BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aster x Ćmi księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aster x Ćmi księżyc. Pokaż wszystkie posty

18 stycznia 2026

Od Ćmiego Księżyca CD. Astrowej Łapy (Rozkwitającego Astra)

Medyczka skierowała ucho w stronę piskliwego głosiku uczennicy protektora. Westchnęła nieco pod nosem, ale nie miała powodu, aby wybuchać złością czy besztać okrutnie szylkretke. Chwile milczała, co zapewne doprowadziło młodszą koteczkę do jeszcze większej paniki. W końcu odpowiedziała, przesuwając mechanicznie zioła na jedną kupkę.
— Odłożyłaś wszystko na miejsce? — mruknęła pod nosem, nie udając nawet, że kieruję ślepe oczy na uczennice Pomocnego Wróbelka.
— Je-jeszcze nie, ale zaraz to zrobię! Wzięłam tylko mak, więc nic nie przesuwałam, obiecuję... — zapewniała bardzo gorliwie, a szczerość wręcz wylewała jej się z pyska. Ćma nie miała powodu, aby jej nie wierzyć. Terminatorka była zawsze uważna i pomocna, nigdy nie zostawiała po sobie nieporządku, nigdy nie plątała się pod nogami, jeśli nie było to całkowicie nieuniknione. Pilnie się uczyła i zapamiętywała wszystko najlepiej, jak potrafiła. Była jej prawą łapą, od kiedy Wieczne Zaćmienie odeszła na swoją przedwczesną emeryturę do legowiska starszyzny.
— Dobrze. Nic się nie stało — mruknęła, wciąż nie odrywając pustego wzroku ze swoich pracujących łap, jakby pomagało jej się to skupić. — Nie przepraszaj za niesienie pomocy kotom, które tego potrzebują. Też jesteś od tego w Klanie Klifu, zapamiętaj to. Protektor musi liczyć momentami tylko na siebie, zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy medyk ma łapy pełne obowiązków — wytłumaczyła spokojnie, a Aster słuchała bardzo uważnie, przekrzywiając nieco łebek.
— Oczywiście, Pani Ćmi Księżycu! Będę pilna i uważna, żeby móc jak najwięcej ciężaru zdjąć Pani z grzbietu, zasłużyła Pani na najlepszą pomoc, jaką można zapewnić! — wymruczała gorliwie, wstając na równe łapy i kierując się dziarsko do składziku, gdzie odłożyła pozostałe ziarenka maku. Nawet jeśli była to bardzo niewielka ilość, jedną z pierwszych zasad, których uczono, było szanowanie każdego zioła, nawet najmniejszego i najlichszego. Nawet ono mogło ratować życie. Szylkretowa główka wyjrzała w końcu z zielarni, a głosik terminatorki rozlał się po reszcie lecznicy: — Czy jest jeszcze coś, co mogłabym zrobić? Albo Pan Pomocny Wróbelek, co mogłabym przekazać? Może brakuję jakichś ziół, albo pajęczyn na opatrunki, może przydałby się świeży mech, czy suchy, czy namoczony? — pytała pełna entuzjazmu.
— Potrzebowałabym jaskółczego ziela... — pomyślała głośno medyczka, teraz już stojąc i zbierając mech, na którym wcześniej siedzieli jej pacjenci. — Mchu nie ma co nanosić... Nikt nie został dłużej.
— Na pewno? Jestem już po swoim treningu, więc to nie kłopot. Mogę poprosić innych uczniów o pomoc, więc będzie to prędko załatwione, nie będziemy przeszkadzać! — zapewniła, więc medyczka w końcu skinęła głową. Wślizgnęła się momentalnie do swojego ciemnego składziku, aby nie musieć martwić się uczennicą, która krzątała się niczym mrówka między zużytym mchem.

* * *
Po mianowaniu Astrowej Łapy na protektorkę

Dni stawały się zimniejsze i wietrzne. Atmosfera po znalezieniu zgniłej mewy wciąż nie zdawała się całkowicie uspokoić, zwłaszcza że kocięta Źródlanej Łuny rosły i z każdym wschodem słońca coraz chętniej wyglądały z kociarni, badały wszelkie zakamarki obozu i ogólnie pokazywały się innym członkom Klanu Klifu. Szepty narastały wraz z ciemnieniem mordek i ogonków potomstwa niebieskiej wojowniczki, a co najgorsze, żadne nie stawało się ani troszkę bardziej podobne do Króliczej Prawdy.
Niepokój w sercu Ćmy jednak przybierał inną formę. O ile faktycznie również martwiła się o to, że Klan Gwiazdy kara jej kuzynkę za możliwą zdradę, tak nie mogła wyprzeć myśli na temat siebie i Mżącego Przelotu. Czy mogły zrobić coś nie tak? Czy posunęły się w końcu zbyt daleko? Czy jej całkowicie czyste i nieskalane myślą o zbrukaniu honoru swojego, swojej przyjaciółki, a także Klanu Klifu, zostały w jakiś sposób... zbrukane? Czy to ona powinna zostać ukarana? Czy znak był również skierowany do niej?
Od tamtego pamiętnego poranku sypiała jeszcze gorzej niż poprzednio, co samo w sobie było pewnym cudownym, niemożliwym wręcz zjawiskiem. Dużo myślała o tym, że na spokojne drzemki pozwalała sobie tylko, kiedy jej głowa spoczywała na przednich łapach drogiej koleżanki z Klanu Nocy. Za każdym razem przeklinała siebie i swoją głupotę. To musiało się skończyć. Nie ważne czy faktycznie Przodkowie są temu przeciwni.
— Dzień dobry, Ćmi Księżycu! — Z tych krytycznych względem samej siebie rozmyślań wyrwała ją Rozkwitający Aster. Koteczka w końcu została mianowana, co według Ćmy było niesamowicie dziwne i odłożone w czasie zdecydowanie zbyt mocno, ale nie nie utraciły tej uczniowskiej iskierki entuzjazmu.
— Dzień dobry — odpowiedziała spokojnie, nieco zbyt sennie, aby to ukryć. Zwłaszcza przed kimś tak dociekliwym i przejmującym się dobrostanem innych kotów.
— Wszystko w porządku? Nie brzmisz zbyt dobrze. Pomóc ci w czymś, może chciałabyś porozmawiać, zrobić sobie przerwę? — proponowała kolejne rzeczy, robiąc małe kroczki w głąb lecznicy.
— Nie, ale dziękuje — rzuciła, nie przerywając swojej pracy. — Widze, że świetnie sobie radzisz. Jeśli podchodzisz w ten sposób do każdego kota, nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek nie czuł się zaopiekowany w Klanie Klifu — mruknęła. Nie chciała brzmieć nie miło, uszczypliwie, ale z powodu zmęczenie jej głos brzmiał zdecydowanie bardziej chłodno niż zwykle.

<Rozkwitający Aster?>

29 grudnia 2025

Od Aster (Astrowej Łapy) CD. Ćmiego Księżyca

Spojrzałam smutno na panią Ćmę, która owijała sobie ogon wokół łap. Potarłam oczy łapką i ze szlochem odpowiedziałam.
— W-wiem o tym, ale on na to nie zasł-służył… N-ni-nie wiem w ogóle jak zn-nalazł się przy wo-wodzie, ale to… T-to nie jest w-ażne. Ta-tam-m… — przerwałam na chwilę, z powrotem spuszczając głowę i z łamiącym się głosikiem, dokończyłam. — Tam powinnam być ja. Ni-nie on. Je-jeży-ne-nek na to… O-on… Nie zasłużył… Br-brakuje mi-i go... Ba-bardzo... Pani pew-wnie brakuje pani Liś-ściaste-tego Futr-ra. Mi trochę też… Kilk-ka razy ud-uda-ało mi się z nią porozmawiać i... Wydawała się naprawdę fajna… Przykro mi z powodu straty pani i pani Wiecznego Zaćmienia…
Delikatnie oparłam swoją niewielką główkę, nie wiedząc, czy mogę tak zrobić. Z niewiadomych mi przyczyn chciałam przeprosić cały klan za wszystko, jednak w głębi swojego małego serduszka wiedziałam, że to nic nie da, przez co jeszcze bardziej się łamało.
— Ćmi Księżycu! — usłyszałam wołanie, najprawdopodobniej pani Zaćmienia.
— Niech Pani idzie, nie będę przeszkadzać — miauknęłam cicho, podnosząc się. — Dziękuję za rozmowę — dodałam tylko, a potem oddaliłam się, zanim pani Ćma zdążyła cokolwiek odpowiedzieć czy zrobić.
To powinnam być ja.

✩ ★ ✩ ★ ✩
Noc jednego ze zgromadzeń

Już nie mogłam doczekać się zgromadzenia! Czułam, że na następnym zgromadzeniu, wreszcie zostanę mianowana! Nawet sam pan Pomocny Wróbelek mówił mi, że za niedługo będzie mówić do mnie moim "wojowniczym" imieniem! Byłam podekscytowana i liczyłam na spotkanie się z kotami z innych klanów!
“A może znów spotkam panią Pieczarkę i panią Orchidee?! Byłoby świetnie! To takie miłe kotki! A tak poza tym, ciekawe, czy pani Pieczarce udało się, robić to, co mi mówiła!”
Nie mogłam skupić się na niczym podczas całej drogi, cały czas myśląc o swoim ostatnim spotkaniu z dwójką naprawdę przemiłych kotek, a tak dokładniej to przyjaciółek. I to bardzo uroczych przyjaciółek!
“Wyglądały razem tak słodko, naprawdę ładna by była z nich para!” — pomyślałam, kiedy Klan Klifu powoli wkraczał już na Bursztynową Wyspę.
Rozejrzałam się po innych kotach, wśród nich dostrzegając Nocniaki i Burzaki. Nie byliśmy wcale tacy ostatni, super! Skanując każdego kota po kolei, zaczęłam szukać sobie jakiejś ofiary losu miłej duszyczki, z którą mogłabym porozmawiać w tak piękną noc!!! Sunąc łapami po kamieniu ,spokojnie szukałam kogoś wzrokiem, kiedy nagle do mojego nosa dostała specyficzna, niepowtarzalna woń. Las iglasty, mokra ziemia… Automatycznie przed oczami zobaczyłam obraz Wilczej Łapy, który wraz z jakimś innym, nieznanym mi kocurem zabija klifiaczkę. W nozdrzach poczułam zapach krwi, a w głowie odtwarzała mí się w kółko scena, w której próbuje ratować panią Liściastą Gwiazdę, jednak bez skutku. Niczym głupia, zacięta i zapętlona, cholerna płyta, odtwarzająca ten sam kawałek setny raz. Stałam tak jak sparaliżowana, próbując oczyścić myśli i choć na chwilę skupić się na czymś innym.
“ Jeżynek utopił się w rzece… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam… Jeżynek utopił się w rzece… Nigdy więcej go nie widziałam…”
Powtarzałam to sobie w kółko, zamykając swoje błękitne ślepka. Łatwiej było mi powtarzać to kłamstwo aż do skutku, ponieważ… Prawda była po prostu zbyt ciężka. Podobno kłamstwo powtarzane tysiąc razy w końcu staje się prawdą… Słyszałam swoje własne bicie serca dudniące mi w uszach, jakby chcąc upodobnić się do nurtu wartkiej rzeki, której odgłosy słychać z daleka.
Nagle poczułam czyjś ogon na swoich plecach, w odpowiedzi niemal podskakując z podniesioną sierścią. Odwróciłam się w stronę właściciela kity i ujrzałam Pieczarkę, jedną z kotek, z którą ostatnio rozmawiałam.
— Cześć Astrowa Łapo, wszystko w porządku? — spytała z ciepłym uśmiechem na pyszczku.
Od razu się uspokoiłam, a moja sierść delikatnie opadła, łagodnie układając się tak, jak zazwyczaj
— Tak, wszystko jest w porządku, dziękuję, że pani pyta! — mruknęłam w odpowiedzi, kiedy zastępczyni zaraziła mnie swoim przyjaznym wyrazem pyska.
Rozejrzałam się, wzrokiem szukając przyjaciółki starszej, mimo iż zazwyczaj łatwo znajdowałam koty w tłumie, tak teraz liliowej po prostu nigdzie nie było!
— A gdzie pani Orchidea, wszystko z nią w porządku? — spytałam z nutą zmartwienia w głosie, mając nadzieję, że wszystko jest z nią okej.
Biała rozpromieniła się, a jej uśmiech przybrał postać figlarnie psotnego.
— Nawet lepiej niż dobrze! Słuchaj tego, spytałam się ją czy zostaniemy partnerkami, na co ona się zgodziła, a kilka dni później podczas jednego ze wspólnych spacerów po terenach Owocowego Lasu i nie zgadniesz co!
— No, co się stało? — spytałam, czując jak moja ekscytacja zaczyna wzrastać, wraz z moją rozmówczynią.
— Znalazłyśmy dwójkę malutkich kociąt! Ale najlepszee jest to, że one wyglądają niemal wąs do wąsa jak my! Kostka Brukowa, a teraz już raczej Bruk jest liliowy z bielą mniej więcej zajmującą połowę jego sierści, ma pędzelki i pomarańczowe oczy, a jego siostra, wcześniej nazywająca się Cegiełka, jednak teraz nosząca miano Drobinki jest cała biała, ma długie futerko z pędzelkami i zielone ślepka! Wyglądają jakby były naszymi biologicznymi kociętami! Jejku, zostałam mamą, jestem taka przeszczęśliwa! Orchidea też! Zrobiłam to tak, jak ci tłumaczyłam, że zrobię, wszystko poszło zgodnie z planem!
Ślepia kocicy lśniły niczym woda lśniąca pod promieniami księżyca, iskrzyło w nich uczucie miłości i radości nie do opisania. Czułam jak zalewa mnie jej szczęście.
— Na Klan Gwiazdy, gratulacje! Jestem taka szczęśliwa z waszego szczęścia! Wiedziałam, że będziecie partnerkami! Naprawdę, jestem taka szczęśliwa!
To uczucie zaczęło niemal roznosić mnie od środka, przez co zaczęłam podskakiwać, a chwilę później starsza się do mnie dołączyła. Ta scena musiała wyglądać śmiesznie, dorosła kotka, dodatkowo zastępczyni, oraz prawie dorosła uczennica radośnie podskakują gdzieś na uboczu zgromadzenia. Po niedługim czasie obydwie się uspokoiliśmy, przypominając sobie o tym, że jesteśmy w miejscu publicznym.
— Niech pani wysciska panią Orchidee i wasze maluchy ode mnie! Już nie mogę się doczekać, aż je poznam kiedy już dorosną i przyjdą na swoje pierwsze zgromadzenie! Oczywiście, jeśli się panie zgodzą, co nie?
Pieczarka zachichotała.
— Tak tak, jasne! Jesteś taką pozytywną koteczką Astrowa Łapo, przypominasz mi Orchidee w pewnym sensie, wiesz? Jesteście niczym wschodzące słońca, budzące zaspany świat do życia, zarażając swoją pozytywną energią. Ty pokazujesz ją otwarcie, praktycznie od razu przy zapoznaniu siebie nawzajem. Natomiast moja ukochana najpierw musi się otworzyć, a kiedy już odważy się okazać swój uśmiech…
Biała na chwilę przerwała a ja zobaczyłam, jak delikatnie się rumieni, zapewne wyobrażając sobie jej pyszczek z pełnym uśmiechem.
— To jest najlepsza rzecz, jaką może ci dać… — dokończyła, strzepując delikatnie ogonem.
Nieśmiało się uśmiechnęłam.
— Dziękuję pani… Miło mi to słyszeć, naprawdę!
— Nie ma za co! Wiesz co, muszę już lecieć do innych zastępców, ponieważ, z tego co widzę, Sówka zaraz zacznie swoją przemowę… Miło było mi się z tobą podobnie spotkać Astrowa Łapo, mam nadzieję, że na przyszłym zgromadzeniu również się spotkamy!
Ze zrozumieniem pokiwałam głową.
— I wzajemnie! Mam tylko jedno pytanko, zanim pani pójdzie, czy mogę się przytulić na pożegnanie?
— Jasne, że tak skarbie! — miauknęła zastępczyni, a ja wtuliłam się w jej puchate futro w kolorze śnieżnobiałego puchu spadającego z nieba w porze nagich drzew. Stałyśmy tak przez kilkanaście uderzeń serca, aż w końcu się od niej odkleiłam, “puszczając” ją. Na pożegnanie pomachalyśmy sobie swoimi ogonami, po czym poszłyśmy w swoje strony, a w tym samym czasie głosy liderów zaczęły wybrzmiewać na całej Bursztynowej Wyspie.

✩ ★ ✩ ★ ✩
Jeszcze przed wyznaczeniem nowej terminatorki medycznej

Starałam się pomóc pani Ćmiemu Księżycowi w sprawach medycznych, jak tylko mogłam, ponieważ w końcu była teraz całkiem sama z całym klanem na głowie. Pani Wieczne Zaćmienie przeszła na emeryturę i odpoczywała w legowisku starszyzny, skupiając się na sobie i swoich przyjaciołach, szczególnie pani Pietruszkowej Błyskawicy. Cały klan plotkował o ich zbliżeniu do siebie, jednak ja nie zwracałam na to uwagi. Weszłam do legowiska medycznego i ujrzałam panią Ćmę, do której przyszła jedną z córek pani Pietruszki — pani Przepiórcza Wichura. Kiedy podeszłam trochę bliżej, dostrzegłam, że jej skóra jest podrażniona, a gdzieniegdzie widać było ślady po pazurach, po czym wywnioskowałam, że nabawiła się swędzącej infekcji już jakiś czas temu, a teraz przerodziło się to w podrażnienie skóry.
— Dzień Dobry pani Ćmi Księżycu, dzień dobry pani Przepiórcza Wichuro, czy mogłabym jakoś pomóc?
Przepiórka zwróciła do mnie swoją głowę, wpatrując się we mnie przez kilka uderzeń serca, natomiast Ćma jedynie strzepnęła delikatnie uchem. W zasadzie zdążyłam się już do tego przyzwyczaić. Rzadko kiedy od razu odpowiadała, lub z jej pyska wychodziło bardziej złożone zdanie. Zazwyczaj jedyną rzeczą, jaka mogła potwierdzić cię w tym, że ta może słucha twojego wywodu, były właśnie takie małe sygnały. Strzepnięcie końcówką czy to ucha, czy to ogona, a może nieznaczne odwrócenie głowy… Coś tego typu. Po chwili jednak odezwała się, ogonem wskazując na miejsce niedaleko siebie.
— Możesz usiąść i obserwować, jeśli chcesz — miauknęła, a w mojej głowie pojawiła się myśl, że pewnie po prostu nie ma czasu ani siły na to, aby pozbyć się mnie z ogona, ponieważ zazwyczaj nie dawała mi możliwości, aby jakkolwiek jej pomóc ani nawet obserwować, a teraz dostałam przyzwolenie na naukę poprzez słuchanie oraz patrzenie.
— Dziękuję — mruknęłam, zajmując swoje miejsce.
W tym czasie medyczka zniknęła w kąciku z ziołami po to, aby dosłownie chwilę później wrócić z kilkoma ziołami. Wśród nich rozpoznałam suche liście dębu oraz skrzyp, jednak oprócz tych dwóch ziół był tam jeszcze jeden medykament, którego nazwy nie kojarzyłam. Podczas gdy dotychczasowa Asystentka zaczęła zajmować się swoją pacjentką, ujrzałam coś, na czym mogłam się oprzeć, aby zidentyfikować kwiat. Była to aksamitka. Rozpoznałam ją przez niewielkie kwiaty w odcieniach żółci i pomarańczu. Zaczęła przetwarzać wszystko na papkę, żeby nałożyć ją na podrażnienia po to, aby zapobiec ewentualnemu wyłysieniu czy infekcji. Z pyska pani Wichury uleciało westchnienie ulgi, kiedy chłodna maść lecznicza znalazła się na jej skórze. Po zakończonym zabiegu delikatnie uśmiechnęła się do srebrnej.
— Dziękuję Ćmi Księżycu, od razu czuję się lepiej i już nie swędzi tak bardzo…
— Zostań u mnie do rana, aby to wszystko miało szansę dobrze się wchłonąć. Rano dokładnie cię zbadam i jeśli wszystko będzie dobrze, wrócisz do swoich obowiązków.
— Dobrze — powiedziała Przepiórka, przygarniając jedno z wolnych legowisk przeznaczonych dla chorych kotów.
W czasie jej zabiegu, do lecznicy weszły trzy koty. Byli to konkretnie Promieniste Słońce, Mroźny Wicher oraz Psotny Nietoperz, wtedy znana jako Nietoperza Łapa. Pierwszy z wymienionych miał w łapie kolec i nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie fakt, że jego rozmiar był… Co najmniej zdumiewający. Oprócz tego było tam kilka pojedynczych zadrapań, które też wyglądały na wiadomość od kolców, że tam były. Mróz wyglądał, jakby przejechało po nim stado kotów z jakimiś nadprzyrodzonymi siłami, natomiast Nietoperka… Cóż, otóż ona wyglądała, jakby wskoczyła prosto w stertę kolców róży, jeżyn oraz innych takich. Na ich widok we dwójkę — mentora i uczennicy — stwierdziłam, że coś stało im się razem. Być może to kwestia jakiegoś wypadku podczas treningu, patrolu czy tam po prostu spaceru, w sumie średnio ważne. Pani Ćmi Księżyc zajęła się właśnie tą dwójką, skacząc od jednego do drugiego, podczas gdy Mróz stał jakby oszołomiony. Spojrzałam na Ćmę, chcąc zapytać, czy mogę jakoś pomóc, jednak ona wyglądała, jakby miała już na głowie wystarczająco dużo. Skakałam wzrokiem między opływającym z rzeczywistości Wichrem, a asystentką medyczki, nie wiedząc co zrobić. W końcu ze zrezygnowaniem wzdychnęłam, strzepując ogonem. Żwawym krokiem podeszłam do wojownika, delikatnie trącając go łapą.
— Przepraszam panie Mroźny Wichrze… Pani Ćmi Księżyc wygląda na bardzo zajętą, więc jeśli pan pozwoli, to ja spróbuję jakoś panu pomóc. W końcu teoretycznie jestem prawie protektorką, więc mam wiedzę medyczną!
Kocur spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem, słabo kiwając głową. Delikatnie się uśmiechnęłam, ukradkiem spoglądając kolejny raz na srebrną. Myślałam, że już zdążyła “zauważyć”, a raczej wyczuć, że nie siedzę tam, gdzie miałam siedzieć, jednak ona nadal zajmowała się swoimi pacjentami. Możliwe, że nie dostrzegła tej zmiany przez zbyt dużą ilość bodźców wokół niej? Nieważne, jeden musi ogon. W tym samym czasie mój chwilowy “podopieczny” zaczął mówić.
— Od jakiegoś księżyca mam ogromne problemy ze snem, już trochę nie daję rady w codziennym życiu klanowym… Dasz radę jakoś mi z tym pomóc?...
“Prosty przypadek… Przecież niczego nie skrzacze, prawda?...” — pomyślałam, kiwając energicznie głową w ramach odpowiedzi.
Zmęczone oczy pana Mroźnego Wichru rozbłysły niczym pojedyncza, pierwsza gwiazdka na niebie, swoim blaskiem rozświetlając całe niebo.
Nie byłam pewna czy mogę skorzystać ze składziku ziół medycznych, jednak już z tej odległości widziałam na konkretnej półce spory zapas maku. Z sercem dudniącym w klatce piersiowej tak mocno, jakby chciało z niej wyskoczyć, weszłam do środka, szybko zgarniając odpowiednią ilość medykamentu, aby wrócić do kocura.
— Proszę, niech pan to zje i położy się u siebie w legowisku, będzie pan spać jak mały kociak! — mruknęłam, czując pewnego rodzaju dumę z tego, że udało mi się jakoś pomóc poszkodowanemu.
— Dziękuję Astrowa Łapo, będzie z ciebie dobra protektorka — odparł starszy, po czym powolnym krokiem wyszedł z lecznicy. W tym czasie medyczka prawie skończyła zajmować się Promieniem i Nietoperką, tłumacząc im osobno, kiedy mają do niej wrócić. Stanęłam obok, czekając dopóki nie wyjdą na zewnątrz, a kiedy już to zrobili, od razu zwróciłam się do pani Ćmiego Księżyca.
— Pani Ćmi Księżycu, kiedy zajmowała się pani panem Promienistym Słońcem i Psotną Łapą, pomogłam panu Mroźnemu Wichrowi z bezsennością. Przepraszam, wiem, że nie powinnam bez pani zgody, ale wyglądała pani na bardzo zajętą i zarobioną… Dałam mu ziarna maku… Jeszcze raz przepraszam, wiem, że nie powinnam…

< Pani Ćmi Księżycu? Błagam niech mnie pani nie zjada… >
[ 2155 słów, trening medyka ]

[przyznano 43%]


Wyleczeni: Mroźny Wicher 

31 maja 2025

Od Ćmiego Księżyca CD. Aster

Lubiła kocięta. Lubiła ich czyste, nieskażone serduszka. Lubiła ich słodkie pomiaukiwania... Ale teraz zaczynała już być zmęczona.
Sen zawsze był dla niej problematyczny, niepewny i niespokojny. Szepty, nieprzyjemne sny i dziwne stany półjawy i półkoszmaru... To wszystko było dla niej codziennością. Każda sekunda, każdy oddech zaczerpnięty w błogim odpoczynku był dla niej wybawieniem, czymś niemal ulotnym, nieosiągalnym. Dlatego też, kiedy cieniutki, słaby głosik wyrwał ją z tej nieuchwytnej chwili... A teraz wciąż, wciąż piszczał i piszczał... Nie mogła się skupić, nie mogła skoncentrować się na tym, aby na nikogo nie nadepnąć, nie pomylić ziół...
Słyszała, jak kociątko dzielnie budzi resztę kotów w żłobku. Wiedziała, że to było jej zadanie, zwłaszcza że Aster sama nie czuła się zbyt dobrze, sama kasłała, a nóżki jej się uginały. Ale serce jej się krajało, kiedy kociak tak bardzo chciał jej pomóc, a ona nie miała ani siły, ani pomysłu, w jaki sposób mógłby się jej przydać, jednocześnie nie sprawiając jeszcze większych problemów, pałętając jej się pod łapami. Kiedy znów usłyszała te podekscytowane piski.
— Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? Nawet jeśli miałabym po prostu pilnować oddechu Jeżynka i Kukułki... Proszę. — Spojrzała w miejsce, z którego dobiegały słowa. Niewidzące ślepia niemal same jej się zamykały; musiała obudzić Zaćmienie, przynajmniej ją; nie chciała jeszcze bardziej obciążać starego ciała Liściastego Futra, ale pomoc siostry była dla niej niezbędna.
— Nie, nie Aster... — rzuciła, kończąc rozmowę z kocięciem.
— Aster! — Głos Mamrok rozniósł się po legowisku, robiąc robotę za Ćme. Szylkretowa medyczka już po chwili stała rozbudzona i rozglądała się po chorych. Srebrna była jej bardzo, bardzo wdzięczna. — Aster, chodź tutaj, nie przeszkadzaj Paniom Medyczkom w pracy!


* * *

Zaćmienie często wychodziła. Musiały znaleźć potrzebne lekarstwa, a w Pore Nagich Drzew było to zdecydowanie cięższe niż w jakąkolwiek inną część roku. Ćma tak bardzo się bała, że to wszystko przerodzi się w coś gorszego, w coś, czego nie będą umiały utrzymać w ryzach, a co ostatecznie przyniesie ze sobą okropne konsekwencje. Była zmęczona, była przebodźcowana.
Nigdy wcześniej w legowisku medyków nie było takiego tłoku. Nie wiedziała, w co ma włożyć łapy. Było tyle do roboty... Musiała poprosić babcie o oddelegowanie do pomocy jakiegoś wojownika, który mógłby sprawić, że walka z epidemią będzie chociaż trochę prostsza.
Miedziana Iskra była jedynym powodem, przez który jeszcze nie oszalała, nie zwinęła się w kłębek, szlochając przez cały dzień. Niestety... Nawet jej nie oszczędził pech. Pewnego dnia, kiedy Wieczne Zaćmienie z samego rana wybrała się na poszukiwanie lubczyku, dołączając do jednego z patroli, który kierował się do Złotych Kłosów, czekoladowa wojowniczka przyszła z okropną chrypą. Ćmi Księżyc, słysząc jej skrzeczący głos, niemal podupadła w sobie.
"Najdroższy Klanie Gwiazdy... Za co tak nas karzesz..." — Te słowa dudniły jej w głowie od kilku wschodów słońca, ale teraz stały się jeszcze głośniejsze.
— Prze-przepraszam za kłopot... Wiem, że miałam być pomocą, a tylko bardziej namieszałam, ha ha! — zaśmiała się niezręcznie wojowniczka, kiedy z podkulonym ogonem czekała przed składzikiem. Ćma złapała w pysk plaster miodu, który owinęły w liście buku, kiedy był świeżo zebrany od pracowitych pszczół. To jedyne co była w tym momencie w stanie podać szylkretce.
Miedź ze smakiem wylizała lepką ciecz z plastra, odczuwając ulgę niemal natychmiastowo. Od razu wzięła się do swoich obowiązków. Pomogła w wymianie przepoconego, zasmarkanego mchu, a następnie przyniosła świeży, aby wyścielić legowiska, a także taki, który nasączyła wodą z wodospadu, która jeszcze nie zamarzła całkowicie.
Na szczęście, chociaż pogoda nie była do końca sprzyjająca, a ziół mogłoby być więcej, kocięta były silne i nawet z kaszlem i mokrym od smarków noskiem bawiły się i brykały. Wszystko musiało dobrze się skończyć, prawda?

* * *

Siedziała w bezruchu.
Iskierka zgasła.
Iskierka, która rozjaśniała jej drogę, iskierka, która migotała, kiedy najbardziej potrzebowała wskazania kierunku... Ta iskierka odeszła, ta iskierka teraz będzie świecić na nocnym niebie...
Śmierć Liściastego Futra była niespodziewanie spodziewana. Oczywiście, medyczka była już w podeszłym wieku, jednak nie na tyle, aby z dnia na dzień odejść do Klanu Gwiazdy. Nie na tyle, aby zostawiać ją i Zaćmienie z całym Klanem Klifu na barkach. To była najokrutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiła niebieska kotka.
Medyczkę, leżącą spokojnie, znalazła porankiem szylkretka. Starsza była zimna i sztywna, ale pysk był pogodny, niemal pocieszający. Zupełnie jakby to był jej ostatni gest przed odejściem z doczesnego świata, jakby chciała poklepać je po grzbietach i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, że wciąż nad nimi czuwa. Cały klan nagle znalazł chwilę, aby wcisnąć się do legowiska kotek i zobaczyć co się stało; szybko jednak wychodzili, oddając się swojej własnej żałobie. Ćmi Księżyc siedziała w kącie, z dala od szeptów, z dala od cichy łez, które moczyły kamienną posadzkę. Sunęła pazurem po kamieniach, a uczucie zgrzytu przechodziło po całym ciele, uspokajając ją nieznacznie. Ona sama nie łkała; to nie miało sensu.
"Liściasta Futro jest tam, gdzie powinna być. Jest z Morskim Okiem, jest z Czereśniową Gałązką i z wszystkimi innymi kotami, które polują wraz z Klanem Gwiazdy na bezkresnych łąkach... Nie przejmuję się epidemiami, brakiem zwierzyny... To ona powinna ronić łzy za nas, za nasze marne życia..."

* * *

Po tych wszystkich nieszczęściach Klan Gwiazdy nie dawał im odpocząć. Po jednym smutku, następował kolejny. Kiedy oczywiste było, że starsi odchodzą, to nikt nie był gotowy na zniknięcie małego Jeżynka. Kociątko gdzieś... Przepadło. Akurat wtedy, kiedy cała gromada chorych poczuła się znacznie lepiej, kiedy wypuściły ich z siostrą z legowiska, wszystko się posypało. Patrole próbowały go odnaleźć, Mamrok wygryzała sobie niemal sierść z obawy o synka, a malutka biedna Aster zawodząc ogromnie, wołała brata dzień i noc, wyrywając się wręcz, aby samej wyruszyć na własne poszukiwania. Kiedy nie próbowała wymknąć się z obozu, aby "pomóc" grupom wytypowanym do tego zadania, siedziała w ciszy, pociągając noskiem, wpatrzona w ziemie. 
Ćma "widziała" jej drobną, smutnie migocząca iskierkę, słyszała, jak łka, a przyciszone piski wydobywają się z jej nieszczęśliwej mordki. Zbliżyła się powoli, nie chcąc jej wystraszyć. Usiadła i owinęła swój miękki ogon wokół drobnej sylwetki. 
— Wszyscy coś tracimy... — powiedziała cicho, wpatrując się przed siebie. 

<Aster?>

Wyleczeni: Miedziany Kieł, Mamrok, Półślepy Świstak, Kukułka, Aster, Jeżynek

24 maja 2025

Od Aster Do Ćmiego Księżyca

Obudziłam się w środku nocy, ponieważ męczył mnie nieznośny kaszel. Powoli otworzyłam oczy, aby sprawdzić, czy inni śpią. Na szczęście spali, ale dało się zauważyć, a raczej usłyszeć, że nie tylko mnie on dręczył, pomieszany z bólem gardła. Jeżynek praktycznie krztusił się od kaszlu, więc jako jego siostra oczywiście się przestraszyłam, że jego też to może boleć. Z resztą nie tylko jego, moja Mamusia także pokasływała. Delikatnie się podnosząc, wyznaczyłam sobie misję.
„ Muszę iść do Pani Ćmy, żeby im pomogła. ”
Może nigdy z nią zbytnio nie rozmawiałam, ale widziałam ją czasami poza lecznicą. Wydawała mi się najbardziej “dobrze” nastawiona do małych, futrzastych kłaków, dokładnie takich, jak ja. Z niewiadomych przyczyn trochę widziałam w niej siebie. Zawsze jeśli coś się dzieje, nawet nie z jej winy, to obwinia siebie. Ja mam tak samo… Oprócz tego, jest cichą, ale i uczynną, troskliwą i milusią Panią medyczną asystentką. Po prostu trochę czułam się tak, jakby nie umiała tego do końca pokazać. Co najśmieszniejsze, ja też mam identycznie!
Dusząc kaszel, w cieniu ruszyłam w stronę światła księżyca, które delikatnie “wlewało się” do środka. W końcu nie chciałam, żeby ktoś jeszcze się obudził. Z sukcesem udało mi się cichutko dojść do wyjścia ze żłobka, gdzie odetchnęłam i wykasłałam się, a przynajmniej, na chwilę wtedy obecną. Następnie, cicho niczym malutka myszeczka, w blasku księżyca podążyłam do lecznicy. Stanęłam przy boku wejścia i wysunęłam się tak, aby było widać jedynie moje puchate uszka, błękitne oczka, oraz mały, łaciaty nosek. Było czysto, więc wślizgnęłam się do środka. Namierzyłam wzrokiem posłanie Pani Ćmiego Księżyca, a następnie zaczęłam powoli do niego podchodzić. W panującym tam półmroku, mogłam zauważyć, jak klatka piersiowa Asystentki Pani Liściastego Futra rytmicznie podnosi się i opada. Delikatnie szturchnęłam ją łapką, szeptając:
— Pani Ćmi Księżycu, nie mo- nie dałam rady dokończyć, pod wpływem kolejnego ataku kaszlu. Kiedy już się uspokoiłam, spokojnie dokończyłam.
— Nie mogę spać. Moja Mamusia i Brat też… Możesz im pomóc? Ja chciałbym pomóc Pani w pomaganiu im, mogę? — spytałam błagalnym głosikiem, robiąc najsłodsze oczka jakie umiałam.
Przestraszyłam się, bo najpierw kotka coś mruknęła pod nosem i się przekręciła, a kiedy kasłnęłam, to nagle zerwała się na równe łapy.
— A-ah! — wymamrotała, zrywając się jakbym wywołała pożar.
— Chodź tu... — mruknęła, pochylając się nisko, aby następnie delikatnie przycisnąć ucho do mojej malutkiej piersi. — Oddychaj — poleciła miękko.
Lubiłam Panią Ćmę, ponieważ może i była cicha, ale za to bardzo miła i czuła.
Grzecznie wykonałam polecenie Pani Ćmy, a kiedy już zabrała głowę, cicho mruknęłam.
— Mi nic nie jest, boje się o Mamusie i Jeżynka. Możemy im pomóc? Ja nie jestem taka ważna jak oni.
Mówiąc to, o mało co nie wyplułam płuc, ale nie dałam po sobie tego poznać, nie ja tu byłam najważniejsza.
— I przepraszam, że Cię obudziłam, nie chciałam Cię przestraszyć, ani zakłócać Ci snu, ale boję się o nich... Mną zajmij się na końcu. A teraz chodź! — pisnęłam, delikatnie szturchając ją główką.
Kiedy z mojego pyszczka wyrwało się kilka urywanych, dosyć płytkich wydechów, które trochę przypominało kaszlnięcie, odsunęła się prędko. Rozumiałam ją. W końcu była medyczką, nie mogła być chora.
— Przestań — rzuciła sucho, odsuwając mnie delikatnie na bok, kierując się po cichu, do składziku. Po chwili wyłoniła się ze spiżarni.
— Zaprowadź mnie…
Kiedy Pani Ćma szorstko się odezwała, trochę mnie to spłoszyło. Nie dałam się jednak tak łatwo i kiedy kocica poszła do składziku, ja wróciłam dokładnie w to samo miejsce.
— Oczywiście, już Panią prowadzę — szepnęłam wesoło wymachując ogonkiem.
Po chwili analizowania tonu Pani Ćmiego Księżyca, powoli do mnie dotarło, że nie dodała nic o tym, czy mogę jej pomóc. Bardzo mnie to zasmuciło, bo chciałam pomóc. Nie wiem dlaczego, ale ciągnęło mnie do tego tak bardzo, jak do zabawy piórkami.
— Czyli... Nie będę mogła pomóc? — spytałam zrezygnowana, opuszczając małą główkę w dół.
Pani Ćma najpierw tylko przekręciła ucho, chyba żeby pokazać, że mnie nie olewa, a potem, w końcu, po dłuższej chwili ciszy odezwała się.
— Nie... Nie dziś…
— O-oh... Rozumiem — powiedziałam lekko potrząsając główką.
— Pewnie ma już Pani dużo na głowie, a jakiś schorowany kociak, pałętający się pod łapami na pewno nie pomoże... — powiedziałam uświadamiając sobie, jakim byłabym ciężarem.
— Może... Może jak już będę duża, to będę mogła Pani pomóc. Jesteśmy — powiedziałam, wchodząc do żłobka, z którego fale gorąca wylewały się wraz z nieprzyjemnym odorem. Zmartwiło mnie to, jakie gorąco odczuwałam ze strony Jeżynka.
— On... On chyba ma gorączkę... Mój biedny brat...— powiedziałam, czule głaskając go ogonem po głowie.
Nie byłam jednak ani uczennicą medyka, ani nawet uczennicą, więc odsunęłam się, dając miejsce profesjonalistce.
— Jutro pomogę Pani Postrzępionej Łapie w ogarnięciu legowisk — szepnęłam, odsuwając się od kasłającego kocurka.
Zanim Pani Ćmi Księżyc zbliżyła się do schorowanego, nieśmiało spytałam.
— Co to jest za zioło? — wskazując nieznacznym ale widocznym nawet w półmroku ruchem ogona.
— Floks — rzuciła jedynie, stojąc na wejściu.
Zatrzymałam się na chwilę i w głowie zanotowałam tą nazwę, przyglądając się dokładnie kwiecie, znajdującym się w pysku
„Floks, dobry na kaszel. Małe, różowe kwiatuszki, ma długie łodyżki. Prawdopodobnie trzeba go z czymś wymieszać…”
Potem, zaczęła delikatnie szurać łapą między posłaniami, aby znaleźć chorych, a przynajmniej, tak mi się wydawało. Po chwili musnęła ciało mojego brata.
— Mmhm... — mruknęła na początku, co nie wróżyło niczego dobrego.
— Aster, obudź ich, a potem zaprowadź do legowiska medyków. — powiedziała w końcu, stając z powrotem przy wejściu.
— Dobrze Pani Ćmi Księżycu — mruknęłam, schylając się do brata.
— Jeżynku, Jeżynku! — szepnęłam, szturchając go łapką. — Chodź, musimy iść...
Kocurek wybełkotał coś niezrozumiałego, a potem mozolnie wygramolił się z posłania. To obudziło moją mamusie, która pilnowała nas jak oczka w głowie.
— C-co się dzieje? — spytała, gwałtownie się podnosząc.
— Mamusiu, musisz iść do pani Ćmiego Księżyca. Zabierz ze sobą Jeżynka — mruknęłam cicho, zatrzymując wzrok na jeszcze jednej, ostatniej kasłającej kulce.
Podeszłam do liliowej koteczki delikatnie i dotknęłam jej noskiem. Ta podniosła głowę i zatrzymała wzrok prosto na mnie.
— Kukułko, musisz iść do Pani Ćmiego Księżyca... — zaczęłam, kiedy ta zgrabnie się podnosiła. — Choć, idziemy.
We dwójkę podreptałyśmy razem do legowiska medyczek, a w półmroku mogłam zauważyć, jak końcówka ogona Pani Ćmy lekko drga.
Moja mama wzięła braciszka za kark, a potem wraz z liliową u boku, we trójkę udali się do legowiska Pani Liściastego Futra. Delikatnie zbliżyłam się do medyczki, stojącej nad innymi maluchami, oraz Mamrok.
"Pewnie sprawdza, czy też oni kaszlą..." — pomyślałam, czekając aż skończy.
Kiedy już się podniosła, spojrzałam na nią i błagalnie spytałam:
— Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? Nawet jeśli miałabym po prostu pilnować oddechu Jeżynka i Kukułki... Proszę.

< Pani Ćmi Księżycu? Bardzo ładnie Proszę! >