
Siedział gdzieś cicho z boku, przyglądając się wszystkim obecnym w obozie kotom. Łapami rytmicznie uderzał o ziemię ze stresu. Po tylu księżycach spędzonych poza społecznością, naprawdę bardzo odzwyczaił się od obecności tylu kotów. Od tych wszystkich spojrzeń, cichych szeptów za plecami, które momentami wywoływały dreszcz na jego grzbiecie. Które przypominały mu o jego błędzie, tylko podsycając kłębiące się w nim potwory poczucia winy czy stresu. Przełknął głośniej ślinę czując jak niektórzy starsi patrzą na niego chyłkiem. Nie był świadom, o co go oskarżają.
Pokręcił szybko głową, chcąc wyrzucić wszystko z głowy. Dopiero wtedy poczuł niewielki, ale jednak, ból, promieniujący z jego łap. Od razu postawił je na ziemi, domyślając się, że jest to spowodowane ich nadmiernym ruchem. Cały się spiął, chcąc zapanować nad swoim ciałem.
– Cześć Poranku – nagle poczuł na sobie czyiś dotyk, a obok zobaczył znajomy pysk Świergot. Wciągnął gwałtownie powietrze i jak oparzony odsunął się od matki. Choć wyraz jego pyska ani trochę się nie zmienił, kotka miała pewność, że udało jej się przestraszyć syna. – Wybacz, nie chciałam cię wystraszyć – powiedziała czule Świergot i usiadła obok rudego.
– Cześć i nie, nic się nie stało. Ja... Po prostu się zamyśliłem – mruknął i spojrzał na mamę, znów się spinając. Niestety kotka szybko to zauważyła, czego kocur nie przewidział.
– Wszystko dobrze? Bardzo się spinasz – zauważyła.
– Chcę zapanować nad ruchem – wyjaśnił krótko Chwast.
– Może znajdą się na to lepsze sposoby? – zaproponowała, spoglądając na syna. – A w dodatku, nie musisz hamować każdych swoich ruchów. To część ciebie – uśmiechnęła się. Poranek spuścił wzrok. Przez chwilę się nie odzywał, w głowie szukając odpowiednich słów. Było tyle rzeczy, które chciał jej powiedzieć. Tyle historii, tyle rozterek, myśli. Myślał, że jeśli ktoś ma go zrozumieć, to właśnie Świergot. Jednak nie potrafił żadnej z myśli wypowiedzieć na głos. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko wreszcie zaczęło się układać.
– Przepraszam – powiedział za to cicho, tym bardziej uciekając wzrokiem. Jego ciało się rozluźniło, po chwili pozwalając na lekkie drganie ogona.
– Poranku... Nie ma... – zaczęła szamanka, lecz Poranek jej przerwał.
– Nie ufałem ci. Nie ufałem wam obu od samego początku. Bałem się, że nas zostawicie. Do tego stopnia, że nie powiedziałem wam nic o ucieczce, zabrałem ze sobą Mgiełkę i Pszczółkę, narażając ich życie – powiedział szybko, jednak zostawiając taką samą intonację głosu. – Zawdzięczam wam życie. Ale dopiero teraz zrozumiałem, że nie mam czego się bać.
 
***
 
Wiatr mierzwił jego rude futro. Chłodny powiew co jakiś czas dodatkowo wywoływał lekki dreszcz na grzbiecie kocura. Mimo ogarniającego go chłodu, nie mógł się ruszyć. Nawet nie myślał, by wrócić do obozu. Wszystkie jego myśli były skupione na otaczającej go szarej rzeczywistości. W końcu położył głowę na zimnej ziemi i przymknął oczy. W jednej chwili całe jego ciało się rozgrzało, pod wpływem płonących wyrzutów sumienia, które w chwili zamknięcia oczu, pojawiły się w jego głowie. Jego ogon zaczął niespokojnie drgać, lecz on już nie zwracał na to uwagi, całkowicie będąc pod łapą swojego własnego sumienia. Nastroszył sierść na karku, czując to jedno nieprzyjemne uczucie. Cała skóra pod futrem zaczęła go uwierać, jakby futro nie było jego. Chciał tak bardzo uciec od tego uczucia. Chciał zacząć biec, gdzieś daleko przed siebie, uciec od tego wszystkiego, od swojego ciała, które w jednej chwili stało się tak obce. Same chęci jednak nie wystarczyły, a sił na to nie było. Łapy były ociężałe jak po wejściu w wodę, a sam nie wiedział, co może z tym zrobić. Nic? Najpewniej.
Westchnął cicho i otworzył oczy, znów wlepiając je w ziemię. Nagle wizja zaczęła mu się rozmazywać. Nie wiedział, o co chodzi. Nigdy nie wyrażał emocji "na zewnątrz". Pierwszy raz płakał.
Świergot, Gruszka i Mróz umarli.

[*]

04 października 2025

Od Poranku

*Dawno*

Całe szczęście Mgiełki jakby wyparowało. Ten uśmiech, jeszcze przed chwilą tak jasny, teraz znikł, zastąpiony łzami czy coraz częstszymi wybuchami furii. Cała ich rzeczywistość wraz z jednym wydarzeniem się rozsypała, pozostawiając ich w niepokoju. No bo co mieli teraz zrobić? Bez Glonika szansę na ich przetrwanie znacząco spadły. Tak samo jak szansę na szczęśliwy i bez problemowy poród Mgiełki.
Liczba ziół w jego małym składziku z każdym dniem rosła. Chciał być przygotowany na każdą sytuację, każdy możliwy scenariusz, nawet ten najmroczniejszy, zakładający śmierć i matki i samych kociąt. Mgiełka w ostatnim czasie stresowała się za dużo. Poranek z przerażeniem przyglądał się, jak jego siostra z każdym dniem marnieje. Podawał jej wszystkie możliwe zioła, starał się pocieszać, ale w głębi wiedział, że nie może już nic zrobić. Nie umiał przemówić do rozsądku Mgiełki. Nie umiał do swojego, więc jak miał zrobić to z siostrą? Nie był w stanie. Nie był w stanie jej pomóc, co momentami odbierało mu dech. Przecież obiecał, że będzie chronić siostry. Będzie chronić całą rodzinę! Mroza zostawił w Owocowym Lesie, a na Mgiełkę patrzył pustym wzrokiem. Zawalił. Zawalił. Tak strasznie ich zawiódł.
 
***
 
Podał Pszczółce małe zawiniątko, kierując ją, co ma robić. Po chwili sam zajął się kolejnym z trójki kociąt, chcąc jak najszybciej sprawdzić ich stan. Dokładnie wylizywał małą kulkę, wzrok jednak mając wbity w ziemię. Nie chciał na nie patrzeć.
– To chyba wszystkie – odezwała się Pszczółka, spoglądając to na kocięta, to na swoją siostrę. Wtedy Poranek podniósł głowę. Spojrzał na trzy leżące obok siebie kulki. Trzy takie małe i bezbronne. Poczuł, jak gardło mu się ścisnęło, zauważając, że kociaki nie wyglądają tak, jak powinny. Nigdy nie widział, by kocięta tuż po porodzie miały tak białawe futerka.
– Poranku? – zwróciła się do niego Pszczółka, zauważając dokładnie to, co kocur. Ten tylko pokręcił głową, dalej wpatrując się w małe kulki. Po chwili otrząsnął się i spojrzał na słabą Mgiełkę. Od razu ruszył w stronę swoich ziół i podał jej odpowiednie rośliny.
– Musisz odpoczywać – polecił i zaczął powoli kłaść kocięta obok brzucha siostry. Spojrzał jeszcze na jej pysk. Widniał na nim słaby uśmiech, ale Chwast miał wrażenie, że mógł zauważyć jeszcze strach w oczach Mgiełki.
 
***
 
Jego żółte oczy skierowane były w małe kulki. Biała otoczka na ich futrze dalej była dobrze widoczna, a pomimo jakikolwiek interwencji Chwastu, kocięta dalej nie otworzył swoich oczu. Nawet po przymusowej zmianie diety ich przyszłość rysowała się marnie. Lekki zarys żeber już malował się na ich kruchych ciałkach, co tylko bardziej niepokoiło kocura. Choć nie mówił tego głośno, wiedział, że kocięta nie przeżyją długo. Mgiełką była w złym stanie po porodzie, dawała mało mleka. To nie były warunki, które mogłoby wspomóc rozwój tak małych istot.
Oderwał wzrok od maluchów. Baczne obserwowanie ich nie dawało żadnych efektów leczniczych. Musiał podać Mgiełce kolejną dawkę ziół, jeśli kotka miała w najniższym czasie wyzdrowieć. Szybko wstał i napięcie ruszył w stronę swojego składziku. Położył przed sobą kilka ziół i zajął się swoją pracą, starając się skupić tylko na niej całą swoją uwagę. Jego zadaniem było wyleczenie Mgiełki. Nie mógł zawalić też na tej płaszczyźnie.
Nagle poczuł za sobą czyjąś obecność. Nie odwracając wzroku od roślin, nadstawił uszu, dając tym samym znak, że jest obecny. Pierwszy raz od dawna.
– Poranku ja... My nie damy rady – usłyszał tylko od Pszczółki. Odwrócił się do niej, pytając, co tak właściwie miała na myśli. Wtedy wytłumaczyła mu jaką decyzję podjęła, tym samym prosząc go o pomoc.