BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobczyk x Pierzasta Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kobczyk x Pierzasta Łapa. Pokaż wszystkie posty

01 czerwca 2026

Od Kobczyka CD. Tańcującego Pierza

Ostatnio zachorowała jej mama, a raczej tak wydawało się czekoladowej. Bezsenność przyczepiła się jej kochanej mamusi niczym wysuszony rzep zerwany prosto z drzewa. Nie było łatwo je wyrwać z gęstych kłosów, więc nieszczęśnik, który w nich się wytarzał, z pewnością zawył niejednokrotnie z bólu. Samotniczka czasem budziła się w nocy, jeśli nie sprzyjał jej wtedy sen i dostrzegała, że vanka przewracała się z boku na bok, niejednokrotnie mamrocząc coś do siebie, niby sennie, a niby przytomnie. Młódce nie wolno było tego zignorować. Jeśli zostawi to tak, a Mewa pozostanie nieleczona, mogło się jej znacząco pogorszyć i doprowadzić ją do naprawdę opłakanego stanu, którego nikt nie chciał, a w szczególności czekoladowa. Kobczyk wyruszyła zatem w poszukiwaniu konkretnych ziół, mogłyby pomóc z jakże przykrą dolegliwością. Skoro pomogła tamtemu rudemu kocurowi, ostatnio, to wypadałoby, w szczególności, pomóc swojej kochanej mamie, Mewie. Była jednym z nielicznych kotów, na której brązowookiej rzeczywiście zależało, nie mogła pozwolić na to, by cokolwiek doskwierało kocicy. Kręciła się na znanych jej terenach, oglądając wysoko oraz gęsto rozłożone drzewa iglaste, masowo osypujących glebę suchymi, starymi już igłami. Nad głową przeskakiwały jej wiewiórki, zaalarmowane obecnością kota nieopodal. Miały szczęście, że nie wyruszyła na polowanie! Ciepły wiatr owiewał jej pysk, strosząc niefortunnie futro, a także grzejąc ją bardziej, niż mogłaby sobie ewentualnie życzyć. Taka pogoda była niezwykle męcząca, szczególnie gdy żar lał się prosto na grzbiet okrutnie, ocieplając nadto kości. Poduszki paliły ją, a grunt sucho kruszył się pod łapami. Trawa zdążyła wyschnąć i pożółknąć. Wprawiało to Kobczyk w niemałe pesymistyczne myśli – szansa, że znajdzie w takich warunkach rośliny i to zdatne do spożycia z każdym krokiem malała coraz bardziej, co absolutnie jej nie cieszyło. Może pośród nisko położonych gałęzi udałoby jej się coś dopatrzeć? Najwyżej, jeśli już poważnie los się do niej nie uśmiechnie, zawędruje do Wernyhory. Ale na razie nie zamierzała.
Wreszcie łapy same przyprowadziły ją na granicę Klanu Burzy. Zupełnie tak, jakby to właśnie tutaj mogła odnaleźć lek dla swojej rodzicielki. Smród świeżo odnowionych znaczeń granicznych dotarł do jej nosa, momentalnie przywodząc do jej głowy masę pytań. Wraz z nim doleciała do niej woń niedaleko przebywających królików, a może zająców, przeskakujących radośnie wysoko i gęsto porośnięte kwieciem łąki. Klan Burzy… Kotka nie widziała się z tym Burzakiem już od jakiegoś czasu. Może sam zeżarł podarunek i dlatego nie przychodził? Jeśli tak, to byłaby to szkoda, bo może mogłaby się z nim dogadać… Pora roku zdążyła się zmienić – teraz gorąc grzał jej plecy tak intensywnie, że musiała chodzić z wystawionym językiem, sapać i regulować jakoś to ciepło. Dobre chociaż tyle, że nie miała na sobie już szaty Pory Nagich Drzew, więc nie sypało się z niej i w dodatku nie musiała borykać się z dużo większym ukropem, który jej kłosy z chęcią jej zafundowałyby…
Znalazłszy się wystarczająco blisko, jej oczom szybko ukazały się liczne, porośnięte bladymi kłosami wrzosowiska, po których wiatr poruszał się swobodnie i wył w najlepsze, niczym wilk o pełni księżyca, śpiewając wszystkim mieszkańcom nieopodal swoje melodie w towarzystwie rodziny. Jej ciemnym oczom rzucił się kocur, którego zdążyła poznać już z widzenia. Może wyrzucił tamtego wróbla albo poczęstował nim kogoś innego? Jeśli wyrzucił, była to zatem ogromna strata. Zaczęła rozglądać się za jeszcze jakimiś kotami i próbowała nasłuchiwać, aczkolwiek ani nie dosłyszała, ani nie dostrzegła nikogo nowego. Rudy wyglądał tak, jakby czegoś szukał. Może przerwała mu polowanie i właśnie spłoszyła zwierzynę, o którą starał się długo, a może zgubił tego kota, który go wołał tamtego razu? Nie miało to znaczenia. Nie czuła nikogo w pobliżu poza nim. Nie wyglądał na zdenerwowanego jej obecnością, a nawet jeśli by był, nie zrobiłaby sobie z tego wiele. Kiwnęła głową na powitanie.
— Kreciku…! Musimy o czymś porozmawiać — powiedział, co przywiodło na jej mordkę zdziwienie. Kreciku? Czy tak właśnie ją zamierzał od teraz nazywać? Może przypominała kreta? Może chciał zdać raport, jak podobał mu się prezent, który mu wręczyła?
— I co się stało? — dopytała żywo, nawiązując do zwierzyny, o której nie zapomniała, nie przedłużając nadto. Zależało jej na szybkiej, może wylewnej odpowiedzi. Musiała wiedzieć. Musiała dowiadywać się coraz więcej.
Na pysku kocura zawidniało coś na wzór dyskomfortu. Nie chciał o tym rozmawiać? Zatem o czym by mógł? Jeśli podarował wróbla komuś bliskiemu, to miała świadomość, że klany miały w sobie naprawdę wielu członków, z pewnością ktoś zauważyłby zmianę w zachowaniu pobratymcy, o ile takowe wystąpiły. Jej bok nieznacznie zafalował ze zniecierpliwieniem. Kocur od ostatniego razu się zmienił – nosił teraz pokaźny bukiet na łbie, a łeb, z tego co widziała, chyba miał trudności w przetwarzaniu informacji, skoro nadal jej nie udzielił informacji. Każda sekunda dłużyła jej się, o dziwo bardziej, niż jakakolwiek wcześniej dotychczas. Mimo to nie zamierzała odpuścić. Odchrząknęła. Łaciaty uśmiechnął się miło, momentalnie, niczym na zawołanie. Może teraz się dowie?
— Kot, który ją zjadł, skończył w piachu — prychnął. — Co to było, co mu dałaś?
Pokiwała głową, przyjmując przekazaną jej informację, zupełnie ignorując drugą część pytania.
— Czy widziałeś, co działo się z nim przed śmiercią? Pluł pianą? Miał halucynacje, trudności w poruszaniu się? Wyglądał niekorzystnie?
Kocur pokręcił głową, a końcówka jego ogona zaczęła podrygiwać nerwowo, przygniatając odrobinę ususzone już źdźbła trawy pod sobą.
— Nie byłem obok. Tak naprawdę, zupełnie przypadkiem padło akurat na niego. Nie byłem z nim blisko… zanieśli mu wróbla, i… tak wyszło — wyznał, gestykulując.
Kobczyk nie obchodziło szczególnie to, jakie relacje miał niebieskooki z danymi kotami. Tak naprawdę był jej zupełnie obcy, znali się jedynie z widzenia. Nawet gdyby z imienia powiedział jej, kto padł, nie miałaby pojęcia o kim mowa. Jej zależało na tym, aby pozyskać dodatkową wiedzę, musiała się uczyć. Chciała sprawdzić, na ile może sobie pozwolić. Ile jeszcze nie wiedziała, ile podobnych przypadków musiałaby zobaczyć, zanim zaczęłaby rozumieć działanie poszczególnych roślin. Jednak… taka odpowiedź musiała jej najwidoczniej wystarczyć. Co prawda szkoda, iż nie udzielił jej dokładniejszej, dłuższej historii z tym związanej, aczkolwiek nawet nie wiedział pewnie, że właśnie tego od niego będzie oczekiwać, tego dnia, tutaj, w tym momencie. Nie pocieszało jej to jednak szczególnie. Nie nakarmiło to jej głodu wiedzy. Rzuciło jej jedynie skrawki.
— Na pewno zastanawiasz się, co tu znowu robię. Chciałbym zawrzeć z tobą pakt. Ty byś raportował mi, co dzieje się z kotami, które zjadły moje prezenty, a ja wręczałbym ci nowe co jakiś czas w ramach eksperymentu. Jeśli jest ktoś, na kim ci nie zależy, to mógłby dostać taką niespodziankę, a ja dowiem się czegoś nowego — spojrzała na niego z powagą, chociaż pysk szybko rozświetlił uśmiech, niekoniecznie szczery. Nie miała w zwyczaju uśmiechać się do kogokolwiek, odkąd Wąsatki nie było obok. — Z pewnością masz kogoś, kogo nie chcesz już w swoim towarzystwie, prawda? — zachęcała go, czekając niecierpliwie na choćby słówko z jego pyska. Nie miała dla niego gwarancji, że każdy podarunek zawierał w sobie truciznę. Chciała sprawdzić, co się stanie, jeśli wymiesza dane gatunki albo użyje czegoś nowego, czego nikt wcześniej nigdy nie badał. Oczywiście, jeśli tylko miało to wypalić, musiał mieć chociaż trochę oleju w głowie.
— Brzmisz tak, jakbyś prosiła mnie o coś lekkiego, jakbyśmy mieli wymienić się kwiatkami w żłobku — zmierzył ją dość nieprzychylnym spojrzeniem jednego oka spod długiej grzywki. Zarzucił ją, po czym poprawił łapą. Mina kotki nie zrzedła, przynajmniej jeszcze nie. Ani nie odmówił, ani się nie zgodził. Słuchała dalej. — Kreciku, a co ja właściwie miałbym z tego mieć? — zrobił chwilową przerwę, po czym machnął ogonem, jakby potrzebował się namyślić. Na jej pysku pojawiło się swego rodzaju znużenie, a powieki opadły lekko. Czy nie było to oczywiste?
— Wiedzę. Dowiedziałbyś się czegoś nowego. Koty czują naturalną potrzebę dowiadywania się więcej — powiedziała mu to tak, jakby to była największa oczywistość na całym świecie, jakby każdy, zupełnie każdy o tym miał świadomość od momentu narodzin. Domyślnie przyjęła też, że raczej każdy by chciał poszerzyć już to, czego zdążył nauczyć i napatrzeć się na do tej pory, ale może to jednak niektórym nie wystarczyło. Albo nie zależało im na tym. W drugą opcję nie chciała za bardzo wierzyć, chyba że miała do czynienia z przygłupem.
— Jeden kot już zdechł, cały klan patrzy mi na łapy... A ty przychodzisz i proponujesz mi kolejnych…
— Nie wszystkie eksperymenty kończą się śmiercią. Od niektórych ziół kotom jest dobrze, czują się wspaniale, a od niektórych… — zrobiła przerwę, chociaż mogła zupełnie bez oporów dopowiedzieć, co miała na myśli. Postanowiła postąpić jednak w ten sposób z szacunku do intelektu rozmówcy. — Dzięki tobie dowiedziałam się, że tamte kwiatki działają silniej, niż zakładałam. Podarowałam je wam bez oczekiwań — Burzak spojrzał na nią tak, jakby nie był pewien, czy mówiła to wszystko poważnie. Zmarszczył brwi.
— Nie jestem mysim móżdżkiem, jednak jeśli kolejny kot padnie od zwierzyny, którą to ja przyniosłem, to ja stanę się pierwszym podejrzanym i mogę tym razem się z tego nie wybronić. Wskażą palcami od razu na mnie.
— Nie dawaj ich ciągle tym samym kotom. Ani osobiście.
— Myślisz, że wystarczy tylko tyle? Stale mi się przyglądają. Wiedzą, zawsze, co przynoszę — zniecierpliwił się, w jego oczach pojawił się przebłysk irytacji, aczkolwiek szybko go zdusił. Nachylił się nad nią nieznacznie.
— To niech nie wiedzą, że to od ciebie. Ja nie jestem z Klanu Burzy, tylko dostarczam ci nowego doświadczenia.
Dla niej nie było potrzeby komplikowania tego bardziej ani rozważania nad tym jakoś szczególnie długo. Mogło być to związane też z tym, że w domu nikt jej nie kontrolował. Nie musiała się spowiadać z kim rozmawiała, chociaż miło gdy informowała rodziców o swoich spacerach. Nie wiedziała, jak dokładnie działało to wszystko w klanach, zatem taka odpowiedź wydawała jej się w zupełności wystarczająca i wręcz oczywista. Ta rozmowa zaczynała ją coraz bardziej nudzić… Tańcujące Pierze zamilkł na dłuższą chwilę, mrużąc ślepia i pozwalając sobie na wytworzenie między nimi konkretnej atmosfery. Kobczyk ziewnęła.
— Gdyby to wszystko było takie proste, nie musiałbym teraz się zastanawiać nad tą sytuacją i nikt by mi nie patrzył już na łapy — powiedział, po czym pokręcił głową. — Widać, że nie jesteś z Klanu Burzy, nie rozumiesz powagi sytuacji.
Morskooki zachowywał się teraz tak, jakby mu już zupełnie odcięto język, co absolutnie nie cieszyło Kobczyka. Potrzebowała jasnej odpowiedzi, a marnowanie czasu na tłumaczenie mu czegoś takiego sprawiało, że jej nerwy powoli zaczynały puszczać. Nie odpowiedział od razu, zupełnie tak, jakby przeglądał teraz w swojej kopule każdy możliwy scenariusz. Dla niej było to marnotrawstwo, które mogli przeznaczyć na coś ambitniejszego i to już dawno.
— Nie mogę wchodzić w coś, czego nie rozumiem, coś, co jest tak niejasne — mruknął w końcu, prawie że szeptem. Ciepły wiatr zaczął szeleścić gęsto porośniętymi koronami nad nimi, umożliwiając wiewiórkom łatwiejszy przeskok z jednego, na drugie. — Nie mogę sobie pozwolić, żeby to mnie znowu powiązano. Od teraz chcę wiedzieć, w co dokładnie próbujesz mnie wciągać — dopowiedział stanowczo. Prezentował się teraz dużo bardziej poważnie, niż wtedy, kiedy spotkali się pierwszy raz, jak było po nim jeszcze widać, że jest od niej młodszy… Kotka w odpowiedzi przechyliła łeb na bok.
— Po co ci wiedzieć?
— Żebym spodziewał się, kiedy oczekiwać następnego kota w Klanie Gwiazdy. Żeby jutrzejszy dzień nie był moim ostatnim — wiatr poruszył nieznacznie paroma zielonymi elementami wplecionymi w jego “koronę” przepełnioną najróżniejszymi kolorami i nieco przysychającymi już kwiatami. Skwar im nie służył, zresztą chyba nikomu nie był na łapę.
— Tego nie da się wiedzieć zawczasu, dowiadujesz się, jak już się to stanie albo można zgadywać, spodziewać się, ale nie zawsze — odparła bez większego przejęcia. Nie miała czasu na zgadywanie, chciała widzieć rezultaty i w miarę monitorować zdrowie kota, który nieświadomie przyłączył się do ich “projektu”. Zamrugała parokrotnie. Tańcujące Pierze patrzył na kotkę w ciszy, robiąc następną przerwę między swoimi wypowiedziami. Wystarczyło jedynie, żeby się zgodził i dotrzymał słowa. Tylko tyle i aż tyle…
— Skoro sama nie masz nad tym kontroli, to skąd mam mieć gwarancję, że nic mi się nie stanie? Wiele ryzykuję. Każesz mi wchodzić w niepewną umowę, za którą mogę przypłacić życiem.
— Ja ci tylko proponuję i zachęcam. Każde nowe doświadczenie niesie ze sobą pewne ryzyko, jedne mają go więcej, a inne mniej.
Kocię, które osiągnęło dany wiek, zaczynało samo raczkować i oddalać się od matki, chcąc zbadać coraz to większe skrawki terenu. Pchała je ciekawość i przymus zdobywania nowej wiedzy, a także doświadczeń, które w przyszłości mogły wpłynąć znacząco na jego przetrwanie, a także spryt z tym związany. Za każdym takim wypadem czaiło się ryzyko, że ta konkretna przygoda będzie tą ostatnią. Nigdy nie mieli pełnego zapewnienia, iż następnego dnia się obudzą… Pręgus parsknął w odpowiedzi, jakby takie łapanie go za słówka miało rozwiązać całą tą skomplikowaną sytuację i zapewnić mu dożywotnie bezpieczeństwo, którego prawdopodobnie oczekiwał. Następnie zmrużył oczy, analizując to, co do tej pory usłyszał.
— Jak tylko tam trafi, do Klanu Gwiazdy to do mnie przyjdziesz i mi powiesz — upierała się, nie widząc sensu w tym, żeby Burzak od razu wszystko wiedział. Ona sama nie mogła przewidzieć niektórych możliwych skutków tego, co tylko sobie by zechciała wepchnąć w zwierzynę, więc dlaczego miałaby siedzieć nad tym tylko dla niego? Rudy westchnął w odpowiedzi, strzepując jednokrotnie uchem, gdy próbowała wylądować na nim krzątająca się w pobliżu mucha, irytująca swoim bzyczeniem i natarczywością. — Nie każę ci tego spożywać, masz to tylko przynosić i mi opowiedzieć, co się stało — zmarszczyła brew, a nieco wydłużone futro na jej policzkach zafalowało.
— Nie dostrzegasz w tym wszystkim najmniejszego problemu — jego pysk wyrażał coś na wzór rezygnacji, chociaż w oku zatańczyła iskra swego rodzaju nadziei. Spoglądał na nią jeszcze przez parę uderzeń serca. Czekoladowa machnęła ogonem z niecierpliwością. Czas jej się kończył. — Dobrze… Załóżmy, że się zgodzę. Jednak jeśli przez twoje eksperymenty zacznie robić się niefortunnie, to koniec. Ty też nie podrzucaj mi wiecznie tego samego, bo szybko to połączą ze mną. Nie są aż tacy ślepi, jak może ci się wydawać.
Kiwnęła głową. Nie dostrzegała w jego warunkach niczego nadto niezwykłego, w zasadzie było to rozsądne i dobrze... może nie był głupi, rzeczywiście.
— Dobrze. Doskonale. Rozumiesz, żywego kota jest dużo łatwiej obserwować, niż martwego. Jeśli coś się stanie, to przyjdź do mnie, jeśli możesz albo jak będziesz mógł — poleciła mu, po czym zastrzygła wąsami. Nie zamierzała wiecznie zagrzewać tego samego miejsca na granicy, więc będą musieli jakoś umówić się w inne miejsca, jeśli wiele kotów przechodziło tymi drogami… Jakoś się zgadają. Nie to było teraz najważniejsze. — W takim razie będę ci przynosić różne rzeczy. Jeśli coś zauważysz, jakąś szczególną, nietypową reakcję, zapamiętaj wszystko. Jak długo trwało, jak wyglądały objawy, czy kot przed tym i po tym wypoczywał, czy jadł danego dnia i ile, czy zachowywał się w jakiś charakterystyczny sposób inaczej… — gdyby postępowała ciągle tak samo, dawała mu to samo, nie widziałaby nowych rezultatów, więc nie miałoby to najmniejszego sensu. Pogadała sobie jeszcze chwilę, już nie oczekując odpowiedzi od rozmówcy. Dostała na razie swego rodzaju zapewnienie, udało jej się uzyskać to, co chciała.

<Tańcujące Pierze?>

Sesja zakończona

03 kwietnia 2026

Od Kobczyka do Pierzastej Łapy

Wiatr uniósł futro samotniczki, tak, jakby ktoś zamiótł ogonem tuż nad jej karkiem, rujnując jej nawet zadbane kłosy. Nie zwracała na to większej uwagi, nie odczuwała potrzeby strojenia się, nawet dla siebie. Korony drzew szeleściły spokojnie na chłodnym wietrze, który zmiatał masę wysuszonych, kruchych liści. Robaki kręciły się w kółko nad ostatnimi już kwiatami, próbując nazbierać, jak najwięcej pożywienia się dało. Chłody zbliżały się coraz bardziej, dało się to odczuć każdego wieczora, kiedy słońce zachodziło za horyzontem. Nawet jeśli rzucało słabo grzejące promienie, robiło jednak różnicę. Do nosa kocicy dotarł intensywny, leśny i podmokły zapach, do którego zdążyła przywyknąć. Brodziła przez wilgotne błoto, brudząc sobie łapy. Na samą myśl skrzywiła się, jednak nie zamierzała się zatrzymywać. Drzewa w tym lesie pokryte były licznymi igłami. Gdyby spróbowała się na nie wspiąć, tak, jak opowiadał jej tata, Wilczy Skowyt, najprawdopodobniej nabawiłaby się więcej drzazg i bólu, niż było to warte. Nie potrafiła sobie także wyobrazić, jak koty mogły wchodzić na tak ogromne rośliny bez większych kłopotów. Czy nie czuły bólu związanego z wchodzeniem po uzbrojonej w kolce korze? Pokręciła głową. Nie wyszła z azylu po to, żeby się zastanawiać nad drzewami. Wyszła po to, żeby znaleźć kocimiętkę, o której ostatnio opowiadał jej Wernyhora. Może przy okazji udałoby jej się znaleźć kolejne ślepie, które by zdołała przechować w innym miejscu? Mogłaby wykopać w ziemi dół, do którego nazbierałaby się woda deszczowa, ostatnio sporo padało. Ciekawe, czy gdyby wrzuciła oko do tego roztworu, to czy byłoby na dłużej? Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, najprawdopodobniej dowie się tego już niedługo.
Słońce wspinało się po niebie, grzejąc bladymi promieniami grzbiet koteczki. Brązowooka poczuła lekkie ukłucie żalu. Gdyby Wąsatka z nimi została, prawdopodobnie szłyby teraz razem, tuż obok siebie. Biało-czarna trajkotałaby w najlepsze, a Kobczyk odpowiadała jej równie mądrymi słówkami. Ciekawiłyby się każdą rzeczą dookoła, zastanawiając nad najmniej istotnymi dla innych, ale dla nich niezwykle ważnymi rzeczami. Bardzo tęskniła za siostrzyczką i nie mogła się już doczekać, aż wreszcie wróci. Chciała już przetestować każdy swój pomysł i przekonać się, czy działał. Nic nie sprawiłoby jej takiej radości jak naprawienie jej uciekającego oka i równowagi. Żyłoby jej się tak dużo lepiej!
Wędrując tak lasem, co jakiś czas dostrzegała, jak ptaki szybują wysoko nad jej głową. Przeskakiwały zwinnie z gałęzi na gałąź, niczym uskrzydlone wiewiórki, które wykorzystywały wielki rudy ogon do akrobacji. Może Wąsatce można byłoby taki przymocować? Ciekawe czy nie przewracałaby się tak często? Może… może…
Dotarła nad granicę z Klanem Burzy. Ostre oznaczenia zapachowe dotarły do jej nozdrzy. Zawęszyła ze zdziwieniem. Dwa zapachy kolidowały ze sobą intensywnie, tworząc nieprzyjemną mieszaninę.
Nieopodal dostrzegła rudo-białego kocura, który wędrował zupełnie sam. Po jakimś czasie i on ją dostrzegł. Czekoladowa przysiadła tuż przy granicy, chociaż wyszło tak zupełnie przypadkiem. Nie przykładała takim rzeczom większej wagi, nie było to dla niej istotne. Kot, jakiego wypatrzyła, wyglądał na młodego. Nie mógł zrobić jej krzywdy, tak myślała.
Spojrzała na bezwładnie leżącego wróbelka u jej łap. Wepchnęła w niego kwiaty, jakie znalazła ostatnio. Umieściła ich wystarczająco, żeby nie mieć nadmiaru w kolekcji, ale też tak, by nie różnił się jakoś niezwykle od przeciętnego ptaszka.
Zerknęła na kocura siedzącego teraz przed nią, uśmiechającego się miło.
— Witaj! Zgubiłeś się? A może szukasz czegoś? — zapytała, po paru uderzeniach serca spoglądając na swoją zwierzynę. — Może zgłodniałeś i chciałbyś coś przekąsić? — zaproponowała, poruszając spokojnie ogonem.
Pierzasta Łapa spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale i nieufnością, jakby zachowała się jak jakaś pieszczoszka dwunożnych. Oczywiście samotniczce nie umknęło to spojrzenie. Obserwowała każdy najmniejszy ruch nieznajomego. Była gotowa bronić się, a jeśli nie dałaby rady, to uciekać ile sił w łapach. Poruszyła spokojnie uchem.
— Naprawdę chcesz mi dać to zupełnie za darmo? Nie sądziłem, że Wilczacy są tacy hojni. Nie będziesz mieć z tego powodu kłopotów?~ — zapytał dość nietypowym tonem. Schylił się odrobinę, lustrując pióra wzrokiem, jakby doszukiwał się na nich swego rodzaju skazy. Naturalne było, że jej nie ufał. Chociaż szkoda, że nie był taki głupi. Kobczyk przysunęła łapą upolowanego ptaka bliżej obcego, malując na swojej mordce delikatne rozpromienienie.
— Całkowicie za darmo. Nie musisz mi się odwdzięczać. Pomyślałam, że będę dzisiaj miła — odpowiedziała pewnie, wymyślając to na poczekaniu. Chciała się dowiedzieć, jaki efekt mogły mieć rośliny. Czy kocur by się zorientował, co skrywał brzuch ptaka, gdyby się wgryzł w jego mięso? Może był naiwny? Może zaniósłby to tym swoim kotom z klanu, o którym właśnie wspomniał? Kobczyk oczywiście nie należała do Klanu Wilka, aczkolwiek nie zamierzała uświadamiać morskookiego. Skoro sam jej to podsunął, to nie było sensu psuć pierwszego dobrego wrażenia. Tylko jak zachowywali się ci cali “Wilczacy”? Może skoro nie wykrył u niej nic takiego nietypowego, a raczej przynajmniej nie okazywał tego, to prawdopodobnie jej nawet to wychodziło. Poruszyła spokojnie wąsami z usatysfakcjonowaniem. Chłodny podmuch przemierzył ich kręgosłupy, mierzwiąc dwójce futra.
— Wiesz, nie najem się tylko wróblem. Ale nie jestem obecnie głodny — powiedział, ale mimo to chwycił zdobycz w pysk. Może mu się to opłacało, mimo nieufności? Ciekawe czy zamierzał to komuś podarować, zupełnie przypadkiem? Dobrze, gdyby miało to zatem jakiś negatywny efekt. Tych roślin nie zdążyła poznać razem z Wernyhorą, więc mogło być dość ciekawie, zabawnie nawet. Gdzieś nieopodal niego rozległo się donośne wołanie. Kocur podniósł się na łapy momentalnie, patrząc gdzieś w kierunku krzewów. Brązowooka postawiła czujnie uszy, chociaż nie usłyszała tego tak dobrze, z całą pewnością, jak jej kompan. — Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Samotniczka czmychnęła do pobliskich krzewów, kryjąc się przed ewentualnym spotkaniem z nieznajomym. Całe szczęście, że z nich nie sypały się tak gęsto liście, jak z drzew, a przynajmniej nie od razu. Mogła liczyć na jakąkolwiek dawkę osłony, czego teraz tak bardzo potrzebowała. Odczekała jakiś czas, zanim wyłoniła się ze swojej kryjówki. Zaczęła wycofywać się w kierunku domu dość okrężną drogą, jakby z obawą, że ktoś mógłby próbować odtworzyć jej kroki. Specjalnie “zabłądziła” kilka razy. Szkoda, że nie było Pory Nagich Drzew. Śnieg od razu zakryłby jej ślady i nie musiałaby się przejmować takimi rzeczami.

[1002 słowa - trening medyka]

<Pierzasta Łapo, może przedstawisz mi się chociaż podczas następnego spotkania?>

[20%]

Od Pierzastej Łapy CD. Kobczyka

Usłyszał z tyłu wołanie.
— Ach! Muszę już iść. To… może do zobaczenia, a może nie! — rzucił do niej, po czym chwycił ptaka. Obrócił się jeszcze, oglądając przez ramię, jakby chciał zapamiętać urodę kotki i się wycofał do swojego mentora.
Co to było za… dziwne spotkanie. Kocica nie przedstawiła się, z resztą on również. Mimo to zdołał już wymyślić jej ksywę: Krecik. A czemu? Bo tak wyglądała! Brzoza opowiadała mu o tych zwierzętach, które kopią tunele, ale mają o wiele gorszy wzrok od królików. Nie miał jeszcze okazji, aby je zobaczyć na żywo… może jedynie martwe z robalami w środku. Fu!
— Pierzasta Łapo! — zawołał po raz drugi Cyklonowe Oko.
Pierzasta Łapa obejrzał się jeszcze raz, ale kotki już nie było. Westchnął ciężko.
— Co się stało? — usłyszał czyjś głos obok. Wypuścił wróbla z zaskoczenia i spojrzał na Gadożerową Łapę krzywo.
— Nic! — odparł zdenerwowany. — Nie wtrącaj się… — wymamrotał, ale wtedy spojrzał i na wróbla, i na ucznia z rzymskim nosem. Na jego pysku uformował się tajemniczy uśmiech.
— Heeeej~ — zaczął od nowa, używając swojego osobistego uroku, wybijając przy tym Gadożera z rytmu. Młodszy zmarszczył brwi, ale milczał. Pierzasta Łapa to wykorzystał. — Gadożerku, może chciałbyś to zanieść na stos? — miauknął, podsuwając mu pod łapy ptaka. Po czym schylił się, mrucząc mu do ucha:
— A podobno Baziowa Łapa baaardzo za nimi przepada! Słyszałeś~?
— Co…!?
Starszy mrugnął białemu i pędem ruszył do swojego mentora. Gadożerowa Łapa widocznie onieśmielony przez kolegę niepewnie zdecydował się wziąć wróbla. Tak na wszelki wypadek. A na nieszczęście Gadożera, Pierzastej Łapie nie umknęło to na uwadze. Widać, że brat Lodówki jest zakochany po uszy w tej… dziwnej kotce. Na jej widok Pierzastej Łapie zbierało się na wymioty. Miał tylko nadzieję, że ten dziwoląg nie będzie mu stawał na drodze.
Rudy burmski kocurek stanął przed Cyklonowym Okiem, który z trudem mógł za nim nadążyć.
— No ja ci mówiłem, abyś je obciął… — wymamrotał Pierzasta Łapa i pociągnął nosem. Powietrze było takie zimne!
Cyklon nie odpowiedział. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. Kocurek uśmiechnął się głupio i usiadł.
— No co tam, Cyklonowe Oko…
— Jestem twoim mentorem. Nie odzywaj się do mnie jak do kolegi, Pierzasta Łapo — odpowiedział mu chłodno.
Ucznia przytkało. Nie wiedział jak mu odpowiedzieć, więc najlepiej było milczeć.
Cyklon odchrząknął I odwrócił się do niego plecami niczym stary mędrca, brakowało mu tylko patyka lub łap za plecami.
— Dzisiaj zaczniemy biegi długodystansowe — zaczął, idąc powoli na przód. — Baziowa Łapa będzie nam towarzyszyć. Chodź, Pierzasta Łapo — polecił mu mentor i nonszalancko machnął swoim wodospadem usznym niczym biczem.
Kocur poczuł ukłucie w klatce piersiowej. Stał jak wryty, ale ujrzawszy oddalającego mentora, ocknął się i za nim ruszył.
Spojrzał przez ramię na Gadożerową Łapę, który kierował się z innym Burzakiem do obozu. Gdzieś mu w myślach przemknęło, że ten wróbel skończy się fatalnym pomysłem.
I szkoda, że Śpiewająca Pokraka go nie skosztuje; Cyklonowe Oko powiedział mu, że ta ruszyła w tereny Klanu Burzy na patrol i na długo nie wróci do obozu, co ucieszyło go bardzo z ranka.

***

— Szybciej! Szybciej! — piszczała Lodówkowa Łapa obserwująca młodych “rajdowców”.
Pierzasta Łapa wyciągał łapy daleko, odbijając się od ziemi raz za razem. Ścierał się z Baziową Łapą, która nie dawała mu fory. Kocur wydawał z siebie westchnienia i warknięcia, próbując wyjść na przód. Długa grzywka ograniczała mu wzrok.
Ich zadaniem było wykonać pięć, dużych okrążeń na wzgórzu koło obozu. Z początku nie wydawało mu się to trudne; przecież po coś trenował więcej niż Bąbel w całym swoim życiu uczniowskim. Jednakże na czwartym okrążeniu zaczęły mu się plątać nogi na długiej, śliskiej trawie. Z trudem utrzymał się na łapach i zwolnił. Na widok Baziowej Łapy kończącej trzecie okrążenie, Pierzasta Łapa zaczął pędzić jak wściekły, byleby zwyciężyć i pokazać temu dziwolągowi, gdzie jego miejsce.
Na drugim świecie, przemknęło mu przez myśl, ale się opamiętał. Czemu tak bardzo za nią nie przepadał, w sumie? Przecież żadnej szkody mu nie wyrządziła, ale Pierze już się nad tym nie zastanawiał. Jego celem było wygrać, nieważne jak.
Przyspieszył tempa, zaczynając tym samym ostatnie kółko. Musiał je jeszcze ukończyć, aby wygrać. Baziowa Łapa stąpała mu odważnie po piętach, ale akurat na czwartym okrążeniu zaczęła zwalniać, aż w końcu… upadła? Zdziwiony spojrzał na nią przez ramię, ale potem stwierdził, że to na dobre wychodzi. Nie miałaby i tak z nim szans!
Skończył bieg i z ulgą upadł na miękką trawę, dysząc jak wściekły lis. Z uśmiechem laureata wpatrywał się w zachmurzone niebo, z którego zaczęły spadać krystaliczne krople wody.
— Zwyciężyłeś! — krzyknęła dobrze znana mu kotka. Kilkoma susami znalazła się nad nim z niewinnym uśmiechem.
Pierzasta Łapa wstał i posłał jej łagodne, ciepłe spojrzenie, dumnie wypinając pierś:
— Oczywiście, że zwyciężyłem, Lodówko! — wymruczał. — Nikt się ze mną nie równa! — dodał, kątem oka patrząc jak zawstydzona Baziowa Łapa odchodzi w stronę obozu mozolnie. Czyżby zwichnęła łapę? Nie, przecież nie wyglądała na jakoś bardzo wykrzywioną.
— Czy… czy coś się jej stało? — zapytała młodsza, siadając przy nim.
Starszy wzruszył ramionami, odprowadzając swoją rywalkę szmaragdowymi oczętami.
— Nieee, coś ty — machnął łapą, uśmiechając się. — Przecież Baziowa Łapa jest gorszą niezdarą od mojego Bąbla! — zażartował, chichocząc. Mógł usłyszeć jak niepewnie I cicho towarzyszył jego chichotom śmiech koleżanki.
Podszedł do nich Cyklonowe Oko, a wtedy Lodówkowa Łapa odskoczyła od swojego przyjaciela, niby poparzona.
— Wygrałeś, Pierzasta Łapo — powiedział I zwrócił się do Lodówkowej Łapy. — A ty, czy ty nie powinnaś mieć teraz własnych zajęć z mentorką?
Lodówkowa Łapa nerwowo zachichotała i wycofała się, aż w końcu uciekła. Rudy patrzył jak wybranka jego serca się oddala ze smutkiem. Westchnął I spojrzał na Cyklona.
— Wracamy?
— Wracamy. Zobacz, jak kropi. Tylko nie biegaj! — ostrzegł młodzieńca. — Jeszcze zwichniesz łapę!
— Dobra, dobra… ty lepiej martw się o swoje kremowe wodospady!
A to zamknęło Cyklonowe Oko na dobre kilka minut.
Wrócili do obozu w ciszy. Futro Pierzastej Łapy nie chciało przyjąć kropel wody, przez co na kocurze powstała zabawna rosa. Miał tylko nadzieję, że dzisiejszego dnia nie zaskoczy go żadna egzekucja, trzy truchła w obozie i ledwo trzymającego się na łapach wujka. A co do niego, to Pierzasta Łapa zaczął się zastanawiać czy na pewno dobrze wybrał, idąc ścieżką wojownika. Ale zaraz, przecież on nawet nie miał wyboru! Tak czy siak Królicza Gwiazda by go nie wybrał na medyka. A szkoooda! Mógłby wujowi pomóc i wujek by nie był taki sam jak piąty palec u przedniej łapy! I Pierze nie byłby samotny! A Śpiewającą Pokrakę trzymałby wtedy na krótkiej smyczy! I wszyscy żyliby długo, i szczęśliwie…
Gdy dotarł, zastało go niezbyt ciekawe zjawisko. Na polanie cuchnęło od kocich wymiocin zmieszanych z krwią i innymi substancjami. Ślady ciągnęły się do legowiska medyka, gdzie było niezłe zbiorowisko. Cyklonowe Oko zesztywniał na ten widok, a Pierzasta Łapa stanął w osłupieniu. Na widok tego przed jego oczyma pojawiła się Krecik ze swoim uśmiechem, podsuwając mu pod łapy wróbla…
“Jesteś głodny?”
Nie, do jasnej ciasnej, nie jestem już ani trochę głodny, powiedział do siebie w duchu, czując jak jego ciało zaczyna się przegrzewać.
— Na Klan Gwiazdy… — wymamrotał I skrzywił się na smród. Przeskoczył kilkoma susami bezpieczną stronę polany, aby następnie przedostać się do legowiska medyka. Przepchnął się przez mniejsze kotki i wsunął głowę do środka, próbując zobaczyć, co się dzieje. Słyszał Wełnistą Mszycę, Wdzięczną Firletkę, Oskrzydlonego Ognika, Zawodzące Echo i… Gadożerową Łapę.
— Zapytam jeszcze raz… jak znalazłeś tego wróbla? — zapytał stanowczo zastępca.
— No mówiłem przecież, że to nie ja go złapałem! — miauczał młodszy z łzami w oczach. Trząsł się. — Pierzasta Łapa mi to dał! Pierzasta Łapa! — krzyknął mu i wskazał na rudo-białą głowę, która z wytrzeszczonymi oczami wpatrywała się w trupa czekoladowego zajęczego kocura. Nie udało im się go ocalić.
Wtedy Zawodzące Echo na niego spojrzał. A Pierzasta Łapa już wiedział, że miał przechlapane. Głośno przełknął ślinę I wszedł niepewnie do lecznicy, zniżając głowę w szacunku.
— Dzień dobry, Zawodzące Echo~!
Posiadacz tego imienia zmarszczył brwi, nie odwzajemniając melodyjnego tonu głosu Pierza.
— Pierzasta Łapo, czy to prawda?
Kocur rozejrzał się nerwowo po ważnych kotach w hierarchii Klanu Burzy, po czym westchnął i usiadł. Z tyłu czuł na sobie oceniający i zawiedziony wzrok pobratymców.
— Zastępco Klanu Burzy... — zaczął, kątem oka spoglądając na roztrzęsionego Gadożera. — ... Czy naprawdę można wierzyć Gadożerowej Łapie? — miauknął. — Nie wiem, co on wprawdzie wygadywał, Zawodzące Echo. Dobrze wiesz przecież, że mnie już naprostowano i nigdy bym nie odważył się na coś takiego. A Gadożerowa Łapa, cóż... — cmoknął — Niewiadomo, z kim ten biały szkodnik się spoufalał. I czy sobie czegoś nie ubzdurał. W końcu ja byłbym dobrym materiałem na kozła ofiarnego, bo przecież jako kociak trochę poodwalałem... ale już jestem lepszy. Naprawdę, Zawodzące Echo.
Historyjka nie zabardzo zdawała się go przekonać. Spojrzał najpierw na Pierze, później na Gadożera.
— Gdzie znalazłeś tego wróbla, Pierzasta Łapo?
— Nic nie wspomniałem o wróblu przed chwilą. Powinieneś zapytać o to Gadożerową Łapę — poinstruował ze spokojem. — Pewnie chce mnie wkopać, bo jestem łatwym celem... tsk.
— Wkopać? — Uniósł Echo brew. — Nikt nie mówił nic o żadnych konsekwencjach. Chciałbym tylko wiedzieć, skąd wzięła się ta zwierzyna.
Pierzasta Łapa zmarszczył brwi, zdziwiony.
— Właśnie ktoś zamordował Strzępotkowy Kokon, a ty jeszcze mówisz, że nikt nie mówił o żadnych konsekwencjach? — uniósł się. — Powinieneś spytać Gadożerową Łapę, Zawodzące Echo. Wróciłem niedawno z treningu, długodystansowego biegu. Świadkowie, czyli Baziowa Łapa, jej nauczycielka, Lodówkowa Łapa oraz mój mentor mogą potwierdzić, że nie tknąłem tego wróbla, o którym mówicie ani go nie widziałem. Czemu to ja ciągle muszę być wytykany łapami... — westchnął ciężko, jakby to całe dochodzenie Echa nie miało sensu. Skoro to Gadożer przyniósł zwierzynę, Gadożer winien śmierci Strzępotkowego Kokonu. Czemu aż tak bardzo zastępca Klanu Burzy drążył ten temat z kotem, który nie mógł się do tego przyczynić zamiast z najbardziej podejrzanym?
— Czy Cyklonowe Oko zgodzi się z tobą? Nie oddalałeś się od niego podczas treningu?
— Oddaliłem się tylko wtedy, gdy rzucałem się za zwierzyną, ale jej nie złapałem, bo Cyklonowe Oko jak zwykle musiał ją spłoszyć swoimi nawoływaniami. Poza tym Cyklonowe Oko był tuż obok mnie. W końcu muszę stać się porządnym, godnym miana wojownika kotem, czyż nie? Przecież powiedziałem, że chcę być lepszy. Ciągle trenuję i poluję!
Echo przez parę chwil wpatrywał się w ciszy w Pierze. Gdy uczeń nic już nie dodał, westchnął i przymknął na moment oczy.
— Proszę wszystkich o opuszczenie legowiska — zadecydował zastępca w końcu, spoglądając po zebranych wojownikach i uczniach. — Pierzasta Łapo, mam nadzieję, że mówisz prawdę... Gadożerowa Łapo, ty pójdziesz ze mną.
Pierzasta Łapa cofnął się, po czym odwrócił do wyjścia i przepchnął przez tłum, który zaczął się zmniejszać z każdą sekundą. Czuł na sobie te spojrzenia nieufności, wątpliwości… ale przecież słowo zastępcy-przywódcy było niepodważalne, czyż nie?
Westchnął ciężko. Czuł, jakby w każdej chwili mógł się zapaść pod ziemię. Dziwił się, że zachował taki… spokój. Jeśli można było to nazwać spokojem, a nie strategią. Łapy mu drżały, a on pospiesznie wrócił do legowiska uczniów, aby uciec przed deszczem. Zapach legowiska Śpiewającej Łapy wciąż był bardzo intensywny, a Pierzasta Łapa właśnie o to zadbał. Wszystkie kwiaty, które znalazł na łące, postanowił wpleść w swoje posłanie, aby się wyróżniać. Nawet Śpiewka mogłaby mu pozazdrościć.
Skulił się w kulkę bezpieczeństwa i z nerwów zaczął gryźć swój ogon, nie wiedząc jak uspokoić swoje serce. Bum, bum, bum. Ten narząd ciągle nadawał, a Pierzasta Łapa naprawdę nienawidził, jak coś pulsowało. Co on zrobił?
Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota. Zabił kota, zabił, zabił, zabił…!
— Hej, stary? — usłyszał głos braciszka obok.
Aminkowa Łapa szturchnął Pierza, który pociągnął nosem.
— Ej, stary! Na co się dąsasz? — powtórzył i mocniej szturchnął brata. Pierzasta Łapa syknął cicho obelgi, które Aminek puścił mimo uszu. Kremowy kocurek uśmiechnął się jakby zaraz miał coś palnąć bez sensu.
— No nie gadaj, że Śpiewka ci odmówiła randewu…
Pierzasta Łapa poderwał się z legowiska i o mało, co nie zdzielił Aminka.
— CO!? TY IDIOTO! GOŃ SIĘ! IDŹ LATAJ ZA TĄ PASKUDĄ BAZIOWĄ ŁAPĄ, A NIE, TY PASKUDNA DUPO BORSUKA, GADASZ TAKIE PIERDOŁY!
— Ej, ej, spokojnie może, co? Pienisz się bez powodu — mówił nieco zdziwiony Aminek i się skrzywił. — Ale przynajmniej… — zaczął i uśmiechnął się łagodnie — … Dobrze widzieć, że jesteś w formie. Czekaj… słyszysz to?
— Co mam słyszeć? — mruknął rudy.
— Ten syn Króliczego Bobka wzywa wszystkie koty! Ciekawe, na kim zostanie tym razem egzekucja…
— … I oby nasz tata nie zabił tego cwaniaczka na miejscu… — dokończył Pierzasta Łapa i oboje się skrzywili. Widzieli jak tatuś wrócił przesiąknięty krwią i wzrokiem szaleńca do obozu po egzekucji. Pierzastą Łapę ten obraz będzie nawiedzał; zwłaszcza, że jest jego ewidentną kopią, gdyby nie rozmieszczenie bieli i inny kolor oczu. Czy gdyby nie otruł Strzępotka, tylko go… zabił… czy tak samo by wyglądał? Czy miałby taki sam wzrok jak jego tatuś, Kminkowy Szum? I co na to ten rudy wojownik? Czy on też… też zgłosiłby się na egzekutora, ale tym razem robiąc to na własnym pierworodnym synu?
— No dobra, chodź, Paskudku! Zobaczmy, kto będzie miał bęcki.
— Aha… już idę… — wymamrotał niewyraźnie szmaragdowooki i ruszył za kremowym uczniem.
Usiedli gdzieś z tyłu, ponieważ inni zajęli już miejsca z przodu. Pierzastej Łapie to pasowało; tym razem nie chciał być ani trochę widoczny. Najlepiej, gdyby zapadł się pod ziemię.
— Dzisiaj do obozu została przyniesiona zatruta zwierzyna — rozpoczął Zawodzące Echo, spoglądając z góry na Burzaków. — Niestety, jeden z naszych wojowników, Strzępotkowy Kokon, padł jej ofiarą. Nie udało się go uratować.
Zamilkł na moment.
— Chciałbym wierzyć — kontynuował — że to jedynie przypadek. Jednak nie mogę podejmować żadnego ryzyka. Gadożerowa Łapo — zwrócił się do ucznia. — Zawieszam twój trening na najbliższe księżyce. Twoim zadaniem będzie dbanie o porządek w obozie oraz pomoc medykom, abyś na własnej skórze mógł poczuć to, z czym przez twoją nieuwagę musieli się dzisiaj zmierzać.
Spojrzenie zastępcy przeleciało przez tłum, aż nie zatrzymało się na Pierzu.
— Pierzasta Łapo. Być może sam się domyślasz, ale moje zaufanie wobec ciebie zostało zachwiane; członkowie Klanu Burzy będą mieli na Ciebie oko. Masz kategoryczny zakaz oddalania się od mentora lub patrolu, do którego zostałeś przydzielony — miauknął, po czym zwrócił się do ogółu klanu. — Nikt z nas nie chce, aby taka sytuacja się powtórzyła. Proszę mentorów o pilnowanie swoich podopiecznych oraz sprawdzanie upolowanej przez nich zwierzyny.
Gdy parę kotów skinęła głowami, usatysfakcjonowany przymknął oczy.
— Dzisiejszego wieczoru odbędzie się czuwanie; Gadożerowa Łapa pomoże przygotować do niego ciało Strzępotkowego Kokonu.


< … Kreciku, coś ty narobiła…!?>

[Bieg długodystansowy]