BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świetlisty Potok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świetlisty Potok. Pokaż wszystkie posty

28 sierpnia 2019

Od Świetlistego Potoku cd. Błękitnej Cętki

W tamtej chwili była całkowicie przekonana, że świat za chwilę rozpadnie się na miliony kawałeczków.
Zamrugała. Ziemia nie uciekła jej spod łap, chmury wciąż wolno płynęły po niebie, w długiej trawie leniwie cykały świerszcze. A przecież nic, zupełnie nic nie było w porządku i Świetlista poczuła nagle dogłębną urazę do natury za obojętność, jaką okazywała rozgrywającej się na jej łonie tragedii.
W przeciągu kilku ostatnich minut na jaw wyszło wiele –zbyt wiele, a nie mogła teraz stracić głowy. Powiodła wzrokiem po rozległej połaci trawy, desperacko szukając jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś stałego, co pomogłoby jej przetrwać ten chaos. Wybrała ciemny pas lasu na granicy z Klanem Wilka; miała wrażenie, że wszystko inne obróciło się już do góry nogami.
Powoli wstała. Kilka uderzeń serca, które zajęło jej pokonanie dzielącego je dystansu, zdawało się ciągnąć w bezgłośną nieskończoność.
– Twój ogon… jest z nim źle – szepnęła, spuszczając wzrok na ziemię, kiedy stanęła za Błękitną Cętką. Na jej pyszczek zabłąkała się namiastka niepewnego uśmiechu. – Powinnyśmy wracać do obozu. Burzowe Serce musi to zbadać, inaczej może się zakazić i...
– Usłyszałaś, co powiedziałam?
– Słyszałam, Błękit. – Wbiła pazury w ziemię, starając się uspokoić drżenie głosu. – Słyszałam. Dlatego chcę, żebyśmy wracały. Jeżeli wda się się infekcja, to będziesz zagrożona nie tylko ty, ale i… twoje dzieci...
To brzmiało okropnie surrealistycznie; z trudem w ogóle przeszło jej przez gardło. Musiała skupić się na rzeczywistości. Ziemia. Jej własne łapy – zabrudzone smugami rdzawej krwi… Do kogo należała? Do jej rannej przyjaciółki, czy do kocura, którego kochała? Którego kocięta miała urodzić, a mimo to musiała dzisiaj patrzeć na jego martwe ciało i samodzielnie go pochować?
“Tak się kończy zdrada klanu”, zazgrzytał głos w jej uszach; o mało nie podskoczyła. Gwiezdni! Przez moment poczuła, jak serce przestaje jej bić. Jeżeli to oni stali za śmiercią ukochanego jej przyjaciółki, to…
“...nie ma już ratunku”, podpowiedziało jej coś w głowie, ale wściekle odrzuciła tę myśl. Musiał być. Przynajmniej ten jeden raz. Klan Gwiazdy nie będzie gnębił Błękit. Świetlista coś wymyśli… po prostu musi wymyślić, bo inaczej cały ten świat może iść się zawalić. Ale nie teraz, kiedy czuła, że zaraz pęknie jej głowa.
Na razie wiedziała tylko tyle, że bezwzględnie muszą wrócić do obozu.
Uniosła głowę i przesunęła się, by zobaczyć pysk swojej zastępczyni; czekała, uparcie szukając jej spojrzenia. W końcu znalazła je na ułamek sekundy i wstrzymała oddech, widząc, ile nowego cierpienia kryje jego głębia. Potem wzrok Błękitnej Cętki uskoczył gdzieś w bok i pozostał tylko bolesny powidok.
– Chyba... masz rację – odpowiedziała wreszcie; jej głos zabrzmiał martwo, jakby na jej serce spadł właśnie cały ciężar ostatnich przeżyć. Podniosła się na łapy, ogarniając grób kocura ostatnim, gorzkim spojrzeniem, po czym westchnęła cicho. Nim odwróciła się do przyjaciółki, zapadłe między nimi milczenie wypełniał tylko odległy świst wiatru. – Chodźmy.
Szylkretka przyjęła jej słowa skinieniem głowy, po czym wolno, łapa za łapą, obydwie ruszyły w drogę.
Podczas wędrówki nie mówiły wiele. Świetlisty Potok gładko zepchnęła rozważania nad całą sytuacją na drugi plan; wszystkie nowe zdarzenia analizowały się samoczynnie, właściwie bez jej udziału, a całość utrzymywała się gdzieś głęboko z tyłu, poza zasięgiem zwykłych myśli. Te zaś błąkały się luzem po jej głowie, to kształtując nieprzytomne spostrzeżenie na temat szarej pogody, to każąc jej z niepokojem zerknąć na Błękit, która przecinała łąkę tuż za nią, a innym razem dźgały ją tylko igiełkami wątpliwości i wstydu. ("Nie powinnam była przynajmniej krótko wyrazić współczucia? Niech to szlag, oczywiście, że powinnam, ale wolałam od razu bez krzty taktu przypominać o zranionym ogonie. Jak to ja. Mogli mnie nazwać Chodzące Rozczarowanie, byłoby bardziej adekwatnie"). Poza takimi niepowiązanymi skrawkami świadomości nie pojawiało się nic wartego uwagi, tak więc bez większej przesady można powiedzieć, że przez większość drogi nie myślała o niczym – przynajmniej do czasu, kiedy niespodziewanie postanowiła się odezwać.
– Mogą cię znienawidzić… – powiedziała w zadumie, nie stając ani nie odwracając głowy. – Jesteś… jesteście w niebezpieczeństwie.
– Tak myślisz? – Zaskoczenie w głosie Błękitnej Cętki, zabarwione lekko smutkiem, jakby wiedziała, że nie może zaprzeczyć, brutalnie uświadomiło zamyślonej dotąd Świetlistej, że musi zdecydowanie bardziej uważać na słowa.
– To znaczy… Uch, nie chodziło mi o klan. Nie nasz klan, w każdym razie. Miałam na myśli ten cały Klan Gwiazdy. – Z trudem powstrzymała się od bluźnierczych epitetów. Przez głowę przemknęła jej myśl, że Błękit miała prawo ukarać ją za wyrażanie się o przodkach takim tonem, ale jakoś zadziwiająco słabo ją to w tamtym momencie interesowało. Zanim przyjaciółka zdążyła się odezwać, kontynuowała, nadal celując wzrokiem prosto przed siebie; jej głos zyskał gorączkową nutę, która ostatnio pojawiała się w nim często, kiedy nie miała czasu na zażycie uspokajających ziół. – Ale nie martw się. Będę was bronić. Dopóki żyję, żaden z nich… nikt nie skrzywdzi ciebie ani twoich dzieci.
Zostało to wypowiedziane z tak stalową pewnością, że gdyby nie przygarbiona postura kotki i łagodne wybrzuszenia kości pod wyliniałą sierścią, gdyby nie dziwny, dziki błysk w oczach, przez który nie sprawiała wrażenia, żeby mogła obiecać choćby kulkę z mchu kociakowi, mogłaby oznajmić, że siłą woli zatrzyma bieg słońca po niebie i każdy święcie by w to uwierzył.
Zapewnienia musiało przecież wystarczyć dla dwóch serc.
Błękitna Cętka wciągnęła powietrze. Łaciata mogła wyczuć jej zmieszanie: jeden wielki natłok zupełnie różnych emocji, których nie mogła od siebie oddzielić. Poza dwiema. Jedną z nich była najzwyklejsza w świecie ulga; gdy ją zauważyła, przed oczami natychmiast stanął jej widok wykrzywionego strachem i złością pyska niebieskiej, kiedy znalazła ją przy ciele ukochanego, i poczuła, jak ściska jej się serce. Czyżby Błękit bała się, że łaciata stanie przeciwko niej?
– Dziękuję... – wyrzuciła z siebie cicho zastępczyni. Chyba chciała dodać coś jeszcze, ale nie wiedziała jak. I tu wmieszało się drugie uczucie – niepokój. Niecodzienne połączenie. Przyspieszyła nieco, by zrównać się z idącą przodem przyjaciółką, a trawa zachrzęściła pod jej łapami. Świetlista poczuła na sobie dotyk jej uniesionych wąsów. – Ale dlaczego chcesz chronić mnie przed Klanem Gwiazdy…?
Ach, dlaczego…
Jeszcze kilka księżyców temu byłoby to jej ulubione pytanie. Jeszcze niedawno, pomimo swojej niechęci do długich rozmów, na ten konkretny temat potrafiłaby się rozwijać godzinami, nie pozostawiając na “szlachetnych przodkach” suchej nitki. Mogłaby wypunktować każdą krzywdę, którą jej wyrządzono, dokładnie opisać wszystko, co musiała przejść tylko dlatego, że taka była – bo co do tego nie miała przecież najmniejszych wątpliwości – wola Klanu Gwiazdy.
Ale teraz wspomnienia te zatarły się, zmyte falą obojętności przyniesionej przez leki, a po mniej lub bardziej uzasadnionych uprzedzeniach pozostał jedynie żarłoczny strach.
Dlaczego...?
– To… to nieważne – mruknęła nerwowo, a do jej głosu wkradła się nuta irytacji. – Ktokolwiek by to nie był… Obronię was. Obiecuję.
...Bo Klanu Gwiazdy musiała się bać.
***
– I wtedy zajączek powiedział do swojego przyjaciela...
– To nudne jak flaki z olejem! – oznajmiła wyniośle niebiesko-biała, tupiąc łapką ze zniecierpliwieniem. – Nie umiesz opowiadać!
Świetlista wywróciła oczami z poirytowaniem. W słuchowiskowy gust Chaberka naprawdę ciężko było trafić, szczególnie, kiedy była nadąsana, a sytuacji nie poprawiał fakt, że jej bracia magicznie zniknęli ze żłobka wraz z wymarszem grupy wybranych na zgromadzenie. Zgromadzenie, podczas którego znienacka rozszalało się niszczycielskie gradobicie. Prawdę mówiąc, szylkretka wciąż drżała lekko po tym, jak musiała zostać niemal siłą usadzona w żłobku przez Orli Trzepot – gdyby nie zimna krew i uspokajające słowa kocura, który, o ironio, był jej dawnym uczniem, już dawno z przerażeniem pędziłaby w stronę polany, spodziewając się najgorszego.
Teraz natomiast siedziała w wygodnym, suchym żłobku, wcale nie bojąc się przez to mniej.
– Tak? No to nagle z krzaków wyskoczył lisek-chytrusek i zaciupał zajączka, została tylko plama krwi – odwarknęła, czując, jak puszczają jej nerwy. Zaraz jednak pobladła; przecież nie może demoralizować dzieci przyjaciółki! – Eee, to znaczy…
– No, to to ja rozumiem! – Ku przerażeniu wojowniczki koteczka rozpromieniła się nagle, a nawet grzecznie usadowiła swoją tylną część na mchu. – Dużo było tej krwi? W jakim kolorze? I gdzie on go potem zabrał?
– Ehehehe… Wiesz co, Chaber, może jednak wrócimy do tej poprzedniej… – Ukryta groźba w niebieskich ślepkach efektywnie ucięła jej zdanie w połowie. – No cóż, to trochę chyba… tej krwi było… I zabrał go pewnie do swoich dzieci – ciągnęła z zakłopotaniem, jednocześnie z niecierpliwością strzygąc uszami. W końcu małe liski też muszą jeść, prawda? To chyba nie jest nic straszne-
– A one go rozszarpały, tak? Zjadły flaki najpierw, czy później?
– Przepraszam cię na moment. – Z trudem powstrzymując napięte emocje przed wylaniem się do jej głosu, wstała i pośpiesznie wyszła ze żłobka, nie zwracając uwagi na niezadowolone “hej!”. Wychodząc z zagłębienia na miejsce, z którego strażnicy patrolowali teren, spojrzała mimowolnie w dół: polanę zaściełały topniejące wolno kuleczki gradu, i na na ile mogła stwierdzić, powoli przestawały spadać. Niewiele jej to jednak pomagało. – Orli Trzepocie, ja już naprawdę zaraz…
– Ale popatrz, już wracają! – Na dźwięk słów kocura odwróciła się z szybkością błyskawicy. Rzeczywiście, wśród łąk było widać sylwetki całej grupki kotów – chociaż czy byli wśród nich Hiacynt i Narcyz, nie mogła z takiej odległości stwierdzić.
– Pilnuj Chaber! – wrzasnęła jeszcze na odchodne i puściła się biegiem w dół zbocza, przeklinając głośno, kiedy po drodze potknęła się o jakiś porzucony przez burzę konar. Nie powstrzymało jej to jednak przed ruszeniem dalej z jeszcze większą prędkością.
Zbliżając się, dostrzegała coraz więcej szczegółów – jak na przykład to, że niektórzy z członków klanu są poobijani, a ich obrażenia, prócz tych wywołanych uderzeniami gradu, niepokojąco przypominały te bitewne. Oraz to, że dwaj niesforni bracia bezpiecznie wracali do domu wraz z całą resztą grupy; na ten widok poczuła się, jakby naprawdę ciężki głaz właśnie spadł jej z serca.
Wciąż jednak daleko jej było do spokoju.
– Co wy sobie myślicie!? – wydyszała z trudem, wymijając innych klanowiczów i ze złością patrząc na całą czwórkę, w której skład niefortunnie dla siebie wszedł też Czapli Potok. – Już myślałam, że coś wam się stało! Ten grad… I, na osty i ciernie, dlaczego połowa kotów jest ranna!?

<Błękitna Cętko? Przepraszam, że tak długo ;-;>

20 lipca 2019

Od Świetlistego Potoku

 *niedługo po zgromadzeniu*

Na polanie roi się od kotów. Błądzą nieprzytomnie, słaniają, potykają się i przepychają; jedyną oznaką jako takiej świadomości tłumu są spory, podczas których niejednokrotnie dochodzi do walk, wszczynanych wśród nieznajomych i przyjaciół w przypadkowych momentach i bez żadnej widocznej przyczyny. W uszach bębni od kpiarskiego śmiechu, pogróżek, warkotu i syków; rozbrzmiewają jednocześnie blisko i odlegle, głośne i przytłumione zarazem, wywołują mdłości. Suche nocne powietrze trzaska elektrycznością przy najmniejszym poruszeniu. Z trudem wciągając je do płuc, może tylko bez zrozumienia obserwować wijące zbiegowisko poniżej, patrzeć bezradnie i z coraz wyższym niepokojem, jak nienawistne napięcie gromadzi się i gęstnieje, jak wypełnia każde miejsce i każdy kąt na polance, który pozostał jeszcze do wypełnienia, jak osiąga poziom szczytowy, żeby ostatecznie skondensować się w…
Ogłuszający huk. Ciemne chmury skręcają się w żmiję, która kąsa ziemię krwiożerczym strumieniem ognia. Krzyki i groźby zmieniają się we wrzask, chór bólu i dzikiego przerażenia. Ci, którzy jeszcze przed chwilą oddawali się bełkotliwym sprzeczkom, teraz tratują się nawzajem w panicznej ucieczce przed płonącymi jęzorami. Słychać wycie rannych, konających i palących się żywcem.
Wszystko stało się w ułamku sekundy.
Nie może się ruszyć, chociaż drży na całym ciele. Spięte mięśnie łap nie pozwalają jej zrobić kroku; jedyne, co jest w stanie zrobić, to szeroko otworzyć oczy, by wpatrywać się w nadciągającą zagładę, i wsłuchać się w kakofonię rozszalałej pożogi.
Uciekający omijają ją, pchani dziwną siłą przelewają się piętrowo tuż obok –  jak strumień wody rozdzielający się na dwoje, gdy napotyka przeszkodę. Czuje na sobie dotyk ich szorstkiej od żaru sierści, nozdrza wypełnia jej swąd palonych ciał. I dym. Nadciąga tuż za nimi, ciężki od tragedii, wdziera się jej do płuc i zaczyna dusić.
Blokada puszcza i odzyskuje władzę w ciele. Wyrywa do przodu i biegnie w stronę przeciwną do tłumu, w stronę płomieni, krztusząc się w gęstych, trujących kłębach. Cały jej świat sprowadza się do czerni dymu i czerwieniejącej ognistej poświaty; tylko Srebrna Skórka, dobrze widoczna na niebie, skrzy się swoim chłodnym blaskiem jak każdej innej nocy.
Dociera na miejsce; miota wokoło spłoszonym spojrzeniem, rozpaczliwie poszukując wzrokiem Wielkiego Drzewa, przewalonych sosnowych pni, niewielkich krzewów na skraju łąki – czegokolwiek, czegokolwiek znajomego. Natrafia jedynie na ścianę ognia. Huk i gorąco niemal zbijają ją z nóg; sierść syczy, gdy dosięgają jej płomienie. Rozgląda się jednak dalej, wciąż desperacko wypatruje, bo wie, że gdzieś tu są.
Zawsze są.
Słyszy ich. Głosy wszystkich braci i sióstr, matki i ojca. Nawet Błękit. Wszyscy krzyczą na pomoc wprost z ognistej paszczy, ze wszystkich stron, z miejsc, do których już od dawna nie da się dotrzeć. Błagają głosem, który przebija jej serce.
– To boli… Światełko, pomóż! Na pomoc!...
Dwa kroki naprzód szaleje pożar, nie pozostawiając bezpiecznych ścieżek. Nie może nic zrobić. Zaciska szczękę do bólu, czując staczające się po policzkach łzy, które parują z cichym syczeniem po kilku uderzeniach serca. Bezradna, bezsilna, przerażona. Nikogo nie uratuje.
Cofa się bezwiednie, widząc, jak płomienie niemal liżą jej przednie łapy, i znienacka czuje okrutny ból w ogonie. Odwraca się tylko po to, by zobaczyć, jak czernieje w ogniu, który bezlitośnie wspina się już po jej karku. Nie ma gdzie odskoczyć. Nie ma gdzie uciekać. Świat tonie czerwieni i żółci, w bestialskim gorącu, w duszących chmurach dymu. Teraz nie słychać już nic poza trzaskiem i sykiem płomieni, nie czuć nic prócz bólu.
Jest sama.
Umiera…
Zerwała się z posłania, dysząc ciężko. Poduszeczki jej łap były wilgotne od potu. Rozejrzała się powoli, dygocząc – światło księżyca przebijało się łagodnie przez gałęzie ostrokrzewu, oblewając sylwetki śpiących spokojnie wojowników srebrzystym blaskiem. Nie było widać śladu ognia, a zamiast dymu powietrze wypełniał zapach odpoczywających kotów i kurzu.
Z wolna dotarło do niej, że pożar był tylko snem. Położyła czoło na wyschniętym mchu. Chociaż wracała do rzeczywistości, nie mogła się uspokoić; jej oddech wciąż był nierówny i z lekka świszczący. Wspomnienia z koszmaru, niczym kadry z horroru, wciąż do niej wracały, a w uszach rozbrzmiewały jej krzyki obcych i najbliższych. O mało co znowu nie wpadła w panikę; musiała stale się kontrolować, by nie zacząć się rzucać ze strachu i nie obudzić pozostałych, a i tak drgały jej powieki, a końcówka ogona przewracała niespokojnie z boku na bok.
Nos pomarszczył jej się z wysiłku, a sierść stanęła na końcach. Co się z nią działo?
Zagubiona, uniosła wzrok na niebo i od razu zebrało jej się na wymioty. Jedna rzecz się nie zmieniła – z czarnego jak smoła nieboskłonu patrzył na nią Klan Gwiazd milionami srebrnych, zmrużonych oczu, dokładnie tak samo, jak we śnie. Jej ciałem wstrząsnął spazm na wspomnienie wycierpianych krzywd. Z trudem zmusiła się, by nie krzyknąć. Na swój sposób rzeczywistość wydała jej się straszniejsza od koszmaru.
Musiała coś zrobić. Potrzebowała spokoju, a wiedziała jak nikt inny, gdzie go znaleźć.
Tylko że medyk był w legowisku.
Podniosła się z miejsca. Tak czy owak, jedno było pewne – nie wytrzyma tutaj dłużej. Najciszej, jak potrafiła, prześlizgnęła się do wyjścia, przeskakując nad pogrążonymi we śnie wojownikami, a potem dalej, przez jasną, księżycową noc.
– Burzowe Serce... – niepewnie szepnęła w ciemność, stając w wejściu do legowiska. Czuła się mocno niekomfortowo. – Mogłabym dostać zioła na uspokojenie?
Kocur poruszył się i sennie mruknął coś pod nosem, po czym zamrugał i zmierzył ją spojrzeniem spod zmrużonych powiek.
– Jasne – odparł, pocierając pysk łapą, po czym z pewnym wysiłkiem podniósł się i wolno poczłapał w głąb jamy. – Koszmar?
Potwierdziła mruknięciem, niecierpliwie machając ogonem. Wrócił po krótkiej chwili, niosąc w pysku pęczek ziół. Widząc ich ilość, skrzywiła się mimowolnie.
– Ostatnio zapasy jakby same się kurczą… – wymamrotał w zadumie. Zamrugała. Wiedziała dokładnie, dlaczego ich brakuje. Burzowe Serce podniósł na nią wzrok i przyjrzał jej się; przez chwilę miała wrażenie, że odczytał jej myśli, i ledwie powstrzymała się przed zrobieniem kroku w tył.
– Trzęsiesz się – zauważył tylko z konsternacją. To też wiedziała. Drżała już wtedy, kiedy tu przyszła, i to wcale nie z zimna. – Powinnaś bardziej o siebie dbać.
– Będę. – Zabrała zioła i odwróciła wzrok. – Dziękuję. I przepraszam, że cię obudziłam, Burzowe Serce. Dobranoc.
– Dobranoc.
Poczekała, aż rzuci jej ostatnie zmartwione spojrzenie i wróci do legowiska, cicho, by nie obudzić Zajączka, po czym wolno odeszła. Nie zamierzała jednak wracać do zatłoczonego zagłębienia pod ostrokrzewem; nie wytrzymałaby tam już tej nocy. Z łodyżkami w pysku podreptała cicho do wyjścia i tamtędy wymknęła się na zewnątrz.
Bez ochrony, jaką dawały ściany obozu, czuła się krucha i bezbronna. Kątem oka dostrzegając Srebrną Skórę, teraz rozpostartą nad jej głową w pełnej okazałości, wzdrygnęła się po raz kolejny. Oddech znów przyspieszył, mogła z łatwością usłyszeć bicie swojego serca. Opuściła łeb niemal do samej ziemi, utrzymując powieki otwarte tylko na tyle, ile było jej potrzebne do nawigacji. Zdradziecki, zbrodniczy Klan Gwiazdy. Nie chciała na niego patrzeć.
Zapach króliczej nory, którą zawłaszczyła sobie dla własnych potrzeb, nawet połączony z mocnym aromatem ziół, nie przynosił wiele ukojenia Z trudem znosiła strach, jakiego przysparzało jej brodzenie pod nocnym niebem, więc kiedy wejście do niej pojawiło się w zasięgu wzroku, niemal rozpaczliwie popędziła w jej stronę, nie zważając na kryjące się w mroku potencjalne niebezpieczeństwo.
Zwolniła, dopiero gdy poczuła na sobie chłód korytarza. Wcisnęła się najgłębiej, jak mogła. Nieważne, że w ciasnej przestrzeni ledwo mogła się ruszać – chciała... nie, musiała się znaleźć tak daleko od wszechwidzącego wzroku Klanu Gwiazdy, jak to było możliwe. Ułożywszy się w opuszczonym tunelu, szybko przełknęła zioła – od pewnego czasu ta czynność nie sprawiała jej już trudności – i od razu nakryła pysk łapą. Wciąż delikatnie dygotała.
Och, żeby udało jej się odpłynąć jak najszybciej. Żeby tylko był ranek. Żeby ktoś odsunął to idiotyczne przerażenie…
Sen nie nadchodził.

01 lipca 2019

Od Świetlistego Potoku cd. Błękitnej Cętki

Był to jeden z tych wietrznych, z nagła pochmurnych dni, które zjawiają się znikąd w środku ciepłego lata, jakby jakiejś nadnaturalnej sile zabrakło w zapasach słońca i dobrej pogody. Silny wicher hulał po łąkach, wypełniając powietrze nieustannym wizgiem i szumem; tak jak i zahartowane źdźbła nadmorskich wzgórz, mierzwił też sierść dwóch kotek skazanych na polowanie w tych zniechęcających warunkach. Świetlisty Potok wzdrygnęła się z zimna, nadciągającego nad ich dom prosto znad otwartego morza, i uniosła głowę, by w tym wzburzonym oceanie trawy odnaleźć swoją przyjaciółkę. Wśród smaganych wiatrem łodyżek Błękitna Cętka przypominała nieregularną srebrną plamkę. Szylkretka wiedziała, że coś planuje. Chociaż nie polowały bezpośrednio obok siebie, a szalejąca wichura skutecznie utrudniała komunikację, to gdy ramię w ramię wychodziły z obozu, wyłapała u młodszej kotki zdenerwowanie – a może ekscytację? Cokolwiek to było, miała podstawy przeczuwać, że coś się szykuje, i to coś prawdopodobnie związanego z nią samą. Szybko zauważyła, że posiada zbyt niewiele informacji, by wydedukować coś jeszcze, a więc jako osoba praktyczna nie zaprzątała sobie tym dłużej głowy i zwyczajnie czekała, mechanicznie podkradając się do kolejnych ofiar i w zależności od wyniku podejścia zakopując je lub przyglądając się, jak uciekają. Nie myślała o niczym w szczególności – weszło jej to już w nawyk, takie nicniemyślenie podczas polowania. Było zajęciem niezwykle pustym i przez to z natury nie mogło być przyjemne, ale i nie bolało; nie pozostawiało miejsca natrętnym traumatycznym wspomnieniom. Pustka była jedynym miejscem, w którym można się było schować przed drapieżczym światem. Gdyby mogła pozostać tam na zawsze, zgodziłaby się bez wahania. Zauważyła, że niebieska macha do niej ogonem, i posunęła w jej stronę. Ocierające się o jej ciało źdźbła wyginały się za nią niczym kilwater. – Kończymy już? – Wiatr porywał jej słowa, zanim jeszcze w pełni wydobyły się z jej pyska. W jakiś sposób zdołały jednak dotrzeć do uszu Błękitnej Cętki, która kiwnęła głową. Świetlista powtórzyła jej gest na znak, że zrozumiała, po czym zawróciła, by odgrzebać upolowane przez siebie zdobycze. Przeczucie, że przyjaciółka ma co do niej jakieś ukryte zamiary, wróciło ze zdwojoną siłą. *** – Dlaczego ten królik pachnie ziołami, Błękit? – W jej wnętrzu już zaczynała rodzić się nieufność. Spojrzała niebieskiej prosto w oczy, usiłując odnaleźć tam odpowiedź. – Wiesz, podejrzewam, że się w czymś wytarzał… – Zdradzała ją mowa ciała. Być może zdolności konwersacyjne nie były najlepsze, ale mogła się poszczycić czymś w rodzaju biegłości, jeśli chodziło o wychwytywanie takich niuansów. W milczeniu uniosła łapę, by odsunąć od siebie podejrzane jedzenie, jednak przyjaciółka czym prędzej ją powstrzymała. – No, dobra! Nafaszerowałam go ziołami na twój smutek, szczęśliwsza? Drgnęła. Wcale nie spodziewała się czegoś takiego. – Burzowe Serce ci na to pozwolił? – Podejrzliwość w jej głosie zastąpiło niedowierzanie. – Prawdę mówiąc, to… nie ma o niczym pojęcia… – Myśli szylkretki skłębiły się niczym owcze futerko; nie miała pojęcia, jak zareagować. Błękit… chciała jej podać zioła? Bez jej wiedzy, ba, bez konsultacji z medykiem? Przed oczami mignęły jej możliwe konsekwencje takiego działania. Nie chciała ich doświadczać na własnej skórze. Czy przyjaciółka rzeczywiście chciała zrobić coś takiego? Poza tym… czy naprawdę wyglądam aż tak źle? – Wiesz co? Mam pomysł! – Poczuła jej dotyk na swojej łapie. Przez ułamek sekundy wahała się, czy jej nie cofnąć. – Zjemy obie! Mi… mi też jest ciężko po śmierci Laska – Błękit zadrżała i otarła pysk, po czym spróbowała się uśmiechnąć, choć nie wyszło to najlepiej. Świetlista zamrugała. Przeniosła zagubione spojrzenie z przyjaciółki na rozdartego królika i z powrotem, nie mogąc podjąć decyzji. A nie chodziło tylko o to, co powinna teraz zrobić; nie wiedziała przecież nawet, jak miała się czuć. Chyba powinna się zdenerwować? Cóż, tak pewnie zrobiłaby większość kotów na wieść, że bliska osoba bez ich świadomości zamierzała podjąć takie radykalne kroki… Ale nie mogła się na to zdobyć. Nie, kiedy widziała, w jakim stanie jest sama Błękitna Cętka. Widziała łzawy błysk w jej oczach, zanim odwróciła głowę, słyszała delikatne drżenie w jej głosie, a w jej mowie ciała dostrzegła ślady głębokiego smutku. To wszystko było znajome, boleśnie znajome, bo czasem odnajdywała to w sobie samej. Niebieska chciała jej tylko pomóc, tak, jak zawsze. Ale teraz musiała dźwigać swój własny ciężar i nie starczało jej już sił. Powoli pochyliła głowę i zatopiła zęby w pachnącym mięsie. Zioła miały dziwny, lekko gorzki posmak. Przełknęła. To, że nie tylko ona ma tutaj problemy, dotarło do niej wyraźnie; czuła się winna. Chciała wesprzeć córkę Białej Sadzawki, jak ona zawsze wspierała ją, ale nie wiedziała, jak. Nie miała pojęcia, co robić; czuła się jak kilkuksiężycowe kocię, które po raz pierwszy znalazło się na zewnątrz bez swojej matki. Mogła tylko powoli przeżuwać królika, by na końcu rzucić cichym: – Dziękuję.

***
Nikt nie zwrócił uwagi na szczupłą kotkę, która cichutko prześlizgnęła się w pobliże legowiska medyka. Nic dziwnego; nie było tu wielu, którzy zainteresowaliby się jej obecnością, a ona sama ostrożnie wybrała odpowiedni moment, w którym ci właśnie nieliczni znajdowali się poza obozem. Obrzuciwszy polanę ostatnim, czujnym, ale sprawiającym wrażenie spokoju spojrzeniem, odwróciła się i powoli wsunęła pod głaz, gdzie Burzowe Serce zwykle przyjmował chore lub zranione koty. Odczekała kilka uderzeń serca. Nikt nie wołał, nikt nie nadchodził. Nie zauważyli jej lub nie uznali jej zachowania za odbiegające od normy. Dobrze. Nie znała się na ziołach, jednak te, które kilka dni temu wybrała Błękitna Cętka, potrafiła odróżnić po zapachu; po kilku wizytach w aromatycznym legowisku nauczyła się też rozpoznawać ich wygląd. Odnalezienie ich wśród stosów innych roślin nie zajęło jej wiele czasu; doświadczenie podpowiadało jej, gdzie zostały ułożone, tak, że nie musiała polegać na węchu, który w obliczu takiego natężenia zapachów – zarówno otaczających ją ziół, jak i jej własnego, nabytego przez wytarzanie się w lawendzie – stawał się bezużyteczny.. Zgrabnym ruchem chwyciła po kilka listków i natychmiast przełknęła. Zaczną działać za godzinę, może pół. Wtedy zawoła swojego ucznia na trening i może dzięki temu uda jej się go przeżyć. Ostrożnie opuściła legowisko i na powrót wymknęła się z obozu, by udać się na spacer. Pół godziny... Wytrzyma.
***
Kolejne wschody słońca mijały bezpowrotnie. Nie przynosiły one ze sobą – mooże poza śmiercią Złotej Melodii – żadnych większych smutków i nie wyglądało na to, by czarne scenariusze, które kreśliła w myślach Świetlista, miały się w najbliższym czasie ziścić. Wręcz przeciwnie; Kasztanowa Łapa radził sobie coraz lepiej, aż wreszcie pewnego dnia Błękitna Cętka oznajmiła, że zasłużył na mianowanie. Szylkretową wojowniczkę zalała w tamtym momencie taka fala ulgi, że omal nie zbiła jej z nóg. Prawdę mówiąc, nawet tego dnia, już po tym, jak Kasztanowy Szpon odbył milczące nocne czuwanie, dalej chodziła lekko otumaniona. Koniec mordęgi. Wreszcie nie będzie musiała nikogo uczyć, pouczać, poprawiać i powtarzać całej sekwencji kolejne trzydzieści razy. Mogła wrócić do luźnych, spokojnych, samotnych polowań, nie martwiąc się tym, czy kiedykolwiek uda się zrobić wojownika z kocurka, którego los pokarał taką niekompetentną mentorką. Nie będzie musiała spotykać się, rozmawiać z kimkolwiek, odganiać wżerającego się w nią stresu za pomocą ziół... Nie była wolna. W tamtym momencie osiągnięcie wolności nie było możliwe. Nadal błąkała się we mgle, której mleczna trucizna nie odstępowała jej na krok; jednak jeżeli w ten sposób opiszemy jej trudności, to mianowanie Kasztanowej Łapy można przyrównać do wąskiego promyczka słońca, który zdołał przedrzeć się przez ponure obłoki i spocząć na jej zmierzwionym futrze. Promień słońca. Kropla ciepła, krótka chwila ulgi. Niedługo się skończy, ale teraz jest dobrze. Zrobiła się nieco bardziej rozmowna. – Wiesz co – miauknęła w zamyśleniu, wbijając wzrok w błękitne niebo, kiedy razem z Błękitną Cętką siedziały na skraju obozowej polanki – gdyby to nie stanowiło problemu… Mogłabyś powiedzieć Brzoskwiniowej Gwieździe, żeby nie dawała mi już więcej uczniów? – Jesteś pewna? Wytrenowałaś już dwóch i popatrz, jak dobrze ci poszło! – Błękit wskazała łapą Orli Trzepot, który właśnie przechodził nieopodal, na co Świetlista westchnęła. – I to, jakim cudem to się udało, do dzisiaj jest jedną wielką zagadką – mruknęła w odpowiedzi. – Mówię serio. Oczywiście, gdyby się nie dało, to… Ale no, wiesz przecież, że tego nie znoszę. Poza tym, ostatnio jakoś nie czuję się najlepiej, i... – Dobrze, dobrze, nie musisz się tak tłumaczyć! Pewnie coś uda się zrobić. – Niebieska uśmiechnęła się, ale zmierzyła przyjaciółkę czujnym spojrzeniem. – I jak to nie czujesz się najlepiej? Może powinnaś dać się zbadać Burzowemu Sercu? – Nie, nie. – Zbyła reakcję cętkowanej machnięciem głowy. – To nic takiego. Zresztą pewnie teraz już tak będzie. – Wbiła wzrok w nieistniejący punkt gdzieś za horyzontem, po czym westchnęła krótko i dodała ciszej: – W końcu starość, nie radość, nie? – Że co!? Wypraszam sobie! – Nie zdołała uniknąć nagłego ciosu łapy. Zaskoczona obróciła głowę, tylko po to, by natrafić na pełne zgrywanego oburzenia spojrzenie Błękitnej Cętki. – Jesteś pięć księżyców starsza ode mnie, kupo futra! O jakiej starości ty mówisz!? – Czekaj, nie o to mi… – wydukała, z początku zmieszana; pojęcie kryjącego się w tym żartu zajęło jej pewną chwilę. Od następnego przyjacielskiego pacnięcia nie uchyliła się naumyślnie i w dramatycznym geście nakryła pysk łapą. – Aaa, nieee, poddaję się. Wybacz mi, zastępczyni. Oczywiście jesteś piękna i młoda niczym wiosenny kwiatek. Błękit roześmiała się głośno, a Świetlista wyprostowała się, zadowolona z osiągniętego efektu. Ostatecznie nieczęsto się zdarzało, żeby rozbawiła kogokolwiek swoimi marnymi zdolnościami aktorskimi. A właściwie, to… chyba nie zdarzało się to nigdy. – Ale i tak, ostatnio rzeczywiście wyglądasz lepiej. – Polizała futro na piersi, po czym rzuciła jej ciepłe i nieco zaciekawione spojrzenie. Niedawno zauważyła, że humor niebieskiej zauważalnie się poprawił, szczególnie, jeżeli porównać go do poziomu, na jaki posłała go utrata Leśnego Cienia. Nie miała pojęcia, co było tego przyczyną, ale w żadnym razie nie zamierzała narzekać, skoro to coś spowodowało zmiany na lepsze. – Stało się coś miłego? Podniosła głowę i przymknęła oczy, delektując się ciepłem słońca. <Błękit?>

22 czerwca 2019

Od Świetlistego Potoku cd. Cienistej Łapy

Otaksowała stos zwierzyny krótkim spojrzeniem. Pora Zielonych Liści niezmiennie dodawała leśnym stworzeniom objętości i smaku, nie poprawiało to jednak humoru Świetlistemu Potokowi. Płynnym ruchem chwyciła w zęby leżącego na wierzchu wróbla i odwróciła się, by odejść z nią na ubocze.
– Hej – wesoły głos podrażnił jej uszy. Kątem oka zmierzyła jego źródło – była nim nieduża, w większości czarna kotka. Ach, to ta znajdka, którą jakiś czas temu przyniosła do obozu. Teraz, po otrzymaniu odpowiedniej opieki w legowisku Burzowego Serca, wyglądała już o wiele lepiej.
Dlaczego powiedziała “hej”? Szylkretka stwierdziła, że mała, jak to większość kociąt w jej wieku, po prostu szuka towarzystwa bądź uwagi, a skoro tak było, to równie dobrze mogła sobie porozmawiać z kimś innym, zamiast męczyć akurat ją. Taktycznie udała więc, że niczego nie słyszała, i spokojnie oddaliła się, żeby spożyć posiłek.
Niestety, nie zdążyła uszczknąć nawet jednego kęsa, nim koteczka (skąd ona się tu wzięła?) odezwała się znowu:
– Wiesz, niedługo będę mianowana na ucznia! – pochwaliła się, siadając obok. Wojowniczka poczuła, jak jej futro unosi się od elektryczności. Nagle zesztywniała. Przed oczami stanęło jej wspomnienie niemal tak stare, jak ona sama. Dawno, dawno temu, kiedy była jeszcze młodziutką uczennicą, Błękitna Łapa dosiadła się do niej w ten sam sposób. I również zaczęła rozmowę wbrew woli szylkretowej. Chyba nawet też jadła wtedy wróbla.
Na resztki litości tego świata, dlaczego… dlaczego zawsze muszą przeszkadzać mi, kiedy jem?
– Jeżeli się z tego cieszysz... to fajnie – odparła w końcu, starając się zabrzmieć choć odrobinę pozytywnie i otrząsnąć się z natłoku myśli. W głębi duszy desperacko modliła się – nie wiedząc właściwie do kogo – żeby czarna zadowoliła się tą odpowiedzią i czym prędzej zniknęła jej z oczu, a najlepiej z terenów Klanu Burzy.
Nie tylko ona, reszta klanu też mogła zniknąć. Wszyscy. Świetlisty Potok też. Zostałaby tu wielka połać przeraźliwie pustych łąk i przynajmniej nikt nie mógłby cier-
Dobra, wystarczy tego.
– A… Jak to jest być tym uczniem? Opowiesz mi coś? – A więc chciała przeciągać konwersację na siłę. Zupełnie, jak niegdyś Błękit. Porównanie kogoś do zastępczyni to zwykle powód do dumy dla jego obiektu, ale tym razem było zgoła inaczej.
Świetlista ściągnęła brwi i odwróciła głowę, by spojrzeć gdzieś w dal, jakby chciała w ten sposób uciec od rozmowy. Opowiadać? O czym? Treningi z Deszczowym Porankiem nie były takie złe, a ona sama, chociaż była (i nadal jest) okropną niedorajdą, czuła się w zasadzie… całkiem dobrze.
I właśnie dlatego, porównując tamten czas do teraźniejszości, nie znosiła tego wspominać.
– Nie umiem opowiadać. Zresztą, nie chcę tego pamiętać – mruknęła w końcu i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, jakie głupstwo palnęła. Szlag! A już myślała, że choć trochę rozwinęła się pod tym względem… Jeśli chodziło o brak taktu i umiejętności społecznych, to Świetlisty Potok w niczym nie ustępowała Świetlistej Łapie. Napraw to, szybko! – To znaczy… Na pewno będzie dobrze. Spodoba ci się… czy coś.
To nie zabrzmiało wiele lepiej.
Złapała się na tym, że szybciej oddycha. To przeżycie było tak samo niekomfortowe, jak jedna z pierwszych rozmów z Błękitną Łapą. Okoliczności były podobne, wypowiedzi tak samo krótkie i niepewne, ona też była taka sama. Dokładnie tak samo beznadziejna, jak kiedyś. A może nawet bardziej.
Niezręczność tej i tamtej chwili zlały się w jedno i zalały ją niczym powódź deszczowej Pory Nowych Liści. Nie mogła zaczerpnąć powietrza. Dusiła się. Panikowała.
A to wszystko przez jedną głupią rozmowę z kociakiem.
Jesteś zupełnie do niczego.
– Przepraszam. – Wstała nagle, zanim z otwierającego się pyszczka Cienia wydobyły się kolejne słowa, i wybiegła z obozu.
Przez zaszklone oczy nie widziała wiele, ale z drugiej strony na terenach Klanu Burzy nie było wiele do oglądania. Ocierające się o sierść źdźbła i gałązki wystarczały jej za nawigację. Donikąd. Byle dalej. Szła prędko, aż nie wyładowała nagromadzonych emocji. Wtedy dopiero przystanęła na chwilę, by stwierdzić, że znajduje się tuż obok granicy z Klanem Lisa.
Tuż obok Drogi Grzmotu.
Obrzuciła cuchnącą nawierzchnię zbolałym spojrzeniem. Co właściwie ją powstrzymywało?
Chwilę jeszcze stała nieruchomo, bijąc się z myślami, po czym powoli odwróciła się i powlokła w stronę obozu.

***
Przez następny księżyc szylkretka świadomie unikała czarno-białej kotki. Wstydziła się tego, nienawidziła siebie za ukrywanie się przed jakąś uczennicą, ale nie mogła nic na to poradzić. Nie chciała, żeby tamta widziała ją po ostatniej konwersacyjnej klęsce, bała się, że może znów próbować nawiązać kontakt, a tego chyba już by nie zniosła. Zresztą jako terminatorka na pewno miała wiele innych, ważnych zajęć, od których nie powinna jej odciągać chęć rozmowy z taką życiową porażką. Te wszystkie zabiegi nie zmieniły jakoś szczególnie jej dotychczasowego zachowania, bo i tak do obozu wpadała tylko po to, by uzupełnić stos piszczek swoimi zdobyczami.
A raczej wpadałaby, gdyby nie musiała równocześnie trenować ucznia.
Nauka Kasztanowej Łapy nie szła zbyt dobrze. Krótkie łapy i niechęć do polowania utrudniały mu nabywanie umiejętności w takim tempie, jakie prezentowali inni terminatorzy. A przecież chciał. Starał się. Dlatego właśnie zamiast niego Świetlisty Potok obarczała winą siebie.
Nie mogła pojąć, dlaczego uczniowi, który potrzebował nieco więcej uwagi, niż inni, przydzielono właśnie jej parszywą osobę. To nie był trening, to była kara. Dla niej i dla niego. A jednak musiała to znosić, żywić się idiotyczną nadzieją, że coś w tej sytuacji zmieni się samo z siebie, i z cieniem wymuszonego uśmiechu na ustach brnąć w to bagno następny, i jeszcze kolejny dzień, krzywdząc i siebie, i Kasztana, który nie miał szans rozwinąć się pod jej skrzydłami.
Jeden z takich dni przypadał właśnie wtedy. Po raz kolejny wysłała płowego na polowanie. Nie potrafiła zrobić wiele więcej. Cóż, może tym razem coś zaskoczy. Może spotka na swojej drodze starego, mądrego kota, który nauczy go tej trudnej sztuki i wróci odmieniony. Może Klan Gwiazdy trzaśnie go piorunem objawienia, byleby ktoś mu pomógł, bo Świetlisty Potok nie da sobie rady.
Kiedy tak siedziała pośród traw, czekając na jego powrót, usłyszała nagle cichy szmer. Nadstawiła uszu. Gdzieś nieopodal mały ptak dziobał leniwie ziemię w poszukiwaniu ziaren. Kotka nie ruszyła się jednak z miejsca, bo wyczuła też, że ktoś już się do tego ptaszka podkrada.
O, nie. Czyżby to była…
– Mam cię! – poniosło się po łąkach tryumfalnie, a rozpaczliwy trzepot skrzydeł ucichł wraz ze znajomym szczęknięciem łamanego karku. Z zarośli wyłoniła się drobna, czarno-biała koteczka, dumnie niosąc przed sobą właśnie upolowaną zdobycz. Na widok Świetlistego Potoku zatrzymała się wpół kroku, zaskoczona tym niespodziewanym spotkaniem.
– O, cześć! – przywitała się, upuszczając piszczkę, ale już po chwili na jej pyszczku błysnął niepokój. – Wszystko w porządku?
Szylkretka stała bowiem przed nią z grzbietem wygiętym w łuk, najeżoną sierścią i rozszerzonymi ze strachu oczami, ze wszystkich sił starając się nie rzucić się do ucieczki.
Uspokój się, miernoto. Co ty w ogóle robisz?
– T-tak. Jasne – wyrzuciła z siebie, zmuszając swoje ciało do przyjęcia luźniejszej pozycji; nie udało jej się jednak powstrzymać nerwowych ruchów ogona. Ostatecznie nie na wiele się to zdało; Cienista Łapa nie wyglądała na przekonaną.
– Przestraszyłam cię? Przepraszam, nie chciałam! – koteczka prawie się skuliła, a Świetlista zupełnie nie wiedziała już, co ma zrobić. Pragnęła tylko, żeby wszyscy przestali się nią przejmować; przecież na to nie zasługiwała. A tutaj znajdka przeprasza ją… za co? Za to, że spotkała ją w gąszczu i łaciata zjeżyła się, jakby zobaczyła ducha? To było wręcz śmieszne, biorąc pod uwagę to, że w swoim własnym mniemaniu łaciata była ostatnią osobą, której należały się przeprosiny od jakiegokolwiek innego kota.
– Nie przestraszyłaś mnie. Nic się nie stało, nie przepraszaj. – “I proszę, idź już dalej”, dodała w myślach, chyba w bzdurnej nadziei na to, że uczennica nagle zyska zdolności telepatyczne.
– Ale… – zaprotestowała tamta niepewnie, wpatrując się w jej lodowatoniebieskie oczy, błyszczące dziwną mieszanką złości, goryczy, strachu, rezerwy… Łatwiej byłoby powiedzieć, czego w nich nie było. – W takim razie, co się stało? – spytała nieśmiało, jakby obawiając się odpowiedzi wojowniczki.
Usiadła. Zamknęła oczy. Przez chwilę błądziła myślami w tej ciemności, czerpiąc z jej chłodnej nicości, aż wreszcie otworzyła je ponownie. Tym razem gorzał w nich już tylko żal.
– Życie – odpowiedziała powoli, tonem pustym jałowym niczym wyniszczona uprawą ziemia. – Życie się stało.
Zamilkła. Zanim jednak Cienista Łapa znalazła odpowiednie słowa, niespodziewanie odezwała się znowu.
– Dawno, dawno temu – zaczęła cicho, gorzko, wolno, uciekając spojrzeniem w dal – w Klanie Burzy urodził się miot pięciu kociąt. Chowały się dobrze, a członkowie klanu cieszyli się, bo oznaczały jego przyszłą potęgę. Jednak – przełknęła ślinę – nadszedł dzień, w którym ich matka… szanowana wojowniczka… zaginęła. Jedno z kociąt wymknęło się z obozu, by jej poszukać, i już nie wróciło.
– Och… Tak mi przykro – koteczka spuściła wzrok na swoje łapy, po czym znów uniosła łepek, by spojrzeć na szylkretkę. – To był dla ciebie ktoś bliski?
– To nie jest koniec. Proszę, nie przerywaj mi – zmierzyła ją ostrym spojrzeniem, po czym kontynuowała. Z każdym kolejnym słowem mówiła nieco głośniej i nieco więcej cierpkiej goryczy wkradało się do jej głosu. – Wkrótce pozostała czwórka została mianowana uczniami. Kiedy byli mniej więcej w twoim wieku, jedną z kotek rozszarpała sowa.
Przyjęła w milczeniu przerażone westchnienie uczennicy i siedziała w ciszy jeszcze przez chwilę, lecz kiedy zauważyła, że kotka chce się odezwać, wróciła do posępnej opowieści.
– Znieśli to z trudem. Jednak kontynuowali trening, a wkrótce zostali wojownikami. Jedna z kotek wcześniej, tak szybko, jak tylko można. – W oczach szylkretki na moment coś zajaśniało; być może były to iskierki dumy, jednak zgasły, zanim czarno-biała zdążyła im się przyjrzeć. – Jej brat i siostra dogonili ją po kilku księżycach. A potem… Potem dwa klany wplątały się w wojnę. W bitwie na granicy zginął ojciec rodzeństwa.
Już nie robiła przerw. Oddychała płycej, mówiła szybciej, jakby w gorączce, jakby przeżywając to wszystko na nowo.
– Żyli dalej. Jedna z sióstr została zastępczynią. Razem z ówczesną liderką mądrze prowadziły klan, właściwie było tak jeszcze do niedawna. Ale… pewnego dnia… – cedziła przez zęby, patrząc na Cienistą Łapę niemal ze złością – ...pewnego dnia ta siostra zaginęła. Przepadła jak kamień w wodę. Nikt nigdy jej nie znalazł. Myślałabyś, że to już koniec, prawda? Że na tę biedną rodzinę nie mogło spaść już więcej nieszczęść? – niemal wypluła w pysk przerażonej tym monologiem terminatorce, uśmiechając się dziwnie. – Gdzie tam! Kilka księżyców temu… Może mniej, może więcej, bardzo niedawno… Rozpętała się kolejna wojna. Tam właśnie zginął ostatni z braci. Tam zginął Ziółek. – Odsunęła się i potrząsnęła głową, jakby dziwiąc się swojemu zachowaniu, jednak kiedy ją podniosła, nie było widać żadnej zmiany.
– A teraz – zaczęła na nowo, wciąż uśmiechając się krzywo, choć jej głos dźgał serce żalem – spróbuj zgadnąć... kto jest ostatnią siostrą?
Zaśmiała się krótko, boleśnie... po czym zesztywniała jak uderzona batem. Odwróciła łeb.
– Oto moja pełna odpowiedź na twoje pytanie – jej zimny, pusty ton zadudnił po łąkach; w niczym nie przypominał gorączkowego półkrzyku, jakim przemawiała jeszcze chwilę wcześniej. Zdawało się, że słysząc go, zamiera nawet przyroda – nie było słychać bzyczenia owadów ani melodyjnych treli ptaków. Kiedy Świetlisty Potok mówiła, nie było słychać właściwie niczego innego. A mówiła tak, jakby każdym słowem zadawała beznamiętny cios słuchającemu przeciwnikowi. – Tak właśnie wyglądało moje życie. Każde z wymienionych nieszczęść jest spowodowane nienawiścią Klanu Gwiazdy do mnie jako elementu niepotrzebnego i zupełnie bezużytecznego. Dlatego wyglądam tak, jak wyglądam. Dlatego zachowuję się, jak się zachowuję. I dlatego żądam, żebyś w tej chwili przestała marnować czas dany ci na tej obrzydliwej, zapchlonej planecie na rozmowę ze mną! – syknęła ze złością, prawie nienawiścią, znienacka wbijając spojrzenie z powrotem w Cienistą Łapę.
Trwała tak ledwie uderzenie serca. Spuściła wzrok, jej ciało jakby oklapło, wycieńczone długą opowieścią.
– Przepraszam – szepnęła cichutko po raz kolejny, opierając czoło o wilgotną ziemię.

<Cienista Łapo? Przepraszam, że tyle czekałaś>

04 czerwca 2019

Od Świetlistego Potoku cd. Cienia

Zbliżyła się, by obwąchać kociaka. Koteczka, brak zapachu jakiegokolwiek klanu. Oczy małej po raz ostatni rozwarły się szeroko, wpatrując się w pysk dorosłej kocicy, po czym zasnuła je mgła, a delikatne ciałko znieruchomiało i tylko ledwie zauważalne ruchy klatki piersiowej dawały znać, że dusza jeszcze go nie opuściła.
Odsunęła się nieco i zmierzyła malucha beznamiętnym spojrzeniem. Całkowite panowanie czerni na skołtunionej sierści zakłócało tylko kilka białych plamek. Czy one wszystkie muszą wyglądać tak samo? – spytała w myślach, wspominając, jak przed laty w podobnym miejscu znalazła nieznośnego Owcę. Teraz ten brzdąc był już w pełni wyrośniętym kocurem; widywała go czasami, kiedy wychodziła na polowanie w pobliżu Drogi Grzmotu. Nieco niezgrabnie ujęła małą za fałd skóry na karku i skierowała się w głąb terenów Klanu Burzy. Wyglądała prawie tak samo, jak on, tylko miała na swoim futerku nieco więcej bieli, a jej oczy były innego koloru. No i nie śmierdzi Klanem Lisa, dodała w duchu Świetlista. I dobrze. Nie potrzebowała teraz kolejnego pyskatego dzieciaka, którego trzeba odprowadzać licho wie, gdzie, bo postanowił się wybrać na spacerek.
Najrozsądniej byłoby po prostu odnieść ją do obozu. Ktoś na pewno by się nią zajął, a szylkretka miałaby problem z głowy. A jednak nie chciała tego zrobić. Od bitwy, w którą zaangażowali się wojownicy wszystkich klanów, nienawidziła przebywać w obozie. Prawdę mówiąc, nie znosiła przebywania gdziekolwiek, ale spędzanie czasu na tym małym kawałku zamkniętej przestrzeni, wypełnionej mnogością innych kotów, z których każdy miał swoje własne uczucia, radości, smutki i problemy, napawało ją jakimś dziwnym obrzydzeniem. Wystarczyło ledwie kilka sekund oddychania obozowym powietrzem, by poczuła jego duchotę i straciła chęć do wszystkiego, czym się akurat zajmowała. Nie to, żeby pozostały w niej jeszcze jakieś szczególne chęci.
Pozostawało jej jeszcze jedno miejsce. Skoro nie mogła już przebywać w obozie, nieustanne spacery, a czasem i nocowanie pod gołym niebem w naturalny sposób stały się jej codziennością. Podczas jednej z takich przechadzek natknęła się na opuszczoną króliczą norę, którą od tamtej pory wykorzystywała czasem jako schronienie przed nieprzychylną pogodą. Kiedy nie miała pojęcia, dokąd powinna pójść, łapała się czasem na bezwiednym zmierzaniu w jej stronę – i tam właśnie udała się teraz.
Wędrówka nie zajęła jej wiele czasu. Ugięła łapy i wypracowanym ruchem wślizgnęła się do tunelu. Poruszanie się w jego półmroku nie stanowiło już dla niej problemu. Tym razem zabrnęła nieco dalej niż zwykle i dopiero gdy upewniła się, że do punktu, w którym się znalazła, dociera wystarczająco niewiele zewnętrznego światła, zdecydowała się odłożyć koteczkę. Łapą strzepnęła na nią troszkę ziemi ze ścian. Co prawda większości leśnych drapieżców dostęp do wnętrza nory uniemożliwiały ich gabaryty, ale taka na przykład krwiożercza kuna nie miałaby z tym większego problemu, więc lepiej, by nie wyczuła samotnego, bezbronnego kocięcia.
Bezszelestnie opuściła tunel i skierowała się do miejsca, w którym zakopała swą ostatnią zdobycz. Tłusta nornica miała zostać pożywnym posiłkiem jakiegoś ucznia, jednak przewrotny los postanowił w ostatniej chwili zmienić jej przeznaczenie. Trzeba pomóc kocięciu w potrzebie – tego uczył Kodeks. Gdyby tylko zależało jej na nim tak, jak kiedyś…
Znów znalazła się w norze. Nęcący zapach nornicy pobudzał jej pusty żołądek, ale ani myślała poddać się jego zachciankom. Właściwie to uczucie towarzyszyło jej praktycznie codziennie, tak, że teraz umykało już jej uwadze. Wzdrygnęła się lekko, czując zmianę temperatury. Otaczające ją ściany zapewniały przyjemny chłód, a ciemność dawała ukojenie oczom zmęczonym ostrym światłem słońca. Gdyby nie to, że od czasu utraty brata jej dusza nie mogła już zaznać spokoju, może byłaby w stanie powiedzieć, że czuje się tutaj prawie dobrze.
Nawet pomimo wypełniającego jej nozdrza zapachu zdobyczy z łatwością wyczuła, że zbliża się już do pozostawionej wcześniej koteczki. Odłożyła stworzonko na bok i zaczerpnęła nieco stęchłego powietrza. Choć wyraźnie wyczuwała jej wyczerpanie, mała wciąż żyła. To chyba dobrze.
Stanęła nad mizerną kulką futra, wciąż jeszcze zemdloną, i pochyliła się, by dotknąć jej nosem.
– Wstawaj, kociaku – mruknęła, szturchając ją delikatnie. Zero reakcji. Zastanowiła się chwilę, po czym sięgnęła po upolowaną nornicę, ułożyła ją obok kotki i znów trąciła małą pyskiem.
Tym razem jej działania odniosły skutek. Maleńki nosek poruszył się delikatnie, wyczuwając zapach upragnionego posiłku, a po chwili i reszta ciała zaczęła się wybudzać; koteczka zatrzepotała słabo powiekami, wbijając tępe spojrzenie w sufit.
– No już, obudź się.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w małej coś jakby zaskoczyło. Nagle jej oczka otwarły się szeroko, a napotykając beznamiętne spojrzenie szylkretki, błysnęły strachem. Niezdarnie spróbowała podnieść się na łapy, wyraźnie gotując się do ucieczki. Świetlista ze znużeniem przegrodziła jej drogę puszystym ogonem.
– Nie radzę. W ciemności i tak nie zajdziesz daleko – ostrzegła ją obojętnym tonem. Zauważyła, że futerko na karku kotki jeży się z przerażenia, i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, jaka zagubiona musi być mała kotka błąkając się o pustym żołądku, tylko po to, by w końcu zemdleć z głodu i obudzić się w ciemności tuż obok nieznanej, starszej kocicy, która zamiast pomóc, mówi jak jakaś morderczyni. Brawo. Wszyscy już wiedzą, że do niczego się nie nadajesz, nie musisz tego udowadniać na każdym kroku. – To znaczy… Uch, uspokój się. Nie jestem potworem. – Tylko wielkim, strasznym cieniem wygadującym dziwne rzeczy wyjałowionym z emocji głosem. Oszukuj się dalej. – Nornica jest dla ciebie. Zjedz.
Już od dawna nie wypowiedziała tylu słów na raz; dziwne uczucie. Widząc, że wciąż nieufne kocię się waha, odsunęła się, odsłaniając drogę na zewnątrz.
– Jeśli chcesz, możesz iść. Ale to pewna śmierć. A ty… ty chyba chcesz żyć, prawda?... – Przed oczami stanął jej widok kotki łapczywie przełykającej muchę. Choć wychudzone kociątko stanowiło właściwie uosobienie nieszczęścia, to na myśl o tym, jak silna musiała być wola życia, która w tym wieku doprowadziła ją do jedzenia owadów, byle tylko móc brnąć dalej przez nieznane tereny, czuła niespodziewany respekt.
Wybór był dosyć oczywisty. Po chwili niezdecydowania mała nie wytrzymała i chwyciła zwierzątko. Świetlista z uwagą przyglądała się, jak zjada swój pierwszy solidny posiłek od dłuższego czasu. Kilka chciwych kęsów później uniosła głowę.
– Kim jesteś? – zapytała niepewnie, oblizując pyszczek. Szylkretka wiedziała, że to pytanie pojawi się prędzej czy później, ale i tak z trudem powstrzymała cierpki uśmiech. Och, kim ona jest? Nosiła w sobie tysiące odpowiedzi. Śmieciem. Żałosną idiotką. Bezużyteczną pokraką, która nie powinna istnieć. 
Na szczęście tym razem opanowała się, zanim uraczyła kotkę którąś z nich.
– Wojowniczką – odparła krótko. Na razie nie musiała wiedzieć nic więcej. – Czy gdzieś tu jest twoja rodzina? Masz kogoś, do kogo powinnam cię zaprowadzić?
Mała znieruchomiała. Oczy utkwiła w jednym punkcie; Świetlista żyła już wystarczająco długo, by wiedzieć, że ogląda teraz wydarzenia z przeszłości. Cierpliwie poczekała, aż kotka powróci ze świata bolesnych wspomnień. Wreszcie czarno-biała powoli pokręciła opuszczoną głową.
– Nie – odpowiedziała, a jej kocięcy głosik lekko zadrżał. A więc jest sierotą, podsumowała w myślach łaciata. Nie zamierzała jej pocieszać. I dobrze: nie miała żadnych ciepłych emocji, którymi mogłaby się z nią podzielić, więc pewnie palnęłaby coś w stylu “No, nic, przynajmniej nie masz już nikogo do stracenia!”.
– Rozumiem – powiedziała tylko cicho. Miała do niej jeszcze tylko jedno pytanie. – Ile masz ksieżyców?
– Pięć.
W oczach wojowniczki, które zwykły nie okazywać żadnych emocji, błysnęło zaskoczenie. Pięć? Dawała jej najwyżej trzy. Dopiero teraz, wspominając, jak mało ważyła, kiedy ją tutaj przenosiła, mogła naprawdę stwierdzić, jak bardzo kotka jest wychudzona, i aż prawie zrobiło jej się jej żal. Prawie.
Zabrzmi to dziwacznie, jednak nawet teraz nie mogła powstrzymać zakorzenionej gdzieś głęboko zazdrości, którą żywiła względem każdej napotkanej osoby; przez myśl przemknęło jej, jak pięknie byłoby, gdyby i ona mogła zostać pozbawiona bliskich w tak młodym wieku. Gdyby nie musiała się do nich przywiązywać, a potem patrzeć, jak wszyscy po kolei ją opuszczają. Gdyby mogła zostać błąkającą się po lesie sierotą… pewnie zdechłaby w jakimś rowie i nie musiała przechodzić cierpienia, które zgotował jej los. Jak cudownie.
Ale nie, nie mogła tak myśleć. W swoim mniemaniu była tylko przeszkodą, zawadą dla innych, i jako taka nie miała przecież prawa do zazdrości. Z wysiłkiem zmusiła się, by znów spojrzeć na koteczkę, której imienia nie znała. Poczuła, że nie chce go znać. Po co miałaby się z nią zaprzyjaźniać? Żeby zawieść następną osobę, żeby następny kot przekonał się, jak bardzo jest beznadziejna, żeby znów jej żałowano? Nie pozwoli na to.
– Dobrze. Z pewnością wciąż jesteś osłabiona. – Ton, który podczas tej krótkiej rozmowy zdołał już nieco zmięknąć, na nowo stał się obojętny i wyprany z emocji. – Jeśli pozwolisz, zabiorę cię do obozu Klanu Burzy. Tam otrzymasz opiekę. Twoja ciekawość będzie zrozumiała, jednak proszę cię, żebyś na czas podróży powstrzymała się od zadawania pytań.
W oczekiwaniu na jej odpowiedź, przechyliła głowę i mimowolnie uciekła spojrzeniem w stronę wejścia do nory. Wpadał przez nie łagodny blask wieczoru. Zapytani o skojarzenie ze światełkiem w tunelu udzielilibyśmy pewnie jednej z dwóch zabawnie rozbieżnych odpowiedzi: “śmierć” lub “nadzieja”. Cóż, kiedy jego poświata odbijała się w oczach skrytej w mroku Świetlistego Potoku, potrafiła myśleć tylko o tym, jak bardzo go nienawidzi.

<Cień? Większość tego opka to użalanie się Świetlistej nad sobą; przepraszam, potem będzie lepiej ;^;>

03 czerwca 2019

Od Świetlistego Potoku

Śmierć bliskiej nam osoby rzadko pozostawia nas takimi, jakimi byliśmy przed nią. Nie inaczej stało się ze Świetlistym Potokiem. Choć z początku zachodzące w niej zmiany nie były widoczne z zewnątrz i jedynym, co przychodziło zauważyć otaczającym ją kotom, była zupełnie zrozumiała żałoba po stracie siostry (a także, już nieco później, przywódczyni), to w jej wnętrzu działo się o wiele więcej – i to rzeczy niejednokrotnie tak przerażających, że żaden z obcujących z nią nie podejrzewałby nawet, że takie myśli mogłyby ostać się choć chwilę w głowie tej skądinąd poczciwej kotki.
Życie na tym świecie nie jest usłane różami – co do tego chyba żaden wojownik nie ma żadnych wątpliwości, jednak w przeciwieństwie do niektórych córka Rdzawego Ogona nie potrafiła tak po prostu zaakceptować tej bolesnej prawdy. Strata Migoczącego Nieba nie była jedyną, która pozostawiła ślad w jej kruchym sercu, i to nie ona jedna miała na nią tak duży wpływ; nie, roztrząsając zaginięcie siostry, myślała równocześnie o każdym członku licznej niegdyś rodziny, którego jednego po drugim odebrał jej okrutny los. Dlaczego tak się stało? – natrętne pytanie odbijało się echem w jej uszach, nie dając chwili wytchnienia. Potrzebowała wyjaśnień, których nikt nie mógł jej udzielić; kolejne noce spędzała na snuciu bezowocnych rozważań, przewracając się niespokojnie z boku na bok w dusznym legowisku, kiedy jej wytrącony z równowagi umysł trafiał w kolejną ślepą uliczkę. Na dłuższą metę nie można tak żyć, i ona również by nie mogła, gdyby pewnego dnia nie doznała olśnienia, które przywiodło przekrzywiony uśmiech z powrotem na jej znękany rozpaczą pysk.
To wszystko wina Klanu Gwiazdy.
Nie miała najmniejszych wątpliwości. Im dłużej eksplorowała tę myśl, tym mocniej utwierdzała się w tym przekonaniu. Gwiezdni najwyraźniej nienawidzili jej od samego momentu przyjścia na świat; gdyby było inaczej, mogliby choćby pozbawić ją wszystkich bliskich za jednym zamachem, kiedy jeszcze nie była do nich przywiązana. Tymczasem zmusili ją do bezradnego przyglądania się, jak matka, ojciec i rodzeństwo giną, zawsze pojedynczo, i do cierpienia po każdej z tych śmierci. Tak, Klan Gwiazdy, zgraja barbarzyńskich przodków, która bez żadnych skrupułów odebrała życie czwórce niewinnych kotów, mogła przecież równie dobrze powoli i z rozmysłem przetrzebić jej rodzinę w taki sposób, by kotkę spotkała najgorsza z możliwych mąk.
Dlaczego natomiast mieliby jej nienawidzić? Och, odpowiedź na to pytanie szylkretka nosiła w sobie od dawna. Dobrze wiedziała, że jedyną rzeczą, do jakiej się nadaje, jest łapanie królików. Nie potrafiła wytrenować ucznia (wciąż niekiedy budziła się z myślą, że mianowaniem jej mentorką Kasztanowej łapy jest jakimś okrutnym żartem), nie ciągnęło jej wcale do rodzicielstwa, ba, najzwyklejsza w świecie rozmowa z innym członkiem klanu dalej, po kilkudziesięciu długich księżycach spędzonych na tej plugawej ziemi, sprawiała jej tak duży problem, że większość towarzyszy wyrobiła sobie nawyk zadawania jej pytań na “tak” lub “nie”, by mogła odpowiedzieć na nie zawstydzonym ruchem głowy. A teraz, kiedy dawny uraz dawał się jej we znaki podczas polowań, nawet z nich nie mogła czerpać pełni dawnej przyjemności. Nic dziwnego, że walecznym przodkom nie podobała się obecność takiej kaleki życiowej w szeregach ich świętych klanów; a skoro prześladowali ją już od małego, to oznaczało, że taki los był jej pisany od zawsze.
Ten wypaczony pogląd szybko opanował umysł szylkretki; sączący się zeń jad najpierw zawładnął jej myślami, a potem z wolna skrystalizował się w kolejną, nie mniej niepokojącą, z początku nieśmiałą jeszcze ideę: jeżeli tak właśnie jest, jeżeli to wszystko spotyka jej bliskich jedynie ze względu na jej bezwartościowe życie, to równie dobrze, nie, najlepiej będzie, jeśli poświęci je, by uratować brata.
Było to rozumowanie szaleńca i nie bardzo wiadomo, w jaki sposób ten ciąg myślowy w ogóle zdołał zagrzać miejsce w jej głowie, jednak Świetlistemu Potokowi, która w momencie jego pojawienia się tkwiła już w stanie przypominającym jakąś dziwną, nerwową gorączkę, wydał się on zupełnie logiczny i naturalnie słuszny – nie od razu; jakaś jej maleńka część, pozostałość po dawnej postaci kotki, wzdragała się przed przyjęciem go jako  odpychająco wynaturzonego, jednak w końcu i ten ostatni odłamek rozsądku musiał poddać się zatraceniu – i tak o to pomysł ten ostatecznie zawładnął łaciatą kotką.
– Tak – myślała, wodząc nieco nieobecnym spojrzeniem po obozie – poświęcę swoje marne życie. Klan Gwiazdy dostanie, co chciał; niech mnie ukarze, jeśli taka jego wola, niech weźmie moje ciało, które tylko marnuje tlen, i duszę, która nigdy nie powinna istnieć, i niech wrzuci mnie w najgłębsze czeluści piekielne; najwyraźniej tak miało być od samego początku. Poświęcę się i uratuję Ziółka – kochanego Ziółka, który może przecież uczynić wiele dobrego, który jest tutaj potrzebny – i zrobię to z radością, bo po to właśnie żyją tacy nieudacznicy: żeby swoją śmiercią dać miejsce lepszym...
W jej głowie nie było już miejsca na cokolwiek innego. Wszystkie codzienne czynności wykonywała jakby mechanicznie, z wzrokiem wbitym w nieistniejący punkt gdzieś na horyzoncie, i pyskiem, po którym wałęsał się niezdrowy uśmiech.
Największą łaską, jaka może spłynąć na osobę słabą, jest możliwość oddania swojego nic nie wartego życia w imieniu wielkiej sprawy.
Pech (a może coś więcej?) sprawił, że podczas gdy psychika kotki zamieniała się w ten wielki bałagan, sytuacja w lesie wcale nie wyglądała lepiej. Narastający konflikt zbiegł się w czasie z ukształtowaniem się w szylkretce tych patologicznych wniosków – i wmieszał się w nie, po cichu, płynnie, dając jej wrażenie, jakby od zawsze stanowił część jej planu. Zbliżająca się walka dawała cudowną sposobność do jego realizacji.
W przeciwieństwie do jej towarzyszy, perspektywa nadchodzącej bitwy uczyniła ją pogodniejszą, i – co było szczególnie zauważalne przez kontrast z jej wcześniejszym stanem – jakby spokojniejszą. Spełniała swoje obowiązki sumiennie, a jednocześnie z lekkością; nawet treningi z Kasztanową Łapą przestały być takie straszne. Garstka kotów, która interesowała się choć odrobinę jej dobrobytem, odetchnęła w tamtych dniach z ulgą – wyglądało na to, że wojowniczka wreszcie wraca do siebie po stratach, które dotknęły klan.
Mylili się.
Kiedy w dniu bitwy Brzoskwiniowa Gwiazda nieco drżącym głosem zwołała zebranie klanu, oczy Świetlistego Potoku jaśniały jak jeszcze nigdy. Z pewnym zaskoczeniem złapała się na tym, że przebiera łapami, jak uczniak podekscytowany ceremonią mianowania; nie zechciała jednak przestać. Uniosła głowę, by śledzić wzrokiem poruszający się pyszczek liderki, ogłaszający skład sił bojowych Klanu Burzy. Wzięła głęboki, radosny wdech, napawając się chwilą. Czuła się wspaniale. To już dziś. Dzisiaj wprowadzi w życie swój plan, dzisiaj zawalczy w imieniu swoich pobratymców, a potem spokojnie odda się w ramiona śmierci – uwolni od tortury, jaką jest to bezwartościowe życie, od dręczących ją Gwiezdnych…
Hej, coś jest nie tak. Brzoskwinia nie wymieniła jej imienia.
– ...Drżący Oddech, Świetlisty Potok i Kwitnąca Polana zostają i pilnują obozu.
Jej serce przestało bić. Skuliła się jak pod uderzeniem, a jej sierść najeżyła się, jakby tuż przed nią stał jej najgorszy wróg.
Ona… ma zostać!?
Jedna wypowiedź liderki obróciła w pył jej samobójczy plan, który zapewniał jej spokój i pogodę ducha w ostatnich dniach. Całe jej pocieszenie, cała nadzieja na ratunek dla brata, na przynajmniej częściowe odkupienie grzechu swojego istnienia legła w gruzach w ułamku sekundy, na nowo otwierając przed kotką otchłań rozpaczy. Nie mogąc wymówić słowa, ze zgrozy drżąc na całym ciele, wpatrywała się bezradnie w tę ciemność, która niczym szczęki najpierw rozwarła się szeroko, a potem, otoczywszy ją, zaczęła zamykać się wokół…
Ostatnim, co zobaczyła, zanim mrok pochłonął ją w całości, były zaniepokojone pyski kotów na tle bezchmurnego nieba.

***
Spróbowała poruszyć łapą. Różowe poduszki przesunęły się po chłodnej ziemi z cichym szelestem. Niestety, wciąż żyła.
Niepewnie uniosła ociężałe powieki. Zanim zamazany obraz ustąpił miejsca ostrzejszej wizji, minęło kilka chwil; wreszcie jej oczom ukazało się nierówne sklepienie i ułożone pod nim zioła, przechowywane w równych stertach. A więc znalazła się w legowisku medyka.
Skąd się tu wzięłam?
– Jak się czujesz? – W polu widzenia pojawił się i sam Burzowe Serce, który teraz spoglądał z troską na dochodzącą do siebie kotkę.
Podniosła się z wolna, czując, jak osłabione kończyny drżą pod ciężarem ciała. Chociaż jej spojrzenie przesuwało się po pomieszczeniu, wydawała się nie zauważać kocura; gorączkowo przeszukiwała myśli w poszukiwaniu jakiejkowiek wskazówki co do tego, co robiła wśród wysuszonych roślinek.
– Halo? Świetlisty Potoku, słyszysz mnie? – Choć stał tuż obok, jego głos wydał jej się tak odległy, że równie dobrze mógłby mówić do niej ze Srebrnej Skóry. Ledwie zauważała jego zaniepokojenie. Myśl! Co się tutaj dzieje?... – Halo?
Nabrała powietrze do płuc tak szybko, że aż się nim zachłysnęła; kaszel wstrząsnął jej wymizerowanym ciałem. Zanim oszołomiony medyk zdążył cokolwiek zrobić, na powrót podniosła głowę i wbiła w niego spojrzenie wypełnione śmiertelnym przerażeniem.
– Wyszli już!?
– Kto wyszedł? Hej! – Przesunął się, żeby zagrodzić przejście szylkretce, która znienacka porwała się na łapy. – Spokojnie! Nie wiemy jeszcze, co ci jest, nie możesz tak po prostu…
– Mogę! – wrzasnęła głosem drżącym – jak i jej całe ciało – z wściekłości, rzucając się do przodu. Bez trudu przedarła się przez Burzowe Serce i zanim tamten zdołał ją zatrzymać, popędziła na zewnątrz.
– Stój! – krzyknął zaskoczony, biegnąc za nią. Stanęła gwałtownie tuż przed wejściem i omiotła obóz rozgorączkowanym spojrzeniem. Nie dostrzegłszy tych, których chciała znaleźć, zerwała się z powrotem, wznosząc chmurę pyłu, w której nieszczęśliwie znalazł się medyk, i niemal wyfrunęła przez wyjście do obozu, nie dając nikomu choćby cienia szansy, by ją powstrzymać.
Kręciło jej się w głowie, potykała się, ale nie zwalniała. W pośpiechu ledwo udało jej się ustalić właściwy kierunek. Oddychała z trudem, mięśnie grzbietu paliły ją żywym ogniem. Trawa siekła ją bezlitośnie po pysku; wypełniała całe jej pole widzenia. A może jest już za późno? – przemknęło jej przez myśl, ale zmusiła się do kontynuowania biegu. Musiała zdążyć.
W pierwszej chwili uznała to za złudzenie, ale drugi wdech pozwolił jej uzyskać pewność – natrafiła na trop wojowników Klanu Burzy. I to bardzo świeży.
Nie zatrzymując się, wyskoczyła w górę, by wyjrzeć sponad długich, wyschniętych źdźbeł. Przez dwa uderzenia serca widziała tylko morze trawy; jej serce ścisnęło się strachem na ten widok, jednak w ostatnim momencie dostrzegła kilka przecinających łąkę sylwetek. Niezgrabnie upadła na ziemię, ale nie wyglądało na to, żeby się tym przejmowała. Podniosła się czym prędzej i pomknęła w stronę oddalającego się oddziału, tak szybko, jak nie biegła jeszcze nigdy.
– Stop! – krzyknęła przeraźliwie, doganiając ich. Zaskoczona grupka kotów stanęła jak na komendę; kilkanaście par szeroko otwartych oczu wpatrywało się w kotkę ze zdumieniem. Nic dziwnego: dysząc ciężko, z najeżoną sierścią, w której podczas szaleńczego biegu poutykało całe mnóstwo listków i gałązek, z pyskiem wykrzywionym strachem i błyszczącymi z wysiłku oczyma, wyglądała bardziej jak spłoszony lis niż dostojna wojowniczka Klanu Burzy.
– Świetlisty Potoku, co ty tu…
– Ziółku – wycharczała, podchodząc do brata na chwiejnych łapach. Wszystko wokół jakby nagle przestało być ważne; liczył się tylko bicolor, stojący tuż przed nią, zupełnie zdezorientowany jej nagłym pojawieniem się.
Otworzyła pysk, ale nie mogła wydobyć z niego ani słowa. Przez chwilę po prostu stała w milczeniu, usiłując zebrać myśli. Miała mu tyle do powiedzenia… Nie mógł przecież zginąć z jej powodu – nie, dość już śmierci ściągnęła swoim życiem na ten świat. Musiała go powstrzymać. Ale jak mu to wyjaśnić? Jak ma mu streścić owoce swoich wieloksiężycowych rozmyślań w ciągu kilku minut? Jak go przekonać!?
Nagle z tyłu posłyszała jakiś szelest, z początku cichy, jednak powoli narastał. Nie miała złudzeń – koty z obozu wybiegły jej szukać. Burzowe Serce pewnie pomyślał, że dostała udaru albo po prostu postradała zmysły. Odgłosy były coraz głośniejsze; pościg musiał być blisko. Boleśnie zdała sobie sprawę z tego, jak niewiele czasu jej pozostało; miała co najwyżej kilka, może kilkanaście uderzeń serca. Poczuła, jak ogarnia ją panika. Jak miała wyjaśnić bicolorowi wszystko w ciągu kilku sekund!?
– Ziółku… – zaczęła raz jeszcze, wbijając spojrzenie w ziemię. Wargi zadrżały jej z bezsilności. Czy to miał być koniec? Tak to miało wyglądać?
W ostatnim przypływie nadziei nieoczekiwanie wystąpiła do przodu i wtuliła się w szyję kocura.
– Proszę, wróć.
Zawahał się. Zdawało się, że od ich ostatniej rozmowy minęły wieki, a od kiedy oboje przestali być bezradnymi, puszystymi kociakami, Świetlista nie przytulała się do brata. Nigdy.
A jednak odwzajemnił uścisk.
– Wrócę.
Nie zrozumiał jej słów, a ona nie miała siły go poprawić. Trwali tak jeszcze przez kilka uderzeń serca, po czym odsunęli się od siebie. Posłała mu ostatnie, pełne żalu spojrzenie – spojrzenie, w którym zawierał się cały jej ból i cierpienie, cała niepewność i resztki szarpiącej się w jej sercu nadziei – po czym kiwnęła głową. Zgromadzone koty obserwowały tę scenę w milczeniu. Zignorowała je. Nie mówiąc już nic więcej, odwróciła się i odeszła. Jedynym śladem po jej obecności zostały pogięte, delikatnie rozkołysane źdźbła traw.
– Już jestem – mruknęła, natknąwszy się na Splątaną Myśl, która pewnie została wysłana przez Burzę w celu sprowadzenia jej do obozu. Bez oporu dała się zaprowadzić z powrotem, w czasie drogi tylko jeden, jedyny raz oglądając się w kierunku, w którym ruszył oddział.
Bardzo chciała wierzyć w to, że się myli. Jednak kiedy jej oczy taksowały trawiastą gęstwinę w poszukiwaniu choćby skrawka biało-błękitnej sierści, nie mogła powstrzymać dławiącej pewności, że już więcej nie zobaczy brata.

***
– Wracają!
Świetlisty Potok zastrzygła uszami i uniosła głowę. Rzeczywiście, wyznaczone do walki koty powracały do obozu. Było ich wyraźnie mniej, niż kiedy oddział opuszczał obóz; na ten widok poczuła w środku ukłucie goryczy.
Wraz z kilkoma współklanowiczami ruszyła grupie na spotkanie. Starała się iść powoli i spokojnie, ale już po kilkunastu krokach napięcie wzięło nad nią górę i puściła się sprintem, wyprzedzając resztę.
Sylwetki stawały się wyraźniejsze, aż wreszcie mogła odróżnić idące koty. Ledwie zauważyła krew plamiącą ich sierść i odniesione przez nie obrażenia. Całą uwagę poświęcała na wypatrywanie wśród nich Ziołowego Nosa.
Nie mogła go dojrzeć. Z każdym kolejnym skokiem nadzieja gasła, aż do momentu, w którym z jej wątłego płomyczka została tylko kupka marnego popiołu.
Nieruchome, brudne i zakrwawione, zmasakrowane ciało jej brata zwisało bezwładnie, schwycone za kark przez innego wojownika.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, że drży. W przypływie nagłej słabości pochyliła głowę. Czując, jak jej serce, przygniecione ciężarem nowej straty, rozpada się na tysiące, nie, miliony kawałeczków, jak wszystkie ciepłe uczucia, które zdołały się w nim dotąd ostać, obracają się w pył – uśmiechnęła się.
– Wiedziałam… wiedziałam, że tak będzie. – Odwróciła się. Nie miała siły pomagać w przenoszeniu ciał. Uniosła nieco łeb, by spojrzeć na niebo; tak samo błękitne, jak zawsze, jakby rozgrywający się pod nim dramat wcale go nie dotyczył. Prychnęła z cierpką wesołością. – Hej, Gwiezdni. Musicie mnie naprawdę nienawidzić, nie?...
A, niech to szlag. Nie stać jej było na to dłużej. W powietrze wzniosły się pierwsze lamenty bliskich poległych, którzy właśnie dowiadywali się o ich śmierci: przeszywające zawodzenie, pełne rozpaczy, żalu, goryczy, cierpienia, bezsilności, wściekłości – wszystkiego tego, co wypełniało teraz ciało umęczonej kotki. Więc i ona zawyła: odchyliła głowę, niosąc do nieba swoją własną, przepełnioną bólem pieśń, krzycząc, aż zabrakło jej tchu, jakby ostatnim wydechem zdartego gardła chciała uświadomić Gwiezdny Klan, jakiej męki jej przysporzył, i ukarać go za to; wraz z tym ogłuszającym wyciem wyrzucała z siebie wszystkie okropne emocje i odczucia, aż była z nich kompletnie wyzuta. Wreszcie skończyło jej się powietrze. Zakaszlała krótko, po czym bez ostrzeżenia odbiegła. Niezbyt szybko, na to nie miała już energii, ani nie w jakimś określonym kierunku; sama nie wiedziała, dlaczego to robi, właściwie nie wiedziała już niczego.
 Z pewnością wróci, może nawet dziś wieczorem, w końcu tradycja każe pożegnać zmarłych. Ale nie teraz. Teraz będzie po prostu parła przed siebie, aż nie dotrze do granicy, a wtedy obierze nowy kierunek, i tak w kółko, aż wreszcie może poczuje coś oprócz wszechogarniającej pustki.

29 maja 2019

Od Świetlistego Potoku cd. Błękitnej Cętki

*bardzo dawno temu*

– Fajnie – odparła krótko, ciesząc się bardziej z tego, że przyjaciółce nic poważnego się nie stało, niż ze znaczącej jej bark szramy. Wciąż lekko kręciło jej się w głowie, a ciało reagowało z lekkim opóźnieniem na wolę nie do końca przytomnego mózgu, który w takim stanie nie radził już sobie z przetwarzaniem tak dużych ilości nowych informacji (słodziutka kuleczka? że niby ona? w-w jaki sposób?...). Potarła pysk łapą, próbując przywrócić się do stanu używalności, po czym raz jeszcze omiotła spojrzeniem legowisko i znajdujące się w nim koty, kończąc oględziny na Błękitnej Cętce. Kotka wyglądała pogodnie, z czego szylkretka wywnioskowała, że nie doszło do jakiejś większej tragedii.
– Czy ktoś jeszcze został ranny?...
– Tylko lis. Na długo to sobie popamięta! – odparła wesoło niebieska. Światełko uśmiechnęła się cierpko. Bezproblemowe odparcie ataku drapieżnika przez klan samo w sobie stanowiło oczywiście źródło ulgi i radości, jednak w oczach calico tylko podkreślało ono jej własną nieudolność. Zostać rannym wraz z innymi a odnieść obrażenia podczas zadania, które reszta wykonała z łatwością, to w końcu dwie zupełnie różne sprawy.
– Długo byłam nieprzytomna? – spytała, odganiając od siebie nieprzyjemne myśli.
– Hmmm, ile to już będzie, Burzowe Serce? Pół księżyca? Chyba trochę więcej… – Na widok śmiertelnie przerażonej miny kotki z jej głosu uleciała cała powaga i po raz kolejny parsknęła śmiechem.
– Nie strasz mnie – jęknęła szylkretka, notując sobie w myślach, żeby następnym razem nie wierzyć bezwarunkowo siedzącej obok niej kupie futra.
– Około pół wschodu słońca. Teraz zbliża się noc – usłużnie poinformował ją medyk. Kiwnęła głową w podziękowaniu za szczerość, ale on kontynuował: – I tak będziesz musiała tu zostać jeszcze przez jakiś czas, dopóki rana się nie podgoi.
Rana…
Przekrzywiła głowę, by spojrzeć na sporej wielkości opatrunek, oplatający jej klatkę piersiową z obu stron tam, gdzie skórę przebiły lisie kły. Jak na zawołanie zranione miejsce zapulsowało bólem, a kotka zakaszlała, z trudem łapiąc oddech.
– Wszystko dobrze? – spytała z niepokojem Błękit, odsuwając się nieco od przyjaciółki, by dać jej więcej przestrzeni.
– Ta...tak. Nic mi nie jest. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale wzmożony nagłym ruchem ból wygiął jej wargi w drugą stronę. – Przepraszam, Burzowe Serce. Chyba musiałeś zużyć na mnie całą pajęczynę.
– Pajęczyna jest po to, żeby jej używać – odparł krótko. – Jak bardzo to boli? Chcesz trochę nasion maku?
– Nie trzeba. Dam sobie radę. – Nie chciała powodować więcej problemów, niż było to konieczne. Już i tak na kilka najbliższych dni miała się stać bezużyteczna, a bycie nieprzydatną było jedną z rzeczy, których nienawidziła najbardziej.
– Na pewno? – Kocur nie wyglądał na przekonanego. – Ból może utrzymywać się długo, nawet wtedy, kiedy rana już się wygoi. Nawet kiedy już opuścisz to legowisko, przez pewien czas nie będziesz mogła w pełni wrócić do obowiązków, żeby nie otworzyć rany i nie nadwyrężyć uszkodzonych mięśni.
– Jest aż tak źle? – szepnęła, wbijając spojrzenie w ziemię przed sobą. Mechanicznie pokręciła głową w odpowiedzi na gest medyka, który raz jeszcze zaproponował jej mak. O ile już wcześniej jej samopoczucie nie było najlepsze, teraz poczuła się wręcz potwornie. “Nienadwyrężanie się” oznaczało w praktyce niemożność wykonywania zadań wojownika – polowania i obrony klanu – przez najbliższy czas. Jak w takim stanie miała się przysłużyć tym wszystkim kotom, które od małego otaczały ją opieką? Pozostawało jej chodzenie spacerkiem po obozie. Doprawdy, pożyteczne zajęcie. Prychnęła z żalu, frustracji i złości na samą siebie i własną niekompetencję.
– Nie martw się, będę codziennie przychodzić, żebyś nie czuła się samotna – obiecała jej przyjaciółka, delikatnymi liźnięciami starając się podnieść ją na duchu.
– Dzięki – mruknęła w odpowiedzi. Doceniała gest, ale do samotności zdążyła już przywyknąć – w mniejszym lub większym natężeniu towarzyszyła jej niemal od chwili narodzin; tymczasem na perspektywę życia jako pasożyt kotka nie mogła przecież nic poradzić. Poczucie, że jest tutaj zupełnie niepotrzebna, wróciło do niej ze zdwojoną siłą.

***

Powoli wstała ze swojego miejsca na uboczu i skierowała się w stronę Błękitnej Cętki, by pogratulować jej nowej rangi.
Od incydentu z lisem minęło już… licho wie, ile czasu. Ostatnie księżyce stały się dla niej pasmem cierpień, jedna strata ciągnęła za sobą następne – po co miałaby je liczyć? Choć szramy na jej ciele zdążyły się już dawno zagoić, pozostawiając po sobie tylko kilka szkaradnych blizn, to ból nie ustał. Wciąż trwał przy niej, choć w złagodzonej postaci, kiedy tylko odważyła się wykonać jakiś gwałtowny ruch. Przyzwyczaiła się do niego.
Jednak co jej po zabliźnionych ranach, jeżeli chwilę po wygojeniu się jednych otwierały się nowe? Tak właśnie czuła się szylkretka – jakby ktoś wbił pazury w jej umęczone serce, pozostawiając w nim pustki, których nie dało się już niczym zapełnić. Najpierw odebrano jej Klan Gwiazdy – bo jakże miała czcić swoich przodków, gdy zabijali oni bezbronne koty w czasie świętego pokoju? – a kiedy zaczęła poddawać w wątpliwość wszystko, czemu do tamtej pory ufała, zupełnie zdewastowana tą stratą, kiedy zdawało jej się, że stoczyła się na samo dno tego życiowego padołu i gorzej już być nie może... dostała kolejnego ucznia do wytrenowania. Ale kij z nim. Był tylko dodatkową, maleńką  porcyjką utrapienia w porównaniu z okropieństwem, jakie stanowiło zniknięcie jej siostry.
Nigdy nie były ze sobą blisko, charakter Świetlistego Potoku skutecznie utrudniał jej nawiązanie więzi z rodzeństwem. Jeśli jednak ktoś myślał, że z tego powodu kotce nie zależało na szylkretowej zastępczyni, to był w błędzie tak ogromnym jak Miejsce, gdzie Zachodzi Słońce. Migoczące Niebo była w jej życiu od zawsze. Nie tuż obok, tylko dalej, jakby gdzieś w tle, ale jej obecność calico uważała za oczywistą. Tak, chociaż stała się zimna i niedostępna, była też silna. Od kiedy awansowała, wraz z Ciernistą Gwiazdą stały na czele Klanu Burzy, nawet wtedy, kiedy nadchodziły ciężkie czasy, nawet wtedy, kiedy musiały sobie radzić z własnymi przytłaczającymi problemami – żadna z nich nie zrezygnowała, nie poddała się, tylko wciąż sumiennie wypełniały swoje obowiązki, dowodząc, że w pełni zasługują na zaufanie, którym je obdarzono. Tę właśnie siłę podziwiała Świetlista, tym bardziej, że jej samej jej brakowało, i tym bardziej zdruzgotana była stratą obydwu kotek, którą odczuł przecież cały klan.
Dlaczego? – pytała z wściekłością, nie mogła jednak znaleźć odpowiedzi. Och, jeżeli na tym lub na innym świecie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość – bo na pewno nie była nią ta zgraja, która zwykła zwać się Klanem Gwiazdy – to szylkretka chciała jej to pytanie wykrzyczeć prosto w plugawą twarz.
Na razie jednak musiała się ograniczyć do… no właśnie. Nie mogła niczego zrobić.
– Hej, Błękit – zaczepiła przyjaciółkę po tym, jak Mokra Łapa otrzymał nowego mentora. – Gratuluję.
Zabrzmiało to sucho i nieszczerze, ale tylko na to potrafiła się zdobyć. To nie powinno tak wyglądać. Nie tak miało być. Powinny teraz cieszyć się i świętować awans Błękitnej, a zamiast tego z każdego kąta wyzierały smutek i cierpienie; ich cierpko-gorzki zapach było czuć w powietrzu, gościły w sercach kotów zebranych na polanie, błyszczały w ich oczach. Świetlista poczuła, że ma już tego dosyć. Najchętniej wywróciłaby cały ten obóz na lewą stronę, obróciłaby cały ten zły świat w pył, żeby tylko pozbyć się tej okropnej rozpaczy, przygniatającego ciężaru spoczywającego na sercu. Ale nie mogła. Nie potrafiła porządnie pogratulować przyjaciółce, choć w pełni się jej to należało, ba! nie mogła nawet na nią spojrzeć bez bolesnej myśli, że jakkolwiek niebieska w pełni sobie zasłużyła na ten zaszczyt, na jej miejscu powinien stać ktoś inny.
– Dlaczego… Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje? – zamiast spróbować ponownie, zapytała cicho, uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. Pięknie. Rób tak dalej, Świetlista, Błękit na pewno potrzebuje teraz twoich żalów. Sama sobie możesz pogratulować. Nie była w stanie powstrzymać słów wypływających powoli z jej pyszczka. – Dlaczego ci najlepsi umierają? One… zrobiły tyle dobrego dla klanu. Dlaczego Klan Gwiazdy zabrał je ot, tak...
...i zostawił takiego śmiecia, jak ja? – dokończyła w myślach, czując, jak jej oczy zachodzą łzami. Szybko zacisnęła powieki, by nie dać im popłynąć. Bynajmniej nie oczekiwała odpowiedzi, ale kotłujący się w niej ból był zbyt duży, by mogła zachować to pytanie dla siebie.
Ostatnio Klanowi Burzy przytrafiały się niemal same nieszczęścia. Jak długo jeszcze będą w stanie tak żyć?...

<Błękit? Chyba ostatnio nie idzie mi odpisywanie na czas, wybacz ;-;>

18 kwietnia 2019

Od Świetlistego Potoku

Nie znalazła odpowiedzi.
Tragedia ze zgromadzenia – jak to przed sobą określała – otworzyła jej oczy i choć desperacko tego pragnęła, nie mogła ich już zamknąć. Klan Gwiazdy był destrukcyjnym bytem, zabawiającym się kocim życiem – teraz  to dostrzegała. Widziała też, że żeby trafić do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd wcale nie trzeba być istotą przesiąkniętą złem do szpiku kości – nie, nie, wystarczyło podpaść Gwiezdnym, którzy zsyłali tam każdego, kto odważył się być im nieposłuszny. To przekonanie pogłębiało się w Świetlistej z każdą chwilą, aż w końcu zagnieździło się w jej świadomości jako niepodważalny fakt.
Ta myśl pociągnęła za sobą następne, niczym zapalne ogniwo jakiejś strasznej reakcji łańcuchowej. Od niepamiętnych czasów koty czciły swoich przodków, utrzymując wiarę w to, że chronią je, pomagają im i zsyłają im obfitość życiodajnej zwierzyny, obserwując ziemię czujnym, a jednocześnie tak czułym spojrzeniem swych błyszczących oczu. Niegdyś szylkretka również należała do grupki wiernych, kiedy jednak poznała prawdę, wszystkie nauki o Gwiezdnych, dawniej podnoszące klanowiczów na duchu, nagle nabrały zupełnie nowego, potwornego wydźwięku. O tak, Klan Gwiazdy patrzył, patrzył niezwykle czujnie – jednak w wyniosłym błysku gwiazd nie było dla Świetlistego Potoku nic z dawnego ciepła. Kiedy płomienie wieczoru ustępowały miejsca ciemności nocnego nieba, mieszkańcy Srebrnej Skóry zaczynali rosnąć w siłę, a miliony ich jaśniejących ślepi omiatały obóz, tereny klanów, ba, cały świat swym głodnym spojrzeniem. Przodkowie ze swego firmamentu widzieli wszystko – a istnienie przekonań, jakoby mieli oni bezpośredni wpływ na dobrobyt, życie, śmierć czy nawet istnienie pośmiertne kotów jasno wskazywało na to, że są również wszechmogący. Och, jaka głupia była, jacy głupi byli oni wszyscy! Cieszyli się z obecności opiekuńczej nadprzyrodzonej siły, podczas gdy ta sama moc przesuwała i strącała ich jak pionki, bawiła się nimi według swoich zasad, wodziła ich za nos, dla własnej przyjemności podsuwała im tłuste kąski bądź skazywała na cierpienie!
Świetlisty Potok zdała sobie wkrótce sprawę z jeszcze jednej rzeczy: z rzeczywistości, w której Klan Gwiazdy miał władzę absolutną, nie dało się uciec.
Oni wiedzą wszystko. Widzą wszystko. Są wszędzie. Gdziekolwiek pójdę. Gdziekolwiek się schowam. Widzą moje myśli… Są we mnie.
Przed Klanem Gwiazdy nie można się było schronić; próby skrycia się przed złowieszczym blaskiem gwiazd przynosiły ulgę na nędzne sekundy. Śmierć? Jeśli paproszek, który w tym świecie podlega bezustannie woli bezlitosnego potwora, na tamtym świecie ma tułać się wśród zabójców, zdrajców i kłamców, zesłany w okropne miejsce przez ten sam przerażający byt, to czy ten drugi świat ma jakąkolwiek wartość jako alternatywa dla pierwszego?
Nie ma ucieczki.
Z każdym oddechem, z każdą kolejną nieprzespaną nocą to przekonanie, niczym złośliwy giez, wgryzało się w nią bardziej, wwiercało się w jej myśli, w jej mózg, w jej duszę. A wraz z nim pojawił się Strach. Chwycił i zdusił ją swoimi kleszczami, powoli, ale sukcesywnie odbierając jej możliwość skupienia myśli na czymkolwiek oprócz niego.
Tuż po strachu przyszła alienacja; jeśli ktoś dawniej uważał Świetlisty Potok za zamkniętą w sobie, to teraz na jej zachowanie zabrakłoby mu języka w pysku. Nie zwierzała się – nie mogła się zwierzyć – nikomu z niczego, na dźwięk swojego imienia jedynie kuliła się, jakby oczekując uderzenia. Nigdy nie miała wielu przyjaciół, toteż koty, których unikała teraz jak ognia, prędko odsunęły się od niej zupełnie. Lęk niszczył ją, pożerał chciwie, sięgając w głąb jej istnienia. Znikły w niej wszystkie inne emocje, nie odczuwała już radości, złości czy zmartwienia – miejsce wszystkich odczuć zajmował Strach. Nie nienawidziła go jednak – bała się zbyt bardzo, by móc żywić do niego nienawiść. Oto, jak lęk ją zniszczył.
Cały ten proces nie pozostawał oczywiście niezauważony, choć nikt nie był go w pełni świadomy. Skoro to Klan Gwiazdy, ten sam Klan Gwiazdy, który sprowadził na nią całe cierpienie, pomagał wojownikom na łowach i dostarczał im zwierzyny, ona nie chciała mieć z nią nic wspólnego. Jadła coraz mniej, a bezsenne noce, które spędzała na pozbawionych nadziei próbach skrycia się przed wszystkowidzącym wzrokiem przodków, tylko przyczyniały się do postępującego osłabienia jej organizmu. Sprawiało ono, że polowanie – jedyna czynność, w której, według siebie samej, osiągała dobre wyniki, jedna z niewielu rzeczy, które sprawiały jej przyjemność – stało się prawie niemożliwe nie tylko ze względu na jej zdrowie psychiczne, ale i kondycję fizyczną. To jedynie podkręciło spiralę strachu i spadającej na łeb, na szyję samooceny, w której i tak tkwiła od dawna.
Była bezużyteczna. Komentarze jej siostry o tym, że powinna się ogarnąć, tylko ją w tym utwierdzały. Do zbioru jej dyktowanych strachem zachowań dołączyły ataki paniki. Wystarczyło podejść do niej po cichu czy znienacka krzyknąć jej imię – jej oddech stawał się płytszy, serce biło szybciej, a oczy rozszerzały się w czystym przerażeniu. Nie wiedziała już sama, czego właściwie się boi. Prawdę mówiąc, w ogóle niewiele wiedziała. Prawie nic już do niej nie docierało – oprócz fal strachu, które nieustannie napływały, ale nigdy się nie cofały; które nawiedzały ją i za dnia, i w nocy; które uciskały ją, pochłaniały tak, że gdyby ktoś znał całą prawdę o jej stanie, nie mógłby uwierzyć w to, że szylkretka ma jeszcze siłę, by w ogóle istnieć.
Swoje dni Świetlisty Potok dzieliła pomiędzy kuleniem się w legowisku wojowników a wizytami u Burzowego Serca, któremu na wpół automatycznie powtarzała, że nic jej nie jest. Z początku reszta klanu nie zwracała na nią większej uwagi, potem co poniektóre koty zaczęły rzucać jej zmartwione spojrzenia – nie dostrzegała ich jednak. Jedynym , co widział, były okropne cienie, które wylegały z każdego zakątka obozu, gwiazdy, które przeszywały ją spojrzeniem nawet, gdy nie było ich na niebie, a ona nie mogła nic na to poradzić, nic zrobić. Strach odbierał jej wszystko, odbierał nawet samo życie – bo właściwie była to śmierć, śmierć wszystkiego, czym była, co znała...
Pora Opadających Liści zmierzała ku końcowi; w lesie gwizdały chłodne północne wiatry, mierzwiąc kocie futra i zaganiając zwierzynę do nor. Pierwsze oznaki zbliżającej się najsroższej pory roku były dobrze widoczne, każdy przygotowywał się, jak umiał, by stawić czoło niskiej temperaturze i niezmiennie towarzyszącemu jej okresowi głodu.
Pierwszy dzień Pory Nagich Drzew z początku wyglądał jak każdy inny. Pozornie wszystko wyglądało tak samo, ale dało się wyczuć jakąś zmianę w powietrzu. Las jakby przerwał na moment swoją krzątaninę i zastygł w niemym oczekiwaniu na nadejście mrozów.
To, co stało się potem, przeszło najśmielsze oczekiwania kotów.
Około południa Świetlisty Potok opuściła obóz w ostatniej żałosnej próbie upolowania czegokolwiek dla udowodnienia swojej, choćby najmarniejszej, wartości. Jak można się było spodziewać, poniosła porażkę. Wlokąc się w stronę domu, przytłoczona rozpaczą, poczuła się, jakby temperatura znienacka obniżyła się o kilka stopni. Podniosła głowę. Wiatr, o wiele silniejszy niż w ostatnich dniach, zagrał na jej kościach, które ciężko było ukryć przylegającej do nich ściśle skórze. Znad morza nadciągały tabuny czarnych chmur, a to, co jeszcze niedawno można było nazwać zwykłą chłodną bryzą, wzmagało się na sile. Zaciął deszcz, po chwili przechodząc w bijącą głośno o ziemię mieszankę gradu i śniegu. Chciała biec do do obozu, ale zanim zdążyła zrobić choćby krok, zalała ją fala strachu tak wielka, że stanęła w miejscu niczym słup soli. Chmury kłębiły się, wrzały na ciemnym nieboskłonie, tańczyły niczym w makabrycznym teatrze cieni; przez złowieszcze wycie wiatru ledwie przebijały się rozkazy, rozpaczliwe pytania, wołania i wrzaski. Ziemią wstrząsnął pierwszy grzmot, grad uderzał i ranił wycieńczone głodem ciało kotki, a ona nie mogła się ruszyć, sparaliżowana strachem; strachem, którego smak znała już tak dobrze, a mimo tego nie stawał się ani odrobinę mniej obezwładniający. Miała ochotę zniknąć, wyparować, zakończyć swe istnienie i nigdy się już nie pojawić.
Otoczenie wyło, szumiało, ryczało, nacierało ze wszystkich stron. Wraz z zanikiem świadomości uruchomiły się w niej pradawne instynkty, wyzwalające kolejną falę lęku. I odpowiedź, stojącą w sprzeczności z tym, na czym cały strach szylkretki się opierał:
UCIEKAĆ.
Jej organizm, stargany strachem, był już u kresu wytrzymałości, kiedy z dzikim wrzaskiem obróciła się i ruszyła gwałtownym, nieposkromionym pędem przez zasłonę gradu, przez wiatr, przez zawieruchę. To nie była Świetlisty Potok, cicha, rozważna wojowniczka Klanu Burzy. Tamta kotka przestała istnieć. To było dzikie stworzenie, wiedzione jedynie instynktem. Płuca i łapy paliły ją niemiłosiernie, jednak nie odczuwała tego wcale. Po prostu biegła, pędziła jak jeszcze nigdy w życiu, bez opamiętania, bez żadnych hamulców. Nie miała pojęcia, gdzie jest ani w którą stronę zmierza, ale to się nie liczyło. Nawet, gdyby wiedziała, nie kontrolowała już swojego ciała. A ono chciało jednego. Po prostu, najzwyczajniej w świecie – uciekać.

11 kwietnia 2019

Od Świetlistego Potoku

Szła powoli tuż obok Pylistego Świtu. Błoto kleiło jej się do łap. Smętny korowód kotów Klanu Burzy miał już niedługo zakończyć wędrówkę; obóz, a w nim sylwetki może nieco przestraszonych, ale nieświadomych jeszcze prawdziwej tragedii kotów, było już dobrze widać. Świetlisty Potok wiedziałaby o tym, gdyby uporczywie nie wbijała wzroku w ziemię. Futra towarzyszy pokryte mokrym popiołem, którego deszczowe krople nie zmyły w całości, sylwetka przywódczyni wciąż osłabionej po utracie życia, a wreszcie ciało Konwaliowej Rzeki, zdeformowane i zwęglone przez płomienie - po co ktokolwiek miałby chcieć na to patrzeć?
Nie była z Konwalią blisko; ich relacje ograniczały się właściwie do absolutnego minimum narzuconego przez otoczenie (podobnie zresztą wyglądała większość relacji córki Rdzawego Ogona z kimkolwiek, ale to nie jest teraz najważniejsze). Niemniej jednak śmierć kotki - właściwie całej czwórki kotów - wstrząsnęła Świetlistą do głębi, nie ze względu na jakąkolwiek więź z ofiarami, a sposób jej wystąpienia. W jednej chwili koty spokojnie gawędziły ze swoimi znajomymi, z ciekawością przysłuchiwały się przemowom liderów, w drugiej natomiast leżały już martwe, a widok ich płonących ciał odbijał się w przerażonych oczach współklanowiczów rozpaczliwie starających się ratować siebie i bliskich przed ogniem. A kto był temu winny?
Pierwszy raz od dłuższego czasu podniosła głowę i skierowała spojrzenie na nocne niebo, na którym błyszczały gwiazdy Srebrnej Skóry, czyli dusze jej przodków. Kto wie, ile razy wpatrywała się w nie w trudnych chwilach, by dodać sobie otuchy? Ile razy myśl o opiekuńczych istnieniach, które polowały na tej ziemi długie księżyce przed tym, jak zaczęła to robić ona, dawała jej nadzieję na lepszy los? Ile razy z oddaniem wyrzekła się czegoś czy zrobiła coś, czego nie chciałaby w innym przypadku zrobić, jedynie przez wzgląd na Kodeks, którego reguły podyktowali przodkowie?
Odpowiedzi na te pytania nie przedstawiają jednak żadnej wartości, bo kiedy wzrok Świetlistego Potoku tej tragicznej nocy padł na migoczące dostojnie gwiazdy, przed oczami stawały jej tylko cztery przerażające błyski, przybywające na ziemię, by okrutnie odbierać życie.
To nie był Klan Gwiazdy, jaki znała. To nie mógł być ci sami przodkowie, którzy aż po ten dzień prowadził ją przez życie, pokazywał, co dobre, a co złe, trzymał ją w swojej opiece. To było coś innego, o wiele potworniejszego. I wyglądało na to, że właśnie tym czymś, o zgrozo, był Klan Gwiazdy, w którego wiarę wyznawała całe swoje dotychczasowe życie.
Poczuła się, jakby coś uwięzło jej w gardle; jakby szok, niedowierzanie, złość, cały ten mętlik ścisnął się w wielką gulę, której nie mogła przełknąć. Miała wrażenie, że zbudowana przez nią rzeczywistość, wszystkie jej wyobrażenia o otaczającym ją świecie, o samym jej życiu właśnie zostały brutalnie podeptane i wciśnięte w piach. Nie mogła znieść tych uczuć, a szczególnie wszechogarniającego poczucia zdrady, zdrady wszystkiego, w co dotąd wierzyła.
Ciche szurnięcie kazało jej wrócić do rzeczywistości. Spostrzegła, że od dobrych kilku, może kilkunastu uderzeń serca stoi nieruchomo ze wzrokiem wlepionym w gwiazdy, a Pylisty Świt, z którą wcześniej szła ramię w ramię, stoi ponad długość lisa przed nią i rzuca jej niepewne spojrzenie. Otrząsnęła się prędko i dogoniła koleżankę, skinięciem głowy informując, że wszystko jest okej, chociaż wcale nie było. Nie wymieniły ani słowa; żadna z nich nie lubiła się odzywać, kiedy nie było to konieczne.
Kiedy wchodziła do obozu w akompaniamencie pierwszych zaskoczonych okrzyków i lamentów, w jej głowie rozbrzmiewała jedna myśl, domagająca się odpowiedzi, której jednak kotka nie potrafiła znaleźć.
Jeśli ani Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, ani Klan Gwiazdy nie są dobre, rozmyślała Świetlisty Potok z rozpaczą, to kto jest?

06 kwietnia 2019

Od Świetlistego Potoku CD. Błękitnej Cętki

Zwinne, przyozdobione rudą sierścią zwierzę przystanęło z zaciekawieniem; z kształtnego, wąskiego łba spoglądała na nie para złotych oczu. Lis był bardzo blisko, zbyt blisko. Błękit z pewnością nie tak to planowała. Jeżeli w ogóle cokolwiek planowała, pomyślała cierpko Świetlista.
Ale nie wszystko było stracone. Rdzawy drapieżnik i kotki zastygli w bezruchu, mierząc się nawzajem spojrzeniami, a chwila ta wystarczyła łaciatej, by przywołać całą posiadaną wiedzę o lisach. O ile pamiętała, zazwyczaj nie atakowały bez uprzedniej prowokacji, a mając wybór pomiędzy ucieczką a bliższym spotkaniem z niebezpiecznym przeciwnikiem, zwykle wybierały to pierwsze. W dodatku ten osobnik wyglądał na niedoświadczonego młodego, który dopiero niedawno opuścił matkę w poszukiwaniu własnego rewiru; być może więc wystarczy tylko, że…
- Wynoś się stąd, lisie łajno! - Błękitna Cętka wyskoczyła w stronę lisa z wyciągniętymi pazurami i bojowo uniesionym ogonem, nie zbliżając się jednak do niego zanadto. Dobrze. Zaskoczone zwierzę wygięło grzbiet w łuk i uniosło groźnie wargi, odsłaniając rzędy białych kłów. Ich widok zaalarmował Świetlisty Potok. W obawie, by drapieżnik nie rzucił się na jej koleżankę, szybko stanęła przy jej boku, strosząc sierść i sycząc gniewnie, a jednocześnie w napięciu śledząc ruchy intruza. Lis, widząc dwie rozzłoszczone przeciwniczki, stracił rezon. Chwilę jeszcze wodził po nich skonfundowanym spojrzeniem, po czym niepewnie zrobił krok do tyłu.
Wojowniczkom Klanu Burzy to wystarczyło. Jak na komendę runęły na drapieżcę, któremu nie pozostawało nic innego, jak podkulić ogon i zwiewać. Wywiązała się z tego rzeczywiście całkiem wesoła gonitwa. Córka Białej Sadzawki obrzucała uciekającego lisa wyzwiskami i śmiała się, aż zupełnie zabrakło jej tchu, a Świetlisty Potok ograniczyła się do krótkiego okrzyku bojowego i pełnego satysfakcji parsknięcia. Pechowy łowca natomiast nie powiedział nic; nawet gdyby potrafił wysławiać się w kocim języku, to dwie kotki narzuciły mu takie tempo, że miał czas ledwie na jedno czy dwa przestraszone piski.
Wystarczyła dłuższa chwila biegu i hałaśliwa gromadka zbliżyła się do granicy. Widząc ją, łaciata wzięła głębszy wdech i szybko odetchnęła z ulgą. Jeszcze kilka skoków i będzie po kłopocie. Może Błękit miała rację i samodzielne uporanie się z intruzem to faktycznie lepszy pomysł?
Lis dotarł do strumienia wyznaczającego koniec terytorium klanu. Nie ma wyjścia. Musi skoczyć.
Tak się jednak nie stało. Po dziś dzień można jedynie snuć domysły, co było tego przyczyną: czy młody drapieżnik bał się wody? A może po drugiej stronie rzeczki dostrzegł coś o wiele bardziej przerażającego od Błękitnej Cętki i Świetlistego Potoku? Raczej już się nie dowiemy, faktem jest natomiast to, że zapędzone na brzeg strumienia przerażone zwierzę znienacka zahamowało, odwróciło się i popędziło z powrotem.
Córka Rdzawego Ogona naprężyła mięśnie i przygotowała się do obrony; jednak lis nie zamierzał atakować. Kotki ledwie zdążyły uskoczyć spod pędzących rudych łap i uniknąć stratowania. Zbita z tropu Świetlista otrząsnęła się i podążyła wzrokiem za oddalającym się rudzielcem. Lis wciąż uciekał. Uciekał w kierunku… obozu.
O nie.
- Niech go szlag! - warknęła wściekle szylkretka. Nie tracąc ani chwili, popędziła za nim, nie oglądając się na koleżankę.
Jej mięśnie i płuca powoli zaczynały protestować przeciwko wysiłkowi, ale możliwość odpoczynku przez myśl jej nie przeszła. Wolała nawet sobie nie wyobrażać katastrofy i spustoszenia, jakie niechybnie miałyby miejsce, gdyby zdezorientowany lis wpadł do obozu pełnego nieświadomych niebezpieczeństwa kotów.
Choć była zmęczona, to intruz też; poza tym nie od parady należała do klanu znanego z szybkości jego wojowników. Znalazłszy się blisko uciekającego, zaczęła go wymijać, aż wreszcie wyskoczyła na długość lisa od jego pyska. Tam odwróciła się, przy hamowaniu niemal wyłamując sobie pazury, i strosząc się, odsłoniła zęby, by wystraszyć drapieżnika i zmusić go do ponownego odwrotu.
Widząc, jak kotka wybiega mu przed nos, lis zrozumiał, że nie zdąży się już zatrzymać. Najprawdopodobniej miał również dosyć kotów, dosyć ich najeżonych futer i obnażonych pazurów, dosyć ciągłego straszenia i ucieczki - i to zapewne popchnęło go do działania. Nie zahamował i nie odwrócił się. Śledzony jej przerażonym spojrzeniem, w panice zaatakował nieprzygotowaną łaciatą kotkę.
Bezwładnemu uderzeniu smukłego ciała o ziemię towarzyszył nieprzyjemny, głuchy odgłos. Na szylkretowej sierści szybko wykwitła plama krwi, spływającej powoli na ziemię potwornym strumieniem szkarłatu. Ogłuszona kotka leżała nieruchomo, oddychając tylko słabo i z cichym rzężeniem.
Zanim jej wzrok zamglił się zupełnie, zdążyła zauważyć nadbiegającą co tchu przestraszoną Błękitną Cętkę, która na jej widok niemal skamieniała.
- Nie zatrzymuj się - syknęła przez zaciśnięte zęby Świetlista, starając się zignorować ból. - Krzycz… Biegnij i krzycz, że do obozu zbliża się lis. Dalej...
Chwilę potem odpłynęła w stan błogiej nieświadomości.

<Błękit? Światełko jakoś się wykuruje... Przepraszam za ten zwrot akcji, to najlepsze, co mi przyszło do głowy>