Ruda zadrżała, jednak wbrew temu, co zazwyczaj wywoływało u niej drżenie, tym razem nie był to przejaw lęku. Słowa ciotki zabrzmiały wręcz pokrzepiająco i niemal natychmiast wywołały w jej gardle cichy, niekontrolowany pomruk. Firletka miała ten szczególny sposób mówienia, przez który nawet zwykła uwaga potrafiła zabrzmieć mniej przytłaczająco.
— Ja... Sama nie wiem — wykrztusiła ze skruchą. — Chyba byłam zajęta...
— Oh tak, zajęta — zaśmiała się Firletka, przewracając w rozbawieniu oczami. — Wiesz, ile razy słyszę to od każdego? Każdy jest zbyt zajęty, by zadbać o swoje zdrowie do momentu, gdy kończy w takim stanie, że musi zostać odsunięty od swojej pracy i spędzać noce i dnie pod moim okiem — zauważyła, zerkając na pozostałe koty w legowisku. — No dobrze, niech ci będzie. Zmieńmy temat, jak tam idzie ci twój trening?
Na pysk Żywicy wstąpił lekki grymas. Nie było źle, ale nie było też czym się chwalić. Od dłuższego czasu miała wrażenie, że utknęła w miejscu, z którego nie potrafiła ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Nie brakowało jej podstawowej wiedzy ani chęci do nauki, lecz jej umiejętności wciąż nie były na tyle rozwinięte, by mogła choćby spróbować ubiegać się u mentora o zgodę na zostanie wojowniczką. Im bardziej się starała, tym bardziej dostrzegalne stawały się jej braki.
— Chyba dobrze... — wymamrotała, drapiąc pazurem w ziemi. — Twój trening... długo ci zajął?
Szylkretka przemknęła pomiędzy ziołami, poprawiając stosik, z którego osunęła się garstka zasuszonych medykamentów. Ostrożnie przesunęła je łapą na właściwe miejsce, po czym zerknęła na bratanicę.
— Hm, wiesz, trening medyków z reguły trwa trochę dłużej niż jakikolwiek inny w klanie. Z tego, co zawdzięczam swojej pamięci, już nie pierwszej młodości, nie przeciągałam go dłużej, niż było to wymagane — stwierdziła.
Żywica podniosła wyżej głowę, strzygąc uchem z zainteresowaniem.
— Oj, nie przesadzaj, chyba nie jesteś aż taka... stara — mruknęła, starając się, by nie zabrzmiało to niemiło.
Wdzięczna Firletka pokręciła głową.
— Księżyce mej młodości już dawno minęły, Żywico. Bliżej mi do wstąpienia na Srebrną Skórę, niż wieku, w którym trenowałam — przyznała z zamyśleniem. — Korzystaj ze sprawnych kości, póki możesz. W moim wieku przyjdzie ci już tylko narzekać na ból w każdej części ciała — zaśmiała się.
Żywica lubiła ciotkę. Była miła, spokojna i nad wyraz cierpliwa, a przy tym nie pozwalała sobie wejść na głowę i potrafiła być wyjątkowo stanowcza wobec swoich pacjentów.
Żywica przez pewien czas, jeszcze będąc kociakiem, sama zastanawiała się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby obrała tę samą ścieżkę co ciotka. Ciekawiły ją zioła, ich zapachy i to, jak medyczka potrafiła spojrzeć na kota i niemal od razu dostrzec, że coś było z nim nie tak. Ostatecznie jednak chęć przypodobania się ojcu i podążania krok w krok za bratem okazała się silniejsza. Chciała być wojowniczką.
***
Żywica nie pamiętała, kiedy dokładnie jej oko zaczęło nieprzyjemnie swędzieć. Z pewnością miało to miejsce jeszcze wtedy, gdy Bursztynowa Łapa spał nocami blisko jej posłania. Później, gdy oznajmił jej, że opuszcza klan, zabierając tym samym ze sobą jakąś część jej samej, całkowicie zignorowała wszystko, co działo się z jej własnym ciałem. Dniami i nocami przejmowała się wyłącznie bratem. Gdzie był? Czy był cały i zdrów? Czy o niej myślał? Czy ci wszyscy znajomi, dla których porzucił swoje dotychczasowe życie, naprawdę byli dla niego ważniejsi od klanu?
Ważniejsi od niej?
Z uporem naciskała na Ognika, by przy każdej możliwej okazji prowadził ją w okolice granic. Kocur początkowo ulegał jej prośbom, mając na uwadze jej stan po odejściu brata, a przy tym nie zasypywał jej pytaniami o to, co dokładnie wydarzyło się między nią a Bursztynową Łapą. Wolał pozwolić jej przeżyć to na własny sposób.
Ulga skończyła się jednak w chwili, gdy Żywica zaczęła wpadać na drzewa, zahaczać o wystające korzenie i coraz częściej niepokojąco marszczyć lewe oko. Wtedy zamiast kolejnego patrolu w stronę granicy wylądowała na posłaniu przed własną ciotką.
— Wydaje mi się, Żywiczna Łapo, że kiedyś mówiłam ci coś o...
Ruda mimowolnie pokiwała głową.
— Myślałam, że jakiś paproch wpadł mi do oka i nie chciałam zawracać ci tym ogona. To nie było nic poważnego, byś marnowała na to czas... — zapewniła, uciekając sprawnym okiem w stronę wyjścia z legowiska. Była niemal pewna, że znalazła miejsce przy granicy, w którym urywał się ślad jej brata, chociaż od jego odejścia minęło już tyle czasu, że jego zapach dawno powinien rozwiać się wśród traw i leśnej ziemi.
— Tym podejściem tylko przybywa mi problemów, bo zamiast wyleczyć coś, gdy stan jest delikatny, przychodzicie z dużo większym problemem — westchnęła karcąco, patrząc na nią w skupieniu. — Widzisz mnie, gdy zamykasz jedno oko?
— Zależy które... — odparła niemrawo.
— Zamknij to, do którego nie czułaś, by ci coś wpadło.
Żywica westchnęła, gotowa powitać ciemność, która coraz częściej zaczynała otaczać jej świat. Nie była ona jednak całkowita. Obraz pozostawał przede wszystkim zamglony. Rozpoznawała zarysy kształtów i kolory, lecz wszystko zlewało się w nierówne plamy, pozbawione wyraźnych krawędzi.
— Widzę cię... Prawie — mruknęła. — Jesteś jakaś taka niewyraźna, chyba mało ostatnio jadłaś...
— Bardzo zabawne — odparła, a Żywica uniosła powiekę zdrowego oka, śledząc każdy ruch kotki. — Nie ruszaj się teraz, może cię... trochę zapiec.
Cętkowana spięła się i odsunęła gwałtownie, gdy medyczka stanęła przed nią i upuściła na ziemię żółtawy kwiat.
— Co to jest? Bardzo będzie boleć? — wykrztusiła.
— Glistnik jaskółcze ziele — odparła spokojnie, przecierając roślinę pod łapami. — Na pewno będzie to mniej bolesne niż gdybyś miała całkowicie oślepnąć — zasugerowała.
Żywica przełknęła ślinę, po czym niechętnie przysunęła się z powrotem bliżej szylkretki. Ogon nerwowo drgnął jej przy łapach, a uszy odruchowo cofnęły się ku tyłowi.
— Dobrze... rób co musisz — wymamrotała. — Tylko szybko, proszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz