BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisi Oset. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lisi Oset. Pokaż wszystkie posty

16 lipca 2026

Od Lisiego Ostu CD. Czajki

Dawno, dawno temu

Wciąż nie dowierzał, że niedawno spotkał w lesie swojego dawnego pobratymca — Czajkę. Jakie były na to szanse? Jakim cudem niebiesko-biały przechadzał się tak blisko niego? I co on tak właściwie robił jako samotnik? Czyżby uciekł z Owocowego Lasu, a może został z niego wyrzucony? Co, jeśli po zaginięciu Osetka Ziemniak postanowił wyżywać się na kimś innym i padło akurat na zwiadowcę? Te pytania nie dawały zielonookiemu wytchnienia. Tak bardzo chciał poznać na nie odpowiedzi! Tylko niestety, gdy Czajka zaczął uciekać, nie miał wystarczająco silnej woli, by ruszyć za nim. Stał w miejscu. Jak jakiś mysi móżdżek. Pozwolił, by jego dawny znajomy zniknął mu z pola widzenia. Pozwolił mu odejść. Co, jeśli był to ostatni raz, gdy się widzieli? Przecież szansa na to, że spotkają się ponownie, musiała być potwornie niska! Las między terenami Owocowego Lasu a Klanu Nocy był dosyć spory. Na tyle, że przez dobre kilka następnych sezonów mógł przypadkiem nie natknąć się na zwiadowcę ani razu. Miał nadzieję, że jednak los okaże mu się w tym przypadku przychylny i splecie ścieżki ich dwójki. Lisi Oset desperacko potrzebował tej interakcji. Potrzebował wrócić wspomnieniami do przeszłości, która była znacznie radośniejsza od teraźniejszości.
Przynajmniej teraz, gdy zadręczał się pytaniami na temat Czajki, nie myślał już o tym, jak sprawnie odejść z tego świata. Za każdym razem, gdy przechadzał się lasem, skupiał się na tym, gdzie mógłby być Czajka, a nie na tym, która roślina najskuteczniej go otruje. W końcu, jeśli uda mu się na nowo nawiązać z nim więź, być może zyska powód, dla którego miałby żyć. Być może udałoby im się zamieszkać wspólnie w jakiejś norze i razem zmagać się z trudami samotniczego życia. Czy nie brzmiałoby to wspaniale? Przecież na tym najbardziej mu zależało. By w końcu mieć jakiegoś kompana. Kogoś, kto nie zniknie z jego życia po kilku księżycach tak jak wcześniej jego cała rodzina, Wiciokrzew, a na końcu Mglisty Sen. To było już za dużo strat jak na jedno życie.
Choć nie mógł ukryć, że wszystkie wynikały tylko i wyłącznie z jego głupoty. Mógł nie panikować. Mógł wtedy zostać ze swoim rodzeństwem i słuchać rodziców, zamiast uciekać przed siebie na nieznane tereny. Strata przybranego ojca też była jego winą. Nie musiał wcale zostawać w Świetlikach. Mógł wrócić do Owocowego Lasu, mógł powiedzieć wszystkim, jakim tak naprawdę kotem jest Ziemniak. Przecież by mu uwierzyli. Czekoladowy dostałby to, na co zasłużył. Oprócz tego mógł wszystko naprawić, gdyby wraz ze swoim mentorem — Mglistym Snem — opuścił Świetliki. Nie musiałby tracić z nim kontaktu, a poza tym mógłby ponownie spotkać się z Wiciokrzewem. Postanowił jednak dalej prowadzić życie jako samotnik… tylko dlaczego?
Zatrzymał się pośrodku lasu, zmęczony poszukiwaniami i intensywnymi przemyśleniami. Z chwilą, w której wlepił wzrok w swoje łapy, przygniotły go wszystkie smutki. Nie będzie przecież wiecznie szukał Czajki! Jeśli mu się to nie uda, to… właściwie nawet sam nie wiedział, co powinien zrobić ze swoim życiem. Wiedział po prostu, że nie chciał żyć tak, jak dotychczas. Nie chciał być sam. Nie chciał spotykać się z kimś raz na księżyc — w tym przypadku z Senną Łzą. Był w niej zauroczony, nawet nie próbował tego przed sobą ukrywać. Patrzenie w jej oczy sprawiało, że serce zaczynało bić mu szybciej. Nie sądził jednak, że kiedykolwiek nadarzy się okazja, by wyznać jej miłość. Była przecież z Klanu Nocy, nie mogła zostać partnerką jakiegoś zapchlonego samotnika! Gdyby jej pobratymcy się o tym dowiedzieli, na pewno nie byłoby zbyt kolorowo. Osetek nie chciał nawet zgadywać, co mogłoby się stać, gdyby któryś Nocniak odkrył, że Senna Łza spotyka się z bezklanowcem. Czy postanowiliby ją wyrzucić? Może nadaliby jej jakieś karne imię? Nieważne. Chodziło mu o to, że nie chciał, by tak pięknej i łagodnej kotce stało się coś złego z powodu tego, kto się w niej zakochał.
Lisi Oset pociągnął smutno nosem, aż wtem zamarł. W jego nozdrza uderzyła znajoma woń. Nie musiał długo zastanawiać się, do kogo należała. Wiedział dobrze, kogo ujrzy, jeśli podniesie wzrok. Właśnie dlatego zrobił to bez chwili wahania. Tak jak zakładał, stał przed nim Czajka. Wpatrywał się w niego intensywnie, choć uparcie milczał. Wydawał się taki… delikatny. Jak duch. Osetkowi wydawało się, że gdyby wykonał jeden niewłaściwy ruch, zwiadowca rozpłynąłby się w powietrzu.
— Czajko… — mruknął w końcu zielonooki. W jego oczach pojawiły się iskierki ekscytacji, których nie był w stanie ukryć.
Niebiesko-biały w pierwszej chwili cofnął się o krok, a następnie strzepnął nerwowo ogonem, jakby wciąż nie wiedział, czy chciał rozmawiać w cztery oczy z drugim samotnikiem.
— Proszę, nie uciekaj tym razem! — wyrwało się Osetkowi, gdy spostrzegł, jak kocur napina mięśnie w łapach. — Nawet nie wiesz, jaką ulgę poczułem, gdy cię wtedy zobaczyłem… — kontynuował. Na język cisnęło mu się tyle słów, że ciężko było mu ułożyć je w sensowną wypowiedź. Nie wiedział, o czym wspomnieć najpierw ani o co zapytać. — Myślałem, że już nigdy nie spotkam kogoś, kogo znałem z Owocowego Lasu. Myślałem, że… resztę swojego życia spędzę w samotności. A to, jak się domyślasz, bardzo smutna myśl. Nie chciałbym, żeby stała się prawdziwa — mruknął, kładąc po sobie uszy.
Niebieski kocur przez dłuższą chwilę stał w bezruchu, co Osetek uznał za sygnał, że może mówić dalej.
— Przede wszystkim… chciałbym cię przeprosić. Byłem taki głupi! Nie wiem, czemu postanowiłem kontynuować swoje życie jako samotnik, podczas gdy Owocowy Las przywitałby mnie z otwartymi łapami. Może gdybym tylko nie był takim tchórzem… — zaczął, pełen żalu do samego siebie. — Nie byliśmy nazbyt blisko, ale wiem, że swoim zniknięciem mogłem cię skrzywdzić. Ciebie, jak i resztę kotów, które kochałem… Nie powinienem był tego robić. Teraz już to wiem i bardzo żałuję. Czuję jednak, że wlazłem już zbyt głęboko w to całe bagno — żalił się dalej, sam nie wiedząc już, czy bardziej zależy mu na tym, by wytłumaczyć się przed Czajką, czy przed samym sobą.
W końcu brązowooki westchnął ciężko, rozluźniając się nieznacznie.
— To… ja przepraszam — odezwał się w końcu, na co Lisi Oset zastrzygł uchem.
Czajka wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
— Nie musisz… — odparł zielonooki. — Ty akurat nie masz za co.

* * *

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nagich Drzew. Najgorsza z nich wszystkich. Czasem zabójcza nawet dla klanowych kotów, a co dopiero samotników! Ponadto tego roku była wyjątkowo mroźna. Osetek mógłby się nawet pokusić o stwierdzenie, że to najzimniejsza Pora Nagich Drzew od bardzo długiego czasu. Znalezienie zwierzyny, gdy cała gleba pokryta była grubą warstwą białego puchu, a wiatr rozwiewał każdy trop, graniczyło z cudem. Lisi Oset nierzadko wręcz głodował, jeśli nie udało mu się upolować dwóch piszczek. Jeśli natomiast znalazł choć jedną, oddawał ją zazwyczaj swojemu współlokatorowi — Czajce. W końcu niebiesko-biały musiał teraz oszczędzać siły. Zielonooki zdążył już zauważyć, że jego skóra jest podrażniona, co musiało sprawiać mu spory dyskomfort. Problem polegał na tym, że w takiej pogodzie nie było szans na znalezienie ziół. Wszystkie dawno zwiędły, a do tego spoczywały głęboko pod śniegiem. Lisi Oset miał tylko nadzieję, że Czajka wytrzyma do momentu, w którym zacznie się ocieplać, a rośliny ponownie zakwitną. W razie czego… czarnofutry byłby w stanie się poświęcić. Mógłby pójść prosić o zioła do Klanu Nocy, a nawet do Owocowego Lasu, byle tylko wyleczyć swojego przyjaciela.
Teraz wspólnie siedzieli pod pniem drzewa, dzieląc się językami. Byli do siebie przyciśnięci ciałami, próbując ogrzać się nawzajem. Nie odzywali się do siebie, lecz nie musieli. Cisza, która ich otaczała, była komfortowa i nie było potrzeby jej przerywać. Lisi Oset chciał jednak zapytać, czy nie powinni poszukać jakiejś nory, w której mogliby zamieszkać. Dotychczas nie mieli stałego schronienia, a zamiast tego sypiali na drzewach, zupełnie jak kiedyś w Owocowym Lesie. Teraz jednak, gdy korony pozbawione były liści, spanie w nich stało się wyjątkowo niewygodne. Nie chroniły ani przed śniegiem, ani przed wiatrem. To prawie tak, jakby spali pod gołym niebem. Czarnofutry marzył o znalezieniu miejsca, które odgrodziłoby ich od wszechobecnego chłodu. W przeciwnym razie prędzej czy później zachorują na zielony kaszel, a wtedy już na pewno będą musieli szukać pomocy u klanowych kotów. O ile oczywiście wcześniej nie zostaną przez nich przepędzeni lub zabici — z tego, co pamiętał, klany nie przepadały za samotnikami zapuszczającymi się na ich tereny.
Mimo wszystko Lisi Oset cieszył się chwilą, którą mógł spędzić u boku swojego przyjaciela. W pewnym momencie do jego uszu dobiegły jednak czyjeś spanikowane kroki, szybko zbliżające się w ich stronę. Spojrzał na Czajkę, lecz ten nawet nie drgnął. Czyżby niczego nie słyszał? Nim jednak zdążył go o to zapytać, zza drzew wybiegła bardzo znajoma mu postać. Gdy spojrzał w jej żółte oczy, nie musiał dłużej zastanawiać się, kim była.
Stanęła przed nim Senna Łza. Tylko co robiła tak daleko od terenów Klanu Nocy?
Cała trójka wpatrywała się w siebie przez kilka uderzeń serca, aż w końcu Lisi Oset odchrząknął nerwowo, odsunął się od Czajki, po czym podniósł się z miejsca i podszedł do szylkretowej kotki. Przywitał się z nią czule, stykając się z nią nosem i mrucząc cicho. Przez krótką chwilę czuł się szczęśliwy i spokojny, lecz zaraz potem Senna Łza postąpiła krok do tyłu, a na jej pysku pojawił się smutny grymas.
— Och, Łezko… Co ty tutaj robisz? — spytał w końcu zielonooki, kładąc po sobie uszy. Wiedział, że jej obecność tutaj nie wróżyła niczego dobrego. — Czy twoi pobratymcy nakryli cię na spotkaniu ze mną? Czy wyrzucili cię z klanu? Nie… Nie pozwolę na to! Warunki są zbyt surowe, byś żyła z nami na wolności. Jeśli naprawdę cię wygnali, zaraz do nich pójdę i wyjaśnię, że nie łączy nas nic więcej niż przyjaźń! — ogłosił, prostując się nieznacznie.
Szylkretka spuściła jednak wzrok, nerwowo poruszając ogonem.
— To nie o to chodzi, Osetku… — szepnęła, po czym podeszła bliżej i wtuliła pysk w futro na jego piersi.
Przez dłuższą chwilę stali w bezruchu, podczas gdy Senna Łza wypłakiwała się w sierść samotnika. Dopiero po pewnym czasie odsunęła się od niego, pociągnęła nosem i wzięła głęboki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Osetku, ty… — zaczęła, lecz kolejne słowa przez długi czas nie chciały przejść jej przez gardło. — Ty… zostałeś ojcem… — wydukała w końcu.
Lisi Oset otworzył szerzej oczy, lecz nim zdążył cokolwiek powiedzieć, kotka odezwała się ponownie.
— Ostatnio bardzo źle się czułam. Poszłam z tym do medyka. On… powiedział mi, że spodziewam się kociąt. Od razu wybiegłam z obozu, żeby cię odnaleźć. Nie spotykałam się z nikim innym. Nie ma innej możliwości… To ty jesteś ich drugim rodzicem.
Ledwie skończyła mówić, a już odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
Tym razem Lisi Oset nie mógł pozwolić sobie na bezczynność. Nie zamierzał po raz kolejny stać w miejscu i patrzeć, jak ktoś bliski znika mu z pola widzenia. Ruszył za Senną Łzą, przedzierając się przez śnieżne zaspy, byle tylko ją dogonić. Wojowniczka była jednak szybsza.
Przebiegła przez zamarzniętą rzekę i wkroczyła na tereny Klanu Nocy, kierując się prosto w stronę obozu. Tam czarnofutry zatrzymał się gwałtownie. Wiedział, że nie wolno mu przekroczyć granicy.
— Łezko! — zawołał jeszcze za nią, lecz kotka nie odwróciła się nawet.
Lisi Oset jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła, jakby liczył, że za moment wróci. Dopiero gdy zrozumiał, że został sam, spuścił wzrok.
Przynajmniej miał pewność, że jego kocięta trafią pod dobrą opiekę. Jeśli Klan Nocy nigdy nie dowie się, kto naprawdę jest ich ojcem, będą dorastać jak każde inne kocięta. Dostaną pożywienie, bezpieczeństwo i szkolenie. Być może wyrosną nawet na wspaniałych wojowników. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że któregoś dnia los pozwoli mu je choć raz zobaczyć.

* * *

Odkąd dowiedział się o ciąży Sennej Łzy, chodził cały znerwicowany i zestresowany. Na tyle, że znacznie częściej zdarzało mu się przypadkiem wypuszczać piszczki wolno, mimo że każda z nich była na wagę życia. Martwił się tym, czy Łezka nie będzie miała żadnych komplikacji przy porodzie i czy maluchy urodzą się zdrowe. Miał też nadzieję, że będą przypominały jakiegoś kocura w podobnym wieku do szylkretki, by mogła wmówić wszystkim, że to właśnie on jest ich ojcem, zamiast przyznawać, że ich drugim rodzicem jest samotnik.
Czajka musiał zauważyć, że jego przyjaciel zachowuje się inaczej, dlatego pewnego dnia przysiadł obok niego i mruknął:
— Wszystko w porządku?
Tylko tyle. Nic więcej. A jednak te krótkie pytanie wystarczyło, by Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.

<Czajko? Pociesz mnie, proszę>

24 czerwca 2026

Od Lisiego Ostu CD. Konwaliowej Mielizny

— Wraz z rodziną zostałem niesłusznie oskarżony o zdradę — przyznał wprost, co zszokowało Lisiego Osta.
— Oskarżony? O zdradę? — dopytywał zielonooki, ponieważ było mu ciężko w to uwierzyć.
— Jednego dnia spokojnie wypełniałem swoje obowiązki, by następnego zostać uwięziony na jednej z wysp blisko obozu bez żadnych wyjaśnień. Potraktowano nas jak najgorszych przestępców. Wydzielano niewielką ilość jedzenia, taką byśmy przeżyli, zero kontaktu z innymi, a jeśli już, to potem podobny dany kot był podejrzewany o współudział. To jest chore, co się tam dzieje! — mówił bez zastanowienia.
Czarnofutry otworzył szerzej oczy, wpatrując się w swojego znajomego pełen zdumienia. To brzmiało jak koszmar! Jak liderka Klanu Nocy mogła traktować tak członków swojej przynależności?
— Jak to jest być samotnikiem? — spytał nagle, zmieniając temat.
To pytanie zbiło z tropu Osetka.
— Jeszcze nie skończyliśmy rozmawiać o tamtej sytuacji! — oburzył się czarnofutry, wciąż zdziwiony. — Przecież to jakiś żart, to musi być żart! Dlaczego Mandarynkowa Gwiazda skazała was na takie tortury? Przecież musiała mieć jakiś powód, choćby głupi? — zapytał, patrząc na Konwaliową Mieliznę z politowaniem.
— Owszem, miała. Powód był wprawdzie niedorzeczny, lecz w jej mniemaniu najwyraźniej wystarczający. Mandarynkowa Gwiazda jest kotką niezwykle podejrzliwą. Uważa mnie i moich krewnych za potencjalnych zdrajców wyłącznie dlatego, że jesteśmy potomkami Baśniowej Stokrotki, która niegdyś zaszła jej za skórę — narzekał, nie kryjąc rozgoryczenia. — Szczerze mówiąc, nie sądzę, by ktoś kierujący się podobnymi uprzedzeniami powinien sprawować władzę nad całym klanem. Znacznie bardziej pasowałaby do starszyzny niż na stanowisko liderki. Obawiam się, że pewnego dnia może odkryć, iż nie ma już komu wydawać rozkazów. Pod jej przywództwem coraz trudniej jest swobodnie funkcjonować, a z czasem coraz więcej kotów zacznie to dostrzegać. Wówczas nawet najlojalniejsi mogą przestać uważać odejście za coś niewyobrażalnego — kontynuował, aż jego futro na całej długości grzbietu zjeżyło się ze zirytowania. Bądź co bądź, miał do tego powód. Miał prawo być sfrustrowany przez to, co przydarzyło mu się w klanie, który miał być dla niego domem.
— To okropne, Konwalio… Strasznie ci współczuję. Ja wiem, jak to jest czuć się zagrożonym we własnej przynależności. Nie życzyłbym tego nawet swojemu największemu wrogowi — przyznał Osetek, poruszając smutno wibrysami. — Pytałeś o to, jak to jest być samotnikiem, prawda? Cóż, czasem nie jest łatwo, ale mimo wszystko cieszę się, że mogę być wolny i nic mi nie zagraża. Poza tym znam się trochę na ziołach, ponieważ uczyłem się o nich w Owocowym Lesie. Jeśli ty i twoi bliscy zechcą odejść z Klanu Nocy, chętnie wam pomogę. Moglibyście dołączyć do grupy, w której jestem. Nazywamy się Świetlikami, choć ostatnio brakuje nam członków — przyznał. Gdyby przyprowadził do Mglistego Snu kilka kotów, ten na pewno by się ucieszył!
— Obawiam się, że byłaby to jedynie zamiana jednego problemu na drugi — odparł liliowy, niezbyt przekonany propozycją dołączenia do nowej grupy. — Każda grupa potrzebuje przywódcy, a każdy przywódca może pewnego dnia dojść do wniosku, że jego osąd jest ważniejszy od dobra innych. Wiem o tym aż za dobrze.
— Nie, nie! Mglisty Sen jest moim mentorem. Jest naprawdę dobrym kotem. On nigdy nie skazałby kogoś tylko ze względu na więzy rodzinne. Nie mielibyście o co się bać! — przekonywał go.
W końcu wojownik Klanu Nocy westchnął, odwracając wzrok od samotnika.
— Sądzę jednak, że powinienem już wracać. Nie chciałbym, aby ktoś dostrzegł naszą rozmowę i wysnuł z niej zbyt śmiałe wnioski. W obecnych czasach nawet zwykła wymiana zdań może zostać uznana za spisek przeciwko Mandarynkowej Gwieździe — stwierdził, po czym pożegnał się skinieniem głowy i wyruszył w głąb terenów swojej przynależności.

* * *

Teraźniejszość

Przez swoją nieuwagę, gdy przechadzał się przy Drodze Grzmotu, nadepnął na odłamek szkła, który wbił mu się w poduszkę łapy. Ból przeszedł przez całe jego ciało, aż musiał zatrzymać się i prychnąć pod nosem, by jakoś go znieść. Może i nie była to wielka, krwawiąca rana, lecz takie nagłe ukłucie zabolało go bardziej, niż powinno.
— Głupi Dwunożni! Nie potrafią nie ingerować w naturę — stwierdził oburzony, musząc na coś przelać frustrację związaną z bólem łapy. Teraz będzie musiał znaleźć jakieś zioło, by to opatrzyć. Nie chciał przecież nabawić się infekcji.
Wracając do Czajki, cały czas kuśtykał. Gdy już w końcu znalazł się w pobliżu ich niewielkiego obozu, natychmiast zwrócił uwagę niebieskofutrego swoim nietypowym chodem.
— Co ci się stało? — zapytał od razu Czajka, podchodząc do niego i oglądając jego łapę.
— Nic wielkiego, tylko przypadkiem wdepnąłem w kawałek szkła… Nałożę trochę trybuli czy skrzypu i będzie po sprawie — oznajmił, uśmiechając się do przyjaciela.
Ten przytaknął głową, a wyraz jego pyska widocznie się rozpogodził.
Lisi Oset nie mógłby być szczęśliwszy, odkąd spotkał niebieskofutrego. Żyli sobie wspólnie, pomagając sobie nawzajem. Jak przyjaciele. Zielonooki wreszcie czuł, że ma dla kogo żyć, i nie śmiał już myśleć o odejściu z tego świata. Cieszył się, że nie zdecydował się wtedy na wzięcie tych jagód. Inaczej wiele by stracił.
— Tak przy okazji, to przejdę się nad granicę z Klanem Nocy. Opowiadałem ci już o Sennej Łzie? Chyba nie, ale w każdym razie... umówiliśmy się tam na spotkanie — mruknął, przenosząc zawstydzony wzrok na łapy.
Na wzmiankę o szylkretowej kotce jego serce zabiło szybciej. Chyba naprawdę się w niej zauroczył...
Czajka nie odpowiedział, a po chwili Osetek podniósł głowę i ruszył w stronę rzeki, która oddzielała tereny samotnicze od terenów Klanu Nocy.
— Do zobaczenia, Czajko! Wrócę jeszcze przed zachodem! — pożegnał się z przyjacielem i przyspieszył kroku.
Już nie mógł się doczekać, by ujrzeć te piękne, żółte ślepia Nocniaczki.
Gdy dotarł na miejsce, Senna Łza już tam na niego czekała. Była wręcz idealnym materiałem na partnerkę! Nie spóźniała się, była obowiązkowa. Była wszystkim, czego Lisi Oset oczekiwał od partnerki. Miał tylko nadzieję, że ona czuje wobec niego to samo i że gdy wreszcie zbierze się na odwagę, by wyznać jej miłość, ta nie odrzuci go, lecz zgodzi się spędzić z nim resztę życia.
— Dzień dobry, Łezko! — przywitał się z nią, zatrzymując się przy brzegu rzeki.
— Hej, Osetku! A co ci się stało w łapę? — odparła, przekręcając głowę.
Czarnofutry kompletnie o tym zapomniał, mimo że przez całą drogę kuśtykał. Tak bardzo był zajęty rozmyślaniem o szylkretce, że przestał zwracać uwagę na ból. Uśmiechnął się i prędko wyciągnął z poduszki szkło, po czym wrzucił je do rzeki. Opatrunek ziołowy nałoży sobie, gdy już wróci ze spotkania z Senną Łzą.
— Och, Osetku! — zaśmiała się szylkretka, po czym rozejrzała się wokół i przepłynęła rzekę na drugą stronę, by spotkać się z czarnofutrym w cztery oczy. — Jeszcze kiedyś nauczę cię pływać. To kocury powinny się wysilać, a kotki tylko ładnie pachnieć i wyglądać — stwierdziła, pocierając swoim mokrym pyskiem o jego policzek.
Lisi Oset zamruczał na ten gest, mimo iż chłód, który poczuł po zetknięciu się z przemoczoną Łezką, nie był zbyt przyjemny.
— Jak dużo czasu masz, nim ktokolwiek zacznie się martwić? — spytał w końcu, gdy szylkretka skończyła się już z nim witać. — Chciałbym pójść z tobą na wspólny spacer — dodał, uśmiechając się ciepło do kotki.
— Chyba całkiem sporo. Moja matka jest dziś zajęta, więc nie powinna niepokoić się moją nieobecnością. Możesz mnie zabrać, gdzie tylko chcesz! — zachichotała, poruszając wibrysami z radości.
— W takim razie ruszajmy!
Lisi Oset tak bardzo wciągnął się w spacer z Senną Łzą, że chodził z nią aż do zachodu słońca. A gdy nastała noc, znaleźli w lesie polankę i położyli się na niej, obserwując gwiazdy.
— Te kropki na niebie... są takie piękne! Przypominają mi te plamki, które masz na łapach i boku — przyznał, po czym spojrzał na szylkretkę.
— Nie sądziłam, że jesteś taki uważny! — odparła, a jej ślepia zalśniły z ekscytacji. — Teraz mi jeszcze powiedz, że pamiętasz każdą moją pręgę!
Lisi Oset przewrócił oczami.
— Ależ oczywiście, że pamiętam! Przypominają mi czasem pajęczyny...
Na te słowa Senna Łza dała mu kuksańca.
— Przestań się wygłupiać! — mruknęła żartobliwie.
Przez chwilę leżeli w ciszy. Aż do momentu, w którym czarnofutry nagle zbladł.
— Wszystko w porządku? — spytała szylkretka, dostrzegając zmianę w jego mimice.
— Ja... będę się już musiał zbierać. Obiecałem znajomemu, z którym obecnie mieszkam, że wrócę do niego przed zachodem słońca, a już dawno zapadła noc! Ach, teraz mi głupio... — westchnął, podnosząc się na cztery łapy.
Senna Łza nie wyglądała na zadowoloną.
— Przecież to tylko znajomy, czyż nie? Nie kontroluje twojego dnia. Nic się nie stanie, jeśli jeszcze chwilę tu sobie poleżymy... — zauważyła.
— W sumie... masz rację. Nic się nie stanie.
W końcu przypadkiem zasnął obok Sennej Łzy, lecz gdy się obudził, nie było jej przy nim. Musiała już wrócić do Klanu Nocy, co było całkiem zrozumiałe. Przecież miała swoje wojownicze obowiązki.
Lisi Oset przeciągnął się, po czym zabrał się za poszukiwania trybuli i pajęczyny, by w końcu sporządzić opatrunek.
Po jakimś czasie udało mu się zabandażować zranioną poduszkę, a przy okazji znaleźć się ponownie blisko granicy z Klanem Nocy. Jednak tym razem, zamiast Sennej Łzy, ujrzał po drugiej stronie Konwaliową Mieliznę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset

24 maja 2026

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Czajki

TW: Myśli samobójcze

Czuł się tak strasznie, strasznie samotny. Na tyle, że miał wrażenie, jakby samotność każdego dnia i każdej nocy rozdzierała jego serce na kawałeczki, wypełniała całą klatkę piersiową i brzuch, desperacko próbując wydostać się na zewnątrz, bo było jej w nim zbyt wiele. Była jak złowieszczy cień, który swoimi szponami owijał czarno-białego kocura, niekiedy paraliżując go i przytrzymując w jednym miejscu. Okazało się, że gdy nie ma się do kogo otworzyć pyska, życie staje się o wiele cięższe. Wykonywanie codziennych obowiązków i zwykłe dbanie o siebie stało się dla Lisiego Ostu niemal niemożliwe. Każdy wysiłek był jak przenoszenie góry! Polowanie, oskubywanie zwierzyny i jedzenie stało się dla samotnika niezwykle nieprzyjemne, choć dawniej delektował się smakiem każdej piszczki, którą tylko miał okazję wrzucić na ząb.
Nieraz naprawdę zastanawiał się nad tym, czy nie lepiej byłoby mu w Owocowym Lesie. Tam przynajmniej był jego przybrany ojciec, jego znajomi, a także Świetliki, które odeszły tam w poszukiwaniu lepszego jutra. Czasem żałował, że nie przyłączył się do nich, lecz… czy jego dawni pobratymcy na pewno przyjęliby go w swoje progi po tym, co zrobił? Po tym, jak zniknął bez wyjaśnienia z azylu, najpewniej zostawiając Wiciokrzewa zestresowanego i poddenerwowanego? Gdy Osetek myślał o tym, że biedny liliowy uzdrowiciel zapewne przez kilka nocy z rzędu nie zmrużył oka, serce ściskało mu się z żalu. Był tchórzem. Był głupi. Narozrabiał, a teraz bał się zmierzyć z konsekwencjami własnych czynów.
Nie bał się jednak jednej rzeczy. Jednej jedynej, która, choć dawniej napawałaby go strachem, teraz wydawała się ostatnim wyjściem z tej kiepskiej sytuacji. A chodziło tu rzecz jasna o… śmierć. Skoro nigdzie nie było już dla niego miejsca, a samo istnienie stało się niekomfortowe, to dlaczego miałby go nie zakończyć? Dlaczego miałby dalej tak potwornie się męczyć, skoro istniała możliwość… by już niczego nie czuć?
Lisi Oset wciąż przebywał w niedokończonym obozie Świetlików, nie mając motywacji, by przenieść się gdzie indziej. To miejsce i tak przypominało mu, że jeszcze kilka księżyców temu nie był sam i wydawało mu się, że jego życie nie będzie się zbyt wiele różnić od tego w Owocowym Lesie. Ale, och, jak bardzo się pomylił…! Mógł przewidzieć, że prędzej czy później takie amatorskie ugrupowanie się rozpadnie. Prawda była taka, że jedyne, co łączyło Świetliki, to nazwa i skrawek terenu. Lisi Oset zdążył zauważyć, że między sobą nie dogadywali się zbyt dobrze i różnili się pod wieloma aspektami. Podczas gdy taka Rysi Trop była agresywna i nie przepadała za przybyszami, Mglisty Sen szybko pogodził się z obecnością nowej twarzy w obozie i zaczął zachowywać się tak, jakby Osetek był wśród nich od samego początku. W większym gronie takie różnice nie miałyby większego znaczenia, ale w sytuacji, gdy dwa koty stanowią niemal połowę całej grupy… problem stawał się nieco trudniejszy do zignorowania.
Wracając jednak do wcześniejszych planów Lisiego Ostu — tej nocy zadecydował, że wreszcie zakończy swój marny żywot. Miał tylko nadzieję, że, jak mawiał Wiciokrzew, po śmierci Wszechmatka zamieni go w jerzyka albo jaskółkę. Choć w Owocowym Lesie nie był zbyt wierzący, teraz obietnica, że po opuszczeniu swojego kociego ciała zmieni się w coś innego, żyjącego beztrosko, napawała go nadzieją. Nie chciał w końcu tracić swoich zmysłów. Nie chciał już nigdy więcej nie widzieć nocnego nieba czy chmur odbijających się w tafli jeziora. Nie chciał nigdy więcej nie poczuć kojącego zapachu kwiatów ani usłyszeć cichego ćwierkania ptaków. Nie chciał też już nigdy nie zjeść swojej ulubionej zwierzyny. A przede wszystkim nie chciał utracić możliwości formułowania myśli. Przecież zależało mu jedynie na tym, by uwolnić się z tego ciała, na którego widok Owocniacy padliby na zawał.
Poszukując trujących jagód, o których miał jakieś pojęcie, bo przecież Wiciokrzew go o nich uczył, zastanawiał się nad swoim przyszłym życiem jako ptak. Czy będzie wiedział, jak wśród skrzydlatych odróżnić Owocniaków? Czy wszystkie zmarłe koty z tej przynależności, które już zmieniły się w jerzyki lub jaskółki, żyją wspólnie, czy może każde odkrywa świat na własne skrzydła? Ciężko było stwierdzić. Wiciokrzew nigdy tego nie sprecyzował, a sam Lisi Oset, cóż… jeszcze ani razu nie umarł. Choć wkrótce miało się to zmienić, o ile w końcu uda mu się znaleźć…
O! O wilku mowa, a wilk tu. Choć w tym przypadku nie chodziło o wilka, lecz o wilcze jagody. Obie rzeczy… niby podobne z nazwy, a jednak kompletnie inne. Lisi Oset uśmiechnął się na widok czarnych kuleczek połyskujących w świetle księżyca. Więc… co teraz? Weźmie kilka, przeżuje, przełknie i będzie po sprawie? Tak po prostu?
Mimo tego, że był zdecydowany co do sposobu odejścia, jaki sobie wybrał, jego przełyk ścisnął się boleśnie, a serce podeszło do gardła. Łapy zadrżały mu tak mocno, jakby chciały stąd uciec i uratować czarno-białego przed śmiercią. Jego umysł był jednak silniejszy, zatrzymując kocura w miejscu. Po chwili samotnik z trudem pchnął swoje ciało do przodu, zmuszając się do zbliżenia się do krzaku. Wpatrywał się właśnie w jedną z najbardziej trujących roślin. Przez myśl przemknęło mu pytanie, ile kotów przed nim posunęło się do takiego czynu. Ile z nich stało tak samo przed wilczymi jagodami, zastanawiając się, czy na pewno chcą to zrobić.
W końcu Lisi Oset przełamał się i ostrożnie zerwał kilka ciemnych kuleczek z krzaka. Odsunął się od niego i szybko upuścił jagody na ziemię, wykrzywiając pysk w gorzkim grymasie. Nie rozumiał już samego siebie. Przecież tego właśnie chciał, czyż nie? Chciał umrzeć… ale czy na pewno teraz? Czy na pewno za pomocą wilczych jagód? Co, jeśli śpiączka, a potem śmierć, nie będą natychmiastowe? Co, jeśli przez kilka uderzeń serca będzie musiał tkwić w agonalnym bólu, nim wszystko wreszcie ucichnie? I najważniejsze — co, jeśli po wzięciu zioła się rozmyśli?
Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz. Teraz całe jego ciało krzyczało, by się wycofał, ale on nie chciał go słuchać.
“Myślę o tym od kilku dni. Nie rozmyślę się” — pomyślał w końcu, pochylając się nad jagodami. Rozwarł już pysk, gotów na to, by już za chwilę przeszły przez jego przełyk i wylądowały w brzuchu, niszcząc go od środka.
Już miał je wziąć, już miał stać się wolny, gdy nagle…
Poczuł nagły ból w tylnej łapie. Na tyle mocny, że jego głowa wystrzeliła do góry, oddalając się od jagód spoczywających na ziemi.
— Co to, na Wszechmatkę?! — syknął, kładąc po sobie uszy.
Spojrzał za siebie, a wtedy w oczy rzucił mu się szczur, który właśnie znikał w krzewach. Zmarszczył brwi i sfrustrowany strzepnął ogonem. Nie zamierzał tak tego zostawić.
Biegiem rzucił się za tym paskudnym stworzeniem, zaciskając szczękę. Jak tylko je dorwie, to rozszarpie na strzępy, a potem wypcha mysimi bobkami! Jak ono w ogóle śmiało nachodzić go w takiej chwili? Wszystko zepsuło, zniszczyło!
Po dłuższym czasie pogoni zdał sobie jednak sprawę, że to nie miało sensu. Łapa pulsowała bólem, a szczur już dawno zniknął gdzieś w ciemności. Biegł już nie po to, by go złapać, lecz dlatego, że nie chciał się zatrzymywać i mierzyć z tym, co właśnie zrobił. Stchórzył. Zgubił ten krzak i już go nie odnajdzie. Będzie musiał poszukać nowego z samego rana, ale teraz… jedyne, czego pragnął, to w końcu zasnąć. Zmęczenie paliło go w mięśniach, a powieki same się zamykały; ale jeszcze nie po to, by zmusić Osetka do snu wiecznego.

* * *

Rankiem zadecydował, że przejdzie się nad granicę z Klanem Nocy. Cóż, jeśli nie uda mu się znaleźć jagód, to może przynajmniej pozwoli, by w ptaka zamienił go żywioł wody… Przy okazji myślał nad tym, czy nie uda mu się spotkać po raz ostatni z Konwaliową Mielizną i się z nim pożegnać. Nie byli może zbyt blisko, ale Osetek zawsze doceniał możliwość porozmawiania z liliowym Nocniakiem. Właściwie, gdyby nie Konwalia, a także piękna szylkretowa kotka, z którą spotykał się tu co jakiś czas, może zdecydowałby się na odejście znacznie wcześniej. Nie wiedział, dlaczego myślał, że tej dwójce jakoś uda się go przekonać, że jego żywot jest jeszcze coś wart…
Niestety po Konwaliowej Mieliźnie nie było ani śladu. Tak samo zresztą, jak po Sennej Łzie, w której oczy czarno-biały kocur uwielbiał się wpatrywać. Dałby wszystko, by po raz ostatni się w nich zatopić, by znów poczuć ich ciepło…
Jednak zamiast dwójki swoich znajomych znalazł coś innego. Łopian — zioło bardzo dobre do uśmierzania bólu i zapobiegania infekcjom, zwłaszcza po ugryzieniu szczura. Lisi Oset zdecydował się wyrwać korzeń z ziemi i dokładnie obmyć go w rzece, by następnie przeżuć go na papkę i nałożyć ją na ranę. No co? Nie chciał umierać z dokuczającym mu ugryzieniem tylnej łapy!
Gdy zrozumiał, że nie ma czego szukać na granicy z Klanem Nocy, postanowił wrócić w głąb lasu. Tam zaczął szwendać się tu i ówdzie, podziwiając otaczającą go naturę. Co jakiś czas zatrzymywał się, by spojrzeć na swoje łapy, a jeśli tylko gdzieś dostrzegł kałużę, od razu do niej podbiegał i się w niej przeglądał, jakby próbował napawać się swoim kocim ciałem, póki jeszcze mógł. W końcu już niedługo będzie musiał się z nim pożegnać i przyjąć zupełnie nową formę. Zastanawiał się tylko, czy Wszechmatka uczyni z niego jerzyka, czy może jaskółkę. Choć skrycie miał nadzieję, że zlituje się nad nim i zrobi z niego jerzyka, bo uważał te ptaszki za urocze. O wiele słodsze od jaskółek. Ale bez urazy, oczywiście.
Chodząc tak i podziwiając faunę oraz florę, nagle wyczuł silny zapach. Bardzo znajomy, choć nie miał pojęcia dlaczego. Gdy tylko dotarł do jego nozdrzy, stanął jak wryty. Futro na karku zjeżyło mu się z ekscytacji, a lekki uśmiech mimowolnie wcisnął mu się na pysk. Tylko czemu? Co takiego wywołało taką reakcję u Osetka?
Czarno-biały rozejrzał się wokół siebie, a potem zaczął podążać za dziwną wonią. Wydawało mu się, że musiała należeć do jakiegoś kota. Tak, na pewno tak było. Tylko do jakiego? Czy przechodził tędy Wiciokrzew? Może Purchawka albo jakiś inny kot, z którym Lisi Oset miał okazję rozmawiać w Owocowym Lesie? Ach, przez te kilka księżyców spędzonych u Świetlików zdążył już zapomnieć, jak pachniały dawniej bliskie jego sercu koty. Zresztą nawet nie wiedział, jak pachną i wyglądają jego biologiczni rodzice oraz rodzeństwo.
Gdy trop przybrał na sile i Osetkowi zaczęło się wydawać, że kot, którego szuka, znajduje się już za krzewami widniejącymi przed nim, poczuł gwałtowne bicie serca. Dlaczego tak bardzo go to stresowało? Może to wcale nie był ktoś, kogo znał, a jedynie tak mu się wydawało? W końcu co jakiś Owocniak miałby robić poza terenami swojego klanu? Stał jak słup, niepewny, czy na pewno chciał tak ryzykować i wychodzić temu kotu na spotkanie.
Z drugiej strony — czy miał coś do stracenia? Jeśli ten kot okaże się zagrożeniem i postanowi pozbyć się Lisiego Ostu, będzie nawet lepiej. Właśnie dlatego zielonooki zdecydował się wykonać kilka kolejnych kroków.
W końcu jego oczom ukazał się dobrze zbudowany kot o niebiesko-białej sierści i brązowych oczach.
Czajka.
— T-to… niemożliwe! — miauknął zdziwiony Osetek, zanim drugi samotnik zdążył powiedzieć to samo. — Dlaczego… dlaczego ty nie jesteś w Owocowym Lesie? Przecież to twój dom, przecież-
Nim udało mu się dokończyć, Czajka podniósł się z miejsca i podszedł do niego, ani razu nie mrugając. Wpatrywał się intensywnie w czarno-białego, jakby podziwiał ducha — zjawę, która zaraz miała rozpłynąć się w porannej mgle.
— Czajko…? — mruknął w końcu, próbując przywrócić kocura na ziemię.
Ten zastrzygł uszami, po czym łapczywie nabrał powietrza do płuc, jakby jeszcze przed chwilą zapomniał o oddychaniu i dopiero teraz sobie o tym przypomniał.
— Ty… żyjesz? — wyszeptał niebieski, po czym wyciągnął łapę w stronę Lisiego Ostu. — Wszechmatko, ja chyba śnię… — dodał, a następnie zwrócił się ponownie do zielonookiego: — Zostałeś zabity przez Ziemniaka! Rokitnik wyznał całą prawdę przed klanem. Nie rozumiem… Dlaczego cię widzę?
Na wzmiankę o czekoladowym wojowniku czarno-biały kocur zjeżył futro.
— Ziemniak? — powtórzył, po czym przeniósł wzrok na łapy. — Ależ on mnie wcale nie zabił… Próbował, to na pewno, ale nigdy mu się to nie udało… — wyjaśnił, wciąż ledwo potrafiąc przetrawić fakt, że spotkał dawnego pobratymca. — Tamtego dnia… pobił mnie. Dosyć mocno. Ale ja potem… potem wstałem i odszedłem z terenów Owocowego Lasu… — dodał, choć bardziej do siebie niż do Czajki.
Po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok na brązowookiego. Miał tak wiele pytań… Chciał wiedzieć, dlaczego kocur znajdował się na terenach niczyich. Co sprawiło, że odszedł ze swojej dawnej przynależności? Czy zrobił to już jakiś czas temu, czy może dopiero niedawno?
Osetek milczał, choć wszystkie te pytania cisnęły mu się na język. Po prostu go zatkało.

<Czajko?>

Wyleczeni: Ostowa Łapa (Lisi Oset)

12 kwietnia 2026

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Konwaliowej Mielizny

W Świetlikach ostatnio źle się działo. O ile tę nieliczną grupę wciąż można było jeszcze jakoś nazywać. Jarzębinowy Żar umarła, Szczawiowe Serce i Stroczkowa Nadzieja gdzieś zniknęli. Nie było już czego zbierać, co bardzo Osetka smuciło. Dołączył tu, poniekąd licząc na to, że znajdzie nowy dom, nowych przyjaciół. Liczył na to, że Świetliki przetrwają odrobinę dłużej, a jednak skończyło się tak, jak się skończyło…
Od kilku dni czuł okropny ból w uchu. Na szczęście zapamiętał co nieco z lekcji Wiciokrzewu i za pomocą kilku ziół udało mu się wyleczyć infekcję. Gdyby nie jego przybrany ojciec, pewnie miałby duży problem! Świetliki zostały pozbawione medyków, więc nie miałby kto mu pomóc. Ciekawe, czy reszcie też coś dolega. Mógłby im pomóc, choć zbliżała się już Pora Nagich Drzew, a składzik wiał pustkami odkąd Jarzębina i Stroczek zniknęli. Krótko mówiąc, wszyscy, którzy się ostali, byli w głębokiej…
Osetek westchnął ciężko. Leżał na swoim posłaniu, a w jego klatce piersiowej narastało poczucie zmęczenia i samotności. Wszystko wydawało się teraz takie żmudne. Świetliki niby wciąż żyły razem, polując, by nie umrzeć z głodu, ale większość traktowała się nawzajem jak nieznajomych. Nie można już było mówić o żadnej grupie — byli tylko zwykłymi samotnikami, którym przyszło się dzielić skrawkiem terenu. Lisi Oset nie miał nawet znajomych. Jedynym, z kim jeszcze rozmawiał, był Mglisty Sen, ale poza nim… nikomu tak bardzo nie ufał.
Postanowił więc przejść się nad granicę z Klanem Nocy. Dawno nie widział tej pięknej szylkretki ani liliowego kocura. Może rozmowa z nimi pomogłaby mu się trochę rozluźnić i poukładać myśli? Może sam mógłby… dołączyć do ich przynależności? Teraz już nie czułby poczucia winy z powodu odejścia ze Świetlików, bo Świetlików już nie było. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, by przetrwać mrozy, a przyczepienie się do Nocniaków wydawało się najrozsądniejszą opcją… W końcu do Owocowego Lasu nie wróci. Chyba spaliłby się ze wstydu. Jak mógł zniknąć na tak wiele księżyców? Dlaczego po prostu nie wrócił do obozu, tylko został samotnikiem? Był złym Owocniakiem. Nie nadawał się tam.
Przechadzając się wzdłuż rzeki, usłyszał nagle czyjś głos. Nie zrozumiał słów, bo skupiał się na czymś innym, lecz zaraz podniósł głowę.
Na drugim brzegu dostrzegł Konwaliową Mieliznę. Jego serce na moment zabiło szybciej, a źrenice zwęziły się do szerokości igieł. To niemożliwe, że akurat trafił na liliowego kocura! Już kilka razy tędy przechodził przez ostatnie dni i nie było po nim nawet śladu!
— Nie wierzę, to ty! — odparł, podchodząc bliżej koryta wody. — Długo cię nie widziałem. Zastanawiałem się, czemu już tu nie przychodzisz, wiesz? — mówił dalej, poruszając wąsami z rozbawienia. Może i nie przyjaźnili się jakoś bardzo, ale dla Osetka każda interakcja, nawet ta najmniejsza, była teraz na wagę złota. Czuł się samotny, a zobaczenie znajomego pyska było dla niego największą nagrodą. — Coś ci się stało przez te księżyce? Złamałeś łapę, czy coś? — zażartował, przechylając głowę.

<Konwaliowa Mielizno?>

Wyleczeni: Lisi Oset (Ostowa Łapa)

05 marca 2026

Od Ostowej Łapy (Lisiego Ostu) CD. Mglistego Snu

Dawno temu, w Owocowym Lesie

Osetek zastanawiał się, ile jeszcze księżyców będzie mu dane pełnić rangę ucznia uzdrowiciela. Poniekąd chciałby już być pełnoprawnym medykiem Owocowego Lasu, ale z drugiej strony wiedział, że wiąże się to z jeszcze większą presją. W końcu jako doświadczony kot powinien leczyć i pomagać innym bezbłędnie. Jako uczeń, gdy zrobił błąd, mógł tłumaczyć to faktem, że jest młody i wciąż się jeszcze uczy.
Miał nadzieję, że gdy już przyjdzie na to czas, będzie gotowy przyjąć tę odpowiedzialność. A nawet jeśli nie do końca, to Wiciokrzew, Poranek czy Purchawka raczej nigdzie się nie wybierali w najbliższym czasie…
Siedział teraz na swoim posłaniu, właściwie potwornie się nudząc. Był już dziś na treningu, a słońce właśnie zachodziło za horyzont, więc nie mógł nawet przejść się na spacer. W Owocowym Lesie nie miał też zbyt wielu przyjaciół, przez co nie miał nawet do kogo gęby otworzyć. Jedyne, z kim rozmawiał, to Wiciokrzew i Czajka – czasem oczywiście odezwał się też słowem do innych kotów, ale nie wyniknęły z tego żadne rozmowy, które byłyby warte uwagi. Ciągle jednak powtarzał sobie, że jeszcze ma czas. Jeszcze znajdzie kogoś, kto go polubi i kto z własnej woli będzie dzielić się z nim zwierzyną. Być może był to nawet kot, którego jeszcze tu nie było. Pieczarka nie była zbyt asertywną liderką – Osetek nie zdziwiłby się, gdyby wpuściła do klanu jakąś ładną samotniczkę w wieku zbliżonym do czarnofutrego.
W pewnym momencie Wiciokrzew musiał zauważyć znudzenie ucznia, bo postanowił się odezwać:
— H-hej… Słyszałeś o ty-tym, że w O-Owocowym Lesie nie-niektórzy potrafią po-posługiwać się językiem li-lisów? — zagaił liliowy, uśmiechając się subtelnie pod nosem.
Na jego słowa czarnofutry z zaciekawieniem podniósł uszy do góry. Jak to językiem lisów? To w ogóle było możliwe? Osetek nigdy nie sądził, że porozumiewanie się między gatunkami jest osiągalne.
— Nie, nie słyszałem. Ale brzmi to ciekawie! — odparł, poruszając wibrysami. — A ty potrafisz rozmawiać z lisami? To jakaś wiedza tajemna? — postanowił zaangażować się w tę rozmowę. W końcu lepsze to niż siedzenie na tyłku i rozmyślanie nad sprawami nieistotnymi.
— N-nie. Każdy może na-nauczyć się li-lisiej mowy… — odparł uzdrowiciel, po czym spuścił wzrok na łapy. — Ja znam ki-kilka podstawowych zwro-zwrotów… Świergot mnie na-nauczyła — wyjaśnił, na co oczy Osetka zabłysły.
— To świetnie! Nie chciałbyś mnie też nauczyć? — zaproponował zielonooki. — Nudzi mi się, ale pewnie już zauważyłeś… Chętnie przyswoję trochę nowej wiedzy. Kto wie, może mi się kiedyś przyda.
Pręgowany podniósł na niego wzrok, po czym skinął głową.
— Jasne. N-nie pamiętam zbyt wie-wielu słów… ale c-coś wciąż ko-kojarzę…

* * *

Teraźniejszość

— Coraz lepiej idzie ci maskowanie zapachów — stwierdził Mglisty Sen, patrząc z uśmiechem na Ostową Łapę, który cały był umorusany ziemią i pyłkiem kwiatów. Może i nie wyglądał teraz najpiękniej, ale przynajmniej jego zapach był nieco bardziej stłumiony.
Nie wiedział co prawda, do czego będzie mu to w przyszłości potrzebne, bo raczej nie zamierzał nigdzie się zakradać, ale skoro jego mentor chciał go tego nauczyć, nie miał wyboru. W końcu Sen był starszy i mądrzejszy – a także jednym z normalniejszych kotów w Świetlikach. Nie chciał mu się sprzeciwiać, bo obawiał się, że wtedy straciłby sojusznika.
— No a jak! Jak się ma takiego dobrego mentora, to cała wiedza wchodzi łatwiej… — rzucił żartobliwie, choć właściwie było w tym ziarno prawdy. Doceniał czarnofutrego i naprawdę uważał, że był on przykładnym nauczycielem.
Ale co się dziwić? W końcu istniała szansa, że niedługo zostanie już oficjalnym liderem Świetlików, a to oznaczało, że inni także widzieli w nim kogoś odpowiedzialnego.
— Dobra, dobra. Nie musisz mnie wychwalać, żebym cię mianował. Jeszcze trochę, a zasłużysz sobie na miano wojownika — oznajmił kocur. — Ale zanim to nastąpi, muszę się jeszcze upewnić, że jesteś uważny i nigdy nie przeoczysz szczegółów. To ważna umiejętność dla przyszłego wojownika — mruknął, po czym machnął swoim krótkim ogonkiem i żwawym krokiem ruszył przed siebie.
Ostowa Łapa ruszył tuż za Mglistym Snem, zastanawiając się nad tym, jakie ten może mu nadać imię. Chyba należało mu się jakieś fajne, czyż nie? Może Ostowa Walka! Albo Ostowe Przeznaczenie?
Nie… był fatalny w wymyślaniu imion – ale może czarnofutry będzie trochę kreatywniejszy w tej sprawie. Musiał być. W końcu będzie wybierał imię swojemu własnemu uczniowi.
W pewnym momencie żółtooki zatrzymał się gwałtownie i postawił uszy na sztorc. Zakłopotany Ostowa Łapa także się zatrzymał, kryjąc się za jego plecami, jakby zaraz coś miało na nich wyskoczyć. Dlaczego się zatrzymali? Czyżby gdzieś w pobliżu czyhało na nich niebezpieczeństwo?
Dostrzegł, że jego mentor cały był spięty, a futro wzdłuż karku i grzbietu zjeżyło mu się.
— Spójrz, Ostowa Łapo… — szepnął w końcu wojownik.
Czarno-biały wykonał kilka kroków w przód, by stanąć obok swojego mentora. Wyciągnął szyję do przodu i wtedy, między gałęziami krzewów, dostrzegł ognistorude futro, które lśniło w blasku słońca.
Lis.
Krzątał się niebezpiecznie blisko obozu Świetlików. Może specjalnie? Może szukał łatwego celu do zaatakowania i zabicia?
Zielonooki głośno przełknął ślinę, a chwilę później zwierzę zwróciło głowę w jego stronę.
— Musimy stąd uciec, szybko! — oznajmił Mglisty Sen, cofając się o krok.
Uczeń jednak nawet nie drgnął, wpatrując się w oczy rudego stworzenia, które nagle zaczęło zbliżać się w ich stronę.
— Ostowa Łapo, pokręciło cię?! Co ty wyprawiasz? Nie opłaca się walczyć z tym lisem! — nalegał wojownik, ale było już za późno. Ostowa Łapa i Mglisty Sen stali teraz w odległości kilku króliczych skoków od intruza. Ucieczka nie wchodziła już w grę – mogłaby tylko rozjuszyć lisa, a nawet doprowadzić go prosto do azylu.
Zamiast tego zielonooki zdecydował się zaryzykować…
Ja przyjaciel — odezwał się do stworzenia w języku, którego nauczył go Wiciokrzew. — Nie problem — dodał, mając nadzieję, że lisia mowa nie była tylko bujdą wymyśloną przez Owocniaków.
Jak się jednak okazało, rude stworzenie skinęło głową, jakby ze zrozumieniem, po czym oddaliło się w przeciwną od obozu stronę.
Czarnofutry wojownik trwał w milczeniu, wyraźnie zdziwiony tym, co właśnie zobaczył i usłyszał.
Natomiast Ostowa Łapa czuł, jak mocno jego serce bije mu w klatce piersiowej. Nie spodziewał się, że naprawdę uda mu się skomunikować z lisem! To było takie dziwne, a jednocześnie przyjemne doświadczenie. Poczuł się mądry i bystry. Nie każdy może pochwalić się tym, że dogadał się z innym gatunkiem.
— Skąd… skąd wiedziałeś, co do niego powiedzieć? — zapytał w końcu wojownik, jakby nagle ocknął się z jakiegoś transu. — Tak długo, jak żyję na tym świecie, jeszcze nigdy moje oczy takich cudów nie widziały!

* * *

Mglisty Sen wspiął się na podwyższenie w obozie Świetlików, a tuż obok niego zjawiła się Jarzębinowy Żar. Oboje objęli azyl spojrzeniami, jakby przygotowywali się do przemowy.
— Świetliki! — zawołał nagle czarnofutry, wypinając dumnie pierś. — Nadszedł ten dzień, w którym oficjalnie jeden z uczniów naszej grupy zostanie mianowany! — ogłosił, podczas gdy wokół niego zaczęli zbierać się członkowie przynależności.
W końcu wzrok wojownika spoczął na uczniu.
— Ostowa Łapo. Swoim zaangażowaniem udowodniłeś nam, że jesteś godzien wstąpić w szeregi wojowników — zaczął, uśmiechając się nieznacznie. — Ja, Mglisty Sen, wzywam naszych walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia, który pilnie trenował, by zdobyć doświadczenie potrzebne do ochrony naszego klanu. Polecam go wam jako nowego wojownika — wygłaszał. — Ostowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swoich pobratymców, nawet za cenę własnego życia?
Młodszy nawet się nie zawahał. Miał wrażenie, jakby całe swoje życie czekał właśnie na tę chwilę. Czuł, że wreszcie odnalazł swoje przeznaczenie – że wreszcie dobrnął do celu.
— Przysięgam! — oznajmił, niemal krzykiem.
— W takim razie, mocą naszych przodków, nadaję ci imię wojownika. Ostowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Lisi Oset. Grupa ceni twoje opanowanie i spryt, a dziś wita cię jako pełnoprawnego wojownika Świetlików!

<Mglisty Śnie?>

[1210 słów + maskowanie zapachów + umiejętność obserwacji]

[Przyznano 24% + 5% + 5%]

18 lutego 2026

Od Ostowej Łapy

Tej nocy kocur przekręcał się z boku na bok, lecz mimo zmęczenia sen nie chciał przyjść. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej i chłodniej, wiatr szumiał cicho między gałęziami, a zielonooki nawet na uderzenie serca nie zmrużył oka. Wiedział, że rankiem będzie tego żałować, ale w pewnym momencie zaniechał prób zaśnięcia i zaczął rozmyślać. Jak zwykle.
Jak wyglądałoby jego życie, gdyby nie… no właśnie, gdyby nie co? Gdyby nie to wszystko. Zazwyczaj wybierał jedną chwilę ze swojej przeszłości, zastanawiając się, co by było, gdyby akurat ta konkretna sytuacja nigdy się nie wydarzyła. Tym razem skupił się na swoim mianowaniu na ucznia.
Czy gdyby Wiciokrzewowi nie zależało tak bardzo, by mieć go na oku, potoczyłoby się to inaczej? Czy miałby wtedy w sobie dość siły, by odegrać się na Ziemniaku? Jako uzdrowiciel był słaby fizycznie. Nie miał żadnych szans w walce z czekoladowym kocurem. Ale gdyby został wojownikiem… Wtedy mógłby prężyć muskuły i pokazać swojemu wrogowi numer jeden, że nie powinien z nim zadzierać.
Wtem usłyszał cichy stukot łap gdzieś poza uczniowskim legowiskiem. Na moment wstrzymał oddech. Kto wybrał się na przechadzkę po azylu w środku nocy? Czy to ktoś, kto, tak jak on, nie potrafił zasnąć? Byłoby niefortunnie, gdyby zauważył, że Osetek nie śpi. Mógłby go okrzyczeć. Stwierdzić, że rankiem nie będzie miał siły na trening. I miałby rację. Po nieprzespanych nocach czarnofutry przez cały dzień chodził rozdrażniony i ledwo kontaktował, co z pewnością zirytowałoby jego mentora. Dlatego natychmiast wcisnął nos głębiej w posłanie, przymknął powieki i spróbował wyrównać oddech. Zaraz naprawdę uda mu się zasnąć. Myślał o swoim życiu wystarczająco długo, by mózg się zmęczył.
Osetek powoli wypuścił powietrze z płuc.
Podejrzane kroki w końcu ucichły, co odrobinę go uspokoiło. Przynajmniej miał pewność, że nie był to żaden krwiożerczy lis, który przyszedł ich zgładzić.

* * *

Dzień później

Od rana Ostowa Łapa nie mógł nawet normalnie funkcjonować, obawiając się tego, że czyha na niego śmierć. Każdy głośniejszy szmer był dla niego jak zapowiedź ataku, a każde uniesienie głosu zwiastowało problem. Ktoś zdecydowanie z nimi pogrywał – a on miał wrażenie, że dobrze wie kto.
Atmosfera w obozie była na tyle gęsta, że miało się wrażenie, jakby można było przeciąć ją pazurem. Koty wręcz chodziły na palcach, a ponadto szeptały między sobą i obrzucały się podejrzliwymi spojrzeniami. Jednak oceniający wzrok Ostowej Łapy znacznie częściej lądował na niebieskiej szylkretce, która już pierwszego dnia bezpodstawnie go zaatakowała. Tylko ona wydawała się na tyle szurnięta, by zrobić coś takiego jak rozrzucenie narządów obcego kota po obozie.
Oby Jarzębinowy Żar i Mglisty Sen szybko odkryli sprawcę, który tak właściwie był już oczywisty… I oby zadecydowali o jakiejś rozsądnej karze za to wszystko. Według Osetka Rysi Trop mogłaby nawet umrzeć... ale przecież nie po to czarnofutry mentor opowiadał mu o Klanie Gwiazdy i czynieniu dobra, by on wyrastał na tak… brutalnego kota. Choć w słuszność tych ich Gwiezdnych Przodków nigdy nie uwierzy. Zresztą niemal tak samo, jak nie uwierzył we Wszechmatkę – choć do niej było mu mimo wszystko bliżej. Chyba można było powiedzieć, że wyrastał na ateistę. Czy to dobrze? Bo przez to czuł się tu poniekąd jak wróg. Jak zdrajca. W końcu ta grupka składała się z kotów, które tyle oddały, by tu być. Które Klan Gwiazdy traktowały jak drogowskaz i największą wyrocznię. Dawniej może i wierzył w słowa przywódcy Klanu Wilka wypowiedziane na zgromadzeniu, ale po kilku księżycach spędzonych wśród Świetlików przekonał się, że oni wcale nie są źli. Byli tylko skrzywdzeni. Oszukani. No, może prócz Rysiego Tropu. W niej bez wątpienia tkwił promyk nienawiści wyniesionej z Klanu Wilka. Zresztą nawet jej brat przyznał, że to kult ją zmienił.
“Rysi Trop jest moją siostrą z tego samego miotu — przerwał na moment. — Wiesz, ona ma taki ostry charakter, choć przez kult niestety stała się agresywniejsza... Nie zawsze taka była...”
Gdy raz wpoiło się komuś coś do głowy, stawało się to chwastem niezwykle trudnym do wyplenienia. Ostowa Łapa wiedział o tym aż za dobrze. Nieważne, jak długo próbował przekonywać Ziemniaka, że nie jest zagrożeniem – tamten i tak robił swoje. Aż w końcu spróbował go zabić. Jeśli na za dużo się takim pozwala, szybko zaczynają przesadzać. Właśnie dlatego wizja tego, że Rysi Trop nie dostanie należytej kary, stresowała go dziesięć razy bardziej. Jeśli ma jej pilnować własny brat, który i tak widzi w niej niewiniątko, to równie dobrze nikt jej może nie pilnować. A wtedy znowu ktoś może zginąć. Tak jak ten kot, czy inne stworzenie, którego narządy zostały porozrzucane po obozie.
Wtem podszedł do niego Mglisty Sen. Uczeń w pierwszej chwili pomyślał, że wojownik zabierze go na trening, jednak ku jego zdziwieniu padło pytanie:
— Co robiłeś w nocy? Widziałeś coś podejrzanego? — mruknął poważnie.
Zielonooki chyba po raz pierwszy widział go aż tak spiętego. Ale jak mógł mu się dziwić? I tak mieli ciężko w życiu. Takie przeciwności losu dobijały bardziej, niż gdyby wiedli ustatkowane, spokojne życie.
— W nocy nie umiałem zasnąć… Wydawało mi się, że ktoś krąży po obozie, ale nie dostrzegłem konkretów. Uważam, że sprawcą tego… musi być ktoś z nas.
Chciał wręcz krzyknąć, że to wszystko sprawka Rysiego Tropu. Wymienić ją z imienia. Wbić w nią spojrzenie i patrzeć, jak wszyscy prychają na nią z pogardą. Ale powstrzymał się. Zostawi tę robotę specjalistom, czyli Snowi i Jarzębinie. Pewnie sami dojdą do tego, kto dokonał się tak podłego czynu. Nawet kociak by dał radę.
— Trening jest dziś odwołany, ale gdy tylko to wszystko się wyjaśni, nie będzie litości — oznajmił jeszcze Mglisty Sen, półżartem, półserio.
Ostowa Łapa uśmiechnął się niezręcznie i poczekał, aż wojownik pójdzie odpytywać inne koty.
Wtedy podszedł do niego Miodowa Kora. Wyglądał, jakby chciał się do czegoś przydać – jakby poczucie winy za całą tę sytuację mu tak kazało. Zielonooki wzdrygnął się na jego widok; nie spodziewał się tak nagłego najścia.
— Hej, Osetku. Nauczyć się, jak wspinać się na drzewa? — zapytał spokojnie.
Uczeń zamrugał kilka razy zdumiony. Liliowy już wcześniej próbował poduczyć go w polowaniu, ale mimo wszystko czarnofutry nie spodziewał się takiej propozycji właśnie teraz.
— Właściwie to… czemu nie — stwierdził po chwili.
Bardzo chciał już zostać mianowany. A z pomocą Miodowej Kory ten proces mógł się tylko przyspieszyć. Machnął ogonem i ruszył w stronę wyjścia z obozu, licząc na to, że wojownik podąży za nim.
Na szczęście nastała już Pora Nowych Liści. Dawała kotom nadzieję na lepsze jutro. Niedawno było jeszcze deszczowo, szaro i ponuro, lecz przez gęste chmury z każdym dniem przebijało się coraz więcej słońca. Zwierzyna wychodziła ze swoich norek, rośliny zaczęły zakwitać, by wkrótce stać się zdatne do użycia przez medyków.
Ostowa Łapa czasem łapał się na tym, że widząc znajome zioło, nazywał je w myślach i określał jego przydatność. Wciąż nosił też w futrze pajęczyny, jakby w każdej chwili mógł potrzebować ich, by przymocować nimi papkę do czyjejś skóry. Wiedział, że teraz jego ścieżka jest inna. Że nie będzie medykiem. Ale niektóre nawyki u niego pozostały.

* * *

Kroczył teraz przez las, wiedząc, że już za moment będzie musiał upokarzać się przed Miodową Korą, próbując wspiąć się na pień drzewa. “Gdybym został w Owocowym Lesie, nigdy nie potrzebowałbym tej umiejętności” – pomyślał. Mimo że większość legowisk znajdowała się wśród koron drzew, akurat by wejść do lecznicy, nie trzeba było umieć się wspinać. Ostowa Łapa wiedział jednak, że Wiciokrzew miał tę zdolność. Nie dziwiło go to, zważywszy na to, że liliowy nieraz przyznawał, iż zanim został uzdrowicielem, szkolił się na wojownika. To był właśnie powód, dlaczego Rokitnik tak bardzo go nie cierpiał. I pewnie też jeden z powodów, dla których Ziemniak ich prześladował. Oby tylko oba te koty spotkała zasłużona kara. Jeśli nie za życia, to po śmierci. Niech Wszechmatka zamieni ich w jakieś śmierdzące, padlinożerne ptaki. O ile istnieje.
W końcu liliowy wojownik zrównał się z nim krokiem.
— Możemy się już zatrzymać. Te drzewa tutaj wydają się całkiem grube i silne, na takich najłatwiej się uczyć — oznajmił z pełną powagą. Osetek nie znał się na tym ani trochę, ale sam przecież nie wiedział lepiej, więc musiał zaufać słowom Miodowej Kory. — Podejdź do tamtego — mruknął, wskazując pazurem na wysoki, potężny dąb. Śmieszne, że akurat w Świetlikach przebywał kot o imieniu Porywisty Dąb.
Ostowa Łapa posłusznie ruszył w stronę drzewa, choć łapy zaczynały mu lekko drżeć. Czuł, że gdy tylko przyjdzie moment wspinaczki, spali się ze wstydu. Przynajmniej nie było tu Sennej Łapy, bo gdyby była… o rety! Pewnie w ogóle nie potrafiłby się skupić. Dawno jej nie widział, bo dawno nie wędrował nad granicę z Klanem Nocy. Ostatnimi czasy był strasznie zajęty. Same treningi i treningi, ale może to i dobrze. Przynajmniej jeśli następnym razem zaatakuje go Rysi Trop, będzie mógł się bronić. Tak jej skopie tyłek, że już nigdy nie odważy się podnieść łapy na innego kota!
— Co teraz? — rzucił w końcu.
Miodowa Kora strzepnął ogonem i zrobił kilka kroków w przód.
— Oprzyj przednie łapy na pniu — polecił, a w jego głosie słychać było skupienie. Może naprawdę próbował się odkupić po tym, jak nie dopilnował niebieskiej szylkretki. W końcu było wiadome, że to ona była główną podejrzaną. Nikt nie mówił tego wprost, ale każdy dobrze wiedział, kto zawinił.
Ostowa Łapa wykonał polecenie liliowego. Na razie pierwszy krok był wręcz banalny, choć nawet nie oderwał się od ziemi. Jeszcze sporo było przed nim, nim w ogóle się wespnie, a zanim uda mu się opanować tę sztukę porządnie, minie jeszcze więcej czasu. Miał jednak motywację. Jeśli uda mu się mianować przed Senną Łapą, będzie miał czym się pochwalić. Naprawdę nie mógł doczekać się kolejnego spotkania z kotką, choć wiedział, że z każdym kolejnym rosło ryzyko, że ktoś ich nakryje. Co, jeśli przez niego Nocniacy odkryją, że Świetliki zagnieździły się na terenach tuż obok? Wtedy nie potrafiłby spojrzeć w oczy Jarzębinowemu Żarowi i Mglistemu Snowi. Te koty poświęciły tyle czasu, by czuł się wśród Świetlików jak w domu. Nie mógłby ich tak zawieść. Poza tym musiałby znowu szukać miejsca, w którym mógłby się osiedlić. Jako samotnik mu nie wyszło, w Owocowym Lesie też nie. Miał wrażenie, że wszędzie, gdzie się pojawiał, przynosił pecha. Może mimo wszystko Rysi Trop słusznie zrobiła, atakując go…
Nie! Wcale nie. Nic nie upoważniało jej do tego, by bezpodstawnie się na niego rzucać. Skoro chciała przebywać z kotami żyjącymi zgodnie z wolą Klanu Gwiazdy, nie powinna używać przemocy wobec innych. To wszystko dało się załatwić inaczej. Wojowniczka była po prostu chora na głowę i nie dało się tego podważyć. Tym bardziej po tym, co zrobiła tego ranka. To, czego się dopuściła, było wręcz nie do pomyślenia. Nawet Ziemniak nie byłby zdolny do czegoś takiego, choć nieraz posuwał się do radykalnych działań, by uprzykrzyć życie Osetkowi.
— Wbij pazury w korę i spróbuj podciągnąć się w górę. Nie musi być idealnie, nie musisz od razu być niczym wiewiórka. Wystarczy, że choć na moment uda ci się oderwać wszystkie cztery łapy od podłoża — tłumaczył Miodowa Kora, wyraźnie przejęty treningiem młodziaka.
“Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić” – pomyślał Osetek. Ostatecznie jednak przełamał się i udało mu się wspiąć na wysokość lisiego ogona. Po części zrobił to instynktownie. Koty zazwyczaj nie miały większych problemów ze wspinaczką na drzewa – była to bardzo przydatna umiejętność, jakby zapisana w ich genach. I o ile samo wejście w górę okazało się zaskakująco łatwe, to zejście wydawało się znacznie trudniejsze. Z takiej wysokości mógł jeszcze odbić się i spaść na cztery łapy, ale im wyżej będzie, tym gorzej.
— Dobrze ci poszło. Jeśli się nie boisz, możesz spróbować wspiąć się jeszcze wyżej — polecił liliowy.
Żaden problem. Ostowa Łapa raczej nie miał lęku wysokości. Zgrabnymi ruchami zaczął sunąć po szorstkiej korze, czując się jak prawdziwy mistrz. Może naprawdę został do tego stworzony. Wspinaczka nie sprawiała mu większego problemu. Znacznie trudniejsze było polowanie i walka. Może i sam nie wyżywiłby klanu, ale przynajmniej gdyby kiedyś znów zaczęła gonić go rozwścieczona Rysi Trop, mógłby się z nią ścigać po drzewach.
— Miodowa Koro, a nauczysz mnie poruszania się wśród koron? — zawołał z góry.
W odpowiedzi zapadło kilka sekund ciszy, które przerwały dopiero słowa:
— Wiesz co… to już robota dla twojego mentora!
Ostowa Łapa zachichotał.
— Po prostu się przyznaj, że nie potrafisz! — rzucił żartobliwie.
Wtem nagle osunęła mu się łapa i niemal spadł z drzewa, choć w ostatniej chwili udało mu się złapać równowagę. Odłamek kory runął z hukiem na ziemię, a Osetek ledwo powstrzymał pisk.
— Jak stąd zejść? Powiedz mi, szybko! Chcę zejść! — wyrzucił z siebie zielonooki, nagle całkiem zniechęcony do dalszej wspinaczki.
— Musisz ostrożnie opuścić jedną tylną łapę niżej, potem przeciwną przednią też obniżyć! I tak na przemian, aż poczujesz grunt pod sobą! — krzyknął żółtooki, starając się panować nad głosem, by jeszcze bardziej go nie zestresować.
“Co za wstyd…” – pomyślał czarnofutry. Jeszcze przed chwilą szło mu tak dobrze, a teraz znowu stchórzył. Dlaczego zawsze musiał być taką boi-myszką? Gdyby potrafił walczyć o swoje, przeć naprzód i się nie poddawać, tyle rzeczy w jego życiu potoczyłoby się inaczej. Lepiej.
Zejście okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. W pewnym momencie jego łapy odmówiły posłuszeństwa. Stracił przyczepność i w mgnieniu oka runął na ziemię, wpadając przy tym na liliowego wojownika, który wydał z siebie przeciągłe syknięcie. Po ciele młodego ucznia rozszedł się promieniujący ból.
— Tak strasznie przepraszam! — odezwał się, gdy uzyskał już świadomość po tym, jak chwilowo go przyćmiło. — Nie taki był mój plan, ja-
Żółtooki uciszył go machnięciem łapy.
— Żyjesz? Żyjesz. Ja też żyję, więc nie masz za co przepraszać. Każdemu zdarzają się błędy…

* * *

Po treningu Ostowa Łapa na moment rozdzielił się z liliowym, by przejść się nad granicę z Owocowym Lasem. Gdyby tylko udało mu się spotkać na niej Wiciokrzewa, wszystko by mu wyjaśnił… Powiedziałby mu, że to Ziemniak jest odpowiedzialny za jego zniknięcie. Że nie odszedł umyślnie, tylko został do tego zmuszony. Nie wiedział jednak, czy byłby w stanie wrócić do Owocniaków… Świetliki z całą pewnością byłyby nim zawiedzione. Rysi Trop miałaby rację. Pomyśleliby, że jest zdradziecki, że wykorzystał ich, by przeżyć, a potem odejść, gdy sytuacja mu na to pozwoli. Z drugiej strony Wiciokrzew powinien wiedzieć o tym, co stało się z jego przybranym synem i uczniem. Powinien wiedzieć, że jest bezpieczny. W dodatku Owocowy Las także przyjął go, gdy uciekł od rodziców. Dał mu opiekuna, wyżywienie, ciepło. Wszystkim im był dłużny. Ciągle wykorzystywał dobroć innych kotów, bo sam, gdy był mały, okazał się tchórzem. Gdyby nie uciekł, wciąż żyłby z rodziną… Dorastałby wśród nich, uczyłby się rzeczy od ojca. A tak? Latał od jednej przynależności do drugiej, próbując gdzieś znaleźć swoje miejsce.
Wtedy też zdał sobie sprawę z tego, że jednak nie był gotowy na konfrontację z kimkolwiek ze swoich dawnych pobratymców. Jednak było już za późno. Stał właśnie na brzegu chropowatej powierzchni Drogi Grzmotu, wpatrując się w szylkretową kotkę po drugiej stronie. Wiatr szarpał jego futrem i świszczał mu w uszach, jednak wciąż nie był w stanie zagłuszyć dudnienia jego serca.
— O-Osetek…? — usłyszał głos.
Znał tę kotkę. Nazywała się Gąska, była stróżem. Nie był z nią może zbyt blisko, ale wydawała się całkiem fajna. Była trochę nieśmiała, nie zawsze rozmowna, ale sprawiała wrażenie łagodnej, pomocnej duszyczki. Może gdyby nie musiał uciekać, zostaliby znajomymi? Była całkiem podobna do Sennej Łapy, a gdy jeszcze żyli w jednym azylu, zdawała się czasem zawieszać wzrok na Osetku o uderzenie serca dłużej niż inne koty. Czarnofutry westchnął, czując, jak jego przełyk zawiązuje się w supeł.
— Tak… — wydukał w końcu, kładąc po sobie uszy. Świetnie! To nie tak miało wyglądać! Gąska pewnie będzie próbowała go zmusić do powrotu do Owocowego Lasu, a gdy powie jej, że nie może jeszcze wrócić, to wygada wszystkim w obozie! Nieźle się wkopał…
— Wszyscy myśleliśmy, że nie żyjesz! Co ty tu robisz? Ktoś cię porwał? — krzyczała drżącym głosem. W pewnym momencie zrobiła krok do przodu, lecz wtedy Droga Grzmotu zadrżała i kilka uderzeń serca później z hukiem przebiegł po niej potwór Dwunożnych.
— Nikt mnie nie porwał! — odparł zielonooki, gdy warkot potwora ucichł.
— W takim razie wracaj do nas! Wiciokrzew za tobą tęskni! Nie jest sobą, odkąd zniknąłeś! — tłumaczyła, niemal błagalnie.
Każde kolejne słowo kotki kruszyło serce Osetka na mniejsze kawałeczki, ale mimo to wciąż pozostawał przy swoim. Przez sekundę wyobraził sobie nawet, jak przekracza drogę, wraca do znajomych zapachów, do swojego ciepłego, miękkiego posłania w szczelnej lecznicy, do stęsknionego Wiciokrzewa... Jak wszystko nagle wraca do normy. Ale rzeczywistość była inna.
— Czekaj, czekaj! Jeszcze nie mogę wrócić… Póki w Owocowym Lesie znajduje się Ziemniak, nie jestem tam mile widziany… — próbował ją uspokoić, choć sam czuł, że jego głos drży.
Gąska wpatrywała się w niego zdumiona, jakby wahała się, czy powinna wciąż z nim rozmawiać, czy samodzielnie zaciągnąć go za uszy do azylu. W jej oczach połyskiwała ulga, lecz także niecierpliwość i zdziwienie.
Uczeń zdecydował się przekroczyć drogę dopiero wtedy, gdy upewnił się, że z żadnej strony nie nadbiega potwór Dwunożnych. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy stawiał łapy na twardej, szorstkiej nawierzchni. Zakręcił się obok stróżki, wpatrując się w jej ślepia z bólem, jakby próbował udowodnić jej, jak ciężką decyzję podejmuje i jak wiele go ona kosztuje. A mimo wszystko uważa ją za słuszną.
— Proszę, nie mów nikomu o tym, że mnie spotkałaś… Nawet Wiciokrzewowi. Zrozum, to wszystko nie jest takie proste! Nie mogę po prostu wrócić do Owocowego Lasu, ale obiecuję, że jeszcze to wszystko jakoś odkręcę! Musisz tylko dać mi czasu, proszę… — błagał ją żałośnie.
To, co robił, nie było w porządku wobec Wiciokrzewa. Wiedział o tym aż za dobrze. Ale żaden z nich nie potrzebował teraz dodatkowych problemów na głowie. Lepiej będzie, jeśli na razie Owocniaki wciąż będą uważać Osetka za zaginionego. To da mu trochę czasu na zastanowienie się, jak nie skrzywdzić ani Wiciokrzewa, ani Świetlików.
— Nie rozumiem… — wymamrotała pod nosem Gąska. — Uciekłeś z własnej woli? Co ma do tego Ziemniak? — pytała cicho, wlepiając wzrok we własne łapy, jakby bała się odpowiedzi.
— Nie… nie mogę ci teraz wszystkiego wytłumaczyć. Musisz mi zaufać, że jeszcze wam to wyjaśnię — powtarzał dalej, licząc tylko na to, że szylkretka go posłucha. To od niej zależało, czy przez następne księżyce Osetek będzie mógł spać spokojnie. — Jeśli powiesz o tym innym, tylko pogorszysz sytuację. Wywołasz niepotrzebną awanturę i spięcia! Nie chcesz tego, prawda?
Naprawdę czuł się teraz jak podły manipulator. Wykorzystywał jej dobre serce, jej niepewność. Ale co innego miał zrobić? Próbował ratować swój własny tyłek, jak i Świetliki. Jeszcze przed chwilą jeden z wojowników przekazywał mu swoją wiedzę, ufał mu, traktował go jak przyszłość tej przynależności. A teraz miałby ich bez słowa porzucać?
— Nie chcę… — przyznała niepewnie Gąska, wykrzywiając pyszczek w grymasie. Jej ogon drgnął nerwowo. — Mam nadzieję, że mogę ci zaufać… — odparła w końcu, unosząc wzrok na Osetka. — Nie zawiedź mnie.
Zielonooki skinął łebkiem, choć mięśnie wciąż miał nieprzyjemnie spięte.
— Nie zawiodę. Nie jestem taki — mruknął tylko, bardziej do siebie niż do niej.
Odwrócił się od stróżki i czym prędzej czmychnął w stronę terenów Świetlików. Dopiero gdy znalazł się z dala od Gąski, pozwolił sobie na głębszy oddech. Futro wciąż miał nastroszone, a jego łapy delikatnie dygotały. Gdzieś w tych okolicach włóczył się teraz Miodowa Kora, czekając na to, aż uczeń do niego powróci.
Gdy ponownie się spotkali, liliowemu wyraźnie kamień spadł z serca. Jego spojrzenie szybko omiotło sylwetkę młodszego.
— Spotkałeś kogoś? — zapytał, pociągając nosem. Czy wyczuł subtelną woń Owocowego Lasu na futrze ucznia?
Osetek na moment zamarł, lecz już po chwili zmusił się do mruknięcia:
— Nie. Na całe szczęście, bo musiałbym im tłumaczyć, że jestem tu sam! — rzucił, siląc się na lekki ton i subtelny uśmiech. Wyjątkowo łatwo mu się kłamało, co przeraziło go nawet bardziej, niż ta rozmowa z Gąską.
Miodowa Kora skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią, po czym bez słowa ruszył wraz z młodszym do azylu.
Osetek szedł tuż obok niego, czując, jak w jego głowie narastają wątpliwości. Ciekawe, czy w sprawie tych porozrzucanych organów już coś ruszyło.

* * *

Od razu po powrocie jego uwagę przykuł fakt, że Jarzębinowy Żar wraz z Mglistym Snem stali na podwyższeniu, omiatając wzrokiem zebrane wokół koty. Ostowa Łapa pospiesznym krokiem ustawił się obok reszty zgromadzonych i nastawił uszy, ciekaw tego, co mają im do przekazania.
Im dłużej jednak słuchał, tym większe ogarniało go przerażenie. Rysi Trop naprawdę była morderczynią i zdrajczynią. Teraz nie było już co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Widział to od samego początku, przeczuwał to – a mimo wszystko oficjalne potwierdzenie nim wstrząsnęło. Jak mogła być tak bezczelna? Nie próbowała nawet kłamać, by się wybronić. Przyznała się do winy, do swoich zamiarów i intencji. Nikt nigdy nie powinien był jej ufać. Była nie lepsza niż te klanowe koty, które gotowe były zaatakować Świetliki, nawet nie próbując ich wcześniej wysłuchać. Była zagrożeniem.

[3350 słów – trening wojownika]

[Przyznano 67%]

26 stycznia 2026

Od Ostowej Łapy do Miodowej Kory

Po spotkaniu z Konwaliową Mielizną poczuł się jakoś pewniej, jeśli chodzi o chodzenie wzdłuż granicy z Klanem Nocy. Teraz już wiedział, co czeka go po drugiej stronie i, być może pochopnie, założył, że żaden inny Nocniak nie powinien mu zrobić krzywdy, o ile nie przekroczy tej zamrożonej rzeki. Bardzo chętnie szlajał się w tych okolicach, wypatrując wzrokiem jakichś interesujących kotów, z którymi mógłby nieco porozmawiać. Zastanawiał się, czy może nie spotka kogoś, kto mógłby go w przyszłości nauczyć pływać i polować na ryby! Zawsze bardzo chętnie zyskałby dodatkową wiedzę, która mogłaby mu pomóc przeżyć w tych, a także nieco lżejszych warunkach. Zastanawiał się tylko, czy polując w tej rzece, nie zostałby pogoniony przez Nocniaków, uważających ją za ich część terytorium.
Teraz szedł z ponuro zwieszoną głową i ogonem ciorającym po śniegu. Wciąż było mu tak zimno, jak nigdy dotąd, i pragnął wrócić do Owocowego Lasu, ale niedawno wydedukował, że nie warto tak rozmyślać o tamtym życiu, bo tylko bardziej się zniechęci. Zauważył, jak bardzo był posępny i jak często nie chciało mu się wychodzić z legowiska – a to wszystko dlatego, że zaprzątał sobie głowę przeszłością. Teraz jest w Świetlikach, żyje z nimi, pomaga im. Musi brnąć dalej, nieważne, czy świat mu sprzyja, czy daje kłody pod łapy. Powinien być wdzięczny, że przyjęli go, dali schronienie i zioła. W przeciwnym razie może już dawno by zamarzł, po tym, jak Ziemniak wygonił go z terenów.
W końcu prawda była taka, że nie był on najzdolniejszy. Znał zioła, ale tylko garstkę. Jeśli zaś chodzi o polowania i walkę… przed treningami z Mglistym Snem nie potrafił kompletnie nic! Teraz natomiast trening na wojownika szedł mu całkiem nieźle i Osetek czuł, że odnajduje się w nowej roli. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy szkolił się na uzdrowiciela?
Mlecznobiały śnieg mienił się w oczach Ostowej Łapy, gdy ten dreptał po nim, zostawiając za sobą ślady swoich poduszek. Miał o tyle szczęścia, że na razie przestało padać, więc nie musiał martwić się o śnieżynki, które z zawrotną prędkością uderzały w jego pysk. Czasem były naprawdę irytujące! Tym bardziej, gdy za cel obrały sobie oczy Ostowej Łapy. Wtedy ten musiał ciągle je mrużyć, by przypadkiem żadna na nich nie wylądowała na ich powierzchni.
Wokół kocura panowała niemal kompletna cisza, przerywana tylko chrzęstem śniegu, jaki wydobywał się po zrobieniu kroku. Osetek słyszał też swój ciężki oddech i obserwował, jak z jego pyszczka wydobywają się liczne obłoczki pary. Był na tyle skupiony na tym, jak bardzo mu zimno, że nawet nie zauważył, iż po drugiej stronie rzeki śledziła go kotka z Klanu Nocy. Dopiero gdy ta kichnęła, uczeń zjeżył się i zamarł w miejscu, szybko odwracając głowę w stronę źródła dźwięku.
Tam dostrzegł wysoką, szczupłą kotkę o długim, szylkretowym futerku. Miała piękne, żółte ślepia, które z uwagą, lecz i dystansem, obserwowały Ostową Łapę. Wyglądała na bystrą i czujną – jakby wiedziała, że nie powinna ufać samotnikom, lecz wciąż była zaciekawiona obecnością Osetka tak blisko terenów Klanu Nocy. Gdy kotka spostrzegła, że czarno-biały wpatruje się prosto w jej urokliwy pysk, spuściła wzrok, robiąc krok w tył.
— H-hej! Zaczekaj! — krzyknął uczeń, skręcając w jej stronę. Nie zawahał się przed tym, by postawić łapę na lodowej tafli, jaka utworzyła się na jeziorze. — Nie jestem zagrożeniem, dobrze? — kontynuował, licząc na to, że uda mu się pociągnąć rozmowę z szylkretką.
— Musisz stąd iść, szybko… — wymamrotała, płaszcząc nieco uszy.
— Dlaczego miałbym chcieć? — odparł Ostowa Łapa, uśmiechając się zadziornie. — Przecież nie kradnę od was zwierzyny! Czy to źle, że chcę poznawać nowe ko-
— Nie rozumiesz! Zaraz przyjdzie tu patrol, a ten patrol nie jest złożony z kotów, które chciałyby cię tu widzieć! — przerwała mu, w końcu podnosząc na niego wzrok. W jej oczach zalśniły iskry niepokoju. Były niemal jak gwiazdy migoczące na niebie – Osetek nie mógł oderwać od nich spojrzenia.
Ruszył się dopiero wtedy, gdy w oddali dostrzegł rysujące się sylwetki dwójki kotów. Wycofał się na tereny Świetlików, wciąż śledząc wzrokiem pysk Nocniaczki.
— Pójdę stąd… — oznajmił w końcu, już napinając mięśnie, gotowy do biegu. — Ale musisz mi obiecać, że jeszcze kiedyś się spotkamy!
Szylkretka postawiła uszy do góry, widocznie skonfundowana.
— Co? Dlaczego? Nie rozumiem… — wymamrotała, lecz wtedy Ostowa Łapa usłyszał głos obcego kota, dobiegający z niedaleka. Nie miał już czasu odpowiedzieć kotce – musiał stąd zmykać!

ᶻ 𝗓 𐰁

Znów był na granicy z Klanem Nocy. Wszystko wyglądało teraz niemal identycznie jak wtedy, gdy spotkał tę nieznajomą. Z początku nie odczuł tego tak bardzo, ale gdy wrócił do obozu, nie potrafił wyjąć sobie z głowy obrazu jej pięknych, spokojnych oczu w złocistym kolorze. Zdradzały wiele z jej charakteru – jej mądrość, uwagę. Ostowa Łapa czuł, że ta obca kotka nie była tylko kolejną narwaną dzikuską, a kimś inteligentnym, kto pragnie poznawać świat i otwierać się na nowe możliwości.
Może tylko to sobie dopowiadał, ale gdzieś w głębi duszy czuł, że ta szylkretka była kimś, kogo chciałby lepiej poznać. Nie tylko zresztą wyraz jej oczu go uwiódł – miała zadbaną sierść, a gdy światło zaświeciło na nią pod odpowiednim kątem, zdradzało ukryte na niej pręgi. Była też splamiona bielą, jakby śnieżynki osiadły na niej i już nigdy nie stopniały.
Ostowa Łapa fuknął pod nosem, przykładając łapę do pyska.
— Na Wszechmatkę, Klan Gwiazdy czy inne wiary! Dlaczego ja o niej myślę? — mruknął do siebie, ale nie spodziewał się, że kotka stoi tuż za nim.
Musnęła go swoim bokiem, gdy przechodziła obok, by spokojnie i lekko usadowić się przed jego pyszczkiem. Czarno-biały poczuł, jak jego żołądek wykręca się do góry nogami. Czy słyszała to, co powiedział? Czy wiedziała, że mówił to o niej?
— Och! Cze-cześć… nieznajoma — przywitał się, czując, jak pieką go końcówki uszu. — Co tu robisz? To tereny Świetlików, przecież… — zauważył. Nie mówił tego jednak z pewnością, bo wcale nie chciał, by szylkretka wracała do siebie. Mogła tu być… tu, przy nim… przez całe sezony.
— Chciałeś się spotkać, czyż nie? Oto więc jestem — odparła spokojnie. Jej głos przypominał przyjemny, wiosenny śpiew ptaków. Był jak miód na uszy Ostowej Łapy. — Nie przedstawiłeś mi się, może czas to zmienić?
Uczeń na moment zamilkł, a jego ogon poruszył się z nerwów.
— Ostowa Łapa! — odrzekł. — Znaczy… nazywam się Ostowa Łapa. Ale możesz mi mówić Osetek, jeśli chcesz.
Wobec niej nie odważył się skłamać. Może i Konwaliowej Mieliźnie wcisnął kit, że wcale nie nazywa się tak jak klanowi uczniowie, ale… przed nią? Nie mógł tego zrobić. Czuł, że szylkretka rozgryzłaby go w mgnieniu oka. Wydawała się taka… wszechwiedząca!
— A ty? Jak się nazywasz? — odbił.
Nieznajoma nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się aksamitnie do ucznia, mrużąc delikatnie ślepia. Może go nie usłyszała? A może powinien powtórzyć pytanie?
Gdy otwierał pysk, nagle poczuł, jakby coś oplotło się wokół jego szyi. Zatrząsł nim chłód, a po grzbiecie przebiegły dreszcze niczym stado mrówek. Nim ponownie rozwarł szczękę, obraz przed nim zaczął blednąć. Tajemnicza szylkretka rozpłynęła się wśród czerni, ale determinacja, by znów ją odnaleźć pozostała.


ᶻ 𝗓 𐰁

Osetek otworzył powieki, a w jego sercu niemal od razu pojawiło się uczucie zawodu. Więc jednak to wszystko było tylko snem? Czyli nie stał teraz nad granicą Klanu Nocy? Otrzepał się powoli, próbując wyostrzyć wszystkie zmysły, a potem ziewnął przeciągle. Rozejrzał się po prowizorycznym obozie – wciąż był jeszcze niedokończony i wymagał sporej ilości pracy. Czarno-biały nie miał ochoty wysilać się fizycznie, ale czuł, że to jego obowiązek i musi pomóc tym uciekinierom odnaleźć się tutaj, choć sam wiedział niewiele więcej niż oni. Nie miał nawet pojęcia, czy naprawdę wszyscy go tu chcą i czy przypadkiem nie będą próbowali go zabić, gdy już nie będzie im potrzebny. Miał wrażenie, że zachował się bardzo głupio i już dawno powinien stąd zwiać, ale mimo wszystko wciąż pozwalał, by jego ciało powoli tu wymierało. Sporo kotów doznało wcześniej obrażeń, były teraz osłabione. Niedawno zmarła także biała kocica, której imienia Osetek nie pamiętał. Brakowało jedzenia, ziół, a ponadto schronienia. Ostowej Łapie codziennie zadek marznął, od ranka aż do wieczora. Nie sądził, że w takich warunkach uda mu się przeżyć zbyt długo.
Nim zdążył się dobrze przebudzić, podszedł do niego liliowy kocur, który tamtego pamiętnego wieczoru odnalazł Osetka wraz z Jarzębiną. Nazywał się Miodowa Kora – uczeń dobrze znał to imię.
— Hm? — mruknął, spoglądając na wojownika spod przymrużonych powiek.
— Wstawaj, chłopcze! — rzekł kocur. — Musimy wziąć się do roboty. Jeśli się sprężymy, kto wie, może uda nam się przeżyć tę Porę Nagich Drzew — dodał, jakże pokrzepiająco, uśmiechając się subtelnie do Osetka.
— Ach, tak… Jasne, jasne — wymamrotał czarno-biały, podnosząc się ze swojego niewygodnego, nieprzytulnego posłania. — Co dziś będziemy robić?
Miodowa Kora popatrzył na niego.
— Upolujemy coś dla grupy i znajdziemy jakieś przydatne rzeczy, które nadadzą się do tworzenia posłań — wyjaśnił, na co uczeń przytaknął. — Właśnie, Ostowa Łapo, czy kiedykolwiek polowałeś na coś? Jeśli nie to nauczę podstaw! Kiedyś szkoliłem dwóch uczniów i jeden wyrósł na obiecanego wojownika a ten drugi to ciężko powiedzieć… — zamyślił się na moment.
Ostowa Łapa nie miał pojęcia, o kim mówił Miodowa Kora, ale nie zamierzał naciskać.
— Nie… nigdy nie polowałem. W Owocowym Lesie uczyłem się na uzdrowiciela, więc… wiem jedynie, jakich ziół użyć na ból brzucha czy infekcję, ale polować ani walczyć nie potrafię — oznajmił. Po jego ranach raczej łatwo można było zauważyć, że nie był zbyt silny. Tamtego dnia Ziemniak dobrze go urządził. Może gdyby Osetek szkolił się na wojownika, byłby w stanie odeprzeć atak czekoladowego? Może mógłby wywalczyć sobie miejsce w społeczności Owocniaków, a tak… trafił do Świetlików. — Możemy już iść. Mam… do ciebie kilka pytań. Chętnie nauczę się polować, a przy okazji możemy trochę pogadać.

<Miodowa Koro?>

[1545 słów, trening wojownika]

[Przyznano 31%]

25 stycznia 2026

Od Ostowej Łapy do Konwaliowej Mielizny

Życie wśród kotów, które, jak dowiedział się Osetek, zwały się “Świetlikami”, też wcale nie było zbyt kolorowe. W Owocowym Lesie prześladował go Ziemniak, a tutaj… podejrzliwie łypała w jego stronę Rysi Trop. I gdyby tylko na pogardliwym wzroku się zatrzymało, byłoby jeszcze dobrze, ale nie. Szylkretowa kocica już pierwszego dnia, gdy tu był, rzuciła się na niego z pazurami jak jakaś obłąkana. Na całe szczęście Jarzębinowy Żar wtedy stanęła w jego obronie – lecz gdyby nie ona, Ostowa Łapa nie zdziwiłby się, gdyby ta dzikuska wypruła mu serce z klatki piersiowej. Dlaczego trzymali kogoś tak niezrównoważonego psychicznie w swojej grupce? Czy Rysi Trop nie stanowiła dla nich śmiertelnego zagrożenia? Może powinni ją zamknąć w izolatce, jak to robili z chorymi podczas epidemii w Owocowym Lesie? Ostowa Łapa miał doświadczenie w budowaniu takiego pomieszczenia i pilnowaniu chorych, więc nie byłoby to dla niego żadnym problemem, gdyby miał nadzorować zachowania niebieskiej szylkretki.
Postanowił jednak, że swoją pomoc zaproponuje Świetlikom kiedy indziej. Teraz poczęło już zmierzchać – ciemne chmury pojawiły się na granatowym niebie, zakrywając iskrzące się gwiazdy. Osetek nie przywiązywał do tego zbyt dużej uwagi, ale słyszał od mentora, że koty tu wierzą… w ten cały Klan Gwiazdy, o którym opowiadał mu Biała Łapa. Zielonooki był zbulwersowany, gdy usłyszał o tym od Mglistego Snu, ale postanowił się nie wychylać. W końcu był jeden, maluczki. Jaką miał siłę wobec… jakichś dziesięciu kotów, wszystkich wierzących ślepo w to samo? Choć… miał złe przeczucia wobec tamtej niebieskiej kotki. Czy Klan Gwiazdy nie powinien być jakąś wiarą… spokoju? Dobroci? Coś w Rysim Tropie mu nie siedziało – zamierzał mieć ją na oku. W razie czego bez problemu opowie o wszystkim Jarzębinie czy Snu. Nauczył się już na swoich błędach – teraz nie zamierzał ukrywać więcej rzeczy, które mu nie pasowały.
Ułożył się pod jednym z krzewów, mrużąc szczypiące go ze zmęczenia oczy. Wiatr huczał wokół, nieraz wciskając mu się pod futro. Jego ciało drżało pod wpływem dreszczy, ale Osetek starał się to ignorować, oddychając coraz ciężej. Napuszył futro, próbując się ogrzać, ale nie dawało to zbyt wiele. Przez moment zastanawiał się, czy w ogóle się obudzi, nim zamarznie na kostkę lodu, lecz nie zebrał w sobie na tyle siły, by się podnieść i coś z tym zrobić. Jeśli nie wstanie, to nie wstanie. “Kto umrze, ten umrze i trudno” – pomyślawszy to, udało mu się zasnąć.

ᶻ 𝗓 𐰁

Zbudził się w cieple swojego dawnego posłania, wśród tak znajomych mu zapachów. Od razu poczuł woń ziół, swojego mentora, Poranka i Purchawki. Zaciągnął się nią z tęsknotą, po czym powoli otworzył ślepia. Leżał teraz w dziupli, w której mieściła się lecznica. Był w… Owocowym Lesie. Poczuł, jak na sercu robi mu się lżej. Czyżby ta cała sytuacja ze Świetlikami była tylko złym snem? Może tak naprawdę nie było żadnej grupy samotników i wszystko sobie wymyślił?
Przeciągnął się śmiało, mrucząc cicho pod nosem. Kamień spadł mu z serca, gdy uświadomił sobie, że jest już bezpieczny wśród swojego przybranego ojca i innych kotów z legowiska. Po raz pierwszy nie mógł się doczekać tego, aż przyjdą tu koty chore i pokaleczone, by mógł im pomóc. Wreszcie nie musiał przeciskać się przez śnieżne zaspy, spać w chłodzie, żyć w głodzie. Czuł się taki… spokojny i już na stałe pogodzony z tym że Owocowy Las jest jego nowym domem. Nie pragnął już odnajdywać swojej rodziny, nie pragnął wędrować gdzieś daleko. Chciał żyć tu, we wspólnocie, ze swoimi towarzyszami.
Chciał wyjść z lecznicy, by rozejrzeć się po obozowej polanie i upewnić się, że teraz nie śni. Jednak nim to zrobił, przejście zagrodził mu znajomy, czekoladowy kocur – Ziemniak.
Czarno-biały zjeżył futro na karku, jednak nie drgnął.
— Odejdź stąd, mysi móżdżku! Już się ciebie nie boję! Nie pozwolę ci zniechęcić mnie do Owocowego Lasu! — krzyknął pewnie, posuwając się do przodu na tyle, że udało mu się nadepnąć na łapę wojownika. Ten syknął głośno, cofając się.
— Jesteś głupszy, niż myślałem! — warknął przez zęby. Typowe. Jednak jego następne słowa sprawiły, że Osetkowi serce podeszło do gardła:
— Naprawdę myślisz, że wciąż jesteś w Owocowym Lesie? To jesteś strasznie głupi! — fuknął, a na jego pysku pojawił się chytry uśmiech, pełen nienawiści.
— C-co? Co masz na myśli? Przecież stoję tutaj, w lecznicy! — upierał się, choć jego serce z każdą sekundą biło coraz szybciej. Momentalnie zrobiło mu się chłodno – jak wtedy, gdy zasypiał pod krzewem. Obraz Ziemniaka zaczął się rozmazywać, a przed oczami Osetka pojawiały się śnieżnobiałe przebłyski. — Nie! Nie! — jęczał, aż w końcu rzucił się pod łapy czekoladowego, przysysając się do nich jak pijawka. — Nie pozwól mi odejść! Ziemniaku! Proszę, okaż mi litość! — krzyczał i krzyczał, lecz nie mógł powstrzymać tego, co już się zaczęło.


ᶻ 𝗓 𐰁

Gdy uchylił powieki, znów był w tym nędznym, prowizorycznym obozie. Ze złości ugryzł się w język na tyle mocno, że poczuł posmak krwi na swoim podniebieniu. Wtedy jednak natychmiast zaprzestał, wzdychając ciężko. Jego głowa, niczym kamień, leżała nieruchoma, oparta o rozedrgane łapy. Uszy miał położone płasko na głowie, a ogon przyciśnięty do jednego boku, by nieco go ogrzać. Tak bardzo się starał, by poczuć choć trochę ciepła, jednak mróz, tak czy siak, przesiąkł już przez jego ciało.
Postanowił więc, że się przejdzie. Jeśli się rozrusza, może będzie mu cieplej. Tak więc bez żadnego słowa czmychnął w głąb lasu, kompletnie nie wiedząc, dokąd się kieruje. Byle jak najdalej. Byle nie widzieć pysków tych kotów, które… niby nic mu nie zrobiły, wręcz pomogły, a jednak wobec których Ostowa Łapa czuł żal i rozgoryczenie. Nie chciał ich winić za to, w jakim stanie żył, ale jego umysł potrzebował kogoś, na kim mógłby się wyżyć.
Dreptał przy brzegu zmrożonej rzeki. Nie wiedział, od czego oddzielała tereny Świetlików, ale miał wrażenie, że po drugiej stronie… mogła znajdować się jakaś przynależność. Silnie pachniało tu innymi kotami, jakby gdzieś niedaleko znajdowała się granica zapachowa. Zastanawiał się nawet, czy sam nie chciałby przejść przez tę rzekę i spróbować życia… gdzieś indziej, ale uważał, że nie byłoby to w porządku wobec Jarzębinowego Żaru. Kotka zdawała się go lubić. Być może… w pewnym sensie, pokładała w nim nadzieje. Tym sprawiała, że Osetek był zdeterminowany, by przestawić się na zwyczaje panujące w Świetlikach oraz na treningi wojownicze. Nie było to oczywiście łatwe po tym, jak całe swoje dotychczasowe życie spędził, ucząc się ziół…
— Czego tu poszukujesz? — rozległ się głos.
Ostowa Łapa niemal nie podskoczył w miejscu. Serce podeszło mu do gardła, a łapy momentalnie zadrżały. Tym razem, o dziwo, nie z zimna. Gorączkowo rozejrzał się wokół, aż w końcu dostrzegł liliowego kocura po drugiej stronie rzeki. Nie widział go tu wcześniej…
— Ja? Ja… n-niczego — odparł, zawijając ogon pod siebie. — Tak się tylko szwendam… z nudów — oznajmił, uśmiechając się nerwowo. — A ty? Szukasz czegoś?
— Nie szukam niczego, granice swego klanu patroluje. A ty dość blisko nich jesteś — oznajmił nieznajomy, lustrując wzrokiem czarnego kocura.
Sam Osetek zauważył, że kocur stojący naprzeciwko musiał być trochę, choć niewiele, młodszy. Był wysoki i całkiem zadbany. Na pewno pochodził z jakiegoś klanu – musiał być dobrze odżywiony, pełen sił. Starszy westchnął ciężko, z zazdrością spoglądając na liliowego.
— Jesteś z Klanu Klifu? Nie… z Klanu Nocy? — zaczął zgadywać. Wiciokrzew opowiadał mu coś o tym, jak rozłożone są klany, ale Osetek nie zapamiętał z tego zbyt dużo. — Jak masz na imię?
— Z Klanu Nocy — przyznał. — Zwą mnie Konwaliowa Mielizna, a ty nieznajomy? Samotnyś? Jak brzmi twa godność? — dopytywał, wypowiadając się w charakterystyczny sposób.
Ostowa Łapa nigdy nie słyszał, by jakiś kot posługiwał się takim językiem. Brzmiał… staro – a może po prostu tak mówiło się w Klanie Nocy? Osetek miał okazję porozmawiać tylko z Burzakiem, ale ci zaś nie wydawali się tacy odmienni od Owocniaków, no, może poza tą ich wiarą w Klan Gwiazdy i dziwnymi ograniczeniami wobec medyków…
— Osetek… — przedstawił się swoim starym imieniem. Z jakiegoś powodu bał się, że gdyby przyznał się do tego, iż żyje wśród grupy kotów, mógłby wzbudzić podejrzenia liliowego. W końcu po ostatnim zgromadzeniu każdy był dość wyczulony na nowych samotników w okolicy. — Żyję na własną łapę, jak widać… — wymamrotał, spoglądając na swoją raczej… szczupłą sylwetkę.
Konwalia nieco podejrzliwie zmrużył oczy.
— Mam nadzieję, że cię nie zobaczę na naszym terenie, kiedy to będziesz polować — mruknął.
Ostowa Łapa pokręcił na to głową.
— Ależ w życiu! — zaprzeczył. — Nie zamierzam od was kraść. Mam tu w zasięgu… wystarczająco dużo terytorium, by znaleźć coś, czym można by się było najeść… — odparł jednak bez przekonania. Nie sądził, by naprawdę udało mu się zapełnić czymś brzuch. Wiedział jednak, że nie spieszyło mu się do rozpoczynania afery z Nocniakami. Zależało mu na pokojowych stosunkach z innymi kotami; sam starał się nie być nadto konfliktowy. I tak wystarczająco słabo miał w życiu, a gdyby jeszcze koty z Klanu Nocy postanowiły się na niego uprzeć… cóż, raczej nie skończyłby bez kolejnej blizny do kolekcji. — No, w każdym razie nie poszedłem na spacer po to, by przypominać sobie o mojej nędzy… Chciałem raczej odciągnąć swój umysł od tych wszystkich negatywnych myśli, rozumiesz?

<Konwaliowa Mielizno?>

[1460 słów, trening wojownika]

[Przyznano 30%]

18 stycznia 2026

Od Osetka (Ostowej Łapy) CD. Czajki

Przed ucieczką

— Czajko…? Czajko! — wołał Osetek do Czajki, który stał w bezruchu, wgapiony w jeden punkt przed nim. W końcu niebieskofutry odwrócił się gwałtownie w jego stronę. W jego ślepiach widać było przerażenie, co zmartwiło ucznia. — Czajko… Nie możesz obwiniać się za śmierć… tego, no… — zamilkł, zdając sobie sprawę, że z głowy wypadło mu imię niedawno zmarłego kocura. Finalnie machnął na to łapą, ponownie przybierając zatroskany wyraz pyska. — Musisz dać sobie z tym spokój. Żałoba jest zdrowa, ale nie możesz pozwolić, by zniszczyła ci księżyce młodości — kontynuował trochę drżącym głosem, bo sam nie wiedział, jak pomagać kotom opłakującym kogoś bliskiego. Choć, tak właściwie, sam stracił wiele ważnych dla siebie kotów. — Dam ci trochę nasion maku, co? Żebyś się wreszcie wyspał, Czajko. Widzę, że masz z tym problem — stwierdził, po czym skinął łebkiem w stronę wejścia do lecznicy.
Starszy wyraźnie się wahał. Patrzył na Osetka zbłąkanym wzrokiem, podczas gdy końcówka jego ogona drżała.
— Dobra, załatwimy to inaczej. Poczekaj tu na mnie, dobrze? Tylko… bądź spokojny. Nic ci się nie dzieje — wymamrotał, cofając się w stronę legowiska medyków. — Zaraz wrócę… — dodał jeszcze, nim zniknął w mroku.
W pośpiechu, rozrzucając przy tym kilka liści, wyciągnął ze składziku nasiona maku i czym prędzej wrócił z nimi do Czajki, który wciąż siedział w miejscu, wpatrując się w ziemię pod sobą. Osetek wysypał ziarenka i ostrożnie przysunął je do niebiesko-białego.
— Wiesz, że nie puszczę cię, dopóki ich nie zjesz? — ostrzegł go. — Moim obowiązkiem, jako ucznia uzdrowiciela, jest dbanie o członków Owocowego Lasu, a ty jesteś jednym z nich. Nie pozwolę na to, by po azylu szlajał mi się chodzący trup — dodał, podejmując nieudolną próbę rozluźnienia atmosfery.

* * *

Osetek siedział w lecznicy wraz ze swoim mentorem. Był trochę znudzony, ale nie wiedział, co innego mógłby porobić. Może powinien przejść się na spacer? Przewietrzyć się nieco? Na pewno dobrze by mu to zrobiło, a przy okazji nie musiałby się bać, że spotka na swojej drodze Ziemniaka. No normalnie nie potrafił zdzierżyć tego łajnojada! Na samą myśl jeżyło mu się futro.
Nagle do lecznicy przyszedł Kurka, co na chwilę odciągnęło Osetka od wcześniejszych rozmyślań. Mimo wszystko uczeń wzdrygnął się nieco, jakby bał się, że liliowy mógł usłyszeć jego myśli. Czy miałby wtedy przechlapane? Nie. Skoro Ziemniak nie spotkał sprawiedliwości, choć tyle razy, na oczach innych kotów, zwyzywał Osetka, to nikt nie miałby problemu z tym że uczeń sam robił coś podobnego – i to we własnej głowie.
— Hej, Kurko. Co cię tu sprowadza? — zapytał spokojnie. Miał wrażenie, że oczy Wiciokrzewu zwróciły się w jego stronę, uważnie obserwując każdy jego ruch.
— To nic wielkiego, ale… boli mnie ostatnio gardło — przyznał liliowy, przestępując z łapy na łapę.
Zielonooki szybko wziął ze składziku korzeń tataraku. Chwycił także suchy mech, bo wydało mu się to oczywiste. W końcu, by złagodzić infekcję, należało wypić sok z korzenia, a Osetek nie zamierzał podać Kurce zioła, by poradził sobie z nim sam.
Zamiast tego czarno-biały wysączył na mech trochę soku, po czym ostrożnie przysunął go bliżej Kurki.
— Masz, wypij — polecił Osetek, w końcu odwracając głowę, by nawiązać kontakt wzrokowy z liliowym. Ten uśmiechnął się do niego, zachęcając do dalszego działania. — Jeśli ból nie przejdzie, nie bój się zajrzeć tu ponownie — oznajmił łagodnie.
Liliowy kocur wypił sok z korzenia, po czym mruknął:
— Dziękuję. Mam wrażenie, że już mi lepiej — zaśmiał się, robiąc krok w stronę wyjścia z lecznicy. — Do widzenia!
Osetek obserwował, jak Kurka znika gdzieś na obozowej polanie, po czym podszedł do Wiciokrzewu, który siedział przy ścianie, wciąż wyraźnie zadowolony.
— My-myślę, że za nie-niedługo zostaniesz już pe-pełnoprawnym uzdrowicielem — miauknął, a w jego oczach błysnęła duma.
Czarnofutry przysiadł obok swojego mentora, owijając ogon wokół łap.
— No… mam taką nadzieję. Myślę, że wiem już całkiem sporo! — przyznał, trzepocząc wibrysami. Naprawdę przykładał się do treningów. Leczył śmiało koty, zbierał zioła, znał ich właściwości. Miał przed sobą świetlaną przyszłość w Owocowym Lesie jako uzdrowiciel. Jedynym kotem, który mógłby to wszystko zniszczyć, był oczywiście ten zapchlony Ziemniak, ale Osetek powoli uczył się żyć wokół niego tak, by nie załamywać się jego obecnością. Na tym etapie większość zaczepek spływała po nim jak po kaczce, choć niektóre czasem potrafiły ugodzić go w dumę. Musiał przyznać, że Ziemniak niekiedy wykazywał się kreatywnością – szkoda, że używaną w taki sposób. Mógłby się nadawać na jakiegoś bajkotwórcę czy coś. Może mógłby wymyślać jakieś opowieści dziwnej treści, którymi dzieliłby się z kociętami w żłobku… gdyby oczywiście nie był takim kleszczem na ogonie!
— O-oczywiście, że wiesz — odezwał się w końcu liliowy. — Ba-bardzo dobrze zajmujesz się cho-chorymi — kontynuował chwalenie swojego ucznia. Ciekawe, czy robił to szczerze, czy dlatego, by chwalić się swoimi umiejętnościami nauczania.
Nie. Wiciokrzew nie był taki. Osetek spędził z nim już kilka długich księżyców i bardzo dobrze znał swojego mentora, a zarazem przybranego ojca.
— Staram się — odparł. — Naprawdę zależy mi na tym, by wpasować się w tę społeczność, a jeśli będę dobrym uzdrowicielem, koty na pewno szybko się do mnie przekonają — mruknął. Właściwie nie spotykał się tu z dużą ilością nienawiści wobec kotów, które pochodziły z innej przynależności. No, nie licząc Ziemniaka – ale Ziemniak był inny. On był pełny nienawiści.

* * *

Osetek zastanawiał się nad tym, jak radzi sobie Czajka. Odkąd podał mu nasiona maku i kazał mu się wyspać, nie zamienili ze sobą ani jednego zdania. Było to całkiem niedawno, ale czarnofutry stwierdził, że i tak to najwyższy czas sprawdzić, co u niebieskiego. Czy może już trochę ochłonął i przestał się obwiniać? Czy może wrócił do poprzedniego stanu i wciskanie mu nasion maku nie przyniosło żadnych skutków?
Zielonooki opuścił lecznicę, by rozejrzeć się po obozowej polanie. Miał szczęście – Czajka akurat nie siedział w swoim legowisku, tylko odpoczywał gdzieś na trawie.
— Czajko! — przywitał się Osetek, podchodząc do kota i siadając naprzeciwko niego. — Jak się czujesz? Mam nadzieję, że już ci lepiej. — Osetek przekręcił głowę. — Wiesz, wyglądasz dużo lepiej niż przedtem — ogłosił, uśmiechając się delikatnie do Czajki. Może faktycznie to całe zamieszanie z makiem nie poszło na marne.
Zielonooki na moment umilkł, lecz po chwili otworzył pyszczek, by mruknąć:
— Jak kiedyś znowu będziesz mieć problemy ze snem, to mak na pewno ci pomoże. Tylko nie czekaj, aż bezsenność zamieni się w coś gorszego! Można od tego dostać, wiesz… na przykład halucynacji.

<Czajko? Tęsknisz tam za mną?>

Wyleczeni: Czajka, Kurka