TW: Myśli samobójcze
Nieraz naprawdę zastanawiał się nad tym, czy nie lepiej byłoby mu w Owocowym Lesie. Tam przynajmniej był jego przybrany ojciec, jego znajomi, a także Świetliki, które odeszły tam w poszukiwaniu lepszego jutra. Czasem żałował, że nie przyłączył się do nich, lecz… czy jego dawni pobratymcy na pewno przyjęliby go w swoje progi po tym, co zrobił? Po tym, jak zniknął bez wyjaśnienia z azylu, najpewniej zostawiając Wiciokrzewa zestresowanego i poddenerwowanego? Gdy Osetek myślał o tym, że biedny liliowy uzdrowiciel zapewne przez kilka nocy z rzędu nie zmrużył oka, serce ściskało mu się z żalu. Był tchórzem. Był głupi. Narozrabiał, a teraz bał się zmierzyć z konsekwencjami własnych czynów.
Nie bał się jednak jednej rzeczy. Jednej jedynej, która, choć dawniej napawałaby go strachem, teraz wydawała się ostatnim wyjściem z tej kiepskiej sytuacji. A chodziło tu rzecz jasna o… śmierć. Skoro nigdzie nie było już dla niego miejsca, a samo istnienie stało się niekomfortowe, to dlaczego miałby go nie zakończyć? Dlaczego miałby dalej tak potwornie się męczyć, skoro istniała możliwość… by już niczego nie czuć?
Lisi Oset wciąż przebywał w niedokończonym obozie Świetlików, nie mając motywacji, by przenieść się gdzie indziej. To miejsce i tak przypominało mu, że jeszcze kilka księżyców temu nie był sam i wydawało mu się, że jego życie nie będzie się zbyt wiele różnić od tego w Owocowym Lesie. Ale, och, jak bardzo się pomylił…! Mógł przewidzieć, że prędzej czy później takie amatorskie ugrupowanie się rozpadnie. Prawda była taka, że jedyne, co łączyło Świetliki, to nazwa i skrawek terenu. Lisi Oset zdążył zauważyć, że między sobą nie dogadywali się zbyt dobrze i różnili się pod wieloma aspektami. Podczas gdy taka Rysi Trop była agresywna i nie przepadała za przybyszami, Mglisty Sen szybko pogodził się z obecnością nowej twarzy w obozie i zaczął zachowywać się tak, jakby Osetek był wśród nich od samego początku. W większym gronie takie różnice nie miałyby większego znaczenia, ale w sytuacji, gdy dwa koty stanowią niemal połowę całej grupy… problem stawał się nieco trudniejszy do zignorowania.
Wracając jednak do wcześniejszych planów Lisiego Ostu — tej nocy zadecydował, że wreszcie zakończy swój marny żywot. Miał tylko nadzieję, że, jak mawiał Wiciokrzew, po śmierci Wszechmatka zamieni go w jerzyka albo jaskółkę. Choć w Owocowym Lesie nie był zbyt wierzący, teraz obietnica, że po opuszczeniu swojego kociego ciała zmieni się w coś innego, żyjącego beztrosko, napawała go nadzieją. Nie chciał w końcu tracić swoich zmysłów. Nie chciał już nigdy więcej nie widzieć nocnego nieba czy chmur odbijających się w tafli jeziora. Nie chciał nigdy więcej nie poczuć kojącego zapachu kwiatów ani usłyszeć cichego ćwierkania ptaków. Nie chciał też już nigdy nie zjeść swojej ulubionej zwierzyny. A przede wszystkim nie chciał utracić możliwości formułowania myśli. Przecież zależało mu jedynie na tym, by uwolnić się z tego ciała, na którego widok Owocniacy padliby na zawał.
Poszukując trujących jagód, o których miał jakieś pojęcie, bo przecież Wiciokrzew go o nich uczył, zastanawiał się nad swoim przyszłym życiem jako ptak. Czy będzie wiedział, jak wśród skrzydlatych odróżnić Owocniaków? Czy wszystkie zmarłe koty z tej przynależności, które już zmieniły się w jerzyki lub jaskółki, żyją wspólnie, czy może każde odkrywa świat na własne skrzydła? Ciężko było stwierdzić. Wiciokrzew nigdy tego nie sprecyzował, a sam Lisi Oset, cóż… jeszcze ani razu nie umarł. Choć wkrótce miało się to zmienić, o ile w końcu uda mu się znaleźć…
O! O wilku mowa, a wilk tu. Choć w tym przypadku nie chodziło o wilka, lecz o wilcze jagody. Obie rzeczy… niby podobne z nazwy, a jednak kompletnie inne. Lisi Oset uśmiechnął się na widok czarnych kuleczek połyskujących w świetle księżyca. Więc… co teraz? Weźmie kilka, przeżuje, przełknie i będzie po sprawie? Tak po prostu?
Mimo tego, że był zdecydowany co do sposobu odejścia, jaki sobie wybrał, jego przełyk ścisnął się boleśnie, a serce podeszło do gardła. Łapy zadrżały mu tak mocno, jakby chciały stąd uciec i uratować czarno-białego przed śmiercią. Jego umysł był jednak silniejszy, zatrzymując kocura w miejscu. Po chwili samotnik z trudem pchnął swoje ciało do przodu, zmuszając się do zbliżenia się do krzaku. Wpatrywał się właśnie w jedną z najbardziej trujących roślin. Przez myśl przemknęło mu pytanie, ile kotów przed nim posunęło się do takiego czynu. Ile z nich stało tak samo przed wilczymi jagodami, zastanawiając się, czy na pewno chcą to zrobić.
W końcu Lisi Oset przełamał się i ostrożnie zerwał kilka ciemnych kuleczek z krzaka. Odsunął się od niego i szybko upuścił jagody na ziemię, wykrzywiając pysk w gorzkim grymasie. Nie rozumiał już samego siebie. Przecież tego właśnie chciał, czyż nie? Chciał umrzeć… ale czy na pewno teraz? Czy na pewno za pomocą wilczych jagód? Co, jeśli śpiączka, a potem śmierć, nie będą natychmiastowe? Co, jeśli przez kilka uderzeń serca będzie musiał tkwić w agonalnym bólu, nim wszystko wreszcie ucichnie? I najważniejsze — co, jeśli po wzięciu zioła się rozmyśli?
Po jego grzbiecie przeszedł dreszcz. Teraz całe jego ciało krzyczało, by się wycofał, ale on nie chciał go słuchać.
“Myślę o tym od kilku dni. Nie rozmyślę się” — pomyślał w końcu, pochylając się nad jagodami. Rozwarł już pysk, gotów na to, by już za chwilę przeszły przez jego przełyk i wylądowały w brzuchu, niszcząc go od środka.
Już miał je wziąć, już miał stać się wolny, gdy nagle…
Poczuł nagły ból w tylnej łapie. Na tyle mocny, że jego głowa wystrzeliła do góry, oddalając się od jagód spoczywających na ziemi.
— Co to, na Wszechmatkę?! — syknął, kładąc po sobie uszy.
Spojrzał za siebie, a wtedy w oczy rzucił mu się szczur, który właśnie znikał w krzewach. Zmarszczył brwi i sfrustrowany strzepnął ogonem. Nie zamierzał tak tego zostawić.
Biegiem rzucił się za tym paskudnym stworzeniem, zaciskając szczękę. Jak tylko je dorwie, to rozszarpie na strzępy, a potem wypcha mysimi bobkami! Jak ono w ogóle śmiało nachodzić go w takiej chwili? Wszystko zepsuło, zniszczyło!
Po dłuższym czasie pogoni zdał sobie jednak sprawę, że to nie miało sensu. Łapa pulsowała bólem, a szczur już dawno zniknął gdzieś w ciemności. Biegł już nie po to, by go złapać, lecz dlatego, że nie chciał się zatrzymywać i mierzyć z tym, co właśnie zrobił. Stchórzył. Zgubił ten krzak i już go nie odnajdzie. Będzie musiał poszukać nowego z samego rana, ale teraz… jedyne, czego pragnął, to w końcu zasnąć. Zmęczenie paliło go w mięśniach, a powieki same się zamykały; ale jeszcze nie po to, by zmusić Osetka do snu wiecznego.
* * *
Niestety po Konwaliowej Mieliźnie nie było ani śladu. Tak samo zresztą, jak po Sennej Łzie, w której oczy czarno-biały kocur uwielbiał się wpatrywać. Dałby wszystko, by po raz ostatni się w nich zatopić, by znów poczuć ich ciepło…
Jednak zamiast dwójki swoich znajomych znalazł coś innego. Łopian — zioło bardzo dobre do uśmierzania bólu i zapobiegania infekcjom, zwłaszcza po ugryzieniu szczura. Lisi Oset zdecydował się wyrwać korzeń z ziemi i dokładnie obmyć go w rzece, by następnie przeżuć go na papkę i nałożyć ją na ranę. No co? Nie chciał umierać z dokuczającym mu ugryzieniem tylnej łapy!
Gdy zrozumiał, że nie ma czego szukać na granicy z Klanem Nocy, postanowił wrócić w głąb lasu. Tam zaczął szwendać się tu i ówdzie, podziwiając otaczającą go naturę. Co jakiś czas zatrzymywał się, by spojrzeć na swoje łapy, a jeśli tylko gdzieś dostrzegł kałużę, od razu do niej podbiegał i się w niej przeglądał, jakby próbował napawać się swoim kocim ciałem, póki jeszcze mógł. W końcu już niedługo będzie musiał się z nim pożegnać i przyjąć zupełnie nową formę. Zastanawiał się tylko, czy Wszechmatka uczyni z niego jerzyka, czy może jaskółkę. Choć skrycie miał nadzieję, że zlituje się nad nim i zrobi z niego jerzyka, bo uważał te ptaszki za urocze. O wiele słodsze od jaskółek. Ale bez urazy, oczywiście.
Chodząc tak i podziwiając faunę oraz florę, nagle wyczuł silny zapach. Bardzo znajomy, choć nie miał pojęcia dlaczego. Gdy tylko dotarł do jego nozdrzy, stanął jak wryty. Futro na karku zjeżyło mu się z ekscytacji, a lekki uśmiech mimowolnie wcisnął mu się na pysk. Tylko czemu? Co takiego wywołało taką reakcję u Osetka?
Czarno-biały rozejrzał się wokół siebie, a potem zaczął podążać za dziwną wonią. Wydawało mu się, że musiała należeć do jakiegoś kota. Tak, na pewno tak było. Tylko do jakiego? Czy przechodził tędy Wiciokrzew? Może Purchawka albo jakiś inny kot, z którym Lisi Oset miał okazję rozmawiać w Owocowym Lesie? Ach, przez te kilka księżyców spędzonych u Świetlików zdążył już zapomnieć, jak pachniały dawniej bliskie jego sercu koty. Zresztą nawet nie wiedział, jak pachną i wyglądają jego biologiczni rodzice oraz rodzeństwo.
Gdy trop przybrał na sile i Osetkowi zaczęło się wydawać, że kot, którego szuka, znajduje się już za krzewami widniejącymi przed nim, poczuł gwałtowne bicie serca. Dlaczego tak bardzo go to stresowało? Może to wcale nie był ktoś, kogo znał, a jedynie tak mu się wydawało? W końcu co jakiś Owocniak miałby robić poza terenami swojego klanu? Stał jak słup, niepewny, czy na pewno chciał tak ryzykować i wychodzić temu kotu na spotkanie.
Z drugiej strony — czy miał coś do stracenia? Jeśli ten kot okaże się zagrożeniem i postanowi pozbyć się Lisiego Ostu, będzie nawet lepiej. Właśnie dlatego zielonooki zdecydował się wykonać kilka kolejnych kroków.
W końcu jego oczom ukazał się dobrze zbudowany kot o niebiesko-białej sierści i brązowych oczach.
Czajka.
— T-to… niemożliwe! — miauknął zdziwiony Osetek, zanim drugi samotnik zdążył powiedzieć to samo. — Dlaczego… dlaczego ty nie jesteś w Owocowym Lesie? Przecież to twój dom, przecież-
Nim udało mu się dokończyć, Czajka podniósł się z miejsca i podszedł do niego, ani razu nie mrugając. Wpatrywał się intensywnie w czarno-białego, jakby podziwiał ducha — zjawę, która zaraz miała rozpłynąć się w porannej mgle.
— Czajko…? — mruknął w końcu, próbując przywrócić kocura na ziemię.
Ten zastrzygł uszami, po czym łapczywie nabrał powietrza do płuc, jakby jeszcze przed chwilą zapomniał o oddychaniu i dopiero teraz sobie o tym przypomniał.
— Ty… żyjesz? — wyszeptał niebieski, po czym wyciągnął łapę w stronę Lisiego Ostu. — Wszechmatko, ja chyba śnię… — dodał, a następnie zwrócił się ponownie do zielonookiego: — Zostałeś zabity przez Ziemniaka! Rokitnik wyznał całą prawdę przed klanem. Nie rozumiem… Dlaczego cię widzę?
Na wzmiankę o czekoladowym wojowniku czarno-biały kocur zjeżył futro.
— Ziemniak? — powtórzył, po czym przeniósł wzrok na łapy. — Ależ on mnie wcale nie zabił… Próbował, to na pewno, ale nigdy mu się to nie udało… — wyjaśnił, wciąż ledwo potrafiąc przetrawić fakt, że spotkał dawnego pobratymca. — Tamtego dnia… pobił mnie. Dosyć mocno. Ale ja potem… potem wstałem i odszedłem z terenów Owocowego Lasu… — dodał, choć bardziej do siebie niż do Czajki.
Po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok na brązowookiego. Miał tak wiele pytań… Chciał wiedzieć, dlaczego kocur znajdował się na terenach niczyich. Co sprawiło, że odszedł ze swojej dawnej przynależności? Czy zrobił to już jakiś czas temu, czy może dopiero niedawno?
Osetek milczał, choć wszystkie te pytania cisnęły mu się na język. Po prostu go zatkało.
<Czajko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz